To takie proste. Dlatego niezwykłe.

Link do moich Rozmów z Johnem

Ciągle, nieustannie. Cóż  słowa te mogą oznaczać? Ileż w nich prawdy ale i ile po prostu chciejstwa, zwykłej ludzkiej potrzeby uciekania od rzeczywistości, od świata rzeczy materialnych, dotykalnych, widocznych?

Jesteś ze mną. I nie ma Cię jednocześnie. Czuje Cię, ale nie mogę Cię dotknąć. Rozmawiam, ale nie odpowiadasz.

Może to jest jakoś tak, że część tylko Twoja została i tą część noszę w sobie.  A jakaś część odeszła, znikła bezpowrotnie?

Pojęcia nie mam. Która jest większa, ważniejsza. Może są takie same? Może to bez znaczenia. Jesteś, jak niebo w które patrzę siedząc na ‘moich Kamieniach’ nad zatoką. Zachmurzone pierwszą warstwą ciężkich, granatowych chmur. Ale to przecież nie całe niebo, nie kompletne. Nie cały Kosmos. Co raz wiatr przenosi układy tych niskich chmur, robi się przerwa i widzisz w nich jasno-błękitne koszulki bialutkich, jak przebiśnieg chmurek.

Panta rhei – tak, płynie, zmienia się. Ale ta rzeka, którą znamy, jest tylko tą z tego momentu właśnie gdyśmy się nad nią pochylili, zanurzyli w niej. Dla nas jest więc wieczna, nieprzemijająca. O tej innej, zmiennej, wiemy tylko, że jest też gdzieś, zgadzamy się z jej istnieniem, ale po prawdzie jest nam ona niepotrzebna.

Może jutro pójdę na spacer ulicami Halifaksu, którymi chodziliśmy razem. Może do miejsc Twojej pracy: do Cytadeli, do serdecznej w pamięci elewacji budynku Berkeley na ulicy Gladstone. Serdeczna i bezinteresownie szczera troska jego mieszkańców o Ciebie, ich wdzięczność za Twój specjalny sposób udawadniania im, jak oni są wyjątkowi, specjalni i niezbędni w samym fakcie istnienia. Ta troska, ta serdeczność i ciepło tych nieznanych mi ludzi były mi bardzo potrzebne.  Widocznie rozmawiałeś z nimi o mnie też, bo nagle przynosiłeś dla mnie wycinki z gazet, programów o ciekawych wydarzeniach muzycznych w mieście i okolicy, o koncertach, spektaklach teatralnych.  Z dopiskiem odręcznym:  ‘important information for Bogumil, I hope you find it interesting’. Od kobiety, której nigdy nie widziałem na oczy. Czasem zdarzył się słoiczek konfitur truskawkowych lub jagodowych … . Ileż w tym było ciepła. Dzięki temu, że byłeś tym, kim byłeś.

Więc jest ‘jutro’ – pojechałem do Halifaksu naszymi śladami. I naturalnie, że powinienem się tego spodziewać – naprawdę nie lubiłeś fotografowania się.  Więc musiałeś jakoś zmusić mnie do pośpiesznego wyjazdu na ten spacer po Halifaksie i wykorzystując mój pośpiech ‘zapodziałeś’ gdzieś mój telefon, którego w tym pośpiechu oczywiście nie zauważyłem, że nie mam.  Tak więc zdjęć – jak chciałeś – z tego spaceru nie będzie.

Ale byłem, chodziłem do miejsc Twoich pod Cytadelę, pod Berkeley. A jakże mógłbym nie pójść do Public Gardens? Poszedłem. Tu lubiłeś ze mną na spacery chodzić. Siedzę więc tu teraz, w tym parku. Tuż pod tą fontanną z królową Wiktorią zbudowaną na jej Diamentowe królowanie. Tak, masz rację, faktycznie wygląda dużo uroczej w pełnej zimie, gdy otacza ją cicha, puszysta jak biały gronostaj, pierzynka śniegu.

Podaj rękę, choć pójdziemy powoli dalej. Może nad staw? Nigdzie już się śpieszyć nie musimy.  Doskonale wiesz, że do pozowania do zdjęć dziś Cię zmusić nie mogę. Aha! Sam się uśmiechasz zadowolony. Do mnie.  Tym Twoim uśmiechem  czystej, bezbronnej miłości.

