Wśród swoich każdy błazen …

by Bogumił Pacak-Gamalski

Tak sobie pomyślałem przeglądając pierwszy raz od wielu, wielu lat niepokaźną objętością książeczkę-wybór felietonów Edwarda Zymana. Wydało ją wydawnictwo (chyba już nie istniejące) Andre Poray Book Publishing w Chicago w 1987 roku. Edward nadał zbiorowi tytuł „U Boga każdy błazen”. Jako, że czasy były jeszcze przed możliwościami e-booków, on-line publishing i wszystkim, co przyniósł magiczny internet, ten zbiór ukazał się dzięki przedpłatom Czytelników. Wśród Listy Subskrybentów dołączonej do wydania widniej też i moje nazwisko. Czasy były, gdy biedota pisarsko-dziennikarska na bożym ugorze tzw. życia polonijnego wspierała się zawsze w zacnych inicjatywach, które potem chętnie wskazywano jako osiągnięcia polonijne w dziedzinie kultury. Te ‘osiągnięcia’ były wszak prawie bez wyjątku wynikiem mozolnej pracy tych właśnie (i przez lata stale tych samych) bidaków-pisarczyków i im podobnych akolitów sztuk tzw. pięknych lub wolnych (w przeciwieństwie do mięsnych, które zdecydowanie większą popularność miały).  

Zyman we wstępie wyjaśnia tytuł odwołujący się do Jana Kochanowskiego, który te słowa użył w jednej ze swoich Pieśni, konkludując za poetą czarnoleskim, że im bardziej się sili tym więcej  się myli. Ale od siebie szybko wyjaśnia, że wszak nie mylą się tylko ci, którzy nic nie robią. A przyznaję od siebie, że Edward Zyman na tym ugorze polonijnym zrobił dużo i poświęcił mu połowę swojego życia.

Zmarł 18 listopada 2021 w Mississauga, w Ontario, gdzie od wielu lat mieszkał, w wieku 78 lat. O jego śmierci dowiedziałem się dość przypadkowo, w równie przypadkowej rozmowie internetowej z poetą z Calgary, Janem Wolakiem. Moje kontakty z Edwardem od blisko 20 lat były raczej sporadyczne. Choć w pierwszym 10-leciu jego pobytu w Kanadzie łączyła nas bardzo bliska znajomość i jeszcze bliższa współpraca literacko-publicystyczna. Odległość, jak i duże zmiany pokoleniowe, polityczne, socjologiczne, jakie zaszły w Polonii w latach 1991-2001 oddaliły nas od siebie. Gdzieś od tych lat poczynając wycofałem się świadomie i prawie kompletnie z tzw. życia polonijnego. Odmówiłem dalszej współpracy i publikacji w pismach polonijnych, nie chciałem mieć nic wspólnego z organizacjami polonijnymi. W czym bardzo pomogło mi przeniesienie się z Alberty do pięknego Vancouveru, w nowe nieznajome środowisko.

Naturalnie życie ma swoje dróżki. W krótkim czasie odnalazło mnie dwóch redaktorów/wydawców ówczesnego tygodnika „Takie Życie” ukazującego się lokalnie w Vancouverze, których wcześniej nie znałem. Nagabywano, zachęcano i naturalnie na końcu pozyskano. Aliści o tzw. sprawach polonijnych starałem się nie pisać.  Po jakimś czasie, głównie ze względu na przyjazd na stałe do mnie mojej mamy – nawiązałem kontakt z zacną i wiele dobrego robiąca grupą artystów i przyjaciół sztuk „Pod skrzydłami Pegaza”.  Efektem tego (długa historia) było podjęcie się wydawania rocznika twórczości polskiej „Strumień’, którego zasadniczymi adresatami były polskie placówki akademickie i archiwalne, biblioteki naukowe oraz główne ośrodki kultury polskiej (jak np. Biblioteka Paryska) poza granicami Kraju. Z góry zakładając, że nie jest to pismo nastawione na jakikolwiek dochód, nie zawracała mi głowy i czasu myśl o szukaniu indywidualnego czytelnika i nabywcy pisma (naturalnie kwestia jakiegokolwiek wynagrodzenia w ogóle nie była brana pod uwagę i było to wyjście zdrowe, bo unikało jakiegokolwiek uzależnienia mnie we wszelkich decyzjach edytorskich). Poza stałymi i regularnymi, raz w roku, spotkaniami z lokalnym czytelnikiem z Vancouveru i okolic, które były jednocześnie okazją do prezentacji autorów danego wydania, odczytów, wystawy sztuk wizualnych, czasem prezentacji muzycznej. Spotkania te miały miejsce w Miejskiej Bibliotece. Unikaliśmy korzystania z ‘gościnności’ lokalnych organizacji polonijnych.

Sytuacja Edwarda Zymana było zupełnie inna. Urodzony dobrze ponad dekadę wcześniej niż ja, przyjechał do Kanady już z interesującym doświadczeniem i bagażem jako autor, jako redaktor. Miał za sobą doświadczenia życia zawodowego i zarobkowego w środowisku redakcyjnym i chciał tego rodzaju pracę kontynuować tu. Różniły nas też środowiska z jakich pochodziliśmy, pewne tradycje. Wiek był, mimo to, pewnie czynnikiem decydującym. Moje doświadczenia z Polski były głównie doświadczeniami młodego, zapalonego działacza „Solidarności’ a od momentu wylądowania w Kanadzie – działacza niepodległościowego. Doświadczenia autorskie w Kraju miałem minimalne – kilka drobnych felietonów i tekstów rozrzuconych po różnych tytułach.

W ten sposób poznaliśmy się w jego pierwszych dniach pobytu w Kanadzie, w Calgary, gdzie wylądował z żoną w 1983. Zajął się szybko redagowaniem lokalnego biuletynu (z taką właśnie nazwą „Biuletyn Polonijny”), miesięcznej relacji z wydarzeń trzech środowisk finansujących to wydawnictwo: Stow. Kombatantów, Parafii i Stow. Polsko-Kanadyjskiego. Pisemko wartości większej nie miało ale ‘na bezrybiu i rak ryba’. Miało za to bardzo oddanych i regularnie subskrybujących miesięcznik od wielu lat czytelników. Edward był pierwszym, który Biuletyn nieco uporządkował graficznie, tematycznie. Był też pierwszym, który skłonił Dyrekcję Prasową (tak wypadało chyba nazwać osoby, które z ramienia wymienionych wyżej instytucji decydowały o finansach i charakterze pisma) do wypłacaniu mu miesięcznej tantiemy. Co uważam za jego pierwszy sukces. I pochwalałem to. Hydraulikowi się za usługi płaci bez zastanowienia. Natomiast wyrobnikom słowa nigdy się w polonijnej Kanadzie nie płaciło. Ano – bo każdy przecież umie pisać! Choć nie zastanawiano się, że każdy umie odkręcić i zakręcić kran, a mimo to hydraulikowi się jednak płaciło.

W tym samym czasie zorganizowałem w Calgary zjazd/kolokwium polskich intelektualistów, ludzi pióra i sztuki, akademików z Zachodniej Kanady. Nie było to łatwe, bo każdy miał swoje terminy, nie mogliśmy oferować zwrotu kosztów podróży, zakwaterowanie robiliśmy u siebie lub znajomych. Organizacje na takie ‘imprezy’ nie miały pieniędzy. Ale dzięki temu udało nam się poznać ciekawych i bardzo wartościowych ludzi, niektórzy mieszkający od wielu lat w Kanadzie a nie zawsze znający się osobiście. Te spotkanie bardzo pobudziło i dało energię Edwardowi. Zadzierzgnięcie stosunków środowiskowych jest niezmiernie ważne na polu kultury. Byli tam redaktorzy, profesorowie uniwersytetów, działacze kulturalni. Najważniejszym bodaj pokłosiem – i to była głownie zasługa nie moja, a Edwarda – była decyzja wydawania kwartalnika kulturalnego pod patronatem albertańskiego oddziału KPK. Redaktorem naczelnym został wybitny literaturoznawca prof. Edward Możejko (późniejszy dziekan Wydz. Literatury Uniwersytetu Alberty), a Edward wszedł w skład redakcji. Ja, popierający ideę, odmówiłem formalnego wejścia do redakcji nie wierząc w sukces przetrwania pisma. A przetrwało sporo dłużej niż obawiałem się, bo blisko cztery lata.  Ale publikowałem tam eseje, krytyki literackie i zdaje się jeden lub dwa wiersze. Kwartalnik od początku do końca wydawano starannie pod względem graficznym i merytorycznym. Niestety nigdy nie udało się osiągnąć sukcesu finansowego ani wystarczającej liczby czytelników, a poruszane tematy wykraczały poza zainteresowania członków organizacji kongresowych, gdzie błędnie spodziewano się większego zainteresowania. Edward zrozumiał, że mimo poziomu czasopisma – nie ma mowy o jakimkolwiek wsparciu finansowym dla pracujących przy tym wydawnictwie. W Calgary też związał się lokalną polonijną redakcja telewizyjną, gdzie przygotowywano tygodniowy program na bezpłatnym kanale wielokulturowym. Program nosił tytuł Polish Kaleidoscop   i Zyman bez wątpienia wpłynął na profesjonalny poziom tego programu. Stronę techniczna zapewniał inny młody uchodźca solidarnościowy, kamerzysta z Polski, niestety nazwisko nie przetrwało w mojej pamięci.   Kilka razy byłem gościem tego programu. Wszystko to jednak nie dawało nadziei na możliwość znalezienia pozycji płatnej, zwykłego zarabiania na życie. Perspektywa polepszenia sytuacji była nikła, bliska zeru. Po prawdzie jedyny (poza pracą akademicką lub w kanadyjskim, angielskojęzycznym środowisku literackim do czego umiejętności ani kwalifikacji nie miał) sposób zarabiania na życie wówczas wiązać się musiał z pracą redakcyjną w jednym z kilku tygodników polskich: Winnipeg („Czas”) lub Toronto (tu było aż kilka gazet, w tym dwie najstabilniejsze finansowo: „Związkowiec” i „Głos Polski”). Tam też przeprowadził się w drugiej połowie 1984 i objął funkcję redaktora naczelnego „Głosu Polskiego”. Współpracowałem z nim dość regularnie w tym czasie stale publikując na łamach „Głosu” publicystykę polityczną, czasem recenzje literackie i zgodziłem się przenieść z tygodnika „Czas” periodyczne reportaże literackie ‘Pogwarki’.

Tu dopiero zaczął się najważniejszy okres jego działalności redakcyjnej, literackiej, organizacyjnej i – co chyba najistotniejsze – wydawniczej w ramach Polskiego Funduszu Wydawniczego.

Największym chyba talentem Edwarda Zymana była jego umiejętność właśnie organizacyjna skupiająca się na odnajdywaniu właściwych osób, we właściwym czasie i pozyskiwania ich dla swoich idei. Umiejętność perswazji, argumentacji i nie traktowaniu ‘nie mogę” lub ‘to niemożliwe’, jako decyzji ostatecznej. Olbrzymią pomocą dla niego było też poznania tam ludzi nowych z nowej fali emigracyjnej, którzy mieli podobne, jak on doświadczenia i język praktyczny wyniesiony z PRL. Zaś z drugiej strony umiejętność rozmowy, pewnej adoracji wręcz, wobec środowisk literacko-artystycznych starej emigracji. Z czasem rozpoczął szereg projektów, zaangażował się w licznych firmach, organizacjach związanych pośrednio lub bezpośrednio z życiem kulturalnym (z głównym naciskiem na dział literacki) Ontario i innych regionów Kanady.

Szczególnie znamienna dla niego była znajomość i przyjaźń z Adamem Tomaszewskim i pisarzami lub działaczami kulturalnymi związanymi z Polskim Funduszem Wydawniczym (PFL).  Z biegiem czasu oczywistym stała się potrzeba wymiany pokoleniowej. Twórcy i zawładający Funduszem, naturalnym ciągiem losów, powoli schodzili z aktywnej sceny polonijnej.  Zyman był gotów te miejsce zająć i wlać nową krew w tą zacną organizację. Wiązało się to też z okresem zmian politycznych w Polsce. I znowu – jego podtrzymywane i pielęgnowane z ośrodkami literacko-wydawniczymi i ludźmi w tych ośrodkach umożliwiły mu nowe plany  współpracy. Był to początek wybuchu zainteresowania tzw. literaturą emigracyjną i jej twórcami w Kraju, nadrabiania blisko 50-letnich zaległości. Ale dzięki temu zainteresowaniu była to też okazja pokazania w Kraju (i pokazania w Kanadzie i innych krajach osadnictwa) dorobku nowej fali, tej post-solidarnościowej, którzy w kraju byli albo nie znani kompletnie lub z bardzo minimalnym dorobkiem. Edward potrafił te znajomości z nowymi autorami jego własnej fali emigracyjnej podtrzymywać, pielęgnować.

Był to już okres końca lat 90. ub. wieku i początku XXI wieku. Nasza współpraca w zasadzie zakończyła się. Mieliśmy może jeszcze, przy okazji jego wizyt w Vancouverze u Anny Lubicz dwa bodaj tylko spotkania prywatne. Zostały już chyba tylko pozory serdeczności i dawnej przyjaźni.  Wydaje mi się, że pewnym zgrzytem, którego nie potrafił mi chyba darować była śmieszna sprawa wydania przez Fundusz jego książeczki „Metamorfoza Głębin Twoich” w 2003. Byłbym pewnie nigdy tej książki ani czytał ani o niej słyszał. Pisał w niej o autorach (no, niech będzie poetach, bo któż nas ma władzę nadawać lub odbierać te tytuły?) kilku tomików wierszy. Niektóre chyba z tych nazwisk znałem. Inne nie. Ale pewna para  pisarska znała mnie, a o nich też mowa była w tej książeczce. I poprosili o spotkanie, o rozmowę. O wylanie żali gorzkich. Pożyczyłem od nich tą książeczkę, przeczytałem. Przeczytałem też ich tomik z ich wierszami, innego omawianego autora (z jego wiersza zapożyczył Zyman ten zabawny tytuł) czytałem na tyle na ile mogłem lata wcześniej, gdy przesłał mi tomik z dedykacją i prośbą o recenzję. Recenzji napisać nie mogłem, bo nie miałem serca, więc wyłgałem się kompletnym brakiem czasu. Język w książce  Zymana był  pozbawiony ‘metamorfozy głębin’ (LOL), był bardziej niż ostry – był bezlitosny. To nie była krytyka omawianych tomików, książek – to był pręgież egzekutora. Coup de grâce wymierzony przez Krytyka wobec złej poezji, lub wierszowania symulującego poezję. Nie zawsze chyba słusznie. Nie mnie ani Zymanowi (ni komukolwiek innemu) wypada takie publiczne wyroki bezapelacyjne ferować. A jeśli już – to nie w formie książkowej, może felietonik tu lub tam, może uwaga w adnotacjach. Nie wiem. Istnieje pojęcie złej poezji (czyli braku poezji) ale istnieje też poezja (lub wierszowanie, nie będziemy się sprzeczać o ‘przecinki’) pogranicza literatury, jej obrzeży. Ma zapotrzebowanie czytelnicze, oddaje pewien, na ogół jednoznaczny i pozbawiony ‘metamorfoz’ stan ducha, emocji. O ile złą lub wadliwą powieść, słaby wiersz lub dramat napisze znany autor – można i warto mu to zarzucić, wytknąć. To zupełnie inny obszar krytyki literackiej. O nieznanych lub istniejących na obrzeżach literatury autorach lepiej chyba nie pisać nic niż ich miażdżyć. Byłbym może i to pominął jednak. Odpowiedział tą samą wymówką braku czasu. Najbardziej wkurzyło mnie jednak, że to Edward, a nie oni własnym sumptem wydający taką czy inna książeczkę, zrobił występek. Co było wówczas (i mimo sytuacji lepszej niż 40 lat temu, jest i dziś) oczywiste to fakt, że publikacja, wydanie tomiku wierszy, powieści, zbioru opowiadań jest w środowisku polonijnym (nie tylko w Kanadzie) szalenie trudne. Te bardzo nieliczne ośrodki i instytucje polonijne, które to umożliwiały czasem, miały szalenie ograniczone możliwości finansowe, edytorskie, dystrybutorskie. Wiedziałem to ja, jako naczelny rocznika twórczości w Vancouverze, wiedział lepiej jeszcze ode mnie Edward Zyman, który z większością tego typu instytucji w Toronto był związany lub je prowadził. I użycie tych skromnych środków na wydanie własnej książeczki właśnie z tych zasobów Funduszu, która absolutnie niczego do literatury nie wniosła, było naganne, a nawet trochę megalomańskie.  I taka była generalnie kwintesencja mojej recenzji książki Edwarda. Gwoli pewnej rzeczowości podałem tam przykłady kilku wierszy zdruzgotanych przez Zymana (nielicznych, przyznaję), które posiadały swą wartość (jakkolwiek nikłą) literacką, a znalazłem nawet takie, które poziomem zbyt daleko nie uciekały od szeregu wydawanych w Kraju (bo to był też moment wielkiej rewolucji w krajowym rynku wydawniczym, gdzie wydać było coś czasem łatwiej i taniej niż kupić porządny garnitur). Słabości innych nie ukrywałem ale się nad tymi słabościami nie rozpisywałem. I opublikowałem to w którymś z tygodników (trzy się chyba wówczas ukazywały w Vancouverze). Ani wilk był syty ani koza cała. Od znajomych dowiedziałem się, że Edward miał o to do mnie duży żal, a para pisząca wiersze w Vancouverze, która się do mnie o ratunek zwróciła też zachwycona nie była, bom pozytywnej kontr-recenzji ich tomiku nie wydał, zaś sprawy szersze ich nie interesowały.

