Climate Action Protest in Halifax

by Bogumil Pacak-Gamalski

Today all over Canada was day of mass protests for stronger and decisive actions to prevent further damage to Earth’s climate. The main even was held in Montreal, attended by Justin Trudeau, Canadian PM and Elizabeth May from Green Party. The special guest was famous young girl from Sweden – Greta Thunberg, who does not hesitate to chastise powerful world leaders every time she gets a chance. Trudeau met with Greta before the march and commented that “She is the voice of a generation of young people who are calling on their leaders to do more and to do better, and I’m listening”. Jugmeet Singh form NDP joined the protest in Victoria, BC. As expected, yet totally inexcusable, Andrew Scheer decided to fully ignore the marches and protest of millions of Canadians today. Considering his record and his ‘environmental’ policies – perhaps for the best … . Still sad, though, that he refuses to face the most existential threat to our planet. And at the same time has the desire to be our Prime Minister ?!

Below is a photo galleries I took from the protest in Halifax. Tens of thousands of people gathered in Victoria Park here (as luck would want – the park is located just across the street from the broken huge construction crane during this month hurricane Dorian assault on the city). Later they marched to Nova Scotia Power to perform a ‘die-in’ in front of the center of Nova Scotia’s energy. From there to Government Building, to impress on our politicians to do their job and listen to the science, not to the lobbyists.

Wybory i kandydaci dla Polonii

Postaram się tu zaprezentować Państwu kandydatów Opozycji Demokratycznej (tą nazwą określać będę partie i grupy/koalicje, które ustawiają się po przeciwnej od PiS i jego koalicjantów stronie polskiej sceny politycznej). Dziś zacznę od Jarosława Szostakowskiego z Nowoczesnej w tamach Koalicji Obywatelskiej (https://koalicjaobywatelska.pl/). List skierowany jest do Polek i Polaków w Kanadzie, który pan Szostakowski przesłał na moje ręce.

Jarosław Szostakowski

Szanowni Państwo!

Nazywam się Jarosław Szostakowski i kandyduję do Sejmu z pozycji 5 listy
numer 5 Koalicji Obywatelskiej w okręgu 19 – Warszawa i Zagranica.

Wiem, że wielu z was wciąż żywo interesuje i zawsze będzie interesować
to, co dzieje się w Polsce. Nieważne, jak długo mieszkacie poza
granicami rodzinnego kraju, odczuwacie współodpowiedzialność za jego
losy. Kiedy rządzący popełniają błędy, wstydzicie się za nie prawie tak
samo, jak za własne, a w chwilach sukcesów dzielicie narodową dumę z
tymi, którzy pozostali w kraju. To się nie zmienia nawet wtedy, gdy ktoś
czuje się zakorzeniony w nowym kraju. Mam tego świadomość, bowiem wielu
moich znajomych i przyjaciół mieszka za granicą, a ja mam to szczęście,
by móc czerpać z ich wiedzy oraz perspektywicznego spojrzenia.

Wiem też, że wbrew temu, co twierdzą niektórzy politycy, nie jesteście
jednorodną grupą. Macie różne historie, poglądy, motywacje i
doświadczenia. Również różne powody, by wziąć udział w nadchodzących
wyborach parlamentarnych.

Jakiekolwiek by one nie były, zapraszam was do zapoznania się z moim
programem, a także do kontaktu i dialogu. Z chęcią odpowiem na wasze
pytania.

Ja również czuję się współodpowiedzialny za losy Polski. Zapraszam do
odwiedzenia mojego profilu na Facebooku, z którego możecie dowiedzieć
się, poprzez jakie działania to wyrażam. Więcej na mój temat w
załączonej ulotce.

http://facebook.com/jszostakowski http://twitter.com/JSzostakowski


Co jest sprawiedliwe? Polacy LGBTQ2+ a sprawa polska

by Bogumił Pacak-Gamalski

W poprzednim tekście usiłowałem zarysować co to jest tzw. społeczność LGBTQ2+ . I co się de facto pod tymi literkami ukrywa. Z licznych komentarzy, jakie dostałem z Kanady i Polski wynika, że w dużym stopniu tekst był przyjęty dobrze (choć zastrzegałem, że to szkic bardzo skrótowy i w wielu odcieniach historii i współczesności LGBTQ2+ wręcz pobieżny). Za dobre słowa dziękuję.  Tutaj chce podjąć temat kampanii nienawiści wobec LGBTQ2+, która rozpętano w Polsce.  Gdy mówimy o ‘nienawiści’ naturalnie rośnie atmosfera polemiki, oskarżeń i ważkość argumentów. Ale nie o to mi chodzi. Tak, argumentuję, że autorzy i konstruktorzy tej kampanii-nagonki zasługują na pełne i całkowite potępienie, że są osobami niegodnymi. Wszak mowy nie może być o tego typu kampanii bez użycia aparatu propagandy. Propaganda to ma do siebie, że ludzi temat mało znających ogłupia, stwarza wrażenie zagrożenia i konieczność obrony. Jest bardzo możliwe, że wiele z tych osób bez tejże propagandy uniknęłoby wydawania sądów fałszywych lub szkodliwych.  Bo to zawsze opiera się na końcu o wydawania właśnie własnego osądu tematu, poszukiwaniu tego, co – zdaniem naszym – jest sprawiedliwe lub dobre.

A to już zagadnienia etyczne i moralne. Więc – z pewnym lękiem, że tekst i tak już długi, wydłużę bardziej jeszcze – dam wyjaśnienia tych pojęć od Nauczycieli najpoważniejszych prawdy, fałszu, dobra i zła. Zacznę od Sokratesa, potem jego ucznia Platona, dalej ucznia Platona – Arystotelesa (tenże potem był nauczycielem jednego z najsłynniejszych gejów ludzkości, Aleksandra Wielkiego). Nie bez znaczenia jest fakt, że Platon był źródłem rozmyślań i pism uważającego się za jego ucznia św. Tomasza z Akwinu. Ojca Kościoła Katolickiego i twórcy ram teologii i filozofii chrześcijańskiej. To ułatwia zrozumienie, jak wszystko w historii się łączy a kolejne warstwy wiedzy i mądrości korzystają z doświadczeń i wiedzy przeszłej.

W „Fajdrosie” Platona, Sokrates prowadzi z tymże Fajdrosem dyskusję o mowie i piśmie sugerując, że aby dobre być mogły ich autor winien znać temat i prawdę o tym temacie. Na wątpliwości Fajdrosa czy to najistotniejsze odpowiada mu przypowiastką:  gdyby on ani Sokrates nigdy w życiu nie widzieli konia, a zaszłaby potrzeba zakupienia takowegoż na potrzeby wyprawy wojennej Fajdrosa, Sokrates z własnych wyobrażeń, jakie dobry koń przymioty mieć winien poradziłby, by zakupił … osła. Fajdros sam o koniu więcej nie wiedząc posłuchałby rad Sokratesa, jako mówcy znanego i dobrego i osła by kupił, będąc przekonany, że to koń. Tak i mówca dobry potrafi mową zręcznie sformułowaną przekonać słuchaczy do rzeczy fałszywych i złych jeśli słuchacze wiedzy o temacie rozmowy nie mają.

Uczeń Platona zaś, Arystoteles, w traktacie „Polityka”, w rozdziale o sprawiedliwości w społeczeństwach, tak wnioskuje: „Wszyscy opowiadają się za jakąś sprawiedliwością, ale nie przekraczają pewnego punktu, nie mówią o pełnej sprawiedliwości w jej znaczeniu suwerennym. W związku z tym myślicie, że sprawiedliwość jest równością; i jest nią zaiste – ale nie dla wszystkich osób, tylko dla tych, którzy są sobie równi. Nierówność jest postrzegana, jako sprawiedliwa; i jest nią zaiste – ale nie dla wszystkich, tylko dla tych, którzy nie są równi. Popełniamy duży błąd, jeżeli omijamy pytanie ‘dla kogo’, kiedy decydujemy, co jest sprawiedliwe. Powodem tego jest fakt, że wydajemy własny sąd a ludzie są generalnie złymi sędziami, kiedy ich własny interes jest z osądem związany” (tł. własne BPG z :Aristotle „The Politics”, Penguin Classics, 1981, s.195)

I stąd, w moim osądzie, większość heteroseksualna często nie potrafi zrozumieć, że nierówność wobec mniejszości homoseksualnej i inno-płciowej jest niesprawiedliwa. A, jak pisał św. Tomasz: co niesprawiedliwe jest złe.

„Sprawa Polska’ to pojęcie związane z losami naszego kraju  głośne od czasów rozbiorowych. Czy chodziło o Napoleona, czy o Kongres Wiedeński, losy Królestwa Polskiego pod berłem carskim, w końcu stanowiska państw zaborczych w I wojnie światowej, a na końcu Traktat Wersalski z 1919 stale się tym zajmowały. Jak i sami Polacy – od Insurekcji Kościuszkowskiej poczynając, na Legionach Piłsudskiego kończąc. Te hasło-zagadnienia raz jeszcze odżyło w czasie konferencji jałtańskiej, teherańskiej i poczdamskiej w latach 1944-1945.

Otóż ,sprawa polska’ odżyła ponownie – w większym jeszcze, bo egzystencjalnym charakterze – w związku z aktywnością polskiej społeczności LGBTQ z jednej strony a stanowiskami naczelnych władz Polski i głównych hierarchów polskiego Kościoła Katolickiego z drugiej.  Dzięki podżeganemu przez diecezje białostocką, z jej biskupami na czele, obrzydliwemu atakowi na Marsz Równości w Białymstoku, ten proces rozlał się na masową skalę. Tak w kraju, jak i poza jego granicami. Głos zabrali najwyżsi dostojnicy państwa i Kościoła: poseł Jarosław Kaczyński, prezes PiS i arcybiskup-metropolita krakowski Jędraszewski. Mówiąc w olbrzymim skrócie ich wystąpienia można zreasumować konkluzją, że wedle tych dostojników chodzi wręcz nie o samo istnienie niezależnej Polski ale o jej ‘ducha’, jej charakter narodowy. Słowem o to, co nazywamy potocznie ‘polskością’.  Tejże, najdroższej wszystkim Polakom, polskości zagraża … LGBT i jego ideologia! Podobnych słów w innym okresie i sąsiedzkim państwie w latach 30tych używał Hitler i jego najbliżsi współpracownicy. Też w okresie konsolidacji pełnej i nieograniczonej władzy i przed wprowadzeniem jawnej dyktatury NSDAP pod osobowością Fὕrera.  W momencie wczesnego kształtowania się dyktatury prawie zawsze niezbędny jest wróg tak zewnętrzny, jak przede wszystkim wewnętrzny. To umożliwia sterowanie i kontrolę nad nastrojami społecznymi, jak i postawienie wyraźnej cezury ‘my-wy’. Gdzie ‘wy’ jest zagrożeniem jedności, zagrożeniem narodowego charakteru, wynaturzeniem. Nie wolno zapominać, że niemieccy homoseksualiści byli jednymi z pierwszych ofiar zbrodniczego hitleryzmu, w dodatku ofiarami bezbronnymi, bo niezorganizowanymi i bez poparcia społecznego, bez jakichkolwiek praw. Fakt, że socjalnie wesołe lata Republiki Weimarskiej, głównie w Berlinie i wielkich metropoliach,  wzbudziły fałszywie rozumianą szeroką akceptację ‘inności’, spowodował upublicznienie się wielu homoseksualistów – później następujące represje i aresztowanie ułatwił i przyspieszył.  Pomogło to też Hitlerowi na likwidację zagrożenia ze strony SA – jego brunatnych sojuszników. Ktoś powie, że to absurdalne porównanie – arcybiskup metropolita krakowski i Hitler? Kaczyński i Goebels? Nie wiem czemu miałoby ono być absurdalne. Dla mnie jest bardzo logiczne. Fakty i historia oparta na nich nie kłamią.  Przytoczę słowa dostojnika: „Niektórzy homoseksualiści uważają, że to co oni robią jest ich prywatnym życiem. Lecz życie seksualne nie jest już prywatną sprawą, ponieważ dotyczy przeżycia narodu.  /../ Naród z dużą ilością dzieci może zawładnąć światem. Naród czysty rasowo z niewielką ilością dzieci stoi już jedną nogą w grobie, za pięćdziesiąt lub sto lat nie będzie już istniał. Dlatego też wszyscy musimy zrozumieć, że nie możemy tej chorobie pozwolić rozwijać się … i musimy ją zwalczać…”. Który dostojnik to powiedział? Czy w 2019 w Krakowie czy wcześniej? Wcześniej. W 1937. Heinrich Himmler.

Jakiś cymbał w Łodzi, profesor Zbigniew Rau kandydujący na wojewodę z ramienia PiS, napisał na swojej stronie wyborczej  komentarz ze znamiennym tytułem: „Stop Ideologii LGBT! Stop cywilizacji śmierci!”. Tak, profesor. Nie, nie wiem czy to wynik uwiądu starczego (facet nie najmłodszy, choć nie starzec jeszcze), zwykła chciwość na pieniądze i władzę na funduszami (to dotyka wszystkich w Polsce – i nie tylko – niestety), czy po prostu zawsze był cymbałem ale wykuł się w swojej dziedzinie w latach studenckich, a potem całował pupy władz uczelnianych by tam mógł pracować i powoli a skutecznie tytułu się doskrobał. Nie ważne – byli, są i będą i tacy ‘akademicy pożal się boże’.  Fakt jest faktem, że pod tym się podpisał (więc podaje się za autora) ergo jest cymbałem.

Ta hasło ‘ideologii LGBT” pojawia się nad wyraz często, w zasadzie nagminnie teraz w gadzinówkach reżymowych i na ambonach kościelnych.  Jest takim zawołaniem do boju, wiciami rozsyłanymi do gminu i gromkim do kupy mośćpanowie, na koń i szable w dłoń! Można by się z tego śmiać w kułak, satyrycy mieli by temat wspaniały i niewyczerpany do swoich skeczy, psychiatrzy roboty po uszy … .

