W 64 oku cesarz Neron, neurotyczny i zakochany w sobie psychopata, miał już dość oglądania wszędzie wspomnień i zabytków świadczących o wielkości jego poprzedników, ich czynach i dokonaniach. Rzym zbyt mało wagi przykładał wszak wobec jego wielkich osiągnięć i talentów! Przy tym on, Neron, wielki i czuły artysta i wizjoner, znieść nie mógł szkaradnej brzydoty rzymskiej zabudowy, ciasnej, brudnej, mało przestronnej. Ale jakże budować nowe wielkie Łaźnie, jak nadać miastu szlachetnego porządku hellenistycznej architektury ( a wszak w nikim, poza nim, takiej czystości helleńskiej, godnej jedynie Apollina boskiego, nie było!), gdy brak miejsca, brak placów wolnych? Jakże zresztą nowe budowle piękne stawiać obok brzydkich już istniejących?
A cóż bardziej oczyszczającego, bardziej szlachetnego, gorejącego niczym miłość Apolla do Hiacynta, niż ogień?! Wysyłał więc w ciągu kilku dni swoich cesarskich pachołków w różne dzielnice by strategicznie wzniecali nowe pożary. Rzym płonął. Neron był w apoteozie pogromcy ale i przyszłego budowniczego. Odnowiciela. I o tym odnowieniu, o tym powrocie do chwały i piękna, do tradycji czystej a prastarej śpiewał na tarasie swego pałacu akompaniując sobie samemu na lirze apollińskiej. A u jego podnóża płonął stary, brudny Rzym. Płonęły też (naturalnie tylko niefortunnym zbiegiem okoliczności …) setki domów i pałaców rzymskich patrycjuszy, rzymskiej arystokracji, która nim, boskim Cezarem, gardziła skrycie, podśmiewała się z niego.
Już on nie raz słyszał i donoszono mu o tym skrzętnie, jak to szeptali między sobą o tym, jak zamordował własnego pół-brata, Brytanika, pierworodnego syna starego cesarza. Ponoć tym samym sposobem, szeptali między sobą, pozbył się swojej własnej matki, Agrypiny. Niewdzięczni zarozumialcy, zawistni i leniwi. Elita rzymska. A przecież on wszystko dla Rzymu poświęcił, swój talent, urodę i młodość. Nawet ten pożar to przecież też dla Rzymu i Rzymian, by go na nowo dla nich, niewdzięcznych, odbudować lepszym i świetniejszym niż kiedykolwiek przedtem. Jakże gorzko ich za to nienawidził! Ten cały obrzydliwy sort. Gdyby byli wierni, gdyby jego wielkość i boskość uznali, może by nie musiał i brata i matki otruć. Ale jakże mógł i jej, inteligentnej i sprytnej nazbyt dla własnego dobra, matce rodzonej, zawierzyć? Jak mógł bratu, który przysięgał, że go kocha, zawierzyć? Nie mógł przecież. Był cezarem przede wszystkim. Na słabości i sentymenty nie wolno mu było uwagi zwracać. Na nim samym spoczywał ciężar władzy i troski o Rzym. Rzymowi poświęcił swe życie. Nawet ten Rzym płonący był wszak zapowiedzią odnowy. A oni, miast mu wdzięcznymi być, ciągle tylko narzekają, ciągle spiski knują. Podły sort.
Tak myślał pewnie Neron, psychopatyczny narcyzysta, spoglądając przez pięć dni 1957 lat temu na pożar starego Rzymu. I pewnie sam się aż wzruszał nad sobą, że tak mało jego poświecenia jest szczerze przez poddanych doceniana. Być może nawet, w chorobliwej jaźni, zrodziła się szczera wiara, że śmierć brata była ich, tej rzymskiej elity, winą. Bo przecież, gdyby mógł być pewien, że nigdy tronu cesarskiego bratu, zamiast jemu, nie powierzą – to wszak być może brat jego mógłby spokojnie żyć! Oczywiście, to takie jasne! On nie jest winny bratobójstwa – to oni! Ta elita!
