Today all over Canada was day of mass protests for stronger and decisive actions to prevent further damage to Earth’s climate. The main even was held in Montreal, attended by Justin Trudeau, Canadian PM and Elizabeth May from Green Party. The special guest was famous young girl from Sweden – Greta Thunberg, who does not hesitate to chastise powerful world leaders every time she gets a chance. Trudeau met with Greta before the march and commented that “She is the voice of a generation of young people who are calling on their leaders to do more and to do better, and I’m listening”. Jugmeet Singh form NDP joined the protest in Victoria, BC. As expected, yet totally inexcusable, Andrew Scheer decided to fully ignore the marches and protest of millions of Canadians today. Considering his record and his ‘environmental’ policies – perhaps for the best … . Still sad, though, that he refuses to face the most existential threat to our planet. And at the same time has the desire to be our Prime Minister ?!
Below is a photo galleries I took from the protest in Halifax. Tens of thousands of people gathered in Victoria Park here (as luck would want – the park is located just across the street from the broken huge construction crane during this month hurricane Dorian assault on the city). Later they marched to Nova Scotia Power to perform a ‘die-in’ in front of the center of Nova Scotia’s energy. From there to Government Building, to impress on our politicians to do their job and listen to the science, not to the lobbyists.
Postaram się tu zaprezentować Państwu kandydatów Opozycji Demokratycznej (tą nazwą określać będę partie i grupy/koalicje, które ustawiają się po przeciwnej od PiS i jego koalicjantów stronie polskiej sceny politycznej). Dziś zacznę od Jarosława Szostakowskiego z Nowoczesnej w tamach Koalicji Obywatelskiej (https://koalicjaobywatelska.pl/). List skierowany jest do Polek i Polaków w Kanadzie, który pan Szostakowski przesłał na moje ręce.
Jarosław Szostakowski
Szanowni Państwo!
Nazywam się Jarosław Szostakowski i kandyduję do Sejmu z pozycji 5 listy numer 5 Koalicji Obywatelskiej w okręgu 19 – Warszawa i Zagranica.
Wiem, że wielu z was wciąż żywo interesuje i zawsze będzie interesować to, co dzieje się w Polsce. Nieważne, jak długo mieszkacie poza granicami rodzinnego kraju, odczuwacie współodpowiedzialność za jego losy. Kiedy rządzący popełniają błędy, wstydzicie się za nie prawie tak samo, jak za własne, a w chwilach sukcesów dzielicie narodową dumę z tymi, którzy pozostali w kraju. To się nie zmienia nawet wtedy, gdy ktoś czuje się zakorzeniony w nowym kraju. Mam tego świadomość, bowiem wielu moich znajomych i przyjaciół mieszka za granicą, a ja mam to szczęście, by móc czerpać z ich wiedzy oraz perspektywicznego spojrzenia.
Wiem też, że wbrew temu, co twierdzą niektórzy politycy, nie jesteście jednorodną grupą. Macie różne historie, poglądy, motywacje i doświadczenia. Również różne powody, by wziąć udział w nadchodzących wyborach parlamentarnych.
Jakiekolwiek by one nie były, zapraszam was do zapoznania się z moim programem, a także do kontaktu i dialogu. Z chęcią odpowiem na wasze pytania.
Ja również czuję się współodpowiedzialny za losy Polski. Zapraszam do odwiedzenia mojego profilu na Facebooku, z którego możecie dowiedzieć się, poprzez jakie działania to wyrażam. Więcej na mój temat w załączonej ulotce.
Nie, to nie jest zapis z taśmy szyfru przesłanego aparatem Morse’a. Nie jest to też jakiś opis chemicznych związków lub syntezy. Ani alfabetycznie zapisane nazwy słońc odległych galaktyk.
Plac Zbawiciela, Warszawa
To po prostu
kolejne formy powstawania, budzenia się pewnej społeczności. Jej wychodzenia z
cienia. Z cienia w naszej, okcydentalnej cywilizacji chrześcijańskiej (terminu
‘okcydentalizm’ używam tu świadomie w zapożyczeniu z leksykonu
zachodnioeuropejskiego, gdzie ma znaczenie duże szersze i bliższe historycznej
prawdy, niż używane w piśmiennictwie polskim, gdzie zepchnięto je w wąskie tory
artystycznych i kulturowych prądów sztuki).
Nie całego (powiedzmy 4-5 tysiącletniego) kształtowania się cywilizacji zachodniej, ale ostatnich trzynastu, może siedemnastu setek lat. Otóż są to po prostu zwykłe skrótowce określające osoby o innej niż większościowa orientacji seksualnej i innej niż większościowa płci biologicznej i płci kulturowej (gender, po polsku czasem zapisywane, jako dżender).
Człowiek, wbrew bardzo obiegowej i kompletnie ignoranckiej opinii, nie zawsze i nie wszędzie rodzi się taki sam, identyczny. Tylko w dwóch odmianach: kobieta lub mężczyzna z identyczną (w tym wypadku przeciwną) orientacją seksualną. Gdyby tak było i gdyby istniało takie prawo natury (lub boskie) wszyscy by byli białoskórzy. Z ewentualnymi wyjątkiem dla wzrostu i kolorów włosów i oczu. Lub tylko czarni (to by było najlogiczniejsze, skoro nasi Adamowie i Ewy urodzili się w Afryce) – albo nas, Polaków, by nie było …. albo (o zgrozo!) bylibyśmy wszyscy czarni i raczej bez szansy na inny kolor lub rodzaj włosów bez pomocy silnych barwników. Ewentualnie druga opcja, najbardziej prawdopodobna, bo najliczniejsza, wśród naszego gatunku – wszyscy żółci. Pisząc to i widząc te słowa na papierze (monitorze, LOL), widzę sam tych słów pełny absurd – ani my nie mamy białego koloru skóry ani Azjaci nie maja żółtego i w ogóle nie mieści się w tym skrócie myślowym olbrzymia gama odcieni i barw skór milionów ludzi na świecie! Ale – dla łatwości – zostańmy przy tych śmieszno-dziecinnych banalnych ,skrótach rasowych’. Więc już wiemy bez najmniejszej wątpliwości, że wszyscy tacy sami się nie rodzimy, jeśli chodzi o nasz wygląd. Czy wszyscy (w tych różnych kolorach) rodzimy się, jako tylko i wyłącznie kobieta lub mężczyzna (płeć biologiczna)? Najczęściej. Ale dużo mniej często niż laikom się wydaje. Popytajcie proszę położników o szczegóły. Czasem rodzi się … hermafrodyta? Maleńki człowiek niezdecydowany czy jest kobietą czy mężczyzną. Po trochu tym i tym. Czasem jedna część płci biologicznej (na ogół chodzi o zewnętrzne ‘intymności’ lub ‘klejnoty rodzinne’) jest bardziej ukształtowana od drugiej. W tym wypadku, przez długie dziesiątki lat współczesności, lekarze bardzo często sami decydowali co tu skrócić a co (o ile możliwe) uwypuklić. W ich poczuciu uczciwości wszystko dla ułatwienia życia rodzicom i samemu dziecku. Dziś wiemy, że rodzicom może i tak, pomagało to – dziecku niekoniecznie. Zwłaszcza gdy dorastało i coś tam nie pracowało tak, jak u rówieśników. W dodatku jeszcze te mniej widoczne sprawy biologiczne – hormony. Też w takich sytuacjach dość pogmatwane i nie zawsze zgodne z tym ‘wyrokiem natury’ lekarzy. Myślę, że nieszczęściami i łzami ofiar takich ‘dobroczynnych’ eksperymentów medycznych można by nowy ocean na Ziemi wypełnić… . Więc nawet płci biologicznej w żaden sposób nie można określić, jako wyboru miedzy a lub b. Można powiedzieć: w większości wypadków. Ale nigdy – zawsze i tylko. Bo to jest kłamstwo. Czyli szerzenie nieprawdy. A nikt z nas, z wolnego wyboru i bez przymusu, wszak kłamcą nie chce być. W tej kategorii najczęściej zawiera się ta literka „T” w LGBTQ. Transpłciowość, transgenderyzm. Osoba o więcej niż jednej płci. Lub płci, która łączy w sobie elementy obu płci biologicznych, czyli jest płcią trzecią.
A teraz ta nieszczęsna płeć kulturowa, ten jakże przez pewne środowiska znienawidzony genderyzm. Jakże łatwiej i prościej by było o tym pisać, gdyby uczono tych podstawowych, elementarnych norm w pierwszych klasach biologii i nauki o człowieku! Ale nie uczono. Wielu do dziś walczy uparcie, by dalej nie uczyć. Tak, jak w Anglii, po wynalezieniu maszyny parowej, wielu ludzi paliło i niszczyło te maszyny i fabryczki je produkujące. Wierząc, że tym sposobem czas nie tylko zatrzymają ale wręcz cofną. Nie cofnęli. Maszyna parowa rozjechała ich na torach kolejowych. Jak z każdą nauką i techniką. Nie uczono nas, bo wielokroć te nauki były jeszcze w powijakach, niezrozumiałe w pełni dla ich odkrywców i badaczy, a cóż dopiero dla przeciętnego człowieka. Spytajcie Kopernika i Galilea, jak to z teoriami i odkryciami nowymi bywa… . A mimo to – e pur si muovo (‘a jednak się kręci’).
Otóż, jak wiemy mimo wszystko od zarania dziejów (tu kłamać i udawać nie ma sensu), większość zachowań, przyzwyczajeń i sposobu bycia wynosimy z dzieciństwa i wczesnej młodości, obserwując najbliższe otoczenie rodzinne i socjalne. Jasiu nie rodzi się z umiejętnością rąbania drzewa siekierą. Jeśli mu ktoś tego nie pokaże – namęczy się strasznie zanim drzewo zetnie i możliwe, że to drzewo upadając złamie mu kark. Lub sobie odetnie niechcący ramię lub nogę. Ani używać karabinu lub szabli nie umie naturalnie. Choć dziecko może mieć zdolności ‘wrodzone’ ku takiemu a nie innemu fachowi. Dziecko – nie chłopieć jako taki. Spytajcie Joanę d’Arc, Emilię Plater lub panią … generała Kazimierza Pułaskiego (tak, tak, ta nieszczęsna nauka znowu udowodniła bez cienia wątpliwości, że ten bohater narodowy Polski i Ameryki był – biologicznie rzecz rozumiejąc – … bohaterką z urodzenia).
