A history and future, youth and tradition – Dalhousie University in Halifax

A history and future, youth and tradition – Dalhousie University in Halifax

I have written here ( https://kanadyjskimonitor.blog/2023/07/28/dalhousie-university-in-halifax-an-overlooked-tourist-destination) once before about Dalhousie University. But it wasn’t until today that I really went for a long stroll through the sprawling campus of it. Immerse myself in its atmosphere, history, and future. And the vibrant feeling of youth among the throngs of young people laughing, running, walking. Some very serious in that almost funny seriousness of young age that is impertinent, arrogant, furious, determined. Others – worry-free. Glorious age. Hmm …. At times, I almost forgotten myself and felt like them for a moment. Not long enough to make a fool of myself, LOL. Age has its advantages that I always remember: aloofness and stiff upper lip. Like Lady Dowager Grantham from Dawnton Abbey – shrug your arms and march on.

October on less known and traveled beaches. Eastern Coast hidden gem in East Chezzetcook.

Just driving there is a pleasure. Taking Main Street, it becomes later Highway 107. It is such a nice drive, very picturesque alongside the huge Porters Lake. Just open your window, turn the music up to your favorite gigs and voila, enjoy! Pay attention to exit signs. You want the one to East Chezzetcook. Such a lovely community spread alongside the well-maintained road. Just don’t speed there please – people do live in these lovely houses. Almost none too ostentatious but nicely maintained. It takes a while, but don’t worry. Just take the road to the very end. When you can’t drive anymore – you have arrived. Only one big warning – do not take your map signs as a Bible and do not turn to something called “Conrod Beach”. It is not a beach – it is hell. Plain and simple. No joking. Don’t stray, stay on the road to the end. Depending on the time of day and the tide, I suggest you go as far as you can past the main stretch of beach and explore the long strip of sandy dune. You will need to go across a fast-moving water to get there. But it is worth the effort.

Esej o miłości. Jej nazwaniu i trwaniu.

Esej o miłości. Jej nazwaniu i trwaniu.

Blisko trzysta lat temu Vivaldi skomponował Koncert  na skrzypce i fortepian „Cztery pory roku”.  Wielokroć (ku zgorszeniu wielu, LOL) już pisałem, że muzyka baroku często a gęsto mnie nuży. Nie znoszę ‘od kropki do kropki’ w jakimkolwiek gatunku sztuki. Ale i w baroku są perełki czystej urody. Ten właśnie Koncert Vivaldiego zawsze lubiłem słuchać.  Ba, by się staremu nadwornemu kompozytorowi przypodobać napisałem kiedyś (dedykując jemu) cykl czterech wierszyków „Sezony”. Vivaldiemu zmarło się jednak  270 lat wcześniej i pociechy z mojego gestu wiele mieć nie mógł. Ale niech tam, w sztambuchu ‘ku pamięci’.

Z tego cyklu więc, stosownie do pory roku, wierszem o jesieni zapis dzisiejszy chcę zacząć. Całość była oczywiście o czterech porach roku, a opisałem je za pomocą zachowań i używania języka, jego funkcji, przymiotów – od liter poczynając, na pełnych zdaniach kończąc.  Całość pewnie ukazuje wykonanie pomysłu najlepiej ale tu ten o jesieni  musi wystarczyć.

Wiersz jesienny

Elegancja zwrotek kunsztownie nizanych,

samogłosek dojrzałych, pełnych, dźwięcznych.

Jak garnitur trzyczęściowy, z goździkiem w butonierce.

Kropki i przecinki w zdaniach sensem związanych,

siedzą na werandzie trzymając się za ręce.

Jeszcze ciepło, pięknie choć już smutno,

za ogrodem zmierzch, noc. Może jutro?

(01.12.2011)

Więc październik już. Jadę z Tobą na plażę mało uczęszczaną, mało znana, a przepiękną. W East Chezzetcook. Tak, tą samą od której zacząłem moje poszukiwania Ciebie i nas odkąd rana na tyle się zagoiła, że mogłem chodzić. O pływaniu jeszcze mowy nie było, ale brodzenia do kolan któż mógłby mi zabronić? Byłem tam wówczas chyba więcej niż dwukrotnie. Pisałem kolorowymi kamieniami mój poemat o nas. Jedno słowo, ale aż cztery litery. Cztery tylko, bo po angielsku, aby lokalne ptactwo wodne mogło przelatując odczytać. Następnego dnia fale zebrały moje kamyki w jeden kłębek. Może próbowały czytać a potem nie potrafiły w kolejność ułożyć? Nie wiem. Fakt, że palców fale nie mają.  To już tak zostawiłem. Jeździłem z moim krzesłem plażowym, więc mogłem odpoczywać, pisać inne, dłuższe listy do Ciebie.

Potem szukałem Cię na innych plażach, piaszczystych i kamienistych. Mogłem już w końcu pływać.  Nie pamiętam kiedy (mógłbym sprawdzić, bo zapisywałem nasze rozmowy), ale w końcu zrozumiałem Twoją niecierpliwość moich poszukiwań i przypomniałem sobie o obietnicy, jaką Ci złożyłem w te dni ostatnie, dni najgorsze. Że nie będziesz nigdy sam, że będę Twoim Domem. Do końca. Odtąd i ja przestałem jeździć sam.  Zaczęliśmy znowu jeździć razem.  I dzisiaj, na tą plażę właśnie w East Chezzetcook, środku nowoszkockiej Akadii, pojechaliśmy razem.  Pokazałem Ci w końcu, jak ona wygląda. Przed tym Okrutnym Dniem razem na niej nigdy nie byliśmy. Ani ja sam jej nie znałem.