Efektem było ochłodzenie naszych stosunków. Jako, że aktywnie (poza własnym podwórkiem redakcyjnym, które mi zabierało zbyt wiele co raz się kurczącego czasu) i tak w ogólno-kanadyjskim dyskursie przestałem uczestniczyć zbyt się o to nie troszczyłem. Z latami każdy z nas przyzwyczaja się do personalnych ubytków, strat, lub wręcz rozczarowań. Życie. Mojej pozytywnej bardzo opinii o osiągnięciach Zymana, jako wydawcy i animatora polonijnego życia literackiego to nie zmieniło. Spotykając się na uniwersytetach w Rzeszowie (‘Fraza’ i dział Biblioteki Uniwersyteckiej poświęcony literaturze emigracyjnej w Kanadzie), Toruniu (Archiwum Emigracji) – rozmawialiśmy często o Zymanie i Funduszu Wydawniczym. Choć zasadniczym tematem byli wielcy twórcy, jak Busza, Iwaniuk, Czaykowski, to naturalnie nie mogło zabraknąć rozmów o ogólno-kanadyjskim stanie literatury i pisarzy polskich. A w tym temacie nie mogło zabraknąć Zymana. Zasłużył na to w pełni.

Kilka lat temu Uniwersytet w Katowicach przysłał mi zaproszenie na specjalną sesję temu tematowi poświęconą. Miałem nadzieje przyjąć zaproszenie i pojechać. Zrobiłem nawet szkic o czym i o kim chciałem wspomnieć. Dwa nazwiska zajmowały  w tym szkicu miejsce specjalne: twórczość Andrzeja Buszy, poety doskonałego moim zdaniem tak w tworzywie-formie, narzędziach poetyckich, jak i wyjątkowej, uniwersalnej treści i Edwarda Zymana, jako przykładu świetnego organizatora i animatora życia literackiego. Jeden jest zależny od drugiego. Twórca bez wydawcy-mecenasa, promotora istnieć nie może w świadomości czytelnika; najlepszy organizator, mecenas sztuki Sztuce służyć nie może bez twórcy.  Niestety, ciężka choroba Mamy, której byłem jedynym opiekunem w Kanadzie uniemożliwiła mi już wówczas wyjazdy na dłużej niż dzień-dwa. Choć tym tekstem więc oddaję Edwardowi tu należny ukłon.

W pewnym sensie jest dość chyba znaczące, że z wydanych własnych prac Edwarda ta, która największą chyba wartość posiada i służyć będzie  – daj Boże – pokoleniom badaczy literatury polskiej w Kanadzie nie są jego krytyki, wiersze, zbiory felietonów, a dokument: kronika Funduszu Wydawniczego ale i szerzej, polskiego życia literackiego w Kanadzie: „Mosty z papieru. O życiu literackim, sytuacji pisarza i jego dzieła na obczyźnie.” wydany w 2010. Jak każdy taki dokument – zwłaszcza jeśli nie pisany przez szeroki zespół, a przez indywidualnego autora – ma braki, nie jest pełny. Ale jest najpełniejszy, jaki do tej pory stworzono w Kanadzie.

Ostatnim naszym kontaktem było właśnie wysłanie tej książki na mój adres przez Edwarda. W dedykacji napisał coś, co gotów jestem dosłownie, bez jakiejkolwiek edycji skierować teraz do niego. Może mogliśmy jeszcze szczerze, spokojnie i bez żali czy niechęci porozmawiać. Ostatecznie temu samemu służyliśmy tutaj, między Pacyfikiem i Atlantykiem. W innej skali i możliwościach, może nawet z innych konieczności – ale cel ten sam. Utrwalić, ocalić od zapomnienia, umożliwić zaistnieć. I chyba pro publico bono. Więc Twoje słowa do mnie – kieruje teraz do ciebie, Edku:

„z nostalgicznym wspomnieniem wspólnych pomysłów i działań ‘w kulturze’ w pierwszych latach na Obczyźnie, która jawiła się (dziś to wiem) nazbyt optymistycznie, z dojrzałym dystansem do niemal wszystkich spraw tego świata, najserdeczniej … „

Wyszogród, Zakroczym, Czerwińsk …

by Bogumił Pacak-Gamalski

W przedostatnim tekście tutaj („Trzynastego grudnia czterdzieści lat temu – gdybym wówczas wiedział…” z datą 31 grudnia 2021) zastanawiałem się, w bardzo osobistej, intymnej prawie ‘spowiedzi niewierzącego’, co by ówczesny, młody ‘ja’ zrobił 30, 40 czy 45 lat temu, gdybym wówczas wiedział? Wiedział co? Gdybym wiedział, jaka będzie ta wymarzona wolna Polska, jakim będzie ten mój magiczno-niezłomny naród, który przetrwał 123 lata rozbiorów, a następnie (po krótkiej pauzie) pięćdziesiąt lat okupacji najpierw niemieckiej, potem bardzo długiej (choć łagodniejszej) sowieckiej? Ta nasza (moja?) solidarność, szlachetność, to przywiązanie do wolności, ta nasza ‘za naszą i waszą’? Plus kilka jeszcze innych krzepiących niezłomnego ducha mitów. Odpowiedzi jasnej nie znalazłem ani jej nie napisałem. Co najwyżej rzekę wątpliwości.

Nie, nie będę teraz tego tematu tu rozwijał. Odpowiedzi nie mam dalej. Wątpliwości co raz więcej.

Bieżące tematy, dzień dzisiejszy, u zarania nowego roku wymaga pytań mniej refleksyjnych, filozoficzno-historyczno-literackich. Pytań twardych – co w Polsce się dzieje? Politycy znienawidzeni przez jednych, uwielbiani przez drugich, szmatławcy i zbawiciele, skorumpowani ministrowie i ich podwładni, otoczeni aurą ‘zbawców narodu’ (wedle połowy tegoż narodu) politycy opozycji demokratycznej – cóż robicie? Jakie plany tworzycie by to społeczeństwo ratować w łapach tej straszliwej pandemii, jaka galopuje po świecie trzeci już rok? Wiem – protestujecie: za wolnością, za wolnymi sądami, za prawami kobiet i mniejszości socjalnych, za wolna sztuką, wolnymi mediami. Wszystko tematy szlachetne. Cóż, wszak szlachetnym narodem jesteśmy (z tym się nawet wasi przeciwnicy, ta druga połowa, zgadza).

A ludzie umierają. Tysiącami. Przejrzałem statystyki covidowe w Polsce. I ręce opadły. Szczęka też. Gdzie są posłowie opozycyjni każdego dnia, z każdej partii, domagający się od rządu powstrzymania tej fali kolejnych zakażeń, kolejnych zgonów? Gdzie jest wspólna strategia natychmiastowego i masowego zaszczepienia milionów osób, która zaszczepione nie są? Przestańcie biegać, jak nakręcane maszynki sterowane zdalnie przez Kaczyńskiego i jego dworu, z sikawką do każdego pożaru, które oni skutecznie podpalają, by utrzymać stałą linię wojny domowej, stałe zamieszanie. Jak to możliwe, że miliony osób wpadły w tą głupią pułapkę ‘ruchu anty-szczepionkowego’, w te żenujące bzdury spisku międzynarodowej farmy, zamachu na wolność, wstrzykiwania jakiś tajemnych przewodników-mini-tranzystorów i innych idiotyzmów, jakimi są karmieni i potem karmią się nawzajem bez skutecznego, racjonalnego i ostrego apelu o położenie temu kresu. O ratowanie ludzkiego życia. Dalej budujecie romantyczne mrzonki i twierdze Okopów Świętej Trójcy.   Nie wiem, przed polskimi faszystami Bosaka  czy ciemnogrodem PiSu? Bo Turków raczej nie widać…, nawet w okolicach Kamieńca Podolskiego.

O wolność trzeba walczyć, o prawdziwą demokrację też, o prawa ludzkie dla mniejszości, dla kobiet, o niezależnych od urzędasów i ich mocodawców sędziów. Ale te wielkie, piękne idee (rzeczywistość codzienna w normalnych krajach rozwiniętych) są przecież dla ludzi. Nie dla nagrobków. Wiec o ludzkie życie należy walczyć najpierw. Ta idea demokracji i praworządności wymaga byśmy ratowali też jednakowo życie tych, którzy z głupoty, z zaślepienia, z chciwości lub może nawet przekonań są wyborcami PiS czy nawet Bosaka.  Tutaj kończą się granice różnic politycznych. Zaczyna się biologia.

Z nawyku pismaka przytoczyłem, jako alegoryczne porównanie, nieco historii, literatury. Wieszcz Zygmunt Krasiński, Okopy Świętej Trójcy na dalekim Podolu. Na jedną jeszcze wycieczkę was, politycy mądrzy i czytelniku, których ich wspierasz, zaproszę. Czasy starsze o setki lat. Nie na kresach Rzeczypospolitej a w jej sercu, w centrum. Na Mazowszu. W trójkącie trzech dużych rzek, Narwi, Bzury i Wisły, są trzy historyczne, zapomniane miasteczka. Uśpione prowincjonalnym snem. Ale mocno zakotwiczone w polskiej historii. Wyszogród, Zakroczym i Czerwińsk. Wiodły tędy stare szlaki handlowe i szlaki wojów polskich i litewskich. Jak i wojów wrażych, przed którymi te stare twierdze grodzkie broniły przepraw. A Czerwińsk mały był się całkiem poważnie zapisał w wielkiej wojnie Jagiełły z Zakonem Krzyżowym – to tu Jagiełło z Witoldem umówili się na spotkanie i połączenie wojsk, tu aż z odległej Puszczy Radomskiej spławiony Wisłą, dotarł inżyniersko-saperski majstersztyk w postaci tzw. mostu łyżwowego, którym polskie chorągwie i ciury piesze niespodziewanie i w tajemnicy przeszły na Kujawy i stamtąd w zwycięskim marszu pod Grunwald. Samochodem nie dalej niż godzina, dwie może z Warszawy. Polecam latem się wybrać i te, jak na Polskę, starożytne grody zwiedzić, poczytać o nich. Co to ma wspólnego z Covidem? Wszystko. Bo te miasta mogły w ciągu kilku dni zniknąć. Wyparować w powietrze, jak Pompea w Italii. Między 20 grudnia a 2 styczniem tego roku, w ciągu dwunastu dni ledwie, zmarło na COVID w Polsce 6107 osób. Tak, w okresie przygotowań świątecznych i zabaw sylwestrowych. Mam nadzieję, że panie i panowie politycy, rządowi i opozycyjni, mieli też udane sylwestry … . Tyle ile w przybliżeniu mieszka ludzi w tych trzech historycznych mieścinach: Wyszogrodzie, Zakroczymiu i Czerwińsku. Tak, jakby jakieś obce samoloty nadleciały i obrzuciły te miasteczka bombami fosforowymi.  Gdyby tak się stało, gdyby jakieś obce samoloty zbombardowały i wymordowały ludność takich trzech polskich miasteczek – o czym byście panie i panowie posłowie i senatorzy Rzeczypospolitej na Wiejskiej w Warszawie mówili? Że nie szkoda róż, gdy płonie las?

Jeżeli nad niczym się autentycznie i solidarnie, jednogłośnie i jednomyślnie nie możecie zjednoczyć to spróbujcie nad tym. Stwórzcie wspólny, opozycyjny front anty-covidowy, pro-szczepionkowy. Koalicję Ratowania Życia.  Nie czekajcie na rząd. Oni udowodnili swoją bezradność i brak elementarnej gotowości przygotowania kraju do pandemii. Nie czekajcie na poparcie biznesu i środowisk gospodarczo-ekonomicznych.  Wytłumaczcie im jasno i prosto, że umarli nie będą chodzić do kawiarń, sal gimnastycznych ani na widowiska sportowe, muzyczne, teatralne. Nie ustawią się w kolejce do sklepów. Jedyny ruch będą mieć branże cmentarno-pogrzebowe. Jeżeli taka koalicja, taki ruch obywatelski się wam uda – to będzie szansa, że potraficie z tego doświadczenia, tej współpracy zbudować wielką koalicję wyborczą, gdy na wybory przyjdzie czas. I będziecie mogli z pełnym przekonaniem powiedzieć: ratowaliśmy wasze życie, gdy rząd tego robić nie potrafił.

W Polsce zaszczepionych (podwójną dawką) jest ledwie 55% społeczeństwa. To zatrważające. W Kanadzie jest to blisko 80%. W tym samym okresie dziesięciu dni od 20 grudnia zmarły w Kanadzie 304 osoby – to jest mniej niż 5% liczby zmarłych na COVID w Polsce w tych samych dniach. Przez całą pandemię w Kanadzie zmarło 30400 ludzi, z czego większość w pierwszej fali, gdy nikt jeszcze nie był zaszczepiony. W Polsce ta liczba jest 97590. Trzykrotnie wyższa. Omicron, najnowsza i najbardziej zakażalna odmiana wirusa, szaleje i zakaża tysiące ludzi w Kanadzie, podobnie, jak w Polsce. Nikt nie potrafił od tego uciec – chyba, że się mieszka w Nowej Zelandii, na środku oceanu i można zamknąć porty i przestrzeń powietrzną. To jest w końcu PANdemia, nie EPIdemia. Różnica między tymi dwoma krajami – Polską i Kanadą, które mają przybliżone zaludnienie – to różnica w ilości osób zaszczepionych.

To epidemiologiczny elementarz. Ale w czasach strasznej pandemii winien to być również elementarz polityczny. O moralnym pisać nie będę. Może to nie fair. Zresztą, co jest ‘fair’, gdy na stoisz nad trumną człowieka?

Słowo, mowa, znaki pamięci.

<strong>Słowo, mowa, znaki pamięci.</strong>

Wilno i ja – echa, cienie, literatura, mit i zaułki.

by Bogumił Pacak-Gamalski

Miasto, które kochałem, zanim je poznałem. A poznałem późno, bo w wieku 22 lat. Poznałem? Nie, naturalnie to kłamstwo. Z przyzwyczajenia językowego niechlujstwa polszczyzny powojennej, tak tylko bez zastanowienia rzucone na papier. Wilno znałem od dzieciństwa. Od pierwszych wierszy, jeszcze przed pierwszą ławką szkolną, umianych na pamięć, o tej, co w Ostrej Świeci Bramie, o tej gruszy na miedzy, tej dzięcielinie. Wiec poprawię: miasta, które odwiedziłem fizycznie pierwszy raz w wieku już dwudziestu dwu lat. Ale Wilno w domu było obecne bez przerwy. Nawet, gdy się o nim nie mówiło. Wilno, potem świadomość Wileńszczyzny, Grodzieńszczyzny, Mińszczyzny, a w końcu całego olbrzymiego Wielkiego Księstwa Litewskiego –  najpierw samodzielnego, potem w unii z Królestwem Polskim.

Bezpośrednią winą tych wspomnień, refleksji obarczam Tadeusza Konwickiego. Konkretnie jego „Zorze wieczorne” opublikowane w 1991. A konkretnie z wydania 2, poprawionego, w 2010. Oczywiście dużo tam Wilna. Konwicki pochodził z Kolonii Wileńskiej, położonej między Nowa Wilejką i Rossą. Był tylko trzy lata młodszy od mojego ojca i jego losy okupacyjne były bardzo podobne: gimnazjum, działalność w Szarych Szeregach i udział w walkach. Powstanie Wileńskie i Akcja ‘Burza’ rozdzieliła ich drogi – Konwicki przetrwał ukrywając się w lasach z odziałem AK aż do przełomu 1944/45. Ojca i jego zgrupowanie płk. Wilka, wbrew umowie o współpracę w walce z Niemcami,  Sowieci otoczyli podstępnie czołgami w okolicach Puszczy Rudzkiej i wywieziono do Miednik,  a stamtąd do Kaługi w Rosji. Konwicki pozostał w lasach Wileńszczyzny w ramach  resztek Brygady  Oszmiańskiej i w nowych okolicznościach kolejnej okupacji sowieckiej prowadzili dalej walkę partyzancka z Litwinami i Sowietami. Ojciec uciekł z grupą innych kolegów z obozu pod Kaługą i dotarł ponownie do Wilna, gdzie panowały już rządy sowieckie. Nawiązał natychmiast kontakt z konspiracją AK. Tu ponownie ich drogi (Konwickiego i ojca) się skrzyżowały. Ze wspomnień Konwickiego wiem o tym czasie więcej niż od ojca. Bardzo mało mówił na ten temat. Nawet w wywiadzie-rzece, jakiego mi udzielił podczas wizyty u mnie w Kanadzie w drugiej połowie pod koniec lat 80. To były trudne czasy. Często krwawe, w tym bratobójcze. Podobnie, jak Konwicki, uzyskał lewe dokumenty na nazwisko Tadeusz Mickiewicz (sic!) i w ramach repatriacji wyjechał do nowej, nieznanej Polski. Nie o tym rzecz jednak. To nie opowieść wojenna. To opowieść o języku, o sposobie mówienia, o fleksji, o traktowaniu słowa. O gawędzie.