Natomiast dziecko systematycznie tresowane i nauczane, co powinno się a co nie robić w zgodzie ze swoją płcią biologiczną – sprawia, że takich cech nabędzie. Lub będzie się starać je eksponować, nawet jeśli wbrew swojej naturze. Dlatego, chłopak 7-mio letni już wie, że nie powinien i nie wypada by pocałował lub przytulił swego najukochańszego przyjaciela (mimo, że robił to jeszcze bez oburzenia i zakazów środowiska ledwie 2-3 lata wcześniej). I że będzie mężczyzną a mężczyzna musi całować tylko kobiety i tylko kobiety przytulać. Tak już jest i koniec. Choć o seksualności tu jeszcze nie ma mowy w sensie pociągu lub jakiegoś seksualnego aktu. I wcale to nie zdecyduje o przyszłej orientacji seksualnej takiego chłopca. Tak się kształtuje płeć genderowa, kulturalna. Poprzez obserwowanie i naśladowanie otoczenia. Wszyscy to robimy od tysiącleci. Nie zawsze z takim naciskiem na sprawy seksualne, jak wręcz obłędnie w ostatnim stuleciu. Z jakiś nieznanych ale naturalnie występujących u wielu osób przyczyn, wykształcają się u nas niewidoczne (lub mało widoczne, bo znamy wszak wszyscy chyba kogoś, kto będąc biologicznie mężczyzną miał kształty delikatne, wiotkie, wręcz kobiece – poza organami seksualnymi, naturalnie) silne aspekty ‘feminizmu’, ‘kobiecości’ (u chłopców) lub ‘maskulinizmu’, ‘męskości’ u dziewczynek. I to się wtedy kłóci z narzuconą przez środowisko płcią kulturową. Większość się poddaje presji, choć często prowadzi to do nieszczęśliwego życia. Inni walczą. Lub chronią się w zawodach bardziej ich płci genderowej niż biologicznej odpowiadających.
Teraz te zasadnicze: L i G. Zasadnicze, bo najczęściej (w tych mniejszościowych przypadkach oczywiście) występujące. Lesbian i Gay. Tu nie ma żadnych niespodzianek ani ‘pomyłek’ natury czy lekarzy. Od zarania dziejów homoseksualizm istnieje obok heteroseksualizmu. Wśród ludzi i zwierząt. Ba, nawet wśród roślin! W tym wypadku nie chęć szczera a natura zrobiła z chłopa oficyjera! I autentycznie nie wiemy dlaczego i w jakim celu (jest wiele teorii w jakim celu ale żadna nie jest w stanie tego wyjaśnić do końca i bez wątpliwości). Nie, nie dla rozrodczości. Gej jest identycznie płodny, jak osobnik straight. I nie ma problemu w zapłodnieniu kobiety. Niekoniecznie w akcie pasji i uniesienia erotycznego – ale bez problemu. Robili to przez ostatnie, nie wiem, 20, 50 tysięcy lat? Wiemy, że bohaterowie pierwszego poematu sumeryjskiego „Gilgamesz’ byli kochankami. Wiemy, że bogowie sumeryjscy mieli romanse jednopłciowe, to samo hinduscy, o greckich nie wspomnę (ha ha ha), egipscy. Itd., itd. We wczesnym chrześcijaństwie są znani święci męczennicy, tworzący nierozłączne, zakochane w sobie pary, jeszcze do prawie połowy wieków średnich w zakonach odbywały się sakralne ‘śluby ‘ par braci zakonnych. Z czasów nowożytnych znamy i wiemy o tych najbardziej znanych. Są ich setki, których znają badacze kronik i pism. Oczywiście, te steki to tylko osoby znane i ważne stanowiskiem, pochodzeniem, zamożnością, wyjątkowym talentem, geniuszem. O innych – historia zawsze milczy. Ba, mieliśmy w Polsce dwóch monarchów najprzypuszczalniej lubiących bardziej paniczów dworskich niż dziewki dworskie: Władysława Jagiellończyka zwanego Warneńczykiem i Henryka Walezego ze starożytnego francuskiego rodu królewskiego (Walezy zwiał z Polski nie dlatego, że chłopcy polscy byli gorsi od francuskich tylko, że czekała na niego w Paryżu dużo bardziej atrakcyjna korona Francji). Czy bratanek króla Warneńczyka, św. Kazimierz Jagiellończyk też mógł być (delikatny w obejściu, dobry, opiekuńczy i – mimo, że w roku śmierci miał dobrze powyżej dwudziestki i był następcą tronu – kawaler…) homoseksualny? Mógł. Ale nie musiał. To tylko wyliczanka dla pół żartu, o niczym nie świadcząca. Poza jednym – że w każdym państwie, narodzie, plemieniu, mieście, wiosce, rodzinie – homoseksualiści byli i są. I o ile nas nie zaczną produkować maszyny eugeniczne – będą. Piszę ‘homoseksualiści’ ale naturalnie mam na myśli też lesbijki, homoseksualistki. Jako, że od czasów upadku systemu matriarchalnego (a więc zamierzchłe czasy, pokryte całunem niepamięci) o kobietach pisano bardzo mało – ich intymne historie znane są jeszcze mniej. No, chyba że przywołamy okres wybitnie homoseksualizmowi przychylny – Grecję helleńską i niejaką Safonę z Lesbos … . W ogóle starożytność i antyk były zaskakująco pobłażliwe, a wręcz przychylne orientacji homoseksualnej. Tak długo, jak mężczyzna (zwłaszcza mężczyzna z rodem i funkcją wysoką) postarał się o małżeństwo heteroseksualne w celu produkcji następcy – co robił w łóżku i z kim specjalnie nikogo nie interesowało. Ostatecznie małżeństwo nie było instytucją związku emocjonalnego, intymnego, romantycznego – a instytucją społeczną o charakterze umowy korporacyjno-biznesowej. Tak jest do dziś często wśród milionów mieszkańców naszej planety. Ale zwiększająca się wolność jednostki, obywatela, człowieka z czasem doprowadziły do współczesnego trendu zawierania małżeństw romantycznych, opartych na wzajemnej miłości. Ten współczesny ‘wynalazek’ ludzkości zdaje się służyć nam wszystkim lepiej. I należy go chwalić.
A więc – po krótce – opisaliśmy litery środkową (T) i pierwsze (LG) skrótowca. Teraz te powstałe w ostatnich latach i ciągle się zmieniające litery i znaki końcowe: Q, 2, +. Summa summarum są one pewną pochodną tego ‘T’. Bo T wynika z odrzucenia kompletności i wyłączności płci biologicznej, jako zawsze jasno ukształtowanej, danej nam w początkowych fazach rozwoju płodu i niezmiennej. T jest pierwszą literą słowa ‘trans’, czyli sugeruje płynność, zmienność, ruch. Transpłciowy. Transgenderyzm. (Proszę zwrócić uwagę, że owe T nie ma nic wspólnego z określeniem ‘transwestyta’. Transwestyta w tym skrótowcu nie występuje, bo nie jest określeniem ani płciowości biologicznej ani kulturowej. To po prostu specyficzny przebieraniec robiący to jako: żart; protest; lub w celach erotycznych; zarobkowych /dawniej prostytucja męska/; lub estradowiec – drag queen lub drag king.)
W przeciwieństwie do tradycyjnego LG, które nic ze zmiennością płci wspólnego nie ma. Przeciwnie: jeżeli chłopak czuje się kobietą, to nie może być gejem. Ani dziewczyna uważająca się psychicznie mężczyzną nie może być lesbijką! Homoseksualista/tka ma pociąg romantyczno-erotyczny do osób tej samej płci, nie przeciwnej!
Otóż, w wielkim skrócie: ‘Q’ (inny , dziwny), ‘ 2’ (dwa/dwie) i ‘+’ to cała gama poza-fizyczna, emocjonalna, kulturowa, czyli płeć autentycznie genderowa, z wyboru podyktowanego psychologicznym a nie fizjologicznym stanem. Choć, bez wątpienia’ są tu też i źródła biologiczne oparte na genetyce, endokrynologii. Wiedząc tak dużo, wiemy jednocześnie ciągle bardzo mało. Jaką mamy płeć okazuje się nie decyduje jedynie to, co mamy miedzy nogami. I to zjawisko zdaje się być nawet częstsze niż autentyczny homoseksualizm. Ale przez fakt do dziś prawie niezmienny kolosalnego nacisku i wpływu środowiskowo-rodzinnego – bywa najczęściej bezwzględnie tłumiony i wyciszany w jednostkach, które to odczuwają. Dopiero ostatnie badania psychologiczne, socjologiczne, antropologiczne i medyczne dają szanse tym jednostkom rozwoju siebie w kierunku … bycia sobą. Proszę sobie wyobrazić jakąż olbrzymią ulgą, zrzuceniem jakiegoż straszliwego, przygniatającego ciężaru musi być realizacja, że ‘mogę być sobą’! To eureka niemożliwa do zrozumienia dla większości z nas. Więc te literki oznaczają po prostu tych, którzy nie mieszczą się w tradycyjnym rozumieniu osobowości. Niektórzy marzą o przeistoczeniu się fizycznym w drugą płeć fizyczną, biologiczną. Za pomocą leczenia hormonalnego, endokrynologicznego, po ostateczne zmiany chirurgiczne w usunięciu/wytworzeniu innych organów płciowych. Nie wszyscy. Niektórym oznaki fizyczne płciowości przeciwne od płci psychicznej nie przeszkadzają. Na takie osoby świetne określenie (i piękne jednocześnie) mają od wieków stare ludy autochtońskie, tubylcze, jak np. tubylcze szczepy Północnej i Środkowej Ameryki: osoba o dwóch duszach – two-spirited person. W naszej, okcydentalnej kulturze było to niemożliwe i kategorycznie tępione. Nie wiadomo, może starożytni Słowianie, Gallowie, Celtowie, Germanie mieli takie słownictwo. Ale tępa (choć z dość ostrymi narzędziami przemocy) indoktrynacja religijnej ortodoksji wyrwała je z korzeniami z naszej pamięci historycznej.
Co powyżej, mimo
że na zwykły esej żurnalowy zbyt nawet długie, daje lekki zarys o kim mówimy
używając te skrótowce LGBTQ2+ w pełnej lub jednej ze skróconych wersji. Nie
jest to jakikolwiek wykład encyklopedyczny czy naukowy. Ot, temat mi znany
blisko bardzo (i bliski sam w sobie) od … hmm, zawsze chyba. Czyli dość długo.
Badań sam żadnych w tym temacie nie przeprowadzałem ani procesów doktorskich.
