Urban Mission Creek Park and a lake on high mountain in wilderness of Okanagan, BC.

Urban Mission Creek Park and a lake on high mountain in wilderness of Okanagan, BC.

Last two days two nice and very different treks. By land and by water. Friday by land, twelve kilometers through amazing Fall colours of Mission Creek Park following the shoreline of meandering and fast-moving creek, and on Saturday a drive Oyama through the snow- and ice-covered mountain to Oyama Lake. The temperature was still too high for the lake to freeze, there was hardly any wind, and kayaking was a nice adventure.

My perfect companions in Okanagan of kayaking – my cousin Lula and her friend Mike – made it a happy outing. For a lunch we ‘invaded’ a large, secluded and totally wild island, without any traces of human visits, made a little bit of clearing on the shore, gathered some dead wood, big rocks from the shoreline to construct a fireplace and had a lunch that tasted better than dinner in Maxime in Paris.

They will most likely return there during summer, so we spent some time arranging the rocks in the water to make a perfect natural harbor for two kayaks. Just a sleeping bag and voila – your private island in wilderness under the ceiling of bright stars!

Mission in Okanagan Valley – trees, sky and shoreline. – Gloria jesienna w Mission nad brzegiem jeziora Okanagan

Mission in Okanagan Valley – trees, sky and shoreline. – Gloria jesienna w Mission nad brzegiem jeziora Okanagan

Każdy dzień w tej zaczarowanej dolinie, każdy spacer, wschody i zachody słońca oszałamia furią kolorów i kształtów. A jesień to wulkan i lawa widoków zalewająca wzrok. Słów szkoda, bo i tak zbyt ubogie na opis. Więc zdjęcia pozostają tylko.

Kelowna the Queen of Okanagan Valley – Kelowna – Królowa Doliny Okanagan

Bogumił Pacak-Gamalski

(po polsku)

W zasadzie nie cała Kelowna, która (jak wiele kanadyjskich i amerykańskich miast) jest bardzo rozciągnięta olbrzymimi przedmieściami ciągnącymi się przez wiele kilometrów ale jej historyczne centrum – Downtown.

Historycznie ziemie te zasiedlone były narodami Silix lub inaczej Okinagan od blisko 10 000 lat. Europejscy osadnicy pokazali się tu bardzo późno, bo dopiero w drugiej połowie XIX wieku, a miasto inkorporowane ledwie w 1905 z 600 mieszkańcami. Współczesna Kelowna liczy ponad 140 tysięcy mieszkańców, a jej naturalne granice tworzą od północy jezioro Okanagan, od południa wzgórze Toovie i pasmo Black Mountains a od wschodu historyczne miasteczko Vernon, od zachodu rozległe farmy winorośli, jabłek i brzoskwiń.

Byłem tu wielokrotnie poczynając od połowy lat 80. ub. wieku, kiedy przyleciałem tu samolotem z Calgary na narty do resortu Black Mountain. Od l994 dość regularnie dojeżdżałem tu z Vancouveru. Obecna wizyta jest pierwsza od 2018 i zmiany są olbrzymie. Poza bardzo nielicznymi miejscami w Centrum – miasto uległo olbrzymim przeobrażeniom: w Centrum i bliskich dzielnicach gęstość zaludnienia, wieżowce kompletnie zmieniły jego charakter i widok. Musiałem się na nowo uczyć po tym centrum chodzić, bo poza ścisłym Nadbrzeżem – wszystko uległo zmianie. Zdjęcia poniżej właśnie z tego miejsca, a te powyżej to widok ze Wzgórz Toovie.

(in English)

In fact pictures here (except for the top showing showing entire city, as seen from Toovie Hills) are only from Downtown, historic center of Kelowna. It was established as a city in 1905 with 600 hundred inhabitants. Prior to that this land was inhabited for close to 10 000 years the the nations of Silix people (called also Okinagan people). Today’s Kelowna has undergone a major expansion and architectural face-lift in the last ten years. It hardly resembles a city I used to visit often a decade ago or so. High-rises and multitude of hotels, restaurants, vibrant cultural zone – changed the Downton core definitively. Here are some of the vistas.