Chwilkę, cofnijmy się nieco w czasie. Byliśmy  przecież obok. Jedna z pierwszych naszych wycieczek, pierwszej zimy w Nowej Szkocji, zawiodła nas do West Chezzetcook. Pamiętasz ten maleńki drewniany kościółek i ten uroczy cmentarzyk wiejski przed kościółkiem? Tą zamarzniętą, jak lodowisko łąkę, po której szliśmy trzymając się za ręce, by się nie wywrócić? A wszystko przez Twoją Ciotkę Teresę. To przecież ona, dystyngowana dama poprzedniej epoki, Theresa Cormier z Isles de la Madeleine podarowała mi ten poemat Longfellowa „Evengeline” o wygnaniu i wędrówce powrotnej francuskich Akadyjczyków z Nowej Szkocji do Luizjany.  Szukałem więc śladów Evangeliny. Osad akadyjskich.  To taki romantyczny poemat! Longfellow miał się trochę wzorować na Mickiewiczu, którego poezją był zafascynowany.  

Opisuje tragiczny dzień aresztowań francuskich Akadyjczyków.  Żołdacy brytyjscy przyjeżdżają do Gran-Pre.  Biedni farmerzy i rybacy muszą oddać ziemię, dobytek. Sami, aresztowani, będą zesłani do Luizjany. Evangelina biegnie do tłumu zebranych wypatrując ukochanego Gabriela. Nie zważa na ostrzeżenia ojca. Znajduje ukochanego, podbiega do niego, tuli głowę w jego ramię, gładzi twarz i szepcze przez łzy: ‘Gabierlu! Bądż dobrej nadziei! bo jeśli kochamy się wzajem nic zaprawdę nie może nam zaszkodzić , jakiekolwiek nieszczęścia by naszły![i]

Natomiast Ty sam podarowałeś mi już w pierwszych tygodniach naszej miłości kopię „The Ryme of the Ancient Mariner” S.T. Coleridge’a. Przepiękny poemat i talent poety o niebo lepszy niż Longfellow’a. Choć nie łatwo było mi go czytać. Ten cudowny a tak zupełnie inny od współczesnego (!) angielski nie jest aż tak prosty, LOL. To, zdaniem moim,  jedno z arcydzieł literatury angielskiej. Bohater poematu za zbrodnię zabicia albatrosa ukarany jest śmiercią załogi i wędrówką statku pchanego tam, gdzie niosły go fale morza, głodem i pragnieniem nieustannym (‘woda, woda wszędzie, a ni kropli do wypicia’). Gdy w końcu, u kresu życia, uratowany jest przez napotkany port – karą za jego zbrodnię jest wędrówka przez świat nieustanna i opowiadanie o tej zbrodni.  

Literatura, poezja zwłaszcza – wbrew temu, że często o poetach się wyrażam ironicznie, jako narcyzach  literatury – jest moim towarzyszem nieustannym. Nie zawsze chcianym i lubianym. Zdecydowanie nie ‘dodaje mi skrzydeł’, LOL.  Jeżeli już, to czasem ciężki powróz.  Bo wszystko już powiedziano, przed wszystkim ostrzeżono. I nic. Jakichkolwiek rezultatów pozytywno-edukacyjnych. Może faktycznie jesteśmy, jako gatunek, tępi po prostu.  Ale coś robić trzeba, więc niektórzy piszą.

Nowa Szkocja to wszędzie morze. Obojętnie gdzie i jak będziesz wędrować – prędzej czy później nad morzem wylądujesz. Kochana moja, nieżyjąca od lat Irenka Kropińska primo voto Pasławska, zacna krzewicielka kultury (zwłaszcza muzyki i literatury) i w Polsce i w Kanadzie, dała mi kiedyś tomik poezji swego przyjaciela z Polski, Lecha Jakóba, z napomnieniem bym koniecznie z nim w kontakt wszedł. Ale czasy się pomieszały bardzo szybko. Odeszła Irenka (do dni ostatnich przy niej byłem), potem Mama moja ciężko się rozchorowała. Zapomniałem o poecie z Koszalina, panu Jakóbie. I tak już zostało. Przeglądem teraz jego tom „Zielony Promień’.  No tak, w poezji – jeśli szukasz – wszystko możesz znaleźć. I znalazłem.  Ot, ten fragment wiersza ‘Morze inaczej’[ii]:

morze jest twoje zupełnie

gdy potrafisz o nim powiedzieć „ja”

ja jestem

lub też lepiej:

ja jestem morze

po którym pływają wszystkie

kutry świata

Wszystkie? No chyba jednak tak. Tylko takie znamy. Na moim też pływają wszystkie kutry świata. Tego świata i tego morza, które znam. Mojego świata. Słyszałem, ba! – wiem, że są inne. Ale cóż mi po nich i po kutrach, które na nich pływają?

