Dokąd dzban wodę nosił?

Prawie natychmiast po wyborach parlamentarnych w 2015, nowy Rząd RP, Prezydent i Parlament (Sejm i Senat) polski znalazły się na kursie kolizyjnym z Unią Europejską. Początkowy nie były to sprawy ani zasadnicze ani nie niespotykane w dotychczasowej historii Unii Europejskiej. Tyczyły bardziej symboliki konfliktu liberalnej (w olbrzymiej większości) polityki państw europejskich z jednej strony a głośnych nawoływań władz RP do symboliki nacjonalistycznej, tradycjonalistycznej, skrajnie prawicowej. Mówiąc jeszcze bardziej ogólnikowo, zasadzało się to na różnicy między wizją państwa tolerancyjnego z jednej strony (większość partnerów europejskich), a państwa sztywnego, homogenicznego kulturowo, etnicznie i wyznaniowo, wrogiego wobec innych wpływów, z drugiej strony (Polska).

Do pierwszego konfliktu formalnego doszło już na przełomie 2015/16 roku. Tu w grę wchodziły już sprawy zasadnicze związane z praworządnością w Polsce oparte na fundamentalnym w Unii Europejskiej i cywilizacji zachodniej systemie ścisłego rozdziału władzy i pełnej niezależności tych trzech podstawowych filarów tejże władzy: wykonawczej (rząd, prezydent/głowa państwa); ustawodawczej (parlament); sądowniczej. Konkretnie w sytuacji w Polsce chodziło o Trybunał Konstytucyjny, jego skład i sposób (gwarantowany bezpośrednio w Konstytucji i pośrednio w Ustawie o TK) obsadzania sędziów i ich kadencji. Nie będę opisywał tu szczegółów sytuacji i detali konfliktu. Proponowane zmiany i przegłosowanie nowej ustawy zostało zaskarżone do Trybunału. Trybunał, w pełnym składzie i udostępnionym publicznie procesie umożliwił każdej stronie szczegółowe i wyczerpujące argumentacje. I wydał wyrok stwierdzający, że nowa ustawa jest w sprzeczności z polską Konstytucją i nie ma w związku z tym mocy prawno-wykonawczej. Rząd (kierowany ówcześnie przez premier Beatę Szydło) zdecydował nie wypełnić obowiązującego rząd ogłoszenia wyroku w Dzienniku Ustaw (Monitorze) i tym samym zdecydował, że wyrok nie jest prawomocny. A Minister Sprawiedliwości RP nazwał proces ‘spotkaniem przy kawie grupy sedziów’, którego władze nie muszą i nie będą traktować, jako pełnoprawnego wyroku. Nota bene wyrok ten do dziś nie został opublikowany.

Spowodowało to olbrzymie protesty publiczne w Polsce i początek poważnego opory społeczeństwa. Był to też początek formalnego już, nie tylko symbolicznego, zaniepokojenia władz Unii Europejskiej i narastającego w tej Unii stanowiska podjęcia kroków zapobiegawczych. Tak zaczął się trwający ponad pięć lat mecz ping-pongowy między Brukselą a Warszawą. W sukurs Jarosławowi Kaczyńskiemu przyszły historyczne zbiegi okoliczności: najpierw ponad dwa lata trwający skomplikowany proces Brexitu (wyjścia z Unii Wielkiej Brytanii) a potem trwająca blisko dwa lata pandemia.  Pewną pomocą dla Warszawy były też: 1) prezydentura Donalda Trumpa, którego (by użyć maksymalnie delikatnego określenia)  niekonwencjonalna dyplomacja wobec aliantów europejskich i awanturnictwo polityczne z Północną Koreą, Rosją, Iranem pochłaniało masę czasu dyplomacji EU i stolic europejskich; 2) kryzys emigracyjny i wojna syryjska oraz wojna z terrorystycznym kalifatem ISIS. Te olbrzymie problemy pochłaniały większość czasu tak UE, jak i Berlina, Paryża, Rzymu, Madrytu i mniejszych państw unijnych. Rosła atmosfera sporu i narastał konflikt ale brakowało politycznej jedności i siły na silne starcie w Warszawą. Były żądania, groźby, wizyty, dyskusje, posiedzenia. PiS przeprowadzał ustawy wobec kolejnych organów sądowych (Sądu Najwyższego, Sądów Powszechnych), potem zmieniał te ustawy, zyskiwał czas. Robił pięć kroków do przodu (często metodą faktów dokonanych) i dwa do tyłu. Generalnie można powiedzieć, że od kilku dobrych lat prezydent, rząd i sejm są w stanie nieustannej wojny z sądami polskimi.  Sukcesem (dla Polski raczej klęską) jest jednak fakt, że główne osoby głównych organów sądowych (Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego, olbrzymiej większości sądów wysokiego szczebla, a nawet najniższego) czyli ich prezesi i prezeski są nominatami rządu i mimo, że obsiadają te stanowiska w sprzeczności z prawem nie tylko konstytucyjnym ale nawet prawem ustawowym – mają wpływ na funkcjonowanie sądów, wyroki, obsady sędziowskie w procesach. Słowem władza sądowa w Polsce straciła w dużej mierze swą niezależność. Im dłużej ten proces trwa, tym trwalsze i bardziej niebezpieczne te zmiany są. Z każdym miesiącem prawie, naturalnym biegiem rzeczy, ktoś odchodzi na emeryturę, czyjaś kadencja się kończy a nowi sędziwie na ogół (dzięki tym zmianom) są blisko powiązani z partia rządzącą. Ale też wydaje się dobiegać kresu ciąg ‘szczęśliwych zbiegów wydarzeń’: pandemia się kończy, Trump przegrał kolejne wybory z kretesem; ISIS zostało rozbite, Biden wrócił do polityki pro-europejskiej, rozwód z Anglią zakończony. Zakończyła się też, wydaje się, cierpliwość polityków i władz Unii. Sprawa polskiej praworządności znalazła miejsce na wokandzie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Padły tzw. wyroki zabezpieczające, pełny wyrok zapadnie za kilka tylko tygodni. Można powiedzieć, że sprawy w końcu stanęły na ostrzu noża. Co było do przewidzenia. Tym razem czas jednak jest mniej korzystny dla PiS i jego obozu koalicyjnego. Nie tylko ze względu na większą stanowczość i stwardnienie pozycji UE. Zmieniła się sytuacja polityczna w Polsce. Silna pozycja i popularność Rafała Trzaskowskiego i Szymona Hołowni, zjednoczenie się obozu Lewicy, powrót bardzo niedawno do Polski i aktywna rola, jaką przyjął, Donalda Tuska, bardzo silny spadek wpływów na społeczeństwo sojusznika PiS – Kościoła katolickiego – wszystko to stawia Jarosława Kaczyńskiego w pozycji osłabionej. Wybrał zbyt wielu przeciwników, wypowiedział wojnę zbyt wielu grupom społecznym. Ma też od miesięcy silne problemy wewnątrz własnej Koalicji, która wstrząsana jest stale jakimiś pałacowymi rewolucjami, groźbami, szantażami. Argument najważniejszy, jaki od 2015 roku powtarzany jest jak mantra pisowska – wygrana w wyborach powszechnych, a więc poparcie większości obywateli – traci na sile z dnia na dzień.

Trzeba zresztą pamiętać, że to kwestie wewnętrzne Polaków. Unia nie może i zdecydowanie nie chce narzucać kogo Polacy mają wybierać, nie może i nie chce narzucać jakie prawo aborcyjne lub jakie prawo małżeńskie obowiązuje w krajach członkowskich. Może prowadzić kampanie uświadamiającą, przekonywać do większej liberalizacji i tolerancji obyczajów i przez to praw – ale nie są to obszary prawa traktatowego Unii. Natomiast praworządność i ustrój urzędu sędziego – są. Bo każdy sędzia krajowy jest automatycznie sędzią Unii Europejskiej, więc prawom traktatowym Unii podlega. Jest bardzo możliwe, że Kaczyńskiemu i jego podpalaczom III Rzeczypospolitej ten szczegół uciekł uwadze. I może ich to drogo kosztować. W przenośni (politycznie) i dosłownie (w subwencjach). Nie rozumie też tego pani Przyłębska pełniąca czasowo (i niezgodnie z Ustawą) funkcję Prezesa Trybunału Konstytucyjnego RP. Ale to nie zaskakuje nikogo. Pani Przyłębska orłem nauk prawniczych nie jest. Jak wielu innych polityków Zjednoczonej Prawicy pełniących wysokie (i legalnie objęte) funkcje w państwie. Ale to już inny temat. Nie chodzi też o to czy Unia ma prawo ingerować w sposób organizacji funkcjonowania sądów polskich. To też gestia państw członkowskich a nie Unii. Są różne w różnych państwach członkowskich. Wynika to z danej, lokalnej tradycji. Tu chodzi o rzecz prostą: organizujcie, jak chcecie ale nie wolno wam w jakikolwiek sposób naruszyć niezależności indywidualnego sędziego europejskiego, a sędzia polski jest sędzią europejskim.

O tym przestrzegają w osobnych publicznych oświadczenia sędziowie w stanie spoczynku Trybunału Konstytucyjnego RP (w tym wszyscy byli Prezesi tego Trybunału) i cztery ogólno-europejskie organizacje profesjonalne sędziów i prokuratorów europejskich. Teksty tych Oświadczeń przytaczam in corpore. Sa jasne i nie ma sensu bym starał się je komentować czy tłumaczyć. Warto, by każdy obywatel je przeczytał.

Stawka jest wysoka. Może być początkiem opamiętania władz RP i przywrócenia porządku praworządności w Polsce. Może być początkiem (nawet jeśli nie formalnym) Polexitu. A tego, nawet elektorat pisowski, by chyba wolał uniknąć.

OŚWIADCZENIE SĘDZIÓW W STANIE SPOCZYNKU TK RP

„Od kilkunastu lat Trybunał Konstytucyjny, zarówno przed, jak i po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej, wypowiadał się jednoznacznie i konsekwentnie o nadrzędnym miejscu Konstytucji RP w systemie obowiązujących w naszym państwie źródeł prawa. Stanowisko to łączyło się przy tym ze sformułowaniem zasady przychylności RP dla integracji europejskiej. Potwierdzona i skonkretyzowana została konstytucyjna norma, stosownie do której Rzeczpospolita Polska przestrzega wiążącego ją prawa międzynarodowego.

 Stwierdzenie przez TK w wyroku z 14 lipca b.r. (P7/20) niezgodności z Konstytucją RP przepisów traktatów unijnych proklamujących zasadę lojalnej współpracy państw członkowskich oraz przyznających Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej kompetencje do zarządzania środków tymczasowych w rozpatrywanych sprawach oznacza nieuzasadnione odejście od dotychczasowej linii orzecznictwa.

Już niedługo, bo 3 sierpnia 2021 r. ma się odbyć przed TK w pełnym składzie rozprawa w sprawie K 3/21. Trybunał Konstytucyjny będzie rozpoznawać od początku wniosek Prezesa Rady Ministrów o stwierdzenie niezgodności z Konstytucją przepisów traktatów europejskich, które stwarzają dla instytucji unijnych podstawy traktatowe do badania, czy prawo państw członkowskich, w tym polskie, zapewnia podmiotom prawa skuteczną ochronę w dziedzinach objętych prawem Unii. W szczególności chodzi o zagwarantowanie niezależności sądów i niezawisłości sędziów.

Sędziowie TK w stanie spoczynku z głębokim niepokojem oceniają, że wydanie wyroku uwzględniającego wniosek w sprawie K 3/21 będzie równoznaczne z zakwestionowaniem mocy obowiązującej podstawowych przepisów prawa unijnego w Polsce. Wyrok ma być przy tym wydany na wniosek Prezesa Rady Ministrów, członka Rady Europejskiej, organu konstytucyjnego kierującego rządem, upoważnionego z mocy Konstytucji do prowadzenia polityki wewnętrznej i zagranicznej RP.

Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku stwierdzają, że nadrzędna rola Konstytucji RP nie zostaje w żadnej mierze naruszona, jeśli instytucje unijne żądają poszanowania niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Żądania te nie wykraczają poza to, co zostało im przyznane w traktatach unijnych, ratyfikowanych przez RP i których zgodność z Konstytucją została potwierdzona przez Trybunał Konstytucyjny. Kompetencje instytucji unijnych nie dotyczą bowiem ustroju sądownictwa, lecz cech jakie muszą mieć sędziowie krajowi, aby móc orzekać w sprawach europejskich. Poszanowania zaś niezależności sądów i niezawisłości sędziów wymaga także polska Konstytucja (art. 4, art. 45, art. 78, art. 173, art. 178).

Sędziowie TK w stanie spoczynku apelują zatem do Prezesa RM o wycofanie wniosku, co jest możliwe do czasu rozpoczęcia rozprawy.

Coraz częściej wypowiadane są obawy, że nasze państwo znalazło się w krytycznym punkcie najnowszej historii i że m.in. od Trybunału Konstytucyjnego zależy, czy obrana w 1989 r. roku droga rozwoju opartego na zasadzie demokratycznego państwa prawa i integracji z Europą Zachodnią nie zostanie przerwana. Zabranie przez nas głosu wynika z wierności konstytucyjnej przysiędze, jaką składaliśmy przy powołaniu do stanu sędziowskiego i z przekonania, że polska racja stanu wymaga, abyśmy obecnie nie milczeli”.

Oświadczenie podpisali sędziowie TK w stanie spoczynku:

Stanisław Biernat; Teresa Dębowska-Romanowska; Kazimierz Działocha;

Lech Garlicki; Mirosław Granat; Wojciech Hermeliński; Adam Jamróz;

Stefan Jaworski; Biruta Lewaszkiewicz-Petrykowska; Wojciech Łączkowski;

Ewa Łętowska; Marek Mazurkiewicz; Andrzej Mączyński; Janusz Niemcewicz;

Małgorzata Pyziak-Szafnicka; Stanisław Rymar; Ferdynand Rymarz;

Andrzej Rzepliński, były prezes TK; Jerzy Stępień, były prezes TK; Piotr Tuleja;

Sławomira Wronkowska-Jaśkiewicz; Mirosław Wyrzykowski;

Bohdan Zdziennicki, były prezes TK; Andrzej Zoll, były prezes TK, były RPO

Marek Zubik

OŚWIADCZENIE ORGANIZACJI SĘDZIOW I PROKURATOROW EUROPEJSKICH

Cztery europejskie stowarzyszenia sędziów i prokuratorów z dużym niepokojem obserwują reakcję polskich władz na orzeczenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z 15 lipca 2021 r. (sprawa C-791/19) oraz z 14 lipca 2021 r. w toczącej się sprawa C-204/21 dot. tzw. „ustawy kagańcowej”.