Bo język i sposób jego używania decyduje o tym, jak widzimy świat i siebie. Jakoś rzeczy, uczucia, idee musimy ubrać w słowa, nazwać. Inaczej istnieją, jak bezkształtne bryły. A język Wielkiego Księstwa, a już zwłaszcza język Wilna i Wileńszczyzny jest zupełnie inny od języka Polski centralnej. Warszawy i Mazowsza – terenów, gdzie de facto prawie całe życie krajowe spędziłem, gdzie chodziłem do szkół, zacząłem pisać, pierwsze publikacje jakieś tam miałem.  Tylko, że Wilno, mili moi, można odebrać Wilniukom ale nie sposób im tego Wilna zabrać z duszy. Jest, jak mech. No i w tej Warszawce też obracałem się ciągle w kręgach kresowych. To tym mchem obrosłem głęboko. Zawsze zazdrościłem Sławkowi, najstarszemu z mojej generacji bratu stryjecznemu, który ostatni się w Wilnie urodził w 1944. Nic z niego nie pamiętał co prawda, bo niemowlęciem do nowej Polski z rodziną się repatriował. Ale co to za radocha by była mieć wpisane w paszporcie: urodzony w Wilnie! Nie, nie wstydzę się ani nie brak mi sentymentu do grodu Kopernika, gdzie ja się urodziłem, ba! mam nawet skłonność i umiejętność mówienia po i z akcentem pomorskim i używam go kiedykolwiek w tym mieście nadwiślańskim jestem. Lubię te regionalizmy, te sposoby mówienia, zwroty oryginalne – nie cierpię współczesnej polszczyzny dużych miast, gdzie wszyscy stukają zębami tak samo, uderzają językiem jak werblem w podniebienie,  bezbarwnie i bezdusznie. Najgorzej to brzmi na Marszałkowskiej, niestety. To nawet nie język starej Warszawki, to jakiś wypłukany w chlorku, wyprany z wszelkiej żywej tkanki nowo-polski. Owszem, poprawny. Ale poprawnie to umierały stare ciotki-panny i starzy wujowie-kawalerowie. Nigdy w życiu nie wyjący z zachwytu i nie płaczący ze straty kochanek i kochanków, naturalnie. Seksu, orgazmu, kopulacji – czyli zaglądania do nieba i piekła przed śmiercią. Językiem kresowym, mili moi, te wszystkie stany, uwikłania, subtelności, wulgarności nawet można opowiedzieć. Od tyłu i od końca, w opowieści-przypowiastce, w takiej sylwie właśnie. Nie trzeba od razu zaczynać od środka, od sedna. To może być przykre. Dopiero, gdy kolory opiszesz, nadasz smak sentymentowi, jaka pogoda tego dnia była – wtedy rzecz staje się zrozumiała. Tak, można jednym zdaniem lub słowem nawet. No i co z tego? Nic. Dalejś kiep. Dlatego Niemen mruczy, Wilja się wije. Byś miał czas posłuchać o czym mruczy; by za kolejne zakole zajrzeć, nowy widok zobaczyć. Dlaczego coś albo ktoś? Można powiedzieć: dlatego. Koniec pieśni. Dosadnie, po chamsku. To w końcu też jakaś odpowiedź. Na Kresach się tak nie mówiło. Tam były setki możliwych odpowiedzi. Bo na Kresach nigdy nie było jednej prostej. I chwała bogom pogańskim z puszcz bałtyckich, z jezior Polesia. Biorę do ręki piękny almanach Wilna Tomasa Venclowy („Wilno” wyd 11, R. Paklio leidykla, Vilnius, 2015). Stare Wilno, Vilnius. Uliczki w dzielnicy żydowskiej z podwyższonymi drewnianymi chodnikami – by nie chodzić w błocie i ściekach. Fantastyczne! Tłok oczywiście przy jatkach, gwarno. Szeroka ulica Niemiecka – skąd? No bo w średniowieczu tu mieszczan niemieckich dla rozwoju miasta sprowadzono. Kościoły (masa), sobory, bożnice, zbory kilku wyznań protestanckich, uniwersytet wspaniały, uczeni talmudyści, język polski, litewski, jidysz, rosyjski, białoruski, niemiecki, łotewski, karaimski i kilka jeszcze narzeczy i odmian. I teraz nazwij to jednym słowem lub zdaniem. Bez sensu. Dużo używało się czasowników, a mało rzeczowników. No bo nazwać po imieniu trudno rzecz, gdy imion wiele posiada. Lepiej nazwać z przymiotów, które rzecz posiada.

W 1980, gdy wysiadłem z Dworca Głównego od razu językiem używanym bez problemu wszędzie był polski. Nie przez wszystkich, zwłaszcza przez ludzi w moim wieku już dużo mniej. Ale starsi bez problemu, czasami musiałem sobie pomagać rosyjskim. W 2018 lingua franca już był angielski. Którym młodzi wszyscy swobodnie operowali. W centrum trudno już było porozumieć się po polsku. W pewnych dzielnicach (np. na Rossie, Śnipiszkach, Zwierzyńcu) dużo łatwiej.

Siedzimy późnym wieczorem (wczesnym ranem?) przy stoliku jakiejś kawiarenki w uroczym zaułku Literackim. Siostry mówią ze śmiechem: czy ty zauważyłeś, że odkąd wysiedliśmy w Wilnie mówisz nawet z nami, gdy jesteśmy sami, zaciągając, jak cholera? Powietrze? Geny, ha ha?

Jak czytam Mickiewicza, nawet do siebie tylko, tu, w Kanadzie – też zaciągam.  Na co dzień – nie. Nie zaciągam w Warszawie, ani we Wrocławiu (tam powinienem, bo Wrocław to ostatecznie  … miasto kresowe! tyle, że bardziej lwowskie). Nie zaciągam generalnie nigdzie. Ale kocham samogłoski no i uwielbiam historyjki opowiadać. Tak, jak na Kresach się je opowiadało. Bo nic wcale nie jest takie proste. I nic faktycznie nie jest. Wszystko jest właśnie heraklitejskie, płynne. Owszem, może być ‘to’. Nie zawsze musi.

Tak, jak idąc krętymi uliczkami, zaułkami starego Wilna nigdy na sto procent nie wiesz, gdzie cię poprowadzą. I czy przypadkiem, niezauważalnie, nie skręciłeś już w inną myśląc, że idziesz tą samą.

Więc o czym miałem pisać? O Konwickim? Nie. O Venclovie też nie. Miałem pisać o opowiadaniu, o historyjce. O języku nie ulegającemu kajdanom norm na ołtarzu poprawności. To nie jest tylko kwestia stylu, ten jest tylko ornamentem. To kwestia widzenia świata i rzeczy. Gdzie jeden wątek jest początkiem drugiego. A wszystko otwiera okna na niezliczone możliwości. I tak myślę sobie – ileż szczęścia miałem, że skoro w Wilnie mieszkać nie mogłem – mieszkam w Kanadzie. Gdzie tych ,Karaimów’, ‘Żydów’, ‘prawosławnych’ i ‘katolików’ jest taka masa i taka różnorodność. Gdzie też ludzie często mówili bzdury używając jednego, poprawnego języka. A nie znali historii swojego sąsiada. Mówili o nim, jakby go znali, a nie mieli pojęcia. Na szczęście jest to co raz większa rzadkość. I raczej odstęp niż norma. I stąd może sposób mówienia, opowiadania od końca lub od środka czasem jest lepszy niż w od ‘a’ do ‘z’. W alfabecie A jest pierwsze a na Z się kończy. Ale nie w mowie, nie w opowieści o kimś lub o czymś. Nie można ot, tak, wziąć kubek wody z oceanu i powiedzieć: to jest ocean. Ani to woda z głębokich czeluści ani woda z wszystkich zatok, ani pokryta lodem ani ciepła od słońca podzwrotnikowego. Nie może być w tym kubku wieloryba ani mgławicy śledzi. A to wszystko jest w oceanie.

A może po prostu chciałem powspominać Wilno i szukałem pretekstu? Może to nie koniec opowieści a jedynie jej środek? Nie wiem już (jeszcze?) sam. Zaczyna świtać prawie za oknem. Nad brzegiem oceanu. Drugiego już oceanu, gdzie wypadło mi mieszkać. I tak bywa. Ah, no jeszcze warto dodać, że jutro już będzie nowy rok. W gregoriańskim kalendarzu. Bo w juliańskim zwykły, kolejny dzień tygodnia. W koptyjskim jeszcze inaczej. Starczy.

Trzynastego grudnia czterdzieści lat temu – gdybym wówczas wiedział…

by Bogumił Pacak-Gamalski

Z obozu dla uchodźców do starożytnego i uroczego miasteczka Capua jest blisko. Może dziesięć minut dobrym spacerem przez łąki, mostek i prawie od razu w centrum starej Capuii, na głównej trasie prowadzącej do Duomo (katedry). Wiem, że coś się stało ale nikt nie może skontaktować się telefonicznie, wszelka komunikacja jakby zapadła się pod ziemię. Pędzę wiec rankiem do miasta. Od razu w oknach sklepików widzę pierwsze strony gazet włoskich i wielkie litery tytułów. Czasami tylko te litery na całą stronę. Tytuł gazety i słowa: Guerra in Polonia. Kupuję La Stampę i Il Giorno. Pierwsze myśli i pytania to oczywiście: czy Sowieci wkroczyli? Co robi polskie wojsko? Nagle stąd wydaje się strasznie daleko do gdziekolwiek. W tym do informacji. Capua, w porównaniu z obrzydliwym obozem w Latinie pod Rzymem, jest jak uroczy kurort. Ale dziś jest przeklętym zadupiem, gdzie nic nie można się dowiedzieć! Czy mamy się zbierać i jechać legalnie czy po prostu ‘na chama’ w kierunku granic i formować jakieś bataliony, szturmować sowieckie i PRLowskie ambasady?! Rok mimo wszystko jest 1981, nie 1863. Wieczorem już wiemy dużo więcej. Nie wiele mniej niż gdyby udało mi się połączyć z Giedroyciem w Maisons-Laffitte czy z ludźmi z tzw. ‘Zamku” w Londynie. Poza tym … przecież wiedziałem, do pewnego stopnia wiedziało wielu z nas. Mimo to emocje, wyrzuty sumienia, strach o bliskich i kraj był straszny.

zbiorek piosenek ‘Solidarności’ wydany anonimowo dla Polonii w Edmonton w okresie Stanu Wojennego
Gdybym wówczas wiedział …

Czterdzieści lat później siedzę wieczorem przed komputerem, zaglądam do starych kopert z listami, z dokumentami „Solidarności’ z moją pieczątką i podpisem, które tego grudnia ojciec wywiózł z mieszkania i ukrył (nikt lepiej niż on komunistów nie znał). Wspominam ludzi, z którymi wówczas pracowałem w Warszawie. I myślę o Polsce dzisiejszej. I zastanawiam się, czy gdybym wówczas wiedział …

Wczesny ranek 27 marca 1981 roku. Wysiadam jeszcze o szarej godzinie z kolejki WKD na Centralnym i jadę Aleją Niepodległości na Mokotów. Wysiadam zaraz za Szkołą Główną i idę sprawdzić budynek Zarządu Głównego SM ‘Mokotów”.  Martwię się o nich i chcę potwierdzić z prezesem Spółdzielni, że ze względu na jego odmowę przekazania nam kontroli i kluczy do budynku kategorycznie odmawiam przyjęcia przez Związek jakiejkolwiek odpowiedzialności za bezpieczeństwo budynku i jego zasobów. Koleżanki i koledzy (w zasadzie prawie wszyscy urzędnicy, bo to dyrekcja a nie zakłady budowlane i naprawcze, gdzie jest dużo więcej pracowników fizycznych i generalnie tzw. ‘silnych chłopów’) są w dobrym nastroju, wiedzą, co mają a co nie powinni robić, potwierdzam kanały komunikacyjne, przekazuję informację z kontaktami do Szkoły Głównej i Politechniki, gdzie są świetnie zorganizowane silne grupy studenckie. Robię dobrą minę ale martwię się strasznie. Prowadzenie w tych szalenie napiętych dniach, z Ruskimi na granicy, Strajku Ostrzegawczego to dla mnie logistyczny koszmar. Moi członkowie to nie jeden duży zakład pracy, w jednym miejscu. To setki ludzi rozsianych w niezbyt licznych osobowo miejscach pracy od Służewca, przez Sadybę, cały Górny Mokotów. Największa w Polsce spółdzielnia mieszkaniowa. W dodatku społeczeństwo jest już zmęczone, niektórzy nie lubili nas od początku i jest kłamstwem, że cała Polska była za Solidarnością.  Byli za podwyżkami płac, lepszym zaopatrzeniem i … za Kościołem. Ostatecznie dla wielu z nich ta PRL to był jednak wielki awans społeczny… . Prymas był przeciwny temu strajkowi. W telewizji też przecież słyszeli, co redaktorzy mówili o tej ‘prowokacji Rulewskiego’ w Bydgoszczy. Nie z niczego wzięła się ostra uwaga jednej paniusi, kobiety pracującej, która tym wczesnym rankiem jechała w tłoku obok mnie w tej WKD-ce na Centralny – rzuciła gniewnym okiem na moją biało-czerwona opaskę na rękawie marynarki i głośno rzekła przez zęby: „no i co wy znowu chcecie? Mało wam? Przez was się doczekamy nieszczęścia”. Do tej pory ( w dużej mierze , bo nolens volens, obracałem się w środowiskach tych podejrzanych inteligencików, byłych obszarników, fabrykantów i innych wyzyskiwaczy), gdy słyszałem ‘wy’, to było wiadomo, że mówi się o tych po drugiej stronie, o partyjnych, o władzy. W czasach „Solidarności” zwykła kobieta, pewnie katoliczka, pewnie ciężko pracująca i na swój sposób uczciwa tym ‘wy” (czyli obcy, inny) zwróciła się do mnie. Gdybym wówczas wiedział, że czterdzieści lat później tak zwracać się będą do sąsiadów sąsiedzi w Polsce… . Bo ta pani z WuKaDdki była – mimo wszystko –  w dużej mniejszości w 1981. Wróćmy do wspomnień jednak z tego marcowego dnia. Po wyjściu z dyrekcji wsiadłem w trolejbus i podjechałem w okolice  Racławickiej. Zawsze tędy szedłem do pracy do mojego biura. Idąc wzdłuż wielkiego gmachu Sztabu Generalnego WP. Wielokroć o tej samej godzinie, pięć razy w tygodniu. I często mijałem się z jakimś starszym panem w mundurze, w charakterystycznym i popularnym wówczas zielonym ortalionie szytym na sposób mundurowy. Generał brygady. Nie mam pojęcia ani jak się nazywał ani, co konkretnie w tym Sztabie robił. Pewnie jeden z licznych wyższych urzędników ale nie najwyższych, bo by jeździł samochodem z kierowcą a nie zasuwał per pedes. Zaczęliśmy się sobie kłaniać. Jak zwykli ludzie to robią mijając często tą samą osobę. I tym razem szedł w moją stronę. Zapominając o dniu i opasce na ramieniu, z nawyku skłoniłem się lekko i uśmiechnąłem. Podniósł lekko dwa palce do daszka, jak zawsze też. Tym razem jednak zatrzymał się i patrzył na mnie. Zaskoczony, też się zatrzymałem. I momentalnie zdałem sobie sprawę z sytuacji. Momentalnie, jak wilk, czujny. Ale w jego wzroku nie było nic złego, nic grożącego, atakującego. Przeciwnie – był  w nim dziwny, głęboki smutek. Spytał cicho: ‘czy jesteście rzeczywiście gotowi?”. Była w tym jakaś niespodziewana nuta szekspirowskiej wręcz tragedii ale nie teatralnej, a realnej. Pewnie dlatego ni stąd ni zowąd usłyszałem samego siebie mówiącego podobnym tonem bez zastanowienia: ”historia nigdy nie zadaje takich pytań panie generale”. Popatrzył jeszcze sekundę, dwie, raz jeszcze podniósł palce do daszka czapki i już zaczynając odchodzić odwrócił głowę i nie głośno powiedział „uważajcie na siebie”.  Dzień był bardzo zajęty oczywiście, telefony i raporty urywały się. Nie myślałem o tym spotkaniu i wymianie zdań więcej. Do ekscesów nigdzie nie doszło. Strajk był tylko ostrzegawczy i z dyscypliną przeprowadzony w całym regionie. Generalny odwołano. A dziś, po czterdziestu latach zastanawiam się skąd się ta dojrzałość 23-letniego chłopaka wzięła? I z całego strajku tą właśnie kilkusekundową wymianę zdań z tym generałem pamiętam najbardziej. Dzięki niej w najczarniejszych dniach stanu wojennego, gdy byłem już nie setki a tysiące kilometrów poza krajem, za oceanem, nigdy nie opuściła mnie wiara w Polaków i nasz naród. Wierzyłem w przesłanie Norwida, że ‘naród polski jest, jak lawa, z wierzchu brudna i plugawa …”. Wierzyłem, że tylko z wierzchu.