Wracam do samochodu.  Zapamiętałem nazwę uliczki, gdzie zaparkowałem: Cedar Street. Cała dzielnica małych domków  ma takie same, podobne do siebie. Więc zapamiętałem tą nazwę, by nie błądzić wracając z parku.  Idę chodnikiem i patrzę tylko na lewa stronę, bacząc by nie minąć tej ulicy Cedar, nie zwracając uwagi na okolicę. Patrzę trochę w zamyśleniu na płyty chodnika. Nagle zatrzymał mnie czarny napis na jednej z kolejnych płyt. Krótki, wyraźny: Goodbye. Podnoszę wzrok i widzę tabliczkę z nazwa ulicy – Cedar Street. Rozglądam się i uprzytamniam sobie, gdzie jestem.  Uliczka Cedar biegnie spod wielkiej z czerwonej cegły  bryły szpitala.  Wszystko sobie przypominam, poznaję widok, budynki. Właśnie na tej uliczce zostawiałem zaparkowany zielony KIA Soul. Twój samochód, którym przyjechałem za karetką. Stał na tej ulicy przez trzy dni i dwie noce. A ja w te dni i te noce musiałem się z Tobą żegnać.  Musiałem pozwolić im przypinać różne urządzenia do Twego ciała, poprawiać wielkość dawek różnych płynów, leków. Starałem się usuwać na bok by im nie przeszkadzać. Byli nadzwyczajnej dobroci i czułości. Kilka razy udało im się skłonić mnie do położenia na jakiejś kanapie w pokoiku obok. Wracałem po dziesięciu minutach. Nawet, gdy racjonalnie już wiedziałem. Gdy poprosiło mnie dwóch lekarzy w pewnym momencie na rozmowę. Taką, gdy się mówi, że medycyna nic już zrobić nie może. I czy się zgadzam na … . Powiedziałem, że tak. Nie mogłem patrzeć na męki Twego zmęczonego ciała. Mojego ciała. Ciebie.  Ale, że jeszcze nie, nie dopóki nie będę miał rozmowy z Tobą. I położyłem się obok Ciebie na skraju tego szpitalnego łóżka, pielęgniarka zasłoniła kotary. Całowałem Cię najczulej, jak mogłem. Każdy fragment Twego pięknego ciała, Twojej twarzy, oczu, rąk, nóg. I opowiedziałem Ci cała długą historie naszego życia. Od pierwszego dnia poznania, od wycieczek w Kanaskis Country, do Gór Skalistych, mieszkania w Bragg Creek, w Calgary, podróży przez te góry nad brzeg Pacyfiku, gdzie mieliśmy długie i piękne lata, wyjazdu do Europy, wyjazdów do USA. Naszych podróży. Aż do tej długiej bardzo, przez cały kontynent tutaj. Do Halifaksu.

Wszystko to było nieopisanie piękną  i długą przygodą. Zawsze lubiłem podróżować. Nigdy nie myślałem, że dzięki Tobie przeżyję taką.  Jak jakiś długi film mistrzów ekranu, jak powieść najwspanialszych pisarzy, poemat boskiego poety. Śpisz teraz. A ja nocami rozpamiętuję nasz długi sen. Argonautów o Kolchidzie, spacery dusz orfickich, wędrówki Rumiego z Szamsem. Nie, nie ma w tym boskości ni cech nadprzyrodzonych. Przeciwnie – jest to nad wyraz proste, człowiecze. Nasza odwieczna tęsknota do drugiego.  Nie spotkałem Cię ani na Olimpie lub Parnasie, nie wędrowałem do Araratu lub Tybetu. Po prostu pewnego dnia, z wieczora, poszedłem na drinka do pewnego baru, dwa kroki od rzeki Bow w Calgary. Okazało się, że i Ty wpadłeś na ten sam pomysł, miałeś tą samą zachciankę. Ot, i cały ‘cud’.  Przypadkowy zbieg okoliczności. Równie dobrze tak Ty, jak i ja mogliśmy w ostatnim momencie zmienić plan, pójść do innego baru, lub zrezygnować z drinka. Byłem szczęściarzem, nie zmieniliśmy.