– europejscy sędziowie i prokuratorzy solidaryzują się z polskimi kolegami stojącymi na straży praworządności i opierającymi się atakom polityków, pomimo prowadzonych przeciwko nim publicznych kampanii oszczerstw, gróźb postępowań dyscyplinarnych oraz gróźb uchylenia immunitetu w sędziowskiego w obliczu fabrykowanych i politycznie motywowanych zarzutów karnych;

– europejscy sędziowie i prokuratorzy potwierdzają jednoznacznie wiążący skutek orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości zwłaszcza w odniesieniu do fundamentalnych wartości Unii Europejskiej;

– europejscy sędziowie i prokuratorzy są trwale oddani niezawisłości sądownictwa i praworządności.

Jean Monnet, jeden z architektów Unii Europejskiej, powiedział kiedyś, że „Europa będzie wykuta w swoich kryzysach”. Obecnie przeżywamy taki kryzys. Sposób, w jaki na ten kryzys zareagują obywatele i instytucje Unii Europejskiej określi jej przyszłość.

Biorąc pod uwagę niedawną decyzję Komisji Europejskiej o wyznaczeniu dla Polski terminu na zastosowanie się do orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości dotyczących polskiej Izby Dyscyplinarnej, apelujemy do Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego i Rady Europejskiej o:

i) podjęcie instytucjonalnych działań wobec polskich władz państwowych, a w szczególności rządu polskiego zmierzających do natychmiastowego przywrócenia rządów prawa w Polsce;

ii) podjęcie wszelkich niezbędnych środków i uruchomienie wszystkich instrumentów zapisanych w traktatach w celu zagwarantowania poszanowania porządku prawnego Unii Europejskiej”.

List podpisali – Edith Zeller, Prezes Stowarzyszenia Europejskich Sędziów Administracyjnych (AEAJ), – Filipe Marques, Prezes Magistrats Européens pour la Democratie et les Libertés (MEDEL), – José Igreja Matos, Prezes Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów (EAJ), – Tamara Trotman, Prezes Stowarzyszenia „Sędziowie dla Sędziów

Dziwna noc majowa

Zakończyły się ledwie obchody, dziwne trochę już od kilku lat, rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Bo niby i wieńce, i gromadne spotkania ludzi. Ostatni już, bardzo nieliczni, weterani Powstania, przedstawiciele władz państwa i miasta, reprezentanci wojska, organizacji kombatanckich i społecznych. Jest i zaduma głęboka.

A obok zadumy zaraz jest też obok zadyma petardowo-pochodniowa jakichś dziwnych typów, które łatwiej porównać do żołnierzy i weteranów rosyjskiej dywizji SS RONA Bronisława Kamińskiego, którzy w walkach warszawskich też udział brały – tylko naturalnie po stronie niemieckiej. Ale nie o polskich durniach narodowo-faszystowskich lub zwykłych ‘patriotycznych’ kibolach i durniach tu chcę wspominać.

Kiedy myślę o Powstaniu nachodzą mnie myśli zawsze o młodych, romantycznych, marzycielskich chłopcach i dziewczynach. O tych, którzy winni chodzić wieczorami sierpniowymi, trzymając się za ręce po alejkach warszawskich parków, nad brzegami Wisły. O młodych poetach, którzy przy kawiarnianym stoliku z wypiekami na twarzy czytają przyjaciołom właśnie napisany na papierowej serwetce wiersz. Widzę Janka Bytnara i Tadeusza Zawadzkiego (Rudego i Zośkę) odprowadzających się z Powiśla w Aleję Niepodległości i z powrotem. Widzę ich kolegę z Gimnazjum Batorego, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego prowadzącego jakaś literacką sprzeczkę z Tadeuszem Gajcym. I Gajcy odpowiadał mu z przejęciem:

T. Gajcy

 …Ile rąk, ile spojrzeń

ile melodii trzeba w śnie —

Nie wiem, ja i ty nie wiesz

i nikt wiedzieć nie może,

ile rąk, ile spojrzeń

ile melodii —

kto wie?

szeptem zrezygnowanym kończąc: ‘Przecież nikt wiedzieć nie może,

a ty byś chciał ?’ ( „Wiersz o szukaniu”, fragment)

Między 15 a 20 rokiem życia postać Baczyńskiego, jego poezje, były mi szczególnie bliskie. Nikt chyba takiego na mnie wówczas wpływu nie miał, jak jego spuścizna literacka. I jego tragiczna śmierć czwartego dnia Powstania. Nigdy już o dzień się nie zestarzał, o godzinę nie zwiększył swej powagi wieku. Więc w 1977 był ledwie kilka lat starszym ode mnie rówieśnikiem. A przekleństwo przytłaczającej rzeczywistości zsowietyzowanego PRL jeszcze bardziej mnie z nim wiązało. Czekamy na ciebie, czerwona zarazo – powtarzałem myśląc o jego śmierci jakże tragicznej w wymiarze osobowym ale i większym, jako niepowetowana strata kultury polskiej geniuszu poetyckiego pierwszej wielkości.  I patrząc na otaczający, podły świat, to hamletowskie życzenie barda Powstania, Józefa Szczepańskiego z jego ostatniego, słynnego wiersza „Czerwona zaraza” (rówieśnika Baczyńskiego, który zginął we wrześniu 1944), samo przychodziło na usta:

J. Szczepański

Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, 

jakiej ci śmierci życzymy w podzięce

i jak bezsilnie zaciskamy ręce, 

pomocy prosząc, podstępny oprawco.

3 maja 1977 roku, w dzień Konstytucji, byłem z moim przyjacielem, Stefciem na Starówce. Łaziliśmy, gadaliśmy dużo. O Konstytucji, o zdradzie targowickiej, o kolejnych zrywach powstańczych, które nieodmiennie kończyły się klęskami i strasznej cenie tych tłumionych powstań, które zawsze pożerały kwiat młodej inteligencji polskiej i zawsze kraj pozbawiały przyszłych elit kulturalnych i politycznych. Późnym już bardzo wieczorem lub wczesną nocą doszliśmy Podwalem do zaułka Koziej. Obok, u Hopfera drzwi były jeszcze otwarte. Zdążyliśmy na ostatnią butelczynę wina. I przy butelce Egri Bikaver, jak przy flaszce starego węgrzyna, młody, z piękną czupryną hrabicz Stefciu (faktycznie był w prostej linii herbowym hrabią, choć nigdy o tym ani nie mówił ani ja się do niego tak nie zwracałem, chyba, że w formie ‘obelgi’ w trakcie filozoficznej kłótni – a na te tematy kłócić się lubiliśmy strasznie i ostro) rzucił mi wyzwanie: ja zacznę jakiś wers a ty musisz skończyć.  I zaczął od Baczyńskiego właśnie. A ja kończyłem. Wiersz i butelczynę. Do winiarni weszła starsza pani z resztkami bukietów tulipanów. Nie najświeżej już wyglądały, w dodatku zniknęły już dawno ostatnie pary i kwiaciarka zrezygnowana i smutna  spojrzała na nas proszącym wzrokiem pytając : a może tulipana dla szanownego młodego pana? Już chciałem powiedzieć: nie, dziękujemy, gdy Stefcio wyciągnął dwadzieścia złotych mówiąc – naturalnie, muszę kupić przyjacielowi, by wygrał test poetycki. Kobiecina się ucieszyła i sięgnęła po bukiecik z koszyka. Wybrałem jednego a resztę bukieciku oddałem z powrotem. Po czym zdecydowaliśmy, że idziemy prosto pod tablicę Krzysztofa Kamila u zbiegu Senatorskiej i Moliera.

K.K. Baczyński

I poszliśmy kompletnie już pustymi uliczkami. Pod tablica położyliśmy tego tulipana. Nie chciało się już nic mówić, ani mądro-głupich dowcipów ani recytować wierszy, tym bardziej jakichś tromtadrackich, patriotycznych sloganów. Milczeliśmy. Stefcio pociągnął mnie w końcu za łokieć i powiedział cicho: dosyć. Idziemy, nic przecież nie zmienisz.

Miał racje, nic zmienić nie można było. On już więcej nic nie napisze. Zginął ponad dekadę zanim ja się urodziłem. Poszliśmy prze Ogród Saski w kierunku Marszałkowskiej. W Ogrodzie siadłem na chwilkę na ławce pod jakimś słabym żółtym światłem latarni i zacząłem pisać wiersz. Inny niż typowy wiersz, bo pełen cytatów Baczyńskiego. Dziwny. Jak ten cały wieczór. Moja rozmowa ze Stefciem i rozmowa z Krzysztofem Kamilem. Prawie dziesięć lat później ten wiersz opublikowałem w Kanadzie, w wydawanym wówczas w Edmonton kwartalniku „Dialogi” (t.1, nr 4). Poniżej zdjęcia ze stron kwartalnika z tym wierszem.  

O literaturach polskich poza Polską

Przez pokolenia istniał w polskiej przestrzeni literackiej obszar zwany ‘literatura emigracyjną’. Odzyskanie przez Polskę suwerenności na przełomie 1989/90 i nowe sytuacje socjo-polityczne, nowe koncepcje indywidualizmu i niezależności twórczej mogą czasem utrudniać zrozumienie tegoż konceptu (lit. emigracyjnej) i jej miejsca w w szeroko rozumianej literaturze polskiej. Wydajac przez szereg lat rocznik twórczości polskiej w Kanadzie (“Strumień”) właśnie w przełomowej dla tego zagadnienia dekadzie, często tym tematem się zajmowałem. W 2012 wydaliśmy numer specyficznie temu poświęcony. Jakkolwiek było to związane siłą rzeczy z konkretami literackiej twórczości polskiej w Kanadzie, można śmiało powiedzieć, że poruszane w tym numerze problemy, nolens volens, można przenieść na cały obszar globalny tego ewenementu. Tekst poniżej jest całością artykułu wstępnego (edytorialu), który wówczas napisałem.

obwoluta “Strumienia”, nr 8, 2012

Zmieniają się sposoby nie tylko widzenia świata, zmienia się sposób patrzenia nań. Andrzej J Wróblewski pisał w nr 4 Strumienia o tym w eseju „Sztuka widzenia”. Z dużym zainteresowaniem oczekuję na ukazanie się jego książki na ten temat. W olbrzymim skrócie myślowym sztuka ta (lub umiejętność), to uwarunkowania kulturowe, psychologiczne i emocjonalne pa-trzącego z jednej strony, a stan fizyczny, materialny przedmiotu lub zdarzenia oglądanego z drugiej.
Można chyba zupełnie bezpiecznie przenieść tą koncepcję uwarunkowań na obszar o wiele szerszy, na obszar obserwacji nie tylko rzeczy i zjawisk fizycznych, ale i sztuki percepcji świata i umieszczonego w nim człowieka. Coś, co było najważniejsze kiedyś i co kształtowało naszą wizję postrzegania i rozumienia świata otaczającego (a więc nasze zachowania, naszą twórczość) dziś stać się mogło mniej istotne lub jedną (a nie jedyną) z opcji tłumaczenia człowieka i świata. Może więc to być wolność wyboru. Może to być zmiana obiektywna, niezależna od własnej woli lub chęci. Co nie jest możliwe, lub raczej, co jest ograniczaniem siebie do przestrzeni zamkniętej i kurczącej się, to jest trwanie w tym samym punkcie obserwacyjnym. Dostrzeganie tych samych wartości i rzeczy w tym samym świetle etycznym i estetycznym. Bez względu na porę dnia, roku i życia.
W ostatnim wydaniu Strumienia (nr 7) Anna Gradowska w obszernym eseju poruszyła zagadnienie symboliki, ikonografii używanej na przestrzeni dziejów przez myślicieli i twórców. Symboliki, która umożliwiała czytelność abs-trakcyjnych pojęć społeczno-kulturowych, wręcz cywilizacyjnych, szerokim rzeszom odbiorców, tj. społeczeństwu. I jak, skutkiem właśnie zachodzących powoli acz systematycznie i nieodwołalnie zmian, cechy i zewnętrzna opisowość tej symboliki były dostosowywane do nowych sytuacji. Do nowego sposobu widzenia.
Zbieżnością obu tekstów dla mnie, piszącego ten ósmy już ‘wstępniak’ rocznika, jest możliwość dostrzeżenia płynności i niestałości odniesień formalnych dla opisu twórczości polskiej poza granicami kraju.
Od czasów de facto końca XVIII wieku istniał (zwłaszcza w literaturze polskiej) fenomen literatury emigracyjnej. Twórczości wygnańców lub uciekinierów. Twórczości trwania i przetrwania. Świadków, obrońców, strażników. Niekoniecznie wyłącznie w kontekście wspomnieniowo-sentymentalnym. Była to często twórczość najwyższego rzędu artystycznego, tak pod względem formalno-estetycznym, jak i filozoficzno-etycznym. Wydaje mi się, że można ryzykować stwierdzenie, że nie zniknęła ona nawet w Dwudziestoleciu międzywojennym. Ostatecznie wojna 1920 w psyche polskiej nie zakończyła się Bitwą nad Niemnem, a Traktatem Ryskim dopiero w 1921. Skutkiem tego fatalnego Traktatu setki tysięcy obywateli polskich znalazło się ponownie poza granicami nowego państwa. Podobnie, jak dwadzieścia pięć lat później skutkiem układów jałtańsko-poczdamskich. Repatrianci byli wszak też swego rodzaju uchodźcami, uciekinierami w pomorskich i mazurskich „amerykach” i „kanadach”. To dopiero rok 1989 przyniósł sy-tuację nową, odmienną. Po raz pierwszy nie uległy zmianom granice państwa, nie nastąpiła kolejna wędrówka ludów. Wbrew podobieństwom (a są takie bezsprzecznie w sferze symboliki historiozoficznej) istnieją bardzo zasadnicze i widoczne różnice nawet między eposami Solidarności z jednej strony, a eposami powstań narodowych, Legionów, Września i AK z dru-giej.
Wszystko to zadecydowało, że o polskiej literaturze ( i polskiej twórczości szerzej) emigracyjnej po roku 1989 mówić nie można. Zmienił się punkt widzenia. Należy dopisać nowy system ikonograficzny, nowy sposób opisu.

