Leighton Dillman Park. Dartmouth’s treasure.

A story in pictures composed during my walks with a camera. Unique city park with unparalleled views and rich history. Part of it offers also a story of history, as the trail meander into a very old cemetery of first families of settlers – people, who founded the city.

Kanon

FUGA

Jak cię nazwać falo wodna?
Jak słowami namalować
byś ożyła, nie zamarła
milczeniem ziarenek piasku?

Czy z kipieli wyjdzie
szereg młodych bogów
w srebrnych łuskach boskiej
zbroi, czy też jeden –
        nagi, lśniący słońcem
        malującym złote
        floresy na jego
       mokrej, gładkiej skórze?

Nie bóg. Kruchy człowiek.
Na krętej i białej
jak alabaster muszli
zagra fugę boską

	spisaną gwiazdami
	nocnego nieba
	zawieszonego nad
	srebrnym płaszczem morza.


B. Pacak-Gamalski, 08.08.23

The hub of Nova Scotia: Halifax as seen from Dartmouth

The only way you can really appreciate the view of the entire downtown of Halifax – is to drive across the bridge. You can go on My Rocks to North Dartmouth. The view is very nice but you can see it only at an angle. If you want to snap a few pictures en face – the only and truly wonderful is to take the Trans Canada Trail from the Cove. The walk is splendid. There are benches to take a rest and … enjoy! Go ahead, take a few snaps. I stopped there this morning, on the way back from the hospital.

View of the Cove on Dartmouth side – where the Trail starts.

Walks, views, nature, and magic through the lenses

The shores of the Atlantic in Nova Scotia offer unparalleled vistas. Both: natural, not needing any augmentation or adjustments, and some that just beg to be transform into another realm of possibilities. What we see and what we imagine. Which is true?

In my walks, I never forget to take my camera. Not that we really need one these days – after all, we all have smartphones.

Many of these ‘travels’ are just under my nose, on My Rocks next to home. But even there – I always find something that is or seems to be different. Light? The hour of the day or night? The season? The variants are plentiful.

Plaże i rozmowy z Tobą

Plaże i lato. Pierwsze bez Ciebie. Tak, wiem. Nie byłeś ani plażowiczem ani amatorem opalania się i pływania. Jeżeli już to w basenie, a nie w miejscach z żywymi stworzeniami. Mimo to jeździłeś ze mną. Bo wiedziałeś, że to dla mnie ważne. Kocham morze i pływanie w nim. A ty kochałeś mnie. Braliśmy więc jakieś parasole i ochraniacze dla Ciebie, nigdy  (prawie nigdy, LOL) nie namawiałem Cię do kąpieli. Ale czasem i to robiłeś kiedy woda była spokojna, przejrzysta i mogłeś widzieć, czy coś w niej nie pływa, nie czyha na Ciebie. I pod groźbą zabójstwa kategorycznie zabraniałeś robić mi zdjęć w tych momentach.   Ale czasem zapominałeś się i spacerowaliśmy razem po pas w wodzie chodząc długo wzdłuż brzegu, zwłaszcza gdy nie było obok świadków tego przestępstwa. Kochałem te Twoje dziwactwa. Wobec moich występków były zaiste urocze. Ale kochałem jeszcze bardziej, gdy rzeczy robiliśmy razem: spacery, podróże, i tak – czasem nawet kąpiele w morzu razem. Bo gdy robiliśmy rzeczy razem było nam najlepiej, były najpiękniejsze, najciekawsze.

22 lipca byłem na plaży w Taylor’s Head Provincial Park. Skreśliłem siedząc na piasku kilka słów:

                Tak, poznaję twój słony zapach, poznaje głęboki błękit wody, mieniące się niczym otwarta szkatuła dno twojej zatoki.  Puszyste pierzynki chmur zawieszone nad skałami twych brzegów. Poznaję. Kiwam głową na przywitanie. Ze wszystkich moich miejsc tutejszej ziemi byłeś chyba mi najbliższe, najserdeczniejsze. Zawsze dawałeś spokój i ukojenie.

Tu zatrzymaliśmy się na odpoczynek wiosną w 22 roku. W czasie naszej ostatniej już długiej podróży z Halifaksu do uroczego Antigonish i potem szosą przez środek półwyspu, do Sheet Harbour. Nie wiem czy bardziej cieszyły mnie nowe widoki i miejsca, czy sam fakt długiej podróży z Tobą. Bo podróżowanie z Tobą było jedną z największych przyjemności mojego życia.

Więc tu, w Taylor’s Head Park, zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Nie było już nikogo na plaży. Tylko my, ja i Ty. I ona – woda wieczna, woda śpiewająca pieśń głębin. Dzięki Ci za to.

23 lipca pojechałem na Martynique Beach. Spisałem i tam myśli o Tobie.

                Piękna , długa plaża. Chodzę po niej i raduje się wodą nadzwyczajnie w tym roku ciepłą. Fale przynoszą błogi chłód nagrzanej od słońca skórze. Kradnę radość życia.

Kradnę, bo wszystko we mnie krzyczy, że nie mam prawa. Że skoro nie ma Ciebie tu ze mną, nie powinienem. Bo chodziliśmy tu razem. Że kładąc się na ręczniku tak starałem się ułożyć, by dotykać Twojego ramienia. Taka śmieszna, dziecięco-szczenięca potrzeba dotyku ciała osoby bliskiej. która czyni świat bezpiecznym, znajomym, dobrym. A teraz nie mogę się do Ciebie przytulić, wiec świat nie może być dla mnie bezpieczny, znajomy.

Myślę często też (co  mnie zaskakuje, że ku temu myśli biegną w czasach smutno-złych) o życiu ogólnie. Długie już dla mnie było, więc coś tam można wydedukować, zrozumieć. Szedłem onegdaj tymi wysokimi skałami koło Penant, tam gdzie trasa zaczyna się łagodnie od Crescent Beach, a potem idzie stromo w górę na głazy-olbrzymy i wąskie, zarośnięte ścieżki w kosodrzewinie. Gdzieś, na jakimś zakręcie-wykrocie potknąłem się. Agnieszka, która była ze mną, obsztorcowała mnie zaniepokojona: uważaj, patrz pod nogi, bo się potkniesz!  No to się potknę, może nawet się wywrócę, i co z tego moja droga? To prawda, że patrząc stale pod nogi, w dół, idzie się bezpieczniej. Ale nie zauważysz nieba i pędzących po nim marzeniach. Więc warto iść z zadartą do góry głową, biec za marzeniami. Nawet kosztem stłuczonego kolana i siniaka na czole.