Piaszczysta wąska wydma, która zawiodła mnie w East Chezzetcook dalej niż kiedykolwiek przedtem (był właśnie odpływ) powoli rozlała się w strumień, potem rzeczkę, w końcu płytką zatoczkę. Zebrałem wszystko w plecak, który ręką trzymałem powyżej pasa i znalazłem łachę piaskową otoczona zewsząd morskimi stawami połączonymi wartka morska rzeką z matką-oceanem.  Te ‘stawy’ to takie zbiorniki słonej wody, które w przypływie łączą się bardzo prędkimi i głębokimi ‘rzekami’ z Atlantykiem, a w odpływie zamieniają się w spokojne słone jeziora. Masa w nich krabów. I woda w nich nieco cieplejsza niż na otwartym oceanie.  Moja łacha piaskowa była dość wysoko położona i zalanie mi nie groziło przez kilka najbliższych godzin. Ale znalazłem się nagle na wyspie – z plecakiem, z notesem, telefonem, LOL. Plecak silny jednak, dobry zamek i dość nieprzemakalny brezent.  Wiedziałem, że w jakimś węższym miejscu przepłynę bez większej szkody dla zawartości. O kamerę ze stojakiem martwić się nie musiałem.  Od czasu, gdy porwały ją fale huraganu Lee, mimo mojej pieszczotliwej opieki, suszenia i czyszczenia – pomarło się bidulce na amen.  Trochę  żal, bo służyła mi dobrze.

John siedział obok cicho. Nie chciał nic mówić widać. Mogłem się tylko domyślać, co by powiedział, gdyby był tu fizycznie, poza byciem ze mną  we mnie.  Uśmiechnąłem się słodko, jak potrafiłem i rzekłem: przepraszam, ale nie martw się, ja sobie z Tobą i plecakiem poradzę. No wiesz, że ja lubię takie niespodzianki, przecież nie jesteśmy na jakiejś tratwie kilometry od brzegu. Uśmiechnął się tą swoja rozbrajającą dobrocią i tylko westchnął: eh, ty zawsze musisz jakąś przygodę wyszukać i cieszy cię to. Przyzwyczaiłem się do tego, no i lubię jak ciebie to cieszy. No i jak tego chłopaka nie kochać? Nie sposób.

Świetny poeta amerykański, Paul Monette wydał blisko dwadzieścia lat temu zbiór poezji „West Of Yesterday. East Of Summer”.  To było monumentalne dzieło poezji odpowiadające na tragedię iście grecką, jaka spotkała środowisko LGB (bo o tym w tej materii i czasach tylko mówimy) w dobie kryzysu AIDSa. Ta tragedia dotknęła jego też, stracił partnera, kochanka. Znany i głośny wówczas dramatopisarz, Larry Kramer napisał w recenzji: ‘to są przepiękne, druzgocące serce krzyki – takie piękno z takiego bólu i straty i agonii – i ja chcę aby każdy je usłyszał, każdy tchórzliwy bastard w Waszyngtonie, kto pomógł nam umierać, każdy na świecie, kto nie wie, że mężczyźni kochają mężczyzn majestatycznie, pięknie, heroicznie.’[iii]

W innej zupełnie sytuacji, bez tego strasznego tła, jakie nas przytłaczało w okrutnej dobie AIDS’a – ale jakże ten okrzyk bólu rozumiem po Stracie. Jak nic dać pocieszenia ani wytchnienia nie może.  Mój świat uległ podziałowi na dwie epoki: przed i po. Może nasza miłość (w porównaniu z tamtym okresem) nie sięgała poziomu heroizmu, ale była i majestatyczna i  piękna.

Z tegoż tomu przetłumaczyłem fragment wiersza ‘Przypisując pamięci’ (ze strony 3)[iv]:

Jeśli pływaliśmy to płynęliśmy

głęboko  w dół koralowych wież, gdzie

lawa miesza się z atramentem, aż dach

rafy stał się początkiem Atlantydy,

delfiny uwodząc zalotnie tańczyły.

A ja ciągle mojego wiersza nie potrafiłem skończyć. Bałem się, byłem tchórzliwy. Nie miałem odwagi przed jej – miłości – potęgą, majestatem. Nie brakło mi tej siły w pierwszych miesiącach po stracie. Czarna rozpacz była silniejsza od tchórzliwości wierszoklety. Słowa się przed nią uginały w pół, niczym szeregi wyzłoconych kamerdynerów, gdy przechadzał się przed nimi wersalskimi kolumnadami Król-Słońce.  Były moimi służkami tak się układającymi na kartce, jak tylko chciałem. Bez zajęknięcia, bez oporu. Potęga rozpaczy jest niepokonalna.  Teraz, gdy Cię odnalazłem na nowo wewnątrz siebie, gdym się do tej nowej niebytnej bytności przyzwyczaiłem – powrócił lek przed potęga słów. Buntują się, jak gawiedź paryska, gdy wprowadzono na szafot Obywatela Kapeta – stryjecznego praprawnuka Króla Słońce i prawnuka Króla Stanisława Leszczyńskiego. Więc poezja demokracji nie znosi. Tylko władza absolutna ma panowanie nad językiem. A rozpacz jest absolutna.

Pojechałem tam dziś ponownie.  Ni żywej duszy wokół. Tym razem nawet krzesło składane zabrałem. Wszystko na kark i głowę przymocowałem i między falami odnalazłem przejście, gdzie bez płynięcia mogłem na łachę-wyspę dojść. W te samo miejsce. Litery mego kamiennego napisu przetrwały, nie rozsypane tym razem, przez dwie noce i dzień.  Na nowo w notesie do walki ze słowami uparcie siadłem. Nie poddawałem się.  Wydałem wojnę Naturze i Czasowi . Tej wojny nikt wygrać nie może. Ale są sytuacje, gdy wiedząc o klęsce niechybnej – wojnę wydać trzeba. Może to jednak ten heroizm miłości mężczyzn do mężczyzn, o jakim pisał Kramer?  I nie wiem czy napisałem wiersz dobry, czy miłość w nim potrafiłem nazwać, opisać. Ale minął lęk przed słowami o naszej Miłości. Mój opis będzie najprawdziwszy, jedynie możliwym. Nawet Rozpacz zmuszona będzie do ugięcia kolan.