Człowiek o tyle o ile zorientowany w terminologiach, słownictwie polskim wie, że takie zwierzę, jak „ideologia LGBT’ po prostu nie istnieje. To pojęcie mieści się może w kategoriach faunów i skrzatów leśnych,  syren morskich i lewiatanów, smoków wawelskich (może stąd te wystąpienia metropolity krakowskiego – może to od wyziewów smoczych spode Skarpy Wiślanej pod Katedrą wawelską coś mu faktycznie zaszkodziło, bo wierzyć się nie chce, by arcybiskup, wzorem profesora łódzkiego, mógł też być po prostu cymbałem!?). Liczni księża i zakonnicy byli wystąpieniem arcybiskupa oburzeni, apelowali wręcz by sam podał się do dymisji lub by Episkopat zwiesił go w czynnościach. Na próżno. Sami dostali ‘po łapkach’ od Episkopatu.

Znajoma działaczka polonijna, mogę szczerze powiedzieć, że od wielu lat moja bardzo bliska znajoma,  z którą więcej niż często różniliśmy się poglądami ale mieliśmy wobec siebie szacunek i wspólny cel służenia polskiej kulturze w Polonii – wpadła w te tryby propagandy anty-LGBTQ2 nie rozumiejąc, że nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością ani nawet nie jest faktycznym obrazem jakiegokolwiek poczucia zagrożenia środowisk arcy-prawicowych i środowisk kościelno-katolickich. Nie. To zwykły wulgarny i bardzo prosty chwyt propagandy politycznej. Służyć ma przede wszystkim zapewnieniu zwycięstwa w wyborach poprzez skinięcie głową w kierunku twardego elektoratu PiS, który, jest najmniej wykształcony, najbardziej pazerny na prezenty od władzy i ziejący nienawiścią wręcz kipiącą wobec wszystkich, którzy są nieco od nich inni. Dla Kościoła (mam na myśli oczywiście instytucję prawną a nie Kościół, jako ośrodek wiary i zgromadzenie wiernych), który otrzymuje od państwa niespotykane od czasów bodaj średniowiecznych darowizny i przywileje, jest to nie tylko udzielenie politycznego wsparcia dla PiS w akcji wyborczej – to jednocześnie odwrócenie uwagi społeczeństwa i wiernych od groźnego problemu pedofilii i przestępstw seksualnych w Kościele polskim.  Zawołaniem: Łapaj złodzieja! nie jeden złodziej z potrzasku się wykaraskał.

Moja znajoma, Krystyna P. napisała więc w swoich regularnych wiadomościach polonijnych wysyłanych do wielu osób, krótki tekst w związku ze zbliżającymi się wyborami do Parlamentu w Warszawie. Nie szczędziła w nim ostrych słów partii rządzącej (PiS) za ich afery i zaniedbania. Co jest cenne, bo oznacza, że osoba o poglądach konserwatywnych potrafi dostrzec błędy i wady nawet w środowisku o poglądach zbliżonych.  Zresztą niezależność wobec wszystkich kolejnych władz polskich K.P. wykazywała zawsze, co pamiętam świetnie z szeregu wspólnych wizyt w Konsulacie Generalnym RP. I znowu – nie we wszystkim się zgadzaliśmy ale to w niej ceniłem. Krystyna sugeruje, że jest zwolennikiem (w wyborach) Konfederacji, tj. ugrupowania na prawo od prawej strony polskiej sceny politycznej.  Jednym z czołowych reprezentantów tego ugrupowania jest Janusz Korwin-Mikke – postać wręcz groteskowo legendarna w polskiej polityce. Legendarna nie z tych cech, które dla polityka winny być chwalebne. Dla mnie osobiście Janusz Korwin-Mikke to pani poseł Pawłowicz –  tyle, że błyskotliwsza w mowie, szczupła i ubrana w nienaganny smoking. Ale są tam naturalnie też inne ugrupowania ultraprawicowe, których nazw nie w pełni pamiętam czy uważam, że sens jest starać się spamiętać. To autentyczny  i daleki nawias sceny politycznej.  Zwolennicy państwa i społeczeństwa obywatelskiego na nich nigdy nie zagłosują, a elektorat PiSu nie pozwoli sobie na ryzyko przegranej PiSu i poprze tylko koalicję parti z PiSem związanych bezpośrednio. Nie chodzi mi jednak o polemikę polityczną. K.P. ma absolutne prawo i przywilej popierać takie partie, jakie uważa za właściwe. I to winno być prawo niewzruszone.

Chodzi mi o aspekt etyczny i moralny tekstu K.P, w tym momencie, gdzie porusza sprawy LGBTQ2. I nie chodzi o to czy lubi czy nie lubi LGBTQ2. Ostatecznie w jakimś sensie mieszczę się w tym skrótowcu a mimo to mogę śmiało powiedzieć, że się lubimy. I lubi się z moim mężem. Być może mimo wszystko nie łączy mnie ze społecznością LGBTQ. A jestem jej częścią nieodłączną. Zawsze byłem. To, kulturowo rzecz ujmując – moja ‘etniczność’. Czy jestem zagrożeniem dla ‘wolności polskiego narodu’? Być może – ale tylko wówczas, gdy mówimy o jakiejś innej ‘wolności’, jakiegoś innego ‘narodu’. Kiedy zakładałem „Solidarność’ w przedsiębiorstwie, gdzie pracowałem w Warszawie, byłem jej pierwszym Przewodniczącym tamże, roznosiłem ulotki, w czasie Pogotowia Strajkowego chodziłem ulicami Mokotowa z biało-czerwoną opaską (i wówczas też zdarzało mi się usłyszeć syk w tramwaju od jakiejś pani : ‘przestańcie już znowu prowokować, zdejmij tą opaskę, o co wam znowu chodzi’ itd. – jestem przekonany, że te panie należą dziś do twardego elektoratu PiS) – to wiem doskonale o jaką ‘wolność’ zabiegałem. Też o moją własną. Osoby LGBTQ. Mimo, że taka nazwa wówczas jeszcze nie istniała powszechnie i sam bym pewnie nie wiedział, co oznacza. I o wolność wszystkich Polek i Polaków LGBTQ2. Na równi z wszystkimi obywatelami. Bez wolności osób LGBTQ2 nie ma mowy o wolnej Polsce. Będzie tylko atrapą i udawaniem wolności. 

Tekst o którym mówię brzmi:

Rozpowszechniły się marsze tęczowych, którzy twierdzą, że walczą o wolność. Zaczynają oni natarczywie wkraczać do polskich miast, pod szczelną ochroną policji i wojska, wywołując natychmiast stan wojenny i prowokując do nienawiści jednych przeciw drugim. Polacy wiedzą co to jest wolność, zbyt długo o nią walczyli i nie mogą pogodzić się z mieszaniem słowa „wolność”  z błotem. Nie zgadzają się również z wprowadzanym na siłę i bez zgody społeczeństwa programem LGBT do szkół polskich, który grozi wykrzywieniem seksualnym, moralnym i psychicznym naszych dzieci i młodzieży. Śpij sobie z kim chcesz i jak chcesz, ale jeżeli wychodzisz na ulicę ze swoją odmiennością seksualną i starasz się zmienić wychowanie młodych, w tak niemoralny sposób, to jesteś zwykłym draniem i śmieciem,  i nie ma to nic wspólnego z wolnością. 

Jak do tej pory rząd PIS-u nie powstrzymał tej zgubnej propagandy LGBT. (tylko we fragmencie związanym z tematem LGBTQ – przyp. moje, BPG)

(teraz przytoczę fragmenty nadesłanej mi odpowiedzi do K.P. innych szanowanych osób z tego środowiska polonijnego, które tak zareagowały na ten tekst powyżej.)

 /…/ Do informacji dotarł do nas poniższy materiał, a konkretnie “wiadomości z kraju” i Pani opinie na temat LGBT.  Pani nomenklatura i prymitywne skwitowanie tematu zwalają z nóg.  Przez lata tworzyła sobie Pani wizerunek osoby kulturalnej.  Uzurpowanie sobie tutejszej roli “ambasadora kulturalnego” wiąże się jednak z pewna doza odpowiedzialności.  Pani toksyczne słowa są kompletnie przeciwieństwem roli jaką Pani sobie obrała.  Są okrutne, ohydne, zamierzone do wywoływania nienawiści, i kompletnie pozbawione sensu.  /…/

Można nie zgadzać się politycznie lub światopoglądowo z pewnymi ideami.  Pani jednak wybiera i powiela opinie z ciemnogrodu, który nie dopuszcza do rozwoju intelektualnego ani uczuciowego.  Czasy się zmieniają, ludzie się zmieniają, opinie się zmieniają, w oparciu o rozwój nauk humanistycznych, społecznych, przyrodniczych, I przede wszystkim, zmiany związane z wolnością i otwartością słowa i myśli.  Nawet idee cytowanego przez Panią św. Jana Bosko (“Wychowanie jest sprawa serca”, cytat, który obrała sobie Pani jako motto tego biuletynu), wyewoluowały w praktyce Salezjanów, którzy kontynuują jego założenia, ale zaadaptowali je pod katem czasów i miejsca, gdzie szkoły salezjańskie funkcjonują.

Pani prawa (człowieka, kobiety, emigranta etc) zostały przez ostatni wieki wywalczone przez ludzi, którzy mieli wizje i przekonanie, że wszyscy jesteśmy równi.  Teraz pora na edukacje, na otwartość i tolerancję dotyczące sfery ludzi  LGBT+.  Edukacja w szkołach i otwarta dyskusja są niezbędne!

Mieszkając w Kanadzie, jest chyba Pani w stanie spostrzec, że ludzie innych orientacji seksualnych są normalną częścią społeczeństwa, ani gorsza ani lepszą, ani nawet specjalnie różną.  Orientacji seksualnej nie wybiera się.  Na szczęście w Kanadzie jest to kompletnie zrozumiały oczywisty fakt, przynajmniej w sferach ludzi rozumnych i wrażliwych, czyli po prostu większości. W Polsce, do zrozumienia, pełnej tolerancji i akceptacji jeszcze długa droga…

Pani opinie i szerzenie nietolerancji rezonują w tutejszym środowisku polskim.  Jesteśmy przekonani, że prędzej czy później wydostaną się też poza środowisko polskojęzyczne.  Mamy nadzieje, ze przemyśli pani swoje przyszłe słowa wysłane w przestrzeń publiczną.  Ale bardziej niż to, mamy nadzieje, ze Pani otworzy się choć trochę i uwrażliwi na prawa ludzi innych od siebie.

Lena Ch. i Wiktor Ch.

