Każda wojna, każda rewolucja, każde powstanie jest brzemienne w mity, legendy chwały i bohaterstwa. Cmentarze ze szczerniałymi od starości krzyżami, z białymi brzozowymi krzyżami, małe kapliczki i tabliczki po lasach, na rogach ulic, tynkach kamienic. I wielkie pominiki z marmuru, granitu, stali. I nazwiska-symbole dowódców, żołnierzy. Ma też bardów. Zwłaszcza tych, którzy polegli w walce, jak Baczyński lub Gajcy. Każda wojna, walka na śmierć i życie ma też setki nieznanych lub bardzo mało znanych młodych poetów, twórców sztuki, którzy tej wojny, tej walki nie przetrwali, a przedwczesna śmierć uniemożliwiła im rozwój talentu, publikacje. Twórcze zaistnienie w historii swojego kraju. Więc, gdy rocznica już siedemdziesiata ósma Powstania Warszawszkeigo nadeszła – nic nie pisałem na jakichkolwiek forach i w jakimkolwiek formacie. Dajmy im już usnąć, bo ten ciągle powracający szmer i walka słów o sens tej hekatomby już zbyteczny. Historia. Teraz zwłaszcza, gdy nikt prawie z tch, co o tym opinie wydają w tamtym czasie nie istniał. Nawet w zamysle rodziców. Nawet Powstania Styczniowego i jego przywódców tak nie szarpano, jak tych z tego 1944.
Teraz, blisko dziesięć dni od tej daty wybuchu Powstania, od jego obchodów chcę jednak przypomnieć, poniekąd symbolicznie tych, o których w tych obchodach nie wspominano. Tych nie znanych lub prawie nieznanych, bardzo młodych żołnierzach-poetach Armii Krajowej. Skłoniła mnie do tego wymiana zdań z dyrektorem Książnicy Pruszkowkiej, który w tych obchodach w Pruszkowie pod Warszawą brał udział. Bo przypomniało mi to postać Stanisława Kowalczyka, wyjątkowo uzdolnionego poety, o którym bez wątpienia, gdyby tą wojne i ten rok 1944 przeżył, byśmy usłyszeli dużo więcej, a literatura polska miałaby nowy, piękny rozdział. 23 sierpnia 1944 ta nadzieja, ta szansa na nowe publikacje, nowe wiersze – zgasła.
Poniżej publikuję zdjęcie ze stron rocznika “Strumień” (wydanie z 2007) z moim esejem na temat jego twórczości.
Sam, w latach gdy w Pruszkowie mieszkałem (sypiałem raczej, bo mieszkałem de facto w Warszawie, gdzie żył cały mój świat) lubiłem tą drogę do Pęcic. I od tegoż, 2007 roku, na zawsze już mi się z Kowalczykiem będzie ona kojarzyć. Więc: non omnis moriar – dla mnie, Polaka całe życie z literaturą związanego, Stanisław Kowalczyk na zawsze tej literatury ważnym fragmentem pozostał.
Najazd rosyjski i wynikła z tego wojna rosyjsko-ukraińska ma dwa różne wymiary. Dwa zasadnicze, bo w tym starciu dwóch odmiennych światów naturalnie tych wymiarów i płaszczyzn jest bardzo wiele.
Wymiar niesprowokowanej i wyjątkowo brutalnej agresji Rosji Putina na niepodległe państwo;
wymiar geopolityczny ze względu na stabilność Europy , jako spuścizny tzw. porządku jałtańskiego, który od lat 1945-47 utrwalił obecny kształt państw europejskich.
Wymiar pierwszy zasadniczo określa reakcje większości świata demokracji, a szczególnie tzw. demokracji zachodnich. Jest napaścią na ukształtowany system europejski, który stanowi o trwałości granic i powstrzymywania się od wszelkich ingerencji militarnych w obszarze atlantyckim Europy i Ameryki Północnej. Zwłaszcza ze strony mocarstw nuklearnych (USA, Wielka Brytania, Francja i Rosja). Obszar Azji i Pacyfiku to konkurencja innych mocarstw (Chiny, USA głównie). Afryka to też odrębny obszar innych sił, konkurencji i zagrożeń, kompetycji militarno-polityczno-ideologiczno-surowcowych zarówno Azji, jak i USA i Europy.
Wymiar drugi jest wyzwaniem rzuconym porządkowi jałtańsko-poczdamskiemu po II wojnie światowej w Europie. Można ryzykować tezę, że porządek ten został odrzucony na przełomie lat 88. i 90. ubiegłego wieku. Ale to teza fałszywa, gdyż te kolosalne zmiany miały charakter pokojowy, bez jakiejkolwiek ingerencji militarnej mocarstw (USA lub Związek Radziecki/Rosja) i państw nuklearnych. Poza dwoma państwami niemieckimi, które się zjednoczyły (każde ze swoimi post-jałtańskimi granicami) drogą naturalną i pokojową. Powstałe niepodległe byłe republiki sowieckie (Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś, Ukraina) zyskały niepodległość też w granicach swoich, wyznaczonych zresztą jeszcze przez Związek Radziecki w latach 1945-47. Nie spowodowało to jakichkolwiek zmian terytorialnych w innych państwach ościennych ani nie wywołało jakiegokolwiek konfliktu zbrojnego. Obecny najazd rosyjski na Ukrainę podwala cały ten porządek granic narodowych ustalonych w latach 1945-47. Podwala w związku z tym legalność i prawne międzynarodowe podstawy legalne tego porządku, vide tych granic.
Wymiar (1) nie wymaga de facto tłumaczenia. Od początku inwazji putinowskiej przywództwo polityczne i militarne strony rosyjskiej wykazuje się wzrastającym wręcz z tygodnia na tydzień wyjątkowym okrucieństwem wobec ludności cywilnej; nie przestrzeganiem zasadniczych ustaleń i konwencji prowadzenia działań wojennych (bombardowanie miast, osad i wiosek bez odróżniania celów militarnych od ludności i zabudowań cywilnych; celowe i świadome terroryzowanie ludności cywilnej, bombardowanie szpitali i obiektów medycznych, przesiedlanie ludności miejscowej na tereny Rosji właściwej; ostrzeliwanie konwojów cywilnych uchodźców z terenów bezpośrednich operacji wojskowych). Ta lista jest wyjątkowo długa i nie ma sensu jej kontynuować. Jest też rejestr tych zbrodni prowadzony przez niezależne komisje, przedstawicieli organizacji międzynarodowych i z krajów ościennych, relacje niezależnych reporterów i dziennikarzy nie rosyjskich i nie ukraińskich. Mnożą się śledztwa i dochodzenia konkretnych zbrodni wojennych żołnierzy rosyjskich na ludności cywilnej. Wszystko to na terenach europejskich, u granic Unii Europejskiej. Bledną wobec tego nawet zbrodnie dokonywane w czasach wielkiego konfliktu bałkańskiego po upadku Jugosławii. Zwłaszcza wobec realnego niebezpieczeństwa przelania się tego konfliktu na resztę Europy i naturalny lęk nie tylko o wojnę nuklearna ale i możliwość doświadczenia podobnego terroru w państwach bezpośrednio graniczących z Ukrainą lub Rosją (Polska, Kraje Bałtyckie, Litwa, Rumunia, Mołdawia, być może nawet Węgry wbrew ugodowej wobec Putina postawie Orbana). Efektem tego jest kompletnie niewyobrażalne kilka miesięcy temu złożenie oficjalnej deklaracji Szwecji i Finlandii o wstąpienie do NATO. Wszystko to powoduje polityczne, militarne i popularne wśród społeczeństw europejskich sympatie i wspieranie Ukrainy w tym konflikcie. Masowość, rozmiar tego wsparcia i konkretne (zwłaszcza militarne) akcje Europy, USA i Kanady są pierwszą niekwestionowaną klęska Putina i Rosji. Klęską, której rezultaty Rosja będzie odczuwać długo po zakończeniu tej wojny ( jakimkolwiek jej zakończeniu).
Wymiar (2) nie jest ani taki prosty ani tak jasny, jak się w pierwszym momencie wydaje. Zacznijmy od początku, czyli od tzw. porządku jałtańsko-poczdamskiego tryumwiratu Roosevelt/Truman (USA) – Churchill (Wlk. Brytania) – Stalin (Związek Radziecki).
Miedzy 4 a 11 lutego 1945 w Jałcie spotkali się przedstawiciele tzw. Wielkiej Trójki (Stalin, Roosevelt i Churchill) by uściślić rozmowy Konferencji w Teheranie w 1943. De facto było to uśmiercenie II Rzeczpospolitej Polskiej, które de iure nastąpiło w 1947. Utrata olbrzymich terytoriów polskich na wschodzie zmieniła diametralnie charakter państwa i społeczeństwa polskiego, a utracenie tak ważnych centrów historyczno-kulturowych, jak Lwów i Wilno, wręcz zachwiało historyczną ciągłość tworu zwanego Rzeczypospolita Polska. Zwłaszcza utrata Ziemi Lwowskiej będącej częścią Krony Polskiej od czasów prastarych, to przerwanie ciągłości historycznej państwa najbardziej charakteryzowała. Ta Konferencja wywracała porządek historyczny i polityczny całej Europy na linii od Bałtyku, wzdłuż Karpat, aż do Morza Czarnego. Najbardziej diametralna zmiana granic i utraty historycznych terytoriów dotknęła dwa państwa, gdzie II wojna światowa się rozpoczęła: w równym stopniu agresora, jak i ofiarę agresji: Niemcy i Polskę. Zlikwidowano tym samym niepodległe przed 2 wojną państwa bałtyckie (Łotwa i Estonia) i Litwę. Świadomie nie piszę tu o Ukrainie, gdyż nie można postawic znaku równości między republikami radzieckimi a państwami byłego Układu Warszawskiego, które quasi suwerenność i niepodległość posiadały. Granice wewnętrzne i zewnętrzne Ukrainy radzieckiej były de facto i de iure granicami Związku Radzieckiego.
Ze wszystkich bodaj granic tzw. porządku jałtańsko-poczdamskiego, to właśnie granice Ukrainy są najbardziej skomplikowane. Niepodległa, dzisiejsza Ukraina, ogłaszając swą niepodległość w grudniu 1991 r. powstała na terenach Ukraińskiej Republiki Radzieckiej. Nie była ciągłością ani Hetmanatu Ukraińskiego, ani Ukraińskiej Republiki Ludowej ani Ukraińskiej Ludowej Republiki Rad. Wszystkie te twory istniały w różnych okresach od 1917 do wybuchu 2 wojny i napaści Związku Radzieckiego (a więc i Ukraińskiej Republiki Radzieckiej w ramach tego imperium sowieckiego) – w sojuszu z hitlerowskimi Niemcami – na Polskę. Każdy z tych tworów państwowych posiadał umowy i traktaty graniczne z Rzeczpospolitą uznające istniejące granice Rzeczypospolitej Polskiej. Ukraińska Republika Radziecka, obok federalnych władz Związku Radzieckiego oficjalnie sygnowała i potwierdzała ustalone w Traktacie Ryskim ostateczne granice polsko-ukraińskie. Granice obecne Ukrainy są więc efektem gwałtu zbrojnego (lub szantażu zbrojnego) na międzynarodowo uznanych granicach szeregu państw: głównie Polski ale też Węgier, Czechosłowacji, Rumunii. Najpóźniejsze tego przykłady miały miejsce (wbrew wcześniejszych obietnic i zapewnień Stalina) po zakończeniu 2 wojny. Było to szczególnie widoczne na terenie Zakarpacia, znanego też jako Ruś Zakarpacka. Przez blisko 1000 lat Ruś Zakarpacka była w granicach Królestwa Węgier ( również w latach Cesarstwa Austro-Węgierskiego zaliczana była do Korony węgierskiej). Po rozpadzie Austro-Węgier, międzynarodowym traktatem przyłączona do Czechosłowacji, jako trzeci region federacyjny (po Słowacji). To jedyna kraina, gdzie ludność miejscowa określała się, jako Rusini, nie Ukraińcy. Do dziś duża grupa Rusinów nie uznaje narzucanej z Kijowa nomenklatury (i etniczności) ukraińskiej. W południowej części Ruś Zakarpacka zamieszkiwana jest przez ludność węgierskojęzyczną i Węgrzy przez cały okres wolnej Ukrainy (po 1991) domagali się od Kijowa większego wpływu na ich losy, autonomii. Być może jest to jeden z powodów rusofilstwa premiera Węgier Orbana, który (gdyby Rosja przeważyła w obecnym konflikcie zbrojnym) możliwe, że liczy na odzyskanie kilku graniczących z Węgrami regionów Zakarpacia?
nota uściślająca: podkreślam w temacie Zakarpacia kwestie językowo-etniczne inne od ukraińskiej dla podkreślenia złożoności wielu terytoriów, ich historycznej przeszłości. Nie jest moim celem stwierdzenie braku jakiejkolwiek łączności lub poczucia ukraińskości całej ludności Rusi Zakarpackiej. Obecnie, ponad 70 lat po przyłączeniu Zakarpacia przez Rosje sowiecką do Ukrainy i tyleż lat trwającej ukrainizacji, większość ludności uznaje się za ukraińską. Ale ciągle silne są tradycje i poczucie odrębności, osobności, poczucia bycia Rusinem. W ostatnich latach caratu, silna była na Zakarpaciu opcja moskalofilska dążąca do wspólnoty etniczno-państwowej z Rosją i Rosjanami, nie z Ukrainą. Być może właśnie Zakarpacie jest najbardziej klasycznym przykładem historycznie skomplikowanych i wielorodnych etnicznie i kulturowo terenów, które dziś leżą w granicach Ukrainy. Wyjątkowym też tego przykładem jest Półwysep Krymski, opisany poniżej.