Ciekawym spojrzeniem na ten temat w kontekście historycznym (Maria Jarochowska de Kosko) i współczesnym (Mark Węgierski) są dwa zamieszczone w tym wydaniu Strumienia teksty: Podglądani zza między. O polskich poetach w Nowym Jorku (M. Jarochowska de Kosko) oraz Is there a distinctive English-language Polish-Canadian writing? In search of a fragmentary tradition (M. Węgierski).

Jarochowska pisze o powstawaniu nowego rozdziału epopei Emigracja Polska, tym razem nad brzegami Hudson, w latach 40 ub. wieku. Porównuje też różnice adaptacyjne i życiowe do podobnej fali emigranckiej w Kanadzie. Świat nam znany, narzędzia badawcze też, punkty odniesienia, wyznaczniki sukcesu lub porażki zrozumiałe. Świat kultury emigracyjnej: uchodźcy, uciekiniera, ale i strażnika, bojownika, świadka krzywdy narodowej. Polskiego inteligenta, intelektualisty – wyspianskiewiczowskiego Pana Poety .

Węgierskiego interesuje zgoła inne zagadnienie. I owszem, Pan Poeta polski, Pan Pisarz. Ale co dalej? Jaki ślad zostawił w kraju osiedlenia? Jaki przykład, oparcie, wzór dla Kanadyjczyków polskiego pochodzenia? Nie dla przejezdnych – dla stałych i świadomych tej stałości mieszkańców tego kraju. Pytania trudne, proponowane odpowiedzi nie zawsze miłe oku i sercu.

Stąd i w formie językowej w wydaniu tym odbiegam od przyjętych wcześniej założeń. Dużo materiału w tym numerze jest tylko w języku angielskim. Wielokrotnie sam i w gronie współpracowników nad tym zagadnieniem się zastanawialiśmy. Czy tylko po polsku; czy mieszane teksty, czy z tłumaczeniami, czy z krótkim streszczeniem tekstu oryginalnego? Lata temu, współpracując z profesorem Edwardem Możejko, wybitnym znawcą literatur wschodnioeuro-pejskich, przy kwartalniku „Dialogi”, (którego był redaktorem naczelnym) z niechęcią patrzyłem na podawane tam krótkie streszczenia polskiej eseistyki w języku angielskim. Nie tworzyło to, zdaniem moim, nawet namiastki dwujęzyczności, a dla czytającego dawało jakąś dziwną, quasi-encyklopedyczną ‘ściągawkę’ studencką. A ‘streszczane’ teksty w oryginale polskim były bardzo ciekawe i dobre. Z drugiej strony, w podtytule redagowanego przeze mnie Strumienia jest wszak napisane wyraźnie: rocznik twórczości polskiej, a więc po polsku. Pomny jednak, o czym pisałem wyżej, owej zmienności i płynności postrzegania i rozumienia zjawisk – robię tu wyjątek. Nie pierwszy raz, wszak pierwszy tak obszerny i w samej eseistyce.

Rozumiem też zaniepokojenie Marka Węgierskiego milczeniem lub szeptem ledwie słyszalnym polskich ech w literaturze kanadyjskiej. Język jest tu na pewno barierą wielką. Chyba jednak nie jest barierą nie do przebicia, a na pewno nie jedyną.

Być może główny jej powód jest zgoła poza lingwistyczny. Być może sednem tegoż jest hermetyczność właśnie tej starszej formuły twórczości emigracyjnej. Twórczości wygnańca, uciekiniera, który przez ten fakt nie może być do końca wolny. Nie jestem przekonany, że jest to możliwe dla mojego pokolenia. Ostatniego, które opuściło kraj w sytuacji zniewolenia. Ale jest to już widoczne wśród tych, którzy wyjechali, jako małe dzieci. A będzie nową normą dla tych, którzy wyjechali z kraju po 1989. Stąd i mój ukłon dla polskich Kanadyjczyków, których narzędziem tak twórczym, jak i poznawczym jest język angielski.

Natomiast bardzo pozytywnie i z wielka radością można zauważyć rosnące zainteresowanie badawcze nad twórczością polską w Kanadzie w ośrodkach naukowych w Kraju. Zwłaszcza wyjątkowo skuteczne i ciekawe prace podejmowane w Rzeszowie i Katowicach. Co dawniej było dość wyjątkową domeną nielicznych pism literackich („Fraza” i Akcenty”) stało się w ostatnich latach przedmiotem szerszych badań i opracowań. Duże zasługi położyli tu badacze literatury: Bożena Szałasta-Rogowska, Magdalena Rabizo-Birek i Janusz Pasterski.

Bogumił Pacak-Gamalski

Palestyna. O tym jak słuchać poetów, nie polityków; filozofów, nie ideologów; płaczu i śmiechu dzieci, nie okrzyków demagogów. Lamentu a nie hasła.

by Bogumił Pacak-Gamalski

Pierwszy raz z niechęcia dość sporą spoglądam na Prezydenta Bidena.  Ze względu na jego – delikatnie rzecz nazywając – powściągliwość wobec obecnego, krwawego i bezwzględnego konfliktu izraelsko-palestyńskiego.  Po raz kolejny amerykański prezydent zajmuje te samo stanowisko, jak wszyscy jego poprzednicy, będąc jedynym i państwem i jedynym mocarstwem uniemożliwiającym Radzie Bezpieczeństwa ONZ wydanie jedynego moralnie i etycznie możliwego stanowiska. Ze smutkiem stwierdzić trzeba, że w temacie ponad 60letniego konfliktu izraelsko-palestyńskiego USA w Radzie Bezpieczeństwa zachowuje się tak, jak Rosja Sowiecka w latach Zimnej Wojny. Obstrukcja lub veto. Co czyni samą Rade bezsilną ze względu na wymaganą w jej orzeczeniach jednomyślność.  Podczas gdy dzieci, kobiety, starcy, generalnie ludność cywilna – ginie.

Wielokroć na temat tego konfliktu i praw Palestyńczyków i Izraelczyków pisałem. Nie będę więc nad tym samym się rozwodzić.  Tak, jak apartheid Rodezji a potem Afryki Południowej był oskarżeniem świata i mocarstw światowych, tak był i jest nim problem wolnej, suwerennej i niezależnej Palestyny.  I nie ma on nic wspólnego z semityzmem czy antysemityzmem, z islamofobią czy islamofilią. Tak, jak wyraźny podział i niezależność trzech władz (wykonawczej, legislacyjnej i sądowej) jest papierkiem lakmusowym demokracji, tak prawo międzynarodowe i jego nadrzędność musi być respektowane i przestrzegane i egzekwowane. Bez względu na polityczne alianse. W sprawach zasadniczych nie ma niuansów. Nie ma ‘może’, ‘tak, ale’ i podobnych uników. Obowiązuje odwieczna zasada: nie można być trochę w ciąży.

Od wczesnej młodości ten temat mnie interesował, podłoża i konsekwencje tego permanentnego konfliktu. Uważam, że moja zawsze jasna i nieskrywana, publiczna i prywatna sympatia i szczere uczucia wobec  Żydów, wśród których mam szereg szczerych przyjaźni i sympatii, mój wręcz naturalny i automatyczny sprzeciw i niechęć wobec wszelkich odmian antysemityzmu nie jest i nie musi być tłumaczony ni wyjaśniany. Jest częścią mojego ‘ja’, tak jak niezwykle cenne i drogie jest mi wspólne dziedzictwo kulturowe żydostwa światowego, a już w sposób szczególny polskiego.

Z naturalnych też przyczyn bardzo egzotyczny i mało mi znany był temat eposu i mitologii Palestyńczyków. W sukurs przyszła mi tu sztuka i pasje literackie. I dwa szczególnie nazwiska: Jean Genet i Edward Said. W trakcie przygotowywania 8 wydania rocznika „Strumień” w 2012 dużo zgłębiałem się w biografie świetnego poety Andrzeja Buszy. Edward Said,  wychowanek najlepszych uczelni Zachodu i później tychże uczelni znany profesor i pisarz, młodość i dzieciństwo spędził w Jerozolimie w latach, kiedy przebywał tam generacyjnie mu bliźniaczy Andrzej Busza.

Jerozolima lat 40. przed powstaniem Izraela, miasto wielokulturowe, wielowyznaniowe. Miasto przed olbrzymim, trwającym już całe dziesięciolecia, konfliktem palestyńsko-izraelskim. Miasto, które bez wątpienia wywarło bardzo silny wpływ na kształtowanie się osobowości ludzi wrażliwych, myślących.

Said, z którego piśmiennictwem przed laty nieco się zapoznałem, uciekł mi z biegiem tychże lat z horyzontów pamięciowych. Kompletnie nie znałem jakichkolwiek ‘uwikłań’ Saida z tematyką polską. Stąd ta mała perełka mojej długiej rozmowy-wywiadu z  Buszą o Saidzie wielką mi radość przyniosła. Otóż obaj intelektualiści znali się, kolegowali. Prowadzili rozmowy.  Ten watek biografii Buszy zainteresował mnie szczególnie ze względu na Geneta i to, co pisał o Genecie  w biografii „The last of Genet” Hadrien Laroche. Wszystkie te ‘odkrycia’ literacko-biograficzne i rozmowy z Buszem o Jerozolimie i o Saidzie nakładały się w czasie z pierwszym polskim wydaniem „Zakochanego jeńca” Geneta (wyd. W.A.B, 2012, tł. J. Giszczaka). „Zakochany jeniec” był ostatnim dziełem Geneta i jakby kluczem do fascynacji Geneta sprawą palestyńską.  Jednocześnie umożliwił mu samoanalizę własnej ewolucji i poszukiwań artystycznych i politycznych w latach 40. i 50. Ujął to pięknie w Przedmowie do „Zakochanego jeńca” Ahdaf Soueif, edytor wydania:

„… jeśli Palestyńczycy znaleźli w osobie pisarza wiernego przyjaciela i wnikliwego obserwatora, on sam odnalazł w nich temat, który pozwolił mu powrócić do kluczowych zagadnień przenikających jego dzieła z lat 40. i 50.: bohaterstwa ludzi wyjętych spod prawa, piękna niezłomnej postawy, świadomych prób obalenia ustalonego porządku, przemiany erotyzmu w niewinność, mocy życia duchowego niezwiązanego z religią, nieważkości śmierci, trwania uczucia poza życiem jednostki oraz twórczej i elastycznej relacji miedzy obrazem a rzeczywistością.”

Edward Said to kosmopolityczny erudyta i ceniony filozof, a jednocześnie (podobnie, jak Genet) zaangażowany emocjonalnie i intelektualnie w dyskurs polityczny w konflikcie izraelsko-palestyńskim. Był też znanym i cenionym muzykiem i krytykiem dzieła muzycznego. Jako ciekawostkę ( a jednocześnie zbieżny punkt zainteresowań i badań z Andrzejem Buszą) warto przypomnieć, że pierwszą książką Saida była wydana w 1966 „Joseph Conrad and the fiction of Autbiography”. W wydanej przez Uniwersytet Cambridge w 2010 pracy zbiorowej „The Cambridge Introduction to Edward Said”, badacz A Hussein posunął się nawet do stwierdzenia, że „Jądro ciemności” Conrada leży u podstaw całej kariery i działalności Edwarda Saida.

W jego jednej z ostatnich książek, przepięknej biografii  „Out of Place” Said wraca do miejsc i idei kształtowanych przez te miejsca. Miejsc dzieciństwa i młodości: od Jerozolimy lat 40., przez Kair, Damaszek, aż po młodość studencką i naukowa w USA. Zwłaszcza czasy Palestyny i jej centrum – Jerozolimy (lata tuż przed powstaniem Izraela) są tu szczególnie ważne. Nic tak, jak ta książka, nie zbliżyło mi klimatu i emocjonalnej architektury tego miejsca zakotwiczonego w bardzo konkretnym czasie historycznym. Czasie gdzie prastara przeszłość historyczna zetknęła się z tektonicznymi zmianami epoki i miejsc.  

Stare, rozgałęzione i znane rody palestyńskie, tych których szanowano w Jerozolimie, Damaszku, Kairze i Watykanie. Stare, pamietające czasy Krzyżowców kamienice jerozolimskie i domki letniego odpoczynku, gdzieś na prowincji, miedzy światem upartej zieleni i światem pustyni. Starsi ciągle emocjonalnie związani tytułami i obowiązkami z dworem istambulskim i jego wyszukaną, wręcz dziecinną formalnością, ci w wieku średnim już nawykli do protektoratu brytyjskiego i nieudolności egipskiego tronu Fauduka. A wszystko w tyglu wielkich zmian, żołnierzy i ich rodzin mówiących po angielsku, po francusku, po polsku. I jakimś dziwnym języku, który mimo pewnych podobieństw – nie był językiem niemieckim.  Jidysz. Żydzi a nie mówili, jak Żydzi, którzy w Palestynie ‘od zawsze’ byli. Dziwny ten świat.

Czytając ta książkę, napisana pięknym, eleganckim angielskim, chcąc nie chcąc łapałem się na własnych pauzach z tej lektury przenosząc wyobraźnie, gdzieś na Kresy polskie. Na czasy, powiedzmy pierwszego dwudziestolecia XX wieku. Na domy imperialne austriackie i rosyjskie, na rody starożytne, rycerskie, jeszcze związane tytułami i szarżami honorowymi nie tylko imperialnymi ale ciągle żywymi nieistniejącego już przecież ponad 100 lat królestwa Rzeczypospolitej.  Na języki żywe i wszędzie słyszalne: na bitych uliczkach miasteczek kresowych, pod kościółkiem parafialnym, pod cerkwią, pod zborem ewangelickim, pod bożnicą: polski, różne dialekty ruskie (ukraiński, poleski, białoruski), rosyjski, niemiecki i jidysz. Wszyscy tu się znali od pokoleń. Zmieniali się królowie w Warszawie, imperatorzy w Moskwie i Widniu. A miejscowi pozostawali miejscowi.  W ciągu następnych 25 lat cały ten świat uległ zagładzie.  Zabrało to kolejne 70 lat, by ukształtował się nowy ład i porządek polityczny. Ten, który znamy dzisiaj.

