Kałuża czy Pola Elizejskie?

Kałuża czy Pola Elizejskie?

Na Facebooku pędzi od kilku dni rozwichrzone stado Pegazów. Grzywy skrzą się niczym perły na firmamencie nieba, skrzydła furkoczą unosząc się ku szczytom  Parnasu.  U wrót świątyni twórców oczekuje ich westalka Apolliona, Olga.

O, szczęście wymarzone! Serce uniesione! Cóż padoły wyklęte niewiernych, cóż dziady nieczyczate spod strzech Adamowych? Oni są princami i princesami ogrodów Samarkandy, kędy się tanecznym krokiem, wśród piękna niedościgłego – zaiste objawionego – przechadzają. Oni! Ci którym Olga sama powiedziała, że pisze przepowiednie dla nich, wniebowziętych rodaków ojczyzny piękna i wdachnownienia, którego doznał ongiś Puszkinowski Eugeniusz.

W. Podkowiński “Szał uniesień”

Piękny ten widok, ten obraz rozwianych, niczym u Podkowińskiego, grzyw Pegazowskich, tych nazwisk osób znajomych i tych, których tylko z tekstów wrażliwych znałem. Ze szczytów Tomaszowej Góry Czarodziejskiej ku dolinom poglądającym, z zasłużoną wyższością. O ludy i narody niecne, wszeteczne, które światła dostąpić nie chcą – biada wam, powiadam. Wam i waszym dziatkom, że w strumieniu, o którym Jan z Czarnolasu w Pieśniach boskich pisał, że spod Parnasu bieży, kapać się dla orzeźwienia nie pozwoli.

Więc takoż w uniesieniu, w pełnej ekstazie, rozwiane grzywy mieszają się z perlistym ślinotokiem, który nie płynie ku dolinom – o! nie – a ku szczytom zmierza. ‘Nam jedna szarża – do nieba wzwyż’ poprowadzi nas subtelny (oczywiście, że subtelny a nie gburski) Krzysztof Kamil.

Leon Bakst “Elisium”

I tak odrodziło się nam, po tysiącleciach westchnień próżnych, Elizyjum.  W sposób tak łatwy i prosty, że aż zdumiewające, że nikt na pomysł wcześniej nie wpadł. Za jednym słowem prostym, znanym, częściej niż trzeba może używanym: idiota.

Warto by chyba przypomnieć sobie powieść pod tym tytułem Fiodora Dostojewskiego. Jest zajmująca. Być może wiele mówiąca. Czy ‘idiotą’ jest tak określony, tak nazwany, czy są nimi tak go określający, nazywający? Kurosawa, sam twórca pierwszej wielkości, tak reflektował przy pracy nad adaptacją dzieła Dostojewskiego: Prawdziwie dobry człowiek bowiem w oczach innych jest uznawany za idiotę. To jest tragedia tej historii. Historii zrujnowanego, czystego człowieka”. Naturalnie, nie sugeruję iż domyślny adresat (PiSowski wyborca, zakładać można), tego słowa użytego przez Olgę Tokarczuk, jest przykładem dobrego, czystego człowieka. Ale, gdy się publicznie pewne oceny wyraża na spotkaniu, które było filmowane i w czasie współczesnym, gdy wiadomo, że takie opinie osoby bardzo znanej – noblistki, wybitnej pisarki – natychmiast ukażą się wszędzie i wobec wszystkich – pewne niuanse (?) rozmydlą się. Gdybym ja tak powiedział do moich czytelników – nikt by uwagi (poza garsteczką tych czytelników, LOL) na to nie zwrócił. Przez to, że osoba autentycznie wybitnej pisarki nie ma tego samego przywileju zacisza własnego pokoiku, który mam ja – konsekwencje są inne. A z reszty wypowiedzi skierowanej owszem, do zebranych przyjaciół i wielbicieli talentu pisarki – wyszło jeszcze większe nieporozumienie i błąd. Po prawdzie ‘idiotami’ zostali wszyscy, którzy większości jej twórczości nie czytali. Lub tylko we fragmentach. A takich jest dziś sporo. Inne czasy, niezbyt przychylne dla literatury słowa pisanego dłuższego od jednego arkusza. Możemy nad tym ubolewać (powinniśmy) ale trudno tego trendu, nie tylko polskiego, nie zauważać. Na nagrywanym spotkaniu z fanami noblistki nastąpiło mrugnięcie porozumiewawcze okiem: wiecie, to między nami, wy rozumiecie wysoką literaturę, wy jesteście inni od ‘nich’. I najgorsze, w zasadzie niewybaczalne: piszę tylko dla was. A to już arogancja. Zbyteczna. Oczywiście w Polsce dzisiejszej, Polsce podzielonej bardzo ostro, gdzie obowiązuje zasada: kto nie z nami ten przeciw nam – obywatel przeciwny kato-faszyzującego obozu władzy jest niejako zmuszony stanąć po stronie pisarki. Nawet jeśli w duszy czuje się dość skrepowany, bo wie, że nie czytał wszystkich wydań Tokarczuk lub nie czytał nawet w ogóle. Czyli wie, że jest … idiotą. Ale wie też, że to nie zupełnie sprawiedliwe, za idiotę się nie uznaje. I mnie też się wydaje, że taki obywatel nie jest idiotą. W tym wypadku wole już być tym Myszkinem Dostojewskiego, niż dołączyć do ślinotoku wyznawców religii skądinąd fantastycznej pisarki. Kultura nie wysoka a kultura celebrycka, ot co.   

Ukraina – refleksje trudne

by Bogumil Pacak-Gamalski

Najazd rosyjski i wynikła z tego wojna rosyjsko-ukraińska ma dwa różne wymiary. Dwa zasadnicze, bo w tym starciu dwóch odmiennych światów naturalnie tych wymiarów i płaszczyzn jest bardzo wiele.

  1. Wymiar niesprowokowanej i wyjątkowo brutalnej agresji Rosji Putina na niepodległe państwo;
  2. wymiar geopolityczny ze względu na stabilność Europy , jako spuścizny tzw. porządku jałtańskiego, który od lat 1945-47 utrwalił obecny kształt państw europejskich.

Wymiar pierwszy zasadniczo określa reakcje większości świata demokracji, a szczególnie tzw. demokracji zachodnich. Jest napaścią na ukształtowany system europejski, który stanowi o trwałości granic i powstrzymywania się od wszelkich ingerencji militarnych w obszarze atlantyckim Europy i Ameryki Północnej. Zwłaszcza ze strony mocarstw nuklearnych (USA, Wielka Brytania, Francja i Rosja). Obszar Azji i Pacyfiku to konkurencja innych mocarstw (Chiny, USA głównie). Afryka to też odrębny obszar innych sił, konkurencji i zagrożeń, kompetycji militarno-polityczno-ideologiczno-surowcowych zarówno Azji, jak i USA i Europy. 

Wymiar drugi jest wyzwaniem rzuconym porządkowi jałtańsko-poczdamskiemu po II wojnie światowej w Europie. Można ryzykować tezę, że porządek ten został odrzucony na przełomie lat 88. i 90. ubiegłego wieku. Ale to teza fałszywa, gdyż te kolosalne zmiany miały charakter pokojowy, bez jakiejkolwiek ingerencji militarnej mocarstw (USA lub Związek Radziecki/Rosja) i państw nuklearnych. Poza dwoma państwami niemieckimi, które się zjednoczyły (każde ze swoimi post-jałtańskimi granicami) drogą naturalną i pokojową. Powstałe niepodległe byłe republiki sowieckie (Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś, Ukraina) zyskały niepodległość też w granicach swoich, wyznaczonych zresztą jeszcze przez Związek Radziecki w latach 1945-47. Nie spowodowało to jakichkolwiek zmian terytorialnych w innych państwach ościennych ani nie wywołało jakiegokolwiek konfliktu zbrojnego. Obecny najazd rosyjski na Ukrainę podwala cały ten porządek granic narodowych ustalonych w latach 1945-47. Podwala w związku z tym legalność i prawne międzynarodowe podstawy legalne tego porządku, vide tych granic.

Wymiar (1) nie wymaga de facto tłumaczenia. Od początku inwazji putinowskiej przywództwo polityczne i militarne strony rosyjskiej wykazuje się wzrastającym wręcz z tygodnia na tydzień wyjątkowym okrucieństwem wobec ludności cywilnej; nie przestrzeganiem zasadniczych ustaleń i konwencji prowadzenia działań wojennych (bombardowanie miast, osad i wiosek bez odróżniania celów militarnych od ludności i zabudowań cywilnych; celowe i świadome terroryzowanie ludności cywilnej, bombardowanie szpitali i obiektów medycznych, przesiedlanie ludności miejscowej na tereny Rosji właściwej; ostrzeliwanie konwojów cywilnych uchodźców z terenów bezpośrednich operacji wojskowych). Ta lista jest wyjątkowo długa i nie ma sensu jej kontynuować. Jest też rejestr tych zbrodni prowadzony przez  niezależne komisje, przedstawicieli organizacji międzynarodowych i z krajów ościennych, relacje niezależnych reporterów i dziennikarzy nie rosyjskich i nie ukraińskich. Mnożą się śledztwa i dochodzenia konkretnych zbrodni wojennych żołnierzy rosyjskich na ludności cywilnej. Wszystko to na terenach europejskich, u granic Unii Europejskiej. Bledną wobec tego nawet zbrodnie dokonywane w czasach wielkiego konfliktu bałkańskiego po upadku Jugosławii.  Zwłaszcza wobec realnego niebezpieczeństwa przelania się tego konfliktu na resztę Europy i naturalny lęk nie tylko o wojnę nuklearna ale i możliwość doświadczenia podobnego terroru w państwach bezpośrednio graniczących z Ukrainą lub Rosją (Polska, Kraje Bałtyckie, Litwa, Rumunia, Mołdawia, być może nawet Węgry wbrew ugodowej wobec Putina postawie Orbana).  Efektem tego jest kompletnie niewyobrażalne kilka miesięcy temu złożenie oficjalnej deklaracji Szwecji i Finlandii o wstąpienie do NATO. Wszystko to powoduje polityczne, militarne i popularne wśród społeczeństw europejskich sympatie i wspieranie Ukrainy w tym konflikcie. Masowość, rozmiar tego wsparcia i konkretne (zwłaszcza militarne) akcje Europy, USA i Kanady są pierwszą niekwestionowaną klęska Putina i Rosji. Klęską, której rezultaty Rosja będzie odczuwać długo po zakończeniu tej wojny ( jakimkolwiek jej zakończeniu).

Wymiar (2) nie jest ani taki prosty ani tak jasny, jak się w pierwszym momencie wydaje. Zacznijmy od początku, czyli od tzw. porządku jałtańsko-poczdamskiego tryumwiratu Roosevelt/Truman (USA) – Churchill (Wlk. Brytania) – Stalin (Związek Radziecki).

Miedzy 4 a 11 lutego 1945 w Jałcie spotkali się przedstawiciele tzw. Wielkiej Trójki (Stalin, Roosevelt i  Churchill) by uściślić rozmowy Konferencji w Teheranie w 1943. De facto było to uśmiercenie II Rzeczpospolitej Polskiej, które de iure nastąpiło w 1947. Utrata olbrzymich terytoriów polskich na wschodzie zmieniła diametralnie charakter państwa i społeczeństwa polskiego, a utracenie tak ważnych centrów historyczno-kulturowych, jak Lwów i Wilno, wręcz zachwiało historyczną ciągłość tworu zwanego Rzeczypospolita Polska. Zwłaszcza utrata Ziemi Lwowskiej będącej częścią Krony Polskiej od czasów prastarych, to przerwanie ciągłości historycznej państwa najbardziej charakteryzowała. Ta Konferencja wywracała porządek historyczny i polityczny całej Europy na linii od Bałtyku, wzdłuż Karpat, aż do Morza Czarnego. Najbardziej diametralna zmiana granic i utraty historycznych terytoriów dotknęła dwa państwa, gdzie II wojna światowa się rozpoczęła: w równym stopniu agresora, jak i ofiarę agresji: Niemcy i Polskę. Zlikwidowano tym samym niepodległe przed 2 wojną państwa bałtyckie (Łotwa i Estonia) i Litwę. Świadomie nie piszę tu o Ukrainie, gdyż nie można postawic znaku równości między republikami radzieckimi a państwami byłego Układu Warszawskiego, które quasi suwerenność i niepodległość posiadały. Granice wewnętrzne i zewnętrzne Ukrainy radzieckiej były de facto i de iure granicami Związku Radzieckiego.