Kilka dni temu robiłem notatki z wyjazdu na Conrad Beach 2 sierpnia.

                Przyjechałem sam. Wyjątkowo dziś trudno było w domu. Wszystko i wszędzie mi przeszkadzało, upokarzało złośliwością mebli, podłóg, przedmiotów. Nie mogłem sam z sobą rozmawiać, nie mogłem, rozmawiać z Tobą.

Zostałem tu z tysiącem papierów, dokumentów, które mnie świadomie oskarżały o to, że jestem, że przetrwałem. O to, że … żyję. Najdokuczliwsze w tym było uczucie masochistycznej satysfakcji: tak! Powinieneś źle się czuć. Powinieneś żałować, że nie poruszyłeś wszystkiego, co możliwe i nawet tego, co było niemożliwe, by nie dopuścić tej śmierci!

Mój dom stał się dziś więzieniem całej mojej beznadziejnej egzystencji. Celą skazanego na życie bez Ciebie. Życie, którego nie uratowałem.

Uciekłem więc na moją ulubioną plaże. Było już późne popołudnie, bez tłumów. Cała jej zachodnia część była pusta, bez ręczników, bez namiotów i parasoli. Rytmiczny huk fal rozbijających się na piaszczystym brzegu wyciszył wszystkie niepokoje. Mogłem z Toba spokojnie rozmawiać.

Czy pamiętasz te śmieszne uczucie, gdy idziesz boso brzegiem morza i nadpływające fale wypłukują spod twych stóp piasek? Jakbyś spacerował po jakiejś pustyni z ruchomymi piaskami, które mogą cię pochłonąć. Tak dziś się czułem. Ziemia usuwała mi się spod nóg. Miałem nawet cichą nadzieję, że mnie pochłonie. Oczywiście – nie pochłonęła. Ale miałem nadzieję. A nadzieja to takie miłe uczucie. Takie, jakie się ma stojąc na peronie oczekując na kogoś. Spodziewając się, że ten ktoś za chwile wysiądzie i rzuci ci się na szyję. Chciałbym pojechać na taką stację, chodzić po takim peronie wypatrując w dali czy pociąg już nie nadjeżdża…

                Są dni, że bycie samemu w naszym domu jest jak puchar ambrozji w gorące popołudnie. Słyszę i widzę Cię wszędzie. Wszystko mi Ciebie przypomina. Każda szklanka ma odciski Twoich palców. Poduszki ciągle pachną Twoja skórą. W pudełeczku dziesiątki karteluszek z Twoimi zapisami różnych przepisów kulinarnych. Staram się tak rzeczy uprane, wymyte, wyprasowane lub odkurzone układać i ustawiać, jak Ty je ustawiałeś i układałeś. Uśmiechasz się do mnie ciepło, gdy to robię.  W takie dni nie lubię ani telefonów, ani odwiedzin, ani wychodzenia na spacery. Ledwo mogę ścierpieć wtedy te codzienne jeszcze moje wizyty w szpitalu. Chce być wtedy w domu, który jest w te dni ciągle naszym Domem.

I są dni, gdy te same ściany, te same przedmioty zieją pustką, wrogością, obcością. Gdy mnie duszą ciszą nie do zniesienia. Wtedy nasza sypialnia to cela, a mieszkanie – więzieniem.

Od młodości wczesnej miałem dziwne zauroczenie śmiercią. Jakieś romantyczne, poetyckie wizje Starszej Dobrej Pani, która sen przynosi znużonym, lub pięknego Skrzydlatego Anioła otulającego muskularnym skrzydłem znużonego.

Dziś nią gardzę.  Jest nieczuła i obojętna wobec nas. Jej żniwo nie ma nic z troski i dbania. Nie oczekuje jej ale i jest mi też zupełnie obojętnie kiedy stanie przy moim oknie. Może przyjść jutro i nie zrobi na mnie żadnego wrażenia.  Teraz, gdy zabrała mi prawie wszystko – fakt że pozostawiła mnie jest jakimś makabrycznym żartem pijanej ladacznicy, która drwi z napotkanych o zmroku przechodniów.  

W swoim słynnym tomiku „Pan Cogito” Herbert w wierszu ’Matka’ kończy go samotnym wersem:

Wyciągnięte ręce świecą w ciemności jak stare miasto.

To tylko pozostaje. Wyciągnięte ręce. Puste.

Dalhousie University in Halifax – an overlooked tourist destination

Visitors coming from afar to Halifax are familiar with typical marching routes: the Waterfront, of course, next to it is the core of old historic Halifax stretching from the Citadel, all the way down to Morris Street (which is more or less the length of the pedestrian waterfront). Uphill,  it goes not much further than South Park Street or Public Gardens. There is typically few short excursion if you use a taxi or other private transportation: likely the Fort Needham Memorial Park commemoration of the great Halifax Explosion, next to the cemetery with gravesites of Titanic passengers and possibly (in the same neighborhood) the Africville Park. Frankly, there is not that much more to see (from the tourist point of view).

 One that should be seen much more and should be mentioned in all tourist info is the wonderful Point Pleasant Park. It offers beautiful trails and few very historical (like Prince of Wales Tower)  stops and a visit to the shoreline with important monuments to those, who perished at sea. To get there would likely require also some sort of public or private transport, although it is not an impossible feat to walk to it using comfortable South Park Street, starting right from under the gate to Public Gardens.

But one most often forgotten is a pearl of architectural designs, a maze of walkways, and very historical on a continental, or even international scale. Many visitors see small tidbits of it throughout Downtown Halifax. But it truly should be viewed as a whole, separate excursion.

I am talking about the main campus of Dalhousie University.  The west side starts alongside Coburg Road, the east on South Road, the south ends on Oxford Street, and the north side ends on Robbie Street. And between them are many smaller streets and pathways. All of it is well designed, well visible, and offers a unique perspective.