Genet zmarł w 1986, Said w 2003. Nie ma tamtej Jerozolimy, tamtej Palestyny. Sułtanów, króli i emperatorów. Nie ma ładu wersalskiego, ładu jałtańskiego. Nie ma Habsburgów, Romanowych i Hohenzollernów. Ale jest i Polska, i Ukraina, i Białoruś i Litwa.

Odwiedzając litewskie Wilno kilka lat temu czułem się świetnie, na nowo odżyła miłość do tego pięknego grodu. Kiedy byłem poprzednio, jeszcze w czasach ładu jałtańskiego, obcy, sowiecki but, był dla mnie butem okupanta. Nie czułem nic takiego w 2018 kiedy zanurzyłem się z rozkoszą w nurty Wilii. W europejskiej rodzinie litewskie Wilno jest czymś naturalnym.

W starej Palestynie zasłużenie i sprawiedliwie zrealizowały się marzenia pokoleń tułaczy żydowskich. Maja swój dom, są u siebie. Ale nowy , powstały na bazie ONZ ład światowy nie zrealizował tego, co zapowiadał i co do dziś jest bazą prawa międzynarodowego – w starej Palestynie, obok Izraela, nie powstała nowa, niezależna i sprawiedliwie do nich należąca nowa Palestyna: dom Palestyńczyków. Bezpieczny, wolny, niezależny.

Dom izraelski, za kłębami drutów kolczastych, za lufami uzbrojonej po zęby potężnej armii, nigdy nie może być nazwany wolnym i wolny de facto nie będzie bez prawdziwie wolnego i bezpiecznego tego drugiego – palestyńskiego.

Jeden jeszcze cytat, zamykający ten wywód. Któż był ‘winny’ mojej przygody z Saidem? Kto, jako chłopak biegał ulicami starego Jeruzalem? No właśnie, mój drogi i serdeczny poeta, który z chaosu porządku jałtańskiego wypłynął, niczym stary list w butelce z rozbitego żaglowca, u brzegów Stanley Park w Vancouverze. Tak, tenże Andrzej Busza. I był w „Kohelecie’ (jego najbardziej bodaj znany poemat) napisał:

„(…) ja Eklezjastes byłem królem

izraelskim w Jeruzalem

i umyśliłem w sercu swoim

szukać i dowiadywać się

mądrze o wszystkim

i widziałem pod słońcem

na miejscu sądu bezbożność

a na miejscu sprawiedliwości bezprawie

i ujrzałem uściski i łzy niewinnych

a żadnego pocieszyciela

i chwaliłem więcej umarłych niźli żywych

a za szczęśliwego uważałem tego

który się jeszcze nie narodził

i nie widziałem złego

które się dzieje pod słońcem „

(z tomiku „Atol”, wyd. PFW, Toronto i „Fraza” Rzeszów, 2016)

Arabeska w tutu

obraz Ine Veen przedstawiający Annę Pawłową w jej legendarnej roli z Jeziora Łabędziego (ze zbiorów Wikimedia Commons)

Nie wiem już nawet który jest rok dokładnie. Lata są 30. ubiegłego wieku. Warszawka. Paryż Północy. Kocik Jeleński, młodziutki, szczupły z charakterystycznym noskiem, idzie pod rękę z Krzysztofem Kamilem, też młodziutkim, romantycznym. Śmieją się jak typowi gimnazjaliści w tym wieku. Za nimi mała grupka przyjaciół wśród których są i „Zośka” (Tadeusz Zawadzki) i „Rudy” (Jan Bytnar). Potem zasiadają razem w szkolnych ławkach Gimnazjum Batorego. 

W klasie siedzą też inni koledzy szkolni.  Bractwo na ogół inteligenckie. Na przerwie ktoś rozpoczyna popularne wówczas wśród młodzieży nacjonalistycznej przepychanki i głupie antyżydowskie dowcipy i obelgi wobec chłopców wyznania mojżeszowego.

Twarz Krzysia Baczyńskiego oblewa się szkarłatem gniewu. Krzyczy żeby się zamknęli. Od słowa do słowa dochodzi do przepychanek.  Gimnazjum, chłopcy, temperamenty. Ale Krzysiu nie jest przykładem chłopca-osiłka i Kocik, pomny swego rycerskiego pochodzenia, pierwszy wymierza ostry cios pięścią w podbródek jakiegoś patrioty-antysemity.  Reszta wiadomo – popchnięcia, bijatyka szkolna, komuś pękła warga, komuś poleciało czerwonką z nosa … .   Woźny podbiegł z dzwonkiem w ręku, zrobił głośny raban, przyszedł nauczyciel i chłopców rozdzielono.

Po szkole wracają do domu zwartą paczką. Na wszelki wypadek, gdyby rozjuszeni dbaniem o etniczną czystość koledzy-patrioci, chcieli im spuścić odwetowe lanie.  

Kamil wkłada swoje ramię pod ramię Kocika, a „Zośka” śmiejąc się obejmuje ramieniem „Rudego”. Rozchodzą się na wysokości Alei Ujazdowskich. „Rudy” odchodząc woła do Kamila ze śmiechem: ‘uważaj żeby cię Konstanty nie uwiódł, bo bronił cię, jak lew!’. Krzyś rumieni się i sam siebie zaskakując odpowiada: ‘wiesz, że nie lubię, jak go nazywasz Konstanty, mów do niego Kot’. “Zośka” z zalotnym, filuternym uśmiechem wtrąca jeszcze na odchodnym: ‘no, Kot to taki mały lew, niby się łasi ale ma pazurki, uważaj’. Wszyscy wybuchają śmiechem i się rozstają. Jeleński i Baczyński idą jeszcze, przed pożegnaniem, na spacer  alejkami Parku Ujazdowskiego.

Siadają na ławce blisko pomnika ‘Gladiatora’ Welonskiego.  Kocik mówi niby do siebie, niby do nikogo ale bacznie obserwuje reakcję przyjaciela: ‘lubię patrzeć na tą rzeźbę, Welonski świetnie ujął w niej proporcje i piękno ciała męskiego’.  Młody Baczyński nie odpowiada, zapada milczenie. Ale po chwili jego głowa spocznie na ramieniu Kota. Nic nie powiedzą do siebie. Będzie im miło i dobrze ale będą się bać ten moment zepsuć jakimkolwiek słowem lub ruchem zbytecznym lub zbyt natarczywym.

Kilka lat później Baczyński będzie o tym momencie myślał, gdy tym samym gestem oprze swą głowę na ramieniu przystojnego, o kilka lat dojrzalszego od niego, Jurka Andrzejewskiego. Czy jeszcze kilka lat później wspomni ten moment Konstanty Jeleński składając swoją głowę w objęcia szczupłego i chłopięcego, jak jego szkolny przyjaciel, Stanislao Lepri?

Kto to wie. I czy tak było? Kto to wie? Sam pewnie o tym właśnie nie myślałem, gdy którejś nocy letniej, tuż przed świtem,  w 1978, poszedłem z przyjacielem złożyć kwiaty pod tablicą u wylotu ulicy Miodowej. Miejscu, gdzie Krzysztof Kamil zginął.  Byłem chłopakiem ledwie. Kochałem jego wiersze, więc kochałem jego. Wydawało mi się, że dostrzegałem go spoza tej tablicy cementowej, spoza tej zbroi kutej w spiżu polskiego patriotyzmu.  Ale czy to wszystko mogłem zrozumieć? Czy tylko przeczuwałem?

Czytałem tygodniowe zapiski “Dziennika” Andrzejewskiego w „Literaturze” Putramenta. Ale przecież mimo, że wolno mu było dziecinny prawie spór o ‘wielkość” z Miłoszem prowadzić – nie wolno mu było odbrązawiać tego nacjonalistycznego puklerza Baczyńskiego z Powstania Warszawskiego.

A pisał o tych sprawach mądrze bardzo młody badacz literatury onegdaj, wczoraj ledwie, w sierpniu 2019, Piotr Sadzik na łamach polskiego Newsweeka. Odłożyłem ten jego artykuł, by kiedyś wrócić. Ten jego tekst mi o tym przypomniał. Więc wodze fantazji spuściłem lekko, i dałem się samemu na ten spacer warszawski wybrać. W czasie i przestrzeni.

W latach 80. byłem w gościnie u Kota Jeleńskiego, mieliśmy długie rozmowy. Ale nie o Baczyńskim. To były lata 80. przecież. Tyle się działo w naszym, polskim świecie.  Tyle tematów bieżących. Trwała też właśnie wielka wystawa retrospektywna Leonor Fini, jego żony.  Były rzeczy ważniejsze. Jak zawsze w życiu. Wkrótce po moim wyjeździe z Paryża, Konstanty Jeleński zmarł. Już z nim nie porozmawiam. I czy jest mi to potrzebne i czy on więcej wiedział? Chyba tak.

Te hufce narodowe, te sztandary, te puklerze ciągle kładą się cieniem długim na pamięć i znajomość osobowości twórców kultury polskiej. Nie osobowości twórczej (te łatwiej badać w oderwaniu od rzeczywistości) ale twórcy właśnie.

Przecież i mnie, bezwiednie i bez trudu prawie, te puklerze, te napierstniki nacjonalizmu nałożono. Tez zatruto nimi moją młodość. Tak, jakby słowo patria musiało się łączyć ze słowem oszustwo lub milczenie.

Więc na moją, prywatna potrzebę, taką sobie arabeskę stworzę, skomponuję. Z rzeczy i spraw, których fragmenty znamy i rzeczy i spraw, które przeczuwamy jedynie. Będą w strojach baletowych tańczyć w tejże arabesce-choreografii i młodzi Baczyńscy i Jeleńscy, i „Zośki” z „’Rudym”, będzie wirować z wiankiem na głowie Narcyza Żmichowska, a nawet Marysia Konopnicka, będzie Andrzejewski z Gombrowiczem i jeszcze Białoszewski podpity. Za nimi cały zespól taneczny prowadzony przez Stasia Szymańskiego i Wacka Niżyńskiego.  Wszyscy będą młodzi, chłopcy ledwie. Muzykę napisze oczywiście dwudziestoletni Chopin. Czy przejdą korowodem roztańczonym, roześmianym z Opery Narodowej do Parku Ujazdowskiego?  Naturalnie! W końcu to moja arabeska. Kobiety będą w spodniach tańczyć i kapeluszach z wielkim rondem, a młodzi mężczyźni w tutu romantycznych, z tiulu białego.

Niech tych innych chłopców, tych narodowych, aryjskich, czystych, krew zaleje, gdy na ten kolorowy korowód patrzeć będą. Oni się już przez wieki  napili wystarczająco dużo cykuty zapomnienia, oszukania, zakrywania, fałszowania. I nas nią poili. Czas na tutu. Czas na spacer z Batorego do Parku Ujazdowskiego. Tym razem już nawet nie pod pomnik Gladiatora, a prosto pod kształtną figurę ‘Perseusza’ Gruyera. Niech się niewinne przyjaźnie i romanse platoniczne rumienią bez kolczugi kłamstwa.

Niemożliwe?

W 64 oku  cesarz Neron, neurotyczny i zakochany w sobie psychopata, miał już dość oglądania wszędzie wspomnień i zabytków świadczących o wielkości jego poprzedników, ich czynach i dokonaniach. Rzym zbyt mało wagi przykładał wszak wobec jego wielkich osiągnięć i talentów! Przy tym on, Neron, wielki i czuły artysta i wizjoner, znieść nie mógł szkaradnej brzydoty rzymskiej zabudowy, ciasnej, brudnej, mało przestronnej. Ale jakże budować nowe wielkie Łaźnie, jak nadać miastu szlachetnego porządku hellenistycznej architektury ( a wszak w nikim, poza nim, takiej czystości helleńskiej, godnej jedynie Apollina boskiego, nie było!), gdy brak miejsca, brak placów wolnych? Jakże zresztą nowe budowle piękne stawiać obok brzydkich już istniejących?

A cóż bardziej oczyszczającego, bardziej szlachetnego, gorejącego niczym miłość Apolla do Hiacynta, niż ogień?! Wysyłał więc w ciągu kilku dni swoich cesarskich pachołków w różne dzielnice by strategicznie wzniecali nowe pożary. Rzym płonął. Neron był w apoteozie pogromcy ale i przyszłego budowniczego. Odnowiciela. I o tym odnowieniu, o tym powrocie do chwały i piękna, do tradycji czystej a prastarej śpiewał na tarasie swego pałacu akompaniując sobie samemu na lirze apollińskiej. A u jego podnóża płonął stary, brudny Rzym.  Płonęły też (naturalnie tylko niefortunnym zbiegiem okoliczności …) setki domów i pałaców rzymskich patrycjuszy, rzymskiej arystokracji, która nim, boskim Cezarem, gardziła skrycie, podśmiewała się z niego.

Już on nie raz słyszał i donoszono mu o tym skrzętnie, jak to szeptali między sobą o tym, jak zamordował własnego pół-brata, Brytanika, pierworodnego syna starego cesarza. Ponoć tym samym sposobem, szeptali między sobą, pozbył się swojej własnej matki, Agrypiny. Niewdzięczni zarozumialcy, zawistni i leniwi. Elita rzymska. A przecież on wszystko dla Rzymu poświęcił, swój talent, urodę i młodość. Nawet ten pożar to przecież też dla Rzymu i Rzymian, by go na nowo dla nich, niewdzięcznych, odbudować lepszym i świetniejszym niż kiedykolwiek przedtem. Jakże gorzko ich za to nienawidził!  Ten cały obrzydliwy sort. Gdyby byli wierni, gdyby jego wielkość i boskość uznali, może by nie musiał i brata i matki otruć. Ale jakże mógł i jej, inteligentnej i sprytnej nazbyt dla własnego dobra, matce rodzonej, zawierzyć? Jak mógł bratu, który przysięgał, że go kocha, zawierzyć? Nie mógł przecież. Był cezarem przede wszystkim. Na słabości i sentymenty nie wolno mu było uwagi zwracać. Na nim samym spoczywał ciężar władzy i troski o Rzym. Rzymowi poświęcił swe życie. Nawet ten Rzym płonący był wszak zapowiedzią odnowy. A oni, miast mu wdzięcznymi być, ciągle tylko narzekają, ciągle spiski knują. Podły sort.