Najpóźniejsza zmiana terytorialna Ukrainy, w ramach republiki związkowej Rosji Sowieckiej, nastąpiła w 1954. Otóż w rocznicę Umowy Perejasławskiej, w której Kozacy pod wodzą Chmielnickiego oddali Rosji w ‘wieczyste władanie’ południowo-wschodnią Ukrainę, Nikita Chruszczow, ówczesny Sekretarz Generalny KC KPZR (czyli faktyczny dyktator Związku Radzieckiego) przekazał Krym w prezencie dla Radzieckiej Republiki Ukrainy. Oczywiście, Chruszczowowi w 1954 nawet do głowy przyjść nie mogło, że blisko 40 lat później nie będzie … Związku Radzieckiego. Więc ten szczodry prezent był dla Rosji bez znaczenia. O niepodległym, tatarskim Krymie już nikt z Tatarów myśleć nie mógł. Postarał się o to sam Stalin dokonując masowych zsyłek ludności tatarskiej na Zakaukazie. Takich samych, jakich dokonał w Zachodniej Galicji i na Wołyniu wobec ludności polskiej (potem kontynuowanych przez ludobójstwo dokonywane na pozostałych Polakach na Wołyniu przez ukraińskie oddziały Bandery).
Ostatnią szansą Krymu na odzyskania tatarskiej niepodległości i odtworzenia własnego, należnego im państwa, stworzył generał carski, polski Tatar z Wileńszczyzny (urodził się w majątku pod Lidą), Maciej (Sulejman) Sulkiewicz. Stworzona przez niego Krymska Republika Ludowa istniała od czerwca 1917 do kwietnia 1919, kiedy została zajęta przez wojska Armii ‘Białej’ Rosji generała Denikina. Denikin początkowo był przychylny koncepcji niezależnego Krymu, ale jego następca, generał carski Piotr Wrangel uznał Krym, jako część Imperium Rosyjskiego i o niezależnym Krymie słyszeć nie chciał. W kwietniu 1919, ostatni minister Republiki Krymskiej, Dżafar Sejdamet zażądał od Ligii Narodów przekazanie mandatu nad Krymem Polsce. Niestety, losy tej części Europy były już przesądzone. Po wkroczeniu na Krym oddziałów bolszewickich marzenia o tatarskim, niepodległym Krymie zostały pogrzebane a terror sowiecki wymordował tysiące patriotów krymskich.
Jeszcze w czasach Chanatu Krymskiego półwysep zamieszkiwany był przez różne grupy etniczne – Greków, Niemców, Turków. Później, w latach panowania rosyjskiego, osiedliło się tam też sporo Rosjan. Od czasów bolszewickich Krym ‘oczyszczono’ z wielu elementów etnicznych. Pozostali coraz mniej liczni Tatarzy i ciągle rosnąca w sile ludność rosyjska. Przez długi okres czasu nawet Sowieci uznawali, przynajmniej w sposób symboliczny, tatarską historię Krymu i kolejne nazwy administracyjne tego regionu zawierały nadawały mu status osobnej republiki w ramach Związku Radzieckiego. Po przyłączeniu przez Chruszczowa Krymu do Ukraińskiej Republiki Radzieckiej, Krym utracił prawa republiki i określano je jedynie jako ‘obwód krymski. W momencie rozkładu Związku Radzieckiego miejscowa ludność (Rosjanie tworzyli wówczas już zdecydowana większość na Krymie) powstała Krymska Autonomiczna Republika Radziecka, która dążyła do powrotu Krymu w granice Rosji. W ramach umów z nowym państwem rosyjskim Ukraina rozwiązała ten twór i stworzyła na Krymie Autonomiczną Republikę Krymu. Kolejna zmiana nastąpiła w 2014 po ponownym zajęciu Krymu przez wojska rosyjskie i referendum, które ogłosiło niepodległość Krymu, a następnie włączenie Republiki Krymskiej do Federacji Rosyjskiej. Ten stan faktyczny istnieje do dziś. Ukraina nie uznaje tej aneksji i ma w tym poparcie minimalnej kwalifikacyjnej większości krajów-członków ONZ (100 państw na 197 członkowskich). W momencie aneksji Ukraińcy stanowili 24% mieszkańców Krymu, wobec blisko 58% Rosjan. Rdzenna ludność Tatarów krymskich i Tatarów z innych rejonów (w tym polskich) wynosi już tylko niecałe 13%.
Warto też zwrócić uwagę na Bukowinę i ludność zamieszkującą ten historyczny region. Usilna polityka ukrainizacji prowadzona już od wczesnych lat Ukraińskiej Republiki Radzieckiej, kontynuowana przez niepodległa Ukrainę, komplikuje etniczność wielu ludów. Zwłaszcza tych, którzy uznają się (i są przez wielu badaczy za takie uznawane) za osobna grupę Rusińską, niezależną od Rosjan i Ukraińców. Należy tu głównie wymienić Hucułów, Bojków i Łemków, ale też inne, mniejsze grupy. Mówimy głównie o plemionach Rusińskich z terenów górskich, tzw. Grupa Karpatorusińska.
Wszystkie te odcienie lub wręcz inne kolory mapy etnicznej historycznych terenów nowego, terytorialnie bardzo obszernego tworu politycznego, jakim jest powstała w 1991 roku Ukraina, umyka jednoznacznej i zgodnej z rządowa propagandą opisowości tego, co i kto jest ‘ukraińskie’. Zwłaszcza w czasie i okresie straszliwej wojny, jaka zagraża istnieniu i państwa i narodu ukraińskiego. A to, że i państwo i naród ukraiński (jako osobna i wyraźna grupa etniczna) istnieje wątpliwości być nie może. Więc absurdalne stwierdzenia dyktatora Rosji, że państwo i naród ukraiński to sztuczny twór nie może być nawet dyskutowany. O tym czy naród istnieje … decydują tylko i wyłącznie ludzie z tych terenów. I od kilkuset lat zdecydowali bez wątpliwości. Proces scalania etnicznego, syntezy narodowej, trwa bardzo długo. To zabrało długie setki lat kształtowania się wszystkim państwom Europy od czasów Karolingów. Prawie całe Średniowiecze. A niektóre różnice pozostały do dziś, nawet w granicach jednolitego państwa. Choćby Ślązacy i Kaszubi w Polsce, którzy z uporem (i słusznie, bo tylko oni mogą o tym kim są decydować) podkreślają swoją osobność i własną świadomość językowo-etniczną. Nie piszę tu ludziach z różnych, odległych kulturowo i etnicznie części świata, którzy osiedlili się, jako emigranci, w danym kraju. To jest zupełnie inne i naturalne zagadnienie, nie mające nic wspólnego z tzw. matecznikiem narodowej etniczności. I tożsamości narodowej.
Wojna trwająca na Ukrainie i przybierająca z każdym tygodniem (po pierwszym, początkowym militarnym blamażem Putina i jego armii) gorsze wyniki dla Ukrainy, nie jest dobrym czasem na tego typu refleksje. Ale warto nawet w czasie wojny pomyśleć, że kiedy czas pokoju nastanie trzeba te skrywane lub celowo niedostrzegane zagadnienia rozwiązać. Nie jest tak, że gdzieś jakiś mierniczy (sowiecki, niemiecki, wersalski czy rosyjski) linijką na mapie zaznaczył, że tu są Ukraińcy, tu Polacy, a tam Węgrzy czy Rumuni. Panslawizm jest mrzonką szkodliwą (główna zabawa historiozoficzna Rosjan, bardzo niebezpieczna dla sąsiadów), tak jak był nią pangermanizm i inne wypaczenia. Iść tą drogą to na końcu utknąć, gdzieś by trzeba w Rogu Afryki chyba. Lub na stepach mongolskich.
Ale grupy etniczne i narodowościowe, nawet w formalnie do dziś istniejących granicach Ukrainy, zawsze mieć będą lepszą przyszłość, szanse na zapewnienie ustawowe większych wolności, być może autonomii, niż miałyby w jakiejkolwiek formie pod butem putinowskiej Rosji. Może nawet prawo do samostanowienia – które ostatecznie winno być ciągle fundamentalnym prawem cywilizacji zachodniej i porządku światowego. To są już inne jednak kwestie. Na jutro, którego kształtu dziś jeszcze nie znamy.
Ukraina, która wyłoni się z tej wojny winna też zmusić się do spojrzenia na własną historię ostatnich stu lat. Trzeźwe, spokojne. Niektóre rzeczy działy się zapewne głównie z rozkazów z Moskwy lub z Berlina (w różnych okresach tych stu lat). Nie wszystkie jednak można tylko na te czerwone lub brunatne barki zrzucić. Im bardziej sumienne będzie te spojrzenie, tym łatwiej będzie się zmierzyć z tą przeszłością. Polacy wkroczyli na ta drogę ponad dwie dekady temu. Była bardzo trudna ale już powoli przynosiła wyniki. Tylko po to, by od 2015 zacząć to niweczyć i upiory ksenofobii i ultra nacjonalizmu na nowo obudzić.
Niemieckie szanowane światowe konsorcjum medialne Deutche Welle powtórzyło za portalem Tagesschau ciekawe spostrzeżenie niemieckiej historyczki, Franziski Davies, która pisząc o stosunkach i przeszłości polsko-ukraińskiej powiedziała znamienne słowa w odniesieniu do bolesnej rocznicy masakry Polaków na Wołyniu, podkreślając, że Polacy określają to, jako ‘Rzeź Wołyńska’, a Ukraińcy, jako ‘Tragedia wołyńska’. Historyczka reflektuje: „Ale tragedia dzieje się wtedy, gdy nikt nie jest w stanie niczego zrobić. W rzeczywistości masakry z 1943 i 1944 roku były celową czystką etniczną Wołynia i Galicji Wschodniej z ludności polskiej”. To jeden z najboleśniejszych fragmentów wspólnej, blisko 1000 letniej historii. Są inne. Zawsze pamiętam w takich momentach o zdumiewającym oświadczeniu Prymasa Tysiąclecia, zwracającego się w latach 60. do Niemców: ‘wybaczamy i prosimy o wybaczenie’ (faktycznym autorem tekstu był arcybiskup wrocławski – co też było symboliczne – Bolesław Kominek).
Warto je pamiętać po obu brzegach Bugu i Sanu.