There are not many universities in any city in the world that are grouped altogether, in one large spot, tight in the center of a city. Usually, you would have the main campus (often behind some sort of wall or fence) near downtown, and the rest scattered all over the city in separate buildings.

In Halifax, it seems that the entire university, being almost a town of its own, is all in one spot. I often think of Oxford as a similar (bigger and older) comparison. But, of course, Oxford in… Oxford. Not in London.  A much closer example and more alike is Boston with Cambridge and Harvard Universities. Much larger and more internationally renowned but being concentrated in a condensed part of a city. In some ways, it actually is a separate city next to Boston.

As far as Halifax is concerned – I would strongly recommend it to anyone to explore. It could be a lovely and leisurely stroll. You could easily start it from either end:  either from a little park opposite the Public Gardens, right where there is a nice statue of the famous Scottish poet Robert Burns.  Don’t forget to enjoy the wonderful architecture of Anglican Cathedral in front of it and pay attention to its enormous stained glass neo-gothic windows. From there take College Street and just continue. You are now in the middle of Dalhousie.  My preferable starting point is from the other end. Starting at the corner of Coburg and Oxford streets.  It also marks the historical beginning of Dalhousie University – Kings College (or more accurately – Kings University, the first university in what now is USA and Canada).

That walk and exploration could be done in less than two hours or it could be easily your entire afternoon. Depending on how much time you have.

Moderniści i burzyciele. Stylizacje a szczerość. Czyli o poezji i poecie.

Bogumił Pacak-Gamalski

Nazwę ‘Współczesność’ generalnie utożsamiamy (w Polsce) z kierunkiem literackim lat 60. ubiegłego wieku. Więc nie będę tego określenia tu używał, gdyż chodzi mi o modernizm. Wielki, potężny ocean wielu stylów artystycznych, estetycznych i filozoficznych, który definitywnie zamykał stare kanony przekazu i zapisu artystycznego, etycznego, filozoficznego.

Można bardzo ogólnie założyć, że rodzicami myśli modernistycznej byli  Artur Schopenhauer i Friederich Nietzsche, a w literaturze za prekursorów uznaje się Baudelaire’a i Rimbauda.  W sztuce polskiej początki modernizmu łączone są z prądem Młodej Polski.

Naturalnie, tego typu wielkie zmiany są ramą bardzo szeroką, nie powstają i nie kończą się jakimkolwiek manifestem,  a wszelkie daty maja charakter symboliczno-ogólnikowy. Można by to  porównać do terminologii geologicznej lub archeologicznej (np. archaizm, klasyka, klasycyzm, współczesność, itd.). To proces długotrwały, wieloletni i często liczony dekadami. Czas, gdy ‘stare’ trwa jeszcze solidnie i współistnieje równorzędnie (zwłaszcza w Sztuce) z ‘nowym’ przez wiele lat. W pewnym sensie można powiedzieć, że i dziś modernizm ciągle trwa, mimo iż od dziesięcioleci zadomowiła się epoka postmodernistyczna.

Ogólniki w tego typu tematach są niezbędne, zwłaszcza w traktowaniu tematu w sposób zrozumiały dla czytelnika, który nie specjalizuje się w teoriach i badaniach akademickich. Więc tak właśnie szeroko to traktując, można powiedzieć, że modernizm to Konstrukcja, a postmodernizm jest Dekonstrukcją.

Sam modernizm bez następującego po nim postmodernizmu nigdy nie osiągnąłby takiej wagi, jaką (zasłużenie) ma w rozwoju myśli i twórczości ludzkiej.  To właśnie ich zderzenie i walka zadecydowały (i decydują) o jego wadze. Można znowu wrócić do porównań geologicznych i określić to ruchami tektonicznymi skorupy ziemskiej. Ruchami, które zmieniają granice i kształt kontynentów i oceanów.

Tak, jak gigantami-ojcami modernizmu byli Nietzsche i Schopenhauer, tak gigantami postmodernizmu byli Foucault i Derrida.

Ten wstęp był mi niezbędny do pewnych skojarzeń i myśli związanych z rozumieniem pojęcia ‘kresu Czasu’ lub ‘kresu Historii’, występującego u najwybitniejszego chyba modernisty anglojęzycznego, Eliota. Czytając niedawno ponownie Eliota „Dry Salvages”[1] zwróciłem uwagę na podobieństwo idei, koncepcji ‘końca czasów’, pewien katastrofizm dziejowy, jaki przewodził moim emocjom w wierszu sprzed wielu lat. Ten koncept jest jakby jedną z podstaw modernizmu.

Wiersz pisałem w roku 2000 (może miało to znaczenie – dziś nie pamiętam). Czy myślałem w jakikolwiek sposób o Eliocie wtedy? Też nie wiem już dziś. Pewne jest, że Eliot, poeta dość ważny i z solidnym wkładem w historię literatury, gdzieś zostawił ślady w mej poetyckiej, emocjonalnej i intelektualnej pamięci. Stał się częścią mnie. Jednocześnie będąc – chcąc-nie chcąc – dzieckiem epoki postmodernizmu rozbijałem całość katastroficznego wywodu krótkimi dystychami sugerującymi kompletną beztroskę autora wobec  tych epokowych kataklizmów lub zaskakujące wtrącenia.

W pewnym sensie jest to zetkniecie Konstrukcji  wiersza modernistycznego (Eliot) z Dekonstrukcją mojego.

Piszę o poemacie Eliota, nie tylko dlatego, że występuje podobieństwo wizji ‘końca Historii’. W tym wywodzie jednak równie ważne jest, że Eliot zwraca bardzo silną uwagę na formalizm konstrukcji, na przestrzeganie staranne w doborze zgłosek, akcentów, kolejności wersów. Choć napisany świetnie, przez ten nadmierny szacunek wobec formy jest dla mnie dość męczący. To był dziwny zwyczaj (bardzo przestrzegany przez modernistów) zważywszy, że modernizm miał być zerwaniem  z zastanym porządkiem literackim, tradycją. Trochę inaczej rzecz miała się z symbolizmem (choć też zaliczany jest do oceanu modernizmu) – bo symboliści, a już szczególnie król językowej magii słowotwórczej (neologizmy), Bolesław Leśmian, wracał często do ‘niesamowitości’ i używany język czarował własną wizją i przymuszał do poetyckiego chciejstwa autora. Pozostał bardzo bliski filozofii Bergsona.