Tak myślał pewnie Neron, psychopatyczny narcyzysta, spoglądając  przez pięć dni 1957 lat temu na pożar starego Rzymu.  I pewnie sam się aż wzruszał nad sobą, że tak mało jego poświecenia jest szczerze przez poddanych doceniana. Być może nawet, w chorobliwej jaźni, zrodziła się szczera wiara, że śmierć brata była ich, tej rzymskiej elity, winą. Bo przecież, gdyby mógł być pewien, że nigdy tronu cesarskiego bratu, zamiast jemu, nie powierzą – to wszak być może brat jego mógłby spokojnie żyć! Oczywiście, to takie jasne! On nie jest winny bratobójstwa – to oni! Ta elita!

Tak mi to wszystko dziś w obrazach wyobraźni się jawiło, gdym patrzył na wypadki w Waszyngtonie, nowym Rzymie współczesnego świata.  Na okazały budynek Kongresu USA i na pałac cesarski – Biały Dom. Nie wiedziałem czy Kongres to symbol Senatu Rzymskiego (architektura neoklasycystyczna, więc o skojarzenie łatwo), obok zaś siedziba prezydenta czy cesarza?  Ważniejsza Ameryka czy Cesarz?  I myślałem, jak bardzo musi pogardzać ten współczesny cesarz amerykański tymi tłumami swoich wyznawców.  Tymi, którzy gotowi byli tych patrycjuszowskich senatorów z Kongresu powywieszać na szpalerach drzew wzdłuż Alei Pensylwańskiej.  Powywieszać dla niego – bo im obiecał ten wielki, w białych (naturalnie tylko w białych!) togach Rzym amerykański przywrócić. Bo mają już szczerze dosyć i tych elit waszyngtońskich, i tych Spartakusów-wyzwoleńców, którym się wydaje, że są równi im. Im! Białym, prawdziwym Amerykanom!  Obiecali mu, ich cesarzowi, że mu ten stary, brzydki, ciasny Waszyngton rzucą w prezencie pod nogi, jak płonącą pochodnię.  Nie bardzo im wierzył, co prawda. Gardził nimi i nie znosił ich nędznej rzeczywistości małych, kiepsko urządzonych domków i głupich małych biznesów, która w jakikolwiek sposób nie pasowała do jego apartamentów ze złotymi bidetami i kryształowymi łazienkami (nawet ten głupi pałac cesarski zwany Białym, uważał za podły kurnik) – ale ufał im jednak bardziej niż tym przeklętym patrycjuszom z Kongresu, tym wywyższającym się intelektualistom, tym przemądrzałym starym elitom. Zresztą ten motłoch był jego ostatnią nadzieją. Nie miał nic do stracenia. Powiedział im nawet, że ich kocha. Co z tego? Nie jednej kurwie już tak mówił. Mogł więc i im.  Po prawdzie nie może nawet już ufać swoim pretorianom.  Nie jest pewny czy staną zwartym szeregiem po jego stronie czy też przyjdą zwartym, małym oddziałem zabrać go do jakiejś celi w starej twierdzy. Podły, niewdzięczny naród niegodny jego wspaniałości.

Więc tak sobie wyobrażałem Nerona i Trumpa. I co myśleli lub, co myśleć mogliby. I zaraz trzeci obraz się na dwa poprzednie nałożył.

Jakiś stary, mały człowiek w Warszawie. Na Żoliborzu, w willi odebranej kiedyś jakiemuś patrycjuszowi, im przekazanej przez wujka, wysokiej rangi pretorianina, jego rodzicom. Dziś rodziców już nie ma. Nie ma też ukochanego ale może i jednocześnie nienawidzonego brata. On – zbawca narodu. On, który mógł tak wiele sam, a życie zmusiło go, że zawsze musiał być w cieniu innych. Niegodnych jego wizji. Ale z tytułami: przewodniczących, premierów, prezydentów. Nawet ten głupi elektryk z idiotycznymi wąsami nim pogardzał. Nim! Ze starej inteligencji! A już te przeklęte elity, ci przemądrzalcy, ci kosmopolici przeklęci zachłystujący się swoimi podróżami po tym zgniłym Zachodzie! Tfu, kociamać! Gdyby jego wizji starej, rzymiańskiej Polski zawierzyli, gdyby docenili jego talenty, to może by i nie musiał tego brata do tego lotu nieszczęsnego tym starym rosyjskim gruchotem namawiać. Tak, to oni są winni! I teraz za to wszystko musza zapłacić. On im ta ‘ichniejszą’ Polskę spali, jak Neron Rzym. Zbuduje nową. Nie musi być ani tak pstrokato kolorowa ani jakakolwiek tęczowa. Szarość to kolor najlepszy. Nie rzuca się w oczy i nie razi nikogo. Jak popiół po pożarze. Więc im teraz pokaże. Teraz ma w końcu szansę. I ten motłoch, jak ten w Alei Pensylwanii, mu w tym pomoże. Zresztą – co tam ci z Waszyngtonu! Nasze pochody 11 listopada w Alejach Jerozolimskich, przez Most Poniatowskiego – to dopiero pokaz siły i tężyzny. I te racice. I ten ogień niszczący i oczyszczający jednocześnie.  Ten mały, stary człowiek, ten zniszczony życiem psychopata, któremu żadne uczucie prócz nienawiści, już w duszy nie zostało, niedoceniony bratobójca zerka na Warszawę z szerokiej perspektywy olbrzymiego Placu Piłsudskiego. Przed nim pomnik ofiar tej przeklęto-zbawiennej katastrofy, pomnik wyszydzany przez tych podłych Polaków, tych samych, którzy tłumnie po tej katastrofie płakali i w szczerej byli żałobie. Blisko, tuż obok, uwielbiany i czczony Pomnik jakiegoś nieznanego żołnierza z wojny , której nikt już z żyjących nie pamięta; naprzeciw pomnik starego Naczelnika do dziś uwielbianego. A to przecież on, ten Marszałek do Belwederu i do Sejmu z wojskiem wkroczył, bez wyborów!  A on do Sejmu z wyborów. Co za głupi naród – i tego marszałka i tego nieznanego żołnierza kochają i wielbią – a nim pogardzają. I myśli ten chory, stary człowiek: ale wam się odpłacę, zrobię wam jeszcze taką hucpę, że mnie zapamiętacie.

I zastanawiam się czy to możliwe. I jaka ta ‘hucpa’ może być.  Czy możliwe?

Czy wiecie kiedy ostatni raz uzbrojona banda wpadła do budynku Kongresu USA, największego mocarstwa na świecie, stolicy najstarszej nowożytnej demokracji? To wam przypomnę. Utkwiło mi w pamięci dobrze, bo wielokroć zachodzę na stary cmentarz w Halifaksie, gdzie dowódca tych żołnierzy jest pochowany. Był nim brytyjski generał Wojny 1812 roku, Robert Ross. Wojny 1812 w Ameryce, nie w Europie. Między Koroną Brytyjską a nowo powstałymi Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. Ross pokonał w potyczkach wojska amerykańskie i zajął Waszyngton w 1814. W odwecie za zniszczenia w Yorku (obecnie Toronto) – spalił Kapitol (siedziba Kongresu) i Biały Dom. To był ostatni raz, gdy uzbrojona grupa ludzi zajęła siłą Kapitol. Ostatni do wczoraj. Do 6 stycznia 2021.

Wtedy, w 1814 ważyły się losy między byciem kolonią Imperium zza oceanu czy też suwerenną republiką. Republika zwyciężyła. Dziś ważyły się losy amerykańskiej, najstarszej i największej w nowożytnym świecie demokracji.

Rzeczy niemożliwe stają się faktami dokonanymi nie przez paranaturalne lub boskie wyroki i cuda. Stają się faktami dokonanymi wówczas, gdy zbyt wiele osób wierzy, że są niemożliwe.

A główna przyczyną był, wynikły z psychozy, charakter  lidera, przywódcy, cezara. Charakter, który poza sobą nie widzi niczego innego. Jest przekonany o swojej wizji Ameryki, swego cesarstwa i głęboko zakorzenionej niechęci do tzw. ancien regime (starego porządku) i elit ten porządek reprezentujących. Tak, jak charakter Karła z Żoliborza. Trump znienawidził Amerykanów, za to gdy zaczęli nim gardzić, poniżać go, wyśmiewać. Zrobili z niego obiekt kpiny. Oparł się na tych, którzy byli mu całe życie kompletnie obojętni: na niewykształconej, politycznie przegranej masie ludzi, którzy niezbyt wiele w życiu osiągnęli i szczerze nienawidzili tych, którzy swoją pracą osiągnęli więcej niż oni. Zwłaszcza, gdy byli nimi ludzie, których  przez szkła ksenofobii i czystego rasizmu uznawali za gorszych od siebie. Dla nich hasło ‘wolność’ ma duże znaczenie też – ale tylko w  rozumieniu ‘wolności’ rasy białej i amerykańskiej.

Czy są pewne podobieństwa?  Nie musi być identycznie, wystarczy, że odnajdziemy wątek, nić, które łączą sytuację Polski i Ameryki ostatnich pięciu lat. Tylko nie mówcie już głośno i z przekonaniem, że to niemożliwe.

Republika PIS contra świat

Wiemy, że partyjną religią Zjednoczonej Prawicy (sterowanej głównie przez PiS i Kaczyńskiego) jest ortodoksyjny, staroświecki, przedsoborowy i antysemicki katolicyzm. Katolicyzm, gdzie sacrum nie jest Bogiem a hierarchą kościelnym, kapłanem, zaś celem doczesnym gromadzenie dóbr materialnych, istnienie ponad prawem i bezpośredni wpływ na politykę państwa.

Ten tradycyjny kościół jest też instytucją opartą na gnębieniu i poniżaniu wszystkich innych społeczności. Nienawiść wobec Żydów jest niebezpieczna. Przekonali się o tym nie tylko politycy skrajnej prawicy ale i sam Kościół na świecie, w tym (nie bez oporów i nie kompletnie) Kościół lokalny w Polsce. W każdym razie antysemityzm szerzony publicznie i otwarcie jest temperowany lub wręcz nawet potępiany przez hierarchię katolicką w Polsce i przez głównych przywódców PiS. Wiedzą, że silnych zwolenników na arenie międzynarodowej nie znajdą. Świat nowoczesny, postępowy, demokratyczny nie pozwoli na to. Nawet istniejące i coraz głośniejsze skrajne ruchy faszystowskie w Europie i Amerykach Północnej i Południowej na niczym tak swoich zębów nie łamią i nie kruszą, jak własnie na rosnącej determinacji społeczeństw i ludzi w ogóle by antysemityzm potępić, odesłać w otchłań piekieł i złej historii. Ale Zjednoczona Prawica i jej poważny elektorat w Polsce bez wrogów zewnętrznych i wewnętrznych obyć się nie mogą. Wszystkie ideologie zła, a więc i ideologia PiSu i jego aliantów – nienawiść i wrogów potrzebują. To jest jeden z ich warunków przetrwania. Sine qua non biologiczne. Gdyby panowały nie tak przecież odległe czasy XVIII, XIX a nawet początków XX wieku – jest bardziej niż prawdopodobne, że obecny rząd wpędziłby Polskę w co najmniej jedną, a może więcej, awanturę wojenną. Jakieś Zaolzie, lub Grodzieńszczyzna, Lwowszczyzna, Wileńszczyzna by się znalazły. Pod warunkiem, że kraje napadnięte byłyby nieco mniejsze i słabsze i nie istniały by dzisiejsze międzynarodowe sojusze wojskowe i polityczne. Podejrzewam, że nie mieliby moralnych problemów w zawarciu sojuszu z Putinem na podział Ukrainy i Białorusi. Taki drugi pakcik Ribbentropa i Mołotowa, nazwijmy go ‘kaczyńsko-putinowski’. Wstrzymam jednak wodze fantazji. Wróćmy do rzeczywistości. Twardej, namacalnej, widocznej gołym okiem.

Od samego początku rządów PiS widoczny był żelazny sojusz klerykalno-prawicowy. Atak na niezależne instytucje państwowe i społeczne (sądy najwyższe i sądownictwo całe, prokuratura, fundacje na rzecz rozbudowy demokracji i obrony mniejszości społecznych) stał się regułą i konsekwentnym celem polityki tego sojuszu. Z grup społecznych najbardziej narażone na szykany zostały kobiety (poprzez wielokrotną próbę całkowitego zakazu aborcji), mniejszości etniczne, zwłaszcza te o innym kolorze skóry i osoby LGBTQ2. Z różnych, często trudnych do zrozumienia powodów, od początków kampani wyborczej Andrzeja Dudy w ostatnich wyborach prezydenckich głównym celem ‘wojny domowej’ PiS i KK stały się mniejszości seksualne w Polsce. Idiotyczne i kompletnie bezsensowne hasło walki z nieistniejącą ‘ideologią LBTQ’ zostało oficjalnie zaadoptowane, jako linia polityki prezydenta Polski, dla której dostał pełne poparcie od rządu i całej Zjednoczonej Prawicy. I fanfary z wież kościelnych.

Fizyczne ataki i znęcanie się nad osobami LGBTQ2 stały się codziennością. Już nie tylko rękoma bydlaków-osiłków z grup pro-faszystowskich i ultrakatolickich. Zapalono zielone światło dla całej homofobicznej części społeczeństwa. Prawie każdego dnia dowiadywaliśmy się z mediów społecznościowych i tradycyjnych o przypadkach obelg i wyzwisk w tramwajach, pociagach, autobusach, na ulicy, rzucanych często przez starsze kobiety, zwykłych przechodniów wobec osób, które zachowaniem lub wyglądem sugerowały, że są gejami, lesbijkami lub osobami transpłciowymi. Często ofiarami takich napaści były też osoby inne, które ośmielały sie wystąpić w obronie znieważanych. Co raz częściej też informacje o tym przekazywała prasa zagraniczna zdumionym czytelnikom w krajach normalnych. Powstała atmosfera nagonki. Kulminacją tego były pacyfikacje protestów tych środowisk w Warszawie i otwarte łapanki na uczestników tych demokratycznych protestów. Ale rosła też determinacja tych środowisk. Rosło przekonanie, że nie pozwolą zepchnąć się do podziemia, do ukrywania się. Do lat niewoli komunistycznej i do lat noszenia różowego trójkąta w obozach koncentracyjnych III Rzeszy. Rosło i rośnie też co raz szersze poczucie, że dalej na to Polki i Polacy nie pozwolą. Ani świat. Że nie chcemy wstydzić się przed światem z informacji o tych idiotycznych deklaracjach ‘obszarów wolnych od LGBTQ’, które tyle wstydu Polsce na całym świecie przyniosły. Wzrastał i wzrasta gniew i chęć na polskie Stonewall. I rośnie oburzenie świata demokratycznego.