Raz jeszcze zreasumuję owe przytoczone we wstępie dwa wymiary agresji Rosji na Ukrainę:
wymiar skutków bezpośrednich niezwykle brutalnej wojny już teraz jest porażający. Nawet nie w samych stratach ludności i żołnierzy (i rosyjska i ukraińska propaganda są to mało realistyczne), którzy bezpośrednio zginęli w wyniku działań wojennych, które są, wydaje mi się, zadziwiająco niskie biorąc pod uwagę nieustanne bombardowania rosyjskie. W niewyobrażalnym, konsekwentnym niszczeniu jakiejkolwiek infrastruktury. Każde zajęcie kolejnego miasta poprzedzane jest wielodniowym lub wielotygodniowym barażem artyleryjskim, rakietowym, lotniczym. Pretekst ‘niszczenia obiektów militarnych’ używany przez Rosjan jest kompletnym kłamstwem. Chyba, że każda ulica, każdy dom, szpital, kościół lub cerkiew są ‘obiektem militarnym’. Rosjanie łamią wszystkie postanowienia konwencji haskiej i innych praw wojny. To jest bez przesady strategia ‘spalonej ziemi’. Obojętnie kto z konfliktu wyjdzie zwycięską ręką – spustoszenie kraju, tam gdzie linie frontu przebiegają, jest niewyobrażalne. Jeżeli dalej utrzymywana jest przez nas zasada silnego wsparcia dla Ukrainy – wysiłek zbrojny (dostarczanie dużej ilości broni artyleryjskiej, rakietowej, pancernej) musi być natychmiast wzmożony. Musimy skończyć z koniunkturalnym i wygodnym traktowaniem sankcji ekonomiczno-gospodarczych. Te sankcje muszą być żelazne i bez ustępstw – co wiązać się musi z kosztami dla społeczeństw naszych, zachodnich. Niestety, wojny bezpośredniej ani pośredniej (by proxy) bez wysokiej ceny prowadzić nie można. Wojny z wielkim państwem i doskonale uzbrojonym, jakim jest Rosja. Dla Rosji straty w ludziach własnych są mało istotne. Nigdy problem nie były. Ale Ukraina traci prawie z dnia na dzień miliony. Nie w zabitych, ale ludności, która znalazła schronienie w Polsce, Rumunii, Mołdawii – sporo z nich udało się już tymczasowo przesiedlić do dalszych krajów, niektórych aż za ocean. Tymczasowo? Nie, nie wszyscy wrócą. Ale nikt z nich teraz nie może zasilić szeregów sił zbrojnych Ukrainy. Miliony zostały zajęte przez Rosjan, tysiące przesiedlonych w głąb Rosji. Jak zastąpić poległych lub rannych żołnierzy na froncie?
Im dłużej ta wojna trwać będzie – tym trudniej będzie naszym społeczeństwom koszty tej wojny przez nas ponoszone wytłumaczyć. Tylko zdwojenie wysiłku teraz i umożliwienie podjęcia przez Ukrainę kontrofensywy może to zmienić.
Geopolityczne skutki dla tzw. porządku jałtańsko-poczdamskiego? Ten porządek został już kilka razy podważony. Był narzucony zbyt wielu narodom, by zbyt wielką nabożność do niego przykładać (nie zapominajmy Bałkan i casusu Kosowa). Ale nie wolno zgodzić się kategorycznie na zbrojne, przez agresję militarną, jego druzgotanie. To stworzy sytuacje wybuchową dla całej Europy. A więc zagrozi również pokojowi na innych kontynentach. Musimy być otwarci na ewentualne negocjacje – ale nie na czołgi i deszcz rakiet. Nie wolno teraz zwłaszcza zapomnieć, że ten porządek był też kontynuacją aliansu stalinowskiej Rosji i hitlerowskich Niemiec. Ustępstwo wobec Putina jest pluciem w twarz wszystkich ofiar 2 wojny światowej. Rosja nie była ofiarą Hitlera – była ofiara własnej chciwości terytorialnej. To słabość Europy i USA zmusiła Zachód do przyjęcia Stalina w poczet Aliantów. Ten zaś po pokonaniu Hitlera zniewolił blisko połowę Europy. Czy chcemy powtórzyć ten sam kardynalny błąd strategiczny wobec Putina?
W poprzednim, dość obszernym tekście pisałem o moim ‘spotkaniu z aniołami’. Nie, nie tymi niebiańskimi – tymi ziemskimi. Ludźmi, którzy bez jakiś nadzwyczajnych predyspozycji, koneksji lub układów z ‘wielkimi’ lub możnymi tego świata podjęli się niebezpiecznej i bardzo trudnej akcji niesienia pomocy Ukraińcom – bezpośrednio do Ukrainy. Nie czuli się bohaterami. Za bohaterów uznają tych, którzy tam, na Ukrainie, mieszkają. W swojej ojczyźnie. Przedstawiłem tych aniołów na przykładzie Moniki Brząkały i Pawła Cichonia. Monika mieszka na stałe w Holandii, Paweł w Mielcu. Teraz wspólnie organizują konwoje z żywnością, lekarstwami i wszelkimi innymi środkami niezbędnymi do przeżycia, do ratowania życia ludzi tam. I do transportu, w drodze powrotnej tych, którzy uchodzą do Polski przed pogromem, śmiercią, przed rosyjskimi bombami i pociskami.
Tamten tekst, po angielsku, był dłuższy, z osobistą refleksją, nakreśleniem szerszym tła. Skierowany głownie do czytelnika innego, stąd w tej współczesnej lingua franca napisany. Polakom, którzy chyba lepiej niż większość innych narodów, tą tragedię znają i rozumieją – takiego wyjaśnienia nie potrzeba.
Nie zmienia to jednak faktu, że tym aniołom pomoc z nieba nie spada. A ich własne fundusze dawno się wyczerpały. Nie wyczerpała się jedynie chęć i upór niesienia tej pomocy.
W 1575 Rzeczpospolitą wstrząsnęły wieści o napaści na Podole hordy tatarskiej. Najwybitniejszy twórca literatury narodowej doby Odrodzenia, Jan Kochanowski, napisał wówczas Pieśń ‘O spustoszeniu Podola”. Niejako proroczą na czasy obecne napaści hordy moskiewskiej. Tyle, że już nie polski rycerz i piechur ma Podola bronić a Ukraiński, który jakże niedawno, wymarzoną od długiego czasu, suwerenność zyskał. Z tejże Pieśni Jana Czarnoleskiego wiele nauk na sytuację obecną płynie. Ale zasadniczym hasłem utworu (i przestrogą wobec skutków nie skorzystania z wezwania poety) jest zawołanie: ‘dajmy, a naprzód dajmy!’. O przesyłki i dostawy broni, środków militarnych dla Ukraińców martwią się (skutecznie, miejmy nadzieję) współcześni ‘królowie’ wielu państw. My pomóżmy tym, którzy niosą pomoc humanitarną. Serdecznie więc zachęcam wszystkich, którzy chcą i mogą, o dotację każdego ‘grosika’ na akcję tych ‘aniołów’.. Wiem, że nie jedynych. Ale zdecydowanie wartych wsparcia.
co-contributors and assistance: Jarosz Bogumił, Monika Queis-Brząkała and Paweł Cichoń,
I have written here about Russian invasion of Ukraine numerous times. It is extremely brutal war on the part of the invading forces. It is the first war since Cuban missile crisis decades ago, that the world is faced with real possibility of new global conflict. A hot war on the old lines East versus West. Just the lines have shrunken very much (by thousands of kilometers eastward) by emergence of new independent states from Baltic to Black Sea. Most of them returned to their own, pre-Soviet, western type of democracies and become members of NATO and European Union. These, which never were really independent (former Soviet republics) established their own sovereignty. I will not dwell here on Caucasian and Asian former Soviet republics, as they are not really involved much in current conflict.
Of the European ones, the major states are Belarus and Ukraine. Two extremely different states in almost all aspects. Belarus much more backward, with weak industrial output, have chosen a close alliance with former master from Moscow. Over time it has become a very authoritarian, dictatorial regime of one ruler – president Lukashenko. To the south lies even larger and much more populated country of Ukraine. It does have old and strong nationalistic legacy and struggle for independence going back hundreds of years. It’s dreams of sovereignty did not came out of blue moon but from a long line of political, military and historical thoughts and actions. Ukraine, more than any other country, is the true linchpin between Western and Eastern cultures and civilizations. Now it has become the line of defence of the West. The conflict at the beginning looked like a dangerous spot but still very much viewed as strictly Russian-Ukrainian war. Yes, with active political and very limited military support for Ukraine – but localized. It is no longer. That is clear, now. It is a war between Russia and the West. And everything must be done to make sure, that the West succeeds. The theater of all military actions is still (hopefully will remain that way, although it is tragic for Ukrainians) in Ukraine. But neither NATO, nor Europe, nor individual western states (mostly in Europe) can say – we are supporting Ukraine but we are not part of the war. We are part of it. Very much so. From political side, military side, ideological side. But also, which has become increasingly visible and important from societal, cultural and I would add, very philosophical standpoint. Apart from the governments, the armies, the politicians, military and economic alliances. The societies of Europe, the nations, citizens has become involved and formed unprecedented pressure, its own organizations, groups, even single individuals (in thousands) that are involved in that struggle. For every government sanctioned and paid truck or planeload or train container with war supplies for Ukraine – there is ten or twenty trucks, containers or columns of cars with humanitarian aid traveling day and night, mostly through Polish-Ukrainian border. All of it without government involvement, without millions of dollars of taxpayers money and directives from politicians. Separate, societal ‘humanitarian war’ for Ukraine. Unprecedented in scale and effort. A new, non-military frontline. I would call them humanitarian divisions, regiments and battalions that actually put their boots on Ukrainian soil. An Army of Angels. A dedicated Corp of individuals and civic organizations that risk actually, on every trip across the border, their life. But they do it nonetheless for every trip saves certainly lives of Ukrainian people, who are being internally displaced, shelled upon, murdered by Russian invaders.
Do not forget about them. They are your outstretched arms, extension of your thoughts, your feelings and hearts. If you feel overpowered with thoughts: ‘but what can I do, there is so much misery and need and I am just one person, far away!’. There is a way, you can do a lot because there is a lot of ‘yous’. And although you resources are limited – put together with others, it creates a treasure. A treasure that the army of angels can use to buy thousands of items, that they know were and by whom it is needed. And they will deliver it themselves in their own or rented for that effort cars, buses. Help from huge organizations, with large funds (national or international) is different and differently distributed. It also requires a large administrative cost and employees cost. They have access to governments funds and donations, other large international institutions, national campaigns. They do have an important not to be forgotten role. But there is an enormous need for the smaller lives savings provided by these angels – selfless individuals delivering individual packages of food, equipment, often tailored for particular community or group. In places not always accessed by the large organizations. And adjusting from day to day to constantly changing situation. As often happens in real war. I have been hearing, watching and reading of some of them, some of their actions for a long time now. And my amazement kept growing. My respect for them, their courage. Their humanity.
I always had a strange fascination with the concept and presence of Angels. Not saints, god or gods. No. Angels, some mystical and mercurial Beings. Turns out I was right. They are! They are just neither mystical nor mercurial. And they are truly among us, ordinary people. In many ways they are – ordinary people. With extraordinary hearts.
I will show you two of them (among countless), with whom I become close. Monika Brzakala and Pawel Cichon. These two, with a group of determined friends and ‘co-conspirators’ regularly travel from Poland, Holland to the Polish-Ukrainian border with small caravans of cars, finish their packing with last bought or donated equipment in Poland and … cross the border to enter a different world. World of people running from bombs, from rape, from hunger. They go, usually through Lviv, to small towns, villages. To some local churches, orphanages, run-down and overcrowded hospitals. To private huts and homes. Give the awaited and badly needed packages … and give them hope. And promise that we remember and will not let them down. Tell me that no, there are no angels? If you do – you are wrong, they are. I just talked to them while they were on the last ‘pilgrimage’ to Lviv. And when they were traveling back toward Polish border. Saw the pictures of them there, the cars. Felt like I was there, helping them. But, of course, they were there on their own. Hoping that this time the Russian rockets or artillery will not find them. I hope they never will. Yes, they did find in their journeys corpses of people. They found people telling them with tears of their friends, husbands, daughters, who were murdered by Russians. Children alone – lost, abandoned, perhaps orphans already? – crying, scared. They had to manoeuvre their cars on roads scared with bomb holes, with metal remnants of exploded and unexploded rockets. Sometime, in most difficult places, they had to use armed assistance of other friends. In case of encountering someone from the other side of the conflict. No, they are not military trained people. But they are practical. There is an old Polish saying: God protects the ones, who protect themselves … . They are angels – but lacking the wings. Can you lend them some?