Alem był i jestem dość zaawansowanym studentem tychże badań i ‘procesów’. Jak i procesów zmian socjalnych i
politycznych zachodzących w naszym – okcydentalnym i orientalnym – świecie. To
ostatnie też w charakterze żywego ich świadka i uczestnika. I napawa mnie to nadzieją, że ludzkość,
wielokroć wbrew złym nawykom i doświadczeniom, ma szanse na bycie lepszą, ma
nadzieje dobrej przyszłości i ‘ruszenia z posad bryły świata’. A patrząc dziś z
uśmiechem na małe dzieci ośmielam się niepewnie wierzyć, że ich dzieciństwo, a
zwłaszcza ta bardzo pierwsza i najwcześniejsza młodość mają szanse być tyleż
szczęśliwsze i radośniejsze od dzieci i nastolatków mojego pokolenia i długich cieni pokoleń wcześniejszych.
Zwłaszcza tych określanych dziś ogólna nazwą LGBTQ2+. Innych. A przecież takich
samych.
post scriptum – tekst ten jest wstępem do artykułu innego (który się wkrótce ukaże) będącego reakcją i odpowiedzią poniekąd na ostatnie wydarzenia w Kraju związane ze społecznością LGBTQ i niespotykanym a opartym na absolutnych fałszach atakiem na tą społeczność ze środowisk skrajnej prawicy politycznej (w tym przedstawicieli samego rządu i władz RP) oraz zatrważającej wręcz napaści hierarchii kościelnej w Polsce i części kleru na ta społeczność. Ten ostry atak i towarzyszące jemu sprytne manewrowanie propagandą ultra prawicowych mediów ( na czele z rządowym TVP i „Gazetą Polską”) były w stanie zawładnąć wyobraźnią wielu osób. W tym osób mi bliskich. Tak przez powinowactwo, jak i z kręgów towarzyskich. Byłem tym szczerze wstrząśnięty. Mimo, że olbrzymia większość moich bliskich i przyjaciół jak i dalszych znajomych kardynalnie potępiła te ataki anty-LGBTQ2 – pozostało uczucie żalu trochę ale i chęci próby wyjaśnienia pewnych określeń, pojęć i znaczeń (np. określenie ‘ideologia LGBTQ2” lub czym są Marsze/parady Równości/Dumy). Stąd ten tekst powyżej, który do tego tematu może czytelnika przygotować.
View toward the entrance to Atlantic from Halifax port on June 06, 2019. Proabably the last piece of Canada they saw before sailing into dark Atlantic 75 years ago.
That was 75 years ago. The largest in the history of
humankind military invasion by-sea. Today, ever thinner, pockets of 90 plus
years old men gathered in Normandy on Omaha, Juno and other beaches of French
coast, and some in local places of importance to the invasion. As in Halifax,
which saw all Canadian Army units in 1944 and all kind of military supply
vessels leaving it’s port. Some say that the narrow waterway at Halifax port
was so overcrowded with ships of all sizes and manner that one could walk from one
side of the peninsula to the other without getting wet… . As I write this, I
watch at that port and water from the window of my office. And try to imagine the flotilla full of young
men waving to the city and land they were just leaving. Many just saw the city
for the first time in their life, having come from the shores of Pacific, the
farms of Alberta, Saskatchewan, Manitoba thousands of miles away. Others were
from here, from Nova Scotia, the birthplace of English Canada, from New
Brunswick and it’s remnants of old French Acadia, from nearby Quebec and
Ontario. A lot of these men never saw the city again. Or any other Canadian
city. Their lives were cut short, very short, at Juno Beach and in the ensuing
Normandy campaign.
The colour of sky and land mixes together in the cold hue of
grey steel. Hard and cold, wet as the water lapping against the iron edges of
barges, pontoons and small amphibious boats. The sun is just about to break
through on the horizon. And the non-stop barrage of artillery and machine gun
fire all around them. Around young boys and men not really sure what is just
about to happen to them. Except one thing: it’s too late to turn around and
sail back, too late to say: ‘I changed my mind, sir’ to your commanding
officer. The hell with these damn Germans! Just let me go there, let me jump
already to the cold water, get to the wet sand and start shooting at these
bastards. Can’t take these waiting anymore. Just shout that bloody order and
let us go …
And they did. The order came swiftly and they jumped into the water, onto the beaches. Some didn’t live much longer than four, maybe six paces on that beach. Some lived few hours, others waited in pain for a medic to stop the bleeding from arm, leg or stomach. It is probably safe to say that this stretch of Normandy’s coast in its millions years age never received so much warm blood in such a short time. It’s hard to imagine how the sand remained grey, as it would be logical that it should become dark red … .
The bloodiest part, past the initial heavy losses at the
beach, were at the Battle of Falaise, were they were fighting alongside the
Polish I Armoured Division to stop the escaping, very powerful panzer Divisions
of German army. That battle fought by Canadian and Polish units broke the back
of German resistance and open the way for liberation of France. It seems not
easy to comprehend and often is not noticed by historians in both Canada and
Poland that two of extremely important battlefields of the Western Front
in the war against Hitler were fought by
Canadian and Poles: in the said Battle of Falaise (IV Canadian Armoured
Division of Major-General George Kitching and I Polish Armoured Division under
the command of Major General Stanislaw Maczek, a talented officer with the most
seniority among all major commanders of Allied Forces in the war with Hitler,
as he commanded and never surrendered Polish Mechanized Brigade from 1 of
September 1939 and in 1945 he accepted the final surrender of the High Command
and units of German Fleet at Wilhelmshaven) and in Italian campaign, at the
Battle of Monte Cassino paving the way to Rome ( 2nd Polish Corp – 3
divisions and one brigade – under the command of Lieutenant General Wladyslaw
Anders and 1st Canadian Infantry Division – under Major General Christopher
Vokes).
75 years ago the liberation of Europe entered its final
phase. The forces of Nazism, the main perpetrator of the 1939-1945 terror, were
being forcibly and violently push back to their homeland – eternal Hell. Many
Heads of States today remarked how important that victory was for entire world
but mainly for Western Civilization. None so eloquently as President of France,
Emanuel Macron and Prime Minister of Canada, Justin Trudeau.
It’s worth noticing that these two men represent a new,
younger generation of people. The one that has hardly any emotional attachment
to the world war. Even their parents were either born after or were small
children in 1939-1944. Yet, both of them very pointedly noticed the similarity
of Nazism in Europe of the 1920-30 that led to the most horrific murders and
crimes committed by authoritarian regimes of that time and the strange
re-emergence of dark forces of chauvinism and Nazism today, often led by
populists movements, on both sides of the Atlantic. Politically it is the most
serious threat to peaceful and friendly cohabitation that existed and
flourished in Europe and North America, indeed the world, since the end of 2
world war.
Rexlections? A few. The Nazism in Italy and Germany did not
start with concentration camps. There was not much effort to stop it. The rich
and powerful old elites looked at it with disdain but did not threat it as a
serious danger to the state and way of being. The poor, unemployed and
underprivileged – to the contrary. The cheap slogans of populism spoke to them.
It offered hope, it showed easy targets. It divided between ‘us’ (good Germans
and good Italians or good Hungarians) and ‘them’ (of course the powerful old
elites, the Jews, the homosexuals, the Gypsies). Sounds similar to something
here and now? Maybe no longer the ‘gypsies, jews and faggots’ (although here
and there the good, traditional white man says that there should be some order
instituted against these traitorous abominations of proper Christian
folk-nation …) but ‘them’ – definitely. Them being, of course, the immigrants,
especially with darker hue of skin. Particularly (at this moment) the so
dangerous and so lazy and ever murderous ‘islamists’. With the wink that we
know what ‘islamists’ means. That one country (ours, of course) is ‘great’ or
greatest. But not only ‘them’ from far away. Sometime just ‘them’ from across
the fence. The Mexicans are Christians, they are North Americans – but … They
are not ‘us’, too brown, too native, too, well, dirty (remember the dirty Jew
from 1930ies?). This is populism, the precursor of Nazism, the White Power
movement. And that is how Hitlerism was born, and that is why thousands of
young boys and men had to land at the beaches of Normandy and thousands of them
never left the beaches alive.
Think of that when you read stories about Normandy in 1944.
Don’t think of these stories with pride. No, sending thousands of men and women
to terrible death on some wet and cold beach has nothing to do with pride.
History does not ask us to walk with military drums, songs and parades. History simply asks us to learn a lesson.
This particular lesson has a title: Never Again. Learn it, please.
Elections in Alberta are always a bit dramatic (like in Quebec and in Ontario). And always (except the ones in Ontario – they are mostly interested only in themselves, almost as if Canada was part of Ontario’s Confederation, not the other way around) evolve close to the argument ‘us versus them’ – meaning the only and always discriminated against Alberta (or Quebec) contra the rest of Canada, especially the awful and foreign Federal Government, the epitome of Evil, Corruption and Greed (unless it is conservative government, mind you, LOL). And a government of Trudeau (doesn’t matter which one) must be straight from Hell Eternal. From the old times of great dynasties of Getties and Logheeds (although they were the last ones that were willing to stand for Canada as a country, even before self-interest of Alberta) till today. Ralph Klein, first truly populist leader in Canada, provided some relif as a popular drunk and likable media and mayoral personality. But now we are back to a true throwback to good ol’ times: Mr. Jason Kenny, voila (pardon for French)!
As I came to settle in Alberta in the old days of beginning of 1980’s – it was already the beginning of an end to full and numerous oil drills in the foothills between Calgary and Lethbridge and toward Bassano and Medicine Head to the East. The good light oil, mind you. Not the sands. For all practical reasons the coal was just a memory of the past. But money were still plentiful. Smart premiers (the old Progressive Conservative Party) started on a small scale diversification of the economy, but the pace was way too slow. After all, oil was still treated as God given right and God given present to the folks nested between the prairies and mighty Rocky Mountains. Hardly anyone talked or heard of climate change. Unless we talked about biblical times or the times of dinosaurs (and remembering that Drumheller and Badlands are in Alberta, we talked about dinosaurs often). The grand huge glaciers feeding three oceans were still massive and touching the edges of Icefield Highway from Lake Louise to Jasper. When I travelled that highway in 2017, the mighty icefields were so far away from the road, I could hardly see their edge. Times have changed. But not the way Albertans think. Which brings me back to the subject of Badlands and dinosaurs … Yes, it is true – even today you can use a hand pick and kitchen fork to find pieces of dinosaurs bones near Drumheller. Not so much live dinosaurs, though…
Moving forward 20 or 30 years. Alberta built huge oil sands fields in the north. The climate change moved as rapidly as the oil development. No, it was not and is not an engine of the Nature’s phenomena called climate. But it is a major contributor to it. It is particularly dirty and inefficient fossil fuel that requires a lot of … yes, fuel, to make it usable and energy producing fossil. Being a land locked based province it requires extremely long pipelines to move it or very energy consuming other transport (rail, trucks). It leaves terrible and massive ecological mess of toxins and destroyed habitat in the northern Alberta. Mess that will need to be cleaned at an extremely high cost ones the oil corporations will be gone. And gone they will be. Of that there is no doubt. The huge giants, despite massive (over 3 to 4 billion dollars year by year) subsidies failed to build a single one petrochemical plant in Canada capable of producing a single drop of gasoline or usable oil from the oil sands. Therefore we are forced to sell it as a raw, cheap material. While relying on our usable oil and gasoline from US. Yes, when the oild prices were around 100 dollars a barrel – Alberta reap huge royalties and huge taxes went to federal level. But the Canadian was left with paying higher and higher prices to fill their car tanks. And now again, as the prices grow on world market – so do the prices at the pump. Did Canadians (or Albertans for that matter) receive subsidies for the high prices just as the oil producers did for their operations? Not so much. This is not an attack on oil industry. Just some simple facts of life and costs faced by ordinary citizens not employed directly by oil companies. Also citizens of Alberta.