Po 1989 roku Polska była na ustach tego świata. Polscy Prezydenci witani byli z fanfarami w Paryżach, Berlinach i Waszyngtonach. Byliśmy przykładem dla innych, ciągle marzących o wolności. Polacy mieszkający w tych innych krajach czuli się dumni. Na spotkaniach towarzyskich, na spotkaniach formalnych i oficjalnych. Trudny i prawie dla nikogo niezrozumiały język polski stał się nagle źródłem zapożyczeń językowych w angielskim, francuskim, niemieckim, hiszpańskim. W pewnym momencie wielu z nas przyjmowało, jako normalne gdy obywatele tych państw w rozmowę wtrącali słowa “solidarnoszcz, wałesa”. Dziś nam znowu wstyd. Tym razem głębszy i boleśniejszy. A co gorsze – zasłużony.

Nie znam we współczesnej historii Polski takiego dokumentu dyplomatycznego, jak ten List, ten protest i apel Ambasad i Organizacji Międzynarodowych do polskiego rządu. Od krajów o tradycjach chrześcijańskich, muzułmańskich, buddyjskich. Od wszystkich naszych sąsiadów, sojuszników. Z wyjątkiem Białorusi i Węgier. Ale trudno by było się spodziewać by Mussolini lub Franco protestovali u Hitlera, że gnębi Żydów … .

List otwarty ambasadorów

Albanii, Argentyny, Australii, Austrii, Belgii, Chorwacji, Cypru, Czarnogóry, Czech, Danii, Dominikany, Finlandii, Francji, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Indii, Irlandii, Islandii, Izraela, Japonii, Kanady, Litwy, Luksemburga, Łotwy, Macedonii Północnej, Malty, Meksyku, Niemiec, Norwegii, Nowej Zelandii, Portugalii, Republiki Południowej Afryki, San Marino, Serbii, Słowenii, Stanów Zjednoczonych Ameryki, Szwajcarii, Szwecji, Ukrainy, Wenezueli, Wielkiej Brytanii, Włoch, a także Przedstawiciela Generalnego Rządu Flandrii i Delegata Generalnego Rządów Walonii-Brukseli oraz reprezentantów Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej i Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców w Polsce, Dyrektora Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE, Dyrektor Biura Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji oraz Sekretarza Generalnego Wspólnoty Demokracji. Sporządzanie niniejszego listu koordynowała Ambasada Królestwa Belgii w Polsce.

Pomimo odwołania tegorocznej Warszawskiej Parady Równości, która ze względu na uwarunkowania epidemiologiczne nie mogła odbyć się w przewidzianym terminie, chcemy wyrazić nasze poparcie dla starań o uświadamianie opinii publicznej w kwestii problemów, jakie dotykają społeczność gejów, lesbijek, osób biseksualnych, transpłciowych i interpłciowych (LGBTI) oraz innych mniejszości w Polsce stojących przed podobnymi wyzwaniami. Chcemy także wyrazić uznanie dla podobnych starań podejmowanych w innych miastach Polski – w Białymstoku, Bydgoszczy, Częstochowie, Gdańsku, Gnieźnie, Katowicach, Kielcach, Koninie, Koszalinie, Krakowie, Lublinie, Łodzi, Olsztynie, Opolu, Poznaniu, Rzeszowie, Szczecinie, Toruniu, Wrocławiu i Zielonej Górze.

Uznajemy przyrodzoną i niezbywalną godność każdej jednostki, zgodnie z treścią Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Szacunek dla tych fundamentalnych praw, zawartych w zobowiązaniach OBWE oraz obowiązkach i standardach Rady Europy i Unii Europejskiej, jako wspólnot praw i wartości, zobowiązuje rządy do ochrony wszystkich swoich obywateli przed przemocą i dyskryminacją oraz do zapewnienia im równych szans. Aby to umożliwić, a w szczególności aby bronić społeczności wymagających ochrony przed słownymi i fizycznymi atakami oraz mową nienawiści, musimy wspólnie pracować na rzecz niedyskryminacji, tolerancji i wzajemnej akceptacji. Dotyczy to szczególnie sfer takich jak edukacja, zdrowie, kwestie społeczne, obywatelstwo, administracja publiczna oraz uzyskiwanie oficjalnych dokumentów. Wyrażamy uznanie dla ciężkiej pracy społeczności LGBTI i innych społeczności w Polsce i na całym świecie, jak również dla pracy wszystkich ludzi, których celem jest zapewnienie przestrzegania praw osób LGBTI oraz innych osób stojących przed podobnymi wyzwaniami, a także zapobieganie dyskryminacji, w szczególności tej motywowanej orientacją seksualną czy tożsamością płciową. Prawa człowieka są uniwersalne i wszyscy, w tym osoby LGBTI, mają prawo w pełni z nich korzystać. Jest to kwestia, którą wszyscy powinni wspierać.

J.E. Shpresa Kureta, Ambasador Republiki Albanii; J.E. Ana María Ramírez, Ambasador Republiki Argentyny; J.E. Lloyd David Hargreave Brodrick, Ambasador Australii; J.E. Werner Almhofer, Ambasador Austrii: J.E. Luc Jacobs, Ambasador Królestwa Belgii: J.E. Tomislav Vidošević, Ambasador Republiki Chorwacji: J.E. Petros Kestoras, Ambasador Republiki Cypryjskiej; J.E. Budimir Šegrt, Ambasador Czarnogóry; J.E. Ivan Jestřáb, Ambasador Republiki Czeskiej; J.E. Ole Toft, Ambasador Danii; J.E. Aníbal de Castro, Ambasador Republiki Dominikany; J.E. Juha Ottman, Ambasador Finlandii; J.E. Frédéric Billet, Ambasador Francji; J.E. Michael-Efstratios C. Daratzikis, Ambasador Republiki Grecji; J.E. Francisco Javier Sanabria Valderrama, Ambasador Hiszpanii; J.E. Daphne Bergsma, Ambasador Królestwa Niderlandów; J.E. Tsewang Namgyal, Ambasador Indii; J.E. Emer O’Connell, Ambasador Irlandii; J.E. María Erla Marelsdóttir, Ambasador Islandii; J.E. Alexander Ben-Zvi, Ambasador Izraela; J.E. Tsukasa Kawada, Ambasador Japonii; J.E. Leslie Scanlon, Ambasador Kanady; J.E. Eduardas Borisovas, Ambasador Republiki Litewskiej; J.E. Paul Schmit, Ambasador Wielkiego Księstwa Luksemburga; J.E. Edgars Bondars, Ambasador Łotwy; J.E. Vasil Panovski, Ambasador Macedonii Północnej; J.E. John Paul Grech, Ambasador Malty; J.E. Alejandro Negrín, Ambasador Meksyku; J.E. Arndt Freytag von Loringhoven, Ambasador Niemiec; J.E. Anders Eide, Ambasador Królestwa Norwegii; J.E. Mary Thurston, Ambasador Nowej Zelandii; J.E. Luís Manuel Ribeiro Cabaço, Ambasador Portugalii; Daniel Stemmer, Chargė D’ Affaires a.i., Ambasada Republiki Południowej Afryki; J.E. Dario Galassi, Ambasador San Marino; J.E. Nikola Zurovac, Ambasador Republiki Serbii; J.E. Božena Forštnarič Boroje, Ambasador Słowenii; J.E. Georgette Mosbacher, Ambasador Stanów Zjednoczonych Ameryki; J.E. Jürg Burri, Ambasador Szwajcarii; J.E. Stefan Gullgren, Ambasador Szwecji; J.E. Andrii Deshchytsia, Ambasador Ukrainy; J.E. Luis Gómez Urdaneta, Ambasador Boliwariańskiej Republiki Wenezueli; J.E. Anna Clunes, Ambasador Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej; J.E. Aldo Amati, Ambasador Włoch; Dries Willems, Przedstawiciel Generalny Rządu Flandrii; Anne Defourny, Koordynatorka Delegatu Generalnego Rządów Walonii-Brukseli; Katarzyna Gardapkhadze, Pierwsza Zastępczyni Dyrektora ODIHR – Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE; Marek Prawda, Dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce; Christine Goyer, Przedstawiciel Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców w Polsce; Thomas E. Garrett, Sekretarz Generalny Wspólnoty Demokracji; Hanna Dobrzyńska, Dyrektor Biura Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM)

Dwie pandemie – biologiczna i moralna

by Bogumil Pacak-Gamalski

Gdzieś, na jednej z półek, wciśnięty między grube grzbiety poważnych książek, zapomniany, zakurzony i od lat parudziesięciu nie czytany, mały brulionik w cienkiej, niebieskiej okładce , jak szkolny zeszyt, bez tytułu ani wydawcy, nawet bez nazwiska autora. Czternaście stroniczek wewnątrz. Na niektórych, robione niebieskim długopisem, odręczne poprawki druku. Poznaję pismo (charakterystyczne dla wszystkich, którzy w szkołach przechodzili jeszcze lekcje kaligrafii – tak pisał m. in. do końca życia mój ojciec) i przypominam sobie autora tego brulioniku i historię z tym związaną.  Generał Tadeusz Alf-Tarczyński, Prezes Instytutu Józefa Piłsudskiego w Londynie. Takie króciutkie zeszyty były robione  wyłącznie w celach propagandowo-edukacyjnych i wysyłane (lub przewożone) do Kraju, głównie naturalnie do młodzieży szkolnej i uniwersyteckiej.  Łatwe do ukrycia, nawet w kieszeni spodni. Nie były to wydawnictwa naukowe ani historyczne. Jakby powiedział, w latach 1905-1915, towarzysz Wiktor – bibuła.  Towarzysz Wiktor, to był naturalnie młody Józef Piłsudski, redaktor „Robotnika” i przywódca Organizacji Bojowej PPS (Polska Partia Socjalistyczna). Więc ten brulionik taką właśnie bibułą był. Z sentymentem go raz jeszcze przejrzałem. Jasny, prosty język. Przypominający najważniejsze fakty z życia Marszałka. Naturalnie, głównie te o wymiarze patriotycznym, zwycięskim, ważnym, państwowo ale i legendo—twórczym.  Dla historyka lub badacza dziejów – bez znaczenia i wartości większej. Dla młodego człowieka niezbyt z historią zaznajomionego – dobra pigułka elementarnej wiedzy.  Dziś już nie, bo od lat tematem się nie zajmuję, ale wiele lat temu uważałem się za osobę dość głęboko znającą biografię i dzieje życia Józefa Piłsudskiego.  Pisałem na jego temat szereg poważnych artykułów publikowanych tu i ówdzie (mam nawet gdzieś list od legendarnego Redaktora Giedroycia, gratulujący jednego z tych moich tekstów nadesłanego z Instytutu JP do redakcji „Kultury” – ale tłumaczący niemożliwości zamieszczenia w „Kulturze” ze względu na brak miejsca spowodowany gorącą sytuacją w Kraju i masę tematów aktualnych a nie historycznych – to były początki Stanu Wojennego i kompletnie się z Giedroyciem zgadzałem a tekst wysłałem nie ja tylko sam Instytut londyński). Po powrocie do Polski miały to być zaczyny do pracy naukowej lub książki. Do kraju nie wróciłem, pracy naukowej żadnej nigdy nie napisałem ani książki o Piłsudskim. Z czasem zresztą nabrałem wobec niego dużo bardziej krytycznej postawy. Nie negatywnej – na to swym życiem i dziełem nie zasłużył absolutnie. Ale krytycznej, dostrzegającej i istotne błędy i braki. Za główny uważałem nieumiejętność stworzenia kadry przyszłych polityków, mądrych włodarzy kraju. Teraz, po latach, znowu widzę go sympatyczniej, wydaje mi się, że go rozumiem. A z tego właśnie niebieskiego zeszycika-bibuły wyłuskałem fragment przemówienia Piłsudskiego w tymże Lublinie w 1920 roku.  I gdyby mocą jakąś magiczna udało mi się wskrzesić monumentalną postać  Naczelnika i zrobić wielki wiec (powiedzmy na Błoniach krakowskich lub Polu Mokotowskim w Warszawie, bo tamże do tłumów przemawiał) tylko o powtórzenie tego krótkiego lubelskiego adresu bym go poprosił.  Pójścia do Sejmu bardzo bym mu odradzał, bo wiadomo, co by zrobił i jakich słów użył – jeżeli jesteście zszokowani czasem niektórymi słowami posła Jarosława Kaczyńskiego, to zakładam, że by bladły wobec słów, jakie dzisiejszym posłom i samemu Kaczyńskiemu by Naczelnik ofiarował… . Pojęcia poprawności politycznej nie znał ani by go rozumiał. Ale ten adres lubelski, te krótkie przemówienie, jest tak współczesne i tak celne, że mógłby je każdy mądry polityk w 2020 wypowiedzieć. I nawet nie tchnie myszką starego słownictwa.  Jest portretem Polaków idealnym.

A więc 11 stycznia 1920 w Lublinie, na spotkaniu z przedstawicielami ziemi  Lubelskiej, mówi Marszałek Józef Piłsudski, więc proszę o ciszę:

Tam, gdzie chodzi o życie, tam, gdzie chodzi o krew, jest to ofiara najłatwiejsza, chociaż w laury owita. To jest ofiara, na którą Polak na pewno się zdobędzie. (Ale) Idzie o ofiarę cięższą, idzie o ofiarę dla siły całego narodu, idzie o ofiarę z tego, co ludziom być może jest najdroższe, o ofiarę ze swoich przekonań i poglądów.  Idzie o to, by kraj nasz zrozumiał, że swoboda to nie jest kaprys, że swoboda to nie jest – ‘mnie wszystko wolno a drugiemu nic’ – że, swoboda, jeżeli ma dać siłę, musi jednoczyć, musi łączyć, musi rękę sąsiadom i przeciwnikom podawać, musi umieć godzić sprzeczności, a nie tylko przy swoim się upierać. W takiej jedynie umiejętności podawania do wspólnej pracy dłoni, wypływa moc wielka w chwilach trudnych i w chwilach kryzysów państwowych”.

To było wyzwanie do Polaków  w pierwszych tygodniach 1920 roku. Gdy ofensywa bolszewicka łamała kolejne linie frontów Północnego i Południowego Rzeczypospolitej. Gdy opcje polityczne i ideologie były bez znaczenia, gdy –parafrazując komunistycznego poetę ledwie dziewiętnaście lat później- wróg stanął u progu i kolbami w drzwi załomotał, gdy rachunki krzywd przestały mieć znaczenie.