I asked both of them one question: why? Almost stupid in its simplicity. Still, I wanted to know. Pawel wrote to me that he started on February 25. More than a month. He went to Przemysl, the main Polish border city, were majority of Ukrainian refuges start their new journey. Just to see what he can do. He started simply by transporting people with his own car from there to other destinations in Poland. By helping them with new settlement. Some of them are now in different countries. But they still keep in touch with him. Their first angel. But that was not enough for him. He needed to do more. And he did. A lot more. At the beginning on his own, with only his own car and money. Sometimes it led to transporting Western volunteers to Ukrainian armed defence units. That was dangerous, as were transports of… let’s say: ‘stuff’ to the frontlines. I can’t provide more details on these journeys, understandably. Day after day, week after week he become familiar with particular places, particular needs and people. Often the transport was both ways: with ‘stuff’ to Ukraine and with refugees back to Poland. Friends help with donations, gifts. He organized some in his own city of Mielec in Poland, asked for some on his Facebook profile. In one sentence he adds: “By helping I know that goodness does come back, there is a person, who says: help gives us wings.” When I read his words from him, I smile. Wings? How does he know what I think of him? Hmm.
Monika lives in Holland, she moved there from Poland already some time ago, before the war. Said that she couldn’t bear reading these stories, the tragedy of war in Ukraine. Human misery. To do something she volunteered to go once to Lviv with some donated and bought articles. While there – she met the people. Heard their stories, their cries. And the children … . No, she couldn’t say to herself: that’s it, I have done my part. Tells me: “when you cry with them and when you hold in your arms their children – you know that you can’t return anymore to your normal life.” She couldn’t and didn’t. Why, you ask? Here is Monika’s answer: “They need to know, that they are not alone, that we are with them.”. They need to. Simply as this. That’s why Monika is my other angel. Angel that saves Humanity. Or what’s best in it.
Now Monika travels from Holland, meets Pawel in Poland and they do the convoys together. With other angels that they are able to gather in their mission. Of course they are exhausted. Physically and emotionally. They avoid the dangerous emotional exhaustion by not dwelling on it, not thinking too much. There is a job that needs to be done. Again – simple.
One think they can’t avoid is the financial situation. Yes, friends and good people help them. But they also used up most of their own money. Renting of buses (their own cars are not enough for the amount of people and goods they move back and forth now), crazy high gasoline prices, exploded tires and so on cost a lot. And how many time you can ask the same people in your own community for help, for donation?
Separate thank you for my good companion from the days of an original KOD (Committee for the Defence of Democracy) in Poland, who guided me toward these wonderful people and asked me: how can we help them? He also provided a lot of the photographic material. Thank you, Jarosz Bogumił.
You can help them with a small (or large) donation by visiting them on their Facebook profiles (Pawel Cichon or Monika Brzakala and contacting them via Messenger; you can visit two separate crowdfunding addresses: in Poland https://zrzutka.pl/72y53z (this one is in Polish and for particular items – electric generators); in Holland https://www.doneeractie.nl/help-monika-mensen-in-oekra-239-ne-helpen/-62300 – this opens in Dutch but in your top part of screen should be a button for translation (in Google there is) and you can choose English language version. That funding collects general donations for their convoys.
Rosja. Jaka jest? Kim są Rosjanie? Czy to Petersburg czy to Kreml? Peczora Perejasławska czy mroczna, zadymiona knajpa śmierdząca od złego samogonu, brudu, potu i pieczonej kapusty z łojem? Czy to symfonia Szostakowicza, Oniegin Puszkina czy wyjący Kałmucy wpadający do zdobytego miasta, kradnący wszystko i gwałcący wszystkich?
Wiele jest Rosji. I wszystkie są smutne. Przerażająco smutne.
Zacznijmy ab ovo, od początku współczesności. Rok jest 1914. Od czasów Powstania Styczniowego nikt się do mieszkańców ziem byłej Rzeczypospolitej pod takim tytułem nie zwracał. W imieniu Rządu Narodowego w „Odezwie do Ogółu Obywateli Ziemi Kieleckiej”. Autorem Odezwy jest nikt inny, jak Komendant Józef Piłsudski. Nie będę cytował całej Odezwy ani jej różnych apeli i nakazów. Chodzi mi o te fragmenty, które dotyczą państwa zaborczego – Rosji. I jak Rosję w kilku zdaniach Piłsudski charakteryzuje. Sam wstęp tego dokumentu, jego preambuła najjaśniej wyłuszcza stosunek do Rosji – kraju, który wyjątkowo dobrze znał. Piłsudski wbrew pozorom nie był romantykiem w polityce a raczej pragmatykiem. Mimo to, już w roku 1914, gdy nikt (w tym i Piłsudski) nie mógł przewidzieć rewolucji bolszewickiej – z góry stawiał założenie (w licznych kręgach prawicowych niepopularne), że o ile wolna Polska faktycznie na mapy wróci, to nie będzie Polska oparta na jakimkolwiek sojuszu z Rosją. Oto jego wstęp do tej Odezwy:
Wojsko rosyjskie opuszcza nasz kraj. Wraz z haniebną przemocą wrogiego nam oręża opuściła naszą ziemię władza carska, rząd moskiewski, ten najstraszliwszy rzecznik bezładu i bezrządu. /…/
W postaci Rządu Narodowego wstępują na ziemię naszą – od tylu lat przez Moskala przemocą wygnane: Prawo, Ład, Spokój, Bezpieczeństwo. („Józef Piłsudski. Korespondencja 1914-1917” wyd. Inst. J. Piłsudskiego w Londynie, Londyn, 1984, str. 11)
Warto zwrócić uwagę na charakterystyczny opis państwa rosyjskiego: najstraszliwszy rzecznik bezładu i bezrządu (pisownia J.P.) oraz wartości, których te państwo nie posiadało: prawo, ład, spokój, bezpieczeństwo. Brakło tu, typowych w tego typu orędziach, określeń koloryzujących, czysto patriotycznych: zaborca, okupant, prześladowca, gwałciciel. Nie, mimo to jednak, Piłsudski takim właśnie językiem przekreślał wszelkie plany przyszłej Polski na jakikolwiek układ sojuszniczy, dynastyczny, polityczny z Rosją, gdyż ona sama w sobie, jako państwo, reprezentowała próchnicę polityczną, gospodarczą, moralną. Państwo, którego azjatyckie skłonności do okrucieństwa i rabunku oraz bliskiego pewnym średniowiecznym jeszcze normom mistycyzmu oderwanego od potrzeb praktycznych – uniemożliwiały korzystanie ze zdobyczy i rozwoju myśli europejskiej ostatnich dwustu lat. Państwa, któremu obce było pojęcie wolności osobistej, obywatelskiej, która wyzwala w obywatelu zdolności gospodarcze. Pod wieloma z tych określeń kryje się też Rosja współczesna – po prostu komisarzy i politruków bolszewickich, a wcześniej bojarów i arystokracji związanej z dworem cara-boga, zastąpili oligarchowie. Naturalnie, że Petersburg i Moskwa przypominają prawie do złudzenia miasta europejskie. Przypominały równie skutecznie 100, 200 i prawie 300 lat temu. Ostatecznie to pomniki Władzy, jej potęgi, samodzierżawia. A miasteczka, wioski ledwie 200-300 kilometrów od niej oddalone (nie wspominając o tych w dalszej jeszcze odległości)? Może gdzieniegdzie jeszcze znajdzie się plac, ryneczek lub płotek na wzór ‘bogatych chutorów ukraińskich’ kochanka Katarzyny, Grzegorza Potiomkina – ale za tymi frontonami wybielonymi wapnem kryje się wszędzie brud , smród i ubóstwo. Do dziś. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że król Stasiu (tak, też – niestety – kochanek Katarzyny, no bo któż nim nie był?) dał mu tzw. indygenat, co równało się z naturalizacją na obywatela Rzeczypospolitej. Marzyło mu się bowiem być księciem całej Rusi, łącznie z Podolem. W dowód wdzięczności dla Rzeczypospolitej … był gorącym orędownikiem kolejnego rozbioru Polski. Ten wybitny kłamca i oszust ale niezwykle ambitny i zdolny dyplomata miał olbrzymie zasługi w zniszczeniu ukraińskich korzeni i niezależności ludu Rusińskiego pod postacią Kozactwa – nadwołżańskiego, zaporoskiego i nawet wielkiej Siczy, którym Rzeczypospolita nadała wiele praw udzielnych.
Tak Rosję widział, taką poznał w latach 2 wojny światowej mój ojciec. Miał 11 lat gdy rysował laurkę z sercem Marszałka, którą zaniósł na cmentarz na Rossie, gdzie złożono w grobowcu jego matki, Marii z Billewiczów, urnę z jego sercem w 1935. Prawie dekadę później, jako już dwudziestoletni zacznie naukę Rosji realnej, nie książkowej, nie romantycznej, sentymentalnej. Rosji kłamców, rozbójników, donosicieli, łotrów. Rosji, której nigdy nie można ufać. Rosji, która nienawidziła ludzi wolnych. Zazdrościła im tej wolności ale wiedząc, że jej sama posiąść nie potrafi – niszczyła ją. Donosicielstwem, okrucieństwem. I karabinem, gdy innej możliwości brakło.
rys. Milek Pacak, rok 1936, Wilnorys. Milek Pacak, partret J. Piłsudskiego (w Calgary, r. 1984 – odtworzenie oryginału z roku 1938)
Gdy Rosjanie wkraczali na Kresy w 1939 i ponownie w 1943 /44 rzezie, pogromy, wywózki, rozstrzeliwania, gwałty i grabież wszelkiego dobytku była niewyobrażalna. Rosjanie określali to jako ‘wyzwalanie’. W przytłaczającej większości te zbrodnie skierowane były głownie wobec polskiej ludności. Jak dzisiaj określana jest przez Rosjan napaść na Ukrainę? Wyzwalaniem. Złośliwa ironia agresorów czy naturalna, historyczna kontynuacja tej samej strategii wojennej ‘spalonej ziemi’?
Dworzec kolejowy w Kałudze, początek XX w
Wracam do tego chłopca z 1935 roku w Wilnie – mojego ojca. W lipcu 1944 ma dwadzieścia lat. Z bratem kilka lat starszym idą w grupie młodych żołnierzy w kierunku Puszczy Rudzkiej za rozkazem AK wileńskiego. Końcowa faza realizacji akcji „Burza” i opanowania Wilna z rąk niemieckich przed wkroczeniem doń armii sowieckich. Rosyjska ofensywa pod nazwa ‘Bagration’. Dowództwo AK podpisuje porozumienia z dowództwem sowieckim w walce z wojskami niemieckimi. Puszcza Rudzka jest miejscem grupowania się oddziałów AK z Okręgów wileńskiego i nowogrodzkiego. Żołnierzy jest bardzo dużo w licznych jednostkach, posiadają też sporo broni już zdobytej na Niemcach w licznych ostatnich bitwach i potyczkach z nimi. Atmosfera jest budująca. Grupa młodych AK-owców błądzi trochę po zagajnikach, lasach. Więcej akcji po prawdzie widzieli w latach poprzednich, w czasie miejskich akcji typu KEDYW-owskiego w ramach bojówek Szarych Szeregów niż teraz. Nie mieli na razie szansy wziąć udział w ani jednej bardziej otwartej walce, bitwie. A ręce świerzbią. W końcu docierają do większego oddziału. Trwają zgrupowania, formowania się w nowe oddziały, przypisywania do brygad, pułków, kompanii. Jest chwilowa przerwa. Dowództwo czeka na rozkazy wynikające z rozmów z dowództwem sowieckim. Pułkownik Wilk (Aleksander Krzyżanowski) prowadzi rozmowy z sowieckim dowódcą Frontu Białoruskiego, gen. Czerniachowskim. Trwają około dwa dni. 17 lipca w Boguszach ‘sojusznicy’ sowieccy niespodziewanie aresztują całe kierownictwo polskich jednostek.