Gdybym wówczas wiedział …

Do Polski pierwszy raz mogłem wrócić dopiero w czasach pierwszych wyborów prezydenckich. Rok był 1990, późna jesień. Warszawa była tej jesieni ponura, ciemna, biedna. Jak cały kraj. Ale wolna, jak cały kraj. Pierwszy raz byłem w wolnej Polsce! Żałowałem, że nie był to maj z kwitnącymi bzami, z kwitnącymi kasztanami w Ogrodzie Botanicznym, żeby ptaki śpiewały zanosząc się trelami: wooolnaaa! Nie tylko to – byłem de facto wściekły, że Lech Wałęsa, ‘mój’ Przewodniczący Lech, musi walczyć o fotel prezydencki z jakimś przybłędą z Kanady, politycznym hochsztaplerem, o którym mieszkając w Kanadzie nigdy w życiu słowa nie słyszałem (a byłem wówczas nie tylko znanym w kręgach polskich publicystą ale i dość istotnym działaczem polonijnym). Czy Polacy tak nisko upadli, że jakiś kundel machający kilkoma zielonymi im tak zaimponował?! Gdybym wówczas wiedział, że dwadzieścia pięć lat później inny przybłęda, krajowy tym razem, pomacha im pięćsetką… . I polecą na tą pięćsetkę. Więc pogoda była pod psem. Cóż – pogody się nie wybiera. Jednego z tych popołudni, gdy zbierało się na wczesny wieczór szedłem wolnym spacerem z Nowego Światu na Krakowskie. Latarnie uliczne ledwo ćmiły, jakby to były lampy gazowe a nie elektryczne. Z daleka ujrzałem pochodnie. Pod św. Anną stały szeregi harcerzy w mundurach i pochodniach w dłoniach. Patriotyczny obrazek, jak z ram starych obrazów. Na małą mównicę wchodzi … Wojtek Ziembiński. Chciałem podejść i się przywitać. Ale nie podszedłem. Przypomniało mi się, jak się poznaliśmy i jak mnie od niego odpychało. Ziembińskiego z Polski nie znałem, choć był działaczem anty-komunistycznym od wielu lat. Był starszy ode mnie sporo lat, prawie w wieku mojego ojca. To ‘prawie’ ma znaczenie, bo pozwala mi umieścić nieco wybujałe fragmenty jego własnej autobiografii w realnym kontekście. Czyli co mogło być realne a co, powiedzmy sobie, z lekka koloryzowane w odcieniach mitomanii. Cofnijmy się więc o dwa-trzy lata. W Calgary mieszkała od czasów powojennych Zofia Skarżyńska de domu hrabianka Zamoyska. Wdowa po Kazimierzu Skarżyńskim. Tym, który z ramienia polskiego PCK przeprowadził pierwsze badania zwłok oficerów polskich w lesie katyńskim. I sporządził pierwszy, niezależny raport z tych badań. Oczywiście do 1989 w Polsce oficjalnie Katyń dalej był robotą Niemców. Oryginał tego raportu Kazimierza Skarżyńskiego pani Zofia przechowywała w domu. W Bibliotece Kongresu USA istnieje oficjalna kopia Raportu, którą przekazał Kongresowi Skarżyński jeszcze w latach 50. podczas oficjalnych przesłuchań w Kongresie w czasie amerykańskiego dochodzenia na ten temat. Z panią Zofią znałem się bardzo dobrze (Kazimierz Skarżyński zmarł na długo przed moim zamieszkaniem w Calgary) choćby z racji tego, że była czynna i lubiana w Polonii ale też z faktu, że łączyły mnie bardzo bliskie stosunki z jej córką, Marią. De facto byłem wówczas prawie domownikiem w domku pani Zofii. Pewnego dnia pojawił się tam właśnie Ziembiński z misją uzyskania Raportu Kazimierza Skarżyńskiego i praw do druku tegoż. Był już co najmniej jeden (było wielu wcześniej) publicysta i pisarz, który o to samo zabiegał, Edward Zyman. Edwarda znałem od jego pierwszych dni na emigracji w Kanadzie. Pani Zofia prosi mnie do siebie na spotkanie-kolacyjkę z Ziembińskim. Maria (jej córka) ma nadzieję, że udzielę jakiejś dobrej (?) rady, która pomoże jej mamie podjąć decyzję. Jak w  starym ziemiańskim domu dyskusji być nie może bez dobrej kolacji (Zofia Skarżyńska gotowała świetnie i sporo tego było z jej własnych polowań – palce lizać) a gość mógł pić ile zechce. Ziembiński momentalnie przybiera pozę zażyłego szlachcica-sąsiada jaśnie pani hrabianki i zaczyna brylować skrapiając animusz suto gorzałką. Ja wówczas też zdecydowanie za kołnierz nie wylewałem i nie krygowałem się niby to wzbraniając się przed kolejną dolewką do kieliszka. Gość szybko proponuje bruderszaft. Mimochodem schodzimy na Piłsudskiego, mówię mu o spotkaniu z Wandą Piłsudską, o przyjaźni z generałem Tadeuszem Tarczyńskim, adiutantem Marszałka od czasów jeszcze Oleandrów. Ziembiński podnieca się tematem, przeoruje jakim jest wielkim wielbicielem i ostatnim chyba z żyjących piłsudczyków w Polsce. Zapomina się w podnieceniu i irytuje mnie. Jeszcze chwila a okaże się, że jest legionistą, cholera, myślę.  Zaczynam patrzeć na niego uważniej. On bierze to za zachwycenie publiki i oracje jeszcze większe smali. W pewnej momencie używa zwrotu ‘jako stary żołnierz Marszałka…’. No, nie wytrzymuję i uderzam dłonią w stół: ‘co ty pierdzielisz Wojtek?! Przecież ty do 39 chodziłeś jeszcze w krótkich spodenkach, jesteś młodszy od mojego ojca o kilka lat, a ojciec nie miał nawet skończone 18 lat, gdy go Sowieci aresztowali pod Wilnem w akcji ‘Burza”. W 1943. W 35, roku śmierci Marszałka, nosił bardzo krótkie spodnie, więc ty nosiłeś jeszcze krótsze’. Robi się cisza.  Słychać chyba było jak nam wóda parowała z czupryn. By ratować niezręczność sytuacji dodaję, jako żart: ‘no, skończmy z Marszałkiem. Pani Zofia pamięta go jak przyjechał na rozmowy z jej ojcem, ordynatem Maurycym Zamoyskim, który był przecież przeciwnikiem Piłsudskiego, więc chyba to temat nie najlepszy na zyskanie jej przychylności’. Wszyscy oddychają z ulgą i śmieją się niby serdecznie. Ale Zofia puszcza mi oko z zadowoleniem. Dość miała też tego perorowania. A cel spotkania jednak bardzo ważny. I dochodzę jednak do wniosku, ze mimo niechęci jaką do niego personalnie odczułem – fakt, że jest antykomunistą jest niezaprzeczalny, że jest działaczem opozycji – też, że jest z Kraju i tam ma być „Raport” katyński opublikowany to argumenty, które przemawiają na jego korzyść. I tak w konsekwencji radzę pani Zofii, nie ukrywając personalnej niechęci do tromtadracyjności suplikanta. Tak też się stało. Raport się ukazał najpierw w ‘drugim obiegu’ w Kraju w 1988, potem w Paryżu nakładem Editions Dembinski w 1990. Zabrakło mi w tym wydaniu rzetelnej przedmowy historyka tamtych czasów, zabrakło solidnego przedstawienia sylwetki Kazimierza Skarżyńskiego. Zrobił to lata później w świetnych opracowaniach historycznych Andrzej Przewoźnik. W wydaniu ‘Raportu” przez Ziembińskiego jest jedynie jego własne posłowie, krótki i dość uproszczony (jak większość rzeczy, które Ziembiński robił) opis historii sowieckich zbrodni w wojnie na Kresach w 39. Bardziej do artykułu w gazecie niż do dość jednak historycznej publikacji. Dość długie to wspomnienie ale jednocześnie dość charakterystyczne dla przemian, które następowały w Polsce po 1989 roku.  W 1981 roku, w dniu 13 grudnia, Polska i Polacy rysowani byli grubą, wyraźną kreską. Granica My-Oni była wyraźna. Na niuanse mało kto zwracał uwagę. Ani na dopatrywanie się, gdzie kreska jest węższa. Dopiero rok 1990 wykazał jak strasznie ważne i niedoceniane były te niuanse i obszary zacieniowane. Wszyscy chcieliśmy wolności. I nikt nie potrafił jasno zapytać: jakiej? Jest więc rok 1990, stoję przy szeregach harcerzy z pochodniami, na mównicy z megafonem stoi Wojciech Ziembiński i zaczyna rzucać hasła. Niebezpieczne. Dziwne. Jakiś spisek znowu żydowski, jakieś anty-polskie zagrożenia i jak z nich Niepodległą, Wspaniałą, Katolicką Ojczyznę wykuć w głazie marmuru. Harcerze z pochodniami falują w szeregach, oczy im się skrzą. Niby jest nawiązanie do harcerzy lwowskich broniących grodu przed hordą bolszewicką w 1918, niby są cienie Szarych Szeregów Powstania w 1944. Może i ojca mojego bym się dopatrzył, bo przecież formalnie był w grupie harcerskiej a nie żołnierskiej, gdy dostał rozkaz dotarcia z kolegami i bratem do oddziałów AK w lesie pod Wilnem w 1943. Ale nie widzę tych cieni. Widzę młodych ludzi, bardzo młodych, którzy tak mało skomplikowaną historię znają, którym nagle w tempie przyspieszonym dano wykłady i broszurki tylko jednej wersji tej historii, bardzo zbliżonej do wersji Dmowskiego, do radykałów domowego faszyzmu lat 20. i 30. XX wieku. Wersji, która całkiem dobrze przetrwała czasy komuny ale kto wówczas na szczegóły zwracał uwagę? Przecież wszyscy byliśmy po tej samej stronie barykady. Wszyscy? Tej samej? I zastanawiam się, czy gdyby nie było roku 1968, masowej i wymuszonej emigracji resztek Żydów polskich do Izraela i innych krajów Zachodu, gdyby akurat z jakiejś modlitwy w bożnicy lub spotkania towarzyskiego grupka takich Żydów szła teraz np. do kawiarni na Starówce – to czy ci harcerze by ich bili? Rękoma czy po prostu tymi pochodniami płonącymi biało-czerwonymi ognikami. I mam ochotę podejść do mównicy i wrzasnąć na Ziemkiewicza: stul mordę, bo ci przypierdolę idioto! Ale nie robię tego, bo Ziemkiewicz by mnie i tak w tej ciemności nie poznał a harcerze (lub zebrani obok gapie), by mnie wzięli za komunistę i niezłe mi manto spuścili. Podchodzę jednak tuż do pierwszego szeregu tych zuchów i ze smutkiem mówię bardzo głośno: ‘straszne, co wy robicie, chłopcy’. Patrzą, jak na dziwaka. I odchodzę ze spuszczonym łbem kierując się na Plac Teatralny i Ogród Saski. Czas wracać do domu z tego tryumfalnego spaceru miasta mojej bujnej młodości.

Czy już wówczas wiedziałem? Nie, jeszcze nie.

Przez cały ten okres wczesnej młodości i dekady lat 80. w Kraju i na emigracji mam olbrzymi szacunek wobec Kościoła i jego liderów. Od dzieciństwa nie miałem w sobie grosza dewocjonalności. Z religią, zewzględów filozoficznych, de facto zerwałem chyba w latach kończenia szkoły podstawowej, a na pewno w początkach średniej. Wobec smutku mamy i obojętności taty. Zawsze dawali mi olbrzymie wolne pole wyborów osobistych. Ale liderów Kościoła szanuję. Naturalnie Wielki Prymas, interex regnum Poloniae, Jan Paweł II, filozofowie i poeci Kościoła, Tischner, Twardowski. Wszędzie mądrość, rozwaga i stateczność. Brat mojej babci (po mamie) był scholastykiem i jednym z założycieli i pierwszych nauczycieli zakonu Chrystusowców z nakazu kardynała Hlonda. Przez to znałem wszystkich proboszczów parafii Chrystusowców w Kanadzie – jego uczniów lub kolegów z pierwszych lat zakonnych. Gdy przemierzałem Albertę, Saskatchewan i Manitobę z Mamą i ojcem, to ona była przez tych proboszczów witana jak udzielna księżna. Od czasów obozu w Latinie zawarłem znajomość z Glempem i Gulbinowiczem. Wiele rozmów długich później w czasie ich wizyt w Kanadzie. Wymiany listów. Zwłaszcza z Gulbinowiczem ze względu na koligacje rodzinno-przyjacielskie z czasów jego młodości wileńskiej. I lubiłem jego kresową jowialność, a w szatach biskupich wyglądał jak szlachciura kresowy w kontuszu. Takie drobnostki, ale miłe. Pojęcia nie miałem, że być może i inne były powody tej serdeczności, ostatecznie byłem stosunkowo młodym i stosunkowo przystojnym mężczyzną. Może się mylę. Nie wiem, i wiedzieć nie mam ochoty. Jeszcze w 2018 roku podczas wizyty we Wrocławiu z dumą pokazywałem symbolicznemu synowi (siostrzeniec) na szczycie Katedry Wrocławskiej napis na ołowianym dachu-chełmie wieży głównej z imieniem fundatora i opiekuna Katedry, kardynała Gulbinowicza. Ciekawym czy ten napis teraz zatarli? Nie wiem. I nie muszę wiedzieć. Z latami zmienili się ludzie Kościoła. Lub po prostu pokazali fragmenty prawdziwych twarzy. Gdzie był Interex Wyszyński – jest teraz (sic) prymas Polak; gdzie był Macharski – jest teraz wojujący i ziejący nienawiścią arcybiskup Jędraszewski, jest generał-biskup Głódź chlający wódę i pan na  wykupionych za państwowe miliony pałacach i włościach. Asceza wyleciała oknem na rzecz łajdactwa, przemocy seksualnej, wyłudzania pieniędzy. Handlarz używanych samochodów stał się religijną świętością i wyrocznią dla rządu i milionów durnych bab i dziadów na emeryturze. ‘Skromny’ zakonnik przed którym drżą biskupi i premierzy. Kto słyszy smutną wiadomość, że gdzieś chłopca lub dziewczynkę seksualnie molestowano – mimowolnie myśli: który ksiądz tym razem? Jak to się wszystko mogło zdarzyć? Wydaje się, że państwo tworzy etaty dla kapelanów wszystkiego i wszędzie. Każda remiza ochotniczej straży pożarnej w Zadupiu Małym ma kapelana. Niedługo będą kapelani w toaletach miejskich, zamiast babć klozetowych. Przynajmniej to by nie dziwiło, a nawet było trochę racjonalne. Upadek moralny Kościoła idzie równomiernie z przejmowaniem synekur państwa i gromadzeniem majątku oraz przekonaniem o bezkarności lub nietykalności prawnej.  Psuje to wszystkich – Kościół i władze świeckie państwa. Ci, którzy w strukturach kościelnych są jakimś bladym światełkiem dawnej epoki służenia i bycia drogowskazem moralnym – są przez władze kościelne deprymowani, kneblowani, pomijani. 13 maja 1981 roku jadę dubledeckerem wzdłuż Knightsbridge w Londynie. Mam tylko dwa przystanki więc stoję przy drzwiach, tuż koło kierowcy. Rzuca okiem na mnie i zatrzymuje wzrok na prostokątnym znaczku Matki Boskiej w klapie. Kopia tego samego jaki nosił Lech w czasach strajku w Gdańsku. Mój ‘order’ od swojej „Solidarności”. Tak, jak legioniści nosili proste, skromne krzyżyki z dwóch zespawanych cienkich rurek. Zanim pojawiły się tam różne virtuti militari i krzyże walecznych. Ten kierowca patrzy i pyta: did you hear that the pope was shot? Nie jestem pewny czy dobrze zrozumiałem. Pytam: what?! Powtarza: the pope was shot. Wyskakuję z autobusu. Co robić? Czy żyje? Sowieci? Trzeba wracać. Bo jeśli Sowieci, bo któż by inny, to w Polsce będzie masakra! Gdzie pędzić? Na ‘Zamek’ polski za daleko, do POSKu jeszcze dalej. Pędzę biegiem, pomijając przystanek metra, do katedry Westminster koło dworca Victoria. Wewnątrz już spora grupa wiernych, kardynał Hume prowadzi modlitwę za życie Jana Pawła. Więc żyje! Oddycham lżej. Wszyscy oddychamy lżej. W tych samych dniach umiera w Warszawie Prymas Tysiąclecia. Czy możecie sobie w ogóle wyobrazić jak diametralnie gorzej wyglądałaby sytuacja Polski i „Solidarności” gdyby tego właśnie maja umarli i papież i prymas? Roli obu w polskiej rewolucji solidarnościowej przecenić nie można. I faktycznej i symbolicznej. Myślałem o tym stojąc ze wzruszeniem w małej watykańskiej auli kilka miesięcy później, na specjalnej audiencji tylko dla stu osób. Wśród tych osób zrobił miejsce dla dwóch uchodźców polskich z Latiny. Ja byłem jednym z tej dwójki. Pamiętam, że jego cera wydawała się bielsza od jego białej tuniki. Etykieta i surowe przykazanie zabraniały zwracać się do papieża. Był zmęczony i bardzo osłabiony ciągle po zamachu i komplikacjach. Na drugą osobę wskazałem Jureczka, zniszczonego życiem i alkoholem uchodźcy już z dość dużym stażem i nikłymi szansami na wyjechanie gdziekolwiek. Mimo, że stale powtarzał, że słyszał, że za tydzień ma rozmowę kwalifikacyjną w jakimś konsulacie. Nikt na to uwagi nie zwracał i dobrotliwie powtarzaliśmy to samo: powodzenia. Do rozmów oczywiście nie dochodziło. Ale Jureczek był mi oddanym pomocnikiem w robieniu różnych akcji, zwłaszcza w przygotowaniu wyjazdu dwóch autobusów na Monte Cassino, zbieraniu długich liści palmowych, z których w nocy pletliśmy całkiem okazały wieniec, załatwianiu formalności urzędowych dla wyjazdu grupy i suchego prowiantu z obozu na cały dzień. Czuł się ważny i potrzebny. I był potrzebny i ważny. W tych dniach nawet się nie upijał. Pieniądze na autobusy dał mi Glemp. Po prostu zwitek iluś tam milionów (chyba milionów, liry wtedy miały bajońskie nominacje) czy tysięcy lirów. Ani on nie liczył ani ja. Ale szybko zrobiłem jakąś tam ‘komisję’, która przeliczyła i potem rachunki z Jureczkiem im przedstawiliśmy. Na wszelki wypadek. Więc uważałem, że ten Jureczek zasłużył bardziej niż jakikolwiek szanowny rodak czy rodaczka. Najmniejszy z mniejszych. No i kiedy papież powoli przechodził przed nami, Jureczek nie wytrzymał i szepnął głośno: Ojcze Święty, my z Latiny!. Jan Paweł zatrzymał się, położył rękę na mojej głowie, potem Jureczka (który już szlochał, jak dziecko) i dał błogosławieństwo. Ale przed odejściem dalej surowo powiedział: no, tylko nie zapominajcie o ojczyźnie. Potem siadł na fotelu i do wszystkich przemówił po włosku i poprowadził krótką modlitwę. Naturalnie byłem tą audiencja poruszony do głębi.  Słuchałem tego, co mówił ale nic już z tego nie pamiętam. W głowie szumiało tylko to przykazanie, dość surowe w tonie: nie zapominajcie o ojczyźnie. Wiedziałem od Glempa i kapelana Burniaka (bardzo go lubiłem), że nie lubi tych obozów i tłumów Polaków tutaj, pod Wiedniem, w Niemczech. Uważa to za wielką stratę dla Polski. Owszem, otacza opieką (zresztą nie musiał, wystarczyło, że Włosi wiedzieli, że Papa Pollaco) ale wolałby byśmy nie wyjeżdżali z kraju. I budziło to niepokoje i wewnętrzne wątpliwości moralne. Oczywiście, że wyjazd takiej masy głównie młodych ludzi to wielka strata dla Polski. Co ja tu robię? Mimo wyraźnego przykazu ojca bym nie wracał. Więc ta moc i ten moralny drogowskaz Kościoła miał jednak olbrzymie znaczenie. Dla mnie też. I wyjeżdżając byłem przekonany, że ten komunistyczny burdel już się powoli rozpada i że za kilka lat do Polski wrócę. Minęło ich czterdzieści. I nie wróciłem.