Ckliwość i tkliwość to nie to samo

 Sentymentalna piosenka …

Gdy słyszymy dźwięki starej (na ogół) sentymentalnej piosenki, uśmiechamy się nieco ironicznie. Naturalnie znamy tą melodie, słyszeliśmy nasze mamy i bacie jak je nuciły z łezką, niczym koronkowy baldachim pod ich powieką.

W rozmowach między sobą z tą ironią mówiliśmy słuchając stare przeboje: to takie śmieszne i ckliwe. Aż dnia pewnego obudziliśmy się z rana, poszliśmy do łazienki i spojrzeliśmy w lustro. I krzyk: Boże kochany, toż ja wyglądam starzej od babci! I faktycznie nie tylko ‘wyglądamy’, ale jesteśmy starsi, bo babcia zmarła już wiele lat temu i umierając była młodsza od nas obecnych. Co się zdarza.

Tak samo podśmiewają się z nas nasze dzieci i wnuki obserwując jak słuchamy i sami podśpiewujemy piosenki Niemena, Borysa, Sobczyk, Krajewskiego, German czy wiecznie żywej Rodowicz. I falujemy niezbyt falująco niezbyt gibkimi biodrami. Oczywiście pociechą jest to, że doskonale wiemy (i nie mylimy się w tym), że ich ten sam los i ironiczne spojrzenia młodszych też czekają.

Aliści, nie ma herbaty bez liści. Ja veto zakładam. Nie starzeniu się ani mało elastycznym biodrom, ale nazwie, terminologii stosowanych do tych piosenek. Dużo bardzo starych szlagierów ani ckliwymi ani śmiesznymi nie jest.

Ot, szedłem wczoraj spacerem po krętej uliczce na wzgórzu nad miastem w Brytyjskiej Kolumbii. Jesień była iście z żurnala: złota i brązy, fiolety, ciemne karminy, chmury bajkowe ponad mną pozaczepiane rogami o szczyty wzgórz tej doliny pode mną. Chodziłem tą uliczką zdaje się ledwie dni kilka temu z Tobą…. W czasie ostatniej mojej tu, przed tegoroczną, wizyty. Oczywiście byliśmy razem. Prawie wszędzie jeździliśmy razem. I wspomnienie tego otworzyło nagle jakąś straszną pustkę, tak przeraźliwie smutną, mimo tego piękna wokół. Niespodziewanie, nie zastanawiając się, nie szukając nic w pamięci, mimowolnie omal najpierw powiedziałem na głos: już nigdy … a potem popłynęły słowa całego refrenu – nie usłyszę kochanych twych słów … do swych ust nie przytulę cię znów… na zawsze pozostaną dni smutku, dni mąk, nie oplecie pieszczotą mnie w krąg płomień twych rąk, już nigdy…Już nigdy! Jаk okrutnie dwa słowa te brzmią!

I nie było w tym nic ckliwego, nie czułem się jakoś sentymentalnie ani melodramatycznie. Tkliwość? Tak. Naturalnie, że tkliwość. Jakże by mogło być inaczej. Za miesiąc ledwie minie dwa lata, gdy moje życie w zasadzie straciło wszelki sens. Gdy w brutalnej walce przegrałem pojedynek ze Śmiercią, która wyrwała Cię z moich ramion. Okres mojej walki z rzeczywistością, krzyku i odrzucania tej rzeczywistości też minął. Po prawdzie rzeczywistość, jako-taka mało mnie dziś interesuje. Jest wokół, wiem. I co z tego, że jest? Niech sobie będzie, niewiele mamy sobie do zaoferowania.

A ten refren? Ten refren i ta piosenka mają. Mówi mi: ja wiem, nic ci nie tłumaczę, – ale wiem. Potwierdzam, że tak jest. A te słowa pan Włast, popularny wówczas tekściarz, napisał dla kompozytora pana Petersburskiego w 1930. Nuciły je moje babcie też w tamtym czasie, czyli kiedy były młodymi kobietami a nie babciami.