Bogdan Czaykowski był popularnym poetą polskim w Vancouverze.  Miał niesamowitą i obfitą łatwość pisania. Wiersz był jego chlebem powszednim. Nie wiem, czy go to nie męczyło czasem, ale z rozmów jakie z nim prowadziłem wynikało, że raczej odwrotnie. Pewnie tak było z Broniewskim, z Tuwimem, z Gałczyńskim.  Byli poetami, wszystko inne było drugorzędne, drugoplanowe.  W jednym z wierszy napisał [v]:

Gdy myśl przedsłowna przejdzie próbę słów,

wtedy nasłuchuj, co ci mówi myśl

posłowna.

I taką myślą otwórz oczy poza zmysł.

Zaniemów.

Wiec może jednak zaufać  mocy własnych słów?  Może ta obróbka słów na poetyckiej tokarce lub szlifierce czyni je prawomocnymi? Odpowiednimi. Prawdziwymi?

A może te cztery litery kamiennego słowa na piaskowej wydmie-wyspie są całym poematem? Skończonym w swej doskonałości. Ta myśl też mnie nie opuszczała. Wiec gdyby były – taszczyłem z drobnicy kamiennej większe głazy i zbudowałem mur obronny przed falami chroniące napis. Nic wieczności oceanu nie przetrwa, wiem. Ale chwilę choć. A chwila to moje całe życie, o więcej nie dbam w swym wierszowaniu.

 


Cóż jest miłość więc,

jaka recepta, jaka droga,

sonata ją pisze czy wiersz?

Słońce gorące czy wodna zorza?

U schyłku czy o świcie dnia

zawoła, ramię ci poda?

Bezsilna czy potężna będzie?

Czy ją rozpoznasz, gdy przyjdzie?

Młodość się pyta natarczywa,

niepewna i niecierpliwa.

(B. P-G, 01.10.23)

Jak mam opisać naszą miłość

by ją nie zmniejszyć tanią egzaltacją?

By słowa klękały przed nią ciche,

skromne, zleknione jej mocą.

Tu – na dzikiej plaży, z hukiem fal

oceanu wzburzonego jej pychą:

cóż im jej wielkość, gdy tak krucha?

Byliśmy, gdy ciebie tu nie było,

będziemy długo, gdy ślad twój

z piasku zniknie bezpowrotnie!

(B.P-G, 03.10.23)


[i] „The Song of Hiawatha and Other Poems”, H. W. Longfellow; wyd. Readers Digest Assoc, Montreal,1989 (s. 197)

[ii] „Zielony Promień. Wiersze wybrane.” Lech M. Jakób; Wyd. Aula (2003), Podkowa Leśna; s. 232

[iii] na obwolucie tomu poezji Paula Monette „West of Yesterday. East of Summer.” wyd. St. Martin’s Press, Nowy Jork, 1974

[iv] ibid

[v] „Wiatr z innej strony” B. Czaykowski; Wyd. Znak, Kraków, 1990, s.197 (z wiersza ‘Słopiewnie’, s.180)

Kolory i smak jesieni. Colours and mystique of Fall.

Jesień. Więcej chyba jej w poezji i sztuce ogólnie niż innych sezonów. Jest coś i ciepłego i smutnego jednocześnie w niej. Jest świadomość przemijania, odchodzenia, umierania. Jest chwilą na wspomnienia szałów wiosny i osiągnięć lata. Ma kolorów, cieni i blasków więcej niż pozostałe okresy roku.

Otwiera bramy do skończoności, do nietrwałości wszystkiego, co ludzkie, co naturalne, co fizyczne. Co żywe. I ta realizacja, to pogodzenie się z nieugiętym prawem nietrwałości, tymczasowości, nadaje jej jakiś specjalny charakter transcendentnego smutku, smutku z lekkim uśmiechem na ustach. Nie śmiechu, a uśmiechu właśnie.

Był taki onegdaj poeta niegłośny a dobry, Stefan Gołębiowski. Dziś mało kto go pewnie pamięta. A ja lubiłem jego wiersze: krótkie formy, najczęściej dziesięciozgłoskowe, czasem 5-cio. Były ciepłe w dotyku, nie hałaśliwe. Coś stwierdzały, coś opisywały, ale bez wyroku, bez oceny. Mało w nich było zachwytu nad własną erudycją, tak strasznie popularnego wśród polskich poetów ostatnich chyba 100 lat. Trochę był w tym podobny do pisania Szymborskiej.  Zdecydowanie był odwrotnością, zaprzeczeniem poetyki Barańczaka – poety kunsztem od niego o niebo wyższym, aliści przesiąkniętym takim parnasizmem i samozachwytem, e faktycznie w czołówce tych poetów polskich się znalazł.

Wiec tenże ‘mój’ skromny Gołębiowski tak sympatycznie ten rodzaj uśmiechu zarysował we fragmencie wiersza „Uśmiech”[i]:

Straciła nogi w powietrzu toczone

straciła dłoni światło różanopalce

—–\\——–

w konchach uszu sen zaprzepaścił świadomość

więc nic nie ocalało zapytał zgubiony uśmiech

morze westchnęło z niepamięci dobyty powstał

obłoczek piany i z konchy wychynął mięczak.