Może i wtedy bym tak nie walczył z tymi zwątpieniami, gdybym wówczas wiedział. A jeszcze nie wiedziałem.

Czym, jakim wspomnieniem zamknąć ten tekst indywidualnej spowiedzi Polaka niewierzącego? Rokiem 2015? Pierwszym atakiem na Konstytucję i ordynarnym zniszczeniem Trybunału Konstytucyjnego zimą 2016? Pierwszymi Marszami Niepodległości faszystów polskich w Warszawie? Wycofywaniem się z odkrywania prawdy Jedwabnego, Kielc i wielu innych miejsc kaźni jaką Polacy uczynili Żydom polskim? Wyborami prezydenckimi, które wbrew wszelkiemu poczuciu godności i odpowiedzialności wygrał Duda a nie Trzaskowski? Kampanii, gdzie prezydent urzędujący występuje jako Pierwszy Homofob Rzeczypospolitej? Czyli wyszukanie innej mniejszości, która w Polsce nie jest lubiana i będzie ją łatwo tłuc i bić i traktować, jako straszak wśród swoich wyborców? Czy też realizacją, że tak – rządzący Polską kradną, są zgrają kłamców i oszustów napełniającą własne kieszenie, że ze zdrajców i zbrodniarzy robi się bohaterów, że jakiś do cna przeżarty nienawiścią do Polaków kurdupel jest bezapelacyjnym Naczelnikiem Państwa, że telewizja publiczna jest gadzinówką gorszą od TVP PRLu? Czy tym, że ci ludzie są u władzy ponieważ Polacy ich dobrowolnie, bez przymusu i bez wielkich oszustw przy urnach do tej władzy wybrali?  Nie raz. Bo raz się można pomylić.

Przez okulary pamięci widzę młodego chłopaka z biało-czerwoną opaską idącego rano Alejami Niepodległości. Rok jest 1980. I widzę zaraz tysiące takich chłopaków i dziewczyn idących tymi Alejami, Marszałkowską, biegnących na Szpitalnej do Zarządu Regionu „Mazowsze”. Widzę (choć już mnie tam nie było, bo byłem w Capui we Włoszech), jak przychodzą mnie aresztować i matka otwiera drzwi. Tysiące nie wyjechało. Tych aresztowano. Wówczas nie wiedzieli. A może powinni. Może ich historia oszukała. 

Jacy jesteśmy, Polacy, pod tą lawą z wierzchu brudną i plugawą? Diamentowi z husarskimi skrzydłami? Czy zwykłymi kamieniami .. na szaniec? Bo to trochę nie logiczne spodziewać w jakimś błocie znajdować diamenty, prawda? Diamenty wydobywa się ze skał, nie z brudnego błota. W błocie można się co najwyżej paplać.

Chopin, Konkurs, Bruce (Xiaoyu) Liu … i … miłość

cz.II

Więc miałem pisać o Szopenie. Nie, nie o Szopenie. Miało być o laureacie XVIII Konkursu Chopina w Warszawie, o Kanadyjczyku Bruce Liu i moich wrażeń z jego interpretacji Koncertu Fortepianowego e-moll op.11. I od razu kłopot ‘opusowy’. Czyli to, co w wydawnictwach literackich określa się mianem ‘rok wydania’. Kolejność kompozycji oznacza się właśnie numerem opusu, tj. pierwszej publikacji kompozycji. Nawet nie pierwszej publicznej prezentacji utworu, ale właśnie publikacji kompozycji.  Otóż Koncert e-moll ma opus oznaczony numerem 11, a Koncert f-moll ma numer 21, czyli późniejszy. A jest akurat odwrotnie. To ten 21 był skomponowany wcześniej i był pierwszym Koncertem Fortepianowym z orkiestrą skomponowanym przez Chopina. W związku z czym nie jest aż tak dobrze zrobiony, co kompozytorowi wytknięto. Chodziło zwłaszcza o część orkiestralną, która jest do skromnie rozbudowana i stanowi jedynie tło dla partii fortepianowej. To jest zgodne z doświadczeniem i studiami muzycznymi Chopina w Warszawie. Uczeń Józefa Elsnera nie mógł oprzeć się wpływom popisowej i salonowej manierze gry zwanej brilliant. Czasem chodziło więcej o pokaz wirtuozerii niż muzyczną architekturę, która dźwiękiem miała opowiedzieć jakąś historię, wizję, ideę. Więc jeśli pianista, to pianino właśnie ma być początkiem, środkiem i końcem kompozycji, a reszta jest tylko tłem. Zapewne chęcią wykazania, że potrafi skomponować pełny Koncert z rozbudowaną orkiestracją, która jest aktywnym współaktorem przedstawienia, skomponował w krótkim czasie Koncert e-moll, który opublikował jako pierwszy.

I faktycznie przyznać trzeba, że tenże Koncert jest perełką muzyki romantycznej. Można go słuchać bez końca i bez znudzenia. A delikatny temat muzyczny pojawiający się w każdej z trzech części jest majstersztykiem rozpoznawalnym, gdy tylko go usłyszymy gdziekolwiek i kiedykolwiek.  Oczywiście, gdy mówimy ‘Chopin’ to zaraz słyszymy słynny fragment Poloneza Es-dur lub temat muzyczny Marsza Żałobnego. A dla mnie właśnie ten nostalgiczny refren z Koncertu e-moll sercu jest najbliższy.

Słuchałem więc gry Liu i Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Narodowej pod batutą Andrzeja Boreyko z olbrzymia przyjemnością.

Partie orkiestralne części pierwszej (allegro maestoso) są chwilami prawdziwie heroiczne w nastroju, tematy muzyczne podejmowane przez różne części orkiestry wspinają się i opadają na przemian, jak fale fale wiatru biegnące po łące. Brzmią echa subtelne poloneza. Te echa uwidoczni w swej części fortepian, uzupełniając je cieniami nokturnu. To właśnie ten fragment tego powracającego tematu muzycznego towarzyszyć będzie nam już do końca.

W części drugiej (romance. larghetto) i trzeciej (rondo. vivace). Wszystko to w atmosferze baśniowego rozmarzenia, nostalgii wspomnień. Ta nostalgiczność widoczna jest nawet w brawurowym rondzie vivace. Nawet tam, gdzie w wyśmienitej formie stylu brillant, pasaże na klawiaturze popędza tak, aż iskry poczną strzelać nad fortepianem. No, bo jakże by nie, jeśli w rondzie pobrzmią echa nie dostojnego dance la polonaise a skocznego krakowiaka? Ale i ten finał, przybrany niczym aria bell canta, jest podszyty słodkim wspomnieniem chwili, momentów. Uczuć.

Po wysłuchaniu Liu wiedziałem, że poruszył mnie do głębi. Sięgnął tam, gdzie artysta sięgnąć powinien. Coś mnie jednak zaniepokoiło, gdzieś jakąś pustkę odczułem i po zakończeniu nie wiedziałem już gdzie i co. Sięgnąłem po moją biblioteczkę CD i wyłuskałem nagranie z 2013 roku w Warszawie samej Akiko Ebi. Ebi w tym roku oceniała Bruce Liu, była jurorem XVIII Konkursu. A na ostatnim oglądanym ‘na żywo’ przeze mnie Konkursie w 1980, zdobyła 5 miejsce. Słuchałem więc wersji Ebi będąc wyczulony na szczegóły. Wiedziałem, że zagra dobrze (nagranie było zrobione na festiwalu ‘Chopin i jego Europa” w Studio Koncertowym Polskiego Radia). I tak zagrała. Bardzo dobrze, poprawnie. I ani razu nie odczułem wzruszenia, choć doceniłem technikę. I przez tą technikę dostrzegłem gdzie Liu, wydało mi się, zrobił błąd. Wróciłem do jego nagrania i posłuchałem raz jeszcze. Tak, część pierwsza, ‘Allegro maestoso’. Trema wzięła górę. Zmagał się z instrumentem, z orkiestrą. Kompozycja panowała nad nim a nie on nad kompozycją, parafrazując piękne słowa zmarłej miesiąc temu wielkiej śpiewaczki operowej, Guberowej.

Edita Gruberowa przygotowując się do roli Lukrecji Borgii w wieku 62 lat, roli w której bel canto jest u szczytu swego stylu, powiedziała, że od pierwszej nuty musi wiedzieć czy ta nuta ma ją, czy też ona ma tą nutę w swej kontroli. I tak właśnie słuchałem Bruce Liu, grającego w Warszawie Koncertu e-moll. Kto zapanuje?  Orkiestra? Fortepian? Pianista?

I pamiętałem o słowach tak obszernie cytowanych w części I tego cyklu związanego z muzyką Chopina. Słowach Lidii Grychtołówny, że na Konkursie Chopina nie szuka się dobrych i bardzo poprawnych pianistów. To się zakłada z góry, skoro już eliminacje do Koncertu przeszli. Szuka się tych, którzy używając języka Chopina mają coś do powiedzenia. Coś nie tylko technicznego ale coś emocjonalnego, coś, co z ich duszy uniesionej skrzydłami nut kompozytora spod klawiatury wypłynie. I co nas dotknie. Czym będziemy poruszeni.

Bruce Liu nie mógł zapanować kompletnie na kawalkadą koni orkiestry ni nad swoim wierzchowcem w allegro. Nie dał się ani stratować ani w popłochu nie uciekł. Ale nie był hetmanem jazdy. Posłusznie wykonywał rozkazy, bojąc się wodza (kompozytora i dyrygenta). Dopiero w finale allegro, jakby się zbudził. Przechodząc w kłus liryczny larghetto był już wolny. Mógłby iść w cwał (co – jak należało – zrobił w rondo vivace), lub zwolnić do spaceru. Mógł puścić wodze swego wierzchowca, nad którym w pełni zapanował. Nawet wyraz jego twarzy uległ zmianie, pojawił się pewien uśmiech mówiący: ach, teraz cię mam i ty odczuwasz każde drgnienie moich mięśni, mojej woli, bieżysz tam i tak jak ja chcę. Reszta to już historia drogi Czytelniku. Cała opowieść pana Chopina, wszystkie jego wspominania ciepłe i serdeczne młodości polskiej, uczuć serdecznych, w tej muzyce granej przez Bruce Liu, w tym tańcu nutek i bemoli zobaczyć możesz. A o to chodzi. By obudzić wyobraźnię słuchającego. By zabrać ją lub jego w tą cudowna podróż. Podróż, która może się okazać niespodziewanie bardzo podobną do naszej podróży sprzed lat wielu lub kilku choćby. Bruce Liu zdecydowanie mnie w taką podróż, z maszynistą Andrzejem Boreyko, zabrał. A pani Akiko Ebi nie potrafiła, choć z przyjemnością jej słuchałem.

Fantastyczna pianistka kanadyjska, Janina Fijałkowska, na swojej stronie Facebooka przypomniała, jak kilka lat temu (2013) oceniała młodziutkiego Bruce Lee na Krajowym Konkursie w Halifaksie, który Bruce wygrał. Od tamtego czasu śledziła i brała czynny udział w rozwoju muzycznym młodego pianisty. Po wygraniu Konkursu warszawskiego pani Janina napisała : „Xiaoyu Liu  potwierdził dla mnie ponownie przez wiele lat, że moja wiara w jego głęboki talent i moja adoracja tego talentu była słuszna … i teraz wygrał jeden z najważniejszych, jeśli nie NAJWAŻNIEJSZY (podkreślenie J. F.) Konkurs. Ważne jest podkreślenie, że ten młody człowiek jest też bardzo dobrym i uroczym człowiekiem, co nie jest zawsze tym samym w przypadku innych super-talentów”. (wpis z 21 października, 2021)

Co czyni oba Koncerty Fortepianowe Chopina pewnym wyjątkiem w jego twórczości? Czym różnią się od polonezów, nokturnów, mazurków? Intymnością przeżycia i silną indywidualnością kompozytora. Stworzeniem świata opartego na własnych emocjach ale jednocześnie uniwersalnego w eposie człowieka. Wydaje mi się, że zbyt różnią się od jego wczesniejszych prób orkiestralnych i zdecydowanie bardzo od nielicznych późniejszych. Jedyne podobieństwo znajduje tu w balladach. Tak, jak Koncert e-moll, podobnie zauroczyła mnie jego Ballada f-moll op 52 grana w skromnym saloniku muzycznym w Vancouverze w marcu 2018 przez ćwierćfinalistę Festiwalu Chopina w Warszawie, Łukasza Mikołajczyka. Wydobył wówczas z tego utworu całą głębię jego poetyki. Tego bardzo młodego wówczas muzyka, bez wątpienia posiadającego silny talent, poznałem ledwie kilka miesięcy przed moim wyjazdem z Vancouveru i starałem się wpłynąć na jego rozwój emocjonalny, jako muzyka. Wydaje mi się, że właśnie rozwój emocjonalny i wsparcie (czasem surowe ale zawsze szczere) jest elementem najtrudniejszym a często zapominanym wobec młodych, obiecujących artystów. Scena, publiczność, nawet poklask zbyt głośny potrafią zniszczyć młode kariery i charaktery.  Bez względu na talent.

Wracajmy jednak do koncertów fortepianowych. Do tych poematów Chopina. Podróż nostalgiczna w czasie? Tak. Ale nostalgia za czym? Opis czego, jakich chwil drogich, serdecznych?