Prawo kogoś do publicznego bycia sobą nie jest ‘błotem’. Tak, Polacy wiedzą, co to jest wolność. Ja jestem Polakiem, więc wiem. Wiem jaką cenę za nią płacił mój ojciec, żołnierz AK i jeniec w obozie w Rosji, mój dziad – żołnierz Września, wujowie i ciotki z ruchów czynnego oporu i PSZ na Zachodzie, ciotka z Powstania warszawskiego, która 25 lat wcześniej była działaczka POW na Kresach, kiedy Narodowcy Dmowskiego chcieli się układać z carem. Coś z tych nauk wynieść musiałem. Jako Polak i jako Polak-LGBTQ2. Tak, bo LGBTQ2 to nie jest jakakolwiek ‘ideologia’ – to ludzie. Szybciej można by starać się argumentować (zbędnie i niepotrzebnie ale argumenty logiczne znaleźć można), że narodowość lub wyznanie religijne są konstruktem ideologicznym nabytym a nie wrodzonym. Są LGBQ2 komuniści i ultrakatolicy, liberałowie i konserwatyści, są tacy, którzy w nosie mają wszelkie partie i ideologie, są ateiści i głęboko wierzący.  Nie łączy nas nic, prócz podobnych doświadczeń ukrywania kim jesteśmy lub odważnego i bardzo ryzykownego stanięcia przeciw potężnemu murowi obcości, wrogości, w najlepszym wypadku oziębłej obojętności.   Jak ta od tej pani w tramwaju, która (czując się na pewno i dobrą katoliczką i dobrą Polką) syknęła ‘przestańcie znowu prowokować, zdejmij tą opaskę, o co wam chodzi?’.  I to jest właśnie geneza tych marszów i parad. To są ich ‘prowokacje’, to jest ‘o co nam chodzi’ i ‘co chcemy’.  Równych praw, jakie się nam, obywatelom należą.  Prowokacją (świadomą) jest czasem udział w nich owych ‘przebierańców’, na ogół transwestytów, wobec których cała społeczność LGBTQ2  ma olbrzymi dług wdzięczności. To nikt inny, nie porządni gejowie-urzędnicy lub politycy, gejowie działacze kultury i politycy, gejowie chodzący regularnie na msze do kościołów różnych wyznań  – tylko właśnie oni, przebierańcy, artyści kabaretów w tanich spelunkach, chłopcy i dziewczyny, którzy przebierając się za drugą płeć w sposób ostentacyjny dawali sobie pozwolenie na chęć bycia poderwanym, zaproszonym na randkę przez zastraszonego, ukrywającego się geja czy lesbijkę. To był kawałek ich wolności, która sami sobie dali, wbrew społeczeństwu, które im tego odmówiło.  A w 1969 roku, na Manhattanie wyszli w tych wysokich obcasach, z karykaturalnymi makijażami, porwanych pończochach na ulicę by dać czadu policji nowojorskiej, która systematycznie na te bary napadała w celu zastraszenia, wyłudzenia okupu.  I dali czadu. Dokopali swoim oprawcom i okupantom. Tak, okupantom. Bo jeśli osoba LBTQ2 jest w swoim kraju prześladowana a nie chroniona przed prześladowaniem, to oznacza, że jest to kraj okupacyjny. Nie kraj wolny.  Ilu znałem z widzenia, niektórych z imienia, młodych chłopców, podrostków wręcz, którzy po ucieczce z jakiegoś małego miasta w Polsce, gdzie byli maltretowani przez rodziców i otoczenie uciekali do wielkiego miasta Warszawy. Jedyne miejsce jakie im stolica ofiarowywała to były perony i poczekalnie Dworca Centralnego – zwłaszcza w okolicach toalet męskich. Tam spotykali starszych, zastraszonych, ukrywających się gejów, często panów z poważnymi stanowiskami, z żonami czekającymi w domu – ci panowie (jeśli zamożniejsi i kulturalni) brali ich na parę godzin do hotelu lub wolnego mieszkania na szybki seks, możliwość kąpieli lub prysznicu, czasem nawet kolację w restauracji i pewnie parę groszy. Tak, prostytucja męska, często nieletnia. Tak, jak tanie prostytutki dziewczyn z przedmieść lub wiosek okolicznych. Tylko te mogły robić to w mniej upokarzających warunkach. Raz-dwa razy w tygodniu przyjeżdżały na dworzec Nysy milicyjne i chłopaków wyłapywano. Nie, nie do aresztu na komendzie. Do przejażdżki Nysą, gdzie po kolei milicjanci sobie chłopców używali. Ci nie płacili chłopakom za usługę. Czasami musieli trochę pobić, zwłaszcza nowych, nie znających zasad i savoir vivre stołecznego. Udało mi się czasem z niektórymi z nich porozmawiać, wysłuchać opowieści. Niektóre fragmenty zapisywałem potem. By nie zapomnieć. Dziś już tych notesów prawie nie mam, pogubiły miedzy kontynentami, krajami, miastami. I czasami, które się zmieniały. Kiedyś u znajomego dziennikarza poznałem bardzo ładnego chłopaka z Domu Dziecka lub poprawczaka (już tego szczegółu nie pamiętam) z Łodzi. Dziennikarz był tam robić wywiad o chłopcami i pracownikami ośrodka. Chłopak był autentycznie ładny, inteligentny – choć nawet bez szkoły średniej, co nie dziwiło zważywszy, gdzie dzieciństwo/młodość wczesną spędził), a dziennikarz był gejem.  Więc chłopaka poderwał. Po wyjściu z tego ośrodka (miał już osiemnaście lat) zamieszkał u tego dziennikarza. Ten jednak okazał się draniem, chłopakiem się pobawił aż się znudził i po prostu wyrzucił na klatkę schodową. Zobaczyłem go na tymże dworcu Centralnym (bywałem tam regularnie co najmniej dwa razy dziennie, bo tu dojeżdżałem WKD z domu do centrum) krążącym wobec tych niesławnych toalet. Podszedłem się przywitać. Powiedział, co się stało i wtedy zauważyłem tą zmianę w nim – kompletny brak szczerego, wesołego uśmiechu, pewną zaciętość pod warstwą sztucznego uśmiechu. Znowu go oszukano. Dostał kolejnego kopniaka. Najpierw od instytucji, która miała mu zapewnić opiekę, potem od mężczyzny, który udawał szczere zaangażowanie uczuciowe. Polski chłopak. I po prawdzie właśnie na takiego typowego polskiego chłopaka wyglądał: szare oczy, płowa gęsta czupryna, ciemne brwi, nieco zalotnej i psotliwej zadziorności. Spotkałem się z nim jeszcze kilka razy, chodziliśmy do barów mlecznych, gdzie mu zamawiałem porządne, gorące obiady. Opowiedział ciekawą historię.  Gdy się zorientowano lub powzięto podejrzenie w ośrodku, że może jest ‘pedziem’ bito go nieźle, poniewierano, a wieczorami inni chłopcy go regularnie gwałcili. Nie skarżył się, bo wiedział, że by było jeszcze gorzej. Ale inny usłużny ‘kablowy’ z roku (młodzież dzielono wedle wieku w ośrodku) doniósł wychowawcom. Od tamtego czasu nie wolno mu było iść do wspólnych pryszniców, łaźni.  Naturalnie, by go ‘przykrości’ większe nie spotkały. Oddziałowy sam go do łaźni prowadził później. I po prysznicu sam go do usług seksualnych zmuszał.  Dobry był chłop… . Przynajmniej sam jeden tylko. Straciłem z tym chłopakiem wszelki kontakt potem. Zniknął. Czasy przed telefonami komórkowymi. Nie widywałem go nawet na Centralnym, mimo, że starałem się szukać i dopytywać. Może wyjechał do innego dużego miasta, może kogoś dobrego spotkał, może popełnił samobójstwo lub ktoś go zamordował? Nie wiem.  Zresztą takich „Janków” i „Staszków”, „Johnów’ i „Stevów” było setki  na każdym dużym dworcu kolejowym w Polsce i całej Europie. Ale podejrzewam, że jeśli przeżył to na jakimś z tych Marszów Równości na pewno był. I na pewno by nie maszerował w nim z wdzięcznością wobec większości społeczeństwa swego kraju. Bo ta Polska by go znowu oszukała. Jak już tyle razy wcześniej. Może na złość by szedł w dużych, wysokich czarnych szpilkach z olbrzymim pawim piórem w tyłku? Mówiąc tym – oto gdzie mam waszą ohydną, zakłamaną moralność. Wątpię by był piewcą całej ‘pięknej polskiej tradycji’. Zbyt silnie mu ta ‘tradycja’ dokopała i ukradła dzieciństwo i najpiękniejszą, pierwszą młodość.

autor waz mężem w historycznym barze Stonewall Inn na Manhattanie

Więc po tych słynnych zamieszkach w Stonewall w Nowym Jorku obudziła się wśród gejów i lesbijek pewna solidarność polityczna, środowiskowa. Nie tylko w Stanach, na całym świecie. Naturalnie głównie tzw. zachodnim. Poszło to jak błyskawica. W przeciągu ledwie 50 lat zaszły zmiany, jakie przedtem trwałyby wieki całe. Narodziła się autentyczna zbiorowość i społeczność.  W tej społeczności znaleźli miejsce (lub sobie sami je wywalczyli) wszyscy, których seksualność była inna od tej typowej, heteroseksualnej. Naturalnie gejowie i lesbijki. Zaraz potem biseksualiści.  Ci, co lubili wolne związki i ci, którzy chcieli trwałych. Nagle otworzył się cały, najbardziej skryty i najbardziej cierpiący niezrozumienie i wrogość świat osób transpłciowych.  Okazało się, że jest nas miliony. I że nie, nie mamy najmniejszego zamiaru zadawalać się skrawkami z ‘pańskiego stołu’. Ten stół też jest naszym stołem. Myśmy go też wspólnie zbijali i malowali, my płacimy też za każde danie na nim serwowane i żadnym odpadkiem się nie zadowolimy. Chcemy mieć i swoje przy nim krzesło i swoje nakrycie. Ani mniejsze ani większe. Jeżeli wymaga to maszerowania-protestu w Polsce – to nie ma najmniejszej wątpliwości, że dzisiejsze pokolenie LGBTQ2 będzie maszerować i protestować. Do skutku. Choćby się arcybiskupi Jędraszewscy zapluwali z wściekłości na ambonach.  I mimo różnicy poglądów politycznych i ideologicznych między nami – będziemy wspierać i głosować na te partie, które nam te prawa należne wszystkim obiecają zwrócić.  Bo przy stanowieniu tych praw w czasach dawniejszych społeczeństwo ogólne nam te prawa skradło. I żądamy zwrotu zawłaszczonego mienia politycznego. Ni mniej ni więcej.  To jest ta idea, która osoby LGBTQ2 łączy – idea wolności obywatelskiej. Bycia obywatelem a nie obywatelkiem.  Nie mamy najmniejszego zamiaru przepraszać kogokolwiek za to, że jesteśmy.

Kiedy szedłem w tym roku po raz pierwszy w tym mieście z Paradą Godności w Halifaksie, przechodząc obok niezliczonych, radosnych tłumów oblegających chodniki tego miasta na trasie parady, uderzyła mnie realizacja, że przecież te tłumy to w większości ludzie heteroseksualni. Rodzice z dziećmi w wózkach, trzymanymi za ręce lub na rękach, spotkałem bacie z wnuczkami, starsze pary emerytów. W paradzie widziałem duchownych i parafian większości wyznań chrześcijańskich.  I zrozumiałem, że to nie jest już marsz-protest. To autentycznie parada godności. Wszystkich. Bez względu na orientacje seksualną czy płeć kulturową.  To najpiękniejsze święto, majówka prawdziwa, całego społeczeństwa. Równego w prawach, obowiązkach i przywilejach. Że gdzieś się pojawi grupka chłopaków z pół-gołymi pupami i podkoszulkami z czarnej koronki? No to co? Komu to w sumie przeszkadza, że młodość się chce wyszumieć, krzyknąć: świat należy do mnie! Jakaż szkoda, że ten chłopak z Centralnego nie mógł w takiej paradzie być, nawet w skórzanych obcisłych slipach i z pejczem w ręku.  Ileż by to było lepsze, weselsze i zdrowsze niż pikiety przy toalecie dworcowej. Nawet jeśli żyje gdzieś, to tego już mu nikt nie zwróci i nie odda. Tego momentu radosnej, nieokiełznanej młodości, gdy świat należy do nas.

A artykuły oburzone ‘nieobyczajowością’ Marszów, straszące jakaś wymyśloną i do głębi fałszywą ‘ideologią LGBT’, przestrzegające przed ‘szkolnymi programami LGBTQ’  są ostatnimi dzwonami konającego świata złej a nie dobrej tradycji. Nie całej tradycji ale jej części. Tej chorobliwej, zastraszonej. Nie zupełnie wolnej. Zawsze zagrożonej ‘innym’, z zewnątrz, obcym, nieznanym.  Ten film już się skończył, ta książka była już przeczytana. Wzruszamy się czytając Reja i Kochanowskiego, balladami Mickiewicza, wierszykami popularnych poetów XIX i początków XX wieku, z łezką słuchamy piosenek Fogga, Smosarskiej i Ordonki. Ale gdyby ktoś spróbował tak komponować, aranżować i tą manierą śpiewać dziś, to by nawet na poziomie powiatowym kariery nie zrobił. Ani używać w wierszach poetyki Or Ota. I ten tramwaj odjechał. I całe szczęście. Był użyteczny w czasach tramwajów konnych. Dziś niemożliwy w komunikacji miejskiej. Chyba, że w skansenie. A czy naprawdę chcemy by Polska była skansenem tylko? Wiecznym, niekończącym się jarmarkiem łowickim?

To od strony polemiki tekstu, który staram się zrozumieć, wytłumaczyć  jakąś genezą, bazą błędną bez wątpliwości ale nie skażoną ideą zła, namawianiem do zbrodni.  Nie łatwo czasem stare przyzwyczajenia, stare tradycje czy nawyki zmienić. To nie jest proces łatwy i go rozumiem. Świat dziś pędzi niesamowicie. Trudno nadążyć. Ale trzeba się starać.  Czasami – choć jest to przykre – po prostu się pogodzić z tym nowym czasem. Dla mamy mojej piękniejsza strofa od mickiewiczowskiej istnieć nie mogła ani poetyka czystsza, doskonalsza. Dla jej teściowej, mojej babci, nie istniała muzyka czystsza niż szopenowska. Muzykę dzieliła na niedoskonałą przed Fryderykiem i staczająca się w dół po Fryderyku. Ale babcia urodziła się w wieku , w którym Chopin żył. Więc była dzieckiem tego wieku. Tak, jak ja jestem dzieckiem XX. I olbrzymia większość moich przyjaciół i znajomych. Na szczęście zawsze pasjonowało mnie inne, nieznane, obce, spoza i zza. I poznawanie tego było najwspanialszym uniwersytetem mojego życia. Szczerze takie studia polecam. Nie trzeba egzaminów wstępnych ani czesnego płacić.  Największą z nauk tego ‘uniwersytetu’ była realizacja, że jest kompletnym fałszem teza, że darowanie komukolwiek godności musi ograniczyć godność moją; że przyznanie pełnej wolności innemu automatycznie zmniejsza moją, bo zakres wolności jest wszak ograniczony. Nie. Wolność jest pojęciem nieograniczonym. Im więcej jej dla wszystkich, tym większe obszary dla każdego indywidualnie.

Tyle na temat tekstu z informacji polonijnych mojej znajomej z Vancouveru.

Ale jest temat dużo ważniejszy, autentycznie niebezpieczny i bez najmniejszych wątpliwości amoralny, zły do samych głębi zła permanentnego. To nie wymyślona, nie skonstruowana przez jakichś ‘magów LGBTQ’ czy inżynierów dusz ale autentyczna kampania nienawiści sponsorowana przez hierarchię dzisiejszego Kościoła Katolickiego w Polsce i najwyższych władz politycznych kraju. Nienawiści wobec społeczności LGBTQ2.