Ckliwości i mazgajstwa nie znoszę. Irytuje mnie. Ale nie tkliwość – tą szanuję i cenię. Jeśli zna się i rozumie inny styl opisu uczuć, z innej epoki, która była i nieco egzaltowana i nieco przerysowana – to tekst tego tanga brzmi całkiem współcześnie prawie. Zresztą, wszyscy używamy języka, który jest adekwatny do naszego stanu emocjonalnego. Wtedy jest autentyczny i szczery. Zaś prawdziwa tkliwość i czułość jest przymiotem, a nie wadą.

Ze spaceru wróciłem, odpaliłem kompa i z YouTube słuchałem mistrzowskie wykonanie Edyty Geppert starego tanga ‘Już nigdy’ … . [i]Szalik ciepłego, serdecznego smutku otulił mnie swym czułym, tkliwym ciepłem. Tkliwym, nie ckliwym.   


[i] Edyta Geppert – Już nigdy

Kayaking on chain of lakes in wilderness above Okanagan Valley – kajakiem przez jeziora w puszczy wysoko ponad doliną Okanagan

Kayaking on chain of lakes in wilderness above Okanagan Valley – kajakiem przez jeziora w puszczy wysoko ponad doliną Okanagan

Ze wschodniego końca Kelowny wyjeżdżamy w utwardzoną szosę Beaver Lake. Jadąc bez przerwy w górę mijamy malownicze pastwiska dla ranczerów dla ich bydła. Krówki i byczki spacerują leniwie lub po prostu leżą w słońcu. W dole rozległy widok na miasto i jezioro Okanagan. Kolory jesieni przepyszne. Co jakiś czas droga przecięta jest tzw. Texas Gate, czy li metalowymi rurami, które mają uniemożliwiać bydlęciu przechodzeniu na inne pastwiska lub w lasy. Nie zawsze się to widac udaje, bo wjeżdżając w te lasy spotkaliśmy kilka krówek spacerujących po obrzeżach kręcącej sie drogi. Teraz już tylko lasami do ośrodka nad jeziorem Dee, gdzie wynajmujemy drewniana daczę i odnosimy kajaki na brzeg. Od Dee naturalne wodne kanały łącza nas do kolejnych jezior: jeziora Island (faktycznie ma wyspę na środku), następnie Deer Lake, Crooked Lake – przy Crooked Lake robimy pełny lunch na naturalnej tamie-grobli, która oddziela go od jeziora Bobra (Beaver Lake). Zbieramy też troche maślaków które rosną na obrzeżach puszczy. Po lunchu powrót tymi samymi jeziorami do jeziora Dee i naszego noclegu. Inny świat wokół – rozległe puszcze, pełna cisza, ryby skaczące przy brzegu. Wielogodzinne wiosłowanie przy takiej pogodzie to przyjemność ogromna.

Zdjęcia poniżej własne i mojej kuzynki Luli (która w naszej daczy z tych maślaczków zrobiła świetne danie, a potem smażyliśmy kiełbaski na patykach nad ogniskiem).

In local Native tribes they call it: a place where the rivers meet. Or shortly – Calgary

Olympic Plazza in Calgary

Of all the cities of Canadian prerie provinces (Manitoba, Saskatchewan and Alberta) – Calgary is the best known and in many ways perhaps the most influential way (in both: good and bad ways). Many eons ago it used be my first Canadian home for almost a decade. And Calgary’s main walking and social promenade was Stephen Avenue Mall. Roughly speaking a district in the middle of the city, between City Hall and 6 Street S.W. Entertainment and commercial heart of Calgary. Not the only one (17 Avenue SW is also important ) but historically speaking the main one.

Hence my walk ‘down the memory lane’ with a dear friend. Apart from everything else it is a pivotal part of my entire life. Not only my Canadian life – but my whole life. It is where I met the love of my life, my soulmate.