Moim kluczem do obu Koncertów Fortepianowych jest miłość. Nawet nie jakaś abstrakcyjna miłość. Jakieś marzenie o niej. Nie. Prawdziwa, młodzieńcza, niewinna być może, ale gorąca, szczera. Czyli Tytus. Tytus Woyciechowski, najpiękniejsza i najwierniejsza miłość Fryderyka Chopina.  Mówienie o jakichś przelotnych i mało znaczących relacjach, nieistotnych ani dla kompozytora ani dla tych pań  (Konstancja Gładkowska i Delfina Potocka), którym formalnie to dedykował (Delfina Potocka) lub o nich przelotnie wspomniał (Gładkowska) jest żałosnym wręcz kłamstwem historyków i badaczy. Zresztą trudno nawet o tej ‘formalnej’ dedykacji dla Delfiny mówić. Konserwatywni ojcowie Instytutu Chopina słowa dedykacji naciągają dość silnie i sami interpretują je tak, aby koniecznie pannę Potocką w to wcisnąć. A czytanie uważne i spokojne, bez wypieków na twarzy, korespondencji Chopina na to nie wskazuje.  Czy wynika ze zwykłej homofobii czy przywiązania do mieszczańsko-katolickiej tradycji nie jest dzisiaj żadnym tłumaczeniem takiego oszustwa. Powiadają ci biedni badacze – taka była wówczas maniera pisania do przyjaciół. Drodzy panie i panowie smutni – popiardujecie cichutko a smrodek rozchodzi się po całym drobnomieszczańskim mieszkaniu. Gdy już w 1828 Fryderyk pisze do Tytusa: „Najdroższy!” to nie pisze „Drogi”; gdy podpisuje „teraz daj buzi najprzywiązańszemu” to nie pisze „pozdrawiam serdecznie”.  Nawet egzaltowany Chopin nie mógł aż tak manierować. To z jednego tylko z wielu listów jakie wymieniali przez lata. To nie są listy chłopczyka 1o-cio letniego, tylko listy młodego mężczyzny. I tylko jeśli doceni się autentyczną, prawdziwą i szczerą miłość romantyczną Chopina do Woyciechowskiego, można prawdziwie ocenić i zrozumieć te dwa Koncerty.  Ich głębię emocjonalną, autentyczność. A nie wypisywać bzdury o genezie utworów, które są wręcz śmieszne.

A jakież to maniery i zwyczaje panowały w XIX i przez większość XX wieku? Ano takie, jak wcześniej: młodzi mężczyźni (o kobietach nie wspomnę, bo rzadko miały możliwość jakiejkolwiek decyzji) homo lub biseksualni żenili się, by uniknąć wydziedziczenia i kompletnego ostracyzmu (w klasach powyżej biedoty miejsko-wiejskiej), ukrywali jak mogli swoje orientacje lub kończyli wcześnie i tragicznie. A już zabawne jest udawadnianie heteroseksualności Chopina jego małżeństwem z George Sand – pierwszą chłopczycą i biseksualistką Francji w tamtych czasach. Nawet jeśli łączył (na co wiele wskazuje) ich autentyczny krótkotrwały romans. Jedynym innym wyjściem dla młodych mężczyzn z ‘dobrych domów’ było pójść do klasztoru. Bo jak wiadomo: co się stało w klasztorze, pozostało w klasztorze.

Czekam z dużą niecierpliwością pierwszych nagrań Bruce (Xiaoyu) Liu już po wawrzynie Konkursu warszawskiego. Ten młody pianista ma niewątpliwie głębokie i subtelne wyczucie muzyki. I mam nadzieję nie zapomni Chopina (jaki pianista muzyki klasycznej mógłby?) i jemu właśnie poświęci swoje pierwsze nagranie.

Chopin, Konkurs, Ciotki i dzieciństwo

cz. I

Konkurs Szopenowski w Warszawie. Każde dziecko (polskie dziecko, naturalnie) słyszało tą nazwę. Nie dlatego, że Polacy aż tak nadzwyczajnie muzyczni, nie przesadzajmy w tym męczącym zachwycie nad sobą samymi. Nie, nie mamy się czegokolwiek krępować ni ze wstydem patrzeć w podłogę przestępując z nogi na nogę w zażenowaniu. Coś tam tej muzyce światowej ofiarowaliśmy i w ostatnich dwustu latach nie tak znowu skromnie. Tych nazwisk, od kompozytorów do muzyków odgrywających te kompozycje na wszystkich liczących się scenach świata, zajęło by mi trochę czasu i miejsca spisać. Zwłaszcza z XX wieku. Po prostu nie lubię, jak my lubimy wycierać swoje gęby wielkimi polskimi nazwiskami czy potrzeba czy kompletnie bezsensownie w danym momencie. Czasem jest to po prostu żenujące.  Jeszcze nie spotkałem Niemca, który by mi w rozmowie (nawet na temat muzyki) z podnieceniem wyrokował: a wie pan, Beethoven to był Niemiec.

To na marginesie tylko, nie o tych śmiesznostkach chcę napisać parę słów.

Ale na kanwie tegoż autentycznie prestiżowego konkursu szopenowskiego i na kanwie dzieci w Polsce – ja gdy słyszę: Konkurs Szopenowski, to widzę swoje dzieciństwo. Cóż się dziwić, gdy pomyślę, że pierwszym meblem (i miejscem cudownych zabaw pod nim) jaki pamiętam z naszego mieszkania w Toruniu był … olbrzymi czarny fortepian Bechsteina. Dziadzia Emanek – sam fabrykant instrumentów muzycznych i główny ich dostawca dla Armii Polskiej – przed II wojną był we wschodniej Polsce przedstawicielem tej słynnej firmy fortepianów i pianin wirtuozów i królów.

Spacery z babcią Wandą lub, gdy nieco starszy byłem samemu albo z przyjacielem do Łazienek na niedzielne koncerty; słuchanie z babcią (która traktowała te Konkursy, jak nabożeństwo, którego pod karą piekła opuścić nie wolno było) w radio i telewizji wszystkich kolejnych Konkursów od eliminacji do finałów. Pierwszy pamiętany to był tenże w którym wygrała wspaniała Martha Argerich, Argentynka, która ‘przebudziła’ Chopina z konserwatywnej drzemki. Jakby wlała w jego muzykę trochę pasji argentyńskiej … . Rok był 1965.  Babcia była nią zachwycona, a ja na opiniach babci w muzyce klasycznej się wówczas opierałem solidnie.

Ostatnim oglądanym w Polsce był ten w pamiętnym roku 1980. Argerich wróciła po piętnastu latach, ale już jako juror Konkursu. I znowu wywołała burzę! Tym razem trzaskając drzwiami za resztą zaszokowanego  Jury, gdy nie dali wysokiej oceny i klasyfikowanego miejsca dla Ivo Pogorelicia. Przyznaję, że i mnie wydawało się, że zbyt dużo w jego grze było ‘wariacji Pogorelicia na temat muzyki Chopina’, a za mało Chopina. Ale grał brawurowo. Nie wiem jakbym teraz go odebrał. W wieku 20 lat byłem pod każdym chyba względem dużo bardziej konserwatywny i hołdujący kanonom niż dziś, aż śmiech bierze. Pamiętam, że z przekonaniem nie znoszącym krytyki, kolegom przy butelce wina na Starówce  perorowałem, że jak dożyje (Pogorelić) wieku Horowitza będzie sobie na takie swobodne interpretacje mógł pozwolić, a teraz gęba w kubeł i grać trzeba, jak kompozytor zapisał. Słowem – zachowywałem się jak sierżant na mustrze a nie młody poeta.

Chcąc nie chcąc te letnie koncerty w Łazienkach, w różnych muszlach koncertowych starych kurortów polskich zbliżyło mnie najbardziej do stylu gry Chopina, który babcia właśnie szanowała najbardziej i główna zasługę miały tu … kobiety. Od babci poczynając, naturalnie. A dalej wspaniałe Grychtołówna, Smendzianka, Hesse-Bukowska. Te nazwiska po słowie „Chopin” lub ‘koncert fortepianowy’ szybciej wpadały do mojej łepetyny niż Małcużyński i nawet niezrównany Rubinstein. Może dlatego, że dzieci od kobiet odbierają więcej ciepła i większym je darzą zaufaniem? Hmm, ciekawe. No i ciocia Lusia, szopenistka, której tragiczna kariera muzyczna była naznaczona bykowcem bolszewickiego enkawudysty w czasie okupacji Trok przez Rosję. Troki (Trakai po litewsku) na Wileńszczyźnie były jej domem rodzinnym, gdzie jej rodzice (brat babci i jego żona), oboje lekarze, mieli dom i mały prywatny szpital. Enkawudzista kazał jej grać Skriabina, gdy w zdenerwowaniu (była wówczas bardzo młodą absolwentką Konserwatorium) robiła przerwy lub zatrzymywała się – bił ją po palcach tym bykowcem. Czy inne jeszcze formy tortury miały miejsce – nie wiem. Nikt o tym, łącznie z jej matką, ciocią Anią, mówić nie chciał. Jej ojca, tego lekarza-altruistę, absolwenta wydziału lekarskiego Uniwersytetu Moskiewskiego, Sowieci zamordowali na ulicy w Wilnie, w pierwszych dniach okupacji. Po wojnie koncertowała bardzo mało i krótko. Jeszcze uczyła w szkołach muzycznych, była zapraszana do jury różnych konkursów pianistycznych ale co raz większe braki pamięci i olbrzymie zdenerwowanie nawracającymi stanami lekowymi powodowało, że zaczęła uciekać od wszelkiego życia publicznego i zamykać się w mieszkanku z matką. Potem już tylko wspólne odwiedziny u ciotek, kuzynek i kuzynów w Toruniu, Warszawie były jej jedynym wyrwaniem z pustelni mieszkania w Szczecinie. Z tamtych lat pamiętam ją najwięcej, właśnie na tych spotkaniach rodzinnych. Pod troskliwym okiem i opieką cioci Ani, jej matki. Ta cała rodzina (ze strony mojego ojca) pochodziła z Kresów: od Wołynia po Litwę. Byli otwarci, weseli, rozmowni, serdeczni. Ona wyglądała dla mnie, jak ktoś obcy, inny od nich. Nie rozumiałem tego. A oni wszyscy traktowali ją jakby była jedną z nich, wesołych i wyrozumiałych. Prawie beztroskich. Jakbym ja był jedynym, który widział Lusię inną, niż oni. I pewnie tak było.

To te wszystkie ciotki kresowe, zdecydowanie nie wujowie, były moim oknem na świat inny niż ten, który na ulicy mnie otaczał. Dyskutowania o kulturze, o sztuce, częstowania się małymi ciasteczkami (nigdy więcej niż jedno-dwa, bo nie wypadało, o co wściekłość mnie brała, ha ha), czasem nawet jednym kieliszeczkiem ratafii, elegancko podaną herbatą (kawa nie była wśród kresowiaków popularnym napojem i odnosiłem wrażenie, że traktowano ją jako coś, no, trochę wulgarnego?). I sposobem mówienia tak eleganckim, że żal mi było potem wychodzić i słuchać języka codziennego ulicy i znajomych. W skrócie mógłbym powiedzieć, że w ich skromnych (niektórych nader skromnych) mieszkaniach w Warszawie, Ciechocinku nie istniało PRL. Drzwi wejściowe były granicą, gdzie to państwo się kończyło. Ciotki w mojej obecności nigdy ani o polityce nie mówiły ani o brakach czegokolwiek. Żyły, jakby dalej mieszkały w salonikach, dworkach. I miały takie urocze imiona, zawsze zdrobniałe: Wandzia (moja babcia) i jej siostry Zonia i Jania Fekeczówny, ich kuzynki Ircia, Nala i Zocha Lejmbachówny (córki Ludwika Lejmbacha, lekarza, brata mojej prababci Fekecz de domo Lejmbach, które już przed 1939 przeniosły sie do Warszawy.  Lata jednak biegły szybko i wchodząc w wiek nastolatka więcej już czasu spędzałem poza ich towarzystwem, a ojciec i wujkowie z jego pokolenia już o polityce otwarcie ze mną mówili. Po wypiciu kilku kieliszków wódki (ratafię pili tylko w towarzystwie tych ich też cioć, ha ha) mówiąc o polityce i polskich ‘wodzach’ politycznych używali języka zdecydowanie nie salonowego. Byli mężczyznami z krwi i kości. A o przeszłości, w przeciwieństwie do tych starszych cioć, nie lubili w ogóle wspominać. Wojna zabrała im wszystkim młodość. A PRL szanse na normalne, porządne życie. Muzykę jednak wszyscy kochali i znali. Była wszędzie. Nie widziałem jeszcze instrumentu nas którym mój ojciec nie potrafiłby zagrać. Wystarczyło by pobrzdąkał na strunach kilka razy, lub dotknął dziurek lub klapek na trąbce metalowej czy drewnianej – i za parę minut grał, mniej lub bardziej swobodnie. Jego brat, mój ojciec chrzestny, był profesjonalnym muzykiem-skrzypkiem. Grał u Rachonia, Wodiczki i Roweckiego – najznaczniejszych dyrygentów w pierwszym dwudziestoleciu PRL. Potem przeniósł się do Szwecji, gdzie grał do przedwczesnej śmierci  u zarania lat 80. I tenże wysokiej klasy skrzypek bez żenady przyznawał, że z nich trzech ( Jaro, Weno i Milo – Milo to mój ojciec) Milo był jedyny ze słuchem idealnym.  Weno, średni brat, inżynier – przy pianinie też swobodnie się obywał. W pierwszych latach po wojnie ojciec grał na perkusji w tworzącej się Filharmonii w Bydgoszczy. Razem z przyjacielem z Wilna, Henrykiem Czyżem, później świetnym polskim dyrygentem i kompozytorem. Ale gdy orkiestra nabierała szlifu i oferowała stałe posady, dyrektor (ze zrozumiałych względów) chciał by ojciec zapisał się do konserwatorium na formalne studia. Pochodząc z domu muzycznego od urodzenia, ojciec wiedział ile pracy i czasu takie studia wymagają. I powiedział krótko – nie ma mowy, nie mam czasu, chce teraz żyć. I zajął się plastyką, sztuką wizualną. Ta zdecydowania nie wymagała od niego dyscypliny. Której nigdy nie miał. I to chyba ja po nim odziedziczyłem. Bo zdecydowanie nie idealny słuch, którego nie mam, choć muzykę kocham i znam dość dobrze.

powyżej: 1) siostrzenice mojej babci, pianistki Lusia i Hala; 2) trójka braci, mojego ojca Bogumiła (Milo, formy oficjalnej nigdy nie używał), plastyka; skrzypka (Jaro)Jarosława i inżyniera (Weno)Wacława; 3) mój pradziad Fekecz, w Słupsku (obecnie Białoruś) ok. 1905, skrzypek; 4) mój ojciec chrzestny, Jaro; od lewej: na koncercie z wielkim Yehudi Menuhinem, Warszawa, 1957; na prywatnych lekcjach kocertmistrza skrzypcowego w Brześciu n/Bugiem, ok. 1929/30; po koncercie z genialnym skrzypkiem, wieloletnim dyrygentem Filharmonii w Marsylii, Roberto Benzi; w parku z przyjacielem, kompozytorem i dyrygentem Henrykiem Czyżem i jego żoną Haliną, śpiewaczką operowa; 5) trzy siostry Fekeczówne: Janina (po meżu Kleczkowska) , Wanda (oficjalnie Jadwiga, ale tego imienia nigdy nie używała, po mężu Pacak) i Zonią (od Zofii, po mężu Buresz) – dzieciństwo w Słupsku, ok. 1911; w Woroneżu (dawne województwo witebskie przed rozbiorami) ok. 1915 i w Brześciu Litewskim w 1924

Zaczęło się od wspomnień w związku z dopiero zakończoną XVIII edycją Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. F. Chopina. I moim oczarowaniem Koncertem e-moll w wykonaniu zwycięzcy, Bruce’a Liu. I o tym słów kilka chciałem napisać. A tu moje dzieciństwo, ciotki z odeszłych epok i świata, pianistki już nie żyjące (Hesse-Bukowska i Smendzianka) lub w bardzo podeszłym wieku (Gychtołówna), Kresy i PRL. Wszystko czasy dawne lub bardzo dawne. No, ale właśnie muzyka, zwłaszcza tzw. klasyczna (jakże nie znoszę tego terminu kompletnie fałszywego i sztucznego) ma to do siebie, że światy inne otwiera, gdy jej słuchamy. Przenosi, jak jaki zaczarowany wehikuł,  w dni lub miejsca odległe w czasie lub przestrzeni, czasem w oba te wymiary na raz. O Koncercie e-moll jeszcze obiecuję wrażenia opisać. Teraz zakończę właśnie słowami jednej z moich ‘nauczycielek’ muzyki z dzieciństwa. Bo jakże mądrze o Konkursie Chopinowskim napisała. I oby jej słowa charakteryzowały, co współcześni jurorzy konkursów muzycznych myślą, czego szukają w grze młody muzyków z tremą przed nimi grających.   