Można zrozumieć, że z jakichś błędnych i mylnych rozumień teologicznych część duchowieństwa potępia lub nie chce się zgodzić z zaistnieniem w rzeczywistości polskiej społeczności LGBTQ2. Że w swej niewiedzy lub wiedzy błędnie rozumianej uznaje to za dewiację. Że może w związku z tym odmawiać sakramentów dla takich osób, ganić ich zachowanie lub odmawiać udzielania ślubów kościelnych. Uważam to za błąd. I jest wielu myślicieli chrześcijańskich i teologów nawet katolickich, którzy polemizują z takim stanowiskiem Kościoła polskiego. Ale to są wewnętrzne problemy tej Instytucji religijnej i nie mam tu zamiaru wchodzić zbyt głęboko w tego typu dyskusję. To sprawa wewnętrzna i prywatna wyboru i wiary osób LGBTQ2, czy chcą do takiego Kościoła należeć. Ale gdy Kościół, jakakolwiek religia, chce siłowo narzucić swoje prawa dla wszystkich obywateli – to już inna sprawa. Nawet w kraju, gdzie taka religia jest w większości.  Wówczas pewne zazębianie się spraw religijnych i politycznych jest czasem nie do uniknięcia. Tyle, że Kościół musi wówczas stosować się do prymatu prawa państwowego jeśli występuje politycznie. I szanować wolności obywateli, którzy nie są poddanymi a wolnymi obywatelami.  Jeżeli ktoś wykorzystuje swoją bardzo wysoką funkcję w Kościele i dopuszcza się siania nienawiści – ten stanąć musi pod pręgierzem odpowiedzialności jeśli nie karnej, to bez wątpienia moralnej.  Jeżeli ktoś rzuci w kogoś kamieniem i tą osobę zrani lub zabije – to drugą ręką która ten kamień cisnęła będzie ręka tego dostojnika kościelnego. Jeżeli ktoś gdzieś do kogoś na ulicy strzeli z tego powodu – to jest właściwym oskarżenie tego dostojnika o załadowanie naboju do tego pistoletu.

Jeśli w takiej kampanii biorą udział politycy u steru władzy – to jest zbrodnia i zdrada interesu narodowego. To sprzeniewierzenie się przysiędze i obietnicy szczerzenia i obrony obywateli przed samosądem, przed gwałtem.

W Białymstoku ani w Szczecinie, ni w Warszawie nie było jakiejkolwiek zgrai rozwydrzonych  gejów, lesbijek i osób trzeciej płci, którzy sterroryzowali i napadli na wystraszone zgromadzenie rozmodlonych parafian obrzucając ich kamieniami, przekleństwami i okładając pięściami i kopniakami. Ani na bogu ducha winnych przechodniów. To bandy szowinistycznych chuliganów, wspomagane jakimiś oszołomami babć z różańcami i zaciśniętymi pięściami napadły na osoby LGBTQ2. To nie propaganda – to fakty z licznych zdjęć, filmów, zeznań uczestników i przypadkowych przechodniów, gapiów. Że takie męty społeczne są nie tylko w  Polsce – wiemy. Ale w Polsce dano im przyzwolenie, zachętę wręcz do takich napaści. Mówiąc jasno i prosto: władze polityczne i kościelne poszczuły na osoby LGBTQ2 stada dzikich psów.

LG, LGB, LGBT, LGBTQ, LBTQ2+ …

by Bogumil Pacak-Gamalski

Nie, to nie jest zapis z taśmy szyfru przesłanego aparatem Morse’a.  Nie jest to też jakiś opis chemicznych związków lub syntezy. Ani alfabetycznie zapisane nazwy słońc odległych galaktyk.

Plac Zbawiciela, Warszawa

To po prostu kolejne formy powstawania, budzenia się pewnej społeczności. Jej wychodzenia z cienia. Z cienia w naszej, okcydentalnej cywilizacji chrześcijańskiej (terminu ‘okcydentalizm’ używam tu świadomie w zapożyczeniu z leksykonu zachodnioeuropejskiego, gdzie ma znaczenie duże szersze i bliższe historycznej prawdy, niż używane w piśmiennictwie polskim, gdzie zepchnięto je w wąskie tory artystycznych i kulturowych prądów sztuki).

Nie całego (powiedzmy 4-5 tysiącletniego) kształtowania się cywilizacji zachodniej, ale ostatnich trzynastu, może siedemnastu setek lat. Otóż są to po prostu zwykłe skrótowce określające osoby o innej niż większościowa orientacji seksualnej i innej niż większościowa płci biologicznej i płci kulturowej (gender, po polsku czasem zapisywane, jako dżender).

Człowiek, wbrew bardzo obiegowej i kompletnie ignoranckiej opinii, nie zawsze i nie wszędzie rodzi się taki sam, identyczny. Tylko w dwóch odmianach: kobieta lub mężczyzna z identyczną (w tym wypadku przeciwną) orientacją seksualną. Gdyby tak było i gdyby istniało takie prawo natury (lub boskie) wszyscy by byli białoskórzy. Z ewentualnymi wyjątkiem dla wzrostu i kolorów włosów i oczu. Lub tylko czarni (to by było najlogiczniejsze, skoro nasi Adamowie i Ewy urodzili się w Afryce) – albo nas, Polaków, by nie było …. albo (o zgrozo!) bylibyśmy wszyscy czarni i raczej bez szansy na inny kolor lub rodzaj włosów bez pomocy silnych barwników. Ewentualnie druga opcja, najbardziej prawdopodobna, bo najliczniejsza, wśród naszego gatunku –  wszyscy żółci. Pisząc to i widząc  te słowa na papierze (monitorze, LOL), widzę sam tych słów pełny absurd – ani my nie mamy białego koloru skóry ani Azjaci nie maja żółtego i w ogóle nie mieści się w tym skrócie myślowym olbrzymia gama odcieni i barw skór milionów ludzi na świecie! Ale – dla łatwości –  zostańmy przy tych śmieszno-dziecinnych banalnych ,skrótach rasowych’. Więc już wiemy bez najmniejszej wątpliwości, że wszyscy tacy sami się nie rodzimy, jeśli chodzi o nasz wygląd. Czy wszyscy (w tych różnych kolorach) rodzimy się, jako tylko i wyłącznie kobieta lub mężczyzna (płeć biologiczna)? Najczęściej. Ale dużo mniej często niż laikom się wydaje. Popytajcie proszę położników o szczegóły. Czasem rodzi się … hermafrodyta? Maleńki człowiek niezdecydowany czy jest kobietą czy mężczyzną. Po trochu tym i tym. Czasem jedna część płci biologicznej (na ogół chodzi o zewnętrzne ‘intymności’ lub ‘klejnoty rodzinne’) jest bardziej ukształtowana od drugiej. W tym wypadku, przez długie dziesiątki lat współczesności, lekarze bardzo często sami decydowali co tu skrócić a co (o ile możliwe) uwypuklić.  W ich poczuciu uczciwości wszystko dla ułatwienia życia rodzicom i samemu dziecku. Dziś wiemy, że rodzicom może i tak, pomagało to – dziecku niekoniecznie. Zwłaszcza gdy dorastało i coś tam nie pracowało tak, jak u rówieśników. W dodatku jeszcze te mniej widoczne sprawy biologiczne – hormony. Też w takich sytuacjach dość pogmatwane i nie zawsze zgodne z tym ‘wyrokiem natury’ lekarzy.  Myślę, że nieszczęściami i łzami ofiar takich ‘dobroczynnych’ eksperymentów medycznych można by nowy ocean na Ziemi wypełnić… . Więc nawet płci biologicznej w żaden sposób nie można określić, jako wyboru miedzy a lub b. Można powiedzieć: w większości wypadków. Ale nigdy – zawsze i tylko. Bo to jest kłamstwo. Czyli szerzenie nieprawdy. A nikt z nas, z wolnego wyboru i bez przymusu, wszak kłamcą nie chce być. W tej kategorii najczęściej zawiera się ta literka „T” w LGBTQ. Transpłciowość, transgenderyzm. Osoba o więcej niż jednej płci.  Lub płci, która łączy w sobie elementy obu płci biologicznych, czyli jest płcią trzecią.

A teraz ta nieszczęsna płeć kulturowa, ten jakże przez pewne środowiska znienawidzony genderyzm. Jakże łatwiej i prościej by było o tym pisać, gdyby uczono tych podstawowych, elementarnych norm w pierwszych klasach biologii i nauki o człowieku! Ale nie uczono. Wielu do dziś walczy uparcie, by dalej nie uczyć. Tak, jak w Anglii, po wynalezieniu maszyny parowej, wielu ludzi paliło i niszczyło te maszyny i fabryczki je produkujące. Wierząc, że tym sposobem czas nie tylko zatrzymają ale wręcz cofną. Nie cofnęli. Maszyna parowa rozjechała ich na torach kolejowych. Jak z każdą nauką i techniką.  Nie uczono nas, bo wielokroć te nauki były jeszcze w powijakach, niezrozumiałe w pełni dla ich odkrywców i badaczy, a cóż dopiero dla przeciętnego człowieka. Spytajcie Kopernika i Galilea, jak to z teoriami i odkryciami nowymi bywa… . A mimo to – e pur si muovo (‘a jednak się kręci’).

Otóż, jak wiemy mimo wszystko od zarania dziejów (tu kłamać i udawać nie ma sensu), większość zachowań, przyzwyczajeń i sposobu bycia wynosimy z dzieciństwa i wczesnej młodości, obserwując najbliższe otoczenie rodzinne i socjalne. Jasiu nie rodzi się z umiejętnością rąbania drzewa siekierą. Jeśli mu ktoś tego nie pokaże – namęczy się strasznie zanim drzewo zetnie i możliwe, że to drzewo upadając złamie mu kark. Lub sobie odetnie niechcący ramię lub nogę. Ani używać karabinu lub szabli nie umie naturalnie.  Choć dziecko może mieć zdolności ‘wrodzone’ ku takiemu a nie innemu fachowi. Dziecko – nie chłopieć jako taki. Spytajcie Joanę d’Arc, Emilię Plater lub panią … generała Kazimierza Pułaskiego (tak, tak, ta nieszczęsna nauka znowu udowodniła bez cienia wątpliwości, że ten bohater narodowy Polski i Ameryki był – biologicznie rzecz rozumiejąc – … bohaterką z urodzenia).

Natomiast dziecko systematycznie tresowane i nauczane, co powinno się a co nie robić w zgodzie ze swoją płcią biologiczną – sprawia, że takich cech nabędzie. Lub będzie się starać je eksponować, nawet jeśli wbrew swojej naturze. Dlatego, chłopak 7-mio letni już wie, że nie powinien i nie wypada by pocałował lub przytulił swego najukochańszego przyjaciela (mimo, że robił to jeszcze bez oburzenia i zakazów środowiska ledwie 2-3 lata wcześniej). I że będzie mężczyzną a mężczyzna musi całować tylko kobiety i tylko kobiety przytulać. Tak już jest i koniec. Choć o seksualności tu jeszcze nie ma mowy w sensie pociągu lub jakiegoś seksualnego aktu. I wcale to nie zdecyduje o przyszłej orientacji seksualnej takiego chłopca. Tak się kształtuje płeć genderowa, kulturalna. Poprzez obserwowanie i naśladowanie otoczenia. Wszyscy to robimy od tysiącleci. Nie zawsze z takim naciskiem na sprawy seksualne, jak wręcz obłędnie w ostatnim stuleciu.  Z jakiś nieznanych ale naturalnie występujących u wielu osób przyczyn, wykształcają się u nas niewidoczne (lub mało widoczne, bo znamy wszak wszyscy chyba kogoś, kto będąc biologicznie mężczyzną miał kształty delikatne, wiotkie, wręcz kobiece – poza organami seksualnymi, naturalnie) silne aspekty ‘feminizmu’, ‘kobiecości’ (u chłopców) lub ‘maskulinizmu’, ‘męskości’ u dziewczynek. I to się wtedy kłóci z narzuconą przez środowisko płcią kulturową. Większość się poddaje presji, choć często prowadzi to do nieszczęśliwego życia. Inni walczą. Lub chronią się w zawodach bardziej ich płci genderowej niż biologicznej odpowiadających.

Teraz te zasadnicze: L i G. Zasadnicze, bo najczęściej (w tych mniejszościowych przypadkach oczywiście) występujące. Lesbian i Gay. Tu nie ma żadnych niespodzianek ani ‘pomyłek’ natury czy lekarzy. Od zarania dziejów homoseksualizm istnieje obok heteroseksualizmu. Wśród ludzi i zwierząt. Ba, nawet wśród roślin! W tym wypadku nie chęć szczera a natura zrobiła z chłopa oficyjera! I autentycznie nie wiemy dlaczego i w jakim celu (jest wiele teorii w jakim celu ale żadna nie jest w stanie tego wyjaśnić do końca i bez wątpliwości).  Nie, nie dla rozrodczości. Gej jest identycznie płodny, jak osobnik straight. I nie ma problemu w zapłodnieniu kobiety.  Niekoniecznie w akcie pasji i uniesienia erotycznego – ale bez problemu. Robili to przez ostatnie, nie wiem, 20, 50 tysięcy lat? Wiemy, że bohaterowie pierwszego  poematu sumeryjskiego „Gilgamesz’ byli kochankami. Wiemy, że bogowie sumeryjscy mieli romanse jednopłciowe, to samo hinduscy, o greckich nie wspomnę (ha ha ha), egipscy.  Itd., itd. We wczesnym chrześcijaństwie są znani święci męczennicy, tworzący nierozłączne, zakochane w sobie pary, jeszcze do prawie połowy wieków średnich w zakonach odbywały się sakralne ‘śluby ‘ par braci zakonnych. Z czasów nowożytnych znamy i wiemy o tych najbardziej znanych. Są ich setki, których znają badacze kronik i pism. Oczywiście, te steki to tylko osoby znane i ważne stanowiskiem, pochodzeniem, zamożnością, wyjątkowym talentem,  geniuszem. O innych – historia zawsze milczy. Ba, mieliśmy w Polsce dwóch monarchów najprzypuszczalniej lubiących bardziej paniczów dworskich niż dziewki dworskie: Władysława Jagiellończyka zwanego Warneńczykiem i Henryka Walezego ze starożytnego francuskiego rodu królewskiego (Walezy zwiał z Polski nie dlatego, że chłopcy polscy byli gorsi od francuskich tylko, że czekała na niego w Paryżu dużo bardziej atrakcyjna korona Francji). Czy bratanek króla Warneńczyka, św. Kazimierz Jagiellończyk też mógł być (delikatny w obejściu, dobry, opiekuńczy i – mimo, że w roku śmierci miał dobrze powyżej dwudziestki i był następcą tronu – kawaler…) homoseksualny? Mógł. Ale nie musiał. To tylko wyliczanka dla pół żartu, o niczym nie świadcząca. Poza jednym – że w każdym państwie, narodzie, plemieniu, mieście, wiosce, rodzinie – homoseksualiści byli i są. I o ile nas nie zaczną produkować maszyny eugeniczne – będą.  Piszę ‘homoseksualiści’ ale naturalnie mam na myśli też lesbijki, homoseksualistki. Jako, że od czasów upadku systemu matriarchalnego (a więc zamierzchłe czasy, pokryte całunem niepamięci) o kobietach pisano bardzo mało – ich intymne historie znane są jeszcze mniej. No, chyba że przywołamy okres wybitnie homoseksualizmowi przychylny – Grecję helleńską i niejaką Safonę z Lesbos … . W ogóle starożytność i antyk były zaskakująco pobłażliwe, a wręcz przychylne orientacji homoseksualnej. Tak długo, jak mężczyzna (zwłaszcza mężczyzna z rodem i funkcją wysoką)  postarał się o małżeństwo heteroseksualne w celu produkcji następcy – co robił w łóżku i z kim specjalnie nikogo nie interesowało. Ostatecznie małżeństwo  nie było instytucją związku emocjonalnego, intymnego, romantycznego – a instytucją społeczną o charakterze umowy korporacyjno-biznesowej. Tak jest do dziś często wśród milionów mieszkańców naszej planety. Ale zwiększająca się wolność jednostki, obywatela, człowieka z czasem doprowadziły do współczesnego trendu zawierania małżeństw romantycznych, opartych na wzajemnej miłości.  Ten współczesny ‘wynalazek’ ludzkości zdaje się służyć nam wszystkim lepiej. I należy go chwalić.