Czytając Leśmiana lub Błoka odczuwam wrażenie, że czytam dokładnie to, co własną pamięcią zmysłową znali i chcieli przekazać.  Słowem, że wiersz powstawał niemal intuicyjnie, samowolnie. Czytając Eliota widzę poetę zapracowanego, który pilnuje każdej kropki, każdego słowa i używa często gumki (bibuły). Strofa jest pięknie zbudowana, nawet myśl nader głęboka – ale czy to poezja czy poetycki esej? Budował konstrukt filozoficzny czy pisał wiersz dla czytelnika? Jednego. Tylko jednego. Właśnie tego, który będzie czytał. Bo w poezji tylko ten jeden, konkretny czytelnik ma znaczenie.  To nie dramat sceniczny. To rozmowa dwóch tylko osób: autora i czytelnika. Wszystko inne jest zbędną manipulacją. Popisem, który łechce próżność poety i zachwyca miliony, którym ‘mądre osoby’ powiedziały, że tak wyglądać ma wiersz. A to wierutna bzdura.

Co polecam bardzo młodym adeptom, to używanie notesu (papierowego lub elektronicznego) zawsze i wszędzie. Bo nie zawsze jest czas i możliwość na napisanie wiersza. Ale wszędzie spotkać możemy zjawisko, które poruszy nami do głębi. Wtedy należy robić krótkie notki-klucze, które pozwolą ożywić pamięć zmysłową, gdy wiersz będziemy chcieli napisać.  W wierszu lirycznym pamięć zmysłowa jest niezbędna. Nie wyobrażać sobie, jak pachnie mokra ziemia z wieczora, a pamiętać dokładnie, jak pachniała w tym właśnie momencie. Przywoływanie zwykłej pamięci intelektualnej jest fałszerstwem, gdyż jest ona zawsze skontaminowana tysiącami innych ‘pamięci’. I naszych z innych miejsc, i literackich, kiedyś gdzieś poznanych.

Oto mój wiersz z roku 2000. Podkreślam datę (styczeń 2000) nie mogąc uczciwie powiedzieć, że wiązał się on w jakikolwiek sposób z początkiem roku, który miał być końcem wielu rzeczy (świata, Internetu, itd.). Możliwe i prawdopodobne. Ale po prostu nie wiem i chyba już nigdy wiedzieć nie będę.

NOWE CZASY

Zamkową szedłem ulicą,

szerokim Wielkim Traktem Książęcym,

ku Ostrej Bramie i dalej,

w ciszy skupienie na Rossie,

w zamyślenie głębokie, refleksje.

Przez Warszawy, Londyny, Paryże,

poprzez zimny Pacyfik Północy,

wielkie Góry Skaliste, wąwozy.

Ni litewskie, ni polskie zaułki

wiły ścieżek mi mapę zawiłą.

Pomniki łotrów i bohaterów wciągano na cokoły,

tłumy pędzono na zagładę, narody przesiedlano.

            A ja pływałem w Wiśle toruńskiej,

            włóczyłem się po Łazienkach Warszawskich.

Wojny szły nową pożogą,

płonęły nieba czerwoną smugą

od wschodu po zachód,

tatarskie pułki mieszały się

z zimnym pancerzem teutońskiej stali.

Poeci gnili w więzieniach bernardyńskich

wzywając Boga w szranki turnieju Historii.

Zwycięzcom rozdawano miasta i rzeki,

a przegranych pędzono w otchłań przeznaczenia

z tobołkami przeszłości na schylonych plecach.

            Słonce różowieje mokrym świtem

            dzikiej plaży Pacyfiku.

Najpierw płonęły kościoły,

potem wnoszono na dymiące ołtarze

imiona nowych Świętych,

Proroków nowej Obietnicy.

A świat wstydliwie zasłaniał oczy.

Rodziła się Nowa Historia

spod płodnych piór gorliwych historyków.

Im gorliwsi – tym lepsza, bardziej lśniąca.

Nowyje Wremia, New Times, Nues Ziteung.

Umarłych nikt nie pytał o sprawiedliwość.

            Tym, którzy mogliby protestować

            skrzętnie wypełniono usta cementem.

Wszyscy kupowali coraz droższe samochody

a im więcej kupowali, tym szybciej produkowano lepsze.

Arbeit macht frei!  Business is business! Time is money!

Kto miał czas grzebać w leśnych mogiłkach,

do których nie prowadziły czarne nitki autostrad?

            Rzym plonie.

            Wizygoci i Barbarzyńcy maszerują Via Appia.

            Wiatr Historii

            roznosi białe togi senatorów

            po pustych salach Kwirynału,

            gdzie mieszają się z purpurą kamaryli kardynalskiej

            i biskupich fioletów.

            Pax Romana panuje tylko w ruinach Herkulanum.

            Przeszłość nie tworzy Historii.

            Historię tworzą dzisiejsi zdobywcy.

            Tłumy Odyseuszów dawno już

            zapomniały po co i dokąd płyną,

            a oszołomieni śpiewem syren

            znajdują Itakę w każdym napotkanym porcie.

01.14. 2000

Poniżej krótki fragment Eliota ‘Dry savages’, który utkwił mi w pamięci najbardziej i jest zaiste bardzo możliwe, że w jakiś sposób miał wpływ na mój wiersz.

(——-//——)

Gdyż naszą przeszłość pokrywa strumień ruchu

Lecz cierpienie innych pozostaje przeżyciem

Niesprecyzowanym, nie startym późniejszą skruchą.

Człowiek zmienia się i uśmiecha: pozostaje udręką.

Czas niszczyciel zachowuje

Jak rzeka, ładunek martwych Murzynów, krów, kojców z kurczętami,

Cierpkie jabłka i nadgryzione jabłka.

(—-//—-)

Czasem rozmyślam czy o tym rozważał Kriszna –

Między innymi – czy jako o jedynym sposobie przedstawienia tej samej sprawy:

Że przyszłość jest omdlałą pieśnią, Różą Królewską, lawendy gałązką.