Ze wszystkich bodaj granic tzw. porządku jałtańsko-poczdamskiego, to właśnie granice Ukrainy są najbardziej skomplikowane. Niepodległa, dzisiejsza Ukraina, ogłaszając swą niepodległość w grudniu 1991 r. powstała na terenach Ukraińskiej Republiki Radzieckiej. Nie była ciągłością ani Hetmanatu Ukraińskiego, ani Ukraińskiej Republiki Ludowej ani Ukraińskiej Ludowej Republiki Rad. Wszystkie te twory istniały w różnych okresach od 1917 do wybuchu 2 wojny i napaści Związku Radzieckiego (a więc i Ukraińskiej Republiki Radzieckiej w ramach tego imperium sowieckiego) – w sojuszu z hitlerowskimi Niemcami – na  Polskę. Każdy z tych tworów państwowych posiadał umowy i traktaty graniczne z Rzeczpospolitą uznające istniejące granice Rzeczypospolitej Polskiej. Ukraińska Republika Radziecka, obok federalnych władz Związku Radzieckiego oficjalnie sygnowała i potwierdzała ustalone w Traktacie Ryskim ostateczne granice polsko-ukraińskie. Granice obecne Ukrainy są więc  efektem gwałtu zbrojnego (lub szantażu zbrojnego) na międzynarodowo uznanych granicach szeregu państw: głównie Polski ale też Węgier, Czechosłowacji, Rumunii. Najpóźniejsze tego przykłady miały miejsce (wbrew wcześniejszych obietnic i zapewnień Stalina) po zakończeniu 2 wojny.  Było to szczególnie widoczne na terenie Zakarpacia, znanego też jako Ruś Zakarpacka. Przez blisko 1000 lat Ruś Zakarpacka była w granicach Królestwa Węgier ( również w latach Cesarstwa Austro-Węgierskiego zaliczana była do Korony węgierskiej). Po rozpadzie Austro-Węgier, międzynarodowym traktatem przyłączona do Czechosłowacji, jako trzeci region federacyjny (po Słowacji). To jedyna kraina, gdzie ludność miejscowa określała się, jako Rusini, nie Ukraińcy. Do dziś duża grupa Rusinów nie uznaje narzucanej z Kijowa nomenklatury (i etniczności) ukraińskiej. W południowej części Ruś Zakarpacka zamieszkiwana jest przez ludność węgierskojęzyczną i Węgrzy przez cały okres wolnej Ukrainy (po 1991) domagali się od Kijowa większego wpływu na ich losy, autonomii. Być może jest to jeden z powodów rusofilstwa premiera Węgier Orbana, który (gdyby Rosja przeważyła w obecnym konflikcie zbrojnym) możliwe, że liczy na odzyskanie kilku graniczących z Węgrami regionów Zakarpacia?

nota uściślająca: podkreślam w temacie Zakarpacia kwestie językowo-etniczne inne od ukraińskiej dla podkreślenia złożoności wielu terytoriów, ich historycznej przeszłości. Nie jest moim celem stwierdzenie braku jakiejkolwiek łączności lub poczucia ukraińskości całej ludności Rusi Zakarpackiej. Obecnie, ponad 70 lat po przyłączeniu Zakarpacia przez Rosje sowiecką do Ukrainy i tyleż lat trwającej ukrainizacji, większość ludności uznaje się za ukraińską. Ale ciągle silne są tradycje i poczucie odrębności, osobności, poczucia bycia Rusinem. W ostatnich latach caratu, silna była na Zakarpaciu opcja moskalofilska dążąca do wspólnoty etniczno-państwowej z Rosją i Rosjanami, nie z Ukrainą. Być może właśnie Zakarpacie jest najbardziej klasycznym przykładem historycznie skomplikowanych i wielorodnych etnicznie i kulturowo terenów, które dziś leżą w granicach Ukrainy. Wyjątkowym też tego przykładem jest Półwysep Krymski, opisany poniżej.

Najpóźniejsza zmiana terytorialna Ukrainy, w ramach republiki związkowej Rosji Sowieckiej, nastąpiła w 1954.  Otóż w rocznicę Umowy Perejasławskiej, w której Kozacy pod wodzą Chmielnickiego oddali Rosji w ‘wieczyste władanie’ południowo-wschodnią Ukrainę, Nikita Chruszczow, ówczesny Sekretarz Generalny KC KPZR (czyli faktyczny dyktator Związku Radzieckiego) przekazał Krym w prezencie dla Radzieckiej Republiki Ukrainy.  Oczywiście, Chruszczowowi w 1954 nawet do głowy przyjść nie mogło, że blisko 40 lat później nie będzie …  Związku Radzieckiego. Więc ten szczodry prezent był dla Rosji bez znaczenia. O niepodległym, tatarskim Krymie już nikt z Tatarów myśleć nie mógł.  Postarał się o to sam Stalin dokonując masowych zsyłek ludności tatarskiej na Zakaukazie. Takich samych, jakich dokonał w Zachodniej Galicji i na Wołyniu wobec ludności polskiej (potem kontynuowanych przez ludobójstwo dokonywane na pozostałych Polakach na Wołyniu przez ukraińskie oddziały Bandery).

Ostatnią szansą Krymu na odzyskania tatarskiej niepodległości i odtworzenia własnego, należnego im państwa, stworzył generał carski,  polski Tatar z Wileńszczyzny (urodził się w majątku pod Lidą), Maciej (Sulejman) Sulkiewicz. Stworzona przez niego Krymska Republika Ludowa istniała od czerwca 1917 do kwietnia 1919, kiedy została zajęta przez wojska Armii ‘Białej’ Rosji generała Denikina. Denikin początkowo był przychylny koncepcji niezależnego Krymu, ale jego następca, generał carski Piotr Wrangel uznał Krym, jako część Imperium Rosyjskiego i o niezależnym Krymie słyszeć nie chciał. W kwietniu 1919, ostatni minister Republiki Krymskiej, Dżafar Sejdamet zażądał od Ligii Narodów przekazanie mandatu nad Krymem Polsce. Niestety, losy tej części Europy były już przesądzone. Po wkroczeniu na Krym oddziałów bolszewickich marzenia o tatarskim, niepodległym Krymie zostały pogrzebane a terror sowiecki wymordował tysiące patriotów krymskich.

Jeszcze w czasach Chanatu Krymskiego półwysep zamieszkiwany był przez różne grupy etniczne – Greków, Niemców, Turków. Później, w latach panowania rosyjskiego, osiedliło się tam też sporo Rosjan. Od czasów bolszewickich Krym ‘oczyszczono’ z wielu elementów etnicznych. Pozostali coraz mniej liczni Tatarzy i ciągle rosnąca w sile ludność rosyjska. Przez długi okres czasu nawet Sowieci uznawali, przynajmniej w sposób symboliczny, tatarską historię Krymu i kolejne nazwy administracyjne tego regionu zawierały nadawały mu status osobnej republiki w ramach Związku Radzieckiego. Po przyłączeniu przez Chruszczowa Krymu do Ukraińskiej Republiki Radzieckiej, Krym utracił prawa republiki i określano je jedynie jako ‘obwód krymski.  W momencie rozkładu Związku Radzieckiego miejscowa ludność (Rosjanie tworzyli wówczas już zdecydowana większość na Krymie) powstała Krymska Autonomiczna Republika Radziecka, która dążyła do powrotu Krymu w granice Rosji. W ramach umów z nowym państwem rosyjskim Ukraina rozwiązała ten twór i stworzyła na Krymie Autonomiczną Republikę Krymu. Kolejna zmiana nastąpiła w 2014 po ponownym zajęciu Krymu przez wojska rosyjskie i referendum, które ogłosiło niepodległość Krymu, a następnie włączenie Republiki Krymskiej do Federacji Rosyjskiej. Ten stan faktyczny istnieje do dziś. Ukraina nie uznaje tej aneksji i ma w tym poparcie minimalnej kwalifikacyjnej większości krajów-członków ONZ (100 państw na 197 członkowskich). W momencie aneksji Ukraińcy stanowili 24% mieszkańców Krymu, wobec blisko 58% Rosjan. Rdzenna ludność Tatarów krymskich i Tatarów z innych rejonów (w tym polskich) wynosi już tylko niecałe 13%.

Warto też zwrócić uwagę na Bukowinę i ludność zamieszkującą ten historyczny region. Usilna polityka ukrainizacji prowadzona już od wczesnych lat Ukraińskiej Republiki Radzieckiej, kontynuowana przez niepodległa Ukrainę, komplikuje etniczność wielu ludów. Zwłaszcza tych, którzy uznają się (i są przez wielu badaczy za takie uznawane) za osobna grupę Rusińską, niezależną od Rosjan i Ukraińców. Należy tu głównie wymienić Hucułów, Bojków i Łemków, ale też inne, mniejsze grupy. Mówimy głównie o plemionach Rusińskich z terenów górskich, tzw. Grupa Karpatorusińska.

Wszystkie te odcienie lub wręcz inne kolory mapy etnicznej historycznych terenów nowego, terytorialnie bardzo obszernego tworu politycznego, jakim jest powstała w 1991 roku Ukraina, umyka jednoznacznej i zgodnej z rządowa propagandą opisowości tego, co i kto jest ‘ukraińskie’. Zwłaszcza w czasie i okresie straszliwej wojny, jaka zagraża istnieniu i państwa i narodu ukraińskiego. A to, że i państwo i naród ukraiński (jako osobna i wyraźna grupa etniczna) istnieje wątpliwości być nie może. Więc absurdalne stwierdzenia dyktatora Rosji, że państwo i naród ukraiński to sztuczny twór nie może być nawet dyskutowany. O tym czy naród istnieje … decydują tylko i wyłącznie ludzie z tych terenów. I od kilkuset lat zdecydowali bez wątpliwości. Proces scalania etnicznego, syntezy narodowej, trwa bardzo długo. To zabrało długie setki lat kształtowania się wszystkim państwom Europy od czasów Karolingów. Prawie całe Średniowiecze. A niektóre różnice pozostały do dziś, nawet w granicach jednolitego państwa. Choćby Ślązacy i Kaszubi w Polsce, którzy z uporem (i słusznie, bo tylko oni mogą o tym kim są decydować) podkreślają swoją osobność i  własną świadomość językowo-etniczną. Nie piszę tu ludziach z różnych, odległych kulturowo i etnicznie części świata, którzy osiedlili się, jako emigranci, w danym kraju. To jest zupełnie inne i naturalne zagadnienie, nie mające nic wspólnego z tzw. matecznikiem narodowej etniczności. I tożsamości narodowej.

Wojna trwająca na Ukrainie i przybierająca z każdym tygodniem (po pierwszym, początkowym militarnym blamażem Putina i jego armii) gorsze wyniki dla Ukrainy, nie jest dobrym czasem na tego typu refleksje. Ale warto nawet w czasie wojny pomyśleć, że kiedy czas pokoju nastanie trzeba te skrywane lub celowo niedostrzegane zagadnienia rozwiązać. Nie jest tak, że gdzieś jakiś mierniczy (sowiecki, niemiecki, wersalski czy rosyjski) linijką na mapie zaznaczył, że tu są Ukraińcy, tu Polacy, a tam Węgrzy czy Rumuni.  Panslawizm jest mrzonką szkodliwą (główna zabawa historiozoficzna Rosjan, bardzo niebezpieczna dla sąsiadów), tak jak był nią pangermanizm i inne wypaczenia. Iść tą drogą to na końcu utknąć, gdzieś by trzeba w Rogu Afryki chyba.  Lub na stepach mongolskich.

Ale grupy etniczne i narodowościowe, nawet w formalnie do dziś istniejących granicach Ukrainy, zawsze mieć będą lepszą przyszłość, szanse na zapewnienie ustawowe większych wolności, być może autonomii, niż miałyby w jakiejkolwiek formie pod butem putinowskiej Rosji. Może nawet prawo do samostanowienia – które ostatecznie winno być ciągle fundamentalnym prawem cywilizacji zachodniej i porządku światowego. To są już inne jednak kwestie. Na jutro, którego kształtu dziś jeszcze nie znamy.

Ukraina, która wyłoni się z tej wojny winna też zmusić się do spojrzenia na własną historię ostatnich stu lat. Trzeźwe, spokojne. Niektóre rzeczy działy się zapewne głównie z rozkazów z Moskwy lub z Berlina (w różnych okresach tych stu lat). Nie wszystkie jednak można tylko na te czerwone lub brunatne barki zrzucić. Im bardziej sumienne będzie te spojrzenie, tym łatwiej będzie się zmierzyć z tą przeszłością. Polacy wkroczyli na ta drogę ponad dwie dekady temu. Była bardzo trudna ale już powoli przynosiła wyniki. Tylko po to, by od 2015 zacząć to niweczyć i upiory ksenofobii i ultra nacjonalizmu na nowo obudzić.

Niemieckie szanowane światowe konsorcjum medialne Deutche Welle powtórzyło za portalem Tagesschau ciekawe spostrzeżenie niemieckiej historyczki, Franziski Davies, która pisząc o stosunkach i przeszłości polsko-ukraińskiej powiedziała znamienne słowa w odniesieniu do bolesnej rocznicy masakry Polaków na Wołyniu, podkreślając, że Polacy określają to, jako ‘Rzeź Wołyńska’, a Ukraińcy, jako ‘Tragedia wołyńska’.  Historyczka reflektuje:  „Ale tragedia dzieje się wtedy, gdy nikt nie jest w stanie niczego zrobić. W rzeczywistości masakry z 1943 i 1944 roku były celową czystką etniczną Wołynia i Galicji Wschodniej z ludności polskiej”. To jeden z najboleśniejszych fragmentów wspólnej, blisko 1000 letniej historii. Są inne. Zawsze pamiętam w takich momentach o zdumiewającym oświadczeniu Prymasa Tysiąclecia, zwracającego się w latach 60. do Niemców: ‘wybaczamy i prosimy o wybaczenie’ (faktycznym autorem tekstu był arcybiskup  wrocławski – co też było symboliczne – Bolesław Kominek).

