Plaże i rozmowy z Tobą

Plaże i lato. Pierwsze bez Ciebie. Tak, wiem. Nie byłeś ani plażowiczem ani amatorem opalania się i pływania. Jeżeli już to w basenie, a nie w miejscach z żywymi stworzeniami. Mimo to jeździłeś ze mną. Bo wiedziałeś, że to dla mnie ważne. Kocham morze i pływanie w nim. A ty kochałeś mnie. Braliśmy więc jakieś parasole i ochraniacze dla Ciebie, nigdy  (prawie nigdy, LOL) nie namawiałem Cię do kąpieli. Ale czasem i to robiłeś kiedy woda była spokojna, przejrzysta i mogłeś widzieć, czy coś w niej nie pływa, nie czyha na Ciebie. I pod groźbą zabójstwa kategorycznie zabraniałeś robić mi zdjęć w tych momentach.   Ale czasem zapominałeś się i spacerowaliśmy razem po pas w wodzie chodząc długo wzdłuż brzegu, zwłaszcza gdy nie było obok świadków tego przestępstwa. Kochałem te Twoje dziwactwa. Wobec moich występków były zaiste urocze. Ale kochałem jeszcze bardziej, gdy rzeczy robiliśmy razem: spacery, podróże, i tak – czasem nawet kąpiele w morzu razem. Bo gdy robiliśmy rzeczy razem było nam najlepiej, były najpiękniejsze, najciekawsze.

22 lipca byłem na plaży w Taylor’s Head Provincial Park. Skreśliłem siedząc na piasku kilka słów:

                Tak, poznaję twój słony zapach, poznaje głęboki błękit wody, mieniące się niczym otwarta szkatuła dno twojej zatoki.  Puszyste pierzynki chmur zawieszone nad skałami twych brzegów. Poznaję. Kiwam głową na przywitanie. Ze wszystkich moich miejsc tutejszej ziemi byłeś chyba mi najbliższe, najserdeczniejsze. Zawsze dawałeś spokój i ukojenie.

Tu zatrzymaliśmy się na odpoczynek wiosną w 22 roku. W czasie naszej ostatniej już długiej podróży z Halifaksu do uroczego Antigonish i potem szosą przez środek półwyspu, do Sheet Harbour. Nie wiem czy bardziej cieszyły mnie nowe widoki i miejsca, czy sam fakt długiej podróży z Tobą. Bo podróżowanie z Tobą było jedną z największych przyjemności mojego życia.

Więc tu, w Taylor’s Head Park, zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Nie było już nikogo na plaży. Tylko my, ja i Ty. I ona – woda wieczna, woda śpiewająca pieśń głębin. Dzięki Ci za to.

23 lipca pojechałem na Martynique Beach. Spisałem i tam myśli o Tobie.

                Piękna , długa plaża. Chodzę po niej i raduje się wodą nadzwyczajnie w tym roku ciepłą. Fale przynoszą błogi chłód nagrzanej od słońca skórze. Kradnę radość życia.

Kradnę, bo wszystko we mnie krzyczy, że nie mam prawa. Że skoro nie ma Ciebie tu ze mną, nie powinienem. Bo chodziliśmy tu razem. Że kładąc się na ręczniku tak starałem się ułożyć, by dotykać Twojego ramienia. Taka śmieszna, dziecięco-szczenięca potrzeba dotyku ciała osoby bliskiej. która czyni świat bezpiecznym, znajomym, dobrym. A teraz nie mogę się do Ciebie przytulić, wiec świat nie może być dla mnie bezpieczny, znajomy.

Myślę często też (co  mnie zaskakuje, że ku temu myśli biegną w czasach smutno-złych) o życiu ogólnie. Długie już dla mnie było, więc coś tam można wydedukować, zrozumieć. Szedłem onegdaj tymi wysokimi skałami koło Penant, tam gdzie trasa zaczyna się łagodnie od Crescent Beach, a potem idzie stromo w górę na głazy-olbrzymy i wąskie, zarośnięte ścieżki w kosodrzewinie. Gdzieś, na jakimś zakręcie-wykrocie potknąłem się. Agnieszka, która była ze mną, obsztorcowała mnie zaniepokojona: uważaj, patrz pod nogi, bo się potkniesz!  No to się potknę, może nawet się wywrócę, i co z tego moja droga? To prawda, że patrząc stale pod nogi, w dół, idzie się bezpieczniej. Ale nie zauważysz nieba i pędzących po nim marzeniach. Więc warto iść z zadartą do góry głową, biec za marzeniami. Nawet kosztem stłuczonego kolana i siniaka na czole.