Tak mi to wszystko dziś w obrazach wyobraźni się jawiło, gdym patrzył na wypadki w Waszyngtonie, nowym Rzymie współczesnego świata. Na okazały budynek Kongresu USA i na pałac cesarski – Biały Dom. Nie wiedziałem czy Kongres to symbol Senatu Rzymskiego (architektura neoklasycystyczna, więc o skojarzenie łatwo), obok zaś siedziba prezydenta czy cesarza? Ważniejsza Ameryka czy Cesarz? I myślałem, jak bardzo musi pogardzać ten współczesny cesarz amerykański tymi tłumami swoich wyznawców. Tymi, którzy gotowi byli tych patrycjuszowskich senatorów z Kongresu powywieszać na szpalerach drzew wzdłuż Alei Pensylwańskiej. Powywieszać dla niego – bo im obiecał ten wielki, w białych (naturalnie tylko w białych!) togach Rzym amerykański przywrócić. Bo mają już szczerze dosyć i tych elit waszyngtońskich, i tych Spartakusów-wyzwoleńców, którym się wydaje, że są równi im. Im! Białym, prawdziwym Amerykanom! Obiecali mu, ich cesarzowi, że mu ten stary, brzydki, ciasny Waszyngton rzucą w prezencie pod nogi, jak płonącą pochodnię. Nie bardzo im wierzył, co prawda. Gardził nimi i nie znosił ich nędznej rzeczywistości małych, kiepsko urządzonych domków i głupich małych biznesów, która w jakikolwiek sposób nie pasowała do jego apartamentów ze złotymi bidetami i kryształowymi łazienkami (nawet ten głupi pałac cesarski zwany Białym, uważał za podły kurnik) – ale ufał im jednak bardziej niż tym przeklętym patrycjuszom z Kongresu, tym wywyższającym się intelektualistom, tym przemądrzałym starym elitom. Zresztą ten motłoch był jego ostatnią nadzieją. Nie miał nic do stracenia. Powiedział im nawet, że ich kocha. Co z tego? Nie jednej kurwie już tak mówił. Mogł więc i im. Po prawdzie nie może nawet już ufać swoim pretorianom. Nie jest pewny czy staną zwartym szeregiem po jego stronie czy też przyjdą zwartym, małym oddziałem zabrać go do jakiejś celi w starej twierdzy. Podły, niewdzięczny naród niegodny jego wspaniałości.
Więc tak sobie wyobrażałem Nerona i Trumpa. I co myśleli lub, co myśleć mogliby. I zaraz trzeci obraz się na dwa poprzednie nałożył.
Jakiś stary, mały człowiek w Warszawie. Na Żoliborzu, w willi odebranej kiedyś jakiemuś patrycjuszowi, im przekazanej przez wujka, wysokiej rangi pretorianina, jego rodzicom. Dziś rodziców już nie ma. Nie ma też ukochanego ale może i jednocześnie nienawidzonego brata. On – zbawca narodu. On, który mógł tak wiele sam, a życie zmusiło go, że zawsze musiał być w cieniu innych. Niegodnych jego wizji. Ale z tytułami: przewodniczących, premierów, prezydentów. Nawet ten głupi elektryk z idiotycznymi wąsami nim pogardzał. Nim! Ze starej inteligencji! A już te przeklęte elity, ci przemądrzalcy, ci kosmopolici przeklęci zachłystujący się swoimi podróżami po tym zgniłym Zachodzie! Tfu, kociamać! Gdyby jego wizji starej, rzymiańskiej Polski zawierzyli, gdyby docenili jego talenty, to może by i nie musiał tego brata do tego lotu nieszczęsnego tym starym rosyjskim gruchotem namawiać. Tak, to oni są winni! I teraz za to wszystko musza zapłacić. On im ta ‘ichniejszą’ Polskę spali, jak Neron Rzym. Zbuduje nową. Nie musi być ani tak pstrokato kolorowa ani jakakolwiek tęczowa. Szarość to kolor najlepszy. Nie rzuca się w oczy i nie razi nikogo. Jak popiół po pożarze. Więc im teraz pokaże. Teraz ma w końcu szansę. I ten motłoch, jak ten w Alei Pensylwanii, mu w tym pomoże. Zresztą – co tam ci z Waszyngtonu! Nasze pochody 11 listopada w Alejach Jerozolimskich, przez Most Poniatowskiego – to dopiero pokaz siły i tężyzny. I te racice. I ten ogień niszczący i oczyszczający jednocześnie. Ten mały, stary człowiek, ten zniszczony życiem psychopata, któremu żadne uczucie prócz nienawiści, już w duszy nie zostało, niedoceniony bratobójca zerka na Warszawę z szerokiej perspektywy olbrzymiego Placu Piłsudskiego. Przed nim pomnik ofiar tej przeklęto-zbawiennej katastrofy, pomnik wyszydzany przez tych podłych Polaków, tych samych, którzy tłumnie po tej katastrofie płakali i w szczerej byli żałobie. Blisko, tuż obok, uwielbiany i czczony Pomnik jakiegoś nieznanego żołnierza z wojny , której nikt już z żyjących nie pamięta; naprzeciw pomnik starego Naczelnika do dziś uwielbianego. A to przecież on, ten Marszałek do Belwederu i do Sejmu z wojskiem wkroczył, bez wyborów! A on do Sejmu z wyborów. Co za głupi naród – i tego marszałka i tego nieznanego żołnierza kochają i wielbią – a nim pogardzają. I myśli ten chory, stary człowiek: ale wam się odpłacę, zrobię wam jeszcze taką hucpę, że mnie zapamiętacie.