Tata właśnie siada na pniu z kolegami, tuż koło jakiejś studni przy gajówce, gdzie kwaterują. Słyszą dziwny huk i drżenie ziemi. Chaos, chłopaki biegają indywidualnie, w grupach, inni stoją. Co się dzieje? Trwa to krótko. Zgrupowanie otaczają pierścieniem wojska sowieckie. Sojuszników-zdrajców. Czołgi, piechota rosyjska z nastawionymi bagnetami. Wszelki opór byłby masakrą. Dowódcy chcąc uniknąć tej masakry nawołują do spokoju. Wzięto do niewoli około czterech tysięcy żołnierzy AK. Zgromadzono wszystkich w Miednikach. Jakiś sowiet ubrany w polskim mundurze namawia do wstąpienia w szeregi dywizji kościuszkowskiej gen Berlinga. Politruk mówi łamaną polszczyzną, wspomagając się rosyjskim. Nie może skończyć wobec krzyków i gwizdów młodych akowców. Tak kończy się ‘sowieckie wyzwalanie’ i sowieckie braterstwo broni. Wywożą ich pulmanami, stłoczonych jak śledzie, w głąb Rosji. Na nielicznych przystankach nikt nie może wyjść, kolega obok taty musi się załatwić, prosi o wyjście ‘za potrzebą’. Nie nada – rób gdzie stoisz! Wyłamują deskę w podłodze, chłopak kuca. Słychać jego dziki krzyk i wywraca się w tej pozycji. Jakiś sowiecki sołdat wbił mu od spodu bagnet w brzuch. Pociąg rusza, chłopak umiera powoli w straszliwych bólach. Trupa zabiorą dopiero na następnym przystanku. Dojeżdżają do Kaługi i zostają zakwaterowani w miejscowych koszarach. Dowiadują się, że zostali przydzieleni do 361 zapasowego pułku piechoty. Jako obywatele sowieccy. Kilka razy maszerują na jakichś beznadziejnych pokazach z drewnianymi karabinami. Nie są żadnymi sołdatami a jeńcami, tyle, że bez praw jenieckich. Znowu – potiomkińszczyzna, zakłamanie do końca, oszustwo i zdrada. Rosji nigdy wierzyć nie można. Ta ‘zabawa’ w żołnierzy jakiegoś pułku kończy się bardzo szybko. Wywożą ich w jakieś głębokie lasy na tzw. etapy. Na każdym etapie jedna kompania. Ojciec traci kontakt ze swoim bratem, który jest na innym etapie. Dzień i noc są pilnowani przez rosyjskich strażników. Ich praca to katorżniczy wyrąb lasu. Ojciec jest najmłodszy w swojej kompani, bardzo szczupły, drobny. Kompanijny ‘wracz’ (lekarz) polubił go i często zabiera do prac pomocniczych przy szpitalu polowym. Mieszkają w ziemiankach, jedzenie podłe. Stosunki ze strażnikami niezbyt dobre. Jest kilku jeńców włoskich, Rumun (pozostałości katastrofalnej dla Niemców kampanii nadwołżańskiej i klęski stalingradzkiej). Czasem ‘przez nieuwagę’ udaje im się strącić nogami jakiś wielki pień ściętej sosny, siedząc na tych pniach na ciężarówce w transporcie do stacji. Umówili się z lokalną ludnością, która wieczorami przychodzi i te pnie kradnie, bo z przydziału mają bardzo mało, więc marzną w chałupach. Wszystko musi iść na ‘wysiłek wojenny’. Ale przyzwyczajeni, bo w Rosji pokój czy wojna – dla szaraczków jednaka bieda. Ojciec się rozchorował ciężko. Lekarz go przytulił do swego szpitalika. Nie wiele lepszego, jak ich ziemianki ale choć lepsze trochę jedzenie i jakieś lekarstwa. Pewna grupa decyduje się zorganizować ucieczkę. Jest ich ok. dwudziestu. Wciągają ojca w spisek i podejmuje się skraść od tego miłego lekarza mapnik i kompas. Bez tego szanse ich na przedostanie się gdziekolwiek z tych rozległych borów ‘bóg-wie-gdzie’ marne. Umówionego wieczora ma szanse to zrobić i nocą znikają z obozu. Pierwsza ich część ginie szybko. Dzięki szpiegostwie i donosicielstwie tej ‘życzliwej’ ludności okolicznej. Kierują się na Moskwę, mimo, że to droga nieco okrężna, ale spod Moskwy znanymi traktami łatwiej dostać się na Białoruś i do Wilna. Ojciec pod Moskwą wysiada fizycznie i decyduje się zrobić ryzyko i iść do samej Moskwy, a stamtąd jakoś pociągami do domu. Rozstają się. Większości już nigdy nie zobaczy. Udaje mu się, gra ‘bolnowo sołdata’ na przepustce do domu. Kilka razy wydaje się, że koniec gry, że przegrał. Ale dotarł. Ostatni etap już ‘na chama’, wbrew rozsądkowi, aby do Wilna. Z Mińska, gdzie sprytem ratuje się z potrzasku, wskakuje na jakiś towarowy pociąg w kierunku na Wilno. Gdy widzi z daleka znajome wieże wileńskie – wyskakuje z pociągu i prawie łamie nogę. Ale unika ewentualnej wpadki na dworcu. Dowleka się do domu – a dom i zakłady jego ojca spalone. Śladu po rodzicach, starszym bracie nie ma. Idzie do domu przyjaciela ze szkoły i z AK, otwiera jego ojciec, stary legionowiec. Mówią, że rodzice z bratem repatriowali się do nowej Polski. Ale AK jeszcze działało. Załatwiają mu lewe papiery na nazwisko ‘Tadeusz Mickiewicz’ i rusza z nimi do tej nowej Polski. Ktoś inny powiedział, gdzie rodzice się znajdują. Dociera, znajduje rodziców, brata, ciotki, kuzynów i kuzynki w Toruniu. Odnajdują się nawet nieliczni koledzy z AK wileńskiego, ci którzy uniknęli kotła w Puszczy Rudzkiej i Kaługi. Czasy trudne ale i bałagan. Mój dziadek po jakimś czasie załatwia papiery oficjalne dla ojca pod pretekstem, że ostanie lata wojny ojca nie było w Wilnie, bo wycofujący się Niemcy wywieźli go do Prus, jako robotnika. I teraz się odnalazł. Bałagan był wszędzie. I ludzie wszędzie i ci którzy chcieli pomóc lub gotowi byli pomóc za złotą obrączkę lub inny drobiazg. Ale zanim swoje nazwisko mógł uzyskać spotkał go i rozpoznał jeszcze jeden kolega-akowiec z Wilna. Ten też w Kałudze nie był, choć był z ojcem w Puszczy Rudzkiej więc wiedział, że ojca żadni Niemcy nigdzie nie wywieźli. I teraz nosił mundur bezpieki nowej Polski. Zaczęło się od sugerowania drobnych prezentów, potem wymagania rosły i prosto postawiona alternatywa: albo-albo. Rozmowa ojca z kumplami akowcami, których nowe władze nie kupiły. Organizują ‘przypadkowe’ spotkania z tymże zdrajcą. Okrzyki niby radości ze spotkania, poklepywania po plecach, ktoś mówi, ze mieszka zaraz na końcu miasta, koło dużych lasów, ma w domu dobrą wałówkę i kilka butelek wódki, zaprasza. Więc idą. Podobno potem, po tej wódce, poszli na spacer do lasu. Potem oni wrócili. Ten nieszczęsny kolega nie wrócił. Czasy były podłe. Rosjanie zmienili wielu porządnych ludzi na świnie, bo nikt tego tak dobrze robić jak oni nie potrafił.
Potem życie się potoczyło, tak jak wszystkim się toczyło w nowej rzeczywistości. Ale przez całe moje dzieciństwo i wczesną młodość nigdy na te tematy z tatą nie rozmawiałem. Nie chciał, albo zbywał jednym-dwoma zdaniami. I przez całe życie nigdy nie usłyszałem od niego jednego dobrego słowa o Rosji i Rosjanach. Czasami to przybierało absurdalne rozmiary, które mnie irytowały. To, co wiedziałem to tylko od rodziny, babci. W końcu lat siedemdziesiątych koledzy z Kaługi (pozostałych tam, rok po ucieczce ojca, oficjalnie zwolniono i przetransportowano specjalnym pociągiem na teren nowej Polski) zaczęli nawiać ojca by wstąpił do ZBOWIDU (organizacja kombatancka w PRL). Ojciec nie chciał. Oni nastawali. Henio Czyż (znany polski kompozytor) napisał notarialne poświadczenie, że był z ojcem w AK w Wilnie. Ktoś inny podał adres Archiwum Wojskowego pod Moskwą, gdzie są wszystkie kartoteki i że oni bez problemu przysyłają poświadczenia z Kaługi, że tyle lat minęło i nikt o tamtych sprawach (ucieczka) nie pamięta. Myśmy też w domu namawiali: dlaczego kombatantami mieliby być tylko komuniści, przecież teraz o AK mówi się przychylnie i masz nie tylko prawo ale i obowiązek! Dla świętego spokoju – uległ. Tak, po jakimś czasie przyszło z tego Archiwum poświadczenie, że był w Kałudze w 361 Zapasnoj Połk Strieleckij. Został kombatantem. A my z przekąsem zaintonowaliśmy chóralnie: widzisz? A nie mówiliśmy, czasy się zmieniły. Ojciec machnął ręką, tak jak odgania się muchy. I powiedział: w Rosji nic się nie zmienia.
Kilka miesięcy później z Konsulatu Generalnego ZSRR w Warszawie przyszedł nagle list. Po rosyjsku i po polsku. Informujący oficjalnie ojca, że jeżeli kiedykolwiek przekroczy granicę polsko-radziecką to zostanie aresztowany i postawiony przed sądem za dezercję w stanie wojny. I że będzie sądzony, jako obywatel radziecki, gdyż nim był w momencie popełnienia przestępstwa. W Rosji nic się faktycznie nie zmienia.
A ja myślę, zwłaszcza w świetle zbrodni rosyjskich na Ukrainie, w świetle stałego nimbu sławy, jakim Rosjanie i rząd rosyjski otacza pamięć Stalina, jednego z największych zbrodniarzy w historii ludzkości, – może nadszedł czas by Stany Zjednoczone i Wielka Brytania oficjalnie potępiły zawarcie Układów Teherańskiego, Jałtańskiego i Poczdamskiego z tym zbrodniarzem i przeprosiły narody Europy Środkowo-Wschodniej za blisko czterdzieści lat kajdan niewoli. Bo ‘wyzwalanie’ Polski w 1944 i 45 było też często kampanią mordów, gwałtów i kradzieży dobytku polskiego.
A już za wszelką cenę nie odpuście Putinowi i nie powtarzajcie tego samego błędu, jaki zrobili Roosevelt i Truman z Churchillem.
Tak blisko jej jesteśmy, tak wspominamy, tak jest obecna w naszej kulturze, literaturze, muzyce, malarstwie. A teraz, od najazdu rosyjskiego miesiąc temu – jest naszym chlebem powszednim, dniem powszednim. Jest wszędzie: w telewizji, w prasie, w Internecie. Na podwórku, na ulicy, przed domem, w tramwaju. Ukraina. Ukraina jest w Polsce. I nie piszę tego z jakiegoś podejrzanego rewizjonizmu historycznego. Ale zupełnie bez tego rewizjonizmu i bez niezdrowych (i nieistniejących po prawdzie) sentymentów ‘powrotu’ – jest absolutnie adekwatne użycie przysłówka: znowu.
Z historią państw, społeczeństw jest trochę inaczej niż z granicami. Od zawsze. Te ostatnie zmieniają się, korygują, bywają narzucane, bywają negocjowane; wojny wygrane i przegrane, układy, koalicje, dynastie. Żadna nie jest tak do końca i dla wszystkich sprawiedliwa. Czasami zmiany są drobne, omal kosmetyczne, czasem bywają monumentalne. Najbardziej moralnie ohydne jest, gdy jakiś zdobywca po jakimś czasie oddaje w prezencie te ziemie, które sam siłą agresora zdobył, komuś zupełnie innemu. Historia Krymu jest tu najbardziej znacząca. Rosyjski? Ukraiński? Naturalnie, że nie. Krym to ofiara przemocy rosyjskiej dawno, dawno temu. Zaczętej przez Piotra I, a dokończonej przez Stalina. Agresji i kulturowego ludobójstwa (genocide) Tatarów krymskich, jedynych historycznie i moralnie właścicieli tej wyspy.