Chasing the sunset on the bridge

It was a lazy Sunday. Felt tired from previous trips and walks. Summer was slowly dying and so was the day. The bridge in question was Angus Macdonald Bridge connecting Halifax and Dartmouth. Almost 1.5 km in length. And this summer the bridge was closed to traffic during weekends. Hurray. It could be very noisy with the traffic. They left the bike/pedestrian walkway open. Walking stick in one hand, phone in the other (the phone, of course, was the camera), and voila. Caught the sun and its changing, orgiastic and shameless display in the lense.

Z kamerą w plecaku

Wielogodzinna trasa biorąca początek od łagodnej ścieżki wzdłuż plaż Crystal Crescent. Przy ostatniej z tych plaż (naturalistów) wchodzi stromo w górę na wysokie skały wybrzeża atlantyckiego. Cały półwysep od Sambro do Tanner’s Point wymaga niezłej zaprawy i umiejętności poruszania się po głazach, kamieniach i bardzo wąskiej ścieżki często skrytej w gęstej roślinności. W dni po deszczach ścieżka zamienia się w błotny strumień i śliską maź. Taka była tego dnia, więc starałem się iść skałami. Jako, że głazy są spore, warto sprawdzić stopą czy nie jest ruchomy, bo i skręcić nogę łatwo lub i gorzej. A tam prócz helikoptera, inaczej medyk się nie dostanie. Wybierałem głazy nie mniejsze niż na oko 200-300 kilogramów. Wydają się solidniejsze.

Z Tanners Point rozlega się szeroka panorama na kolejne zatoki, wybrzeże i wyspy: od West Pennant, do Terrence Bay i dalej w kierunku Peggy’s Cove. Rzadkością jest w ostatnich 2-3 kilometrach spotkać kogokolwiek innego i być przygotowanym na 6-7 godzinną (licząc powrót) wycieczkę. I dobre obuwie.

Szlachetność rozmazana we mgle

Niebo i ziemia. Szlachetność arystokratyczna i szlachetność przedmieść. Wszystko niczym nić Ariadny połączone, nanizane na długi sznur radości młodzieńczej i tęsknoty starości. Mgły i kropelki mgielnego niby-deszczu okrywającego zatokę, porty, mosty. Mosty znikąd do nigdzie.  Jak straszny krzyk żalu, jak jęknięcie nadziei. Niespodziewane oczarowania życiem. I zmęczenie nim, rezygnacja.

Przeszłość, jak kotwica nie pozwalająca ci wyruszyć żaglówką ku przygodom otwartego oceanu. I kotwica przeżarta rdzą, z wyłamanymi ramionami, znaleziona na jakiejś dzikiej plaży – niepotrzebna, bezużyteczna. Jak kotwice Leonarda Cohena, którego polsko-litewskie pochodzenie do niczego – prócz solidnego osadzenia w tradycji żydowskiej – nie przywiązywało, wpływu na życie i twórczość nie miało. 

Dziad z Wilna, matka z Wołkowyska. Matka , która jeszcze śpiewała w Montrealu  zapamiętane z dzieciństwa piosenki w jidysz i po rosyjsku. Ale po rosyjsku, nie po polsku. A przecież Wołkowysk od prastarych czasów w granicach Rzeczpospolitej…  .  Owszem, Cohen przeżył pewien moment wzruszenia i szeptu przeszłości podczas wizyty w Polsce w 1980. Zasłaniając się ‘apolitycznością’ odmówił jednak spotkania na scenie z Wałęsą [i]. Cohen, który lubował się w szokowaniu słuchacza i czytelnika nagą erotyką graniczącą czasami z pornografią.  ‘Apolityczność’ wielkiego barda ballady kanadyjskiej zależała jednak widać od miejsca pobytu, wywiadu, koncertu. Szlachetność przedmieść?  Nie zwróciłbym na to żadnej uwagi, gdyby nie fakt, że w krótkim czasie po turze europejskiej, z daleka od łapki sowieckiej, na koncercie w Bostonie zadedykował swój utwór „The Partisan” Solidarności w Polsce. I wilk syty i mysz cała? Moja ulubiona riposta na to znane powiedzenie brzmi: wilk i owszem – syty, ale po myszy ślad zaginął.  Wielkość miesza się z małością.  Humanum est … .