That personal aspect will be explored in a more poetic language in my next post. Now, that walk through the Mall in September 2024.

Arabesca o Andre Ochodlo

Gdzieś w laskach pod Sopotem, sosnowych laskach na piaszczystej ziemi. Może koło Opery Leśnej, tańczę z uroczym Andre Ochodno. Tańczymy do żydowskiej melodii starej piosenki o sztetlu żydowskim w Bełzcu. Andre nuci z rozwianymi bujnymi włosami w jidysz: meine szetele Belz. Śpiewa i płacze. I ja płaczę scałowując jego łzy. Bo też mi żal strasznie i jego i tych sztetli w małych miasteczkach, tego harmideru na uliczkach z drewnianymi domkami, sklepikami, warsztatami krawców, szewców, rymarzy, sklepikami z mydłem i powidłem. Że nie ma synagog.

A może to nie było pod Sopotem, niedaleko teatru „Atelier”? Może to było nocą na uliczkach i w barach Vancouveru, gdzie go poznałem? Był młodziutki, delikatny. A ja byłem draniem. Romantycznym – ale draniem. I zamiast Andre wyciągnąłem Marka Rychtera, świetnego aktora charakterystycznego, który z Andre przyjechał na koncerty do Vancouveru.  Łaziliśmy od speluny do speluny przez całą noc, zabrałem go do świetnego baru w Royal Hotel na Granville, wówczas popularnego baru gejowskiego, gdzie były świetne koncerty wysokiej klasy queer queens parodiujących Lizę Minnelli, Marlenę Dietrich, Barbarę Streisand. Marek był zachwycony ich wysoka profesjonalnością i aktorstwem. Ktoś się do niego przystawiał, chciał kupować drinki. Śmiał się i nagle zwrócił się do mnie – dlaczego nie wziąłeś zamiast mnie Andre, mielibyście świetny czas, bo Andre jak ty jest też gejem. Spojrzałem z wyrzutem na niego: Andre jest za delikatny na takie chlanie od baru do baru. On jest subtelny, jego trzeba chronić przed łajdactwem.

A może powinienem, może Marek miał rację. Przecież nie musieliśmy łazić po barach. Zabrałbym go na długi spacer wzdłuż Zatoki Angielskiej i potem brzegami stawu na skraju Stanley Park. Może poszlibyśmy i do Parku w Alejkę Zakochanych. Może tam byśmy właśnie tańczyli smutne żydowskie tańce pod koronami tysiącletnich cedrów?  Czochrałbym palcami jego gęste włosy, opowiadał o żywej Krochmalnej w Warszawie, o uliczkach w Mińsku Mazowieckim pełnym sklepikarzy z brodami i pejsami, poprowadził ulicami dzielnicy żydowskiej w Wilnie prosto do domku mędrca Gaona. Kłamałbym, że to wszystko jest, albo wyczarowałbym, że by było naprawdę,

I o szarym świcie wracalibyśmy do domu pijani marzeniami. Objąłbym go czule ramieniem, otarł raz jeszcze smutne łzy. Ust bym nie całował, choć jakże nęciły. Może łajdakiem-zawadyjakiem byłem, ale byłem łajdakiem subtelnym, czułym. Nic prócz chwili dać mu nie mogłem, bo sam byłem zakochany po uszy w moim Chłopcu. A Andre romantyczny, smutny zasłużył na więcej niż przygodę. Więc byłem dobry, byłem spolegliwy a nie natrętny.