I zastanawiam się czy to możliwe. I jaka ta ‘hucpa’ może być. Czy możliwe?
Czy wiecie kiedy ostatni raz uzbrojona banda wpadła do budynku Kongresu USA, największego mocarstwa na świecie, stolicy najstarszej nowożytnej demokracji? To wam przypomnę. Utkwiło mi w pamięci dobrze, bo wielokroć zachodzę na stary cmentarz w Halifaksie, gdzie dowódca tych żołnierzy jest pochowany. Był nim brytyjski generał Wojny 1812 roku, Robert Ross. Wojny 1812 w Ameryce, nie w Europie. Między Koroną Brytyjską a nowo powstałymi Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. Ross pokonał w potyczkach wojska amerykańskie i zajął Waszyngton w 1814. W odwecie za zniszczenia w Yorku (obecnie Toronto) – spalił Kapitol (siedziba Kongresu) i Biały Dom. To był ostatni raz, gdy uzbrojona grupa ludzi zajęła siłą Kapitol. Ostatni do wczoraj. Do 6 stycznia 2021.
Wtedy, w 1814 ważyły się losy między byciem kolonią Imperium zza oceanu czy też suwerenną republiką. Republika zwyciężyła. Dziś ważyły się losy amerykańskiej, najstarszej i największej w nowożytnym świecie demokracji.
Rzeczy niemożliwe stają się faktami dokonanymi nie przez paranaturalne lub boskie wyroki i cuda. Stają się faktami dokonanymi wówczas, gdy zbyt wiele osób wierzy, że są niemożliwe.
A główna przyczyną był, wynikły z psychozy, charakter lidera, przywódcy, cezara. Charakter, który poza sobą nie widzi niczego innego. Jest przekonany o swojej wizji Ameryki, swego cesarstwa i głęboko zakorzenionej niechęci do tzw. ancien regime (starego porządku) i elit ten porządek reprezentujących. Tak, jak charakter Karła z Żoliborza. Trump znienawidził Amerykanów, za to gdy zaczęli nim gardzić, poniżać go, wyśmiewać. Zrobili z niego obiekt kpiny. Oparł się na tych, którzy byli mu całe życie kompletnie obojętni: na niewykształconej, politycznie przegranej masie ludzi, którzy niezbyt wiele w życiu osiągnęli i szczerze nienawidzili tych, którzy swoją pracą osiągnęli więcej niż oni. Zwłaszcza, gdy byli nimi ludzie, których przez szkła ksenofobii i czystego rasizmu uznawali za gorszych od siebie. Dla nich hasło ‘wolność’ ma duże znaczenie też – ale tylko w rozumieniu ‘wolności’ rasy białej i amerykańskiej.
Czy są pewne podobieństwa? Nie musi być identycznie, wystarczy, że odnajdziemy wątek, nić, które łączą sytuację Polski i Ameryki ostatnich pięciu lat. Tylko nie mówcie już głośno i z przekonaniem, że to niemożliwe.
Wiemy, że partyjną religią Zjednoczonej Prawicy (sterowanej głównie przez PiS i Kaczyńskiego) jest ortodoksyjny, staroświecki, przedsoborowy i antysemicki katolicyzm. Katolicyzm, gdzie sacrum nie jest Bogiem a hierarchą kościelnym, kapłanem, zaś celem doczesnym gromadzenie dóbr materialnych, istnienie ponad prawem i bezpośredni wpływ na politykę państwa.