Warto je pamiętać po obu brzegach Bugu i Sanu.

Raz jeszcze zreasumuję owe przytoczone we wstępie dwa wymiary agresji Rosji na Ukrainę:

wymiar skutków bezpośrednich niezwykle brutalnej wojny już teraz jest porażający.  Nawet nie w samych stratach ludności i żołnierzy (i rosyjska i ukraińska propaganda są to mało realistyczne), którzy bezpośrednio zginęli w wyniku działań wojennych, które są, wydaje mi się,  zadziwiająco niskie biorąc pod uwagę nieustanne bombardowania rosyjskie. W niewyobrażalnym, konsekwentnym niszczeniu jakiejkolwiek infrastruktury. Każde zajęcie kolejnego miasta poprzedzane jest wielodniowym lub wielotygodniowym barażem artyleryjskim, rakietowym, lotniczym. Pretekst ‘niszczenia obiektów militarnych’ używany przez Rosjan jest kompletnym kłamstwem. Chyba, że każda ulica, każdy dom, szpital, kościół lub cerkiew są ‘obiektem militarnym’.  Rosjanie łamią wszystkie postanowienia konwencji haskiej i innych praw wojny. To jest bez przesady strategia ‘spalonej ziemi’.  Obojętnie kto z konfliktu wyjdzie zwycięską ręką – spustoszenie kraju, tam gdzie linie frontu przebiegają, jest niewyobrażalne. Jeżeli dalej utrzymywana jest przez nas zasada silnego wsparcia dla Ukrainy – wysiłek zbrojny (dostarczanie dużej ilości broni artyleryjskiej, rakietowej, pancernej) musi być natychmiast wzmożony. Musimy skończyć z koniunkturalnym i wygodnym traktowaniem sankcji ekonomiczno-gospodarczych. Te sankcje muszą być żelazne i bez ustępstw – co wiązać się musi z kosztami dla społeczeństw naszych, zachodnich. Niestety, wojny bezpośredniej ani pośredniej (by proxy) bez wysokiej ceny prowadzić nie można. Wojny z wielkim państwem i doskonale uzbrojonym, jakim jest Rosja. Dla Rosji straty w ludziach własnych są mało istotne. Nigdy problem nie były. Ale Ukraina traci prawie z dnia na dzień miliony. Nie w zabitych, ale ludności, która znalazła schronienie w Polsce, Rumunii, Mołdawii – sporo z nich udało się już tymczasowo przesiedlić do dalszych krajów, niektórych aż za ocean. Tymczasowo? Nie, nie wszyscy wrócą. Ale nikt z nich teraz nie może zasilić szeregów sił zbrojnych Ukrainy. Miliony zostały zajęte przez Rosjan, tysiące przesiedlonych w głąb Rosji. Jak zastąpić poległych lub rannych żołnierzy na froncie?

Im dłużej ta wojna trwać będzie – tym trudniej będzie naszym społeczeństwom koszty tej wojny przez nas ponoszone wytłumaczyć. Tylko zdwojenie wysiłku teraz i umożliwienie podjęcia przez Ukrainę kontrofensywy może to zmienić.

Geopolityczne skutki dla tzw. porządku jałtańsko-poczdamskiego? Ten porządek został już kilka razy podważony. Był narzucony zbyt wielu narodom, by zbyt wielką nabożność do niego przykładać (nie zapominajmy Bałkan i casusu Kosowa). Ale nie wolno zgodzić się kategorycznie na zbrojne, przez agresję militarną, jego druzgotanie. To stworzy sytuacje wybuchową dla całej Europy. A więc zagrozi również pokojowi na innych kontynentach. Musimy być otwarci na ewentualne negocjacje – ale nie na czołgi i deszcz rakiet.  Nie wolno teraz zwłaszcza zapomnieć, że ten porządek był też kontynuacją aliansu stalinowskiej Rosji i hitlerowskich Niemiec. Ustępstwo wobec Putina jest pluciem w twarz wszystkich ofiar 2 wojny światowej. Rosja nie była ofiarą Hitlera – była ofiara własnej chciwości terytorialnej. To słabość Europy i USA zmusiła Zachód do przyjęcia Stalina w poczet Aliantów. Ten zaś po pokonaniu Hitlera zniewolił blisko połowę Europy. Czy chcemy powtórzyć ten sam kardynalny błąd strategiczny wobec Putina?

fot. Andrzeja Otrębskiego – w Wikimedia Commons

Musings on music, art and it’s poetry and echo of Jean-Luc Therrien concert

Bogumil Pacak-Gamalski

When I was a young admirer of classical music, I sought well established, famous musicians. To be at a concert of someone known to be a master, virtuoso of an instrument. To listen to music played the way the music ought to be played. Orchestral or solo, chamber type or powerful experience of full orchestra in a symphony directed by an admired director!  Ah, for young, hungry for excellence youth – that was the pinnacle. I am glad I did it. Solid base, fundament is very helpful. For as long as you are not too timid (I wasn’t) to allow yourself to freely like or dislike certain composition, specific type of music. Art is not a religion. Art is freedom foremost. Of course, it didn’t hurt that I lived in a big city, that was very well known for its affinity for music and no shortage of good concert halls, musicians –  Warsaw. Even in communist times (or perhaps in spite of it), culture flourished in Poland. And (that must be acknowledged) it was affordable, fully supported by the government. The results were not always pleasant for the authorities but wonderful for the public. Art schools of all sorts and levels were also heavily subsidized by the communists. And art was our escape from the dreary and boring life around. There was no shortage of exceptionally talented people in every field of culture. The most difficult task was for writers, the easiest for musicians. Visual arts were somewhere in between. With written or spoken word your intentions (freedom, truth) were clearly visible, audible. So writers and poets had to manipulate, use so called ‘writing in between the lines’ technique. But musicians could escape they eye and furry of the censor much easier.  Particularly (as often was the case) if the censor was not very perceptive or of more feeble then intellectual mind. As it is often the case with censors.

That solid base allowed me to be comfortable to change my tastes in music and musicians. With time I preferred live concerts with younger, knew players, voices, sounds. The masters, after all, are always within arm’s reach on the vinyl, CD’s, online.

It is a marvelous journey to observe a young player blossoming, becoming mature musician. How his playing changes and goes through a metamorphosis. It is thanks to these players that an old, sometime very old, sheet of music that you have heard so many times – becomes alive again, young, vibrant. As it should. The composer might be gone long time ago but the music must be kept alive, current. Otherwise a concert is like a visit in a museum – interesting, enriching but often too long, tiring at the end. Canons are important for technical reasons, not for spirited interpretation. The overwhelming desire must be always kept on the essence of art and being an artist: what story I have to offer to the listener? What is my commentary on beauty or philosophy, ethics and esthetics to a contemporary listener? Of course, the trick is to remain respectful and true to the notes written often very long ago. Being always aware that circumstances and habits change with epochs. But human soul, dreams, emotions remain the same for millennia. Therefore you must try to find in the composition and your study of the composer biography, that inner message, the emotion that should be immortal. The story of human condition. And you, the pianist, violinist, trumpeter, flautist, guitarist must tell the story in your own voice. We, the audience must believe that you are telling us your own story. Just like Hamlet on the theater stage should no longer belong only to Shakespeare – you must become that Hamlet and it must be a contemporary voice. It must be your desire, your despair or triumph that will move us.

Just playing good, properly adhering to the tempo, intervals, tonality, melody will not do much for art. It might be proper, might be even elegant. But it lacks creativity. Just because you go every Sunday to a church to attend mass, know the hymns, the prayers – does not make you pious. In this way art and religion are very similar indeed: they require fervor and passion in the ultimate consumption.

Have been lucky to observe, over the years, many carriers and artists. Known some of them personally, with some have even become friends (that is rewarding but also difficult for someone who writes about their art). Some exceptional, others less but still truthful to their search. Still, others have given up the stage for the safety of teaching careers in musical schools, in academia. Stage is not for everybody. It could be a terrifying place. But it also offers the freedom to fly, to soar. Just make sure that your wings are strong. Rewards could be amazing.

On April 30th, at the evening, I drove over hundred kilometres from Halifax to Lunenburg to listen to a young pianist, Jean-Luc Therrien. He was just about to end (except for one more concert in Antigonish) his tour of Debut Atlantic, well established artistic venue supported by Canada Council for the Arts. Afterwards, I planned to write a review of the concert. But life, at times, has other plans for us and I had to postpone writing it. To a point that typical review becomes obsolete. Your own memory and emotions are no longer as vivid as a day or two later.  Yet, I wanted to mention it and the pianist, for it was a very good musical experience. Worth mentioning.

Alas, on that day I drove to Lunenburg in search of that young passion in music, for new musical meeting with new pianist. Almost like on a first date: with a bit of tension and trepidation but excited and looking forward to it.

The setting was similar to my previous concert outing in Halifax, in St. Andrew United Church, with acclaimed pianist Richard-Hamelin and a young cellist Cameron Crozman. Again, Therrien concert was in an old, Central United Church, with beautiful stain glasses, settled in district filled with gorgeous old churches.

It was such a shame that the venue wasn’t either advertised properly to local community (considering the fact that Lunenburg and its neighbour, Mahon Bay, are  small towns with densely populated smaller downtowns) or the locals are interested only in tourist dollars, not in supporting and admiring culture. The small audience that gathered inside was definitely not disappointed. And the young, smiling and very pleasant pianist did not show lack of enthusiasm for music or respect for listeners.

Perhaps the opening piece, Prelude et dance op.24 by Jacques Hétu was the most difficult to play. Not only for the fact that this Canadian (from Quebec) contemporary composer is probably not very popularly known. It is composed with extensive pedal work and requires a strong, modern piano. I’m afraid that the old, venerable grand piano of Heitzman (best Canadian piano maker in XX century) could not fully reproduce the sound that Hétu intended. Yet, definitely it was a very interesting composition and I listened to it with great interest.

The next part paid off any misgivings in multifold. Third part of great Suite bergamasque – one of the most played and loved Clair de Lune. Heard it so many times played by the greatest pianists. But chased away any thoughts of any comparisons, which would have been unfair. Let the young man play it the way he hears it in his soul. And he did. Maybe a bit timid at the very first phrases but the rest was beautiful. So poetic. With that interpretation he sold me. The rest of the concert I just enjoyed myself.

Jean-Luc Therrien is definitely an emotional pianist. His music comes not only through his fingertips but also from his heart and soul. It is not yet pristine and fully disciplined technically, but it flourishes by full emotional immersion of the pianist. You can always improve your technical skills if talent, luck and perseverance gives a long stage career. But that God’s given touch of emotionality cannot be learnt, it must reside in your soul from the very beginning.

That was seen also in somewhat diabolic prelude of Debussy: the F-sharp minor “What the west wind saw” – fast paced and full of arpeggios composition not for timid pianists.

Therrien finished this part by playing one of the giants of romanticism (Debussy personal hero) Franz Liszt Mefisto Waltz No.1. I must admit that I never liked that composition and do not see it as a musical achievement of this great Romantic pianist and composer.  Therefore can’t offer my personal opinion on Jean-Luc Therrien play of it. It sounded proper – that’s all I can say.

Second part of the concert was difficult and challenging for any pianist. Introduction of modern Canadian composer from Alberta, David McIntyre in “A wild innocence“. It was very short and technically interesting. But in a whole – lacking artistic musical purpose. I suppose, since the entire tour is organized traditionally  by Canadian Council of Arts – the repertoire must include domestic contemporary composers.

True challenge and musical artistic genius was brought by the final piece, Sergei Prokofiev Sonata no.2 op. 4. It is very transformative music composed in times of great upheavals and changes in artistic expression. It is also affected by personal sorrow of Prokofiev due to sudden and tragic death of his close personal friend. Yet, as a true artist, the composer packed the score with much deeper, philosophical discord of great changes on the horizon of humankind. It has parts that seem almost too easy, almost not worthy the title ‘classical music’. Somewhat reminds me of music by Gershwin on the other side of Atlantic at the same time. But it is all misleading. The ‘easiness’ of these parts underscores the other parts of the compositions. One compliments the other. It speaks in new language, different of languages of Debussy, of Liszt, Chopin and Mozart. I thought that Therrien played it splendidly. Emotionally and with great musicality. I could clearly see young Prokofiev overwhelmed with sadness of losing very close friend and escaping to memories and happy times, melodies and finding somehow peace in the finale were he brings all the rhythms, all the movements of previous parts into conclusion. With somewhat stoic understanding, even moments of lightness: nothing is forever, nothing is given in perpetuity. Neither in private life nor in world habits, styles, epochs.  

It was very nice that the small group of listeners  wanted to show the pianist how much they enjoyed his concert and did everything not to stop clapping and almost forced him for a bis. He definitely gave us all big joy and pleasure. The pianist obliged and play a small piece of Robert Schuman’s music. Elegant but not empty. In times of Schuman, in between musical epochs, compositions had to be formed elegantly, while a good composer still could enrich them with true meaning, thought or emotion. Many things could be said about Schuman as a composer – but never that his compositions were not a good music.