Nie znałem Polski lat 20tych ni 30tych. Nie mogę w pełni zrozumieć tej skali narodowych waśni, które pchnęły do politycznych więzień, politycznych zabójstw, do bicia, szczucia siebie wzajemnie. Nie znałem tego nawet w mojej młodości w PRL. Bo nienawiści wśród Polaków wobec siebie nie było.  Władza, mimo wszystko, była poza nami, to był twór jakby z księżyca i nie mieliśmy na jego kształt wpływu. Żyliśmy, jakby obok i osobno od tego tworu.  

Potem nasza ‘wiosna narodowa’ pod hasłami „Solidarności”, po dziesięciu latach odbudowywanie z kompletnych gruzów ekonomicznych tego niewyobrażalnie zacofanego, rozsypującego się tworu innego, zamierającego świata gospodarki komunistycznej, jaką była Polska w roku 1990. Byłem wówczas w tej nowej Polsce, odwiedziłem ją w trakcie pierwszych wolnych wyborów. I byłem tym światem przerażony, to był jeden wielki bazar Różyckiego, a właściwie gorzej: w Warszawie,  ówczesny Stadion Dziesięciolecia był takim wielkim straganem, gdzie można było wszystko sprzedać i wszystko kupić.  Od jednej świeczki po całe pudła szmat przywożonych całymi kontenerami z Chin, Wietnamu, z magazynów pozostałych ciuchów przy parafiach, które były adresatami tej paczkowej pomocy polonijnej.  Polska była takim bazarem.  Bałem się, czy potrafi z tego – i jak? – wyjść.  Już wówczas zaczynały być widoczne pęknięcia ideowe, ideologiczne o kształt tej nowej Polski.  Po latach, gdy zacząłem odwiedzać kraj częściej, zauważyłem metamorfozę olbrzymią. Byłem znowu w kraju europejskim. Tak, biedniejszym. Ale europejskim, zachodnim.  I wydawało się, że normalniała też emocjonalnie, kulturowo.  Oczywiście, jak w każdym normalnym kraju, były elementy skrajne, jakieś ideologiczne cudaki, inności, wynaturzenia.  Po 2015 te wynaturzenia zyskały szansę wpływania na główne nurty polityki.  Powoli wracały wszystkie upiory polskiej historii.

Konstytucja i jej obchodzenia, sądy i ich krytyka, parlamentaryzm i jego upadek moralny, spory polityczne, nawet demonstracje uliczne – to nie jest wizja Apokalipsy i rozpadu państwa. To są rzeczy zdarzające się w demokracji.  Raz trochę na prawo bardziej, raz trochę na lewo, a na ogół oscylujące w środku – normalny obraz zdrowego kraju i społeczeństwa.  Nie idealnego, nie jakiejś Nirvany ale zdrowego.

Mój ostatni, dłuższy pobyt był w 2018. Nie dziwiły ulice miast, identyczne, jak w Amsterdamie, Londynie czy Frankfurcie.  Przyzwyczaiłem się już, że Polska XXI wieku, jest krajem europejskim. W każdym razie z wyglądu. Ale zauważyłem pierwszy raz tak widoczne i odczuwalne znowu wrażenie wielkiego bazaru. Rynku ciuchów i szmat. Nie na stadionie, nie na jakimś placu miejskim.  W mentalności, w postawie, zachowaniu się Polaków.  Było odczuwalne, że te ‘upiory przeszłości’ wylazły z  nor i zaczęły opanowywać te ulice, the rynki, parki.  Ktoś zaczął je z najważniejszych miejsc w państwie nazywać  ‘tradycją narodową’. A przecież to nie była tradycja a upiory polskie, wynaturzenia, kalectwo narodowe. Brzydota narodowa a nie urok narodowy.  

I przyszedł ten, 2020 rok. Wybory prezydenckie i pandemia.  Ta symbolika tych dwóch wydarzeń, wepchniętych sprawą biologicznego przypadku w jeden, ten sam, okres czasowy jest przytłaczająca.  Biologicznie i immunologicznie pierwsza połowa tego roku minęła pod znakiem obrony przed strasznym, milczącym wirusem. Wirusem, który zagraża nie tylko zdrowiu i życiu ludzi ale też i całej ekonomii.

Cały świat, nie tylko Polska, z tym wirusem walczy. I wyjdziemy z niego wszyscy nieco osłabieni, jak po każdej wielkiej wojnie, ale zwycięscy.  Tylko, że w Polsce, podobnie, jak w USA, jest to też okres pandemii wirusa nienawiści. Nienawiści Polaków do Polaków, Amerykanów do Amerykanów.

Dlaczego, stający do walki o kolejny mandat prezydencki, panowie Duda i Trump nie noszą masek (Trump w ogóle, Duda bardzo rzadko)?  Dlatego, że ich kampania wyborcza zasadza się właśnie na rozprzestrzenianiu wirusa nienawiści.  Tylko ten wirus, jego jak najwyższa zarażalność , daje im największe szanse zwycięstwa. Stąd tylu wrogów się pojawiło w ich przekazie wyborczym, tyle grup zagrażających ‘dobrym’ Polakom i ‘dobrym’ Amerykanom. Tym reprezentujących ‘dobrą’ tradycję.

Ale dla normalnego, zdrowego człowieka, dla uczciwego obywatela ta tzw. ‘dobra tradycja’ jest niczym innym, jak narodowym ściekiem nieczystości, wylęgarnią złowrogich bakterii i wirusów.

Wybór między Andrzejem Dudą a Rafałem Trzaskowskim nie jest więc dla mnie wyborem politycznym, lub ekonomicznym. To wybór sanitarny, epidemiologiczny.  Wybór Andrzeja Dudy to otwarcie na oścież bram dla wirusa nienawiści. To burzenie tam przed powodzią degrengolady etycznej i moralnej Polaków.  Wybór Rafała Trzaskowskiego teraz, gdy na placu boju już tylko ich dwóch pozostało, to nie obietnica ‘cudownego ozdrowienia’. To jednak szansa na rozpoczęcie terapii, na systematyczną walkę z tym wirusem, na budowanie podwalin pod kolejne narodowe porozumienie. Na szanse rozmów innych Polaków z innymi Polakami. Bez mordobicia. I bez używania kłonicy, jako argumentu w dyskusji.

Jedno, z doświadczeń historii każdego kraju współczesnego i epok przeszłych, mogę bez cienia wątpliwości powiedzieć : społeczeństwa i narody tolerancyjne, szanujące się, generalnie zjednoczone bardziej niż podzielone, łatwiej i szybciej usuwają ruiny i gruzy materialne i budują nowoczesną, służącą ludziom i krajowi gospodarkę.   Tak, jak stało się w Polsce, którą między 1990 a 2010 przeobrażono z wielkiego, brudnego bazaru w kolorowe ulice. Społeczeństwa i narody opanowane nienawiścią wobec siebie szybciej jeszcze zamieniają te kolorowe ulice w ekonomiczną i finansową ruinę podłego bazaru.

Kończę te smutne refleksje powtórzeniem, jakże dziś adekwatnych słów Józefa Piłsudskiego:    Idzie o to, by kraj nasz zrozumiał, że swoboda to nie jest kaprys, że swoboda to nie jest – ‘mnie wszystko wolno a drugiemu nic’ – że, swoboda, jeżeli ma dać siłę, musi jednoczyć, musi łączyć, musi rękę sąsiadom i przeciwnikom podawać, musi umieć godzić sprzeczności, a nie tylko przy swoim się upierać.

Bitwy warszawskie

W ostatnim stuleciu o Warszawę toczyły się dwie wielkie bitwy, których rezultaty oznaczały obronę i wzmocnienie wolności Polski, lub utratę tej wolności.

Pierwsza Bitwa Warszawska miała miejsce między 13-25 sierpnia 1920. Popularne stało się określania jej, jako ‘cudu nad Wisłą’, co jest kompletna bzdurą.  Te określenie ‘cudu’ zaczęło się pojawiać w kilka lat pod tej bitwie w środowiskach katolicko-kościelnych, by odwrócić uwagę od osoby Wodza Naczelnego, Józefa Piłsudskiego. Oczywiście zwycięstwo w tej bitwie było wynikiem tylko i wyłącznie wypracowanej długimi dyskusjami i sporami strategii i celu bitwy i jej bezwzględnemu wykonaniu przez wiele wielkich jednostek bojowych rozrzuconych na przestrzeni setek kilometrów.  Celowi bitwy służyły aż trzy potężne i rozległe w terenie i oddaleniu od siebie fronty Armii Polskiej, szereg zdolnych ale bardzo zróżnicowanych wyszkoleniem (taktyką, strategią) i tradycją wojskową dowódców. Wymagało to nie tylko olbrzymiej dyscypliny tych wszystkich dowódców ale i pełnego oddania sprawie ich podwładnych. Być może była to najtrudniejsza walka, bo tyczyła nie tylko terytorium i suwerenności ale bezpośrednio była walką światów, cywilizacji. Walką o ducha. Starcie cywilizacji turańskiej i łacińskiej, jakby to określił historyk i filozof ( w rzeczy samej był on historiozofem) polski z tamtej epoki, Feliks Koneczny.

Ta bitwa zakończyła się wielkim polskim zwycięstwem. Warszawa nie padła, a Rosjanie musieli się cofnąć na rubieże starej Rzeczypospolitej. Nie jest winą żołnierzy i ich dowódców, że Traktat Ryski tą wojnę kończący, przyniósł Polsce tak mierne korzyści terytorialne. Rosjanie porażeni rozmiarem klęski byli gotowi, zdaje się, nawet uznać granice I Rzeczypospolitej – w każdym razie na terenach ziem witebskich, mścisławskich i połockich, a na pewno całą Mińszczyznę.  Endecja bardzo tego się bała i Grabski (reprezentujący w Rydze Polskę) przyczynił się do znacznych ustępstw na rzecz pokonanej Rosji bolszewickiej. Abstrahując od tych dywagacji historycznych – ta bitwa była przykładem zwycięskim dla Polski w historii bitew warszawskich (było ich naturalnie więcej w tejże historii, ale nie tak brzemiennych w skutkach).

Druga bitwa warszawska, którą chcę wspomnieć, określana jest w zasadzie, jako bitwa obronna Warszawy we Wrześniu 1939 roku przed nadciągającymi armiami niemieckimi. Trwała faktycznie nieprzerwanie od 1 września aż do 28 września, dnia kapitulacji stolicy Polski.

Szanse obronienia stolicy splecione były nierozerwalnie z szansami całej wojny polsko-niemieckiej w 1939 roku. A jaki był wynik tej wojny – wiemy.  Warszawa (która nigdy nie była twierdzą wojskową) i jej wojskowi i cywilni obrońcy, wykazali się wyjątkową odpornością, walecznością.  Ale miażdżąca przewaga militarna sił niemieckich, wzrastające straty wśród ludności cywilnej (głównie skutkiem osobistego rozkazu Hitlera o bombardowaniu Warszawy nalotami dywanowymi) i brak nadziei na jakąkolwiek odsiecz lub pomoc z zewnątrz, zmusiły wojskowe i cywilne władze do podpisania kapitulacji. Tak ta bitwa obronna w 39 jak i epilog całej II wojny światowej, który w Warszawie miał straszny epizod Powstania Warszawskiego, zniszczyły miasto prawie kompletnie.  Zimą 1945 roku miasto wyglądało, jak jeden wielki zbiór gruzu i wypalonych szkieletów budynków.  A Polska nie odzyskała pełnej suwerenności przez kolejne 45 lat.

Przypomniałem te dwie bitwy ze względów symbolicznych, a nie wspominek czysto historycznych.  Powiedziałbym więcej – ze względów cywilizacyjnych, kulturowych.  A Warszawa, stolica kraju, symbolizuje tego kraju losy. Czy zasiada tam I sekretarz partii komunistycznej z nadania satrapy moskiewskiego, czy gubernator Fischer z nadania faszystowskiego Berlina czy też wybrany przez Polaków prezydent.  Oczywiście, Warszawa jest siedzibą dwóch prezydentów: stolicy i państwa. 

Jesienią 2018 roku Warszawa wybrała prezydentem stolicy Rafała Trzaskowskiego. Kilka lat wcześniej, w 2015, prezydentem Polski wybrano Andrzeja Dudę.  Obaj politycy (nie użyję słowa ‘przywódcy’, bo co najmniej do jednego z nich absolutnie ono nie pasuje …, gdyż mimo że wyborach w 2015 wygrał koronę, to zadowolił się czapką nadwornego lokaja) reprezentują też sobą właśnie te wielkie różnice kulturowe, wręcz (tak, nie zawaham się powiedzieć) cywilizacyjne w kategoriach filozoficznych. Podobne tym (choć nie tak krwawym i nie decydowanym przez dywizje wojskowe), jakie charakteryzowały te dwie bitwy warszawskie. Wojna nie tylko o terytorium – wojna o Ducha tego terytorium i ludności na nim zamieszkującej.

I teraz tych dwóch polityków z siedzibami swych prezydentur (państwowej i miejskiej) w tym mieście, staje do bitwy o Polskę. A obaj mają swe siedziby i Urzędy dosłownie na rzut kamieniem z balkonu.  Z wieży Ratusza widać wyraźnie i blisko dach Pałacu Namiestnikowskiego, a z górnych okien Pałacu, prezydent Duda może lornetką bez problemu widzieć prezydenta Trzaskowskiego. Walka zaczęła się natarciem i kontruderzeniem 28 czerwca. Bitwę walną wydano na 12 lipca.

Wielu żołnierzom tej bitwy wydaje się, że chodzi tylko o menażki, o kuchnie polową, o to który dowódca obieca cieplejsze lub wygodniejsze mundury, onuce, o prycze w koszarach. No i o żołd – czy będzie dostawał go 12 razy w roku, czy może 13, a kto wie – może nawet czternaście razy. I w tego typu ‘bitwach’ wyborczych to pytania naturalne i oczekiwania naturalne i zdrowe. W końcu, jaki obywatel krzyknie: domagam się zwiększenia podatków, obniżki pensji i tylko 10 emerytur w roku?! 