Smutnym ubolewaniem nad tymi, których jeszcze nie ma co opłakiwać,

Gdyż są wciśnięci między zżółkłe karty nigdy nie otwartej książki.[2]

A droga wzwyż jest drogą w dół, droga przed siebie drogą wstecz.

Nie możesz patrzeć na to bez drgnienia, ale to pewne

Czas nie jest lekarzem: pacjenta już tutaj nie ma.

Cóż, w zakończeniu wypada mi jedynie powtórzyć za wielkim filozofem: tako rzecze Zaratustra.[3]


[1] Thomas Stearns Eliot, Poezje; wyd. WL Kraków; 1978; s.201-213 (w oryginale i w tłumaczeniu M. Sprusińskiego)

[2] ten jeden wers z tłumaczenia Sprusińskiego zmuszony byłem przetłumaczyć sam. Albo M. Sprusiński przetłumaczył go błędnie, albo błąd w składaniu tomu spowodował, że wersja w tym tomie kompletnie zagubiła sens wypowiedzi Eliota w angielskim oryginale.

[3] „Thus Spake Zarathustra”; F. Nietzsche; 1883


poniżej link do tekstu wyjaśniajacego temat:

https://kanadyjskimonitor.blog/2023/07/11/ty-i-on-poezja-i-wiersz-poeta-i-czytelnik/: Moderniści i burzyciele. Stylizacje a szczerość. Czyli o poezji i poecie.

Dziurawy brzuch. Mosty. I Trzaskowski.

Bogumił Pacak-Gamalski

Wywlokłem dziś swe zwłoki na Moje Kamienie. Napatroszony niczym przepiórka na świątecznym stole. OK, nie przepiórka a świąteczny indyk. Niech już będzie – stary indor. Napatroszyli mnie niezbyt atrakcyjnie, muszę powiedzieć. Nie kolorowymi jabłkami, śliwkami z żurawiną, a metrami jakiejś białej tasiemki. Zostałem więc tasiemcem. Lekarze w lokalnym szpitalu zamienili się w kucharzy. Kiepskich niestety w sztuce kulinarnej. Kręcili mi w brzuchu tak długo, aż wykręcili dziurę. Potem na ratunek zawołali jakieś Pogotowie Kulinarne i powiększyli dziurę tak, by można było włożyć tam ręce. Wypatroszyli mnie i wpakowali, co się dało.  Teraz – widać już po świętach – pakują tam zwykłe tasiemki. I obiecują solennie mi to robić przez kilka następnych miesięcy. Codziennie. Pytam nieśmiało: to po co tą dziurę drążyliście, skoro tyle pracy sobie tym nadaliście?  Naturalnie, zbywają to wzruszeniem ramion i porozumiewawczym mruknięciem oka – amator! Więc co potem, nie wiem. Może się znudzą?  Brzuch zaszyją? Albo powiedzą: o! pan pisarz, Pan Poeta! To może pan używać dziurę, jako portfela obszernego lub torby. Karteluszki różne, zapiski i zeszyciki może tam wygodnie zmieścić. No, niby jakaś logika w tym jest, trzeba przyznać.  Jak ma być miesiące, to trzeba się przystosować. Nie mogę tak po prostu obijać się o meble w mieszkaniu. Ostatecznie brzuch można zakryć gaciami kolorowymi, jedną ręką go przycisnąć, w drugą wcisnąć kijek-włóczykijek i na Kamienie, w trasy. Albo na most i siup!  Zwłaszcza, że mosty mam aż dwa pod ręką, zamykają niczym bramy granice Moich Kamieni. Ale na most zawsze zdążę  A powłóczyć się i patykiem poszperać jeszcze chce się. Więc na przekór wszelkim konowałom – Lato, lato, lato czeka, razem z latem czeka rzeka! Do widzenia wam canto cantare.

Dosyć macie o mnie? Nie dziwię się, ja też.

Pogadajmy więc o kim innym, o Rafale Trzaskowskim. Lubię tego faceta. Jest jakiś taki, no, jakby to powiedzieć – nie polski na polskich polityków patrząc. Chyba właśnie tak. Dlatego mi się podoba. Bez siermięgi, bez kosy, ba! nawet bez karabeli! Taki no, europejski, co? Jakby uosobieniem wszystkiego, czego, jako naród nie lubimy, prawda? Dlatego go lubię.  Pierwszego polskiego polityka od – bo ja wiem – chyba osiemdziesięciu laty, który mi się podoba.  Na skalę właśnie europejskiego państwa. Nie na europejskiej miedzy, ale solidnie wewnątrz.  Nie trochę tu-trochę tam. Niby Biedroń mógł kiedyś taki być. Miał zadatki. W Słupsku, jako młody prezydent miasta radził sobie nieźle. Będąc otwartym gejem, o zgrozo! Niestety, okazało się, że Słupska na cały kraj przerobić się nie da. To jednak tylko mała kaszubska mieścina. Może gdyby Wrocław, lub Gdański? Może Warszawa … . Ano właśnie – Warszawa. Stolica kraju. I prezydentuje jej nie kto inny, jak właśnie pan Rafał. I okazuje się, że nawet nie musi być gejem, jest zwykłym straightem, z żoną i dziećmi. Czyli można być straight  bez bycia tumanem. Chodzenia w Paradach LGBTQ bez uszczerbku dla tzw. tradycyjnej męskości. Ci, co zgrzytają na to zębami, coś dziwnie kruchą tą swoją orientację heteroseksualną mają… . Tak tylko myślę.  I wcale nie o to chodzi. Poboczny tylko to komentarz podkreślający jego inność.  Czyli zwykłą normalność europejską.

Gdybym miał  (dla przykładu tylko tą uwagę piszę) głosować na Tuska lub na Trzaskowskiego – bez najmniejszego zawahania się nawet głosowałbym na Trzaskowskiego.  Nie, no proszę sobie żartów nie stroić. Kogóż bym innego, miał jako przykład podać? Pana Andrzeja Dudę? Ja mówię o stosunkowo normalnych kandydatach i ludziach, którzy mają i kompetencje i szacunek wobec Konstytucji, wobec trójpodziału władzy, niezależnego sądownictwa. Zwykłe takie abecadło demokracji, rzeczy podstawowe. A wy mi tu o panu Dudzie. Dajcie spokój. Wiem, że Donald Tusk nie będzie kandydował na prezydenta – ale to jedyny obok Trzaskowskiego obecnie polityk, który mógłby.  Tylko Tusk to wczoraj, a Trzaskowski to jutro. Jutro Polski. Wczorajszych bitew się na nowo nie wywalczy. A nowa wielka się szykuje. Bez czołgów i bez samolotów.