Therrien recorded two CD that are worth mentioning: Piano Preludes by American-Spanish label Orpheus Classical ( Claude Debussy Book 1 of Preludes and Franz Liszt Symphonic Poem no.3, S.97 (nota bene: Liszt was the father of this musical form). Therrien arranged it himself for solo piano.

Second of these recording is a CD produced by French label Klarthe. It contains an array of fantaisies by many composers played by duo of Jean-Samuel Bez (violin) and Jean-Luc Therrien (piano, of course).

Of these two recordings, I particularly liked the ‘Piano Preludes’ produced by Orpheus Classical.

Angst

Bogumił Pacak-Gamalski

Jest coś przerażająco pustego w naszej cywilizacji. W gruzach własnych kłamstw i pożarów runęły stare Kościoły, etyki, zasady. Nie, nie były szczere ani prawdziwe. Nie opierały się ani na dobrze ani na szacunku wobec innego, drugiego. Ale ofiarowywały pewną nadzieję, pewien schemat postępowania i oczekiwań, które czyniły życie znośniejszym.  Małe cele możliwe do osiągnięcia, nawet ucieczkę w elizjum  metafizyki służenia Czemuś, wartości przerastających szarą i nieruchomą egzystencję.

Dwa światy

Krótki spacer nad kanałem morskim oddzielającym Dartmouth od  półwyspu na którym rozłożył się sąsiedni Halifaks. Dzień ponury, dżdżysta materia   wisi w powietrzu i opończa wilgoci zamazuje kształty, kolory, rozmywa krawędzie. Zakątek na spacer wybrałem dość podły. Resztki rozwalających się starych zakładów małego przemysłu, jakieś nieczynne już, lub w poły tylko, magazyny. Ale te pół ruiny to fantastyczna, kolorowa i wiecznie zmieniająca się galeria murali/graffiti/fresków. Bez zwracanie uwagi na szczegół, bez prób rozszyfrowania języka twórcy – samymi tylko kolorami, wielkością, omal mahometańską tradycją graficzną – te ściany upiększają dość biedną rzeczywistość tego krótkiego zakątka, małej części kilkukilometrowej trasy spacerowo-rowerowej, miedzy dwoma przystaniami promów miejskich.

Ale w dzień, jak ten właśnie, sama atmosfera zmusza cię do ‘czytania’ tych graffiti. I wtedy słyszysz ich krzyk. Lub złość, protest. Rozczarowanie. Pokazanie kułaka zgiętego w łokciu, środkowego palca. To nie są piękne freski upiększające otoczenie (choć piękne są). To sztuka protestu. Gazeta ścienna. Manifest Komunardów? Nie, to też spaliło na panewce. Wszystko prawie. Każda obietnica. Każda rewolucja, która pożarła swoje dzieci i wymordowała swoich przywódców, którzy przedtem mordowali swoich wielbicieli. Lenin-Trocki, Robespierre-Danton. Wieczna dychotomia. Idee, które w imieniu człowieka i ludzkości tychże wyrżnęły na dudka. Lub po prostu wyrżnęły. Demokracje liberalne, które skończyły się nową formą pańszczyzny, wolności osobistej okiełznanej kolczastymi drutami ekonomicznego wyzysku tzw. wolnego rynku. Próbowano już wszystko chyba – i wszystko zawiodło. Zawiodły Kościoły stare i Kościoły nowe. Pozostał angst. I Banksy. Jego naśladowcy. Biedni, zdolni, naćpani może narkotykami, rozczarowani społeczeństwem, systemem. Człowiekiem. Ale nie milczący. Puszka farby w aerosolu nie jest taka droga.

Miasta, biznesy próbowały początkowo z tym walczyć. Sypały się groźne słowa świętego oburzenia: wandalizm, graficzne zaśmiecanie środowiska, brzydkość, wulgarność. Często z poparciem tej najgorszej, najbardziej przeciętnej i zaślinionej drobnej burżuazji (tak, tejże współczesnej dulszczyzny i wnuków bohaterów słynnego wiersza Tuwima o ‘strasznych mieszkańcach ze strasznych mieszkań’). Przeciętniaków, którzy ongiś żyli (i kształtowali swoje płytkie poglądy) sensacyjnymi tytułami popołudniówek, a teraz trwają, z wypiekami na twarzy, na swoich fejsbukowych forach, swoich tłiterach i instagramach. Pewien wpływ na tą twórczość graffiti miał niewątpliwie prąd w sztuce znany, jako konceptualizm i jego pochodne i późniejsze popularne i bardziej przystępne intelektualnie formy popartu. Ot, słynna Zupa Campbell czy wreszcie fenomenalna Puszka Coca Coli Warhola. Zwłaszcza Coca cola stała się wspaniałym otworzeniem na pastisz, na ironię, na ‘okazania nagiej prawdy, ‘prawdziwej twarzy’ społeczeństwa konsumpcyjnego. Bez względu na zamierzenia neurotycznego i zadufanego w sobie Warhola. Okazało się, że słynny druk Coca Coli można ukazać, jako nowy symbol Ameryki. Jej nowe godło narodowe. Nie żadne Deklaracje, dumny Orzeł, wolność. Bzdura – idealny symbol biznesu, robienia forsy bez skrupułów, sprzedawania (pardon moi) gówna nie wartego i nie kosztującego więcej niż pięć centów za dolara, w dodatku gówna szkodliwego (epidemia otyłości i cukrzycy jest pochodną tej fascynacji masy cukru i sprytnie dobranych, jak w kunsztownej mieszaninie używki narkotycznej, związków symulujących smakowitość): puszka Coca Coli. Nic więcej. Nowy sztandar patriotyzmu za który młodzi żołnierze maja oddawać życie. To wszystko miało bez wątpienia wpływ na ironię, szyderstwo, a w końcu wielki smutek subkultury, często określanej (i samookreślającej się tak), jako underground/podziemie. Choćby szwedzka mistrzyni Czon, która poszła dużo dalej niż Banksy i zerwała z dość ściśle przestrzeganą przez Banksy’ego zasadą wysokiej estetyki jego dzieł. Współczesne, podziemne graffiti to krzyk, złość – ale też coraz widoczniejszy ból, rozczarowanie, zagubienie. Angst. Dzieci Kierkegaarda, Sartre’a, Heideggera czy nawet Nietzschego? Rozpacz egzystencjalna?

Stracone pokolenie? Ale stracone dla kogo, dla czego? Tego, co podłe, co do desperacji i alienacji młodych doprowadza? Może to oni biją w dzwony jakiejś nowej, lepszej katedry, której jeszcze nie zbudowano?

Zastanawiało mnie to w ten dżdżysty ranek. Kiedy deszcz nie padał, a powietrze było deszczem samo w sobie. Kiedy piękno natury rozpływało się, gubiło kształty i kolory w tym deszczowym powietrzu, a brzydota cywilizacji, tuż obok, na wyciagnięcie ręki – gniła, rozpadała się, opadała tynkiem, brunatniała rdzą spływająca po ścianach, jak strużki stężałej krwi. I w tym wszystkim gorące, wyraźne murale, graffiti.  Jak te w Kaplicy Sykstyńskiej. Która ostatecznie jest też czymś wiele większym niż tylko dziełem sztuki geniusza. Jest ówczesną alegorią ludzkości i komentarzem dziejów. Każdy czas ma swoich komentatorów.

(wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście są własnością autora)

Dajmy, a naprzód dajmy!

Dajmy, a naprzód dajmy!

Bogumil Pacak-Gamalski

W poprzednim, dość obszernym tekście pisałem o moim ‘spotkaniu z aniołami’. Nie, nie tymi niebiańskimi – tymi ziemskimi. Ludźmi, którzy bez jakiś nadzwyczajnych predyspozycji, koneksji lub układów z ‘wielkimi’ lub możnymi tego świata podjęli się niebezpiecznej i bardzo trudnej akcji niesienia pomocy Ukraińcom – bezpośrednio do Ukrainy. Nie czuli się bohaterami. Za bohaterów uznają tych, którzy tam, na Ukrainie, mieszkają. W swojej ojczyźnie. Przedstawiłem tych aniołów na przykładzie Moniki Brząkały i Pawła Cichonia. Monika mieszka na stałe w Holandii, Paweł w Mielcu. Teraz wspólnie organizują konwoje z żywnością, lekarstwami i wszelkimi innymi środkami niezbędnymi do przeżycia, do ratowania życia ludzi tam. I do transportu, w drodze powrotnej tych, którzy uchodzą do Polski przed pogromem, śmiercią, przed rosyjskimi bombami i pociskami.

Tamten tekst, po angielsku, był dłuższy, z osobistą refleksją, nakreśleniem szerszym tła. Skierowany głownie do czytelnika innego, stąd w tej współczesnej lingua franca napisany. Polakom, którzy chyba lepiej niż większość innych narodów, tą tragedię znają i rozumieją – takiego wyjaśnienia nie potrzeba.

Nie zmienia to jednak faktu, że tym aniołom pomoc z nieba nie spada. A ich własne fundusze dawno się wyczerpały. Nie wyczerpała się jedynie chęć i upór niesienia tej pomocy.

W 1575 Rzeczpospolitą wstrząsnęły wieści o napaści na Podole hordy tatarskiej. Najwybitniejszy twórca literatury narodowej doby Odrodzenia, Jan Kochanowski, napisał wówczas Pieśń ‘O spustoszeniu Podola”. Niejako proroczą na czasy obecne napaści hordy moskiewskiej. Tyle, że już nie polski rycerz i piechur ma Podola bronić a Ukraiński, który jakże niedawno, wymarzoną od długiego czasu, suwerenność zyskał. Z tejże Pieśni Jana Czarnoleskiego wiele nauk na sytuację obecną płynie. Ale zasadniczym hasłem utworu (i przestrogą wobec skutków nie skorzystania z wezwania poety) jest zawołanie: ‘dajmy, a naprzód dajmy!’. O przesyłki i dostawy broni, środków militarnych dla Ukraińców martwią się (skutecznie, miejmy nadzieję) współcześni ‘królowie’ wielu państw. My pomóżmy tym, którzy niosą pomoc humanitarną. Serdecznie więc zachęcam wszystkich, którzy chcą i mogą, o dotację każdego ‘grosika’ na akcję tych ‘aniołów’.. Wiem, że nie jedynych. Ale zdecydowanie wartych wsparcia.

Można skontaktować sie bezpośrednio przez Messendżera na ich profilach na Facebook (Paweł Cichon lub Monika Brzakala. Lub na stronie zrzutki w Polsce https://zrzutka.pl/72y53z lub w Hollandi https://www.doneeractie.nl/help-monika-mensen-in-oekra-239-ne-helpen/-62300.

Szerszy materiał fotograficzny wraz z całym tekstem po angielsku jest pod tym linkiem https://kanadyjskimonitor.wordpress.com/2022/05/02/army-of-angels-in-ukraine/

Army of Angels in Ukraine

by: Bogumił Pacak-Gamalski

co-contributors and assistance: Jarosz Bogumił, Monika Queis-Brząkała and Paweł Cichoń,

I have written here about Russian invasion of Ukraine numerous times. It is extremely brutal war on the part of the invading forces. It is the first war since Cuban missile crisis decades ago, that the world is faced with real possibility of new global conflict. A hot war on the old lines East versus West. Just the lines have shrunken very much (by thousands of kilometers eastward) by emergence of new independent states from Baltic to Black Sea. Most of them returned to their own, pre-Soviet, western type of democracies and become members of NATO and European Union. These, which never were really independent (former Soviet republics) established their own sovereignty. I will not dwell here on Caucasian and Asian former Soviet republics, as they are not really involved much in current conflict.

Of the European ones, the major states are Belarus and Ukraine. Two extremely different states in almost all aspects. Belarus much more backward, with weak industrial output, have chosen a close alliance with former master from Moscow. Over time it has become a very authoritarian, dictatorial regime of one ruler – president Lukashenko. To the south lies even larger and much more populated country of Ukraine. It does have old and strong nationalistic legacy and struggle for independence going back hundreds of years. It’s dreams of sovereignty did not came out of blue moon but from a long line of political, military and historical thoughts and actions. Ukraine, more than any other country, is the true linchpin between Western and Eastern cultures and civilizations. Now it has become the line of defence of the West. The conflict at the beginning looked like a dangerous spot but still very much viewed as strictly Russian-Ukrainian war. Yes, with active political and very limited military support for Ukraine – but localized. It is no longer. That is clear, now. It is a war between Russia and the West. And everything must be done to make sure, that the West succeeds. The theater of all military actions is still (hopefully will remain that way, although it is tragic for Ukrainians) in Ukraine. But neither NATO, nor Europe, nor individual western states (mostly in Europe) can say – we are supporting Ukraine but we are not part of the war. We are part of it. Very much so. From political side, military side, ideological side. But also, which has become increasingly visible and important from societal, cultural and I would add, very philosophical standpoint. Apart from the governments, the armies, the politicians, military and economic alliances. The societies of Europe, the nations, citizens has become involved and formed unprecedented pressure, its own organizations, groups, even single individuals (in thousands) that are involved in that struggle. For every government sanctioned and paid truck or planeload or train container with war supplies for Ukraine – there is ten or twenty trucks, containers or columns of cars with humanitarian aid traveling day and night, mostly through Polish-Ukrainian border. All of it without government involvement, without millions of dollars of taxpayers money and directives from politicians. Separate, societal ‘humanitarian war’ for Ukraine. Unprecedented in scale and effort. A new, non-military frontline. I would call them humanitarian divisions, regiments and battalions that actually put their boots on Ukrainian soil. An Army of Angels. A dedicated Corp of individuals and civic organizations that risk actually, on every trip across the border, their life. But they do it nonetheless for every trip saves certainly lives of Ukrainian people, who are being internally displaced, shelled upon, murdered by Russian invaders.