To tylko akapit, cień człowieka i jego kruchości. Bo mój Cohen jest wspaniały i uwielbiany. Mój Cohen tańczący mnie i moja duszę do utraty tchu. Do końca. Jest też człowiekiem – kruchym wbrew noszonym zbrojom. Hallelu-u-u-uja! Panie mój, Panie Zielonooki – każdemu po trochu, i kurwie i Bogu. I Cohen przyklaszcze i Villon radośnie zapłacze. Żadnej piosenki-wiersza nie pisał tak długo. Stale nowe wersje, nowe ujęcie. I uniesienie religijne w żydowskim mistycyzmie i chuć natrętna starzejącego się mężczyzny. Prawie zawsze do kobiet wiele lat młodszych, często dekad. Czy ta chuć była obrzydliwa? Dlaczego?  Dla kogo?  Czy ze wstrętem się oddawały rozkoszom sławy, pieniędzy czy też w głębokim oddechu, wygiętym niczym kark napiętego łuku biblijnego myśliwego, wyrzucały przez zęby: halleluja?!

Dlaczego Janis Joplin, tragiczna muza schyłku lat hippisowskich, weszła nad ranem do tej samej windy hotelu cyganerii artystycznej Nowego Jorku, w której był już Cohen? Chelsea Hotel. Więc tam się spotkali, w tej windzie. Nie znali się. Z windy poszli prosto do pokoju 424 i wiedzieli, że resztę nocy spędzą nie dyskutując o muzyce ani poezji. Rok był 1968. Cohen miał 33 lata. A w przeciwieństwie do Balzakowskiego Paryża – hippisowska mantra nie pozwalała ufać nikomu (zwłaszcza mężczyźnie) powyżej lat 30. Joplin miała 25 lat. Więc Cohen powinien być dla niej dinozaurem. Dwa lata później Janis zmarła w Hollywood skutkiem silnego przedawkowania narkotycznego. A Leonard wykorzystał noc do skomponowania utworu ‘Chelsea Hotel No 2”[ii].   

Dwie dekady wstecz. Czas epoki innej. Może zaściankowo-purytańskiej? Literatura zaś wielka. Czas na kurwy i na chłopaków lat Witold Gombrowicza. I zapisuje je skrzętnie, wszystkie prawie zapamiętane przygody w ‘Kronosie’[iii], najdziwniejszym chyba dzienniku-pamiętniku światowej literatury. Bawiło mnie i męczyło jednocześnie strasznie czytanie tych zapisków. Podrywanie chłopców argentyńskich w dzielnicach portowych, przedmieściach szemranych. Obok pisanych eleganckich i bardzo par excellence literackich„Dziennikach”. Jakby gwizdał na to wszystko i śmiał się: no tak – Focault i Nobel i Paryż i Berlin intelektualne. Ale dupcie argentyńskich żulików to dopiero cymes! Ale nie gwizdał na ten blichtr światka literackiego i sławy jednak. Przeciwnie – bardzo o niego zabiegał, walczył. Gombrowicz był seksualistą doskonałym. Nie określałbym bym go nawet biseksualistą, ani homo, ani hetero. Po prostu lubił tą ‘robotę. Z kimkolwiek. Żywemu nie przepuścił. Miał szczęście chyba urodzić się w swojej epoce.  Mężczyzna czterdziesto i pięćdziesięcioletni zdecydowanie wówczas należał jeszcze do kategorii ‘balzakowskiej’: król i lew salonu i ulicy. I łoża (lub barłogu). Jeżeli ktoś się mógł gorszyć, to nie różnicą wieku, a faktem, że partnerem był chłopiec a nie dziewczynka. O tempora, o mores … . LOL.

Więc zaglądam w swój notatnik (nie kronosowy bynajmniej, ale nagi w szczerości). 26 lipca, 2023. Powrót z trasy olbrzymich głazów i gęstej kosodrzewiny w okolicach West Pennant. Trasa kończy się na uroczej, ostatniej plaży, która jest jednocześnie plażą nudystów. A plaże nudystów uwielbiam. Kocham pływać nago, wydaje mi się to jedynym sposobem współżycia z żywiołem wody. Czy kto widział kraby lub delfiny w strojach kąpielowych?!  Rybki w majtkach lub stanikach?!

No i naturalnie scena w jakimś nocnym klubie w Londynie – Judy Garland śpiewa: C’mon, get happy, shout halleluja! Tyle, że Londyn prawie dwadzieścia lat później, jakiś klub na Soho, nie pamiętam nazwy. Imienia chłopca też nie, ale pamiętam, że się z nim całowałem.