Więc rowerowo się na spotkanie z kolorami i widokami jesieni wybrałem. W miejsca, gdzie dawno już nie byłem. A gdzie z Johnem wspólnie chodzić lubiliśmy.

Ah, Fall … the mystique of the delicate fabric of fog rising from little lakes, and meadows.  Sad but in a resigned and almost sweet type of sadness. The sad smile of accepting fate. The vigor of Spring is gone, although still strong in our memory; the mundane and mature things of Summer are gone, too. Thank god for that.  Adulthood of summer of our life is too calculated, too measured. Too much of: but what if … . What if life happens?

Let it happen, then. Let it happen, enjoy the risks, the rewards, and the bitter failings.

Fall is so much more mature, so much more accepting and forgiving.  C’est la vie, mon cheri. The timid smile of understanding, perhaps even resignation. Melancholic. Invisible John slightly squeezing my arm, my bike – we walked.

Mona Lisa’s smile of da Vinci? Or the smile Canadian Indigenous poet, Sarain Stump put on one of her short poems[ii]:

Gotta be the best

at the ball game

and hunt something

——–//——–

put together a few wise words

in front of the elder ones

all because she smiled at me

and her father said

he ain’t gonna give her

to who’s not a man


[i] Utwory poetyckie” Stefan Gołębiowski; wyd. LSW, Warszawa, 1975

[ii] “There is my people sleeping” Sarain Stump, pub. Gray’s Publishing, Sidney, BC, 1974

Chateau Laurier or tent?

Stroll through the streets of Halifax. Could have been Vancouver, Toronto, or Montreal. The truth of it – it could have been any larger city in Canada.  Yes, architecture would have been different, street names and their layout, too.  Different parks and nature, maybe slightly an accent spoken by the majority. Maybe language altogether (Quebec, Arctic comes to mind).

It is such a vast country. Truly from ocean to ocean to ocean. And many mountain ranges, huge rivers. Traveled or visited most of it in the last forty years. I have seen it grow and expand in population in unprecedented numbers. Ever growing, ever more attractive, and open to thousands of new hopefuls from all over the globe. In a way – Canada is the envy of the world.

But with that important qualificator: in a way ….

It isn’t only the wide world that needs Canada. It is also Canada and Canadians that need the world, and it’s people. Who else does the cheap work in our country if not recent immigrants? Who else pays the salaries and otherwise makes up the budget of Canadian universities and university colleges if not foreign students? Yes – them. Not provincial or federal budgets. Recent studies revealed that the universities actually plan their budgets around the enormous fees they charge these students. It is their main source of income. How do they ensure that campuses and cities will house these students? They don’t.  It is not only a big business for universities. It is also a huge business for homeowners and renters, who rent their rooms or apartments to these students. three, four, five per room? Why not.  What were the words of the old movie “Cabaret”? O, yes: money, money, money!

Provinces and federal governments totally abandoned their responsibility for housing in Canada in the late 1970ies. All of a sudden the word ‘housing’ was renamed to ‘home ownership’.  And that is a huge change. Of course, it was and is a dream and goal of many young Canadians. But home ownership is also clearly the responsibility of private citizen, not of government. Yes, there were here and there a few tweaks in regulations to help save some bucks for people, who planned to build their dream home. To put away, let’s say – five or twenty thousand dollars in RSA or specially created savings accounts in banks.  Tax-exempt. Another miss moniker: they were not tax-exempt, they were simply tax deferred. Sooner or later you had to re-pay them back.  But in the meantime, the young taxpayer was happy because he had five or ten thousand dollars in the bank, that he could use to purchase the home. Who cares about later! Let’s buy us a home!  Totally obscured from the view and recognition were the families of poor Canadians, who couldn’t avail themselves of these ‘savings’. They were too busy paying the daily bills and rent for their apartments. Or scratching their heads about how they going to save a hundred or two hundred bucks for their child’s school trip next Saturday ….

It still worked somehow. Rents were expensive but were still manageable. Then suddenly something happened.  The bubble burst. It was not, as many tried to portray it, the result of COVID and disruption in business. The virus doesn’t give a hoot about the dollar and interest rates. Baloney. It had nothing to do with it. It was the result of simple mathematics, a simple economics. And greed. Greed of corporations, greed of existing homeowners, and creeping up rates of borrowing. All of a sudden an average or even small house (typical bungalow) in Vancouver or Toronto was not 300 000 dollars but 3000 000 dollars. The Condo was not 200 000 but 800 000. Older owners were happy. Their retirement worries were solved – they were millioners! Often with very small pockets of cash but sitting on huge investments.  New owners found themselves in a big crunch to pay the high mortgages. Two or three jobs were often not enough to pay for their dream.  But there is a solution: use our existing (although not paid off yet) home/condo as collateral and buy one more! Easy. Then we will rent it out for 50% more than the mortgage and this way it will help us with our original mortgage. Or even better: use it as an Airbnb.

In all of these unsustainable calculations the renters, people, who couldn’t or just gave up the unreachable dream of homeownership  – were left to their own devices. But the devices’ were no longer working. The system was broken. By wrong policies of all levels of all governments, by our own greed. 

We, Canadians (apart from homeownership) have one more dream and holly tradition: camping! In motorhomes, in relatively cheap motels. But most of all the holy grail of being Canadian: in tents on the shores of wild lakes, rivers, on the foothills of our majestic mountains, by wild beaches of our oceans.