Kilka dni temu robiłem notatki z wyjazdu na Conrad Beach 2 sierpnia.

                Przyjechałem sam. Wyjątkowo dziś trudno było w domu. Wszystko i wszędzie mi przeszkadzało, upokarzało złośliwością mebli, podłóg, przedmiotów. Nie mogłem sam z sobą rozmawiać, nie mogłem, rozmawiać z Tobą.

Zostałem tu z tysiącem papierów, dokumentów, które mnie świadomie oskarżały o to, że jestem, że przetrwałem. O to, że … żyję. Najdokuczliwsze w tym było uczucie masochistycznej satysfakcji: tak! Powinieneś źle się czuć. Powinieneś żałować, że nie poruszyłeś wszystkiego, co możliwe i nawet tego, co było niemożliwe, by nie dopuścić tej śmierci!

Mój dom stał się dziś więzieniem całej mojej beznadziejnej egzystencji. Celą skazanego na życie bez Ciebie. Życie, którego nie uratowałem.

Uciekłem więc na moją ulubioną plaże. Było już późne popołudnie, bez tłumów. Cała jej zachodnia część była pusta, bez ręczników, bez namiotów i parasoli. Rytmiczny huk fal rozbijających się na piaszczystym brzegu wyciszył wszystkie niepokoje. Mogłem z Toba spokojnie rozmawiać.

Czy pamiętasz te śmieszne uczucie, gdy idziesz boso brzegiem morza i nadpływające fale wypłukują spod twych stóp piasek? Jakbyś spacerował po jakiejś pustyni z ruchomymi piaskami, które mogą cię pochłonąć. Tak dziś się czułem. Ziemia usuwała mi się spod nóg. Miałem nawet cichą nadzieję, że mnie pochłonie. Oczywiście – nie pochłonęła. Ale miałem nadzieję. A nadzieja to takie miłe uczucie. Takie, jakie się ma stojąc na peronie oczekując na kogoś. Spodziewając się, że ten ktoś za chwile wysiądzie i rzuci ci się na szyję. Chciałbym pojechać na taką stację, chodzić po takim peronie wypatrując w dali czy pociąg już nie nadjeżdża…

                Są dni, że bycie samemu w naszym domu jest jak puchar ambrozji w gorące popołudnie. Słyszę i widzę Cię wszędzie. Wszystko mi Ciebie przypomina. Każda szklanka ma odciski Twoich palców. Poduszki ciągle pachną Twoja skórą. W pudełeczku dziesiątki karteluszek z Twoimi zapisami różnych przepisów kulinarnych. Staram się tak rzeczy uprane, wymyte, wyprasowane lub odkurzone układać i ustawiać, jak Ty je ustawiałeś i układałeś. Uśmiechasz się do mnie ciepło, gdy to robię.  W takie dni nie lubię ani telefonów, ani odwiedzin, ani wychodzenia na spacery. Ledwo mogę ścierpieć wtedy te codzienne jeszcze moje wizyty w szpitalu. Chce być wtedy w domu, który jest w te dni ciągle naszym Domem.

I są dni, gdy te same ściany, te same przedmioty zieją pustką, wrogością, obcością. Gdy mnie duszą ciszą nie do zniesienia. Wtedy nasza sypialnia to cela, a mieszkanie – więzieniem.

Od młodości wczesnej miałem dziwne zauroczenie śmiercią. Jakieś romantyczne, poetyckie wizje Starszej Dobrej Pani, która sen przynosi znużonym, lub pięknego Skrzydlatego Anioła otulającego muskularnym skrzydłem znużonego.

Dziś nią gardzę.  Jest nieczuła i obojętna wobec nas. Jej żniwo nie ma nic z troski i dbania. Nie oczekuje jej ale i jest mi też zupełnie obojętnie kiedy stanie przy moim oknie. Może przyjść jutro i nie zrobi na mnie żadnego wrażenia.  Teraz, gdy zabrała mi prawie wszystko – fakt że pozostawiła mnie jest jakimś makabrycznym żartem pijanej ladacznicy, która drwi z napotkanych o zmroku przechodniów.  

W swoim słynnym tomiku „Pan Cogito” Herbert w wierszu ’Matka’ kończy go samotnym wersem:

Wyciągnięte ręce świecą w ciemności jak stare miasto.

To tylko pozostaje. Wyciągnięte ręce. Puste.

Leave a comment