 Lidia Grychtołówna „Najważniejsza jest dla mnie atmosfera, jaką stwarza młody pianista, jego osobowość, indywidualność. Jeśli ktoś ma tę szczególną intuicję artystyczną, nigdy nie zagra przeciw Chopinowi, przeciw muzyce. A przypomnijmy, że konkursy powstały w Warszawie między innymi po to, by wyplenić z interpretacji salonowy kicz. Gdy pianista odczytuje intuicje kompozytora i potrafi przekonać do swojej koncepcji, można mu nawet wybaczyć drobne nieścisłości w traktowaniu zapisu nutowego. Słucha się z zafascynowaniem. Jeśli tego brakuje, wówczas stają się ważne szkolne kryteria poprawności, dokładności wykonania, kropka w nutach, pauza. Skupia się uwagę między innymi na takich elementach, jak wierność w stosunku do tekstu, właściwe frazowanie, pedalizacja. Zawsze jednak czekamy przede wszystkim na fascynujące osobowości”. (Cytat podaję z książki Lidii Grychtołówny „W metropoliach świata.)

Dlatego warto dzieci wszystkie, nawet z domów zupełnie nie muzycznych, zapoznawać z muzyką poważną (kolejny – po ‘klasyczna’- zły termin i w dodatku fałszywy. Owszem, bywa bardzo często poważna, ale bywa też zabawna, wesoła, taneczna). Wtedy będą ją traktować, jako coś naturalnego, znajomego. Nie bez kozery wspomniany już tu Henryk Czyż prowadził w latach 70. popularne programy w TVP pn. „Nie taki diabeł straszny”, gdzie tą muzykę popularyzował.

Dokąd dzban wodę nosił?

Prawie natychmiast po wyborach parlamentarnych w 2015, nowy Rząd RP, Prezydent i Parlament (Sejm i Senat) polski znalazły się na kursie kolizyjnym z Unią Europejską. Początkowy nie były to sprawy ani zasadnicze ani nie niespotykane w dotychczasowej historii Unii Europejskiej. Tyczyły bardziej symboliki konfliktu liberalnej (w olbrzymiej większości) polityki państw europejskich z jednej strony a głośnych nawoływań władz RP do symboliki nacjonalistycznej, tradycjonalistycznej, skrajnie prawicowej. Mówiąc jeszcze bardziej ogólnikowo, zasadzało się to na różnicy między wizją państwa tolerancyjnego z jednej strony (większość partnerów europejskich), a państwa sztywnego, homogenicznego kulturowo, etnicznie i wyznaniowo, wrogiego wobec innych wpływów, z drugiej strony (Polska).

Do pierwszego konfliktu formalnego doszło już na przełomie 2015/16 roku. Tu w grę wchodziły już sprawy zasadnicze związane z praworządnością w Polsce oparte na fundamentalnym w Unii Europejskiej i cywilizacji zachodniej systemie ścisłego rozdziału władzy i pełnej niezależności tych trzech podstawowych filarów tejże władzy: wykonawczej (rząd, prezydent/głowa państwa); ustawodawczej (parlament); sądowniczej. Konkretnie w sytuacji w Polsce chodziło o Trybunał Konstytucyjny, jego skład i sposób (gwarantowany bezpośrednio w Konstytucji i pośrednio w Ustawie o TK) obsadzania sędziów i ich kadencji. Nie będę opisywał tu szczegółów sytuacji i detali konfliktu. Proponowane zmiany i przegłosowanie nowej ustawy zostało zaskarżone do Trybunału. Trybunał, w pełnym składzie i udostępnionym publicznie procesie umożliwił każdej stronie szczegółowe i wyczerpujące argumentacje. I wydał wyrok stwierdzający, że nowa ustawa jest w sprzeczności z polską Konstytucją i nie ma w związku z tym mocy prawno-wykonawczej. Rząd (kierowany ówcześnie przez premier Beatę Szydło) zdecydował nie wypełnić obowiązującego rząd ogłoszenia wyroku w Dzienniku Ustaw (Monitorze) i tym samym zdecydował, że wyrok nie jest prawomocny. A Minister Sprawiedliwości RP nazwał proces ‘spotkaniem przy kawie grupy sedziów’, którego władze nie muszą i nie będą traktować, jako pełnoprawnego wyroku. Nota bene wyrok ten do dziś nie został opublikowany.

Spowodowało to olbrzymie protesty publiczne w Polsce i początek poważnego opory społeczeństwa. Był to też początek formalnego już, nie tylko symbolicznego, zaniepokojenia władz Unii Europejskiej i narastającego w tej Unii stanowiska podjęcia kroków zapobiegawczych. Tak zaczął się trwający ponad pięć lat mecz ping-pongowy między Brukselą a Warszawą. W sukurs Jarosławowi Kaczyńskiemu przyszły historyczne zbiegi okoliczności: najpierw ponad dwa lata trwający skomplikowany proces Brexitu (wyjścia z Unii Wielkiej Brytanii) a potem trwająca blisko dwa lata pandemia.  Pewną pomocą dla Warszawy były też: 1) prezydentura Donalda Trumpa, którego (by użyć maksymalnie delikatnego określenia)  niekonwencjonalna dyplomacja wobec aliantów europejskich i awanturnictwo polityczne z Północną Koreą, Rosją, Iranem pochłaniało masę czasu dyplomacji EU i stolic europejskich; 2) kryzys emigracyjny i wojna syryjska oraz wojna z terrorystycznym kalifatem ISIS. Te olbrzymie problemy pochłaniały większość czasu tak UE, jak i Berlina, Paryża, Rzymu, Madrytu i mniejszych państw unijnych. Rosła atmosfera sporu i narastał konflikt ale brakowało politycznej jedności i siły na silne starcie w Warszawą. Były żądania, groźby, wizyty, dyskusje, posiedzenia. PiS przeprowadzał ustawy wobec kolejnych organów sądowych (Sądu Najwyższego, Sądów Powszechnych), potem zmieniał te ustawy, zyskiwał czas. Robił pięć kroków do przodu (często metodą faktów dokonanych) i dwa do tyłu. Generalnie można powiedzieć, że od kilku dobrych lat prezydent, rząd i sejm są w stanie nieustannej wojny z sądami polskimi.  Sukcesem (dla Polski raczej klęską) jest jednak fakt, że główne osoby głównych organów sądowych (Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego, olbrzymiej większości sądów wysokiego szczebla, a nawet najniższego) czyli ich prezesi i prezeski są nominatami rządu i mimo, że obsiadają te stanowiska w sprzeczności z prawem nie tylko konstytucyjnym ale nawet prawem ustawowym – mają wpływ na funkcjonowanie sądów, wyroki, obsady sędziowskie w procesach. Słowem władza sądowa w Polsce straciła w dużej mierze swą niezależność. Im dłużej ten proces trwa, tym trwalsze i bardziej niebezpieczne te zmiany są. Z każdym miesiącem prawie, naturalnym biegiem rzeczy, ktoś odchodzi na emeryturę, czyjaś kadencja się kończy a nowi sędziwie na ogół (dzięki tym zmianom) są blisko powiązani z partia rządzącą. Ale też wydaje się dobiegać kresu ciąg ‘szczęśliwych zbiegów wydarzeń’: pandemia się kończy, Trump przegrał kolejne wybory z kretesem; ISIS zostało rozbite, Biden wrócił do polityki pro-europejskiej, rozwód z Anglią zakończony. Zakończyła się też, wydaje się, cierpliwość polityków i władz Unii. Sprawa polskiej praworządności znalazła miejsce na wokandzie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Padły tzw. wyroki zabezpieczające, pełny wyrok zapadnie za kilka tylko tygodni. Można powiedzieć, że sprawy w końcu stanęły na ostrzu noża. Co było do przewidzenia. Tym razem czas jednak jest mniej korzystny dla PiS i jego obozu koalicyjnego. Nie tylko ze względu na większą stanowczość i stwardnienie pozycji UE. Zmieniła się sytuacja polityczna w Polsce. Silna pozycja i popularność Rafała Trzaskowskiego i Szymona Hołowni, zjednoczenie się obozu Lewicy, powrót bardzo niedawno do Polski i aktywna rola, jaką przyjął, Donalda Tuska, bardzo silny spadek wpływów na społeczeństwo sojusznika PiS – Kościoła katolickiego – wszystko to stawia Jarosława Kaczyńskiego w pozycji osłabionej. Wybrał zbyt wielu przeciwników, wypowiedział wojnę zbyt wielu grupom społecznym. Ma też od miesięcy silne problemy wewnątrz własnej Koalicji, która wstrząsana jest stale jakimiś pałacowymi rewolucjami, groźbami, szantażami. Argument najważniejszy, jaki od 2015 roku powtarzany jest jak mantra pisowska – wygrana w wyborach powszechnych, a więc poparcie większości obywateli – traci na sile z dnia na dzień.

Trzeba zresztą pamiętać, że to kwestie wewnętrzne Polaków. Unia nie może i zdecydowanie nie chce narzucać kogo Polacy mają wybierać, nie może i nie chce narzucać jakie prawo aborcyjne lub jakie prawo małżeńskie obowiązuje w krajach członkowskich. Może prowadzić kampanie uświadamiającą, przekonywać do większej liberalizacji i tolerancji obyczajów i przez to praw – ale nie są to obszary prawa traktatowego Unii. Natomiast praworządność i ustrój urzędu sędziego – są. Bo każdy sędzia krajowy jest automatycznie sędzią Unii Europejskiej, więc prawom traktatowym Unii podlega. Jest bardzo możliwe, że Kaczyńskiemu i jego podpalaczom III Rzeczypospolitej ten szczegół uciekł uwadze. I może ich to drogo kosztować. W przenośni (politycznie) i dosłownie (w subwencjach). Nie rozumie też tego pani Przyłębska pełniąca czasowo (i niezgodnie z Ustawą) funkcję Prezesa Trybunału Konstytucyjnego RP. Ale to nie zaskakuje nikogo. Pani Przyłębska orłem nauk prawniczych nie jest. Jak wielu innych polityków Zjednoczonej Prawicy pełniących wysokie (i legalnie objęte) funkcje w państwie. Ale to już inny temat. Nie chodzi też o to czy Unia ma prawo ingerować w sposób organizacji funkcjonowania sądów polskich. To też gestia państw członkowskich a nie Unii. Są różne w różnych państwach członkowskich. Wynika to z danej, lokalnej tradycji. Tu chodzi o rzecz prostą: organizujcie, jak chcecie ale nie wolno wam w jakikolwiek sposób naruszyć niezależności indywidualnego sędziego europejskiego, a sędzia polski jest sędzią europejskim.

O tym przestrzegają w osobnych publicznych oświadczenia sędziowie w stanie spoczynku Trybunału Konstytucyjnego RP (w tym wszyscy byli Prezesi tego Trybunału) i cztery ogólno-europejskie organizacje profesjonalne sędziów i prokuratorów europejskich. Teksty tych Oświadczeń przytaczam in corpore. Sa jasne i nie ma sensu bym starał się je komentować czy tłumaczyć. Warto, by każdy obywatel je przeczytał.

Stawka jest wysoka. Może być początkiem opamiętania władz RP i przywrócenia porządku praworządności w Polsce. Może być początkiem (nawet jeśli nie formalnym) Polexitu. A tego, nawet elektorat pisowski, by chyba wolał uniknąć.

OŚWIADCZENIE SĘDZIÓW W STANIE SPOCZYNKU TK RP

„Od kilkunastu lat Trybunał Konstytucyjny, zarówno przed, jak i po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej, wypowiadał się jednoznacznie i konsekwentnie o nadrzędnym miejscu Konstytucji RP w systemie obowiązujących w naszym państwie źródeł prawa. Stanowisko to łączyło się przy tym ze sformułowaniem zasady przychylności RP dla integracji europejskiej. Potwierdzona i skonkretyzowana została konstytucyjna norma, stosownie do której Rzeczpospolita Polska przestrzega wiążącego ją prawa międzynarodowego.

 Stwierdzenie przez TK w wyroku z 14 lipca b.r. (P7/20) niezgodności z Konstytucją RP przepisów traktatów unijnych proklamujących zasadę lojalnej współpracy państw członkowskich oraz przyznających Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej kompetencje do zarządzania środków tymczasowych w rozpatrywanych sprawach oznacza nieuzasadnione odejście od dotychczasowej linii orzecznictwa.

Już niedługo, bo 3 sierpnia 2021 r. ma się odbyć przed TK w pełnym składzie rozprawa w sprawie K 3/21. Trybunał Konstytucyjny będzie rozpoznawać od początku wniosek Prezesa Rady Ministrów o stwierdzenie niezgodności z Konstytucją przepisów traktatów europejskich, które stwarzają dla instytucji unijnych podstawy traktatowe do badania, czy prawo państw członkowskich, w tym polskie, zapewnia podmiotom prawa skuteczną ochronę w dziedzinach objętych prawem Unii. W szczególności chodzi o zagwarantowanie niezależności sądów i niezawisłości sędziów.

Sędziowie TK w stanie spoczynku z głębokim niepokojem oceniają, że wydanie wyroku uwzględniającego wniosek w sprawie K 3/21 będzie równoznaczne z zakwestionowaniem mocy obowiązującej podstawowych przepisów prawa unijnego w Polsce. Wyrok ma być przy tym wydany na wniosek Prezesa Rady Ministrów, członka Rady Europejskiej, organu konstytucyjnego kierującego rządem, upoważnionego z mocy Konstytucji do prowadzenia polityki wewnętrznej i zagranicznej RP.

Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku stwierdzają, że nadrzędna rola Konstytucji RP nie zostaje w żadnej mierze naruszona, jeśli instytucje unijne żądają poszanowania niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Żądania te nie wykraczają poza to, co zostało im przyznane w traktatach unijnych, ratyfikowanych przez RP i których zgodność z Konstytucją została potwierdzona przez Trybunał Konstytucyjny. Kompetencje instytucji unijnych nie dotyczą bowiem ustroju sądownictwa, lecz cech jakie muszą mieć sędziowie krajowi, aby móc orzekać w sprawach europejskich. Poszanowania zaś niezależności sądów i niezawisłości sędziów wymaga także polska Konstytucja (art. 4, art. 45, art. 78, art. 173, art. 178).

Sędziowie TK w stanie spoczynku apelują zatem do Prezesa RM o wycofanie wniosku, co jest możliwe do czasu rozpoczęcia rozprawy.

Coraz częściej wypowiadane są obawy, że nasze państwo znalazło się w krytycznym punkcie najnowszej historii i że m.in. od Trybunału Konstytucyjnego zależy, czy obrana w 1989 r. roku droga rozwoju opartego na zasadzie demokratycznego państwa prawa i integracji z Europą Zachodnią nie zostanie przerwana. Zabranie przez nas głosu wynika z wierności konstytucyjnej przysiędze, jaką składaliśmy przy powołaniu do stanu sędziowskiego i z przekonania, że polska racja stanu wymaga, abyśmy obecnie nie milczeli”.

Oświadczenie podpisali sędziowie TK w stanie spoczynku:

Stanisław Biernat; Teresa Dębowska-Romanowska; Kazimierz Działocha;

Lech Garlicki; Mirosław Granat; Wojciech Hermeliński; Adam Jamróz;

Stefan Jaworski; Biruta Lewaszkiewicz-Petrykowska; Wojciech Łączkowski;

Ewa Łętowska; Marek Mazurkiewicz; Andrzej Mączyński; Janusz Niemcewicz;

Małgorzata Pyziak-Szafnicka; Stanisław Rymar; Ferdynand Rymarz;

Andrzej Rzepliński, były prezes TK; Jerzy Stępień, były prezes TK; Piotr Tuleja;

Sławomira Wronkowska-Jaśkiewicz; Mirosław Wyrzykowski;

Bohdan Zdziennicki, były prezes TK; Andrzej Zoll, były prezes TK, były RPO

Marek Zubik

OŚWIADCZENIE ORGANIZACJI SĘDZIOW I PROKURATOROW EUROPEJSKICH

Cztery europejskie stowarzyszenia sędziów i prokuratorów z dużym niepokojem obserwują reakcję polskich władz na orzeczenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z 15 lipca 2021 r. (sprawa C-791/19) oraz z 14 lipca 2021 r. w toczącej się sprawa C-204/21 dot. tzw. „ustawy kagańcowej”.

– europejscy sędziowie i prokuratorzy solidaryzują się z polskimi kolegami stojącymi na straży praworządności i opierającymi się atakom polityków, pomimo prowadzonych przeciwko nim publicznych kampanii oszczerstw, gróźb postępowań dyscyplinarnych oraz gróźb uchylenia immunitetu w sędziowskiego w obliczu fabrykowanych i politycznie motywowanych zarzutów karnych;

– europejscy sędziowie i prokuratorzy potwierdzają jednoznacznie wiążący skutek orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości zwłaszcza w odniesieniu do fundamentalnych wartości Unii Europejskiej;

– europejscy sędziowie i prokuratorzy są trwale oddani niezawisłości sądownictwa i praworządności.

Jean Monnet, jeden z architektów Unii Europejskiej, powiedział kiedyś, że „Europa będzie wykuta w swoich kryzysach”. Obecnie przeżywamy taki kryzys. Sposób, w jaki na ten kryzys zareagują obywatele i instytucje Unii Europejskiej określi jej przyszłość.

Biorąc pod uwagę niedawną decyzję Komisji Europejskiej o wyznaczeniu dla Polski terminu na zastosowanie się do orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości dotyczących polskiej Izby Dyscyplinarnej, apelujemy do Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego i Rady Europejskiej o:

i) podjęcie instytucjonalnych działań wobec polskich władz państwowych, a w szczególności rządu polskiego zmierzających do natychmiastowego przywrócenia rządów prawa w Polsce;

ii) podjęcie wszelkich niezbędnych środków i uruchomienie wszystkich instrumentów zapisanych w traktatach w celu zagwarantowania poszanowania porządku prawnego Unii Europejskiej”.