Ale na ogół takich jasnych przypadków jest mało. Reszta to skomplikowane historie, wędrówki ludów, szczepów, międzynarodowe układy zawierane zawsze ponad głowami najsłabszych, choćby nawet z pobudek najbardziej szlachetnych. Tym są granice całej Europy Środkowo-Wschodniej po 1945. Gdzieś tam, w samym centrum (mniej lub bardziej ścisłym) zawierającym nukleon etniczności, pochodzenia plemienno-szczepowego. Cała reszta to naginanie prawa, zachcianek mocarstwowych, zwykłej, nagiej siły kułaka wobec bezsilnych praw społeczeństw. Tak zrobili Stalin, Roosevelt i Churchill. Używając jednego z wariantów tzw. linii Curzona, brytyjskiego ministra spraw zagranicznych z okresu I wojny światowej. Linia ta zresztą nie była autorstwa samego Curzona, który o złożoności procesów i faktów historycznych tej części Europy nic nie wiedział, a jego doradcy, Ludwika (Bernsteina) Niemirowskiego. Polaka pochodzenia żydowskiego, który w 1906 wyemigrował na stałe do Wielkiej Brytanii. Ostatecznie, już jako obywatel brytyjski, przybrał nazwisko Lewis Namier. Był jednym z głównych doradców rządu Lloyda Georga w negocjacjach nowych granic, zwłaszcza związanych z terenami upadłych Austro-Węgier, które przekazały pełne plenipotencji na ustalenie nowych granic Państwom Sprzymierzonym. W tych negocjacjach (jak i bezpośrednich z rządem sowieckim, gdy sadzono, że Sowieci wojnę 1920 roku wygrają) Namier był zdecydowanie widziany jako bardzo nieprzychylny Polsce, uciekając się wręcz do fałszowania dokumentów na niekorzyść Polski. Generalnie można powiedzieć, że nakłaniał (dość skutecznie) rząd brytyjski do widzenia mapy nowej Polski w granicach dawnego Królestwa Kongresowego, tj. państwa kadłubowego. Fakt, że Galicja Wschodnia i Zachodnia (poza Wołyniem) nigdy, w całej historii, do Rosji nie należała, a przed rozbiorami była od setek lat w granicach Korony Polskiej – sprawiał mu wiele kłopotów. Był osobowością niesłychanie inteligentną i ciekawą, pełną politycznych ambicji (w cieniu gabinetów głownie) i niespełnionych pragnień bycia uznanym jako, rewolucyjny wręcz historyk i teoretyk nauk społecznych. W historii Polski zapisał się (z nieznanych mi bliżej powodów) zdecydowanie negatywnie. Nie był żydem judaizmu (w latach dojrzalszych wstąpił do Kościoła Anglikańskiego), pochodził z rodziny w pełni spolonizowanych i zlaicyzowanych Żydów. Mimo to był gorącym orędownikiem i aktywistą ruchu syjonistycznego i utożsamiał się tym wyraźniej, jako Żyd, niż jako Anglik lub Polak. Współpracował, jako doradca, z lordem Balfourem przy wyznaczaniu granic różnych społeczności (w tym żydowskiej) w brytyjskim Mandacie Palestyny. Widać, że lubił (lub lubili to brytyjscy arystokraci) kreślić palcem na mapie. Znowu, jak wcześniej w przypadku polskiej granicy na Zbruczu, decydującymi w powstaniu Izraela były fakty dokonane i akcje zbrojne Żydów, a nie same deklaracje, plany i mandaty różnych zewnętrznych ‘aliantów, i ‘sprzymierzonych’.
A granice wschodnie Rzeczypospolitej na samym końcu były wynikiem walk armii polskich z oddziałami Zachodnio-ukraińskiej Republiki Ludowej i rezultatów wojny polsko-bolszewickiej i Traktatu Ryskiego między Polską a Sowietami. Ukraińcom nie udało się stworzyć zjednoczonego frontu polityczno-militarnego, Wschodnia Ukraina była już dość silnie w rękach rosyjskich (potem Sowieckich), mimo poparcia Piłsudskiego dla Petlury nie udały się plany utrzymania w rękach ukraińskich Kijowa. Losy Zachodniej Ukrainy stanęły wobec alternatywy albo wpadnięcia w łapy strasznej niewoli sowieckiej lub powrotu w granice odrodzonej Rzeczypospolitej. Komisja Państw Sprzymierzonych, której zadaniem było wytyczyć granice i przynależność państwową terenów byłego Cesarstwa Austro-Węgier nolens volens uznała stan faktyczny, który był efektem przegranej przez Rosjan wojny polsko-bolszewickiej, z zastrzeżeniem, że w przyszłości Polska przeprowadzi na tych terenach plebiscyty. Termin plebiscytów wypadał na okres lat, kiedy Europę zalała pożoga kolejnej wielkiej wojny. I granice znowu poszły do kosza historii zmieniając po raz kolejny kształt Europy Środkowo-Wschodniej. Tym razem nikt nie pytał o zdanie Polaków, Ukraińców, Węgrów czy Rumunów, a losami i prawami licznej ludności innych (Wołosi, Ormianie, Hucułowie) mniejszości narodowych w rozległych terenach Karkonoszy Wschodnich nikt w ogóle się nie interesował. Z perspektywy czasu i mając przewagę znajomości historii ostatnich stu lat, nie mam wątpliwości, że te krótkie 20 lat, gdy Ukraina Zachodnia i Lwowszczyzna z Wołyniem wróciły w granice Rzeczypospolitej były i dla Ukraińców i dla Białorusinów wyjściem o wiele korzystniejszym niż bucior rosyjski. Nawet gdyby się udało Ukraińcom uzyskać suwerenność i zgodę Polski na stworzenia państwa na południowy wschód od Lwowa, ta suwerenność nie miała szansy obrony przed nawałą bolszewicką Budionnego i Tuchaczewskiego kilka miesięcy potem. Tragiczne losy ludności etnicznie polskiej z tych terenów (zwłaszcza na Wołyniu i korytarzu przemysko-lwowskim, gdzie stanowili większość lub poważny procent miejscowej ludności) był zbrodnią niewytłumaczalną i godną potępienia bezwarunkowego. To nie byli najeźdźcy – to byli ludzie mieszkający tam od pokoleń, setki lat, którzy razem z innymi grupami etnicznymi budowali te ziemie, rozwijali przemysł, handel, bogactwo tych terenów. To był ich dom, ich ojczyzna. Ale to temat już zupełnie inny. Który będzie jeszcze wymagał solidnego i spokojnego zbadania przez oba narody (polski i ukraiński) w przyszłości. Pozbawionego wypieków emocjonalnego zacietrzewienia a opartego na dokumentach i faktach. Tak postępują narody i państwa dojrzałe. Wspólnie. Historii i tak nikt nie cofnie ani jej nie zmieni. Więc warto by była przynajmniej solidnie i obiektywnie opracowana. Pamięć ofiar tej historii zasłużyła na to.
Jako ciekawostkę warto odnotować, że siostra Niemirowskiego była matką znanej polityczki PiS Anny Kurskiej i babką … zastępcy Redaktora Naczelnego „Wyborczej” Jarosława Kurskiego oraz jego brata, Jacka Kurskiego … tak, samego Prezesa TVP, znanego jako organ prasowy PiS. Historia jest czymś niesamowicie ciekawym, gdy się w niej nieco pogrzebie i ciekawe, co by o tym pomyślał sir Lewis Namier … . Sądzę, że byłby zadowolony, że jego siostrzenica i pra-siostrzeńcy trzymali i trzymają rękę na polskim pulsie. Historie świata i państw tworzą nie tylko wielcy wodzowie, przywódcy. Tworzą ją też równie skutecznie szare eminencje pracujące z uporem i bez rozgłosu w cieniu gabinetów.
Obecna tragedia Ukrainy
Rok 2022. Trzydzieści lat po oficjalnym rozwiązaniu i upadku ZSRR, upiory Piotra I, Katarzyny Wielkiej i Józefa Stalina znalazły swe medium w osobie Włodzimierza Putina i najechały Ukrainę. Czy Rosjanom uda się plan powrotu do starej granicy polsko-sowieckiej na linii rzeki Zbrucz? Putin wielokrotnie podkreślał, że Rosja ma ‘historyczne prawo powrotu do macieżystych granic’ Imperium Rosyjskiego, a Zbrucz był najdalej na zachód wysuniętą granicą tego Imperium od czasów końca XVIII wieku. Bo to był, zdaniem moim, zasadniczy cel Putina. Czy też zaspokoi się odłączeniem rosyjsko-językowych terenów Donbasu, Luhańska i reszty wybrzeża mórz Azowskiego i Czarnego? Na razie postawa ludności i władz Ukrainy, personifikowana osobą ich niesamowitego (w pozytywnym znaczeniu) Prezydenta Włodzimierza Żeleńskiego wali te plany Putina. Przy olbrzymiej pomocy całego świata zachodniego. Ale o wielkim zwycięstwie militarnym Ukrainy nad Rosją mowy być jednak nie może. Nie przy obecnym stopniu wspierania Ukrainy. Cała ‘doktryna’ Bidena i NATO musiałaby ulec kompletnej zmianie i przebudowie. Wojen z potężnym przeciwnikiem nie wygrywa się tylko środkami obronnymi (w dodatku ograniczonymi). Natomiast Ukraina jest zdolna sama wymusić na Rosji w miarę korzystne (w stosunku do alternatywy możliwości stracenie olbrzymiej części terytorium) rozwiązania oparte na twardych negocjacjach. Koszt tej wojny naturalnie jest straszny dla Ukrainy: w stratach ludności, zrujnowanych miast, przemysłu, infrastruktury, rolnictwa. Koszt straty sprzętu i ludzi wojsk putinowskich i czysto ekonomiczny całej Rosji jest też olbrzymi. Ale tysiące zabitych Rosjan i bieda ludności rosyjskiej nigdy nie były wielkim zmartwieniem carów i komisarzy rosyjskich. Ze złoconych korytarzy Kremla nikt nie zauważa kolejek po chleb w małych miasteczkach imperium. W państwach demokratycznych nauczyliśmy się sposobu myślenia, że państwo ma służyć obywatelom przede wszystkim. W Rosji ciągle pokutuje myślenie średniowieczne: mieszkańcy podległych imperatorowi terytoriów są po prostu materiałem do budowy imperium. Nie są podmiotem a przedmiotem polityki.
Czy jest szansa, żeby Putin sam wycofał się z Ukrainy kompletnie, osiągając jedynie pyrrusowe zwycięstwo deklaracji, że Ukraina nigdy nie wstąpi do NATO? Jest. Ale bardzo mała i wymaga dużo większego, solidnego zaangażowania militarnego świata zachodniego. Nie samej organizacji NATO. Nie, państw indywidualnych, w porozumieniu miedzy nimi, poza strukturami NATO. To jest możliwe. Czy realne? Nie wiem. Nie wymaga żołnierzy tych państw na terenie Ukrainy. Wymaga sprzętu. Natychmiast. Bez idiotycznych ograniczeń. Nie wiem jaka jest różnica między maszyną wojskową ze skrzydłami (samoloty) a maszyną wojskową na gąsienicach lub kołach. I nikt mi tej różnicy strategicznej wytłumaczyć do tej pory nie potrafił. I czy musi być to tylko złom z czasów sowieckich? Rosjanie używają to, co mają najlepsze. Bez tego nie widzę jakiejkolwiek możliwości by Rosja wycofała się bez poważnych zmian granic Ukrainy na południowym wschodzie. A nie powinniśmy i nie musimy do tego dopuścić. Odnoszę wrażenie, że regiony tzw. ‘większości rosyjskich’ Donbasu są poniekąd przesądzone na niekorzyść Ukrainy. Krym – raczej do Ukrainy nie wróci. I, zdaniem moim, ani Ukraina ani Rosja do niego żadnych praw nie mają. To zbrodnia na ludności tatarskiej. Ale to też temat inny. Natomiast winno się uniknąć w jakikolwiek możliwy sposób utraty przez Ukrainę dostępu do morza i portów morskich. Dla odbudowy Ukrainy po tej strasznej wojnie te tereny są niezbędne. I pod każdym względem, (historycznym, etnicznym) są to tereny ukraińskie a nie rosyjskie. Argument, że np. Mariupol był założony przez jakiegoś cara rosyjskiego jest absurdalny. Czyli Kłajpeda i Malbork należy się Niemcom, Moskwa i Kijów – Szwedom, a wszystkie stare miasta Kanady i USA winny wrócić do Anglii? Nie ma sensu tego ‘argumentu’ rozwijać. Jest bezsensowny.