Do not forget about them. They are your outstretched arms, extension of your thoughts, your feelings and hearts. If you feel overpowered with thoughts: ‘but what can I do, there is so much misery and need and I am just one person, far away!’. There is a way, you can do a lot because there is a lot of ‘yous’. And although you resources are limited – put together with others, it creates a treasure. A treasure that the army of angels can use to buy thousands of items, that they know were and by whom it is needed. And they will deliver it themselves in their own or rented for that effort cars, buses. Help from huge organizations, with large funds (national or international) is different and differently distributed. It also requires  a large administrative cost and employees cost. They have access to governments funds and donations, other large international institutions, national campaigns. They do have an important not to be forgotten role. But there is an enormous need for the smaller lives savings provided by these angels – selfless individuals delivering individual packages of food, equipment, often tailored for particular community or group. In places not always accessed by the large organizations. And adjusting from day to day to constantly changing situation. As often happens in real war. I have been hearing, watching and reading of some of them, some of their actions for a long time now. And my amazement kept growing. My respect for them, their courage. Their humanity.

I always had a strange fascination with the concept and presence of Angels. Not saints, god or gods. No. Angels, some mystical and mercurial Beings. Turns out I was right. They are! They are just neither mystical nor mercurial. And they are truly among us, ordinary people. In many ways they are – ordinary people. With extraordinary hearts.

I will show you two of them (among countless), with whom I become close. Monika Brzakala and Pawel Cichon. These two, with a group of determined friends and ‘co-conspirators’ regularly travel from Poland, Holland to the Polish-Ukrainian border with small caravans of cars, finish their packing with last bought or donated equipment in Poland and … cross the border to enter a different world. World of people running from bombs, from rape, from hunger. They go, usually through Lviv, to small towns, villages. To some local churches, orphanages, run-down and overcrowded hospitals. To private huts and homes. Give the awaited and badly needed packages … and give them hope. And promise that we remember and will not let them down. Tell me that no, there are no angels? If you do – you are wrong, they are. I just talked to them while they were on the last ‘pilgrimage’ to Lviv. And when they were traveling back toward Polish border. Saw the pictures of them there, the cars. Felt like I was there, helping them. But, of course, they were there on their own. Hoping that this time the Russian rockets or artillery will not find them. I hope they never will. Yes, they did find in their journeys corpses of people. They found people telling them with tears of their friends, husbands, daughters, who were murdered by Russians. Children alone – lost, abandoned, perhaps orphans already? – crying, scared. They had to manoeuvre their cars on roads scared with bomb holes, with metal remnants of exploded and unexploded rockets. Sometime, in most difficult places, they had to use armed assistance of other friends. In case of encountering someone from the other side of the conflict. No, they are not military trained people. But they are practical. There is an old Polish saying: God protects the ones, who protect themselves … . They are angels – but lacking the wings. Can you lend them some?

I asked both of them one  question: why? Almost stupid in its simplicity. Still, I wanted to know. Pawel wrote to me that he started on February 25. More than a month. He went to Przemysl, the main Polish border city, were majority of Ukrainian refuges start their new journey. Just to see what he can do. He started simply by transporting people with his own car from there to other destinations in Poland. By helping them with new settlement. Some of them are now in different countries. But they still keep in touch with him. Their first angel. But that was not enough for him. He needed to do more. And he did. A lot more. At the beginning on his own, with only his own car and money. Sometimes it led to transporting Western volunteers to Ukrainian armed defence units. That was dangerous, as were transports of… let’s say: ‘stuff’ to the frontlines. I can’t provide more details on these journeys, understandably. Day after day, week after week he become familiar with particular places, particular needs and people. Often the transport was both ways: with ‘stuff’ to Ukraine and with refugees back to Poland. Friends help with donations, gifts. He organized some in his own city of Mielec in Poland, asked for some on his Facebook profile. In one sentence he adds: “By helping I know that goodness does come back, there is a person, who says: help gives us wings.” When I read his words from him, I smile. Wings? How does he know what I think of him? Hmm.

Monika lives in Holland, she moved there from Poland already some time ago,  before the war. Said that she couldn’t bear reading these stories, the tragedy of war in Ukraine. Human misery. To do something she volunteered to go once to Lviv with some donated and bought articles. While there – she met the people. Heard their stories, their cries. And the children … . No, she couldn’t say to herself: that’s it, I have done my part. Tells me: “when you cry with them and when you hold in your arms their children – you know that you can’t return anymore to your normal life.”  She couldn’t and didn’t.  Why, you ask? Here is Monika’s answer: “They need to know, that they are not alone, that we are with them.”. They need to. Simply as this. That’s why Monika is my other angel. Angel that saves Humanity. Or what’s best in it.

Now Monika travels from Holland, meets Pawel in Poland and they do the convoys together. With other angels that they are able to gather in their mission. Of course they are exhausted. Physically and emotionally. They avoid the dangerous emotional exhaustion by not dwelling on it, not thinking too much. There is a job that needs to be done. Again – simple.

One think they can’t avoid is the financial situation. Yes, friends and good people help them. But they also used up most of their own money. Renting of buses (their own cars are not enough for the amount of people and goods they move back and forth now), crazy high gasoline prices, exploded tires and so on cost a lot. And how many time you can ask the same people in your own community for help, for donation?

Separate thank you for my good companion from the days of an original KOD (Committee for the Defence of Democracy) in Poland, who guided me toward these wonderful people and asked me: how can we help them? He also provided a lot of the photographic material. Thank you, Jarosz Bogumił.

 

You can help them with a small (or large) donation by visiting them on their Facebook profiles (Pawel Cichon or Monika Brzakala and contacting them via Messenger; you can visit two separate crowdfunding addresses: in Poland https://zrzutka.pl/72y53z (this one is in Polish and for particular items – electric generators); in Holland https://www.doneeractie.nl/help-monika-mensen-in-oekra-239-ne-helpen/-62300 – this opens in Dutch but in your top part of screen should be a button for translation (in Google there is) and you can choose English language version. That funding collects general donations for their convoys.

Hej w stepie, za dzikim Bajkałem …

Hej w stepie, za dzikim Bajkałem …

Bogumił Pacak-Gamalski

Rosja. Jaka jest? Kim są Rosjanie? Czy to Petersburg czy to Kreml? Peczora Perejasławska czy mroczna, zadymiona knajpa śmierdząca od złego samogonu, brudu, potu i pieczonej kapusty z łojem? Czy to symfonia Szostakowicza, Oniegin Puszkina czy wyjący Kałmucy wpadający do zdobytego miasta, kradnący wszystko i gwałcący wszystkich?

Wiele jest Rosji. I wszystkie są smutne. Przerażająco smutne.

Zacznijmy ab ovo, od początku współczesności. Rok jest 1914. Od czasów Powstania Styczniowego nikt się do mieszkańców ziem byłej Rzeczypospolitej pod takim tytułem nie zwracał. W imieniu Rządu Narodowego w „Odezwie do Ogółu Obywateli Ziemi Kieleckiej”. Autorem Odezwy jest nikt inny, jak Komendant Józef Piłsudski. Nie będę cytował całej Odezwy ani jej różnych apeli i nakazów. Chodzi mi o te fragmenty, które dotyczą państwa zaborczego – Rosji. I jak Rosję w kilku zdaniach Piłsudski charakteryzuje. Sam wstęp tego dokumentu, jego preambuła najjaśniej wyłuszcza stosunek do Rosji – kraju, który wyjątkowo dobrze znał. Piłsudski wbrew pozorom nie był romantykiem w polityce a raczej pragmatykiem. Mimo to, już w roku 1914, gdy nikt (w tym i Piłsudski) nie mógł przewidzieć rewolucji bolszewickiej – z góry stawiał założenie (w licznych kręgach prawicowych niepopularne), że o ile wolna Polska faktycznie na mapy wróci, to nie będzie Polska oparta na jakimkolwiek sojuszu z Rosją. Oto jego wstęp do tej Odezwy:

Wojsko rosyjskie opuszcza nasz kraj. Wraz z haniebną przemocą wrogiego nam oręża opuściła naszą ziemię władza carska, rząd moskiewski, ten najstraszliwszy rzecznik bezładu i bezrządu. /…/

W postaci Rządu Narodowego wstępują na ziemię naszą – od tylu lat przez Moskala przemocą wygnane: Prawo, Ład, Spokój, Bezpieczeństwo. („Józef Piłsudski. Korespondencja 1914-1917” wyd. Inst. J. Piłsudskiego w Londynie, Londyn, 1984, str. 11)

Warto zwrócić uwagę na charakterystyczny opis państwa rosyjskiego: najstraszliwszy rzecznik bezładu i bezrządu (pisownia J.P.) oraz wartości, których te państwo nie posiadało: prawo, ład, spokój, bezpieczeństwo. Brakło tu, typowych w tego typu orędziach, określeń koloryzujących, czysto patriotycznych: zaborca, okupant, prześladowca, gwałciciel.  Nie, mimo to jednak, Piłsudski takim właśnie językiem przekreślał wszelkie plany przyszłej Polski na jakikolwiek układ sojuszniczy, dynastyczny, polityczny z Rosją, gdyż ona sama w sobie, jako państwo, reprezentowała próchnicę polityczną, gospodarczą, moralną.  Państwo, którego azjatyckie skłonności do okrucieństwa i rabunku oraz bliskiego pewnym średniowiecznym jeszcze normom mistycyzmu oderwanego od potrzeb praktycznych – uniemożliwiały korzystanie ze zdobyczy i rozwoju myśli europejskiej ostatnich dwustu lat. Państwa, któremu obce było pojęcie wolności osobistej, obywatelskiej, która wyzwala w obywatelu zdolności gospodarcze. Pod wieloma z tych określeń kryje się też Rosja współczesna – po prostu komisarzy i politruków bolszewickich, a wcześniej bojarów i arystokracji związanej z dworem cara-boga, zastąpili oligarchowie. Naturalnie, że Petersburg i Moskwa przypominają prawie do złudzenia miasta europejskie. Przypominały równie skutecznie 100, 200 i prawie 300 lat temu. Ostatecznie to pomniki Władzy, jej potęgi, samodzierżawia. A miasteczka, wioski ledwie 200-300 kilometrów od niej oddalone (nie wspominając o tych w dalszej jeszcze odległości)? Może gdzieniegdzie jeszcze znajdzie się plac, ryneczek lub płotek na wzór ‘bogatych chutorów ukraińskich’ kochanka Katarzyny, Grzegorza Potiomkina – ale za tymi frontonami wybielonymi wapnem kryje się wszędzie brud , smród i ubóstwo. Do dziś. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że król Stasiu (tak, też – niestety – kochanek Katarzyny, no bo któż nim nie był?) dał mu tzw. indygenat, co równało się z naturalizacją na obywatela Rzeczypospolitej. Marzyło mu się bowiem być księciem całej Rusi, łącznie z Podolem. W dowód wdzięczności dla Rzeczypospolitej … był gorącym orędownikiem kolejnego rozbioru Polski. Ten wybitny kłamca i oszust ale niezwykle ambitny i zdolny dyplomata miał olbrzymie zasługi w zniszczeniu ukraińskich korzeni i niezależności ludu Rusińskiego pod postacią Kozactwa – nadwołżańskiego, zaporoskiego i nawet wielkiej Siczy, którym Rzeczypospolita nadała wiele praw udzielnych. 

Tak Rosję widział, taką poznał w latach 2 wojny światowej mój ojciec. Miał 11 lat gdy rysował laurkę z sercem Marszałka, którą zaniósł na cmentarz na Rossie, gdzie złożono w grobowcu jego matki, Marii z Billewiczów, urnę z jego sercem w 1935. Prawie dekadę później, jako już dwudziestoletni zacznie naukę Rosji realnej, nie książkowej, nie romantycznej, sentymentalnej. Rosji kłamców, rozbójników, donosicieli, łotrów. Rosji, której nigdy nie można ufać. Rosji, która nienawidziła ludzi wolnych. Zazdrościła im tej wolności ale wiedząc, że jej sama posiąść nie potrafi – niszczyła ją. Donosicielstwem, okrucieństwem. I karabinem, gdy innej możliwości brakło.

Gdy Rosjanie wkraczali na Kresy w 1939 i ponownie w 1943 /44 rzezie, pogromy, wywózki, rozstrzeliwania, gwałty i grabież wszelkiego dobytku była niewyobrażalna. Rosjanie określali to jako ‘wyzwalanie’. W przytłaczającej większości te zbrodnie skierowane były głownie wobec polskiej ludności. Jak dzisiaj określana jest przez Rosjan napaść na Ukrainę? Wyzwalaniem. Złośliwa ironia agresorów czy naturalna, historyczna kontynuacja tej samej strategii wojennej ‘spalonej ziemi’?