A więc – po krótce – opisaliśmy litery środkową (T) i pierwsze (LG) skrótowca. Teraz te powstałe w ostatnich latach i ciągle się zmieniające litery i znaki końcowe: Q, 2, +. Summa summarum są one pewną pochodną tego ‘T’. Bo T wynika z odrzucenia kompletności i wyłączności płci biologicznej, jako zawsze jasno ukształtowanej, danej nam w początkowych fazach rozwoju płodu i niezmiennej. T jest pierwszą literą słowa ‘trans’, czyli sugeruje płynność, zmienność, ruch. Transpłciowy. Transgenderyzm. (Proszę zwrócić uwagę, że owe T nie ma nic wspólnego z określeniem ‘transwestyta’. Transwestyta w tym skrótowcu nie występuje, bo nie jest określeniem ani płciowości biologicznej ani kulturowej. To po prostu specyficzny przebieraniec robiący to jako:  żart; protest; lub w celach erotycznych; zarobkowych /dawniej prostytucja męska/; lub estradowiec – drag queen lub drag king.)

W przeciwieństwie do tradycyjnego LG, które nic ze zmiennością płci wspólnego nie ma. Przeciwnie: jeżeli chłopak czuje się kobietą, to nie może być gejem. Ani dziewczyna uważająca się psychicznie mężczyzną nie może być lesbijką! Homoseksualista/tka ma pociąg romantyczno-erotyczny do osób tej samej płci, nie przeciwnej!

Otóż, w wielkim skrócie: ‘Q’ (inny , dziwny), ‘ 2’ (dwa/dwie) i ‘+’ to cała gama poza-fizyczna,  emocjonalna, kulturowa, czyli płeć autentycznie genderowa, z wyboru podyktowanego psychologicznym a nie fizjologicznym stanem. Choć, bez wątpienia’ są tu też i źródła biologiczne oparte na genetyce, endokrynologii. Wiedząc tak dużo, wiemy jednocześnie ciągle bardzo mało. Jaką mamy płeć okazuje się nie decyduje jedynie to, co mamy miedzy nogami. I to zjawisko zdaje się być nawet częstsze niż autentyczny homoseksualizm. Ale przez fakt do dziś prawie niezmienny kolosalnego nacisku i wpływu środowiskowo-rodzinnego – bywa najczęściej bezwzględnie tłumiony i wyciszany w jednostkach, które to odczuwają. Dopiero ostatnie badania psychologiczne, socjologiczne, antropologiczne i medyczne dają szanse tym jednostkom rozwoju siebie w kierunku …  bycia sobą. Proszę sobie wyobrazić jakąż olbrzymią ulgą, zrzuceniem jakiegoż straszliwego, przygniatającego ciężaru musi być realizacja, że ‘mogę być sobą’! To eureka niemożliwa do zrozumienia dla większości z nas.  Więc te literki oznaczają po prostu tych, którzy nie mieszczą się w tradycyjnym rozumieniu osobowości.  Niektórzy marzą o przeistoczeniu się fizycznym w drugą płeć fizyczną, biologiczną. Za pomocą leczenia hormonalnego, endokrynologicznego, po ostateczne zmiany chirurgiczne w usunięciu/wytworzeniu innych organów płciowych. Nie wszyscy. Niektórym oznaki fizyczne płciowości przeciwne od płci psychicznej nie przeszkadzają. Na takie osoby świetne określenie (i piękne jednocześnie) mają od wieków stare ludy autochtońskie, tubylcze, jak np. tubylcze szczepy Północnej i Środkowej Ameryki:  osoba o dwóch duszach – two-spirited person. W naszej, okcydentalnej kulturze było to niemożliwe i kategorycznie tępione. Nie wiadomo, może starożytni Słowianie, Gallowie, Celtowie, Germanie mieli takie słownictwo. Ale tępa (choć z dość ostrymi narzędziami przemocy) indoktrynacja religijnej ortodoksji  wyrwała je z korzeniami z naszej pamięci historycznej.

Co powyżej, mimo że na zwykły esej żurnalowy zbyt nawet długie, daje lekki zarys o kim mówimy używając te skrótowce LGBTQ2+ w pełnej lub jednej ze skróconych wersji. Nie jest to jakikolwiek wykład encyklopedyczny czy naukowy. Ot, temat mi znany blisko bardzo (i bliski sam w sobie) od … hmm, zawsze chyba. Czyli dość długo. Badań sam żadnych w tym temacie nie przeprowadzałem ani procesów doktorskich. Alem był i jestem dość zaawansowanym studentem tychże badań i ‘procesów’.  Jak i procesów zmian socjalnych i politycznych zachodzących w naszym – okcydentalnym i orientalnym – świecie. To ostatnie też w charakterze żywego ich świadka i uczestnika.  I napawa mnie to nadzieją, że ludzkość, wielokroć wbrew złym nawykom i doświadczeniom, ma szanse na bycie lepszą, ma nadzieje dobrej przyszłości i ‘ruszenia z posad bryły świata’. A patrząc dziś z uśmiechem na małe dzieci ośmielam się niepewnie wierzyć, że ich dzieciństwo, a zwłaszcza ta bardzo pierwsza i najwcześniejsza młodość mają szanse być tyleż szczęśliwsze i radośniejsze od dzieci i nastolatków mojego pokolenia  i długich cieni pokoleń wcześniejszych. Zwłaszcza tych określanych dziś ogólna nazwą LGBTQ2+. Innych. A przecież takich samych.

post scriptumtekst ten jest wstępem do artykułu innego (który się wkrótce ukaże) będącego reakcją i odpowiedzią poniekąd na ostatnie wydarzenia w Kraju związane ze społecznością LGBTQ i niespotykanym a opartym na absolutnych fałszach atakiem na tą społeczność ze środowisk skrajnej prawicy politycznej (w tym przedstawicieli samego rządu i władz RP) oraz zatrważającej wręcz napaści hierarchii kościelnej w Polsce i części kleru na ta społeczność. Ten ostry atak i towarzyszące jemu sprytne manewrowanie propagandą ultra prawicowych mediów ( na czele z rządowym TVP i „Gazetą Polską”) były w stanie zawładnąć wyobraźnią wielu osób. W tym osób mi bliskich. Tak przez powinowactwo, jak i z kręgów towarzyskich. Byłem tym szczerze wstrząśnięty. Mimo, że olbrzymia większość moich bliskich i przyjaciół jak i dalszych znajomych kardynalnie potępiła te ataki anty-LGBTQ2 – pozostało uczucie żalu trochę ale i chęci próby wyjaśnienia pewnych określeń, pojęć i znaczeń (np. określenie ‘ideologia LGBTQ2” lub czym są Marsze/parady Równości/Dumy). Stąd ten tekst powyżej, który do tego tematu może czytelnika przygotować.

Lekcja z etyki w Carnegie Hall

Bogumił Pacak-Gamalski – wprowadzenie

oraz Jack Gibbons

Midtown Manhattan, NYC (fot. Ajay Suresh, NY, USA)

Znacie Państwo stare porzekadło: z kim przestajesz, takim się stajesz? Ot, ludowa mądrość, która – jak wiele tego typu mądrości – zawiera cenną przestrogę ale bywa też często używana nadmiernie, banalnie. Tekst poniżej (moje tłumaczenie za zgodą autora, wybitnego brytyjskiego  pianisty i kompozytora) zaczyna się od  przypomnienia popularnej anegdotki o Carnegie Hall, najbardziej renomowanej Sali Koncertowej Nowego Jorku, jednej z czołowych scen muzycznych świata.  Może dwa słowa wyjaśnienia dla czytelnika polskiego, być może nie znającego tej anegdoty. Zwłaszcza, że ma małe akcenty polskie: domniemani autorzy tego żartu to muzycy światowi z Polską związani: wielki pianista polsko-amerykański żydowskiego pochodzenia Artur Rubinstein oraz określany często, jako największy po Paganinim skrzypek, urodzony w Wilnie Jasha Heifetz.  Najbardziej znana wersja tego żartu sugeruje, że jakiś młody człowiek szukał kiedyś wejścia do Carnegie Hall i spytał przechodnia: czy wie pan jak się dostać do Carnegie Hall? Przechodzień, którym miał być ów wielki skrzypek Heifetz, właśnie wracający z własnego koncertu w Carnegie, spojrzał na pytającego młodzieńca i bez namysłu odpowiedział – ćwiczyć, ćwiczyć i ćwiczyć.

Ta zabawna nieco historyjka wyjaśnia i początek tekstu Gibbonsa i jego zakończenie. Ćwiczyć i pracować nad sobą trzeba. Ale nie tylko w technice swojego zawodu, powołania. Również nad własną ‘techniką’ etyczną, moralną.

Jack Gibbons, jest znanym światowym pianistą, jednym z najwybitniejszych interpretatorów  muzyki Georga Gershwina.  Sam w Carnegie Hall koncertował wielokrotnie. W jego własnym repertuarze poczesne miejsce zajmuje też muzyka Fryderyka Chopina.  Jak wielu wybitnych muzyków, Gibbons dba nie tylko o walory wirtuozowskie swego talentu, ale studiuje historię muzyki, biografie wielkich kompozytorów, wykonawców. Słowem jest po trochu muzykologiem, po trochu historykiem muzyki i przekazuje to czytelnikom i fanom w formie ciekawych tekstów.

Sam pamiętam wzruszenie, jakie mnie opanowało, gdy chodziłem po korytarzach Carnegie Hall w czasie moje wizyty w Nowym Jorku.  Wizyta była krótka i bardziej skupiona na doznaniach teatralnych i spotkaniach z serdecznym znajomym, polskim aktorem i inicjatorem życia teatralnego w Nowym Jorku, Omarem Sangare oraz jego wielkim osiągnięciem – Festiwalem United Solo z siedzibą w Nowym Jorku. Ale wizyta w murach tej zacnej placówki sprawiła mi wielką przyjemność. Pomny osiągnięć wielkich muzyków polskich lub z Polską związanych silnie. Łechtała też świadomość, że z niektórymi z nich łączy mnie też miła nić dobrej znajomości.  Świadomość, że grywał tam i Jan Lisiecki, wybitny młody polsko-kanadyjski pianista; Krzysztof Kaczka, jeden z najciekawszych flecistów polskich – muzycy, których znam i cenię ich wkład w polską i światową kulturę muzyczną.

Czy są to artyści, z którymi łączy mnie znajomość, czy też całe pokolenia innych, wybitnych wykonawców muzyki i jej współtwórców z Polską związanych – zawsze, gdy myślę o ich sukcesach w Carnegie oblewa mnie ciepłe wzruszenie i nie zasłużona nieco (wszak ja tam, na szczęście dla Carnegie Hall, nigdy nie grałem i grać nie będę ani muzykiem nie jestem) duma.  Ileż więcej dla Polski i jej kultury robią niż całe tłumy polityków! I mają cząstkę w utrwalaniu kultury ogólnoludzkiej, światowej.  Bo to nasza wspólna spuścizna. Wszystkich nas. Nie tylko Polaków czy Amerykanów, Francuzów czy Chińczyków. Nade wszystko jesteśmy ludźmi najpierw. Etniczności i narodowości to już tylko rzecz wtórna.

Wybitnych twórców, artystów nigdy nie można używać by dzielić lub poniżać innych. Nigdy zgody na to być nie może.  Ich geniusz należy do wszystkich.  Czyż tak trudno wyobrazić sobie np. sytuację, w której młody Fryderyk Chopin przeniesiony magią jakiejś maszyny czasowej znajduje się nagle w Warszawie w 2019 roku i idzie (co byłoby bardzo prawdopodobne, choć wiem, że to hiperbola tylko dla przykładu tu wstawiona) w Marszu Równości pod tęczowym sztandarem? Następnego dnia czyta, powiedzmy w arcy-szowinistycznej „Gazecie Polskiej”, że nie jest żadnym wielkim kompozytorem a ‘szmatą pedalską’, która jest niegodna polskiej sceny narodowej? Jak by opisali Karola Szymanowskiego, ojca współczesnej polskiej muzyki klasycznej? Czy to takie nierealne? Gdyby maszyna czasowa istniała – realne bardzo.  Fakt, że maszyny takiej nie ma a ‘umarli milczą’ – pozwala ludziom i ideom podłym wykorzystywać wielkie nazwiska i geniusze odeszłe dla swoich niecnych celów. Podszywać się pod te talenty, by móc zabłysnąć w ich blasku i chwale.