Ale to naturalne i zdrowe w normalnych czasach i normalnych warunkach. Nie w 2020 roku w Polsce. Bo ta ‘bitwa warszawska’  zadecyduje czy, podobnie jak ta w 1920, przechylimy się bardziej ku cywilizacji ‘turańsko-bizantyńskiej’  czy ‘ łacińsko-zachodniej’.  Czy będziemy mogli chodzić w laczkach i sandałach, jak będziemy mieć na to ochotę, czy będziemy musieli stukać obcasami na zawołanie. Czy będziemy ze sobą rozmawiać ze śmiechem przy kawiarnianych stolikach na Nowym Świecie czy krzyczeć na siebie na Bazarze Różyckiego. I nie czekać na łaskawe da-albo-nie-da ’13-tkę’  a może i ‘14’ emeryturę – ale po prostu dostaniemy godziwe, zgodne z potrzebami dwanaście normalnych emerytur.  Bo te ‘łaski pańskie’ i ‘ochłapy z pańskiego stołu’ autentycznie na pstrym koniu jeżdżą.  Dziś spadną jeszcze może z tego stołu pańskiego ale  jutro ani okruszka może. Bo z próżnego i Salomon  nie naleje … . Nie chodzi też o elyty i elity. Nie o “Polskę Pańską’ i ‘Polskę Fornalską’. Chodzi o Polskę Wolnych Obywateli opartą na absolutnej wolności każdego indywidualnie lub Polskę Lepszego i Gorszego Sortu, podzieloną.

No i ta zwykła, taka codzienna, nie niedzielna świadomość, że się mieszka w porządnym, lubianym przez sąsiadów kraju. Kraju, gdzie wszyscy nie mają co prawda takich samych pensji i emerytur  (no wiecie, takie same to próbowano już po 1917 w Rosji, po 1945 w Chinach, w latach 70. w Kambodży, ostatnio niejaki Chavez w Wenezueli – na nic dobrego to nikomu nie wyszło) ale mają takie same prawa. Wyżsi i niżsi, grubsi i cieńsi, męscy i żeńscy, o różowej i o czarnej cerze, dziewczyny chodzące z chłopakiem objęci i te chodzące z dziewczyną objęte; jedni idący rano do kościoła na modlitwę, inni do bożnicy, a jeszcze inni na ławkę do parku lub małą czarną do kafejki.  Normalnie. Jak w normalnym kraju i mieście.  Niemożliwe marzenie? Możliwe. W większości krajów tej właśnie europejskiej cywilizacji.  Europejskiej nie geograficznie licząc od Uralu może, ale licząc kulturowo. Gdzie ta kultura będzie mieć granicę? Zależy od losów bitwy 12 lipca 2020. Albo na Bugu, albo na Odrze.

Oczywiście, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ludzkie, normalne. Takie mamy horyzonty myślowe, jakie mamy horyzonty widzenia, postrzegania.  Jedni siadają, prawie bez zastanowienia się, gdzie mają ochotę, bo wolność jest dla nich czymś naturalnym, prawie automatycznym – inni stoją zakłopotani aż im ktoś wskaże, gdzie usiąść mogą.

A w tym temacie już widzimy zmiany w Polsce i poza jej granicami. Andrzej Duda reprezentuje raczej dość wyraźnie tą inną ‘cywilizację turańsko-bizantyjską’, ten inny sposób myślenia, który postrzega granice cywilizacyjną i kulturową na Odrze. To nie może ulegać wątpliwości dla nikogo. Również dla tych głosujących za niego. I czas by się do tego sami sobie przyznali. By przynajmniej wiedzieli dlaczego taki wybór robią. Niech nie oszukują znajomych i rodziny, a tym bardziej siebie samych.

Spójrzmy na te ‘granice’:  Polacy między Bugiem a Odrą w I turze dali Andrzejowi Dudzie najwięcej głosów.  Za mało na pokonanie przeciwnika, ale tą potyczkę wygrał. Dostał 43.5 procent tych głosów. Prezydent Warszawy dostał 30.46 procent, na trzecim miejscu był Szymon Hołownia z blisko 14 procentami.  Lub trochę inaczej: na 16 województw, Trzaskowski wygrał tylko w trzech, a w 13 pan Duda. 

Natomiast, co zrobili Polacy spoza Bugu i Odry? Może być ciekawe, bo właśnie ten ‘inny punkt widzenia’ dający inną perspektywę i inny horyzont.  Na aż 84 państwa, gdzie Polacy głosowali, Andrzej Duda poniósł klęskę w … 76 państwach.  Zremisowali w dwóch. A Trzaskowski uzyskał najwięcej głosów w 75 państwach.  Procentowo przekłada się to na: Rafał Trzaskowski dostał 48.13 procent oddanych głosów, a Andrzej Duda tylko 20.86%. Jeszcze inaczej – Trzaskowski w ani jednym kraju nie spadł poniżej drugiej pozycji (czyli nawet w tych kilku gdzie wygrał Duda, Trzaskowski miał silną drugą pozycje).  Zaś Andrzej Duda spadł poniżej drugiej lokaty aż w 36 krajach, czasami aż do 5 (piątego) miejsca: za Hołownią, Biedroniem i Bosakiem. Szymon Hołownia był na drugim miejscu (za Trzaskowskim) w 32 państwach, a Robert Biedroń w 4 państwach.

I teraz kilka ciekawych spostrzeżeń z tych głosowań zagranicznych. Otóż najwięcej głosów dla Trzaskowskiego a najmniej dla Dudy padło w krajach, gdzie jest najwięcej Polaków, którzy wyjechali ostatnio z Polski, już z tej nowej, suwerennej Polski. Czyli tych, którzy maję najlepszą znajomość tej Polski, najbliższy z nią stały kontakt. I odwiedzając ją lub o niej rozmawiając z rodzina i przyjaciółmi z Kraju-zauważają różnice jakie w ostatnich pięciu latach w Polsce zaszły. Różnicę, która nie wypada dla Polski korzystnie. Bardzo wielu z nich traktuje ten pobyt zagraniczny, jako czasowy a Polskę widzą, jako docelowy punkt powrotu i zamieszkania.  Różnica miedzy nimi a tymi, którzy teraz mieszkają w Polsce polega tylko na widocznym horyzoncie postrzegania, na owym punkcie widzenia. Jak widać z podanych wyżej statystyk wyborczych , ta różnica jest bardzo duża.

Natomiast w kilku krajach licznej bardzo, ale tzw. starej Polonii – padło więcej głosów dla Andrzeja Dudy. Są to środowiska bardziej konserwatywne, przyzwyczajonej przez długie lata do stanowczej obrony tzw. dobrego imienia Polski. Gdzie każdy (czasem nawet zasłużony) krytycyzm Polski postrzegany był, jako próba oczerniania ukochanej ojczyzny. Choćby te popularne w Ameryce Północnej żarty o ‘Polaczkach’. I silne przyzwyczajenie do polskich kościółków i parafii, które historycznie były centrami spotkań nie tylko religijnych ale i politycznych, polskich szkółek dla dzieci prowadzonych na ogół przy tych kościółkach. A Kościół jest, jak wszyscy wiemy, instytucjonalnie bardzo związany i silnie finansowany przez partie Andrzeja Dudy i obecny rząd PiS.  Tak się głównie dzieje w USA i w Kanadzie. Tutaj też jest stosunkowo najwięcej (nawet więcej niż w Polsce, procentowo patrząc) zwolenników Konfederacji i pana Bosaka, który w Kanadzie np. uzyskał więcej głosów nawet od Szymona Hołowni.  Ale Szymon Hołownia, często widziany, jako działacz katolicki, reprezentuje katolicyzm współczesny, bardziej postępowy. A Kościół polski obecnie reprezentuje katolicyzm zbliżony do idei pana Bosaka – skrajnie na prawo, czasem wręcz w kolorze brunatnym (tak określam wczesny, przed hitleryzmem, faszyzm niemiecki Rhoma i jego SA).

Inne, dość zaskakujące ( mimo to zgodne z generalnym opisem podanym wyżej o Kanadzie i USA) to skrajnie różne wyniki w różnych Komisjach Wyborczych/Konsulatach. W Kanadzie wybory miały miejsce w: Montrealu, Ottawie, Toronto, Vancouverze.  Wyjątkowo krótkie okienka czasowe na wysłanie pakietu wyborczego do Konsulatu połączone  z olbrzymimi obszarami, jakie te cztery miejsca obsługiwały – de facto uniemożliwiły tysiącom osób oddania głosu.  Setki, jeśli nie tysiące, osób dostało pakiety w piątek (wybory były w sobotę poza Polską), lub dostały już po terminie wyborów.  Nie ma powodów ani dowodów, że było to efektem celowego opóźniania i dywersji samych Konsulatów RP. Jest natomiast jasne, że było to efektem świadomego przeforsowania takich a nie innych przepisów w sprawie tych wyborów korespondencyjnych (tylko takie mogły się , ze względu na pandemie odbyć w innych krajach), które wyraźnie ograniczały konstytucyjne prawa wyborcze obywateli polskich zamieszkałych poza Polską.

Ale wracając do szczegółowych wyników w Kanadzie:  Rafał Trzaskowski zajął zdecydowanie pierwsze miejsce w wyborach w Vancouverze, w Ottawie, w Montrealu. Andrzej Duda zajął pierwsze miejsce tylko w Toronto.  Ale w tym jedynym Toronto – jego przewaga głosów była miażdżąca i zmieniła tym samym efekt wyborczy na całą Kanadę. Dlaczego?  Trudno w kilku zdaniach dać głęboką analizę. Podam tylko kilka faktów i spostrzeżeń człowieka, który zna środowisko polskie w Kanadzie dość dobrze na przestrzeni blisko 40 lat. Toronto polonijne było i jest  pewnym odbiciem Chicago polonijnego w Stanach (zresztą bliskie sobie geograficznie też).  Bardzo duża ilość Polaków tam, lub w okolicach, się osiedliła, od czasów bardzo dawnych.  To wielkie miasto oferujące emigrantom dużo więcej możliwości niż ośrodki mniejsze.  Nie tak odległe i dobrze przeze mnie pamiętane były czasy gdy idąc od Bloor St. do Roncesvalles Avenue i w dół – wyglądało, jak spacer na chicagowskim Jackowie: polskie napisy, polski język, polskie kościoły. I zdecydowanie nie było to ‘miasteczko akademickie’, pod jakimkolwiek względem … . Patriotyzm był tam zawsze dość silny. Tylko właśnie ten typu ‘hurra’ lub wręcz tzw. kibolski. Patriotyzm refleksyjny, krytyczny – wiązał się już w tej polskiej dzielnicy z poważnym ryzykiem.  No i nie ma w całej Kanadzie, od Atlantyku po Pacyfik, ani jednej polskiej parafii, która by była takim potentatem finansowym, jak parafia św. Kazimierza (na ,polskim Ronceswilu’ właśnie). Skromna kasa pożyczkowa  w formie  credit union w ciągu lat urosła do rozmiarów niezłego banku.  Nie zawsze metodami legalnymi. Pamiętam, jak odwiedziłem niezłych rozmiarów … bank św. Kazimierza w Warszawie, obok Operetki Warszawskiej (teatr ‘Roma’). Dziś już w tej formie nie istnieje. Ta i inne inwestycje torontońskiej parafii stały się centrum poważnego dochodzenia kryminalnego Biura Nadzoru Bankowego prowincji Ontario.  Efektem było zamknięcie (unikając  skrzętnie zbyt dużego nagłośnienia sprawy) tych gałęzi bankowych skromnej kasy pożyczkowo-zapomogowej. Czemu o tym piszę w tym kontekście? Bo wydaje mi się, że gdy się ma rząd dusz (religia) i rząd sakiewki (credit union/bank spółdzielczy z głębokimi kieszeniami), to ma się bardzo silny wpływ na społeczność, w której się funkcjonuje.  Może się mylę, nie jestem z wykształcenia antropologiem ani nawet socjologiem, a zwykłym gryzipiórkiem-publicystą.  Takie (oczywiście na dużo mniejszą skalę) kasy pożyczkowo-oszczędnościowe istniały (istnieją?) prawie przy wszystkich polonijnych parafiach w Kanadzie.  Podobnie, jak szkółki dla dzieci polonusów. Takie będą Rzeczypospolite, jakie będzie ich młodzieży chowanie, panie Kanclerzu Wielki Koronny, Ordynacie Zamoyski? Może się mylę … .

 O tym, czy były systemowe, zaplanowane sposoby supresji  prawa wyborczego Polaków przebywających poza granicami Polski pisze inny mój kolega-bloger, były Koordynator KOD_USA-West, https://dobek.org/2020/duda-a-niewazne-glosy/

Przez fakt, że w wyborach, mimo wszystko, liczy się tylko głos indywidualny, łatwo się zorientować, że wygrana w trzech lub czterech okręgach, gdzie jest niska ilość głosujących, może być łatwo zniwelowana tylko jedną wygraną w jednym okręgu, gdzie uprawnionych do głosowania  jest wielokroć więcej.  Stąd jest ważne by głosujący w tych małych liczebnie ośrodkach, jeśli chcą by ich głos się liczył i miał wpływ, mobilizowali się silniej i liczniej. Ważne tu są silne związki koleżeńskie, socjalne. Stały kontakt lokalny. Zwłaszcza w czasach pandemii, która wszystko to utrudnia.

Cóż, na zakończenie wracam do mojej symboliki stołecznej. Bitew warszawskich. Lub bitew dwóch prezydentów – Miasta i Państwa zamieszkałych w Warszawie. To są autentycznie dwie kardynalnie sobie obce i przeciwne wizje Polski: jedna Trzaskowskiego, druga Dudy (lub dokładniej tego, który Dudą steruje, Jarosława Kaczyńskiego). Teraz już nie ma innych żołnierzy w turnieju (chciałem użyć bardziej adekwatnego porównania (w turnieju są rycerze) ale znowu ręka się zawahała …), tylko ta para. Nie ma już znaczenia umiarkowany czy skrajny prawicowiec, lewicowiec, liberał, czy socjaldemokrata, zielony czy czerwony. To detale tu mniej istotne na finiszu. Istotna jest wizja Polski i jej miejsca w cywilizacjach, kulturach: w którym związku kulturowo-cywilizacyjnym chce być?  Takie sobie postawcie pytanie i szczerze na nie odpowiedzcie.  Wybór (jakikolwiek by nie był) będzie wówczas łatwy i prosty, bo różnice są bardzo wyraźne.