Podział społeczeństwa jest już przerażająco widoczny. Jeszcze rok, dwa a może sami sobie zgotujemy nowy dobrowolny podział na Kongresówkę i Polskę północno-zachodnią?  W jednej będzie samodzierżawie i pleban, w drugiej jakiś Komitet Obywatelski? Granice jak wtedy, gdzieś nad małą rzeczką w okolicach Aleksandrowa Kujawskiego. Niemożliwe?  Historia uczy, że tak. Rów między nami już coraz głębszy. Niedługo ziemi nie starczy by go zakopać. A nawet jak zakopiecie, to będziecie dalej sypać, aż wyrośnie wysoki wał.

A może po prostu wybierzcie jednak Rafała Trzaskowskiego. Nic nie ma do stracenia. Za kosy i pałki zawsze możecie chwycić. A jak go wybierzecie, to może nie będzie trzeba. Spróbujcie. Dajcie sobie szansę. Słowo honoru wydaje mi się, że to facet normalny. Normalny facet w nie normalnych czasach. To się nieczęsto zdarza.

Pomyślcie. A ja międzyczasie pójdę dalej patykiem grzebać w różnych zakamarkach między kamieniami. Nie, nie tych na szańce. Zwykłych kamieniach na brzegach rzek i mórz, na polach i łąkach.  Trzymając się ręką za dziurawy brzuch. Mostów, póki co, będę unikał. Ale wy, jak je znajdziecie – to nie palcie. Mogą się przydać.

Ty i On. Poezja i wiersz. Poeta i czytelnik.

Bogumil Pacak-Gamalski

Ad hoc

Tak więc przyszło dziś niebo.

To znaczy nie przyszło, ale

zawiesiło się nad brwiami.

Widać je było wyraźnie

zadartymi górnie oczami.

I te dzienne, niebieskie

z barankami, i te nocne,

granatoczerniejące nad

miastem i łąkami traw.

Pachnące, dusznochcące.

Po epoce dymów i mgieł,

gdy nie było ni gwiazd ni

słońca, a cienie schowały

się za pniami drzew, poeta

znowu pisał wiersz nieśmiały.

(B. Pacak-Gamalski)

Młody Czesław Miłosz kończąc swój okres wileński – choć w sobie specyficzny sposób Miłosz do końca poetą wileńskim pozostał i ten atrybut prowincjusza bardzo mu pomógł nie zatonąć wielkim światem, w którym przyszło mu żyć – pisał w eseju ’Radość i Poezja’ : Źródła poezji ulegają skażeniu, na równi ze źródłami wszelkiej działalności ludzkiej, i łatwo podszepty diabelskie brać za głos aniołów. Teoria nowej poezji stała się rzeczą najnudniejszą pod słońcem, bo tworzy recepty na zdobycie dobrych wyników, daje rady jak sporządzać poetyckie preparaty, ale nie pomaga odróżnić, czy w dziełach tych krąży krew, czy woda, czy też trucicielski napój, rozdymający elephantiasis formy. [1]

Dwadzieścia pięć lat później sztyletem ugodzi śmiertelnie w wierszu z tomiku ‘Miasto bez imienia’:

A książek tośmy cała bibliotekę napisali.

A krain tośmy co niemiara zjeździli.

Bitew dużośmy, dużo wydali.

Aż i nie ma, ni nas ni Maryli. [2]

                Kryje się w tym stary banał (skryty świadomie czy podświadomie – jest rzeczą obojętną), że poetą się bywa, a nie jest. Wiersze dobre się zdarzają, ale w tłumie wierszy zbytecznych. Niekoniecznie złych lub słabych – ale zdecydowanie niczego nie mówiących, bo pisanych intelektem a nie duchem, emocją. Od zawsze mówiłem, że szczerość absolutna poety jest jedyną miarą uczciwości poetyckiej. Wszystko inne to zabawy literackie.  Rymowanki, składanki, tercyny i tercety, alegorie i antrakty to ćwiczenia poetyckie a nie tworzenie wiersza.  Jeśli ośmielasz się mówić szeptem w rozmowie intymnej z czytelnikiem – musisz być nagi i pozbawiony piórek, nawet tych w dupie, jakkolwiek atrakcyjne ci by się wydawały. Można (kompletnie odrzucić nie sposób) zapożyczać i z krwotoku-baroku, z Sumeru aż, z oceanu burz romantyczności, z przybyszewszczyzny i turpizmu – ale tylko na tyle na ile to jest część twojej własnej, indywidualnej pamięci. Jest fragmentem twojego ego. Samo tylko popisywanie się znajomością formy czy aluzji jest gadatliwością a nie rozmową z przyjacielem. Bo czytelnika za przyjaciela uważać należy. Takim, który cię zna i przed którym sztuczek pokazywać nie musisz. Możesz być sobą. I nie musisz niczego tłumaczyć. Po prostu mów, co czujesz. Najkrótsza droga. I najtrudniejsza.

Leżą na moich półkach dziesiątki różnych tomików wielu poetów. Bardzo dobrych, dobrych i słabych. Nazbierało się przez lata. Kupione, otrzymane w prezencie od autorów lub bliskich. Czytałem wszystkie – a przyznać muszę, że powieści, które na moich półkach leżą nie czytałem wszystkich. Z biegiem lat co raz mniej. Wszystkie zaczynałem i sporo po iluś tam kartach odkładałem. Z westchnieniem:  no tak, ale ja to znam, już kiedyś u kogoś innego to czytałem. Inne imiona bohaterów i anty-bohaterów, inne tło antropologiczno-kulturalne, ale historia ta sama. „Przeminęło z wiatrem” można oglądać na ekranie więcej niż raz, ale nie częściej niż raz na dziesięć lat. Przeminęło z wiatrem, no właśnie.  A tomiki wierszy czytałem wszystkie. I patrzę teraz na grzbiety tych tomików (cieniutkich lub pokaźnych) i z wielu nie mogę przypomnieć ani jednego konkretnego wiersza. Czasem nazwisko oszukuje pamięć i krzyczy – no, to ja, ten właśnie wiersz! A okazuje się, że nie, akurat w tym tomiku tego wiersza nie było, autor wydał go w innym.