Taką próbę etycznego szalbierstwa podjęła w tym roku „Gazeta Polska” i jej Kluby w USA. Wykorzystując najbardziej znane w świecie geniusze muzyczne Polski i Ameryki: Fryderyka Chopina i Georga Gershwina oraz nadarzającą się okazję rocznicy 100-lecia nawiązania stosunków dyplomatycznych między Polską a Stanami Zjednoczonymi.  Gala miała odbyć się właśnie w tej zacnej Carnegie Hall z udziałem wybitnych muzyków artystów sceny muzycznej z Wielkiej Brytanii (Jack Gibbons), Kanady (jeden z czołowych pianistów kanadyjskich, Charles Richard-Hamelin), amerykańskich (znana sopranistka amerykańska, Angel Blue) i polskich (soliści Baletu Narodowego z Warszawy).

W tym samym czasie, gdy trwały przygotowywania do tej ‘Gali’, „Gazeta Polska” w kraju zainicjowała ohydną, wulgarną nagonkę nienawiści skierowanej na polską społeczność LGBTQ2 pod hasłem ‘strefa wolna od LGBT”. Ledwie dni kilka po skandalicznej akcji środowisk katolicko-nazistowskich, wspieranych przez miejscowych biskupów diecezjalnych, w Białymstoku. Akcji, która odbiła się głębokim echem w mediach światowych przynosząc ujmę imieniu Polski i godności Polaków. Akcja ta, powstrzymana chwilowo wyrokiem niezależnego sędziego polskiego (którzy są też w polu obstrzału rządu RP i wspieranych przez ten rząd środowisk szowinistycznych) skutkiem oskarżenia wniesionego przez młodego i zdolnego działacza, dziennikarza, osobę LGBTQ, Barta Staszewskiego – daje carte blanche każdemu choremu lub zaślepionemu nienawiścią osobnikowi do fizycznego ataku lub wręcz mordu. Nie nawołuje bezpośrednio do rękoczynów – ale daje ich usprawiedliwienie i niewypowiedziane ale jasno czytelne przyzwolenie do aktów kryminalnych.

I ta „Gazeta”, te jej Kluby chcą użyć nieświadomych ich działalności artystów do celebrowania rocznicy godnej, mimo to z planami „Gazety” wobec Polski nic nie mającej wspólnego.  Jedne słowo się ciśnie na usta: perfidia nie ograniczona jakimkolwiek hamulcem etycznym.

Więc wobec pianisty i kompozytora, twórcy kultury, Jacka Gibbonsa ode mnie niski pokłon szacunku i całkowite chapeau bas! Utwierdził Pan moją wiarę i przekonanie, że prawdziwy artysta, prawdziwy twórca nie żyje jedynie w mydlanej bańce swej sławy.  Człowiek kultury nie może zapomnieć, że wobec kultury ma zobowiązania. Talent to nie tylko maszynka do robienia pieniędzy. Talent to też poważny obowiązek.

Jak się dostać do Carnegie Hall?

Jack Gibbons

Jack Gibbons

‘Ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć’, oto odpowiedź z tego znanego, starego żartu. W świetle własnego, niedawnego doświadczenia, ten żart wymaga małej zmiany.

Kiedy wiele lat temu grałem po raz pierwszy w Carnegie Hall, pokazano mi list od Gershwina, w którym dziękował Carnegie Hall za ich pomoc. Carnegie była świadkiem premiery Amerykanina w Paryżu w 1928 a w 1935 była salą wybraną dla prywatnej próby orkiestralnej jego opery Porgy i  Bess. /… autor dalej wspomina  list brata kompozytora, Ery Gershwina i sopranistki Anny Brown opisujący ich wzruszenia z tej  ‘prapremiery’/

Kilka miesięcy temu czułem się bardzo uhonorowany, kiedy zwrócono się do mnie z prośbą aby grać ponownie w Carnegie Hall tej jesieni w gali muzycznej, którą miały być  obchody 100-lecia stosunków dyplomatycznych miedzy Polską i Ameryką (z udziałem licznych zaproszonych gości z ambasad, konsulatów, ONZ, itp.). Zaproponowano mi prezentację muzyki dwóch kompozytorów, którzy są bardzo ważną częścią mojego repertuaru: Chopina i Gershwina, zamykając koncert fragmentami z Porgy i Bess tego ostatniego. Oprócz tego miałem pracować z sopranistką Angel Blue we fragmentach z tej opery (Angel Blue ma właśnie otwierać w głównej roli  inscenizację Pogry i Bess w New York Metropolitan Opera – pierwszą inscenizacją na tej scenie od trzydziestu lat). Do udziału w tej Galii zaproszono również kanadyjskiego pianistę Charlesa Richarda-Hamelina i innych wybitnych muzyków.  Miałem też pracować z solistami Narodowego Baletu Polskiego w specjalnie zaprojektowanej choreografii do mojego repertuaru ‘prawdziwego Gershwina’. Brzmiało to wszystko jak wymarzony koncert, w którym byłbym szczęśliwy brać udział. Fakt, że nie poinformowano mnie jeszcze o nazwie  organizacji, która galę przygotowywała i promowała był nieco dziwny ale w świetle nazwisk artystów, z którymi miałem pracować – wydawało mi się to pominięciem drobnym.

Idąc do przodu kilka miesięcy (proszę o wybaczenie zmiany toku): w końcu lipca czytałem niepokojące informacje z BBC o polskim magazynie pod tytułem „Gazeta Polska”, który oferował nalepki swoim czytelnikom z tekstem informującym, że to ‘strefa wolna od LGBT’ z mrożącym symbolem czarnego X na tęczowej fladze. Zagłębienie się w lekturę przyniosły jeszcze zimniejsze dreszcze z ‘noty redakcyjnej’ naczelnego „Gazety” Tomasza Sakiewicza, opisującego LGBT, jako ‘ideologię, która posiada charakterystykę totalitaryzmu’ . Uzasadniał to porównaniem  sprzeczną z prawem boskim taktyką komunistów i nazistów.

Proszę sobie wyobrazić mój szok, kiedy w kilka minut po czytaniu tych wiadomości wszedłem na stronę web Carnegie Hall i zobaczyłem po raz pierwszy, że ten koncert, w  którym miałem wziąć udział 24 października był ‘prezentowany przez Klub Gazety Polskiej w Ameryce’. Natychmiast poprosiłem o wyjaśnienie od mojego kontaktu w Warszawie, jak i od przyjaciół z polskiej diaspory w Ameryce i bardzo szybko stało się jasne, że było to bezpośrednio związane z „Gazetą Polską”  w Polsce.  Gala w Carnegie Hall była promowana pod nazwą „Od Chopina do Gershwina” i byłem przekonany, że bez dociekliwości dziennikarskiej, większość nowojorczyków przypuszczalnie nie miałaby pojęcia, że za galą, która ma być  promowana w ich mieście kryje się propaganda anty-LGBT.

Oczywiście, po odkryciu tych faktów nie miałem wątpliwości, że muszę się wycofać z tego koncertu. To nie była decyzja podjęta lekko ale nie mogłem z czystym sumieniem brać udziału w wydarzeniu, które ma powiazania z organizacją, która wyznaje poglądy dla mnie obrzydliwe i które są w sprzeczności z wszystkim, co jest dla mnie ważne. Uważałem, też za swój obowiązek powiadomić innych wykonawców o charakterze organizacji, która ta gale przygotowuje. Po kontakcie z Charlsem Richardem-Hamelinem i Angelą Blue i poinformowaniu ich o kampanii „Gazety Polskiej”, oboje bez wahania podjęli też decyzję wycofania się z tego koncertu. I w ten sposób znalazłem się w przykrej sytuacji rozmontowania czegos, co początkowo wydawało się wymarzonym koncertem w Carnegie Hall. Byłem zadowolony czytając dziś, że ostatni schwytany w tą pułapkę „Gazety Polskiej”  artysta, pianista Paul Bisaccia, też mądrze wycofał się z udziału – niełatwa decyzja zważywszy na magnetyzm Carnegie Hall.

Smutnym aspektem tego wszystkiego, jest to, że muzyka, bardziej niż jakakolwiek inna forma sztuki, ma nadzwyczajną możliwość zbliżania ludzi, wyrastania ponad uprzedzenia, witania wszystkich, bez względu na różnice, do swojej magicznej harmonijności. 26 lipca tego roku, dacie mojego wycofania się z tej gali po odkryciu powiązan z „Gazetą Polską”, napisałem na mojej stronie Facebooka tekst o niezwykłym Astolphe de Custine. Astolphe de Custine był jednym z najbardziej oddanych wielbicieli Chopina i wśród jego wyjątkowych listów do kompozytora znaleźć można list wysłany do Chopina po jego ostatnim koncercie w Paryżu w 1848. Zawiera warte zapamiętania słowa: „Sztuka, tak jak ją rozumiesz Ty, jest jedyna rzeczą zdolną połączyć ludzkość podzieloną twardą rzeczywistością życia. Przez Chopina można pokochać i zrozumieć sąsiada.”  Astolphe de Coustine miał ważne powody do napisania tych słów będąc prześladowanym za swój homoseksualizm, kiedyś był tak dotkliwie pobity, że ledwo uszedł z życiem, był obiektem wyjątkowo ohydnych napaści w prasie. Jego słowa do Chopina nie mogłyby być bardziej adekwatne do tej sytuacji opisanej przeze mnie.

Cóż, wracając do mojego zwrotu w tytule: how to get to Carnegie Hall? Hmm, można odnieść wrażenie, że nie należy używać  moralnego kompasu.

Normandy – what is the lesson?

View toward the entrance to Atlantic from Halifax port on June 06, 2019. Proabably the last piece of Canada they saw before sailing into dark Atlantic 75 years ago.

That was 75 years ago. The largest in the history of humankind military invasion by-sea. Today, ever thinner, pockets of 90 plus years old men gathered in Normandy on Omaha, Juno and other beaches of French coast, and some in local places of importance to the invasion. As in Halifax, which saw all Canadian Army units in 1944 and all kind of military supply vessels leaving it’s port. Some say that the narrow waterway at Halifax port was so overcrowded with ships of all sizes and manner that one could walk from one side of the peninsula to the other without getting wet… . As I write this, I watch at that port and water from the window of my office.  And try to imagine the flotilla full of young men waving to the city and land they were just leaving. Many just saw the city for the first time in their life, having come from the shores of Pacific, the farms of Alberta, Saskatchewan, Manitoba thousands of miles away. Others were from here, from Nova Scotia, the birthplace of English Canada, from New Brunswick and it’s remnants of old French Acadia, from nearby Quebec and Ontario. A lot of these men never saw the city again. Or any other Canadian city. Their lives were cut short, very short, at Juno Beach and in the ensuing Normandy campaign.

The colour of sky and land mixes together in the cold hue of grey steel. Hard and cold, wet as the water lapping against the iron edges of barges, pontoons and small amphibious boats. The sun is just about to break through on the horizon. And the non-stop barrage of artillery and machine gun fire all around them. Around young boys and men not really sure what is just about to happen to them. Except one thing: it’s too late to turn around and sail back, too late to say: ‘I changed my mind, sir’ to your commanding officer. The hell with these damn Germans! Just let me go there, let me jump already to the cold water, get to the wet sand and start shooting at these bastards. Can’t take these waiting anymore. Just shout that bloody order and let us go …

And they did. The order came swiftly and they jumped into the water, onto the beaches. Some didn’t live much longer than four, maybe six paces on that beach. Some lived few hours, others waited in pain for a medic to stop the bleeding from arm, leg or stomach. It is probably safe to say that this stretch of Normandy’s coast in its millions years age never received so much warm blood in such a short time. It’s hard to imagine how the sand remained grey, as it would be logical that it should become dark red … .  

The bloodiest part, past the initial heavy losses at the beach, were at the Battle of Falaise, were they were fighting alongside the Polish I Armoured Division to stop the escaping, very powerful panzer Divisions of German army. That battle fought by Canadian and Polish units broke the back of German resistance and open the way for liberation of France. It seems not easy to comprehend and often is not noticed by historians in both Canada and Poland that two of extremely important battlefields of the Western Front in  the war against Hitler were fought by Canadian and Poles: in the said Battle of Falaise (IV Canadian Armoured Division of Major-General George Kitching and I Polish Armoured Division under the command of Major General Stanislaw Maczek, a talented officer with the most seniority among all major commanders of Allied Forces in the war with Hitler, as he commanded and never surrendered Polish Mechanized Brigade from 1 of September 1939 and in 1945 he accepted the final surrender of the High Command and units of German Fleet at Wilhelmshaven) and in Italian campaign, at the Battle of Monte Cassino paving the way to Rome ( 2nd Polish Corp – 3 divisions and one brigade – under the command of Lieutenant General Wladyslaw Anders and 1st Canadian Infantry Division – under Major General Christopher Vokes).

75 years ago the liberation of Europe entered its final phase. The forces of Nazism, the main perpetrator of the 1939-1945 terror, were being forcibly and violently push back to their homeland – eternal Hell. Many Heads of States today remarked how important that victory was for entire world but mainly for Western Civilization. None so eloquently as President of France, Emanuel Macron and Prime Minister of Canada, Justin Trudeau.