But this are just side costs. High but not the most
important. The most important by now, by 2019, is the fore mentioned climate
change and costs associated with it. And not even the tragic consequences for
our children and grandchildren. No, the costs now. Factual and actual. The ones
we, as taxpayers and consumers pay already in the billions.
Here is very few, the most famous ones and the ones that
touched particularly Alberta itself or just across the provincial border.
This is how Calgary major street, McLeod, looked in 2013. It is not Bow River. It is a busy city street. Result of huge floods in Southern Alberta. Frequent and massive floods are part of massive and rapid climate change. Cost of the flood was conservatively estimated to be over 5 billion dollars. Dollars of Alberta’s and Canada’s taxpayers. How much more you think you paid since then for your car and home insurance? And what serious and energetic climate change plan for Alberta and for Canada is presented to voters by Jason Kenny?
But God’s (or Nature, whatever you prefer – results are the
same) plaque do not come as waves of water only. They come as wave of flames,
too.
In 2016 entire Canada was horrified and sprung to help
Alberta as the huge, colossal flames engulfed it’s northern part. Specially
around Fort McMurray. It generated the largest evacuation of entire towns to its
capital, Edmonton. The largest in our national history. The cost was
… ten (10) billion dollars.
view of Fort McMurray fires from satelite
And again – the hidden costs of higher prices for numerous services needed by Canadians for years to come. Mostly the raising insurance premiums, but not only that. What is Jason Kenny going to do to help mitigate the strength and frequency of such disasters related to climate change?
In 2017 and 2018 neighboring British Columbia suffered back to back to worst wild fires in its entire history. Combine the cost of both them will be, conservatively speaking, over another 1 billion dollars.
That’s 16-18 billion from 2013 to 2018 just for four major
disasters. Not counting the tens of smaller ones. Directly related to climate
change. Recent scientific major study revealed that Canada’s north is warming 2
to 3 degrees faster than the rest of the world. It is catastrophic.
Yes, we do want a healthy and responsible energy industry in Canada. And it is mainly concentrated in Alberta and Saskatchewan. We do want good employment opportunities. I would even say, that yes – we do need to be able to finally build (twin) at least that one pipeline to Burnaby (if for anything, then for easing the more dangerous and more energy consuming other ways of transporting oil sands). And since we are an oil producing nation – it would be nice to be able to sell it at fair market value instead of the scraps from Texas refineries.
But we need to start right away planning and paying for
investments in industries and technologies that will replace the fossil fuel
development as soon as possible. Not 10 years from now. Now. Ten years from now
a quarter of the industry will be gone anyway on its own. They won’t stay just
because they love Alberta workers and politicians. No. The only think they like
is a dollar. Made on the market or from government (means: yours and mine)
pockets.
And that’s the real problem facing Alberta in two days’ time.
Not ‘socialist’ or ‘conservative’ ideologies. The truth is that Notley’s NDP is
really rather far from socialism. And Kenny’s UCP is closer to bigotry and
cheap tribalism than to conservatism.
And now, good night to you all. Time to go to bed.
Coraz częściej
słychać dziwne tony w narodowej dyskusji po zamachu na prezydenta Gdańska.
Nieco to przypomina pewne, bardzo podobne, odcienie tonów w rozmowach po
tragicznym samospaleniu Piotra Szczęsnego ale tym razem wydaje mi się, że te
tony są wyraźniejsze, bardziej głośne. I to podobne po obu stronach ‘polskiej
barykady’ ideologiczno-filozoficznej. Bo ‘polska barykada’ w swej istocie nie
jest polityczna a dużo głębsza: ideologicznie-filozoficzna. Nie chodzi tu ani o PiS ani o PO. Chodzi o dwie, bardzo od siebie różne Polski.
A tego zwykłe wybory parlamentarne rozstrzygnąć nie potrafią. Ale nie o tym
dylemacie moralnym będę tu pisać. Tematem, mimo dywagacji pobocznych, jest
jednak ten dzisiejszy, specyficznie dziwny ton rozmowy narodowej. Zanim
wyjaśnię o jakim ‘tonie’ mówię, pewne wprowadzenie zrobić jednak muszę.
Tak wówczas
(samospalenie Piotra S.), jak w obecnym czasie, głównym tematem/tonem była chęć
ostrzeżenia społeczeństwa i władz przed wzrastającą niechęcią powoli
przepoczwarzającą się w nienawiść między tymi, którzy popierali rządy PiSu i
Kukizu, a pozostałą częścią społeczeństwa. Tak wówczas, jak i dziś ważne jest
zaznaczenie, że te skrajne emocje dotyczyły w zasadzie tylko aktywnej
politycznie części społeczeństwa (skupionej wówczas głównie wokół Komitetu
Obrony Demokracji a dziś w bardzo licznych innych grupach, organizacjach i
fundacjach związanych z szeroko rozumianą ochroną swobód demokratycznych) z
jednej strony, a władzy politycznej
(rządu i Prezydenta RP oraz głównego decydenta politycznego – Jarosława
Kaczyńskiego) i jej niebyt licznego ale
‘żelaznego’ elektoratu z drugiej.
Szerokie masy aktywnie nie włączały się w spór polityczno-narodowy.
Owszem, sympatie nie były ukrywane ale nie przelewały się na obszar publiczny.
Ponieważ władza
ma jednak zawsze po swej stronie zwykłą brutalną przewagę (‘brutalna’ w tym wypadku nie oznacza
przemocy fizycznej – ani wojsko ani policja jawnych akcji
pacyfikacyjno-bojowych nie przeprowadzały wobec tzw. obozu demokratycznego) w
postaci stanowionych praw, przepisów i obowiązków – ta przewaga stwarzała i dla
władzy i dla szerokich mas pewien miraż wyższości i bezkarności.
W dodatku po
niebezpiecznie dla władzy wykazanej sile i popularności masowego wówczas KOD –
zwłaszcza w obronie konstytucyjnego filaru trójpodziału władzy, Trybunału
Konstytucyjnego – te centrum demokratycznego oporu pękło, a przez to pękł drugi
miraż polityczny: miraż potęgi ruchu demokratycznego. Oba miraże stwarzały
wrażenie pewnego balansu. Na zasadzie: władzy nikt zagrozić śmiertelnie (tj.
utratą władzy) nie może ale i władza zawsze była gotowa cofnąć się przed pełną
konfrontacją brutalno-fizyczną (np. włamaniem się do budynku Trybunału i
aresztowaniem sędziów a zwłaszcza niezłomnego prezesa Trybunału). Skutkiem
błędów strategicznych czy personalnych KOD lub wyjątkowo perfidnie ale i
skutecznie przeprowadzonej akcji wywiadowczej ‘od wewnątrz’ – KOD będąc u
szczytu swej siły uległ wewnętrznemu rozłamowi. To wyraźne osłabienie centrum
społecznego oporu PiS zrozumiał błędnie, jako zachętę do totalnej przebudowy
systemu prawnego państwa ale i też mniej skodyfikowanego formalnie systemu norm
postepowania i umów społecznych w ramach których społeczeństwo-naród
funkcjonuje.
Załamanie się
KOD, jako potężnej organizacji masowej, było też tylko chwilowym, a może nawet
pyrrusowym zwycięstwem władzy. Ostatecznie pojedyncze organizacje można łatwiej
pacyfikować i inwigilować. Tak Sanacja
zrobiła z polskimi komunistami i z ultrakatolickimi faszystami Falangi
narodowców w latach 30. ubiegłego wieku, a po 1945 tak zrobili z PSL i
socjalistami z PPS nowi właściciele Polski. Dla łatwiejszego kontrolowania
środowisk chadecko-kościelnych dali glejt falangiście Piaseckiemu do założenia
PAXu.
Gdzie był błąd
mirażu PiSowskiego? Nie przewidzieli, że w krótkim czasie, opuszczony przez
rozbicie KODu, plac walki politycznej zajmą dziesiątki nowych grup i
organizacji pro-demokratycznych. Formalnych i luźnych. Klasyczny przykład z
Sienkiewicza: złapał Kozak Tatarzyna a Tatarzyn za łeb trzyma.
Tak powstała
istniejąca do dziś mapa stałego, otwartego i bez szansy na zwycięstwo
kogokolwiek, konfliktu, który trwa w Polsce nieprzerwanie od pozornej klęski
KOD. Który zresztą też częściowo się odbudował i odnalazł swoje mniejsze ale
istotne miejsce. Co gorsza – pozostał mit koderowski. Coś na kształt legendy
Legionów, AK czy Solidarności. Nie mówię o dokonaniach czy osiągnięciach, a o
micie, legendzie. Ma PiS i KUKIZ ‘żołnierzy wyklętych’, ma współczesna opozycja
społeczna mit KODu. Jeden i drugi przetrwają obecnych polityków u szczytu
władzy i polityków opozycji politycznej
PO, Nowoczesnej i PSL.
Dwa moralne,
etyczne wydarzenia w tym gorącym okresie walki ideologiczno-politycznej miały
miejsce. Nie były ani zaplanowane ani przeprowadzone przez władze ani przez jej
przeciwników. Były jednostkowe i tragiczne. Zginęły dwie osoby: jedna znana i
głośna (Paweł Adamowicz, prezydent Gdańska, znany polityk PO) i druga, nikomu
nieznany, prywatny człowiek (Piotr Szczęsny, Szary Obywatel).