Dworzec kolejowy w Kałudze, początek XX w

Wracam do tego chłopca z 1935 roku w Wilnie – mojego ojca. W lipcu 1944 ma dwadzieścia lat. Z bratem kilka lat starszym idą w grupie młodych żołnierzy w kierunku Puszczy Rudzkiej za rozkazem AK wileńskiego. Końcowa faza realizacji akcji „Burza” i opanowania Wilna z rąk niemieckich przed wkroczeniem doń armii sowieckich. Rosyjska ofensywa pod nazwa ‘Bagration’. Dowództwo AK podpisuje porozumienia z dowództwem sowieckim w walce z wojskami niemieckimi. Puszcza Rudzka jest miejscem grupowania się oddziałów AK z Okręgów wileńskiego i nowogrodzkiego. Żołnierzy jest bardzo dużo w licznych jednostkach, posiadają też sporo broni już zdobytej na Niemcach w licznych ostatnich bitwach i potyczkach z nimi. Atmosfera jest budująca. Grupa młodych AK-owców błądzi trochę po zagajnikach, lasach. Więcej akcji po prawdzie widzieli w latach poprzednich, w czasie miejskich akcji typu KEDYW-owskiego w ramach bojówek Szarych Szeregów niż teraz. Nie mieli na razie szansy wziąć udział w ani jednej bardziej otwartej walce, bitwie. A ręce świerzbią. W końcu docierają do większego oddziału. Trwają zgrupowania, formowania się w nowe oddziały, przypisywania do brygad, pułków, kompanii. Jest chwilowa przerwa. Dowództwo czeka na rozkazy wynikające z rozmów z dowództwem sowieckim. Pułkownik Wilk (Aleksander Krzyżanowski) prowadzi rozmowy z sowieckim dowódcą Frontu Białoruskiego, gen. Czerniachowskim. Trwają około dwa dni. 17 lipca w Boguszach ‘sojusznicy’ sowieccy niespodziewanie aresztują całe kierownictwo polskich jednostek.

Tata właśnie siada na pniu z kolegami, tuż koło jakiejś studni przy gajówce, gdzie kwaterują. Słyszą dziwny huk i drżenie ziemi.  Chaos, chłopaki biegają indywidualnie, w grupach, inni stoją. Co się dzieje? Trwa to krótko. Zgrupowanie otaczają pierścieniem wojska sowieckie. Sojuszników-zdrajców. Czołgi, piechota rosyjska z nastawionymi bagnetami. Wszelki opór byłby masakrą. Dowódcy chcąc uniknąć tej masakry nawołują do spokoju. Wzięto do niewoli około czterech tysięcy żołnierzy AK. Zgromadzono wszystkich w Miednikach. Jakiś sowiet ubrany w polskim mundurze namawia do wstąpienia w szeregi dywizji kościuszkowskiej gen Berlinga. Politruk mówi łamaną polszczyzną, wspomagając się rosyjskim. Nie może skończyć wobec krzyków i gwizdów młodych akowców. Tak kończy się ‘sowieckie wyzwalanie’ i sowieckie braterstwo broni. Wywożą ich pulmanami, stłoczonych jak śledzie, w głąb Rosji. Na nielicznych przystankach nikt nie może wyjść, kolega obok taty musi się załatwić, prosi o wyjście ‘za potrzebą’. Nie nada – rób gdzie stoisz! Wyłamują deskę w podłodze, chłopak kuca. Słychać jego dziki krzyk i wywraca się w tej pozycji. Jakiś sowiecki sołdat wbił mu od spodu bagnet w brzuch. Pociąg rusza, chłopak umiera powoli w straszliwych bólach. Trupa zabiorą dopiero na następnym przystanku. Dojeżdżają do Kaługi i zostają zakwaterowani w miejscowych koszarach. Dowiadują się, że zostali przydzieleni do 361 zapasowego pułku piechoty. Jako obywatele sowieccy. Kilka razy maszerują na jakichś beznadziejnych pokazach z drewnianymi karabinami.  Nie są żadnymi sołdatami a jeńcami, tyle, że bez praw jenieckich. Znowu – potiomkińszczyzna, zakłamanie do końca, oszustwo i zdrada.  Rosji nigdy wierzyć nie można. Ta ‘zabawa’ w żołnierzy jakiegoś pułku kończy się bardzo szybko. Wywożą ich w jakieś głębokie lasy na tzw. etapy. Na każdym etapie jedna kompania. Ojciec traci kontakt ze swoim bratem, który jest na innym etapie. Dzień i noc są pilnowani przez rosyjskich strażników. Ich praca to katorżniczy wyrąb lasu. Ojciec jest najmłodszy w swojej kompani, bardzo szczupły, drobny. Kompanijny ‘wracz’ (lekarz) polubił go i często zabiera do prac pomocniczych przy szpitalu polowym. Mieszkają w ziemiankach, jedzenie podłe. Stosunki ze strażnikami niezbyt dobre. Jest kilku jeńców włoskich, Rumun (pozostałości katastrofalnej dla Niemców kampanii nadwołżańskiej i klęski stalingradzkiej). Czasem ‘przez nieuwagę’ udaje im się strącić nogami jakiś wielki pień ściętej sosny, siedząc na tych pniach na ciężarówce w transporcie do stacji. Umówili się z lokalną ludnością, która wieczorami przychodzi i te pnie kradnie, bo z przydziału mają bardzo mało, więc marzną w chałupach. Wszystko musi iść na ‘wysiłek wojenny’. Ale przyzwyczajeni, bo w Rosji pokój czy wojna – dla szaraczków jednaka bieda. Ojciec się rozchorował ciężko. Lekarz go przytulił do swego szpitalika. Nie wiele lepszego, jak ich ziemianki ale choć lepsze trochę jedzenie i jakieś lekarstwa. Pewna grupa decyduje się zorganizować ucieczkę. Jest ich ok. dwudziestu. Wciągają ojca w spisek i podejmuje się skraść od tego miłego lekarza mapnik i kompas. Bez tego szanse ich na przedostanie się gdziekolwiek z tych rozległych borów ‘bóg-wie-gdzie’ marne. Umówionego wieczora ma szanse to zrobić i nocą znikają z obozu. Pierwsza ich część ginie szybko. Dzięki szpiegostwie i donosicielstwie tej ‘życzliwej’ ludności okolicznej. Kierują się na Moskwę, mimo, że to droga nieco okrężna, ale spod Moskwy znanymi traktami łatwiej dostać się na Białoruś i do Wilna. Ojciec pod Moskwą wysiada fizycznie i decyduje się zrobić ryzyko i iść do samej Moskwy, a stamtąd jakoś pociągami do domu.  Rozstają się. Większości już nigdy nie zobaczy. Udaje mu się, gra ‘bolnowo sołdata’ na przepustce do domu. Kilka razy wydaje się, że koniec gry, że przegrał. Ale dotarł. Ostatni etap już ‘na chama’, wbrew rozsądkowi, aby do Wilna. Z Mińska, gdzie sprytem ratuje się z potrzasku, wskakuje na jakiś towarowy pociąg w kierunku na Wilno. Gdy widzi z daleka znajome wieże wileńskie – wyskakuje z pociągu i prawie łamie nogę. Ale unika ewentualnej wpadki na dworcu. Dowleka się do domu – a dom i zakłady jego ojca spalone. Śladu po rodzicach, starszym bracie nie ma. Idzie do domu przyjaciela ze szkoły i z AK, otwiera jego ojciec, stary legionowiec. Mówią, że rodzice z bratem repatriowali się do nowej Polski. Ale AK jeszcze działało. Załatwiają mu lewe papiery na nazwisko ‘Tadeusz Mickiewicz’ i rusza  z nimi do tej nowej Polski. Ktoś inny powiedział, gdzie rodzice się znajdują. Dociera, znajduje rodziców, brata, ciotki, kuzynów i kuzynki w Toruniu. Odnajdują się nawet nieliczni koledzy z AK wileńskiego, ci którzy uniknęli kotła w Puszczy Rudzkiej i Kaługi. Czasy trudne ale i bałagan. Mój dziadek po jakimś czasie załatwia papiery oficjalne dla ojca pod pretekstem, że ostanie lata wojny ojca nie było w Wilnie, bo wycofujący się Niemcy wywieźli go do Prus, jako robotnika. I teraz się odnalazł. Bałagan był wszędzie. I ludzie wszędzie i ci którzy chcieli pomóc lub gotowi byli pomóc za złotą obrączkę lub inny drobiazg. Ale zanim swoje nazwisko mógł uzyskać spotkał go i rozpoznał jeszcze jeden kolega-akowiec z Wilna. Ten też w Kałudze nie był, choć był z ojcem w Puszczy Rudzkiej więc wiedział, że ojca żadni Niemcy nigdzie nie wywieźli.  I teraz nosił mundur bezpieki nowej Polski. Zaczęło się od sugerowania drobnych prezentów, potem wymagania rosły i prosto postawiona alternatywa: albo-albo. Rozmowa ojca z kumplami akowcami, których nowe władze nie kupiły. Organizują ‘przypadkowe’ spotkania z tymże zdrajcą. Okrzyki niby radości ze spotkania, poklepywania po plecach, ktoś mówi, ze mieszka zaraz na końcu miasta, koło dużych lasów, ma w domu dobrą wałówkę i kilka butelek wódki, zaprasza. Więc idą. Podobno potem, po tej wódce, poszli na spacer do lasu. Potem oni wrócili. Ten nieszczęsny kolega nie wrócił. Czasy były podłe. Rosjanie zmienili wielu porządnych ludzi na świnie, bo nikt tego tak dobrze robić jak oni nie potrafił.

Potem życie się potoczyło, tak jak wszystkim się toczyło w nowej rzeczywistości. Ale przez całe moje dzieciństwo i wczesną młodość nigdy na te tematy z tatą nie rozmawiałem. Nie chciał, albo zbywał jednym-dwoma zdaniami. I przez całe życie nigdy nie usłyszałem od niego jednego dobrego słowa o Rosji i Rosjanach. Czasami to przybierało absurdalne rozmiary, które mnie irytowały. To, co wiedziałem to tylko od rodziny, babci. W końcu lat siedemdziesiątych koledzy z Kaługi (pozostałych tam, rok po ucieczce ojca, oficjalnie zwolniono i przetransportowano specjalnym pociągiem na teren nowej Polski) zaczęli nawiać ojca by wstąpił do ZBOWIDU (organizacja kombatancka w PRL). Ojciec nie chciał. Oni nastawali. Henio Czyż (znany polski kompozytor) napisał notarialne poświadczenie, że był z ojcem w AK w Wilnie. Ktoś inny podał adres Archiwum Wojskowego pod Moskwą, gdzie są wszystkie kartoteki i że oni bez problemu przysyłają poświadczenia z Kaługi, że tyle lat minęło i nikt o tamtych sprawach (ucieczka) nie pamięta. Myśmy też w domu namawiali: dlaczego  kombatantami mieliby być tylko komuniści, przecież teraz o AK mówi się przychylnie i masz nie tylko prawo ale i obowiązek!  Dla świętego spokoju – uległ. Tak, po jakimś czasie przyszło z tego Archiwum poświadczenie, że był w Kałudze w 361 Zapasnoj Połk Strieleckij. Został kombatantem. A my z przekąsem zaintonowaliśmy chóralnie: widzisz? A nie mówiliśmy, czasy się zmieniły. Ojciec machnął ręką, tak jak odgania się muchy. I powiedział: w Rosji nic się nie zmienia.

Kilka miesięcy później z Konsulatu Generalnego ZSRR w Warszawie przyszedł nagle list. Po rosyjsku i po polsku. Informujący oficjalnie ojca, że jeżeli kiedykolwiek przekroczy granicę polsko-radziecką to zostanie aresztowany i postawiony przed sądem za dezercję w stanie wojny. I że będzie sądzony, jako obywatel radziecki, gdyż nim był w momencie popełnienia przestępstwa. W Rosji nic się faktycznie nie zmienia.

A ja myślę, zwłaszcza w świetle zbrodni rosyjskich na Ukrainie, w świetle stałego nimbu sławy, jakim Rosjanie i rząd rosyjski otacza pamięć Stalina, jednego z największych zbrodniarzy w historii ludzkości, – może nadszedł czas by Stany Zjednoczone i Wielka Brytania oficjalnie potępiły zawarcie Układów Teherańskiego, Jałtańskiego i Poczdamskiego z tym zbrodniarzem i przeprosiły narody Europy Środkowo-Wschodniej za blisko czterdzieści lat kajdan niewoli. Bo ‘wyzwalanie’ Polski w 1944 i 45 było też często kampanią mordów, gwałtów i kradzieży dobytku polskiego.

A już za wszelką cenę nie odpuście Putinowi i nie powtarzajcie tego samego błędu, jaki zrobili Roosevelt i Truman z Churchillem.  