               

Za(piski) z notatnika

26.07.2023. Skały w Sambro Creek i West Pennant.

Wynurzeni, jak Atena z białej piany morskich fal ukazują się nago na skale, tuż na przeciw mnie. Trzech zgrabnych książąt, dorodnych i z rodów szlachetnych. Z nonszalancją, która przez ich pochodzenie i czar młodości nie jest przykra ani natrętna. Każdy członek ich ciał równie powabny, jak śmiejące się oczy pod łukami nieskazitelnie czarnych brwi, chłodzonych powiewem wachlarzy rzęs. Naturalnie w zbroi, akcentowanej dwoma łuskami brązowo-czerwonych sutek.


26.08.2023. Shannon Park w Dartmouth.

We mgle

Mgła, siatka drobnego deszczu otula

wilgotniejący dzień, ubranie, skórę.

Parasol zbyteczny, to prawie nie deszcz.

To mgła tańcząca scenę zbiorową

łabędzi z baletu Czajkowskiego.

*

Wirują piruety sceny świata.

Może to nie deszcz a topniejący wdech

zamierającego lata, westchnięcie

nadchodzącej chyłkiem lasami i

łąką jesieni – nieśmiało, cicho.

**

W przedpokoju spakowane walizki:

kurtki i kapelusze na dni słotne,

komplety bielizny i skarpetek też,

letnie koszule na dni słoneczne,

buty i sandały na spacery.

***

Brzęczy telefon, wysłana wiadomość:

ze względu na gęstą mgłę wszystkie loty

 odwołane i lotniska zamknięte.

Pana podróż też zlikwidowana.


[i] „I’m your man. The Life of Leonard Cohen”; by Sylvie Simmons; wyd. McClelland&Stewart, 2012; s.345

[ii] magazyn ‘Rolling Stone’, 14 listopad, 2016; “How Leonard Cohen Met Janis Joplin: Inside Legendary Chelsea Hotel Encounter”, Jordan Runtagh

[iii] „Kronos”, Wyd. Literackie, Kraków, 2013, ISBN 9788308050781

Poszukiwania samotnej miłości

Samotna Miłość

Jeżdżę i szukam Cię po dzikich plażach. Nasłuchuję okrzyków fal, poszumu wiatru.

Początkowo jeździłem na plaże i do miejsc, gdzie jeździliśmy razem. Rozmawiałem z Tobą, spacerowaliśmy trzymając się za ręce. W domu piłem ranną kawę z Tobą. Jeszcze byłeś, choć co raz bardziej milczący, co raz mniej wyraźny. Aż stałeś się cieniem, który jest blisko ale niemożliwy do dotknięcia, przytulenia.

Zacząłem więc jeździć w miejsca dzikie, nieznane. Z dala od ludzi.

Na dzikiej plaży, oddalonej od świata, mozolnie zbierałem kolorowe kamienie. Pisałem nimi list do Ciebie, mój krzyk. Ułożyłem z nich słowo ‘Miłość’. Czy spłynąłeś poświatą księżyca przed świtem by go znaleźć, odczytać, przycisnąć do piersi?

Wróciłem znowu tu, na to miejsce

po dwu dniach. Kamienie znalazłem,

poznałem kształty i kolor – przypływ

zebrał je w gromadę. Został tylko

wykrzyknik, głos zawieszony wysoko

nad piaskiem, nad wodą, niebytem.

                Czy jesteś jeszcze ze mną,

                czy jesteś tylko krzykiem

                bólu, pustki, rozpaczy?

Podszeptują: trzeba żyć. Trudno. Koleje jego tak właśnie ustawione.; tak było na początku i tak będzie na końcu.

A nikt nie pyta: ale czy można żyć? Więc bez pytania nie może być odpowiedzi. A życie to droga ku czemuś, do celu, ku jakiejś przyszłości. Ja jej nie mam. Nie chcę mieć. Jest mi zbyteczna. Ani na plażach wypełnionych śmiechem i krzykiem plażowiczów, ani na dzikich ostojach bezludnych. Została tylko ona – Miłość. Samotna, bez dotyku, bez drżenia, bez pocałunku.


Link to all “talks with John – Rozmowy z Johnem

John and me; Patsy Cline and Lacme; Love

At the very beginning, we understood the immense power of our feelings. We felt it even if we couldn’t comprehend the substance of it.