„Apelujemy jednocześnie do obu stron konfliktu
ściśle politycznego: do partii rządzącej z koalicjantami i partii opozycyjnych
w polskim Parlamencie; do polskich grup społecznych w Kraju i poza jego
granicami:
domagamy się rozpoczęcia bezzwłocznie
autentycznego dialogu społecznego i politycznego nad stanem Kraju. Polska to
nie kawałek sukna wyrywany przez wszystkich dla siebie. Polska nie należy tylko
do jednej, obojętnie jak licznej lub jak zamożnej czy silnej, grupy. Należy do
wszystkich Polek i Polaków. Jest faktem niemożliwym do ukrycia, że jesteśmy
skłóceni i podzieleni, jak nigdy dotąd w naszej ponad 25-letniej historii III
Republiki. I że przekroczyło to już dawno ramy zwykłej i naturalnej różnicy
opcji politycznych. Polska nie jest i być nie może zakładnikiem czyichkolwiek
ambicji, politycznego rewanżu. Nie jest nagrodą w zawodach politycznych
określanych powszechnymi wyborami. Nie stać nas, jako państwo i jako
społeczeństwo, na zwycięzców i na przegranych. Rozpocznijcie te rozmowy
natychmiast i bez wstępnych warunków .Aby nigdy już w wolnej Polsce jakikolwiek Obywatel
czy Obywatelka (dobro najwyższe każdego państwa) nie czuł się tak poniżony, tak
odosobniony, tak bez cienia nadziei, by wybrał tak tragiczny akt protestu, jako
jedyną możliwość apelu do naszych sumień. Tego wymaga dobro Kraju od każdego z
nas.” Powyższy cytat był zredagowanym wówczas przeze
mnie i podpisanym przez większość organizacji i działaczy demokratycznych
emigracji polskiej w Ameryce Północnej, Europie i Australii apelem. który
ogłosiliśmy w swoich krajach ale przede wszystkim w Polsce. Apel od nas –
Polaków spoza Kraju do rodaków w Kraju. Odzew był bardzo pozytywny i liczony w
tysiącach. Wszystkich ten akt niby bezsilnej a jednocześnie heroicznej ofiary
poruszył do głębi. Pierwszy raz społeczeństwo zrozumiało, że to nie są tylko
przepychanki polityczne, wyrównywanie starych rachunków między byłymi
koalicjantami (ostatecznie korzenie tak PiS, jak i PO są bardzo zbliżone, by
nie powiedzieć identyczne: z
narodowo-centroprawicowej koalicji AWS) ani nawet jakieś chorobliwe
objawy Jarosława Kaczyńskiego, które łączono z jego domniemanym załamaniem
psychicznym po wypadku lotniczym pod Katyniem i tworzeniem jakiejś makabrycznej
‘religii smoleńskiej’ (popularne w Polsce określenie wywodzące się z
organizowanych w Warszawie tzw. miesięcznic smoleńskich). Podczas gdy jest
najbardziej prawdopodobne, że budowa tej ‘religii’ była po prostu jego cyniczną
ale skuteczną grą polityczną wobec tzw. twardego elektoratu
dewocyjno-szowinistycznego.
Pośrednio też,
ten Apel był skierowany do aktywistów KOD, którzy po wewnętrznym kryzysie
ulegli poważnemu podzieleniu, a zwolennicy dwóch przeciwnych obozów prowadzili wobec
siebie równie bezpardonową walkę, jak ta miedzy obozem PiS a siłami
prodemokratycznymi. Domagania się wyciszenia i ucywilizowania sporu, skutkiem
refleksji po samospaleniu w Warszawie Piotra S, załagodziły ostrość tego sporu
i dały szansę na tworzenie się nowych struktur nie zwalczających się wzajem a
wręcz wspomagających w pracach demokratycznych.
Niestety,
podobnego efektu nie udało się uzyskać ze strony władzy politycznej Polski.
Śmierć Piotra Szczęsnego była szansą i dla tej władzy, by włączyć się w nurt
łagodzenia języka i działań politycznych.
Szansą niezauważoną lub świadomie odrzuconą.
Jest oczywiście
możliwe, że kolejne, bezpardonowe i udowodnione sądownie, świadome łamanie
zapisów konstytucyjnych, było częścią jakiegoś międzynarodowego spisku,
konspiracji (Putinowska Rosja) przeprowadzonej
przez szarą eminencje PiS, Antoniego Macierewicza. Czy to możliwe? Wątpię by do
tego stopnia. Nawet jeśli Macierewicz był (jest?) faktycznie jednym z czołowych
agentów Moskwy w grze o Polskę. Wbrew
popularnym mniemaniom nie sądzę by międzynarodowe konspiracje miały aż tak
wielki wpływ na faktyczne losy państw. Chyba, że szybko doprowadzają do
konfliktu zbrojnego. A na to się raczej nie zanosi – ani w formie agresji
zewnętrznej ani w formie wojny domowej. Polska
nie jest na Zadnieprzu (nie w czasach współczesnych, w każdym razie) ani na
Krymie. Jest sporym państwem Europy, wieloletnim członkiem NATO i UE. To
gwarancje i sposoby myślenia o wiele skuteczniejsze niż ewentualne spiski
agenturalne.
Wracajmy jednak do ‘dziwnych tonów’ w narodowej dyskusji po zamachu na Adamowicza. Ten ton, to natychmiastowe (a spowodowane bez wątpienia szokiem w reakcji na te publiczne morderstwo) zrozumienie, że na naszych oczach zobaczyliśmy i doświadczyliśmy efektów ‘mowy nienawiści’ tak perfidnie zadomowionej w Polsce od kilku lat. Więc i szybko, przerażeni możliwością dalszych efektów tego szatańskiego i zręcznie sterowanego przez władze państwowe fenomenu, apel o usunięcie mowy nienawiści rozszerzyliśmy na wszystko i wszystkich. Również wobec siebie. Wydawała się ten apel podjąć także władza, np. w wystąpieniu publicznym prezydenta Dudy. Niektórzy, w tym i w szeregach demokratycznych obywateli, wręcz starali się unikać krytykowania bezpośredniego władzy i szukania bezpośrednich lub nawet tylko pośrednich przyczyn takiego zamachu. Wskazywanie zbyt jasno palcem krajowych władz politycznych widziano, jako też przykład ‘nienawiści’ wobec PiSu. Tak, jakby autentycznie i kompletnie naiwnie uwierzono, że PiS i jego władza nagle się zmieni, potępi a nawet zacznie aktywnie ścigać akty przemocy słownej i czynnej środowisk skrajnie szowinistycznych. Oczywiście nic takiego nie nastąpiło. Pewien szok (chyba szczery i autentyczny) władz rządowych, że do takiej zbrodni dojść mogło – nie zaowocował zmianą polityki osiągania celów za każdą cenę. Nie mógł. PiS zdaje sobie doskonale sprawę, że wycofać się już nie może. To by zagrażało celowi zmiany struktur systemowych państwa, które miały, w założeniu oryginalnym PiS, uniemożliwić powrót demokracji liberalno-demokratycznej do ponownego powrotu do władzy. Zagrażałoby też zabezpieczeniu się obecnej władzy przed bardzo realną i wyraźnie głoszoną zapowiedzią, że tym razem PiS za przestępstwa polityczne ale też indywidualnie za przestępstwa kryminalne (oszustwa o charakterze finansowym) będzie po ewentualnych wyborach odpowiadać. A zabezpieczeniu przed takim obrotem sprawy ma właśnie służyć cała rewolucja systemu sądownictwa w Polsce. Obok umożliwienia zablokowania autentycznej kontroli wyborów.
Należy wystrzegać
się więc ze wszech miar stawiania znaku równania miedzy ‘mową nienawiści’ a
ostrą krytyką rządu i władz. Ja na przykład PiSu nie nienawidzę. Natomiast
jestem gorącym orędownikiem odsunięcia go od władzy i pociągnięcia do pełnej
odpowiedzialności karnej i politycznej o ile będą ku temu podstawy prawne i
wiarygodnie przeprowadzone procesy. Przez niezależne od rządu i prokuratury
sądy powszechne. Uważam, że polityka PiS szkodzi Polsce i Polakom niewspółmiernie
do jakichkolwiek ewentualnych korzyści, jakie ona może przynosić.
Oczywiście, na
portalach społecznościowych (jak Facebook i temu podobne) można było spotkać
ludzi piszących, że to co spotkało Prezydenta Gdańska winno spotkać takiego czy
innego członka władz PiS. I to jest nie tylko naganne. To jest niedopuszczalna
mowa nienawiści. Tej samej, która bardzo możliwe włożyła pośrednio nóż do ręki
zamachowca w Gdańsku. Takie wypowiedzi należy tępić i nie dopuszczać do
politycznego dyskursu. Podejrzewam, że w wielu wypadkach były to zresztą
wypowiedzi trollów spoza autentycznych środowisk pro-demokratycznych. Nawet
jednak jeśli mówił tak ktoś, kogo znamy – należy to potępić. Ale np. kogoś opinia, że za mord gdański i
wzrastającą wrogość różnych środowisk wobec siebie pośrednią winę ponosi
propaganda środowisk rządowych – nie jest w żadnej mierze mową nienawiści. To
opinia i ocena. Może mylna, może prawdziwa.
Ale do opinii mamy prawo. Tak, jak do obywatelskiej krytyki władzy. Do
tego ostatniego mamy wręcz obowiązek obywatelski.
Niemiecki filozof
poprzedniego stulecia Max Scheler określił wydarzenie tragiczne i następującą
po nim ‘winę tragiczną’, jako niemożliwą do określenia, a przez to do wydania
wyroku. Ale nie oznacza to, że wina taka nie istnieje. Po głębszym wywodzie i
rozpatrzeniu tego zagadnienia dochodzi wszak do wniosku, że prawdziwie
tragiczna jest sytuacja jednostki, której ostry zmysł etyki i moralności nie
pozwala na przemilczenie i niezauważenie odpowiedzialności etycznej za ‘winę
tragiczną’. Takie jednostki są niezbędne dla społeczeństwa. Nie zatykajmy im
ust dla własnej wygody moralnej i środowiskowej. Czasami trzeba i należy głośno
powiedzieć to, co normalnie może nie wypadałoby.
Bo sytuacje
tragiczne, wydarzenia tragiczne nie są sytuacjami normalnymi.
Zdarzało mi się wielokroć
usłyszeć od skądinąd zacnych działaczy tradycyjnych organizacji polonijnych
tłumaczenie, że nie powinniśmy jednak rządu tak ostro krytykować ani o pewnych
rzeczach (wzrastające znaczenie i bezkarność grup faszystowskich i
rasistowskich w Polsce) poza granicami Polski. Że to wpływa na zły obraz
naszego kraju. Nawet przy założeniu (i
tak zakładałem i zakładam) dobrej woli i zbożnej chęci – pogodzić się takim
stanowiskiem absolutnie nie można. To dosłowne przestawienie konia i furmana na
tył wozu. Kompletnie nie logiczne i w konsekwencji szkodliwe dla Polski i dla
samej Polonii. Szkodzą Polsce władze, gdy uprawiają politykę pełzającej
dyktatury i kiedy umożliwiają grupom szowinistycznym i faszystowskim na
publiczne manifestowanie swojej złowrogiej ideologii. Ci którzy protestują i o
tym głośno mówią – Polsce i Jej imieniu służą. Milczenie jest prawie zawsze
postrzegane, jako wyraz zgody. A to by było tragiczne.