That dream was not abandoned, not lost. It is well and very much alive. It even found new spaces to set-up a tent. Or tent community. In cities. In parks or downtown streets. From ocean to an ocean to an ocean.  What a majestic country and resourceful people we have!

Now, I know you could say angrily – why don’t they just find a job! These lazy bums! OK, you are right I suppose.  After all, I did and obviously you did too.  Wait a second though, it’s been a while since I applied for any job (had one my entire life) – but I seem to remember that when you apply you need a permanent address, phone number, even an account number as nobody pays cash anymore? Hmm. Ok, waiters, dishwashers, these simple, menial jobs for cash. But you can’t just show up unshaven, unwashed with layers of dirty clothes on your back for your interview on your first day of job, can you?  No, not in real life.

Suddenly governments, especially the federal government, noticed that huge problem. The wording even changed. It is no longer ‘homeownership’, now it is called simply ‘housing’. Yes – that is correct. Homeownership is a dream, hard to achieve but still possible. Housing is not a dream – it is a minimum necessity. It is a must to function in life. If you live in your own home – you have a housing. If you rent – you have a housing. If you live in a tent – you don’t.

Building non-profit or municipal rental properties is a must.  And taxpayer money should be spent only on solving this major problem. Expensive condos should be the worries of rich developers and people, who can afford to buy these condos.  Even those of you, who can afford expensive city condos (and I hope most of you can) – do you want to see from your balcony a row of tents under this balcony or in a nearby small city park?

When I came to Canada over forty years ago, I landed within weeks a job paying over 15 dollars an hour.  Rent for one bedroom in downtown was about $380. A nice two bedroom condo was between 50 000 and 60 000 dollars. A modest but comfortable 3 bedroom bungalow was 100 000 to 200 000 dollars. Today, forty years later, $15 an hour pay is not even legal minimum wage in many provinces. Just think of it. Something is terribly wrong with the picture. Unless you want the picture of Canada to be a tent of a homeless person.

 


My talks with John/Rozmowy z Johnem

Posłuchaj raz jeszcze, wytłumaczę Ci moje zmagania. I moje klęski emocjonalne, moją słabość.  To, że zapomniałem, że jestem Twoim Domem. Naszym Domem, że Ci to obiecałem i że tego ode mnie oczekiwałeś. Gdzieś tą pewność zagubiłem, gdzieś schyliłem plecy w jakimś bezgłośnym szlochu. Jeździłem po miejscach znajomych i nieznanych przedtem i szukałem Ciebie, wołałem Twoje imię. Tak, jakbyś odszedł. Wszędzie zabierałem ze sobą swój notes i te walki wewnętrzne opisałem.

Czas bym Ci złożył z nich sprawozdanie, bym te strony notesu otworzył.  I obietnicę na nowo podjął, w pełni zrozumiał. Czas na powrót do Domu z podróżowania. Domu, którym jestem ja i w którym Ty mieszkasz. Na zawsze.

                (Conrad Beach, 21.09.23) – Wszystko to jeden przeciągły krzyk. Jedno nieustanne wołanie, jak nieustanny szum fal.  Jak ich huk, gdy rozbijają się o brzeg, gdy załamują się pod własnym ciężarem w dzikiej kipieli białej piany. Może dlatego do tych opustoszałych o tej porze roku plaż jeżdżę. By z nimi krzyczeć, by niosły ten krzyk daleko, topiły w swych głębinach i zamykały go w leżącej na dnie ciężkiej kryształowej szkatule.

Piszę do Ciebie na mokrym piasku list-poemat w archaicznym języku, którego sam nie znam, ale przeczuwam.  Nadchodząca fala zbiera każdą literę, każdy znak runiczny i zabiera ten list. Zbiera delikatnie każde ziarnku piasku z każdej runy i niesie do swoich głębin. Może tam, w tej głębi największych rowów oceanów, na wielkich perlistych konchach siedzą wszyscy kochankowie i kochanki oczekujące na te listy.

                (Dollar Lake, 22.09.23) – Więc przyjechałem tu znowu w pogoni za Tobą. Tu zaczynałem moje poszukiwania Ciebie, moje ucieczki z domu. Ucieczki do nas, w nas. Za naszymi śladami, szczątkami rozmów, słów, uśmiechów, dotknięć. Miejsca ostatnie dłuższej wspólnej wycieczki kończącej nasza wielką podróż życia.

Las za plecami jest pełen swoich rozmów. Jakiś ptak z uporem coś zrzuca z gałęzi, coś rozdłubuje. Szuka pożywienia pod korą? Na budowanie gniazd wszak już za późno. Nadeszła jesień. Woda jest chłodna ale przyjemna.  Gładka jak powierzchnia lustra. Po grzywaczach szalonych fal oceanu dziwnie się jakoś pływa po takiej lustrzanej tafli.

Możliwe, że i ta podróż tu, nad to jezioro, jest moja ostatnią.  Tamta pierwsza, odbyta wspólnie, istnieje tylko w moim sercu, w mej pamięci. Czas oddać te jezioro, ten las, tę szosę do niego prowadzącą, innym kochankom.  Ich marzeniom, ich pocałunkom.  Jest piękna cisza, jesienne słońce chyli się ku zachodniej ścianie lasu, nawet lekki wiaterek ustał.  Jakby nie chcieli mi przeszkadzać, jakby umówili się: dajmy mu jeszcze chwilę, trochę czasu by się tych wspomnień nałykał.

my first return to the lake, in May, 2023

Czasu na odwiedziny i czasu na pożegnanie. Niech nastanie już ta cisza.