Ten tradycyjny kościół jest też instytucją opartą na gnębieniu i poniżaniu wszystkich innych społeczności. Nienawiść wobec Żydów jest niebezpieczna. Przekonali się o tym nie tylko politycy skrajnej prawicy ale i sam Kościół na świecie, w tym (nie bez oporów i nie kompletnie) Kościół lokalny w Polsce. W każdym razie antysemityzm szerzony publicznie i otwarcie jest temperowany lub wręcz nawet potępiany przez hierarchię katolicką w Polsce i przez głównych przywódców PiS. Wiedzą, że silnych zwolenników na arenie międzynarodowej nie znajdą. Świat nowoczesny, postępowy, demokratyczny nie pozwoli na to. Nawet istniejące i coraz głośniejsze skrajne ruchy faszystowskie w Europie i Amerykach Północnej i Południowej na niczym tak swoich zębów nie łamią i nie kruszą, jak własnie na rosnącej determinacji społeczeństw i ludzi w ogóle by antysemityzm potępić, odesłać w otchłań piekieł i złej historii. Ale Zjednoczona Prawica i jej poważny elektorat w Polsce bez wrogów zewnętrznych i wewnętrznych obyć się nie mogą. Wszystkie ideologie zła, a więc i ideologia PiSu i jego aliantów – nienawiść i wrogów potrzebują. To jest jeden z ich warunków przetrwania. Sine qua non biologiczne. Gdyby panowały nie tak przecież odległe czasy XVIII, XIX a nawet początków XX wieku – jest bardziej niż prawdopodobne, że obecny rząd wpędziłby Polskę w co najmniej jedną, a może więcej, awanturę wojenną. Jakieś Zaolzie, lub Grodzieńszczyzna, Lwowszczyzna, Wileńszczyzna by się znalazły. Pod warunkiem, że kraje napadnięte byłyby nieco mniejsze i słabsze i nie istniały by dzisiejsze międzynarodowe sojusze wojskowe i polityczne. Podejrzewam, że nie mieliby moralnych problemów w zawarciu sojuszu z Putinem na podział Ukrainy i Białorusi. Taki drugi pakcik Ribbentropa i Mołotowa, nazwijmy go ‘kaczyńsko-putinowski’. Wstrzymam jednak wodze fantazji. Wróćmy do rzeczywistości. Twardej, namacalnej, widocznej gołym okiem.
Od samego początku rządów PiS widoczny był żelazny sojusz klerykalno-prawicowy. Atak na niezależne instytucje państwowe i społeczne (sądy najwyższe i sądownictwo całe, prokuratura, fundacje na rzecz rozbudowy demokracji i obrony mniejszości społecznych) stał się regułą i konsekwentnym celem polityki tego sojuszu. Z grup społecznych najbardziej narażone na szykany zostały kobiety (poprzez wielokrotną próbę całkowitego zakazu aborcji), mniejszości etniczne, zwłaszcza te o innym kolorze skóry i osoby LGBTQ2. Z różnych, często trudnych do zrozumienia powodów, od początków kampani wyborczej Andrzeja Dudy w ostatnich wyborach prezydenckich głównym celem ‘wojny domowej’ PiS i KK stały się mniejszości seksualne w Polsce. Idiotyczne i kompletnie bezsensowne hasło walki z nieistniejącą ‘ideologią LBTQ’ zostało oficjalnie zaadoptowane, jako linia polityki prezydenta Polski, dla której dostał pełne poparcie od rządu i całej Zjednoczonej Prawicy. I fanfary z wież kościelnych.
Fizyczne ataki i znęcanie się nad osobami LGBTQ2 stały się codziennością. Już nie tylko rękoma bydlaków-osiłków z grup pro-faszystowskich i ultrakatolickich. Zapalono zielone światło dla całej homofobicznej części społeczeństwa. Prawie każdego dnia dowiadywaliśmy się z mediów społecznościowych i tradycyjnych o przypadkach obelg i wyzwisk w tramwajach, pociagach, autobusach, na ulicy, rzucanych często przez starsze kobiety, zwykłych przechodniów wobec osób, które zachowaniem lub wyglądem sugerowały, że są gejami, lesbijkami lub osobami transpłciowymi. Często ofiarami takich napaści były też osoby inne, które ośmielały sie wystąpić w obronie znieważanych. Co raz częściej też informacje o tym przekazywała prasa zagraniczna zdumionym czytelnikom w krajach normalnych. Powstała atmosfera nagonki. Kulminacją tego były pacyfikacje protestów tych środowisk w Warszawie i otwarte łapanki na uczestników tych demokratycznych protestów. Ale rosła też determinacja tych środowisk. Rosło przekonanie, że nie pozwolą zepchnąć się do podziemia, do ukrywania się. Do lat niewoli komunistycznej i do lat noszenia różowego trójkąta w obozach koncentracyjnych III Rzeszy. Rosło i rośnie też co raz szersze poczucie, że dalej na to Polki i Polacy nie pozwolą. Ani świat. Że nie chcemy wstydzić się przed światem z informacji o tych idiotycznych deklaracjach ‘obszarów wolnych od LGBTQ’, które tyle wstydu Polsce na całym świecie przyniosły. Wzrastał i wzrasta gniew i chęć na polskie Stonewall. I rośnie oburzenie świata demokratycznego.