Dlatego zgadzając
się z generalnym apelem o wyraźne NIE wobec języka nienawiści, o tępienie jego
w jakichkolwiek publicznych i prywatnych rozmowach, o nieużywanie tego języka w
argumentacji politycznej wobec jakiejkolwiek strony konfliktu polskiego –
apeluję jednocześnie o nie milczenie w krytykowaniu szkodliwej działalności władz,
o bezpardonową obronę wartości demokratycznych, praworządność, o wolność prasy
i zgromadzeń. Nie bójmy się mieć własnego zdania. Czas jednakowych mundurków
odszedł w przeszłość. Współczesny obywatel
musi być jednostką samodzielnie myślącą i krytyczną. W Kanadzie i w Polsce. Inaczej
to pracować nie może.
Lata temu, gdy
ukazała się głośna książka Vittorio Messori spisująca wywody Jana Pawła II na
zbliżający się koniec tysiąclecia, zatytułowana „Przekroczyć próg nadziei”, z dużym
zainteresowaniem zająłem się lekturą tego ciekawego dzieła myśli pastoralno-etycznej
,naszego papieża’. Ciekawiło mnie jaki
testament chce zostawić światu nie z oficjalnych encyklik pontyfikalnych a z przemyśleń
filozofa-etyka Jana Pawła II, który powstał z Karola Wojtyły.
Dawno już na ten
temat gdzieś coś pisałem. I nie chodzi mi tu rozprawkę na temat tej
książki-wywiadu. Ale przed zakończeniem tego artykułu, sięgnąłem po tą książkę
ponownie do jej ostatnich rozdziałów. Co de facto jest tej książki przekazem
najistotniejszym dla czytelnika? Niekoniecznie katolika czy nawet osoby
religijnej. Dla człowieka. Co, przy pominięciu zagadnień opisujących etykę i
moralność ścisłe z Kościołem związaną, umiejscowioną w Kościele najpierw a
dopiero potem w świecie zewnętrznym, jest dla zbliżającego się Człowieka XXI
wieku przekazem najistotniejszym, uniwersalnym?
Ostatni paragraf jest powtórzeniem słynnego z Biblii i ze Starego Testamentu nakazu/przyzwolenia powtarzanego od Boga przez archanioła Gabriela, Ducha Świętego i Jezusa z Nazaretu. Jest też powtórzeniem przez Jana Pawła tego samego nakazu użytego już w pierwszym, otwierającym książkę wywodzie. W paragrafie otwierającym papież opisuje go z perspektywy pontifexa, przywódcy Kościoła Rzymskiego. Ale, po kilku miesiącach dalszych rozmów, wraca do tego samego biblijnego zwrotu w kontekście dużo szerszym. W kontekście Człowieka uniwersalnego. I przeczytanie tegoż paragrafu ponownie ( a minęło już chyba 20 lat, jak ostatni raz to czytałem z uwagą) jaśniej zrozumiałem sens jego słów. Właśnie do tego, teraz przeze mnie pisanego tekstu. I do tej refleksji zamkniętej w moim zdaniu: ‘nie bójmy się mieć własnego zdania’. Do konieczności bycia jednostką samodzielnie myślącą i krytyczną. Jakiegoż zwrotu biblijnego użył więc Karol Wojtyła-papież, jako temat końcowego paragrafu swego indywidualnego, nie pontyfikalnego, przekazu do człowieka uniwersalnego? Nie lękaj się.
Nikt z nas prawie –
poza tymi, którzy od kolebki prawie, wyjątkowo przykładne i zaplanowane życie
prowadzą – nie wie, gdzie powiodą nas gościńce życia, w którą stronę zaprowadzi
ścieżka upływających lat. Wyjeżdżając z Polski ‘na chwilę’ w 1981, przypuszczać
nawet nie mogłem, że po roku będę lądował na ośnieżonym lotnisku w Montrealu, a
następnego dnia wieczorem wyjdę na spacer mroźnymi i opustoszałymi ulicami ‘downtown’
w Calgary. W 1980 nawet nie wiedziałem chyba, że takie miasto jest w Kanadzie!
Tak mało o tym kraju wiedziałem. Trochę utartych, na ogół sympatycznych
stereotypów; Montreal, Halifax i Toronto, gdzieś na obrzeżach nieco Ottawa i
Vancouver; Szara Sowa; coś mgielnego (bardziej chyba z Curwooda i Londona niż z
kanadyjskich źródeł) i romantycznego z Północy; powinowactwa z Monte Casino, i
Pierre Trudeau. Ot, i wszystko. A dziś to mój serdeczny kraj. Dom, w którym spędziłem
większość nie tak krótkiego życia. Od jednego oceanu, po brzegi drugiego, w międzyczasie
kilkanaście lat na prerii. Łaziłem tu na najwyższe szczyty, błądziłem po
puszczach spływających grzbietami obu stron Gór Skalistych ku dolinom Alberty,
Kolumbii Brytyjskiej i Jukonu. Teraz nieco po kamienistych brzegach i gęstych
laskach atlantyckich. Ile jeszcze mi tego łażenia i grzebania kijkiem w
poszyciu leśnym zostało nie mam pojęcia. Ale póki co, dalej tak sobie będę
pośród tych strumyków (już pewnie bez wdrapywania się na zbyt wysokie szczyty)
szurał trampkami. Jak i po uliczkach miast tutejszych. Nie wiedziałem, że aż
tak daleko od Polski żyć przyjdzie. Nie tylko odległością fizyczną ale i
kulturową, mentalną. Bardzo się drogi nasze rozeszły. Ani bym chyba mógł i
raczej na pewno nie chciał tymi samymi teraz znów chodzić zacząć. Zbyt dorosłem
chyba, dojrzałem. Co było dobre dla dziecka i chłopca – dorosłemu już nie
uchodzi myśleć infantylnie. Świat jest taki ciekawy, ludzie tak piękni, kolorowi,
różnorodni. Pewna parafialność sielanki polskiego krajobrazu kulturowego cieszy
i sentymentem ciepłym ogrzewa w niedzielne popołudnie. W poniedziałek uwiera i
przeszkadza.
Zmiany – mam nadzieję, że nie stałe i nie długotrwałe – które w Kraju
zaszły po 2015 zaszokowały mnie. I nie były to zmiany czysto polityczne, jakieś
dekrety czy ustawy rządowe. Tak, jak zmiany w Ameryce (USA) po wyborach Trumpa.
Ale Ameryka tak mnie nie zdumiała. To kraj tak dziwny i tak rozdarty na szereg
historycznych sprzeczności, że co zadziwia, to raczej fakt, że mimo wszystko do
dziś jako jedność przetrwali. Polska i
Polacy wydali mi się dużo bardziej europejscy. A ostatnie trzy lata mnie w tym
zachwiały. Oczywiście mam na myśli Europę kulturową nie geograficzną. Europę
Renesansu włoskiego, Oświecenia francuskiego, Romantyzmu niemieckiego i
polskiego, pozytywizmu polskiego, trochę Grecji helleńskiej, smutku
skandynawskiego, spokoju Czechów, irytującej a mimo to sympatycznej flegmy i
arogancji ignoranckiej Brytyjczyków. A
tak strasznie dużo przetrwało w nas tego, od czego zawsze się głośno odżegnywaliśmy:
mistyki niewolniczej rosyjskiej. Niby przez wieki nieśliśmy zachodnio-europejską
cywilizację na Wschód, niby inteligencja rosyjska patrzyła na nas prawie tak
zakochana, jak polska we francuskiej – a przez te kilka ostatnich wieków sporo
tej duszy rosyjskiej, jakże smutnej i odwróconej tyłem do świata, wciekło i do
naszej duszy. Bo czymże jest lęk przed innymi, jeśli nie lękiem niewolnika
przed wolnością? O tak, można krwawe protesty robić, ginąć na barykadach – ale żyć
wolnym?! To już dużo trudniej niż moment flagi, transparentu i okrzyku.
Więc ta kolorowość, ta różnorodność tradycji i przywiązań w tym moim nowym
Domu bardziej mi odpowiada. Naturalnie, że nie bez zgrzytów. To oczywiste.
Dlaczego sąsiad sadzi na rabatach tulipany, których nie znoszę a krzywi się
patrząc na moje ulubione mieczyki kwitnące w moich rabatach? Czasem nawet chęć
atawistyczna nachodzi, by w nocy mu nożyczkami te tulipany wstrętne obciąć!
Tyle, że jak nudno by ta moja ulica wyglądała, gdybyż wszędzie tylko mieczyki
rosły w ogrodach! Więc nie tylko mu tych tulipanów nie zadepczę, a przeciwnie –
jak wyjeżdża na urlop będę mu te kwieciska podlewał, by nie uschły. Ostatecznie
wolę obejrzeć się za przystojnym chłopakiem, czemuż jednak miałbym z przyjemnością
nie popatrzeć za zgrabną, ładną dziewczyną?! I nie tylko tym zgrabnym i ładnym
fizycznie – ileż piękna autentycznego jest w tych, którzy noszą je wewnątrz, a
przez to, że ich piękno prawdziwe – widać je, gdy sobie pozwolimy na moment
obserwacji, gdy świeci i na zewnątrz osoby. O takim niby pięknie pisał jeden z
naszych największych, gdy naród polski do lawy porównywał, która świetliste
dyjamenty miała skrywać. Co daj boże, daj boże, Cyprianie Kamilu. Tylko życie
takie krótkie … Nie wszyscy mamy wystarczająco dużo cierpliwości, by czekać. I
czekać.
Ostatnie promienie słońca (dzień dziś słoneczny nad Atlantykiem) tego roku.
Jutro już kolejny nowego. Niech nie wygląda, że tylko żale i smutki na gniazdo
dzieciństwa i młodości wylewam. Nie zamieniłbym jednego dnia tamtych dni i
tamtej epoki na inny. To mi dało solidny fundament. Wszystko, co potem
zbudowałem z siebie, oparte na tym fundamencie. Ale zbudowałem zupełnie
inaczej, niżbym pewnie to robił w Kraju zostając. Nie ze swoich zdolności wyuczonych, nabytych.
Z wielości fantastycznego budulca i materiału, jakiego w tym nowym kraju miałem
pod dostatkiem.