Harold Bloom, amerykański teoretyk literatury i krytyk, w swoim  dziele życia poniekąd „The Western Canon. The Books and School of the Ages” omawiając Beatricze Dantego pisze, że ‘Boska Komedia’, jako historia Beatricze jest w tym samym rzędzie prawie , co ‘J’[3] opisujący Jahwe lub Ewangelia wg św. Marka o Chrystusie; że sam Dante stawiał się w rzędzie największego psalmisty,  króla Davida, protoplasty Chrystusa. Więc Dante uznał się za poetę boskiego, a Beatricze, Włoszka z Florencji, została zrównana  z początkiem powstania człowieka. Sugeruje, że sama Beatricze była reinkarnacją Racheli, żony patriarchy Jakuba. [4] Co się więc tu dzieje, co sugeruje międzynarodowej sławy krytyk i filolog? Otóż nic innego, jak tworzenie postaci poety-kapłana. A treść jego zapisu (wiersza) staje się głosem boga. Uściślijmy, odsuńmy pokłady ezoteryczne, co praktycznie w moim opisie roli poety i wiersza może to oznaczać? Oznacza kapłaństwo. Zakon.

Od samego zarania zresztą. Najstarszy dokument zapisany na glinianych tabliczkach, dokument literacki, poetycki „Gilgamesz” – najpierwszy spisany przez pisarzy sumeryjskich z legend i opowieści znanych jeszcze wcześniej, zapewne przed 34 stuleciem p.n.e. .[5] Przez długi okres utrzymywał się błąd, że autorem był jakiś pisarz-naukowiec z Ur w dobie babilońskiej w języku akadyjskim. Aliści – był spisał, ale była to tylko kopia tekstów dużo starszych, sumeryjskich.  Wszystko, co wiemy to spisane fragmenty z rożnych okresów przez kopistów. Z treści samej jasne zresztą staje się zaraz, że dzieje Gilgamesza i jego dzikiego męża Enkidu są autorstwa w dużej części samych bogów. Zwłaszcza matki Gilgamesza, która dla niego stworzyła Enkidu, by Gilgamesz zajął się sprawami godnymi syna bogini, a nie rozpustnym życiem erotycznym  wywołującym zgorszenie i przerażenie czcigodnych mieszkańców tego grodu. Sama Isztar – bogini Ur, małżeństwo ukochanego Gilgamesza z Enkidu zasądziła. Jak typowa matka od zawsze i do końca pewnie myśląc: wyjdziesz za mąż, to się uspokoisz, ustatkujesz. Wiec mamy, jak w przypadku Dantego, starszą od izraelickiej (czas archeologiczno-historycznie licząc, a nie magicznym liczydłem Tory i Biblii) Świętą Księgę autorstwa nie J, ale bogów starszych.  A jak bogowie – to kapłani. Rzecz naturalna. Bez kapłaństwa życie bogów jest niebytem.  Kapłan to pośrednik między Niebiosami a Ziemią. Taki kurier-Hermes. Zanosisz modlitwę do boga lub bogini, żalisz się, opowiadasz swoje występki prawo boskie łamiące, żałujesz za nie i błagasz o wybaczenie.  Robisz to oczywiście przez pośrednika, czyli kapłana. Bo niby jakim sposobem ty, nieborak, sam do bogów możesz się zwracać? A więc spowiednik. Przyjaciel. Możesz mu mówić szczerze, bez udawania.

Nic tylko togę powiewna a ciemną przybrać, kostur w rękę i na bulwary sekwańskie z rozwianym włosem i błyskiem w oku pędzić. Pędzić tak długo  … ‘aż i nie ma, ni nas ni Marlyli’.

Poeta, jako kapłan jest bliski, równoznaczny z innym konceptem twórców poezji.  Równie wielkim, jak porównanie z bogiem – causa sui. Ja tworzę wiersz tylko z siebie! Ergo – moja twórczość jest boska.  No tak, ale od Gilgamesza minęło parę tysięcy lat, od Dantego siedemset. W międzyczasie przyszedł Nietzsche i uśmiercił Boga w „Tako rzecze Zarathustra”.  Ale po cichu napisał zaraz rzecz inną nieco, dużo mniejszą i stosunkowo mało znaną, „Poza Dobrem i Złem. Wstęp do Filozofii Przyszłości”. Tamże, w rozdziale o uprzedzeniach (przesądach?) filozofów pisze wprost:  causa sui jest najlepszą sprzecznością, jaka była do tej pory wymyślona, jest swego rodzaju gwałtem i perwersją logiki, ale ekstrawagancka duma człowieka umożliwiła mu uwikłanie się w ten splot nonsensu głęboko i straszliwie. (tł. własne)[6]

Więc czarna jednak rozpacz! Już nie szukać Maryli, a rzucić się prosto z bulwarów w nurty Sekwany.

Aliści ratunek jest. Chodzi wszak o poetów w sporze o samo zaistnienie, a nie o wiersz sam w sobie. Jeden. Konkretny. OK, poeta kapłanem-spowiednikiem być nie może. Lub nie powinien, nie wypada.

Na szczęście poeta sam z siebie uśmiać się potrafi. Ważne by to umiał.  Dawniej poeci byli kanonikami. Współcześnie (bardzo współcześnie) prawie wszyscy są akademikami.  Może dlatego tak poważnie się traktują. Zbyt poważnie. Okazuje się, że nie piórko w dupce im zawadza a dziekańska długa listwa, którą połknęli. Aliści, liści drodzy humaniści z wysokości Wieży z Kości Słoniowej dopatrzyć się na bruku nie sposób. Już chyba lepsze te piórko … .