Hen, nad Prutem, Czeremoszem …

Bogumil Pacak-Gamalski

Tak blisko jej jesteśmy, tak wspominamy, tak jest obecna w naszej kulturze, literaturze, muzyce, malarstwie. A teraz, od najazdu rosyjskiego miesiąc temu – jest naszym chlebem powszednim, dniem powszednim. Jest wszędzie: w telewizji, w prasie, w Internecie. Na podwórku, na ulicy, przed domem, w tramwaju. Ukraina. Ukraina jest w Polsce. I nie piszę tego z jakiegoś podejrzanego rewizjonizmu historycznego. Ale zupełnie bez tego rewizjonizmu i bez niezdrowych (i nieistniejących po prawdzie) sentymentów ‘powrotu’ – jest absolutnie adekwatne użycie przysłówka: znowu.

Z historią państw, społeczeństw jest trochę inaczej niż z granicami. Od zawsze. Te ostatnie zmieniają się, korygują, bywają narzucane, bywają negocjowane; wojny wygrane i przegrane, układy, koalicje, dynastie. Żadna nie jest tak do końca i dla wszystkich sprawiedliwa. Czasami zmiany są drobne, omal kosmetyczne, czasem bywają monumentalne. Najbardziej moralnie ohydne jest, gdy jakiś zdobywca po jakimś czasie oddaje w prezencie te ziemie, które sam siłą agresora zdobył, komuś zupełnie innemu. Historia Krymu jest tu najbardziej znacząca. Rosyjski? Ukraiński? Naturalnie, że nie. Krym to ofiara przemocy rosyjskiej dawno, dawno temu. Zaczętej przez Piotra I, a dokończonej przez Stalina. Agresji i kulturowego ludobójstwa (genocide) Tatarów krymskich, jedynych historycznie i moralnie właścicieli tej wyspy.

Ale na ogół takich jasnych przypadków jest mało. Reszta to skomplikowane historie, wędrówki ludów, szczepów, międzynarodowe układy zawierane zawsze ponad głowami najsłabszych, choćby nawet z pobudek najbardziej szlachetnych. Tym są granice całej Europy Środkowo-Wschodniej po 1945. Gdzieś tam, w samym centrum (mniej lub bardziej ścisłym) zawierającym nukleon etniczności, pochodzenia plemienno-szczepowego. Cała reszta to naginanie prawa, zachcianek mocarstwowych, zwykłej, nagiej siły kułaka wobec bezsilnych praw społeczeństw. Tak zrobili Stalin, Roosevelt i Churchill. Używając jednego z wariantów tzw. linii Curzona, brytyjskiego ministra spraw zagranicznych z okresu I wojny światowej. Linia ta zresztą nie była autorstwa samego Curzona, który o złożoności procesów i faktów historycznych tej części Europy nic nie wiedział, a jego doradcy, Ludwika (Bernsteina) Niemirowskiego. Polaka pochodzenia żydowskiego, który w 1906 wyemigrował na stałe do Wielkiej Brytanii. Ostatecznie, już jako obywatel brytyjski, przybrał nazwisko Lewis Namier. Był jednym z głównych doradców rządu Lloyda Georga w negocjacjach nowych granic, zwłaszcza związanych z terenami upadłych Austro-Węgier, które przekazały  pełne plenipotencji na ustalenie nowych granic Państwom Sprzymierzonym. W tych negocjacjach (jak i bezpośrednich z rządem sowieckim, gdy sadzono, że Sowieci wojnę 1920 roku wygrają) Namier był zdecydowanie widziany jako  bardzo nieprzychylny Polsce, uciekając się wręcz do fałszowania dokumentów na niekorzyść Polski. Generalnie można powiedzieć, że nakłaniał (dość skutecznie) rząd brytyjski do widzenia mapy nowej Polski w granicach dawnego Królestwa Kongresowego, tj. państwa kadłubowego. Fakt, że Galicja Wschodnia i Zachodnia (poza Wołyniem) nigdy, w całej historii, do Rosji nie należała, a przed rozbiorami była od setek lat w granicach Korony Polskiej – sprawiał mu wiele kłopotów. Był osobowością niesłychanie inteligentną i ciekawą, pełną politycznych ambicji (w cieniu gabinetów głownie) i niespełnionych pragnień bycia uznanym jako, rewolucyjny wręcz historyk i teoretyk nauk społecznych. W historii Polski zapisał się (z nieznanych mi bliżej powodów) zdecydowanie negatywnie. Nie był żydem judaizmu (w latach dojrzalszych wstąpił do Kościoła Anglikańskiego), pochodził z rodziny w pełni spolonizowanych i zlaicyzowanych Żydów. Mimo to był gorącym orędownikiem i aktywistą ruchu syjonistycznego i utożsamiał się tym wyraźniej, jako Żyd, niż jako Anglik lub Polak. Współpracował, jako doradca,  z lordem Balfourem przy wyznaczaniu granic różnych społeczności (w tym żydowskiej) w brytyjskim Mandacie Palestyny. Widać, że lubił (lub lubili to brytyjscy arystokraci) kreślić palcem na mapie. Znowu, jak wcześniej w przypadku polskiej granicy na Zbruczu, decydującymi w powstaniu Izraela były fakty dokonane i akcje zbrojne Żydów, a nie same deklaracje, plany i mandaty różnych zewnętrznych ‘aliantów, i ‘sprzymierzonych’.    

A granice wschodnie Rzeczypospolitej na samym końcu były wynikiem walk armii polskich z oddziałami Zachodnio-ukraińskiej Republiki Ludowej i rezultatów wojny polsko-bolszewickiej i Traktatu Ryskiego między Polską a Sowietami. Ukraińcom nie udało się stworzyć zjednoczonego frontu polityczno-militarnego, Wschodnia Ukraina była już dość silnie w rękach rosyjskich (potem Sowieckich), mimo poparcia Piłsudskiego dla Petlury nie udały się plany utrzymania w rękach ukraińskich Kijowa. Losy Zachodniej Ukrainy stanęły  wobec alternatywy albo wpadnięcia w łapy strasznej niewoli sowieckiej lub powrotu w granice odrodzonej Rzeczypospolitej. Komisja Państw Sprzymierzonych, której zadaniem było wytyczyć granice i przynależność państwową terenów byłego Cesarstwa Austro-Węgier nolens volens uznała stan faktyczny, który był efektem przegranej przez Rosjan wojny polsko-bolszewickiej, z zastrzeżeniem, że w przyszłości Polska przeprowadzi na tych terenach plebiscyty. Termin plebiscytów wypadał na okres lat, kiedy Europę zalała pożoga kolejnej wielkiej wojny. I granice znowu poszły do kosza historii zmieniając po raz kolejny kształt Europy Środkowo-Wschodniej. Tym razem nikt nie pytał o zdanie Polaków, Ukraińców, Węgrów czy Rumunów, a losami i prawami licznej ludności innych (Wołosi, Ormianie, Hucułowie) mniejszości narodowych w rozległych terenach Karkonoszy Wschodnich nikt w ogóle się nie interesował. Z perspektywy czasu i mając przewagę znajomości historii ostatnich stu lat, nie mam wątpliwości, że te krótkie 20 lat, gdy Ukraina Zachodnia i Lwowszczyzna z Wołyniem wróciły w granice Rzeczypospolitej były i dla Ukraińców i dla Białorusinów wyjściem o wiele korzystniejszym niż bucior rosyjski. Nawet gdyby się udało Ukraińcom uzyskać suwerenność i zgodę Polski na stworzenia państwa na południowy wschód od Lwowa, ta suwerenność nie miała szansy obrony przed nawałą bolszewicką Budionnego i Tuchaczewskiego kilka miesięcy potem. Tragiczne losy ludności etnicznie polskiej z tych terenów (zwłaszcza na Wołyniu i korytarzu przemysko-lwowskim, gdzie stanowili większość lub poważny procent miejscowej ludności) był zbrodnią niewytłumaczalną i godną potępienia bezwarunkowego. To nie byli najeźdźcy – to byli ludzie mieszkający tam od pokoleń, setki lat, którzy razem z innymi grupami etnicznymi budowali te ziemie, rozwijali przemysł, handel, bogactwo tych terenów. To był ich dom, ich ojczyzna. Ale to temat już zupełnie inny. Który będzie jeszcze wymagał solidnego i spokojnego zbadania przez oba narody (polski i ukraiński) w przyszłości. Pozbawionego wypieków emocjonalnego zacietrzewienia a opartego na dokumentach i faktach. Tak postępują narody i państwa dojrzałe. Wspólnie. Historii i tak nikt nie cofnie ani jej nie zmieni. Więc warto by była przynajmniej solidnie i obiektywnie opracowana. Pamięć ofiar tej historii zasłużyła na to.

Jako ciekawostkę warto odnotować, że siostra Niemirowskiego była matką znanej polityczki PiS Anny Kurskiej i babką … zastępcy Redaktora Naczelnego „Wyborczej” Jarosława Kurskiego oraz jego brata, Jacka Kurskiego … tak, samego Prezesa TVP, znanego jako organ prasowy PiS. Historia jest czymś niesamowicie ciekawym, gdy się w niej nieco pogrzebie i ciekawe, co by o tym pomyślał sir Lewis Namier … . Sądzę, że byłby zadowolony, że jego siostrzenica i pra-siostrzeńcy trzymali i trzymają rękę na polskim pulsie. Historie świata i państw tworzą nie tylko wielcy wodzowie, przywódcy. Tworzą ją też równie skutecznie szare eminencje pracujące z uporem i bez rozgłosu w cieniu gabinetów.

Obecna tragedia Ukrainy

Rok 2022. Trzydzieści lat po oficjalnym rozwiązaniu i upadku ZSRR, upiory Piotra I, Katarzyny Wielkiej i Józefa Stalina znalazły swe medium w osobie Włodzimierza Putina i najechały Ukrainę. Czy Rosjanom uda się plan powrotu do starej granicy polsko-sowieckiej na linii rzeki Zbrucz? Putin wielokrotnie podkreślał, że Rosja ma ‘historyczne prawo powrotu do macieżystych granic’ Imperium Rosyjskiego, a Zbrucz był najdalej na zachód wysuniętą granicą tego Imperium od czasów końca XVIII wieku. Bo to był, zdaniem moim, zasadniczy cel Putina. Czy też zaspokoi się odłączeniem rosyjsko-językowych terenów Donbasu, Luhańska i reszty wybrzeża mórz Azowskiego i Czarnego?   Na razie postawa ludności i władz Ukrainy, personifikowana osobą ich niesamowitego (w pozytywnym znaczeniu) Prezydenta Włodzimierza Żeleńskiego wali te plany Putina. Przy olbrzymiej pomocy całego świata zachodniego. Ale o wielkim zwycięstwie militarnym Ukrainy nad Rosją mowy być jednak nie może. Nie przy obecnym stopniu wspierania Ukrainy. Cała ‘doktryna’ Bidena i NATO musiałaby ulec kompletnej zmianie i przebudowie. Wojen z potężnym przeciwnikiem nie wygrywa się tylko środkami obronnymi (w dodatku ograniczonymi). Natomiast Ukraina jest zdolna sama wymusić na Rosji w miarę korzystne (w stosunku do alternatywy możliwości stracenie olbrzymiej części terytorium) rozwiązania oparte na twardych negocjacjach. Koszt tej wojny naturalnie jest straszny dla Ukrainy: w stratach ludności, zrujnowanych miast, przemysłu, infrastruktury, rolnictwa. Koszt straty sprzętu i ludzi wojsk putinowskich i czysto ekonomiczny całej Rosji jest też olbrzymi.  Ale tysiące zabitych Rosjan i bieda ludności rosyjskiej nigdy nie były wielkim zmartwieniem carów i komisarzy rosyjskich. Ze złoconych korytarzy Kremla nikt nie zauważa kolejek po chleb w małych miasteczkach imperium. W państwach demokratycznych nauczyliśmy się sposobu myślenia, że państwo ma służyć obywatelom przede wszystkim. W Rosji ciągle pokutuje myślenie średniowieczne: mieszkańcy podległych imperatorowi terytoriów są po prostu materiałem do budowy imperium. Nie są podmiotem a przedmiotem polityki.