I, miałem szczęście nieocenione, napotykałem
na tych moich wędrówkach z patykiem w ręku co raz nowe dyjamenty przepięknej barwy
i polskie i z dziesiątków innych krajów, kolorów i odcieni skóry, akcentów. Tegoż
wszystkim, bliskim i dalekim, życzę na nowy 2019 rok. Spacerów z patykiem w
dłoni i grzebania w poszyciu lasków, dżungli, rzeczek i mórz, a nawet miejskich
chodników – kto wie, co pod kamieniem leży i czeka na znalazcę! A nuż dyjament
urody najczystszej…
by Bogumil Pacak-Gamalski (Polish text followed by English version)
Ojcowie Konfederacji witani przez Miss Chief Eagle Testicle
Dwie wizje. Lub zderzenie dwóch rzeczywistości. Taki dodatkowy tytuł można nadać wystawie malarskiej Shame and Prejudice w Art Gallery of Nova Scotia w Halifaxie.
Zacznijmy od
prostego skojarzenia dwóch tytułów: „Pride and Prejudice” i „Shame and
Prejudice”. Dla wielu naturalnie tytuł pierwszy kojarzyć się będzie z
literackim arcydziełem Jane Austen. Kto nie czytał, ten na pewno zetknął się z
echami tej powieści. Lub powinien. Prejudice jest stałym elementem obu
tytułów. Oznacza zakorzeniony w tradycji osąd, znajomości i rozumienia świata
wynikające z własnego doświadczenia środowiskowego. Oceny podjętej bez wysiłku
obiektywnego zbadania faktów, okoliczności. Słowem opartej na micie, na wierze,
legendzie, ogólnie panującej (nie)wiedzy. Lub wiedzy ‘narzuconej’ z góry, na
zasadzie ‘bo tak jest i basta’. Jak
łatwo duma i uprzedzenia takiej wiedzy ulegają – łatwo się domyśleć. Ulegamy
jej wszyscy. Ale czasem warto taką ‘wiedzę’ kontestować. Zastanowić się nad
(użyję modnego dziś w Polsce słowa, ha ha) wartością dowodzenia
prejudycjalnego. W prawie taka koncepcja jest ważna – w ocenie historii potrafi
być zgubna.
Kent Monkman, potomek narodów autochtońskich zmienił ten pierwszy człon (Pride/duma) naWstyd/hańbę (Prejudice). Wstyd 150 ponad lat kolejnych pokoleń, które wiedziały, że są gorsze. Bo przecież gdyby nie byli, nie byliby tymi, którymi są, prawda? Pijakami z kiepskim, niskim wykształceniem, biedakami, prostytutkami w tanich barach, bez ładnych domów z białym płotkiem. Z mama i tatą, którzy nie potrafili być dobrymi rodzicami zmuszając tym Państwo i Kościół do wzięcia ich pod swoje opiekuńcze skrzydła wychowawcze. A i to niewiele pomogło. Mimo surowych kar, w olbrzymiej większości nie udało się ich wychować i wyuczyć na dobrych i mądrych. Kończyli, jak ich rodzice lub jeszcze gorzej, na śmietnikach i marginesach miejskich. Inaczej być widać nie mogło. Byli po prostu głupimi ‘indianami’. Wszyscy to wiedzieli, wszyscy tak mówili. Zresztą to była wiedza ogólnie dostępna, powszechna. Nie zdobyta a nabyta z ogólnie akceptowanych mitów i opowieści. Prejudycyjna, prejustice.
Tak, jak u Henryka Sienkiewicza w rozczytywanych przez pokolenia opowieściach, trylogiach ‘ku pokrzepieniu serc’. Opartych na takiej właśnie powierzchownej lub jednostronnej wiedzy historycznej, bez wysiłku obiektywnej refleksji, oceny. Pani Austen bardziej jeszcze powierzchowniej do tematu podeszła. Ale – z ukłonem wobec jej talentu obserwacyjnego – samym tematem relacji dumy i wstydu środowiskowego się zajęła.
Monkman, świetny malarz, stworzył cykl pastiszów malarskich znanych powszechnie dzieł i faktów historycznych ostatnich 150, a nawet 300 lat kraju zwanego dziś Kanadą. Namalował historię nie inną ale widzianą innymi oczami, z innej perspektywy. Wstrząsającą. Byłem od pierwszej instalacji nią porwany, zasmucony nawet wtedy, gdy zmuszała do ironicznego uśmiechu. Bo ten uśmiech musiał wypływać z głębokiego smutku. Tak,myśmy im zgotowali ten los. Nasza wielka, wspaniała cywilizacja techniczna, literacka, muzyczna, ekonomiczna, militarna, religijna. Nasza filozofia i etyka, przywiązanie do właściwego wyboru miedzy Dobrem a Złem.
Specyficznego efektu dodaje wtrącenie w malarską narrację Monka elementu erotyczno-seksualnego jego alter ego: Monka-błazna, Monka-magika opodwójnej lub płynnej płciowości (gender-bender). Nazywa tą osobowość Miss Chief. Znowu świetna gra słów. MissChief to oczywiście feministyczny odpowiednik Mister Chief. Ale czy przypadkiem nie jest to po prostu … mischief? Psotnik, błazen. Ktoś, kto ukrywa by pokazać. Kłamie by powiedzieć prawdę.
Two visions of the same. Or a clash of two reality. This additional title can be given to the painting exhibition of Shame and Prejudice in the Art Gallery of Nova Scotia in Halifax. Let’s start with a simple association of two titles:”Pride and Prejudice” and “Shame and Prejudice”. For many the first title would associate with a literary masterpiece of Jane Austen. Who did not read it, would surely came across echoes of this novel. Or it should have. Prejudice is a regular part of both titles. Rooted in tradition, it means judgment, knowledge and understanding of the world resulting from once own experience. The evaluation undertaken without effort to the objective examination of the facts, the circumstances. The word based on the myth, faith, legend, generally prevailing. Or ‘given ‘ from generally accepted popular knowledge, on the basis of ‘it is this and that and that’s it ‘. How easy it is to be proud and prejudice of such knowledge is equally easy to guess. We get it all. But it is sometimes useful to contest such ‘knowledge’. To reflect on the value of the common wisdom. Kent Monkman – a descendant of the indigenous Nations, changed the first part (Pride) to shame/disgrace (Prejudice). The shame of more than 150 years of successive generations, who knew that they are worse. Because if they weren’t, they wouldn’t be the ones which they are, right? A drunkards with lousy, low education, poor, prostitutes in cheap bars, without the nice houses with white picket fence. With mom and dad, who does not know how to be good parents thus forcing the State and the Church to take them under their caring wing and help. Despite severe penalties, in the vast majority of them, the ‘raising’and the ‘teaching’ of how to be good and wise – failed. Finishing second, as their parents or even worse, on the disposable end and margins of society. It must have been like that, otherwise it could not have been seen like that, right? They were just silly ‘indians ‘. Everyone knew it all, seen it, heard it…
Moreover, it was the knowledge generally available, universal. Earned and acquired from the generally accepted myths and stories. Writers of historical novels often use such basis of their stories. To uplift ones nation greatness, ones social or religious class superiority. To make us ‘feel better’. In Poland, during the partition of Polish state, Nobel-winner writer, Henryk Sienkiewicz, used it to arouse the feelings of noble and immanently good acts of Polish nation. Based on superficial or one-sided historical knowledge, effortlessly void of objective reflection, evaluation. Mrs. Austen did not fare better in serious evaluation of the title subject in evaluating society. But, at least, she attempted to deal with the subject of the relationship of pride and shame in a social class-based environment.
Monkman – a great painter, created a series of pastiche paintings of commonly known works and historical facts past 150, and even 300 years of a country called Canada today. He painted the story of not another history but same one seen with different eyes, from a different perspective. Shocking. I was kidnapped by it from the first segment, was sad even when forced to ironic smile. Because the smile had to emerge from a deep sadness.
Yes, we have prepared for them the fate, the tragic ethos. Our great, superior technical civilization, our high culture in art, in economy, in military, religion. Our philosophy and ethics, our attachment to the choice between Good and Evil. /…/
The painter achieves a very specific effect, not too discreetly, by inclusion in his narration element of erotic/sexual alter ego: Monkman-jester, Monkman-the magic of double or fluid sexuality (‘gender-bending time traveller’ in his own words)). The personality is called Miss Chief. Again great game of words. Miss Chief is of course the feminist equivalent of Mister Chief. But, if by chance, is it not simply a … mischief? Trickster. One, who conceals to reveal; lies to tell the truth.
Uroczy, stary Halifax. Po historycznym Quebec City, chyba najważniejsze miasto-brama w historii rozwoju i powstawania Kanady. To stąd głównie, z wielkiej bazy kanadyjskiej Królewskiej Marynarki Wojennej płyneły główne konwoje żołnierzy i materiału wojennego na pomoc Europie w obu wielkich wojnach. A nie były to konwoje ani małe ani dla Europy i Anglii mało istotne. Nie jedna bitwa i nie jedna kampania strategiczna lub taktyczna nie zakończyłaby się tak, jak się zakończyła gdyby nie te konwoje i tysiące żołnierzy z farm kanadyjskich. Wśród tych żołnierzy byli bez wątpienia chłopcy polskiego pochodznia. Emigracja polska do Kanady to blisko 200 lat czasu. Od biedoty chłopskiej z Galicji Wschodniej, przez uciekinierów przegranych powstań narodowych, masy żołnierskiej po tragicznie wygranej-przegranej ostatniej wojnie, po czasy współczesne: emigrantów z Polski Ludowej i masy solidarnościowej. Poza tą ostatnią, wiekszość przybywała przez Halifax – główny kanadyjski port na Atlantyku. Ktoś kiedyś może poświęci kilka miesięcy żmudnych badań archiwów w słynnym Pier 21 i obliczy ileż tysiecy Polaków tutaj postawiło pierwszy krok na ziemi kanadyjskiej.
Naturalnie, Kanada to kraj emigrantów i Polacy nie byli ani jedynymi ani nawet nie najważniejszymi liczebnie w osadnictwie kanadyjskim. Ale byli grupą znaczącą. Ślady tego do dziś znaleźć można nie tylko w muzeach i archiwach statystycznych ale na codzień: w nazwach osad, miasteczek, gór, a nawet regionach (słynne Kaszuby w Ontario). Byli też Kanadzie potrzebni. Zaludnienie i zagospodarowanie kraju, który jest kontynentalnym olbrzymem bezwględnie przekraczało możliwości i Wielkiej Brytanii i Francji: kolonialnych rodziców dzisiejszej Kanady.