It’s worth noticing that these two men represent a new, younger generation of people. The one that has hardly any emotional attachment to the world war. Even their parents were either born after or were small children in 1939-1944. Yet, both of them very pointedly noticed the similarity of Nazism in Europe of the 1920-30 that led to the most horrific murders and crimes committed by authoritarian regimes of that time and the strange re-emergence of dark forces of chauvinism and Nazism today, often led by populists movements, on both sides of the Atlantic. Politically it is the most serious threat to peaceful and friendly cohabitation that existed and flourished in Europe and North America, indeed the world, since the end of 2 world war.

Rexlections? A few. The Nazism in Italy and Germany did not start with concentration camps. There was not much effort to stop it. The rich and powerful old elites looked at it with disdain but did not threat it as a serious danger to the state and way of being. The poor, unemployed and underprivileged – to the contrary. The cheap slogans of populism spoke to them. It offered hope, it showed easy targets. It divided between ‘us’ (good Germans and good Italians or good Hungarians) and ‘them’ (of course the powerful old elites, the Jews, the homosexuals, the Gypsies). Sounds similar to something here and now? Maybe no longer the ‘gypsies, jews and faggots’ (although here and there the good, traditional white man says that there should be some order instituted against these traitorous abominations of proper Christian folk-nation …) but ‘them’ – definitely. Them being, of course, the immigrants, especially with darker hue of skin. Particularly (at this moment) the so dangerous and so lazy and ever murderous ‘islamists’. With the wink that we know what ‘islamists’ means. That one country (ours, of course) is ‘great’ or greatest. But not only ‘them’ from far away. Sometime just ‘them’ from across the fence. The Mexicans are Christians, they are North Americans – but … They are not ‘us’, too brown, too native, too, well, dirty (remember the dirty Jew from 1930ies?). This is populism, the precursor of Nazism, the White Power movement. And that is how Hitlerism was born, and that is why thousands of young boys and men had to land at the beaches of Normandy and thousands of them never left the beaches alive.

Think of that when you read stories about Normandy in 1944. Don’t think of these stories with pride. No, sending thousands of men and women to terrible death on some wet and cold beach has nothing to do with pride. History does not ask us to walk with military drums,  songs and parades.  History simply asks us to learn a lesson. This particular lesson has a title: Never Again. Learn it, please.

Pod Twoją obronę uciekamy się …

Jak wpleść w kanwę opinii i refleksji kulturowych tematykę sacrum, świętości, relikwiarzy?  W którym miejscu refleksja nad społeczeństwem, narodem, staje się przedmiotem policyjnej aktywności, prawa karnego? I wreszcie – pytanie zasadnicze – czy w takiej refleksji, w wymianie na ten temat opinii jest miejsce na głos administracji państwowej?

Cała masa tematów i pytań tu się wzajem ociera, zderza, łączy i zwalcza na przemian. Kto dyskusję taką może prowadzić, zaczynać?

Oczywiście, twórcy kultury, czyli ci, którzy ją współtworzą, animują i – z biegiem czasu – zmieniają, ewoluują; pisarze, dramaturdzy, malarze, rzeźbiarze, kompozytorzy, reżyserzy, filozofowie. Wszyscy ci, którzy talentem bądź intelektem są drożdżami kultury danego społeczeństwa, w danym kontekście historycznym. A potem, zaraz za nimi ci, którzy ich prace, działalność interpretują: krytycy, socjologowie, publicyści, kulturoznawcy. Od nich dyskusja przelewa się do widza, czytelnika, słuchacza – obywatela danego społeczeństwa.

Dyskusja może być burzliwa, nigdy nie kończy się szybko i jednoznacznie. Czasem trwa dziesięciolecia i dopiero po ‘zdjęciu sztuki ze sceny’ jej efekty i wpływ na społeczeństwo ujrzeć można. Zawsze potrzebna perspektywa. Wiadomo, że w malarstwie – wszak też i w ogólnym kształcie kultury społecznej, narodowej.

To prawa, od których naturalnego biegu ucieczki nie ma. A gdy ktoś ten bieg rzeczy naruszy – społeczeństwa płacą za to cenę wysoką: rewolucje, zamachy stanu, dyktatury, tyranie. Ale początków takich zmian siłowych, rozwiązań politycznych, nie można szukać w akcie jednorazowym władzy administracyjno-politycznej. Są one właśnie wynikiem tych wieloletnich przemian, tych zmagań w samej treści kultury społecznej, regionalnej, narodowej.

Historyk prawa kościelnego i prawa cywilnego, profesor Leon Halban, w 1946 roku przygotował wykład, który dał początki jego pracy naukowej pod tym samym tytułem: ‘Mistyczne podstawy narodowego socjalizmu’ (KUL w Lublinie, 1946). Jakkolwiek wychodzący z się tradycji katolickiej myśli krytycznej (traktat ten większość wypaczeń znajduje w pracach i teologii luterańskiej i kalwinistycznej) – wiele jego spostrzeżeń jest trafnych do dziś.

Szukałem od czasu pewnego pewnych odpowiedzi, pewnych wskazań, ścieżek, które pomogły by i mnie zrozumieć Polaków anno Domini 2019. Zachowania władz politycznych. I skąd te szatańskie przymierze Kościoła z Władzą się brać może. Gdzie tkwią tego korzenie najgłębsze i najsilniejsze. Doszukując się podstaw do zaistnienia narodowego socjalizmu, który jest ideowym zaczynem nazizmu, musiałem zamknąć się w ciszy, odrzucić hałas dochodzący z Kraju i od przyjaciół z zagranicy. Nie ulegać prostym reakcjom i łatwym okrzykom oburzenia, wściekłości wręcz. Lub bezsilności. Zaprowadziło mnie to wręcz do czytania na nowo ojca tomizmu, św. Tomasza z Akwinu. Czym są cnoty a czym grzechy. Naturalnie, że filozof problemów epistemologicznych (poznania, wiedzy) z XIII w. nie da jasnej odpowiedzi na problemy początków XXI wieku. Tym bardziej, że jego teksty trzeba, jak cebulę, stale obierać z treści scholastycznych. Aż do łez autentycznych, zgodnie z cebulowym porównaniem. Ale cnot obywatelskich w Polsce 2019 zbyt wiele nie znalazłem.

Więc Halban jest tu dużo użyteczniejszy. I nad wyraz spostrzegliwy, co bezwzględnie zawdzięczamy jego przygotowaniu prawniczemu, a nie filozoficznemu stricte sensu. Badając początki myśli, które przerodziły się na przełomach wieków XIX i XX w narodowy socjalizm, a w konsekwencji w nazizm i faszyzm … znajduje zawsze mistycyzm. Mistycyzm nieodmiennie złączony z pojęciem lepszości, wyższości. Bycia narodem/grupą wybranym.  Oczywiście Halban szukał bezpośrednich odpowiedzi na szczytowe osiągnięcie faszyzmu – hitleryzm niemiecki. Ale jego badania i syntezy równie dobrze pasują do każdego narodowego socjalizmu. Czyż głęboko zakorzeniona duma i wiara w swoja nadzwyczajność Włochów w granicach basenu śródziemnomorskiego i Północnej Afryki nie jest czymś omal mistycznym? Tak, jak głęboko zakorzeniona od czasów Georga Hegla, w myśli i uczuciach niemieckich.

Hegel miał niewątpliwie stwórcze działanie na powstanie myśli mesjanistycznej. Nie bez kozery warto tu przypomnieć, że słuchał jego wykładów w Paryżu Adam Mickiewicz, a jego filozofia spotkała się też z zainteresowaniem pozostałych Wielkich Romantyków polskich.

I tu wracam do mego zainteresowania przyczyn dlaczego Polacy anno Domini 2019 są tacy … jacy są. Stara rozprawka naukowa Halbana  (którą byłem był czytał już wiele, wiele lat temu ale interesowały mnie wówczas – podobnie, jak samego Halbana – tylko źródła nazizmu niemieckiego ergo hitleryzmu) bardzo mi w tym pomogła. Wystarczy w niektórych jego nader jasnych syntezach zamienić przymiotniki ‘pruski’ i ‘niemiecki’ na ‘polski’ lub po prostu ‘narodowy’. Podobieństwa wówczas są uderzające. I (używając języka heglowskiego) bardzo trafnie opisujące polskiego ducha narodowego.

Bez znaczenia jest fakt, że olbrzymia większość Polaków pojęcia nie ma jakiegokolwiek o filozofii Hegla. Głębokiego pojęcia nie ma i nie miała też większość Niemców. Większość Polaków nie czyta  a bezwzględnie w przeszłości nie czytała Biblii- co nie zaprzecza, że wszyscy prawie w tradycji biblijnej/katolickiej wzrastali od dziesiątków pokoleń. Tak samo z wielkimi nurtami filozoficznymi, a takimi były pisma Hegla – prócz znawców i artystów nikt ich prawie nie studiował ale ich zasięg sączył się w podstawy tradycji całych społeczeństw.   Więc i ten silnie zakorzeniony mesjanizm splatał się w mariaż z pangermanizmem, z aryjskością, czystością rasową. A skutkował w swym zenicie obozami koncentracyjnymi. Bez tej mesjanistycznej mistyki gleby, ziarno faszystowskie by nie wykiełkowało tak bujnie. Może by Hitler do władzy i tak w Niemczech doszedł (i w Austrii – nie zapominajmy, że Anszlus nie był faktycznie najazdem a po prostu wjazdem …), może by te Niemcy i do wojny popchnął. Ostatecznie wielki kryzys gospodarczy i hańba Traktatu Wersalskiego były rzeczywistością ekonomiczno-polityczną a nie rozmyślaniami filozoficznymi. Jest bardziej niż wątpliwe, by Niemcy jednak tak masowo i omal religijnie do hitleryzmu przylgnęli bez tej trucizny narodu/ludu wybranego, specjalnego, przeznaczonego do rzeczy wielkich. Joseph Haydn skomponował co prawda Deutschland Uber Alles dla Kajzera, nie dla Hitlera – ale uber alles zostało… .

A teraz nad Wisłę, nad Narew, nad Bug, Niemen i Prypeć. Do Polski 1918-1939.  Łatwiej wtedy będzie zrozumieć tą nową, nikomu nie znaną przed 1945 rokiem, Polskę między Odrą i Bugiem. Aż do dnia dzisiejszego.

Bardzo nieliczni z nas pamiętają tamtą Polskę. Prawie nikt, kto w niej wyższe wykształcenie zdobył. Więc nasza pamięć jest już właśnie tylko historyczna i jest pamięcią tradycji. Jak z tym Heglem: nieliczni wiedzą dlaczego tak myślą, czują i skąd te uczucia się wzięły – ale ogół je dzieli. A wzięły się od zarania polskiego mesjanizmu romantycznego. Że mamy misję do spełnienia. Początkowo cierpiętniczo-chrystusową omal, tą mesjańską w sensie dosłownym chrześcijańskim, tj. śmierć fizyczną (polityczna śmierć Polski pod zaborami) by odkupić i dać szanse na lepszą przyszłość innym narodom. To jeszcze piękne. Bałwochwalcze, zarozumiałe – ale z jakimś dobrym celem ostatecznym. Dopasowaliśmy do tego legendę napoleońską, legendy powstań narodowych.   Więc ten mesjanizm jest wplątany strasznie w mistycyzm heglowski. Nadaje pewnej aureoli cierpieniu i przegranej. Dodaje blasku wybrańcom tego losu lub obdarzonych tym losem (naród wybrany).

Poszło to w zasadzie w dwóch przeciwnych, współczesnych kierunkach: skrajnej lewicy liberalnej i skrajnej prawicy. Nolens volens Marks i Engels byli wielkimi zwolennikami Hegla. A u nas August Cieszkowski, promotor idei mesjanizmu Słowiańszczyzny i nadejścia Epoki Ducha Świętego. Drugim końcem mistycznego mesjanizmu jest cały ruch narodowy Dmowskiego, Zdziechowskiego i Wasiutyńskiego.

Polska dla Polaków lub Słowian, którzy ulegli polonizacji (stąd tak łatwo w Rydze oddano Sowietom olbrzymie połacie Kresów I Rzeczypospolitej, mimo wygranej wojny – narodowcy nie chcieli w granicach Polski ziem, których polonizacja kulturowa była niemożliwa a element nie polski etnicznie stanowił większość) i maksymalne ograniczanie praw mniejszości narodowych, wielka niechęć i wrogość wobec polskich Żydów. Początki idei państwa narodowego. Narodowego, nie etnicznego nawet. Co było kompletnym odrzuceniem całej wielowiekowej tradycji politycznej I Rzeczypospolitej.

Zakładało to też niechęć do rządów parlamentarnych i silną władzę wykonawczą. Oraz wyraźnie wyznaniowy charakter państwa. Naturalnie katolicki. Tym się polski faszyzm różnił od niemieckiego. Hitlerowcy z nikim, jakimkolwiek kościołem ani wyznaniem władzą bezwzględną dzielić się nie zamierzali. W Polsce władza miała stać na straży i w formie obrońcy wiary katolickiej. W programie Obozu Ruchu Narodowego  określono to wyraźnie:

Wiara Narodu Polskiego, religia rzymskokatolicka musi zajmować stanowisko religii panującej, ściśle związanej z państwem i jego życiem, oraz stanowić podstawę wychowania młodych pokoleń. Przy zapewnionej ustawami państwowymi wolności sumienia – zorganizowany naród nie może tolerować, ażeby jego wiara była przedmiotem ataków lub doznała obrazy z czyjejkolwiek strony…

Czy coś z tygodni ostatnich to przypomina? Jakiegoś ministra rządu centralnego, który staje w obronie wyjątkowo ważnego symbolu narodowo-religijnej ikony? Jednocześnie sugerując tym, że połączenie symbolu religii ‘państwowej’ z symbolem mniejszości społecznej jest obrazą, profanacją ‘uczuć religijnych’. Państwo zamienia się w Święte Oficjum, a minister rządu – prefektem kongregacji.