Przedłużanie tej wojny jest zbrodnią na ludności ukraińskiej. Zwłaszcza teraz, gdy pod nowym dowództwem ‘rzeźnika Syrii’, gen. Aleksandra Dwornikowa, te znęcanie się nad ludnością cywilną przybrało nowe rozmiary. I wyraźnej dyrektywie intensyfikacji ofensywy rosyjskiej bez względu na koszty. Tą ofensywę zatrzymać można tylko tak, jak tego typu ofensywy zatrzymuje się zawsze – brutalną siłą militarnej kontrofensywy. Zmasowanym ogniem artylerii, lotnictwa zatrzymującym rosyjskie kolumny pancerne. I zasięgiem umożliwiającym rażenie rosyjskich wyrzutni rakietowych spoza terenu Ukrainy. Nie ma jakichkolwiek intensywnych pertraktacji rozejmowo-pokojowych, a więc brak opcji politycznej kompletnie. Tylko silna obrona i gdzie możliwe kontrofensywa do tych pertraktacji może ich zmusić. Romantyczne mówienie o heroicznej partyzantce, o walkach ulicznych, gdzie z każdego okna i za każdym rogiem ulicy czekają młodzi chłopcy z granatami i koktajlami Mołotowa to absurd. I absurd nieludzki. Obejrzyjcie ulice, domy i rogi ulic Charkowa, a zwłaszcza Mariupola. Z których okien? Z tych kikutów ścian obróconych w perzynę ogniem artylerii i rakiet, z czołgów oddalonych bezpiecznie od zasięgu granatu i butelki z benzyną? To rzeź a nie obrona. Bo żeby taką walkę prowadzić trzeba mieć świadomość, realną nadzieję na odwet, na nadchodzące posiłki regularnych wojsk. Takie walki można prowadzić z przeciwnikiem respektującym prawa wojny – nie z bandytą, mordercą.
note from author: texts in English and in Polish are not the same and offer different perspective; teksty po polsku i po angielsku nie są tłumaczeniami a osobnymi uwagami na ten sam temat, uwzgledniającymi specyfikę Czytelnika
What seemed possible and sensible ten days ago, at the beginning of Russian invasion of Ukraine, is no longer enough or practical nor possible. The war has changed, its’ possible outlook has changed, the situation and reality in Ukraine has changed drastically. The situation in bordering countries (Poland, Moldova, Romania) has changed dramatically. Especially in Poland, a country that has received and continues to receive the bulk of Ukrainian war refugees – now getting dangerously close to two million. No one in all NATO countries has even the slightest idea what it means to host, within a matter of ten days, such an overwhelming number of refugees and to house them, to offer them medical support, psychological care, education for hundreds of thousands of children. Even in Canada – a country of immigrants, nobody knows (including the government) what it means. Yes, I know, have heard all the heartwarming words of Canadian government in Canada and during his recent visit to Poland – but it almost sounds like a talk from another planet. Visas will be fast-tracked, process shorten … . No, Mr. Trudeau – we need now a massive airlift of thousands of people to Canada, you can house them in government approved and run facilities (a form of refugee camp) and you can then do all the paperwork and checking for as long as need to be. Large Polish cities literary run out of spaces, similarly in many smaller cities. You can’t built camps for millions of people. The same goes for Germany, France, Great Britain an other European countries. Where is USA?
Money given to Poland and other countries do not solve all the problems – they can’t stretch these countries. It is a serious social and political problem that needs serious long term solution – but also needs a fast practical means. Even if only temporary. It looks like within day or few days time we will face another huge wave – this time from Western Ukraine and possibly Lviv itself. The bombing of the airport just miles off Polish border and bombing of city of Sluck creates a sense of panic in parts of Ukraine that felt relatively safe so far. But Putin plans obviously changed. I thought myself that he would stop around the lines of the old, pre-war Polish border. Russia has no historical or any other claim to these territories. Obviously, I was wrong. Putin is a dangerous man. Time is not on his side (the economic sanctions do bite Russia very seriously and that he can’t changed no matter what) and he invested too much, in my opinion, to just stop the offensive. He will – but only when Kiev is taken and Ukraine as a country will loose any chance to militarily oppose his armies. By attacking more massively, with full terror to civilians and bombardments of Western Ukraine infrastructure – he will eliminate (already seriously weakened) any practical means of supplies to Ukraine of Western arms and equipment.
While being fully invested in economical war with Russia, supporting Ukraine defensive effort (supporting in a limited way, too limited to effectively change the outlook of the war – but I wrote on this subject before and will not repeat it here) and – most of all – strengthening the Eastern and Northern flank of NATO – we can’t overlook social and political destabilization of frontier NATO countries that this conflict might produce. Just before Russian invasion, another madman – Belarus ‘president’ Lukashenka, created a refugee crisis on border with Poland by ‘exporting’ Syrian and Afghan refugees. Polish government (to dismay and anger of many Poles and Polish NGO’) refused to accept these poor souls. But fear of new and dangerous ‘refugee corridor’ made the European Union to support Warsaw’s government in forcefully (in a way Trump did to Mexicans and Central Americans) stopping the immigrants. They were afraid of social and political destabilization of EU. Well – there was just a mere few thousands, certainly not even 100 000 refugees. What two, three or even four millions could do now? O, yes – Ukrainians are white, aren’t they? Did I say something not politically correct? O , my… . Just please, spare me your indignation. It would have been laughable. People are people and victims of state-sponsored terror and wars are victims. Regardless of their nationality and ethnicity. Therefore, if we (NATO) are still absolutely sure that we will not offer a substantial military support to Ukrainians (yes, I do mean a short military surgical strikes against Russian missiles, planes ) – you must do something very fast and tangible to avoid social dangers by strangulating Poland and other bordering countries with that massive wave of refugees. That truly would have been unintended gift to Putin-the-murderer.
Sytuacja Polski, jej południowo-wschodnich granic, przy których kłębią się czarne chmury wojny jest najtrudniejszą od czasów wielkich zmian w 1945 i zmian związanych ze stanem wojennym i powstawania zrębów nowego, demokratycznego państwa. Wymaga wysiłku, mądrości, rozwagi i odwagi. Społeczeństwo w dużej chyba większości wykazało te cechy. Zwłaszcza, gdy mówimy o monumentalnej, od czasów 2 wojny niespotykanej, ilości wędrującego tłumu przerażonych Ukraińców. W olbrzymiej większości kobiet z dziećmi, ludzi starszych. A więc generalnie w trudnej sytuacji i nie zawsze zdolnych dla podjęcia normalnych działań na rzecz mieszkania, pracy, zaradności. Morze biedy, przerażenia i łez. To jest ta część tej wojny, gdzie Polacy zdali każdy egzamin mądrości, spolegliwości. Nawet jeśli tu i tam zdarzają się (w pewnym stopniu zrozumiałe z ludzkich powodów) zgrzyty, narzekania lub hasła. Ta fala dotknęła Polskę najsilniej i ani Zachodnia Europa ani Północna Ameryka nie mają najmniejszego pojęcia, co to znaczy i jaki nadludzki wręcz wysiłek jest konieczny, by zapobiec sytuacji socjalnych tragedii nie tylko Ukraińców ale i Polaków. Władze państwowe do tej pory też zdają dość dobrze egzamin dojrzałości w postawach i realizacji tego, co władze administracyjno-polityczne robić powinny. I musi w tym być duża zgoda społeczna i balans pozytywny miedzy opozycją demokratyczną w Polsce a władzami PiS. Musi – bo wymaga tego sytuacja na świecie, wymaga tego pokój społeczny w Polsce. Podzieleni i skłóceni nie podołamy temu herkulesowemu wyzwaniu historii. Nie oznacza to zgody na konstytucyjne świństwa PiS, ani zgody na ich demontaż Polski, jako państwa europejskiego, państwa praworządnego.
Przypomnę – młodszym może ode mnie ale i starszym, którzy zapomnieli – pewnego poetę epoki przeszłej. Żołnierza Legionów Komendanta, żołnierza wojny polsko-sowieckiej 1920, w której dostał Virtuti Militari i Krzyż Walecznych, patriotę. Potem więźnia sowieckiej Łubianki w Moskwie, następnie żołnierza Korpusu generała Andersa. A, bym nie zapomniał w tej wyliczance: komunistę. Za tą działalność w KPP (Komunistyczna Partia Polski) rządy sanacyjne w latach 30-tych umieściły go w więzieniu politycznym. Surowym. Po wojnie wrócił z Zachodu do nowej Polski i poparł nowe władze. Chyba szczerze, ostatecznie był autentycznie komunistą. Ale był przede wszystkim Polakiem i patriotą. Domyślacie się, kto? Starsi już pewnie tak. Naturalnie Władysław Broniewski. Jak się zachował 1 września 1939? Miał prawo być wszak zgorzkniały, miał prawo wobec Rydza-Śmigłego i rządu Sanacji czuć wstręt. Otóż napisał wówczas słynny wiersz-apel „Bagnet na broń”. Przytoczę krótki a wymowny fragment (druga zwrotka): Są w ojczyźnie rachunki krzywd, / obca dłoń ich też nie przekreśli / … / … / Cóż, że nie raz smakował gorzko / na tej ziemi więzienny chleb? / Za tę dłoń podniesiona nad Polską – kula w łeb!
Można by jeszcze sięgnąć do – adekwatnego do sytuacji i wypadków – apelu Jana Kochanowskiego w „Pieśni o spustoszeniu Podola”. Ale wystarczy. Rządy Zachodnie nie mogą rozmawiać po prostu ‘z ludźmi’ i z nimi zawierać umowy, porozumienia. A nasze wewnętrzne spory polityczne nie powinny tego utrudniać. Uważam, że np. propozycja ‘lotnicza’ niejakiego Dudy w fantastyczny sposób obnażała dwulicowość polityki USA, a śmiech pani v-ce prezydent był dużo bardziej żenujący niż przejęzyczenie czy też zła wymowa pokracznego angielskiego tegoż pana. Który angielskiego nie musiał używać i chyba lepiej by nie używał poza grzecznościowym ‘welcome’ itp.
Stoimy wobec kolosalnego zadania związanego z ilością uchodźców. Wymagana jest współpraca, gdzie należy z administracją polityczną. Bez wybaczania czy rezygnacji ze słusznych, wewnętrznie polskich, oporów i przygotowań do kampanii wyborczej. Tysiąc, dwa czy 10 tysięcy, których litościwie zabierze Kanada i inne kraje niczego w sytuacji w Polsce nie zmieni. To kropla w morzu potrzeb. Nie zmienią też tego nawet dziesiątki milionów euro i dolarów. Nikt w kilka miesięcy nie zbuduje nowych miast, szkół i szpitali. By temu sprostać wymagana jest pewna współpraca, wzajemne wsparcie społeczeństwa i rządu. Za miesiąc, dwa nastroje Polaków mogą się diametralnie zmienić. I temu należy że wszelkich sił zapobiec. Bo może być źle. Musimy żądać od EU (tych państw, które nie leża przy granicy ukraińskiej), USA, Wlk. Brytanii i Kanady bardzo szybkiego przyjęcia olbrzymiej ilości uchodźców z Polski. Nie miesiącami trwającego procesu wiz, przesłuchań, aplikacji indywidualnych. Wszystko to mogą robić te kraje już u siebie. W sposób, jaki same uznają za najlepszy.