Dziś, jak każdy wysoko rozwinięty kraj, Kanada, podobnie jak Polska, potrzebuje stałego napływu emigracji z zewnatrz by nadążyć z dalszym rozwojem i normalnym funkcjonowaniem gospodarki. Tego procesu nie zmieni ani 500plus zlotówek ani 500plus dolarowe (nie, w Kanadzie nie ma tak bogatego programu, jak ten polski, bo nie jest krajem najwyraźniej aż tak zamożnym, jak Polska). Zresztą programy takie często te braki siły roboczej bardziej jeszcze uwypuklają, czego przykładem jest właśnie Polska, gdzie brakuje bardziej niż przed kilku laty rąk do pracy, gdyż całe rzesze młodych Polek i chyba Poaków też, woli spędzać czas w domu niż w nisko płatnej pracy I w dalszym ciagu (co, zważywszy domniemaną potęge gospodarczą Polski jest szokujące) trwa prawie identyczny rok-roczny exodus tysięcy Polaków do innych krajów, w tym do Kanady, w poszukiwaniu lepszego życia i zarobków. Ale nie o kłopotach demograficznych chciałem tu pisać. Chodzi o podejście do emigracji i emigrantów. Wiążące się z ekonomią bezwględnie. Ale też z podejściem od strony humanitarnej, czysto ludzkiej. Etycznej. Z podaniem ręki tym, którzy tej pomocy potrzebują. Często w tragicznych sytuacjach.
I Kanada nigdy tej ręki Polakom w chwilach ciężkich nie odmówiła. Za co olbrzymia wiekszość Kanadyjczyków polskiego pochodzenia jest temu kraju wdzięczna i odpłaca mu się wielokroć przez aktywne i produkcyjne uczestnictwo w życiu tego kraju. Nie odmówiła i nie odmawia masie innych narodowości. Nie odmówiła olbrzymiej pomocy dla dotknietych niewyobrażalną tragedią bezwględnej wojny Syryjczykom, Irakczykom, Abisynom, Somalijczykom. To właśnie zwrot w polityce emigracyjnej na jeszcze bardziej chojną i szybszą w początkach tragedii syryjskiej był jednym z ważniejszych momentów ostatnich wyborów kanadyjskich i zwycięstwa Justina Trudeau w walce o fotel premiera Kanady.
W pierwszym moim dziesięcioleciu życia w Kanadzie poznałem setki, dziarskich jeszcze wówczas, kombatantów polskich, byłych żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Wielu z nich zostało na całe życie moimi przyjaciółmi lub bliskimi znajomymi. Olbrzymia wiekszość przybyła do Kanady między 1946 a 1952 rokiem. Głównie statkami transportowymi właśnie do Halifaxu i stąd wyruszyła do Quebec, do Ontario, na prerie i aż nad wybrzeże Pacyfiku. Przybyli z kompanii wartowniczych w Niemczech po klęsce Hitlera, z obożow jenieckich i koncentracyjnych, z rozwiązywanych jednostek polskich w Anglii, Walii i Szkocji, gdzie dla nich nie było ani miejsca ani perspektywy (Wielka Brytania po 1945, w porównaniu do Kanady, była krajem ubóstwa i powszechnych braków) na przyszłość. Moja fala, solidarnościowa, przybywała już tysiącami nie na pokładach statków a samolotów, więc lądowalismy na ogól najpierw w Montrealu lub Toronto – najbliższych lotniskach z Europy i stamtąd dalej samolotami do końcowego miejsca przeznaczenia.
Ale symbolem emigracji do Kanady, tak jak słynny Pawilon Ceł i Emigracji w Nowym Jorku, był właśnie Pier 21 – Nadbrzeże 21 w Halifaxie. Tutaj z tobołkami, walizkami przechodzili wszystkie emigracyjne formalności emigranci. Dziś z tej oryginalnej funkcji nic de facto nie zostało. Przbijają tu do tegoż Nadbrzeża dalej statki – ale są to komfortowe wielkie pasażery wycieczkowe (cruise ships) pełne zagranicznych turystów.
Otwarte jest jednak muzeum-archiwum emigracji, gdzie nie jest jakąkolwiek rzadkością a raczej codziennością napotkać Kanadyjczyków, którzy przyjeżdżają tu szukać pierwszych śladów swoich dziadów i pradziadów w Kanadzie. Dowiedzieć się po częsci kim są. Bo emigranci-uchodżcy mają tą dziwną podobność wstydliwego przemilczania wobec swoich dzieci i wnuków faktów ze swojej przed-kanadyjskiej historii. Tak, jakby po cichu wstydzili się swoich niezawinionych nieszczęść, lub tego, że stara ojczyzna ich potraktowała po macoszemu. Zwłaszcza ci z niskim wykształceniem. Może przykro im mówić wykształconym dzieciom i wnukom, że nie chodzili do szkoły, lub chodzili ledwie 3-5 lat, że byli biedni lub prześladowani za religie, za orientację seksualną (od szeregu lat to jedna z kategorii, którą Kanada uznaja za podstawowe prawo człowieka i sponsoruje osoby prześladowane za to w swoich krajach), za pochodzenie etniczne (ciągle najczęstsza i najokrutniejsza w skutkach forma prześladowania).
Przed tym Muzeum znależć można kilka wzruszających pomników przypominających losy emigranckie. I wdzięczność Kanadzie ale i wdzieczność Kanady za to, że poświęcili resztę życia temu krajowi, że go tak niewspółmiernie wzbogacili.
Kilka tygodni temu, w związku ze 100-leciem Odzyskania Niepodległości Polski, Polacy z Halifax, we współpracy z Kongresem Polonii Kanadyjskiej okręgu Quebec, z Konsulem Honorowym RP w Atlnatyckiej Kanadzie, odsłonili pamiątkowy kamień i tablicę polskiej emigracji do Kanady. Wartym zaznaczenia jest fakt, że sam głaz/kamień przywieziony został do Halifaxu z Polski – jakby symbolicznie reprezentując tym drogę naszą, polskich Kanadyjczyków (lub kanadyjskich Polaków) od Macierzy do Kanady.
Obowiązki zawodowe nie pozwoliły mi wziąść w samej uroczystości udziału. Może i dobrze, bo ten kamień i tablica są słusznym ukłonem i potwierdzeniem naszej drogi emigracyjnej. Czym Kanada była dla nas i czym byliśmy i jesteśmy dla niej. A ja miałem takie dziwne uczucie, ktorego bym nie zaznaczyć tam nie potrafił. Uczucie wstydu za Polskę. I nie, nie za Polske mojej młodości – komunistyczną. Nie była wszak nią z własnej woli. A dlatego, że była i ja się właśnie w Kanadzie znalazłem. Z wolnej bym wówczas za nic nie wyjechał. Te uczucie wstydu miałem za Polskę współczesną. Wolną, niezależną.
Otóż Polacy, kraj emigrancki, jak mało który z europejskich, w okresie jako-takiego dobrobytu (w porównaniu do krajów biednych poza tzw. światem zachodnim) ekonomicznego, kraj wolności demokratycznych i obywatelskich – pozwolili na to by ich własny rząd wyparł się wcześniej przez Polskę podjętych zobowiązań i odmówił przyjęcia nawet najmniejszej ilości uchodźców z Syrii, którzy w panice uciekali ze swojej ojczyzny objętej płomieniami strasznej wojny domowej. Oglądając w telewizji i gazetach zdjęcia martwych dzieci syryjskich wypływające na brzegi Grecji i Włoch – zatrzasneliśmy przed nimi bramy. Nie mając na to jakichkolwiek twardych dowodów (bo niemożliwe takie mieć w tych sytuacjach) ale opierając się na logicznym prawdopodobieństwie można z przerażeniem się domyśleć, że dzięki takiej decyzji Polski nie jedno więcej dziecko zgineło, nie jedna kobieta była zgwałcona, być może nie jeden mężczyzna zamordowany lub ciężko okaleczony. I te myśli nie dawały i nie dają mi spokoju. I jako Polakowi i jako Kanadyjczykowi. A przede wszystkim, jako człowiekowi.
W ostrej walce politycznej spolaryzowanego i podzielonego do granic wytrzymałości społeczeństwa w Polsce można by wskazującym palcem pokazac na rząd, na prezydenta, na parlament, że to nie Polacy ale władza zachowała się okrutnie (i krótkowzrocznie). Ale można też , w pełnej świadomości tego, co mówimy, powiedzieć, że grzechy łatwo zwalać na innych, na tych przy władzy. Mimo wszystko jednak społeczeństwo, obywatele Polski na to władzy pozwolili. Więc odpowiedzialność za to spada też na całe społeczeństwo. W jakiś sposób, przez fakt, że Polska to też mój kraj, moja ojczyzna – spada ta odpowiedzialność i na mnie. Stąd wstyd za to tym większy. Mogę się wykazać i udowodnić, że przeciw temu protestowałem, że ostrzegałem przed takim wyborem. Ale może za mało, może za słabo? A przecież sam byłem uchodźcą w obozie kiedyś… Tak, jak olbrzymia wiekszość moich krajan w Kanadzie osiadłych, którzy tu się znaleźli, bo przed czymś uciekali, lub biegli ku lepszemu życiu dla siebie i swoich dzieci.
A tej chęci, tej gotowości pomocy nie znaleźlismy wobec tych, którzy po stokroć bardziej tego potrzebowali niż my. I stąd te uczucie wstydu.
A rząd i władza w Polsce? No cóz, tu słów nie znajduję. A te, które się cisną, do druku się nie nadają. Więc może dobrze, że na samej uroczystości być nie mogłem. Ostatecznie to był gest wdzięczności wobec Kanady i pokłon wobec generacji Polaków, którzy tu na przestrzeni dwóch wieków osiadali.
Byłem więc z własnej potrzeby dziś sam. Pamietałem jeszcze tych i znałem ich, którzy tu przybyli w latach nie tylko 30. ale i 20. ubiegłego wieku. Przyjaźniłem się blisko z tymi, którzy zdejmując polski mundur po Kampanii Wrześniowej, zakładali go zaraz ponownie we Francji, pod Tobrukiem, pod Narwikiem, szli przez Monte Cassino, przez Ardeny, by potem, bezdomni, znależć się w Kanadzie. Sam tu z plecakiem tylko przyjechałem. Kanady uczyłem sie przez radio od niezapomnianego Petera Gzowskiego w jego ‘Morningside’ na CBC, praprawnuku polskiego emigranta, Sir Casimira Gzowskiego. Więc im się poszedłem pokłonić. Ale to uczucie wstydu niosłem w sobie. Na koszulce miałem popularny w Polsce napis “KONSTYTUCJA“z wyróżnionymi słowami JA i TY. Ja i Ty to MY. Wszyscy Polacy musimy o dobre imię Kraju dbać. I zachowywać się jak ludzie. Zwłaszcza wobec tych, którzy oczekują naszej pomocy a możemy im jej udzielić.