Po 1989 roku Polska była na ustach tego świata. Polscy Prezydenci witani byli z fanfarami w Paryżach, Berlinach i Waszyngtonach. Byliśmy przykładem dla innych, ciągle marzących o wolności. Polacy mieszkający w tych innych krajach czuli się dumni. Na spotkaniach towarzyskich, na spotkaniach formalnych i oficjalnych. Trudny i prawie dla nikogo niezrozumiały język polski stał się nagle źródłem zapożyczeń językowych w angielskim, francuskim, niemieckim, hiszpańskim. W pewnym momencie wielu z nas przyjmowało, jako normalne gdy obywatele tych państw w rozmowę wtrącali słowa “solidarnoszcz, wałesa”. Dziś nam znowu wstyd. Tym razem głębszy i boleśniejszy. A co gorsze – zasłużony.
Nie znam we współczesnej historii Polski takiego dokumentu dyplomatycznego, jak ten List, ten protest i apel Ambasad i Organizacji Międzynarodowych do polskiego rządu. Od krajów o tradycjach chrześcijańskich, muzułmańskich, buddyjskich. Od wszystkich naszych sąsiadów, sojuszników. Z wyjątkiem Białorusi i Węgier. Ale trudno by było się spodziewać by Mussolini lub Franco protestovali u Hitlera, że gnębi Żydów … .
List otwartyambasadorów
Albanii, Argentyny, Australii, Austrii, Belgii, Chorwacji, Cypru, Czarnogóry, Czech, Danii, Dominikany, Finlandii, Francji, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Indii, Irlandii, Islandii, Izraela, Japonii, Kanady, Litwy, Luksemburga, Łotwy, Macedonii Północnej, Malty, Meksyku, Niemiec, Norwegii, Nowej Zelandii, Portugalii, Republiki Południowej Afryki, San Marino, Serbii, Słowenii, Stanów Zjednoczonych Ameryki, Szwajcarii, Szwecji, Ukrainy, Wenezueli, Wielkiej Brytanii, Włoch, a także Przedstawiciela Generalnego Rządu Flandrii i Delegata Generalnego Rządów Walonii-Brukseli oraz reprezentantów Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej i Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców w Polsce, Dyrektora Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE, Dyrektor Biura Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji oraz Sekretarza Generalnego Wspólnoty Demokracji. Sporządzanie niniejszego listu koordynowała Ambasada Królestwa Belgii w Polsce.
Pomimo odwołania tegorocznej Warszawskiej Parady Równości, która ze względu na uwarunkowania epidemiologiczne nie mogła odbyć się w przewidzianym terminie, chcemy wyrazić nasze poparcie dla starań o uświadamianie opinii publicznej w kwestii problemów, jakie dotykają społeczność gejów, lesbijek, osób biseksualnych, transpłciowych i interpłciowych (LGBTI) oraz innych mniejszości w Polsce stojących przed podobnymi wyzwaniami. Chcemy także wyrazić uznanie dla podobnych starań podejmowanych w innych miastach Polski – w Białymstoku, Bydgoszczy, Częstochowie, Gdańsku, Gnieźnie, Katowicach, Kielcach, Koninie, Koszalinie, Krakowie, Lublinie, Łodzi, Olsztynie, Opolu, Poznaniu, Rzeszowie, Szczecinie, Toruniu, Wrocławiu i Zielonej Górze.