List podpisali – Edith Zeller, Prezes Stowarzyszenia Europejskich Sędziów Administracyjnych (AEAJ), – Filipe Marques, Prezes Magistrats Européens pour la Democratie et les Libertés (MEDEL), – José Igreja Matos, Prezes Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów (EAJ), – Tamara Trotman, Prezes Stowarzyszenia „Sędziowie dla Sędziów

Dziwna noc majowa

Zakończyły się ledwie obchody, dziwne trochę już od kilku lat, rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Bo niby i wieńce, i gromadne spotkania ludzi. Ostatni już, bardzo nieliczni, weterani Powstania, przedstawiciele władz państwa i miasta, reprezentanci wojska, organizacji kombatanckich i społecznych. Jest i zaduma głęboka.

A obok zadumy zaraz jest też obok zadyma petardowo-pochodniowa jakichś dziwnych typów, które łatwiej porównać do żołnierzy i weteranów rosyjskiej dywizji SS RONA Bronisława Kamińskiego, którzy w walkach warszawskich też udział brały – tylko naturalnie po stronie niemieckiej. Ale nie o polskich durniach narodowo-faszystowskich lub zwykłych ‘patriotycznych’ kibolach i durniach tu chcę wspominać.

Kiedy myślę o Powstaniu nachodzą mnie myśli zawsze o młodych, romantycznych, marzycielskich chłopcach i dziewczynach. O tych, którzy winni chodzić wieczorami sierpniowymi, trzymając się za ręce po alejkach warszawskich parków, nad brzegami Wisły. O młodych poetach, którzy przy kawiarnianym stoliku z wypiekami na twarzy czytają przyjaciołom właśnie napisany na papierowej serwetce wiersz. Widzę Janka Bytnara i Tadeusza Zawadzkiego (Rudego i Zośkę) odprowadzających się z Powiśla w Aleję Niepodległości i z powrotem. Widzę ich kolegę z Gimnazjum Batorego, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego prowadzącego jakaś literacką sprzeczkę z Tadeuszem Gajcym. I Gajcy odpowiadał mu z przejęciem:

T. Gajcy

 …Ile rąk, ile spojrzeń

ile melodii trzeba w śnie —

Nie wiem, ja i ty nie wiesz

i nikt wiedzieć nie może,

ile rąk, ile spojrzeń

ile melodii —

kto wie?

szeptem zrezygnowanym kończąc: ‘Przecież nikt wiedzieć nie może,

a ty byś chciał ?’ ( „Wiersz o szukaniu”, fragment)

Między 15 a 20 rokiem życia postać Baczyńskiego, jego poezje, były mi szczególnie bliskie. Nikt chyba takiego na mnie wówczas wpływu nie miał, jak jego spuścizna literacka. I jego tragiczna śmierć czwartego dnia Powstania. Nigdy już o dzień się nie zestarzał, o godzinę nie zwiększył swej powagi wieku. Więc w 1977 był ledwie kilka lat starszym ode mnie rówieśnikiem. A przekleństwo przytłaczającej rzeczywistości zsowietyzowanego PRL jeszcze bardziej mnie z nim wiązało. Czekamy na ciebie, czerwona zarazo – powtarzałem myśląc o jego śmierci jakże tragicznej w wymiarze osobowym ale i większym, jako niepowetowana strata kultury polskiej geniuszu poetyckiego pierwszej wielkości.  I patrząc na otaczający, podły świat, to hamletowskie życzenie barda Powstania, Józefa Szczepańskiego z jego ostatniego, słynnego wiersza „Czerwona zaraza” (rówieśnika Baczyńskiego, który zginął we wrześniu 1944), samo przychodziło na usta:

J. Szczepański

Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, 

jakiej ci śmierci życzymy w podzięce

i jak bezsilnie zaciskamy ręce, 

pomocy prosząc, podstępny oprawco.

3 maja 1977 roku, w dzień Konstytucji, byłem z moim przyjacielem, Stefciem na Starówce. Łaziliśmy, gadaliśmy dużo. O Konstytucji, o zdradzie targowickiej, o kolejnych zrywach powstańczych, które nieodmiennie kończyły się klęskami i strasznej cenie tych tłumionych powstań, które zawsze pożerały kwiat młodej inteligencji polskiej i zawsze kraj pozbawiały przyszłych elit kulturalnych i politycznych. Późnym już bardzo wieczorem lub wczesną nocą doszliśmy Podwalem do zaułka Koziej. Obok, u Hopfera drzwi były jeszcze otwarte. Zdążyliśmy na ostatnią butelczynę wina. I przy butelce Egri Bikaver, jak przy flaszce starego węgrzyna, młody, z piękną czupryną hrabicz Stefciu (faktycznie był w prostej linii herbowym hrabią, choć nigdy o tym ani nie mówił ani ja się do niego tak nie zwracałem, chyba, że w formie ‘obelgi’ w trakcie filozoficznej kłótni – a na te tematy kłócić się lubiliśmy strasznie i ostro) rzucił mi wyzwanie: ja zacznę jakiś wers a ty musisz skończyć.  I zaczął od Baczyńskiego właśnie. A ja kończyłem. Wiersz i butelczynę. Do winiarni weszła starsza pani z resztkami bukietów tulipanów. Nie najświeżej już wyglądały, w dodatku zniknęły już dawno ostatnie pary i kwiaciarka zrezygnowana i smutna  spojrzała na nas proszącym wzrokiem pytając : a może tulipana dla szanownego młodego pana? Już chciałem powiedzieć: nie, dziękujemy, gdy Stefcio wyciągnął dwadzieścia złotych mówiąc – naturalnie, muszę kupić przyjacielowi, by wygrał test poetycki. Kobiecina się ucieszyła i sięgnęła po bukiecik z koszyka. Wybrałem jednego a resztę bukieciku oddałem z powrotem. Po czym zdecydowaliśmy, że idziemy prosto pod tablicę Krzysztofa Kamila u zbiegu Senatorskiej i Moliera.

K.K. Baczyński

I poszliśmy kompletnie już pustymi uliczkami. Pod tablica położyliśmy tego tulipana. Nie chciało się już nic mówić, ani mądro-głupich dowcipów ani recytować wierszy, tym bardziej jakichś tromtadrackich, patriotycznych sloganów. Milczeliśmy. Stefcio pociągnął mnie w końcu za łokieć i powiedział cicho: dosyć. Idziemy, nic przecież nie zmienisz.

Miał racje, nic zmienić nie można było. On już więcej nic nie napisze. Zginął ponad dekadę zanim ja się urodziłem. Poszliśmy prze Ogród Saski w kierunku Marszałkowskiej. W Ogrodzie siadłem na chwilkę na ławce pod jakimś słabym żółtym światłem latarni i zacząłem pisać wiersz. Inny niż typowy wiersz, bo pełen cytatów Baczyńskiego. Dziwny. Jak ten cały wieczór. Moja rozmowa ze Stefciem i rozmowa z Krzysztofem Kamilem. Prawie dziesięć lat później ten wiersz opublikowałem w Kanadzie, w wydawanym wówczas w Edmonton kwartalniku „Dialogi” (t.1, nr 4). Poniżej zdjęcia ze stron kwartalnika z tym wierszem.  

O literaturach polskich poza Polską

Przez pokolenia istniał w polskiej przestrzeni literackiej obszar zwany ‘literatura emigracyjną’. Odzyskanie przez Polskę suwerenności na przełomie 1989/90 i nowe sytuacje socjo-polityczne, nowe koncepcje indywidualizmu i niezależności twórczej mogą czasem utrudniać zrozumienie tegoż konceptu (lit. emigracyjnej) i jej miejsca w w szeroko rozumianej literaturze polskiej. Wydajac przez szereg lat rocznik twórczości polskiej w Kanadzie (“Strumień”) właśnie w przełomowej dla tego zagadnienia dekadzie, często tym tematem się zajmowałem. W 2012 wydaliśmy numer specyficznie temu poświęcony. Jakkolwiek było to związane siłą rzeczy z konkretami literackiej twórczości polskiej w Kanadzie, można śmiało powiedzieć, że poruszane w tym numerze problemy, nolens volens, można przenieść na cały obszar globalny tego ewenementu. Tekst poniżej jest całością artykułu wstępnego (edytorialu), który wówczas napisałem.

obwoluta “Strumienia”, nr 8, 2012

Zmieniają się sposoby nie tylko widzenia świata, zmienia się sposób patrzenia nań. Andrzej J Wróblewski pisał w nr 4 Strumienia o tym w eseju „Sztuka widzenia”. Z dużym zainteresowaniem oczekuję na ukazanie się jego książki na ten temat. W olbrzymim skrócie myślowym sztuka ta (lub umiejętność), to uwarunkowania kulturowe, psychologiczne i emocjonalne pa-trzącego z jednej strony, a stan fizyczny, materialny przedmiotu lub zdarzenia oglądanego z drugiej.
Można chyba zupełnie bezpiecznie przenieść tą koncepcję uwarunkowań na obszar o wiele szerszy, na obszar obserwacji nie tylko rzeczy i zjawisk fizycznych, ale i sztuki percepcji świata i umieszczonego w nim człowieka. Coś, co było najważniejsze kiedyś i co kształtowało naszą wizję postrzegania i rozumienia świata otaczającego (a więc nasze zachowania, naszą twórczość) dziś stać się mogło mniej istotne lub jedną (a nie jedyną) z opcji tłumaczenia człowieka i świata. Może więc to być wolność wyboru. Może to być zmiana obiektywna, niezależna od własnej woli lub chęci. Co nie jest możliwe, lub raczej, co jest ograniczaniem siebie do przestrzeni zamkniętej i kurczącej się, to jest trwanie w tym samym punkcie obserwacyjnym. Dostrzeganie tych samych wartości i rzeczy w tym samym świetle etycznym i estetycznym. Bez względu na porę dnia, roku i życia.
W ostatnim wydaniu Strumienia (nr 7) Anna Gradowska w obszernym eseju poruszyła zagadnienie symboliki, ikonografii używanej na przestrzeni dziejów przez myślicieli i twórców. Symboliki, która umożliwiała czytelność abs-trakcyjnych pojęć społeczno-kulturowych, wręcz cywilizacyjnych, szerokim rzeszom odbiorców, tj. społeczeństwu. I jak, skutkiem właśnie zachodzących powoli acz systematycznie i nieodwołalnie zmian, cechy i zewnętrzna opisowość tej symboliki były dostosowywane do nowych sytuacji. Do nowego sposobu widzenia.
Zbieżnością obu tekstów dla mnie, piszącego ten ósmy już ‘wstępniak’ rocznika, jest możliwość dostrzeżenia płynności i niestałości odniesień formalnych dla opisu twórczości polskiej poza granicami kraju.
Od czasów de facto końca XVIII wieku istniał (zwłaszcza w literaturze polskiej) fenomen literatury emigracyjnej. Twórczości wygnańców lub uciekinierów. Twórczości trwania i przetrwania. Świadków, obrońców, strażników. Niekoniecznie wyłącznie w kontekście wspomnieniowo-sentymentalnym. Była to często twórczość najwyższego rzędu artystycznego, tak pod względem formalno-estetycznym, jak i filozoficzno-etycznym. Wydaje mi się, że można ryzykować stwierdzenie, że nie zniknęła ona nawet w Dwudziestoleciu międzywojennym. Ostatecznie wojna 1920 w psyche polskiej nie zakończyła się Bitwą nad Niemnem, a Traktatem Ryskim dopiero w 1921. Skutkiem tego fatalnego Traktatu setki tysięcy obywateli polskich znalazło się ponownie poza granicami nowego państwa. Podobnie, jak dwadzieścia pięć lat później skutkiem układów jałtańsko-poczdamskich. Repatrianci byli wszak też swego rodzaju uchodźcami, uciekinierami w pomorskich i mazurskich „amerykach” i „kanadach”. To dopiero rok 1989 przyniósł sy-tuację nową, odmienną. Po raz pierwszy nie uległy zmianom granice państwa, nie nastąpiła kolejna wędrówka ludów. Wbrew podobieństwom (a są takie bezsprzecznie w sferze symboliki historiozoficznej) istnieją bardzo zasadnicze i widoczne różnice nawet między eposami Solidarności z jednej strony, a eposami powstań narodowych, Legionów, Września i AK z dru-giej.
Wszystko to zadecydowało, że o polskiej literaturze ( i polskiej twórczości szerzej) emigracyjnej po roku 1989 mówić nie można. Zmienił się punkt widzenia. Należy dopisać nowy system ikonograficzny, nowy sposób opisu.

Ciekawym spojrzeniem na ten temat w kontekście historycznym (Maria Jarochowska de Kosko) i współczesnym (Mark Węgierski) są dwa zamieszczone w tym wydaniu Strumienia teksty: Podglądani zza między. O polskich poetach w Nowym Jorku (M. Jarochowska de Kosko) oraz Is there a distinctive English-language Polish-Canadian writing? In search of a fragmentary tradition (M. Węgierski).

Jarochowska pisze o powstawaniu nowego rozdziału epopei Emigracja Polska, tym razem nad brzegami Hudson, w latach 40 ub. wieku. Porównuje też różnice adaptacyjne i życiowe do podobnej fali emigranckiej w Kanadzie. Świat nam znany, narzędzia badawcze też, punkty odniesienia, wyznaczniki sukcesu lub porażki zrozumiałe. Świat kultury emigracyjnej: uchodźcy, uciekiniera, ale i strażnika, bojownika, świadka krzywdy narodowej. Polskiego inteligenta, intelektualisty – wyspianskiewiczowskiego Pana Poety .

Węgierskiego interesuje zgoła inne zagadnienie. I owszem, Pan Poeta polski, Pan Pisarz. Ale co dalej? Jaki ślad zostawił w kraju osiedlenia? Jaki przykład, oparcie, wzór dla Kanadyjczyków polskiego pochodzenia? Nie dla przejezdnych – dla stałych i świadomych tej stałości mieszkańców tego kraju. Pytania trudne, proponowane odpowiedzi nie zawsze miłe oku i sercu.

Stąd i w formie językowej w wydaniu tym odbiegam od przyjętych wcześniej założeń. Dużo materiału w tym numerze jest tylko w języku angielskim. Wielokrotnie sam i w gronie współpracowników nad tym zagadnieniem się zastanawialiśmy. Czy tylko po polsku; czy mieszane teksty, czy z tłumaczeniami, czy z krótkim streszczeniem tekstu oryginalnego? Lata temu, współpracując z profesorem Edwardem Możejko, wybitnym znawcą literatur wschodnioeuro-pejskich, przy kwartalniku „Dialogi”, (którego był redaktorem naczelnym) z niechęcią patrzyłem na podawane tam krótkie streszczenia polskiej eseistyki w języku angielskim. Nie tworzyło to, zdaniem moim, nawet namiastki dwujęzyczności, a dla czytającego dawało jakąś dziwną, quasi-encyklopedyczną ‘ściągawkę’ studencką. A ‘streszczane’ teksty w oryginale polskim były bardzo ciekawe i dobre. Z drugiej strony, w podtytule redagowanego przeze mnie Strumienia jest wszak napisane wyraźnie: rocznik twórczości polskiej, a więc po polsku. Pomny jednak, o czym pisałem wyżej, owej zmienności i płynności postrzegania i rozumienia zjawisk – robię tu wyjątek. Nie pierwszy raz, wszak pierwszy tak obszerny i w samej eseistyce.

Rozumiem też zaniepokojenie Marka Węgierskiego milczeniem lub szeptem ledwie słyszalnym polskich ech w literaturze kanadyjskiej. Język jest tu na pewno barierą wielką. Chyba jednak nie jest barierą nie do przebicia, a na pewno nie jedyną.

Być może główny jej powód jest zgoła poza lingwistyczny. Być może sednem tegoż jest hermetyczność właśnie tej starszej formuły twórczości emigracyjnej. Twórczości wygnańca, uciekiniera, który przez ten fakt nie może być do końca wolny. Nie jestem przekonany, że jest to możliwe dla mojego pokolenia. Ostatniego, które opuściło kraj w sytuacji zniewolenia. Ale jest to już widoczne wśród tych, którzy wyjechali, jako małe dzieci. A będzie nową normą dla tych, którzy wyjechali z kraju po 1989. Stąd i mój ukłon dla polskich Kanadyjczyków, których narzędziem tak twórczym, jak i poznawczym jest język angielski.

Natomiast bardzo pozytywnie i z wielka radością można zauważyć rosnące zainteresowanie badawcze nad twórczością polską w Kanadzie w ośrodkach naukowych w Kraju. Zwłaszcza wyjątkowo skuteczne i ciekawe prace podejmowane w Rzeszowie i Katowicach. Co dawniej było dość wyjątkową domeną nielicznych pism literackich („Fraza” i Akcenty”) stało się w ostatnich latach przedmiotem szerszych badań i opracowań. Duże zasługi położyli tu badacze literatury: Bożena Szałasta-Rogowska, Magdalena Rabizo-Birek i Janusz Pasterski.

Bogumił Pacak-Gamalski