Współczesność. I czasowa i prąd literacki. Jak zauważył słusznie Konwicki w swoim świetnym tomie „Agonia i Nadzieja” [7] polskie prądy w literaturze nie wynikały z nowych kierunków estetycznych lub filozoficznych, a z dat przemian politycznych. Przez dziesięciolecia długie. Taki dziwny kraj jesteśmy. Nam filozofowie nie będą dyktować, że świat i człowieka trzeba opisywać inaczej. Nam szaleńcy nie będą Manifestów pisać (no, chyba, że Lipcowe … ). Nam dyktować będą wydarzenia polityczne o zmianie ducha poezji. Jak Manifest Lipcowy w 1944 właśnie (ostatecznie i moja ukochana i największa bodaj czarodziejka słów prostych – Wisława Szymborska) lub mowa Chruszczowa grzebiąca stalinizm w Polsce na lutowym Zjeździe PZPR w 1956, co dało narodziny w tymże roku pierwszego nowego ‘pokolenia’ poetyckiego od czasów Międzywojnia – pokolenia Współczesności. W sumie były to pokolenia a nie pokolenie. Generacje całe. Jedyną wspólną poetyką Współczesności było – poszukiwania nowych sposobów opisywania rzeczywistości. Byli tam i poeci starsi , wyznawcy Skamandra, i poeci spod znaku Awangardy Przybosia, jak i liczna grupa młodych, z których jeden chyba tylko własny, specyficzny styl poetycki wypracował – Stanisław Grochowiak. Ale owa kakofonia dźwięków stworzyła miejsce dla wielu bardzo ciekawych indywidualnych instrumentów poetyckich. I w tym chyba Współczesności największa zasługa. Zdecydowanie zrezygnowali ze stanowiska kanonika-kapłana. Raczej chcieli być kumplami podrzucającymi rano pod drzwi czytelnika świeże wiersze. I chwała Poecie.

By odczarować te wszystkie mgły wałęsające się po moczarach dziejów Człowieka i Bogów, ich zmagań ze sobą i między sobą, wrócę na moment do wspomnianej książki Kuncewicza o Poezji Polskiej od 1956. Sami poeci tamtego czasu (autorem był Bogusław Choiński), czasu wychodzenia z pomroków cmentarzyska stalinizmu, w świetnej parodii rozprawili się i z poetyką heroiczną i poetyką Majakowskich:

– Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy

Niech ma.

Ktoś biegnie po schodach łubudu łoboda

Piii – skrzypnęły gdzieś drzwi…

Zeppellin. Zeppelin nad mostem Kierbedzia!

( …. …. ….)

C-E-P-E-L-I-A… C-E-P-E-L-I-A… C-E-P-E-L-I-A

(… … …)

Hej , lewa i tywa. Marsz, naprzód, psiajucha

– Zasuwaj w gazomierz – pourqua voila

ten straszny abażur na niebie się pcha?

(… … …)

Na grandę. Na grandę. Granada maja…

Gdzie dechy teatru cokolwiek są zdrowsze

– stańcuje je w drzazgi śpiewając Mazowsze.

W ten sposób się kiedyś do trumien dobrali

i szkielet praojców z piszczela wypalił.

I z wyciem Syrena tarzała się w szkłach.

Uj, Lope de Vega. Estrada maja.

Ojczyzna zalana. I kręci się łza, jej!

Na „Ładzie” i „Składzie” łka Polska jak Rachel.

(… … …)


[8]

Naturalnie, wierszy nie można tylko pisać do odurzonej butelczyną wolności studenterii w klubie studenckim „Stodoła”. Pisze się je zawsze – identycznie, jak listy – do czytelnika jednego. Tylko jednego. Bacz więc na słowa pierwej niż baczyć będziesz na stelaż stancy. Nie martw się zbytnio, gdy ściana jedna nieco krótsza od drugiej, że gdzieś cegła lud dachówka odpadła. Stare domy rodzinne mają czasem takie ubytki. Życie ich, jak ich mieszkańców, nieco naruszyło, przygarbiło. Ale nie mają ochoty z tych domów do szklanych się przeprowadzić. Bo w szklanych domach jest zimno, ściany milczą. Nowe są przy szerokich, ruchliwych arteriach. Gdy starasz się w oknie powiedzieć chłopakowi lub dziewczynie, że ich kochasz – huk pędzących poniżej samochodów zagłusza twe wyznanie. A stare, stare przycupły, gdzieś przy małych skwerach, w starych uliczkach, gdzie na podwórkach przez lata wyrosły gęste i wysokie drzewa. Gdzie na ławce, ot tak, ad hoc, możesz zwykły wiersz napisać. O tym, ze słońce pod dniach powodzi spotkałeś, że dymy opadły. Mimochodem tylko myśl rzucisz, która zapląta się na sekundę, z echem pamięci początku, genezy życia. Na sekundę, bo wiesz, że życie jest takie krótkie, tak ulotne.

Czy wiersz jest sztuką? Doprawdy nie wiem. Zapewne. Ale po cichu myślę, że prawdziwy wiersz jest zapisem dziecka, więc skoro filolog ma go rozbierać i ubierać niechże będzie takim estetycznym dadaizmem. Bo ma być szczery przede wszystkim. Piszesz go do jednego człowieka. Nie dbaj o cokoły. Tyle ich już wzniesiono i tyle potem obalono. Niektórych wręcz na nie nie wznoszono a żywcem nabijano niczym na tatarskie pale. Ten kłopot zostaw potomności. Nie martwiąc się , czy do niej trafisz. Martw sie o tego jednego czytelnika teraz. Twojego przyjaciela, którego imienia nawet nie znasz. A jest. Bez niego byś tych wierszy nie pisał.


[1] Cz. Miłosz, Poszukiwania; Wyd. CDN, Warszawa 1985; s. 16

[2] ibid, s. 122

[3] litera J sugeruje, że fragmenty Pięcioksięgu Tory są autorstwa samego Jahwe, czyli J=Bóg

[4] „The Western Canon. The Books and School of the Ages”, Harold Bloom’ wyd. Harcourt Brace & Comp., 1994; s. 77-87

[5] „The Epic of Gilgamesh”, tłumaczenie i wstęp’ Andrew George; wyd. Penguin Books, 2003

[6] “Beyond Good and Evil. Prelude to a Philosophy of the Future” trans. and Commentary by Walter Kaufmann; by Random House, 1966; s.28

[7] „Agonia i Nadzieja. Poezja Polska od 1956. T.3” Piotr Kuncewicz; Polska Oficyna Wydawnicza BGW, Warszawa, 1993;

[8] ibid, s.17