Yes, we were dating, as many young couples always did. But the dates were like an ocean, like a massive waterfall from the peak of a high mountain. The power of it was immeasurable. I think that, at times, we were overwhelmed with it. Oh, we knew that we liked each other, that we were very attracted to each other. Dear god! we were so young, especially John, hardly a man yet or just on the cusp of beginning to be one.

Life and dating for young gay men in the 80ties and 90ties was the same as for any other young people and yet, so fundamentally different from the majority. Apart from very few and very cosmopolitan cities, they couldn’t just stroll through parks and streets in a warm embrace, stilling happy kisses from each other.  Even there it was acceptable only in very few parts of the cities and still with a degree of personal risk. By the time we met, it was already much easier. That was that time of history (happily) that John belonged to. Mine started earlier, in darker times and places. The age difference wasn’t as big, but the difference in experience – huge.

Young gay man life in Warsaw in the late 70ties and early 80ties was like a minefield for a blind person. Very dangerous physically, perhaps even more emotionally.

By the time we met, I had already a long string of one-night stands that seemed and felt like it was a norm, a standard expected. My young, boyish innocence was gone or hidden somewhere deep and secretive.

Not that I was his first sexual partner. But comparing our experiences he was the Virgin of Orleans, and I was the courtesan of Babylon. LOL. But we were both innocent in the taste of huge, big love. A feeling we longed for: the torments, the powerful currents. And when they came for both of us – they swept and carried us to lands unknown. Lands of Dreams, Desires stronger than any notion of relationship, of dating.

Thus the dating was short. It was pointless. We had to become one: completely, permanently, fully.

Music was part of that beginning. John had strong, established musical tastes and I did, too. They were very different. We shared them, learned from each other. My love of opera and classical music, his of powerful traditional country music of North America, music full of longing, hardship, and dreams often unfulfilled. Thus our two songs and two melodies began. One that we often came back to through our long union in Calgary, Vancouver, and Halifax. The ‘Flower Duet’ of mezzo and soprano from the French Romantic opera “Lacme” and North America’s amazing country singer Patsy Cline and her famous hit ‘Crazy’ composed by Willie Nelson.

The ‘Flower Duet’ and ‘Crazy’ become our songs.

I was born on the fifth of Match, and Patsy died on the fifth of March very few short years later.  Although I truly was a child, a little boy on the day Patsy died in a plane accident – John often devilishly suggested that I was behind her death. That this particular song was his idea and dream of true love – and once I came into his life, that song stopped being a dream and become reality. Thus the song had to die too if a dream becomes reality. Therefore I must have orchestrated the demise of Patsy Cline! Machiavellian, indeed. LOL. 

But love is a strange thing. It blends reality and dreams. Blends life and death. That blend become my new land now, my homeland. Found it today on some isolated and desolate long stretch of sand and rocks stretching for miles, somewhere in the equally desolate and removed community of East Chezzetcook.

Talked to Patsy Cline, to Lacme and her student, to the ocean, to John. There was no one else in an eyesight. Just them and me. And love. No one was angry, no one was sad. Everything was a dream and the dream was reality.

Leighton Dillman Park. Dartmouth’s treasure.

A story in pictures composed during my walks with a camera. Unique city park with unparalleled views and rich history. Part of it offers also a story of history, as the trail meander into a very old cemetery of first families of settlers – people, who founded the city.

The hub of Nova Scotia: Halifax as seen from Dartmouth

The only way you can really appreciate the view of the entire downtown of Halifax – is to drive across the bridge. You can go on My Rocks to North Dartmouth. The view is very nice but you can see it only at an angle. If you want to snap a few pictures en face – the only and truly wonderful is to take the Trans Canada Trail from the Cove. The walk is splendid. There are benches to take a rest and … enjoy! Go ahead, take a few snaps. I stopped there this morning, on the way back from the hospital.

View of the Cove on Dartmouth side – where the Trail starts.

Walks, views, nature, and magic through the lenses

The shores of the Atlantic in Nova Scotia offer unparalleled vistas. Both: natural, not needing any augmentation or adjustments, and some that just beg to be transform into another realm of possibilities. What we see and what we imagine. Which is true?

In my walks, I never forget to take my camera. Not that we really need one these days – after all, we all have smartphones.

Many of these ‘travels’ are just under my nose, on My Rocks next to home. But even there – I always find something that is or seems to be different. Light? The hour of the day or night? The season? The variants are plentiful.