Światowid ze Zbrucza (w Muzeum w Krakowie)
By Silar – Own work, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=25710997

Czy jest szansa, żeby Putin sam wycofał się z Ukrainy kompletnie, osiągając jedynie pyrrusowe zwycięstwo deklaracji, że Ukraina nigdy nie wstąpi do NATO? Jest. Ale bardzo mała i wymaga dużo większego, solidnego zaangażowania militarnego świata zachodniego. Nie samej organizacji NATO. Nie, państw indywidualnych, w porozumieniu miedzy nimi, poza strukturami NATO. To jest możliwe. Czy realne? Nie wiem. Nie wymaga żołnierzy tych państw na terenie Ukrainy. Wymaga sprzętu. Natychmiast. Bez idiotycznych ograniczeń. Nie wiem jaka jest różnica między maszyną wojskową ze skrzydłami (samoloty) a maszyną wojskową na gąsienicach lub kołach. I nikt mi tej różnicy strategicznej wytłumaczyć do tej pory nie potrafił.  I czy musi być to tylko złom z czasów sowieckich? Rosjanie używają to, co mają najlepsze. Bez tego nie widzę jakiejkolwiek możliwości by Rosja wycofała się bez poważnych zmian granic Ukrainy na południowym wschodzie. A nie powinniśmy i nie musimy do tego dopuścić. Odnoszę wrażenie, że regiony tzw. ‘większości rosyjskich’  Donbasu są poniekąd przesądzone na niekorzyść Ukrainy. Krym – raczej do Ukrainy nie wróci. I, zdaniem moim, ani Ukraina ani Rosja do niego żadnych praw nie mają. To zbrodnia na ludności tatarskiej. Ale to też temat inny.  Natomiast winno się uniknąć w jakikolwiek możliwy sposób utraty przez Ukrainę dostępu do morza i portów morskich. Dla odbudowy Ukrainy po tej strasznej wojnie te tereny są niezbędne. I pod każdym względem, (historycznym, etnicznym) są to tereny ukraińskie a nie rosyjskie. Argument, że np. Mariupol był założony przez jakiegoś cara rosyjskiego jest absurdalny. Czyli Kłajpeda i Malbork należy się Niemcom, Moskwa i Kijów – Szwedom, a wszystkie stare miasta Kanady i USA winny wrócić do Anglii? Nie ma sensu tego ‘argumentu’ rozwijać. Jest bezsensowny.

Przedłużanie tej wojny jest zbrodnią na ludności ukraińskiej. Zwłaszcza teraz, gdy pod nowym dowództwem ‘rzeźnika Syrii’, gen. Aleksandra Dwornikowa, te znęcanie się nad ludnością cywilną przybrało nowe rozmiary. I wyraźnej dyrektywie intensyfikacji ofensywy rosyjskiej bez względu na koszty. Tą ofensywę zatrzymać można tylko tak, jak tego typu ofensywy zatrzymuje się zawsze – brutalną siłą militarnej kontrofensywy. Zmasowanym ogniem artylerii, lotnictwa zatrzymującym rosyjskie kolumny pancerne. I zasięgiem umożliwiającym rażenie rosyjskich wyrzutni rakietowych spoza terenu Ukrainy. Nie ma jakichkolwiek intensywnych pertraktacji rozejmowo-pokojowych, a więc brak opcji politycznej kompletnie. Tylko silna obrona i gdzie możliwe kontrofensywa do tych pertraktacji może ich zmusić.  Romantyczne mówienie o heroicznej partyzantce, o walkach ulicznych, gdzie z każdego okna i za każdym rogiem ulicy czekają młodzi chłopcy z granatami i koktajlami Mołotowa to absurd. I absurd nieludzki. Obejrzyjcie ulice, domy i rogi ulic Charkowa, a zwłaszcza Mariupola. Z których okien? Z tych kikutów ścian obróconych w perzynę ogniem artylerii i rakiet, z czołgów oddalonych bezpiecznie od zasięgu granatu i butelki z benzyną?  To rzeź a nie obrona. Bo żeby taką walkę prowadzić trzeba mieć świadomość, realną nadzieję na odwet, na nadchodzące posiłki regularnych wojsk. Takie walki można prowadzić z przeciwnikiem respektującym prawa wojny – nie z bandytą, mordercą.

Cello and piano

Cello and piano

by Bogumil Pacak-Gamalski

Stainglass windows in St. Andrew Church

Live music. On stage. Not through live stream or any other video, electronic, mechanical transmission. I had an immense need to be there again, missed it so much … .

Tierras Oscuras – Flamenco en Rouge

On November 16, 2021, during a timid opening of any live performances, I was able to attend a local (from Halifax and Cape Breton) performance of powerful storytelling mixing the musical fire of Andalusia and hard life of miners in times gone in Cape Breton. The audience at the Pier 21 Canadian Museum of Immigration was small, seats sparsely placed. There were no renowned, world class dancers, singers, players. But what a power, what a spirit of true flamenco! I was riveted, mesmerized and at the same time had a hard time not to join them on stage (after all – flamenco is an art of mature performer, who knows the taste of victory and defeat – not a juvenile, who knows only how to boast, not understanding the meaning of it all). After the performance I had a chance to chat with all of the performers and made sure they were aware how beautiful their storytelling was, how dramatic and well prepared. And, of course, a long chat about the history of flamenco, of Andalusia.

But it did not quenched my thirst for more formal  setting and opportunity of listening to great music played by great artists and composed by geniuses.

It came finally with an opening of popular impresario, the Cecilia Concert organization responsible (for many years now) for organizing such events in Greater Halifax.

The concert of world renowned and one of the best Canadian pianist, Charles Richard-Hamelin and young cellist, but already recognizable and with growing musical prestige, Cameron Crozman.  

There is some semblance in physique of Richard-Hamelin and the great winner of 1970 Warsaw Chopin International Piano Competition, Garrick Ohlsson. I think that there might be also a slight similarity in their style of piano playing (and such perceived connectivity would not be something to frown about, as Ohlsson is a giant among Chopin’s interpreters). The Warsaw Chopin Competition is indeed something very special among players. It serves as a spring board to fame of almost all of their finalists and definitely makes the winner career a fait accompli. Charles Richard-Hamelin is no exception. In 2015 he received Silver Medal at that Competition and very prestigious Krystian Zimerman (himself a former winner at the Competition and a player of enormous statue) Prize for best performance of Chopin’s sonata. The 2015 Competition was the first time I heard Richard-Hamelin. As I did (in Warsaw) in 1970 Olhsson playing. The next one, in 1975, was the triumph of Zimerman and I remember it as vividly as it would have been yesterday – he just mesmerized the audience. For a teenager (as myself at that time) that was as big as winning the Soccer World Cup. Speaking of Canadian pianist and the Warsaw Competition one can’t forget to mention the last one in 2021 and the amazing victory of another Canadian – Bruce Liu. I have wrote a bit about it on these pages in November 8, 2021.

Pianist are, undoubtedly, the top class in fame and splendour of all other instruments among classical music stars. In a way – the prima donnas of musicians. But that does not take away from other instruments. Especially if there is a good marriage between a good composition and a good player. Cello player is always in demand for transporting notes, that no other instrument can portray as good as that soft sound. Just listen to some recordings of unforgettable cellist, Pablo Casals. No other instrument can convey such an array of emotions as those venerable strings. The violin, its’ diminutive cousin, produces beautiful sound but lacks the depth of the tone coming from very limited resonance (due to the size difference).

Cameron Crozman, at age 26, is definitely the raising star in Canada among cello players. Not only in Canada, though. His talent was noticed and rewarded by many world-class orchestras and directors, especially  chamber music ensembles. For me, the concert in Halifax was the first chance to hear him playing. I am very glad, I did.

Bach, Franck and Chopin

  

The first of compositions was one of only six cello suites composed by J.S Bach – the Suite No. 2 in D minor. Probably written after the death of his first wife, Maria Barbara in 1720. The Bach suites are among ones of most popular music played by cellists. But it wasn’t the case during his lifetime and after his death. They were almost completely forgotten and many musicians were not even aware that he wrote such music. It was not until great cellist, Pablo Casals, re-discovered them as a teenager in a second-hand shop in Barcelona in 1889.  It wasn’t until 1936 when he recorded them in London for first time. Since then, they become one of the most popular solo pieces for cellists around the world. There is even dispute among scholars whether Bach originally wrote them not for cello da gamba but for smaller, over the shoulder, viola da spalla. Suite No. 5 was originally composed for lute.

As entire baroque music, they are strictly structured in prelude and a string of Renaissance/baroque dances. In this case: allemande, courante, sarabande, minuet and gigue.

The slightly austere, neo gothic church of St. Andrew, with beautiful stained glasses on walls of the main nave and stained glass rosette behind the altar/stage provided perfect setting for this music. And the acoustic was wonderful as the young cellist with red hair sat to his instrument. The music flowed so nicely. His left hand showed the elegance of every note, tone and interval of this composition. I was specially taken by the fourth part, the Sarabande and the vision of evening stroll of Bach through the cobblestones of German city, remembering places he visited with his wife, reminiscing their time together. Formal, very courtly Minuet ensues as in saying that life goes on and times brings closure. Final part is in a form of Gigue and is a typical epilogue for typical baroque suite. Can’t understand that rigid formality from my perspective of XX century man, as Gigue is the last melody I would have used for this type of composition. Yet, it must be said that the Gigue in Suite No. 2 is far from lively dance of Italian gentry. Yes, it has the rhythm and melody – but used in such a way that it becomes a music of accepting life as it goes on. I thought that Crozman played that part superbly, more in a reflective than virtuosic style.

Belgian born but Parisian by choice composer Cesar Frank (1822-1890) is definitely not a canon of modern concert halls and performances. I know I have heard his music before – but if asked, I would have to strain myself immensely to remember that music. Although envisioned by his father as piano player (a solid career in Romantic times Europe) – he ended up playing organs in one of the big churches in Paris and later become a professor of organ music in Paris Conservatory in 1872. And finally had time to prove to the world that he is a talented composer. One of his monumental work (and monumental it is in its form, character and, let’s say – weight?) that I have never heard before (of that I am sure because it is really hard to forget such curiosity) is the Prelude, Aria et Final, Opus 23.

I am very glad that Charles Richard-Hamelin gave a very good explanation of this composition. It helped a lot. It consists of Allegro moderato a maestoso (Prelude); Lento (Aria) and Allegro molto ed agitato (Final). From these musical terms – allow me to offer less serious tone – two describe it the best: maestoso and agitato. The least one is moderato. It also shows that if you cook for many years Indian cuisine, when suddenly you make Beef Wellington, you add to it Indian spices.  The result could be interesting, maybe even tasty – but it is not Beef Wellington. Specially in Paris. Franck played for many ears on huge organs  at St. Clotilde Basilica. That colossal instrument could not only swallow many concert pianos of Paris, it also had so many leg and hand operated pedals, stops and keyboards (yes, the large ones have more than one keyboard) that the listener could really think that heavens opened up and filled the air with its’ own music. But Franck decided to do the same on the piano.

Thanks’ heaven the Yamaha grand piano C7X comes with the third, middle pedal called sostenuto. It is a version of the sustain (left) pedal but operates only on chosen string/notes. It gives the ability to produce a sound that resembles organ pipes. But one must not overuse it. In this case, Richard-Hamelin had to. To say it plainly – that composition is a colossus that requires not only amazing technique from the player, it also requires a big physical stamina. I am so grateful that he possess both. I have no idea what poetic purpose that composition serves – but it was amazing to listen to it. Enjoyed it very much just for the sheer sense of showmanship and absolute control of the instrument by the player. Now, thanks to Charles-Hamelin, I will always remember the music of Franck. Probably not choose to go to concert hall to listen to it again, but definitely remember it.

After a short intermission we were served the main course: beautiful sonata for cello and piano by lyrical master of Romanticism, Frederic Chopin. The opus 65 sonata in G minor was composed in 1846 and dedicated to Chopin’s close friend of many years, cellist Auguste-Joseph Franchomme.

Both of them collaborated and co-composed earlier a Grand Duo Concertant for piano and cello (in E major, numbered as B. 70) that received very favorable opinion of Schumann. The sonata is fully composed by Chopin and it’s cello part was not composed in any part by Franchomme, although it is more than likely that both Chopin sought advice and opinion of his dear friend. That might be the source of somewhat strange and not necessarily wise comment of our young cellist, Cameron Crozman, in an introduction, that the cello has stronger and weaker parts, the stronger being possibly composed by Franchomme. There is no musical literature that would support such strange assumption.

The sonata has special historical meaning in Chopin’s life: it would be the last composition of Chopin and the premiere in Salle Pleyel on Feb. 16, 1848 was his last public concert in Paris. Unfortunately, the Paris premiere omitted the first part (Allegro moderato). That was corrected by Franchomme shortly after his friend death, as the cellist returned to Salle Pleyel on April 6, 1853 and played (with Thomas Tellefsen, also Chopin’s friend and pupil, as pianist) the entire sonata. Louise Dublin, a world renowned cellist, wrote in her excellent blog on Aguste-Joseph Franchomme, that the second premiere was received enthusiastically and quotes respected and feared (by musicians) Paris critic of that time: “The main piece was a sonata by Chopin for cello and piano…the piece has something intimate and mysterious, everything in it is plaintive and melancholic… Franchomme, on his eloquent cello, found admirable expression, giving the beautiful melodies of Chopin a penetrating sweetness, full of religious poetry.” .

Of course, no recording of this prapremiere and premiere concerts exists, therefore it is impossible to compare that play with the performance of Cameron Crozman and Charles Richard-Hamelin in Halifax.

The only reflection could be my own satisfaction, pleasure or lack of it.  And satisfied I was, very much indeed. It is worth mentioning that the duo of these two musician was a premiere in its’ own right. They have never played together before. But the partnership sounded very good and pleasant. Despite Crozman earlier spoken remarks, I have not noticed the ‘weaker’ and ‘better’ parts of his viola da gamba. All was played softly, poetically. In my short notes, that I tend to take at concerts, I wrote: what a beautiful conversation of two instruments! In scherzo and largo it was like a dance of two souls and such a nice, like echo, repetition of viola’s themes by piano.  It all closes with very elegant marriage of the two scales: G minor and corresponding major in allegro. Sort of mini danse du triomphe.