Sen-zjawa, spacer, którego nie było. Ale Marek miał rację. Powinienem go na ten spacer senno-nocny, magiczny zabrać. Na spacer uliczkami nieistniejącego świata, świata utraconego na zawsze. Może go jeszcze w Polsce zabiorę. Światy istniejące w wyobraźni, w marzeniach są zawsze, nie umierają, nie znikają. Warto je odwiedzać.   


post scriptum autora: tekst powyższy ma charakter specyficznej literackiej fikcji opartej w części na wydarzeniach faktycznych. Nie jest jakakolwiek próba outingu aktora Andre Ochodlo. Jest możliwe, że mi się tylko wydawało, że jest gejem, nie przypominam sobie bym go o to po prostu spytał. Jest też możliwe, że tak mogło się wydawać aktorowi Markowi Rychterowi. W moich późniejszych, po wielu latach rozmowach z Markiem Rychterem, dla którego miałem przygotować monolog (w konsekwencji tej obietnicy nie dokończyłem ze względów niezależnych ani ode mnie ani od Marka Rychtera) nigdy do tamtego spotkania ani tematu nie wracaliśmy.

Little Prides over the years

Little Prides over the years

Canadian Navy in Halifax Pride 2019

Everybody knows, took part in, watched or heard of the big Pride Marches: Montreal, Toronto, Vancouver in Canada; London in England, of course Amsterdam, Berlin, Sydney in Australia, New York with it’s Stonewall history, San Francisco, Warsaw in Poland. At the very beginning, before human rights prevailed, these Prides were simply a protest marches, a call: we are here and we are not going anywhere.

Hard to believe, but even among advanced democracies in the middle of Europe, there are stil protest marches. Case in point is my own city, Warsaw in Poland. Country that still denies the basic citizen’s rights of living in a state-recognized unions, couples of other than heterosexual orientation. Specially the incomprehensibly denial to raise children, to be legal parents as a couple. In 2024. Shame on the coalition of Donald Tusk governing coalition. Specifically the Polish Peasant Party and their disgusting leader Władysław Kosiniak-Kamysz. The same party that still denies Polish women any abortion rights. Again – in 2024! Mr. Kosinaik-Kamysz – there is no longer any peasants in Poland. It is 21 century, not a year 1921. The girls, who live in villages in Poland today are having abortions, too. These girls are not peasants, either. They just need to go across the border to any European neighbor state. And you Mr. Kosiniak live in a fantasy land, together with Polish catholic bishops.

I remember my first Pride March (although I can’t remember if it already was called ‘Pride March’, I don’t thing so – we still had a way to go for many rights). Must have been 1983 or 1984, in Calgary. It started on 7 Avenue Mall by the old City Hall and (at that time) Central Library. We were going to march through the entire most popular and busy Seventh Mall Avenue almost all the way to the next bridge on the 14 Street. To our surprise, there was a Police blocking further access to the Mall Avenue (most popular and always full of people) and redirecting as via Central Street to the Sixth Avenue, not as busy with onlookers and not very prominent (again – at that time).

How things have changed since, unbelievable. The world have changed and people changed. True – there are still homophobes. But that’s OK. Nature is strange. The cockroaches didn’t change over the millenia, either.

Since than I took part in many big truly Pride Marches. As onlooker and as a participant. Almost all (if not all) Vancouver’s wonderful marches. With my husband John, with my Mom, with friends. The last one I took part in was the 2019 huge Parade in Halifax. It was the first time that there was (from my experience, anyway) such a prominent presence of Canadian Armed Forces (specifically the huge contingent of Canadian Navy. I had a very pleasant and long chat with the Commodore of North Atlantic Fleet.) and very visible presence of, I think, all Christian Churches with their priests and deacons. That was very heartwarming.

But apart from the big cities and big Marches there were the little ones: in Surrey, BC (in Holland Park), in New Westminster along the Columbia Avenue. And in so many towns and smaller cities across our vast country. Here are some from Surrey. To the left with me is one of the leading organizer of Pride Day events in New West, Jeremy Perry.

The Holland Park activities in Surrey were more like a big family festyn then traditional March. A tradition was always to have some concert of singers, dancing groups on a big stage in front of the main waterfall. And definitely a good food choices. Atmosphere was just to be happy. Liked them a lot. Below are some pictures from 2014, 15 and 17.

Last picture is from this year Pride in Halifax. A dancing and singing boat of night revelers of Pride.