To think of it, You were my Canada. My entire life here. My love for this country was my love for You. I went to Halifax today for this last recorded on-paper talk with You.  At my favored spot in this city at the beginning of Coburg Street. In front of my favored church – St. Andrews United Church.

There are many reasons to like this spot: it is, in a way, an invisible border separating bustling and noisy Halifax of tourists and business from Halifax the quiet, the reflective. But it is also the church I have visited many times for musical concerts organized there. But above that there is one more thing, a small detail that I noticed and just love it.  The administrative annex of the church is a very busy and noisy some sort of school/childcare facility. There are always many kids coming and going, laughing, joking, saying hi and goodbye. The entrance to this school is always adorned with some rainbow symbols of the LGBTQ+ community.  What a most splendid idea! Remember? I showed it to You and You agreed. Introducing the kids to the reality, that love has no boundaries, that all are welcome and included. Just that visual effect is stronger and better than lectures could ever be.

That is why I came here to finish this letter to You. About our Canada, Canada You gave to me. Or Canada that made us.

Canada now is with me all the time. Your gift to me and Her gift to us. Wherever I go, She will go with me. She is part of me, like our love and You.

I will stop searching for You on the vast beaches in the majestic bosom of waves crashing on the shore. Stop looking for You on the tranquil trail and beach of Dollar Lake lost in the middle of an old forest. It is true – memories of us being there, are still there. But they are also inside my soul, imprinted there till the day I die.

I didn’t need to call Your name, You are not hiding in any of these places. You are within me. You are us, and I am us.

You once said: ‘wherever you are, there is my home’. I remembered it at the beginning of my immense grief. Over time that grief became so heavy, so strong, it started to overpower me. And I run to these places calling Your name, begging You to answer, to reveal Yourself.

But now it all came back. You are everywhere I go. At home, on my travels, my walks. You are my Canada. My true heimat. I can take it with me across any mountains and oceans. The entire world is that – our Canada. You have come back where You always belonged – to me. Let’s walk together the rest of the Journey, wherever it takes us.

from my last visit to the lake in late September 2023


White Clouds and white waves

Of many travels this late summer I decided that today, on first day of Autumn, I will create a portrait of meeting two opposite worlds: the sky and the sea. The Northern Atlantic is famous for huge waves. As they rush toward the shore they create a cascade of white foam, as to compete with the white clouds above them. Observing them takes you to another dimension, another wold, when you realize how unimportant, insignificant you are. Just a speck of sand on a beach. Not unlike the little insect you are observing, as it tries to conquer small distances across the sand dunes. It seems like an impossible task: as the tiny insect climbs the the sandy wall, the sand constantly moves from under its tiny legs and the insect falls down. It looks like a monumental struggle through Sahara or Gobi deserts.

But to the ocean and to the sky all of these struggles seem trivial. It has been here before the man and before the insect. Probably will be here once we are gone again.

Po awangardzie – ariegarda huraganu Lee

Na spotkanie z falami nadchodzącego Lee pojechałem na kamienistą plażę w Lawrencetown. Potem przez noc i dwa dni trzymałem szyby w domu, by nie poleciały, jak liście z sąsiednich drzew (niektóre leciały razem z gałęziami, LOL).

Ale, jak tylko gałęzie przestały fruwać pojechałem zobaczyć zniszczenia na moich ukochanych plażach. Tym razem dalej, szosą nr.10 do bajecznie długiej, piaszczystej plaży Martinique. Nie , nie na Martynice karaibskiej. Na tej w Nowej Szkocji. Koło Musquodoboit Harbour. Wiatry nie szalały, ale fale i ocean – tak. Z pływaniem było podobnie, jak w Lawrencetown: krótkie momenty nurkowania w nadchodzącą spienioną scianę wody i to wszystko. Za to często. Spacerowiczów po plaży było sporo, chyba głównie lokalnych, którzy przyjechali zobaczyc, jak wygląda po tym sztormie. Kilka osób wchodziło do pól-łydki na spacer. Ale poza mną nikt nie pływał. Chyba mądrze (mądrzejsi widać ode mnie, co nie jest zbyt wielkim osiągnięciem). Natomiast i tym razem była grupka surferów w kombinezonach, z deskami. Ci baraszkowali w tej pianie nieźle.

Wjazd był zamknięty (Martinique Beach jest bardzo duża i ma szereg parkingów) ze wzgledu na zniszczenia miejsc parkingowych, więc parkowałem na drodze dojazdowej, a reszta per pedes. Od razu widziałem poważne szkody. Kamienie, które ciężko by było podnieść, zawaliły ścieżki, drogi, na obrzeżach lasku za plażą. Wszędzie, gdzie woda i fale kilkunastometrowe znalazły dojście. A znalazły wszędzie. Sama plaża poszerzyła się o dobrych kilka metrów – kosztem spustoszenia, jakie fale zrobiły wydmom. Przypuszczam, że 3-4 metry wydm znikneło. Zabierze lata by może coś odzyskały. Zmiany klimatyczne raczej nie rokują takiej możliwości kilkuletniego spokoju. Wszystkie drewniane pomosty z plaży przez wydmy do parkingów – rozniesione lub poważnie uszkodzone.