Jakże inaczej rozumieć tuszowanie, wyciszanie lub wręcz zaprzeczanie skandalu przestępstw seksualnych w polskim Kościele? Wszak nie jest to jakiś niespotykany nigdzie indziej fenomen! Ostatnie dziesięciolecia odkryły masową kulturę kryminalnego zachowania olbrzymiej części kleru katolickiego na świecie i prawie kompletne przyzwolenia na to całej władzy kościelnej. Od biskupów lokalnych, diecezjalnych poczynając, a kończąc w samym Watykanie, u szczytu absolutystycznej władzy klerykalnej – na Tronie papieskim. Nie są to jakieś przypadki indywidualnych wyjątków a raczej czegoś, co określa się w języku prawnym mianem przestępstw o charakterze instytucjonalnym. Polska zaskarbiła sobie tu miejsce wyjątkowe w świecie współczesnym: nie rozmiarem przestępstw seksualnych – tych de facto nikt w Polsce nie zna – ale współodpowiedzialnością administracji cywilnej, państwowej w ukrywaniu problemu.

Na taki stan rzeczy olbrzymi wpływ miała cała posolidarnościowa elita polityczna i olbrzymia część inteligenckiej opozycji politycznej z lat PRL. Osobowości takie, jak Kuroń czy Michnik są tu bardzo nielicznymi wyjątkami. Prawie wszyscy pozostali, którzy mieli coś do powiedzenia i którzy zapracowali na szerokie zaufanie społeczne, byli prawie organicznie związani z katolicką myślą polityczno-filozoficzną i z samą strukturą instytucjonalną Kościoła w Polsce. Wystarczy wspomnieć dwóch czołowych polityków i ich olbrzymi kształt na kształtowanie podstaw państwowości polskiej po upadku komunizmu: Lecha Wałęsę i Tadeusza Mazowieckiego. Dwie jakże odmienne osobowości reprezentujące skrajnie odległe części polskiego społeczeństwa PRL-owskiego: inteligencji katolickiej (Mazowiecki) i warstwy chłopo-robotniczej (Wałęsa).  Złączone jedną klamrą – instytucji Kościoła polskiego. Kto mógł przewidzieć wówczas, że ten Kościół tak szybko pozbędzie się swej najlepszej, odważnej i głębokiej myśli myśli teologiczno-socjalnej, która pozwoliła mu wyjść zwycięsko z otchłani 40-lecia wojującego ateizmu państwowego, na rzecz powrotu do zwykłej, feudalnej wręcz postawy gromadzenia bogactw i prostackiej formy ewangelizacji mieczem a nie krzyżem?

W tej atmosferze rosła z roku na rok władza i siła wpływu ruchu narodowo-socjalistycznego na państwo polskie. Wszystkich tych ‘młodzieży wszechpolskich’, ‘rodeł’ i innych grup polskiego faszyzmu. Używających tego samego odrażającego straszaka ‘żydowskiego’, ‘żydokomuny’, ‘terroryzmu islamskiego’ , ‘wojującego feminizmu’, praw kobiet ogólnie, nienawiści do wszelkich mniejszości. Znowu Polak samotnie na barykadzie przeciw całemu złemu światu na zewnątrz.

Zadziwiające, jak krótką mamy pamięć historyczną. Zwłaszcza, gdy historie się stale zmienia, modeluje i przepisuje na nowo. A partia PiS na czele tego pochodu narodowościowego maszerowała z dumnymi sztandarami ‘Polski dla Polaków’. Przeciw Sorosom, Europie, która ma dawać pieniądze i siedzieć cicho w Brukseli. Ostatnio przeciw (ustami jednego z czołowych polityków PiS) ‘największemu zagrożeniu dla Polski – gejom i ogólnie LGBTQ. Brakuje jeszcze karykatur w TVP przedstawiających Biedronia, jak wypija chrześcijańską krew z żył polskich chrześcijańskich dzieci.

Czy to obraz zbyt odrażający rzeczywistości krajowej anno Domini 2019? Wydaje mi się, że nie. Że jest raczej powściągliwy a nie przerysowany. Większość środowisk inteligenckich (nie tylko) i ruchów obywatelskich skupiona była przez ostatnie cztery lata na bezpardonowej walce o obronę praworządności i Konstytucji w Polsce. Mało kto miał czas na refleksje dokąd ta droga prowadzi i czy społeczeństwo, w trakcie tego marszu, nie zostało już przeobrażone. W Polsce trwa wojna światopoglądowa. Nie potrafię tego inaczej określić. W każdej wojnie pierwszymi ofiarami są zawsze prawda i logika. I zwykłe człowieczeństwo.

Jeżeli nadchodzące wybory do Parlamentu Europejskiego i w bliskiej przyszłości do Parlamentu polskiego dadzą zwycięstwo władzy PiS – będzie to dowód, że społeczeństwo już uległo poważnej i demoralizującej zmianie, że stanęło po stronie quasi faszystowskiej.  Nie zapominajmy na sekundę, że nie będzie to coś nadzwyczajnego i czysto ‘pisowskiego’: pierwsze wybory prezydenckie w wolnej Polsce po 1918 roku ilością jedynie minimalną nie oddało tej władzy kandydatowi konserwatywno-narodowościowych grup.  Tylko nimb i uwielbienie Piłsudskiego przed tą tragedią Polskę uratowało. Nie wiązało się z tym jednak absolutnie żadne przywiązanie czy szacunek wobec idei politycznych i filozoficznych Piłsudskiego. Był to zwykły i tępy kult jednostki. Wodza. Więc jednak tęsknota za Panem, Wójtem, Plebanem. Za paskiem z obróżką. Czy takim społeczeństwem jesteśmy?

Nasza Notre-Dame

1928, Albert Lebourg
by Bogumił Pacak-Gamalski

Jedyny sposób, w jaki potrafię pokazać mój żal i ogromny smutek na wieść o strasznym pożarze w Paryżu. W czasie pobytu tam, mieszkałem dość blisko i prawie codziennie albo zachodziłem albo przechodziłem obok tej Katedry. Oczywiście to serce Paryża – ale to też serce Polski, serce nowożytnego Europejczyka. Może bardziej niż jakiekolwiek inne miejsce w Europie. Europy Karolingów i Merowingów od których wszystko się zaczęło. Nad Sekwaną i nad Renem i nad Wisłą.

Pomyslałem o ‘polskim’ Paryżu i naturalnie zaraz przypomniałem wiersz wielkiego francuskiego poety przełomu XIX i XX wieku, Apollinaire’a, (przez dziadka Kostrowickiego, z polskimi korzeniami) – “Most Mirabeau”. Z mostu Mirabeau trudno dziś dojrzeć Notre Dame, jest po drugiej stronie Łuku Tryumfalnego. Ale łatwo katedrę oglądać z mostu Neuf, a tam często bywałem. Więc utrzymując dość ściśle formę Apollinaire’a tak literacką, jak i używając jego semantycznego stylu napisałem dwie pierwsze zwrotki tegoż wiersza na nowo. Niech to będzie mój skromny i jakże niedoskonały pocałunek dla Paryża i Notre Dame.

Pont Neuf i Apollinaire pod Pont Mirabeau

Pod mostem rzeki, w sercu Europy
                 Moknie cień Notre Dame               
Wieże, absyda, ja sam
Płoną przez historię i przez potopy.


               Dzwon się rozhuczał, ogniem kołysze
              A ja jak kamień zapadam w ciszę.


15 kwiecień, 2019, Nova Scotia


Election in Alberta and few facts

Elections in Alberta are always a bit dramatic (like in Quebec and in Ontario). And always (except the ones in Ontario – they are mostly interested only in themselves, almost as if Canada was part of Ontario’s Confederation, not the other way around) evolve close to the argument ‘us versus them’ – meaning the only and always discriminated against Alberta (or Quebec) contra the rest of Canada, especially the awful and foreign Federal Government, the epitome of Evil, Corruption and Greed (unless it is conservative government, mind you, LOL). And a government of Trudeau (doesn’t matter which one) must be straight from Hell Eternal. From the old times of great dynasties of Getties and Logheeds (although they were the last ones that were willing to stand for Canada as a country, even before self-interest of Alberta) till today. Ralph Klein, first truly populist leader in Canada, provided some relif as a popular drunk and likable media and mayoral personality. But now we are back to a true throwback to good ol’ times: Mr. Jason Kenny, voila (pardon for French)!

As I came to settle in Alberta in the old days of beginning of 1980’s – it was already the beginning of an end to full and numerous oil drills in the foothills between Calgary and Lethbridge and toward Bassano and Medicine Head to the East. The good light oil, mind you. Not the sands. For all practical reasons the coal was just a memory of the past. But money were still plentiful. Smart premiers (the old Progressive Conservative Party) started on a small scale  diversification of the economy, but the pace was way too slow. After all, oil was still treated as God given right and God given present to the folks nested between the prairies and mighty Rocky Mountains. Hardly anyone talked or heard of climate change. Unless we talked about biblical times or the times of dinosaurs (and remembering that Drumheller and Badlands are in Alberta, we talked about dinosaurs often). The grand huge glaciers feeding three oceans were still massive and touching the edges of  Icefield Highway from Lake Louise to Jasper. When I travelled that highway in 2017, the mighty icefields were so far away from the road, I could hardly see their edge. Times have changed. But not the way Albertans think. Which brings me back to the subject of Badlands and dinosaurs …  Yes, it is true – even today you can use a hand pick and kitchen fork to find pieces of dinosaurs bones near Drumheller. Not so much live dinosaurs, though…

Moving forward 20 or 30 years. Alberta built huge oil sands fields in the north. The climate change moved as rapidly as the oil development. No, it was not and is not an engine of the Nature’s phenomena called climate. But it is a major contributor to it. It is particularly dirty and inefficient fossil fuel that requires a lot of …    yes, fuel, to make it usable and energy producing fossil. Being a land locked based province it requires extremely long pipelines to move it or very energy consuming other transport (rail, trucks). It leaves terrible and massive ecological mess of toxins and destroyed habitat in the northern Alberta. Mess that will need to be cleaned at an extremely high cost ones the oil corporations will be gone. And gone they will be. Of that there is no doubt. The huge giants, despite massive (over 3 to 4 billion dollars year by year) subsidies failed to build a single one petrochemical plant in Canada capable of producing a single drop of gasoline or usable oil from the oil sands. Therefore we are forced to sell it as a raw, cheap material. While relying on our usable oil and gasoline from US. Yes, when the oild prices were around 100 dollars a barrel – Alberta reap huge royalties and huge taxes went to federal level. But the Canadian was left with paying higher and higher prices to fill their car tanks. And now again, as the prices grow on world market – so do the prices at the pump. Did Canadians (or Albertans for that matter) receive subsidies for the high prices just as the oil producers did for their operations? Not so much.  This is not an attack on oil industry. Just some simple facts of life and costs faced by ordinary citizens not employed directly by oil companies. Also citizens of Alberta.

But this are just side costs. High but not the most important. The most important by now, by 2019, is the fore mentioned climate change and costs associated with it. And not even the tragic consequences for our children and grandchildren. No, the costs now. Factual and actual. The ones we, as taxpayers and consumers pay already in the billions.

Here is very few, the most famous ones and the ones that touched particularly Alberta itself or just across the provincial border.

This is how Calgary major street, McLeod, looked in 2013. It is not Bow River. It is a busy city street. Result of huge floods in Southern Alberta. Frequent and massive floods are part of massive and rapid climate change. Cost of the flood was conservatively estimated to be over 5 billion dollars. Dollars of Alberta’s and Canada’s taxpayers. How much more you think you paid since then for your car and home insurance? And what serious and energetic climate change plan for Alberta and for Canada is presented to voters by Jason Kenny?

But God’s (or Nature, whatever you prefer – results are the same) plaque do not come as waves of water only. They come as wave of flames, too.

In 2016 entire Canada was horrified and sprung to help Alberta as the huge, colossal flames engulfed it’s northern part. Specially around Fort McMurray. It generated the largest evacuation of entire towns to its capital, Edmonton. The largest in our national history.  The cost was  … ten (10) billion dollars.

view of Fort McMurray fires from satelite

And again – the hidden costs of higher prices for numerous services needed by Canadians for years to come. Mostly the raising insurance premiums, but not only that. What is Jason Kenny going to do to help mitigate the strength and frequency of such disasters related to climate change?

In 2017 and 2018 neighboring British Columbia suffered back to back to worst wild fires in its entire history. Combine the cost of both them will be, conservatively speaking, over another 1 billion dollars.

That’s 16-18 billion from 2013 to 2018 just for four major disasters. Not counting the tens of smaller ones. Directly related to climate change. Recent scientific major study revealed that Canada’s north is warming 2 to 3 degrees faster than the rest of the world. It is catastrophic.

Yes, we do want a healthy and responsible energy industry in Canada. And it is mainly concentrated in Alberta and Saskatchewan. We do want good employment opportunities. I would even say, that yes – we do need to be able to finally build (twin) at least that one pipeline to Burnaby (if for anything, then for easing the more dangerous and more energy consuming other ways of transporting oil sands). And since we are an oil producing nation – it would be nice to be able to sell it at fair market value instead of the scraps from Texas refineries.

But we need to start right away planning and paying for investments in industries and technologies that will replace the fossil fuel development as soon as possible. Not 10 years from now. Now. Ten years from now a quarter of the industry will be gone anyway on its own. They won’t stay just because they love Alberta workers and politicians. No. The only think they like is a dollar. Made on the market or from government (means: yours and mine) pockets.

And that’s the real problem facing Alberta in two days’ time. Not ‘socialist’ or ‘conservative’ ideologies. The truth is that Notley’s NDP is really rather far from socialism. And Kenny’s UCP is closer to bigotry and cheap tribalism than to conservatism.  And now, good night to you all. Time to go to bed.