Dzień Kanady obchodzi się 1 lipca. W 2021 to był trudny i smutny dzień dla Kanadyjczyków. Święto wypadało w krótkim czasie po odkryciu pierwszych masowych grobów dzieci Pierwszych Narodów (określeniem First Nations zastępuje się falszywy i powstały w czas kolonialnych zwrot Indianie) na terenie dawnych Szkół Zbiorczych prowadzonych przez Kościoły chrześcijańskie. Tego dnia nie pojechałem na teren wioski największego narodu w Nowej Szkocji spędzic go z nimi i odwiedzić okoliczne miejsce, gdzie kiedyś taka szkoła stała.
W tych samych dniach zwróciłem uwagę na pojawiający się w mediach znamienny plakat. Grafika była nagrodzona i wybrana z wielu nadesłanych przez jury Konkursu. Autorem był młody grafik z Polski, z Zamościa, Łukasz Zwolan. Tytuł Per Aspera zaczerpnięty z łaciny, oznacza pokonywanie trudności w drodze do gwiazd. Nawiązałem z artystą kontakt i pogratulowałem mu użycia prostej formy w wyrażeniu skomplikowanej i trudnej symboliki.
Bo, w olbrzymim skrócie, rolą plakatu jest wyrażenie treści w minimalistycznym, a jednozceśnie czytelnym przekazie graficznym kilku plam, kresek. Można się wręcz pokusić na pewne porównanie do przekazu pisemnego: obraz to rodzaj eseju, plakat zaś felietonu.
Od tamtego czasu obserwuję bogaty rozwój twórczości tego artysty. I jest imponujący. Za jego zgodą chciałbym przedtawić krótka serię grafik plakatowych , które w idealnej kwintesencji formy ukazują tragedię i zbrodnię wojny rosyjskiej na Ukrainie.
Dwa pierwsze oferują forme języka, liter. Litera “J” lub zblizona kształtem do niej litera “L” potrafią diametralnie zmienić sens tego słowa. W drugim proszę zwrócić uwage na kompozycję czołgu, który powstał z dwóch liter P i U. Trzy osatnie nie wymagają jakiegokolwiek opisu.
O mamo, otrzyj oczy Z uśmiechem do mnie mów, Ta krew, co z piersi broczy — Ta krew — to za nasz Lwów!… Ja biłem się tak samo Jak starsi — mamo, chwal!… Tylko mi Ciebie, mamo, Tylko mi Polski żal!…
/……/
Mamo, czy jesteś ze mną? Nie słyszę Twoich słów — W oczach mi trochę ciemno… Obroniliśmy Lwów!
Zostaniesz biedna sama… Baczność! Za Lwów! Cel! Pal! Tylko mi Ciebie, mamo, Tylko mi Polski żal!…
(fragmenty wiersza “Orlątko” z 1918, A. Oppmana)
Nie, nie dla sentymentalnej łezki, nie dla odkurzenia starych tomików zapomnianych dziś poetów Młodej Polski i Dwudziestolecia. Z przypomnienia zwykłych faktów, legend i mitów, historii i literatury. Tego wszystkiego, co stwarza, zlepia i cementuje te tysiące fragmentów prawdziwych i baśniowych konceptu nazwanego: naród, narodowość. W polskim koncepcie narodowym – poza Piastami, Jagiellonami, Grunwaldem – są jeszcze miasta szczególne: Poznań, Gniezno, Kraków, Warszawa i piąte: Lwów. Co tworzyło legendę odzyskania Niepodległości? Naturalnie wymarsz Kadrówki z Krakowa, gdzieś jakieś bitwy (kto potrafi dziś palcem na mapie wskazać, w przybliżeniu choćby, Kostiuchnówkę?), potem legendarny powrót Piłsudskiego z Magdeburga do Warszawy – i niepodległość. A przecież jedna z najkrwawszych, najtrudniejszych (do pewnego stopnia i najtragiczniejszych) była trwająca do 1919 roku wielka kampania w Małopolsce Wschodniej, na Wołyniu, Podolu, na Pokuciu. I znowu – kto tak naprawdę wie, gdzie to Pokucie leży? Mimo, że należało do Polski od 1349, za panowania ostatniego Piasta na tronie krakowskim. Nie jestem nawet pewny ilu absolwentów uniwersyteckich potrafi na mapie współczesnej choćby w przybliżeniu pokazać, gdzie zaczynał się Wołyń a gdzie kończyło Podole. W tych walkach miedzy 1918 a 1919, najważniejszymi były walki o Lwów. Ten klejnot Korony Polskiej. Miasto, które być może bardziej jeszcze niż Kraków było centrum kultury, nauki i polityki polskiej w dobie zaborów a zwłaszcza przed wybuchem I wojny. Na pewno nie była nim Warszawa, ani nawet Poznań i (mimo moich słabości do miasta Gedymina) zdecydowanie nie Wilno.
Otóż przez cały w zasadzie okres rozbiorów olbrzymia połać wschodnio-południowa Rzeczypospolitej tworzyła Królestwo Galicji i Lodomerii pod berłem Habsburgów (dość długa i skomplikowana dynastycznie droga związana z Koroną węgierską). Ten twór administracyjny obejmował Małopolskę, całe Podole i Pokuć, część Wołynia. Dwa miasta czołowe to był Kraków i Lwów. We Lwowie istniał swoisty narodowy parlament z szerokim zakresem niezależności krajowej, decydowania o wielu sprawach administracyjnych, edukacyjnych, handlowych. Ów lwowski parlament spoczywał głównie w rękach Polaków (byli w nim też Rusini, wówczas już zdecydowanie używający nazewnictwa ‘Ukraińcy’). Pozwalało to na rozwój życia gospodarczego i naukowego, ale też politycznego. Tu powstawały zręby organizacji, które walnie przyczyniły się do powstania później Legionów: Sokolnictwo, Strzelcy, Drużyny Bartoszowe i inne. Tu też zrodziła się silna postawa narodowa i niepodległościowa Ukraińców, którzy – zwłaszcza na ziemiach za dawną Rusią Czerwoną (Lwowszczyzna), w kierunku tegoż nieszczęsnego Pokucia – stanowili większość mieszkańców i marzyła im się własna, niezależna od starej Rzeczypospolitej ojczyzna. Stąd trwały tam najkrwawsze i najdłuższe walki o te ziemie. Walki, z których zwycięsko wyszła jednak Rzeczypospolita. A słynna obrona Lwowa i opiewane w piosenkach ‘orlęta lwowskie’ były dla etosu odrodzonego państwa tak ważne, jak powstańcza młodzież warszawska była dla etosu II wojny. Z tą różnicą oczywiście, że Orlęta ten Lwów dla Polski obroniły. Aż do 1945, kiedy świat oddał w zbrodnicze łapy sowieckie ten szlachetny gród i cała tą krainę.
Byliśmy i jesteśmy z tymi ziemiami i ich mieszkańcami związani od zarania dziejów, a przez wspólne państwo (Królestwo Polskie) od czasów piastowskich, zaś od Unii Lubelskiej z posiadłościami Wielkiego Księstwa Litewskiego, którego większość terytoriów też obejmowała ziemie byłych księstw ruskich. O Rosji nikt wówczas nawet poważnie nie mówił. Nie zapominajmy, że te wczesne księstwa i ludy ruskie sięgały hen, w obecne granice Polski, aż po Lubelszczyznę, Rzeszowszczyznę, Zamojszczyznę. Więc ta granice, jakie dziś mamy z Białorusia i Ukrainą są siłą rzeczy też niczym innym, jak sztucznym tworem politycznych i militarnych negocjacji, dyktatów, umów. Nie ma jakiejś ścisłej granicy naturalnej, jak np. obce języki (litewski, żmudziński, niemiecki). Stąd Lwów ukraiński mi nie przeszkadza, tak jak Wilno litewskie. Dogadamy się, ostatecznie to rodzina. Skłócona, do oczu sobie czasem dość nieźle skakała – ale rodzina. Wszak była to jednak Rzeczypospolita, czyli wszystkich. Ich też. Rozwód był bolesny i krwawy ale był. Trzeba się pogodzić. Ale Ukraina pod batem carskim, sowieckim lub rosyjskim? Tu dostaję czkawki i ręka mimochodem głowicy karabeli szuka…
Lwów dziś
Naturalnie nie piszę tego, jako ciekawostek historycznych i ani o dokładność historyczną dat, miejsc nie dbam zbyt, ani o szczegóły tysięczne a ważne też nie dbam. Polecam jednak uwadze czytelnika polskiego sięgnąć do jakichkolwiek opracowań historycznych. Jeśli ktoś się za Polaka uznaje to winien wiedzieć skąd ta Polska się wzięła i jaka była przez większość swego istnienia. Przecie nie tak prosto od myszy pod wieżą kruszwicką.
Piszę z jednego powodu – świat drży (zwłaszcza świat europejski) obecnie przed możliwością kolejnego najazdu rosyjskiego na Ukrainę. Za Dzikimi Polami, nad Donem, Rosjanie zgromadzili olbrzymie siły zbrojne, na terenach ziem księstw Halickiego i Łuckiego (obecna Białoruś) armia rosyjska i wojska białoruskie są niemal na rzut kamieniem od Kijowa. To nie tylko śmiertelne zagrożenie dla Polski w jej obecnym kształcie politycznym, ekonomicznym, kulturowym. Jeśli Ukraina podzieli losy Białorusi (quasi-suwerenność pod panowaniem bezwzględnego autokraty) – staniemy wobec sytuacji, że blisko 1000 km. naszej granicy będzie stałym polem minowym. Naturalnie, że mamy pewne silne gwarancje wynikające z członkostwa w NATO. Jak skuteczne? Chyba wystarczająco tylko … w polityce wszystkie gwarancje są tak niezachwiane, jak niezachwiane są postawy sojuszników. Dalej tych rozważań rozwijać nie będę. Zakładam, że są trwałe i silne.
Ale Ukraina, tenże Lwów ukochany – to inna historia. Jakie są (czy są?!) plany polskie na wypadek katastrofy wojennej na Ukrainie, na wypadek masowego exodusu obywateli ukraińskich (w tym jej obywateli o polskim pochodzeniu z terenów Zachodniej Ukrainy)? Czy np. rozważano możliwość automatycznego przyznania przynajmniej prawa pobytu na stałe w Polsce tym, którzy są w drugim lub trzecim pokoleniu potomkami obywateli II Rzeczypospolitej ( o I Rzplitej nie wspomnę, bo to zbyt daleko idące i nie realne a i skomplikowane terytorialnie i legalnie)? Nigdzie nic na ten temat w prasie ani krajowej ani polonijnej nic nie słyszę ani widzę. Czyż naprawdę dzieci repatriantów polskich z Ziem Wschodnich (jak ja), których jest miliony w Polsce i ze względu na wiek zajmują wiele czołowych pozycji w polityce, kulturze, nauce i przemyśle nie myślą i nie rozmawiają o tym? Z prawa, z lewa i ze środka politycznego? W tym i w PiS i w PO. Wystawia się pomniki tzw. Żołnierzom Wyklętym z resztek rozwiązanych Dywizji AK na Wileńszczyźnie a nie ma planów co robić na wypadek katastrofy na Wołyniu i Podolu? Coś tu nie tak z tym przywiązaniem do tradycji i historii… . Nawet na popularnych forach społecznościowych nie znajduję ożywionej na ten temat dyskusji. Mowa gorąca (i słusznie, bo to hańba, zwłaszcza dla nas, narodu emigrantów i uchodźców) o tragicznej sytuacji uchodźców azjatycko-syryjskich na granicy z Białorusią. A co będzie z uchodźcami z Kresów, naszych Kresów, dziećmi, wnukami i prawnukami obywateli polskich? Też będziemy ich psami szczuć i wyrzucać za Bug?
ostatnia barykada Wojska Polskiego w 1939 na ul. Grodeckiej
Mam nadzieję, że do sytuacji takiej nie dojdzie, że Rosja zrozumie, że jej apetyt może ją przyprawić o bardzo poważne niestrawności, może nawet śmiertelne. Ale tylko na nadziei opierać się nie wolno.
Polska i Polacy o Lwowie i jego mieszkańcach (bez względu na ich etniczne pochodzenie) zapomnieć nie może. Chciałbym byśmy o tym pomyśleli. Naród, który myśli tylko o chwili współczesnej nie jest narodem a zlepkiem różnych grup i różnych interesów, jest społeczeństwem tymczasowym.
(zdjęcie dzisiejszego Lwowa z Wikimedia Commons, By Mitte27)