SPOTKANIE Z ‘PRZEDNIĄ STRAŻĄ’ HURAGANU LEE

Wybrałem się wczoraj po południu w stronę kamienistej plaży w Lawrencetown oferującej otwarte, nie skryte w zatokach, wejście do oceanu. Zdecydowałem zrobić to dziś niż ryzykować jazdę szosą, która wije się bez przerwy wzdłuż wybrzeża i dziś może być miejscami zalana. Dodatkowym i pewnie pewniejszym ryzykiem może być niefortunne ‘spotkanie’ z fruwającą gałęzią lub konarem drzewa, a szosa 207 prowadzi bez przerwy wzdłuż ściany lasu. Huraganowe fale są zawsze dużo wcześniej, posuwając się szybciej niż skłębiona masa prądów powietrza.

Na plaży było raczej pusto, ale na drewnianych schodach prowadzącej do niej stały grupki ludzi obserwujące szalony taniec morza. Zszedłem powoli ze swoim plecakiem i statywem na brzeg. Nie było silnego wiatru, temperatura powietrza dość niska, tylko 15 Celsjusza. Ale niesamowita, gęsta wilgotność nie była zimna, a raczej, jak ciepła kołderka. Zrobiłem kilkanaście zdjęć, ustawiłem statyw mocując go dość solidnie w ciężkim piasku kilkanaście metrów od linii, gdzie widać było wyraźnie ostatnia linię fale. Nikt się nie kąpał, ale spostrzegłem niedaleko dwóch surferów w swoich czarnych kombinezonach szykujących się z deskami do tańca z oceanem. Więc cóż robić? Morze i pływanie kocham. ‘Na oko’ fale nie były wieksze niż 7 do może 12-15 metrów niektóre. Zdecydowanie nie była to jakaś masywna wielka ściana wody. W tak dużym sztormie jeszcze nie pływałem chyba. Więc siup. Z ostrożnościa i szacunkiem wobec oceanu. Zabrało trochę czasu z orientowaniem się jaką stroną ciała mam się do fal ustawiać. Odniosłem wrażenie, że najbezpieczniej wybrać głębokość gdzieś do połowy ciała (normalnie nawet w dużych – ale nie takich jak dziś – nie zaczynam pływać póki woda nie sięga przynajmniej klatki piersiowej). Na zbyt płytkiej nie chciałem, bo zauważyłem, że uderzające mnie po nogach kamienie pędzone przez wracające fale nie były kamykami. Miały wielkość dobrej pięści i wolałem głową się z nimi nie spotykać. Ważne było by utrzymać pozycję stojącą i o ile możliwe zawsze bokiem, by opór ciała był minimalny. Inaczej i fale nadpływająca i powracająca zwalały cię z nóg. No i mogłaby zanieść za daleko, a nie wierzyłem sobie, że miałbym wystarczającą umiejetność i siłę by dać radę przebić się z powrotem do płytkiej wody. Udało mi się kilkanaście razy ,dosiąść’ samotnej wiekszej fali i na jej spienionym białą pianą grzbiecie przepłynąć z nią kilka -kilkanaście (?) metrów. O innym pływaniu mowy być nie mogło. Ale te sprawiło mi wielka radość. I porzyjemność. Naturalnie woda miała temperaturę tropikalną, przyjemną. W zimnej do szpiku kości topić bym się nie chciał. Nie lubię niewygód i jestem trochę sabarytą, LOL.

Wracając do brzegu widziałem z daleka coś wołająca do mnie parę. Naturalnie w huku fal ani słowa nie słyszałem. Stali przy moim plecaku. Poczekali aż wygramoliłem się na brzeg i wyjaśnili, że jedna z fal wypłyneła dużo dalej i zabrała plecak i statyw. Byli bardzo blisko więc podbiegli wyciągnąć z wody i odnieśli na kamienie. Podziękowałem serdecznie – bo w plecaku naturalnie były moje kluczyki do samochodu, LOL. Plecak miałem zamkniety na suwaki i materał jest dość solidnie nieprzemakalny. Więc nic w nim nia zamokło i Iphone też był suchy. Kamera jednak znaku życia dać nie chciała. Ciagle leży teraz na łożku cała otwarta i może wilgoć z niej wyjdzie. Ale zdaje się biedaczka wyzionęła ducha. Szkoda, bo służyła mi nieźle. No, ale co widziała, to widziała. Więc życie miała ciekawe. Od Pacyfiku, jego zachodów i wschodów słońca, wysepek, przez Góry Skaliste , ich doliny i szczyty, po podróż przez całą Kanade, aż do wybrzeża atlantyckiego i tutejszych tras.

A tych dwóch facetów z deskami większego szczęścia na dłuższe szybowanie na falach też nie miało, LOL. Co udało im się biedakom stanąć na desce, to jeszcze szybciej byli z niej zwalani. Podejrzewam, że nie tyle z braku umijętności ile z faktu, że fale pędziły bardzo gęsto jedna za drugą i ‘przewalały się’ w bardzo różnych odległościach od brzegu. No i ten bardzo silny prąd od brzegu też pewnie im to utrudniał. Ale na pewno mieli też radość i uciechę. Zaskoczony byłem jak silnie przebijało się słońce mimo bardzo gęstej powłoki chmur. Gdy wyjeżdżałem nie było jeszcze bardzo późno. Ale młodzi strażnicy już nikogo na parking nie wpuszczali i zamykali szlabany na kłódkę. Pewnie rozsądnie.