Uznajemy przyrodzoną i niezbywalną godność każdej jednostki, zgodnie z treścią Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Szacunek dla tych fundamentalnych praw, zawartych w zobowiązaniach OBWE oraz obowiązkach i standardach Rady Europy i Unii Europejskiej, jako wspólnot praw i wartości, zobowiązuje rządy do ochrony wszystkich swoich obywateli przed przemocą i dyskryminacją oraz do zapewnienia im równych szans. Aby to umożliwić, a w szczególności aby bronić społeczności wymagających ochrony przed słownymi i fizycznymi atakami oraz mową nienawiści, musimy wspólnie pracować na rzecz niedyskryminacji, tolerancji i wzajemnej akceptacji. Dotyczy to szczególnie sfer takich jak edukacja, zdrowie, kwestie społeczne, obywatelstwo, administracja publiczna oraz uzyskiwanie oficjalnych dokumentów. Wyrażamy uznanie dla ciężkiej pracy społeczności LGBTI i innych społeczności w Polsce i na całym świecie, jak również dla pracy wszystkich ludzi, których celem jest zapewnienie przestrzegania praw osób LGBTI oraz innych osób stojących przed podobnymi wyzwaniami, a także zapobieganie dyskryminacji, w szczególności tej motywowanej orientacją seksualną czy tożsamością płciową. Prawa człowieka są uniwersalne i wszyscy, w tym osoby LGBTI, mają prawo w pełni z nich korzystać. Jest to kwestia, którą wszyscy powinni wspierać.
J.E. Shpresa Kureta, Ambasador Republiki Albanii; J.E. Ana María Ramírez, Ambasador Republiki Argentyny; J.E. Lloyd David Hargreave Brodrick, Ambasador Australii; J.E. Werner Almhofer, Ambasador Austrii: J.E. Luc Jacobs, Ambasador Królestwa Belgii: J.E. Tomislav Vidošević, Ambasador Republiki Chorwacji: J.E. Petros Kestoras, Ambasador Republiki Cypryjskiej; J.E. Budimir Šegrt, Ambasador Czarnogóry; J.E. Ivan Jestřáb, Ambasador Republiki Czeskiej; J.E. Ole Toft, Ambasador Danii; J.E. Aníbal de Castro, Ambasador Republiki Dominikany; J.E. Juha Ottman, Ambasador Finlandii; J.E. Frédéric Billet, Ambasador Francji; J.E. Michael-Efstratios C. Daratzikis, Ambasador Republiki Grecji; J.E. Francisco Javier Sanabria Valderrama, Ambasador Hiszpanii; J.E. Daphne Bergsma, Ambasador Królestwa Niderlandów; J.E. Tsewang Namgyal, Ambasador Indii; J.E. Emer O’Connell, Ambasador Irlandii; J.E. María Erla Marelsdóttir, Ambasador Islandii; J.E. Alexander Ben-Zvi, Ambasador Izraela; J.E. Tsukasa Kawada, Ambasador Japonii; J.E. Leslie Scanlon, Ambasador Kanady; J.E. Eduardas Borisovas, Ambasador Republiki Litewskiej; J.E. Paul Schmit, Ambasador Wielkiego Księstwa Luksemburga; J.E. Edgars Bondars, Ambasador Łotwy; J.E. Vasil Panovski, Ambasador Macedonii Północnej; J.E. John Paul Grech, Ambasador Malty; J.E. Alejandro Negrín, Ambasador Meksyku; J.E. Arndt Freytag von Loringhoven, Ambasador Niemiec; J.E. Anders Eide, Ambasador Królestwa Norwegii; J.E. Mary Thurston, Ambasador Nowej Zelandii; J.E. Luís Manuel Ribeiro Cabaço, Ambasador Portugalii; Daniel Stemmer, Chargė D’ Affaires a.i., Ambasada Republiki Południowej Afryki; J.E. Dario Galassi, Ambasador San Marino; J.E. Nikola Zurovac, Ambasador Republiki Serbii; J.E. Božena Forštnarič Boroje, Ambasador Słowenii; J.E. Georgette Mosbacher, Ambasador Stanów Zjednoczonych Ameryki; J.E. Jürg Burri, Ambasador Szwajcarii; J.E. Stefan Gullgren, Ambasador Szwecji; J.E. Andrii Deshchytsia, Ambasador Ukrainy; J.E. Luis Gómez Urdaneta, Ambasador Boliwariańskiej Republiki Wenezueli; J.E. Anna Clunes, Ambasador Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej; J.E. Aldo Amati, Ambasador Włoch; Dries Willems, Przedstawiciel Generalny Rządu Flandrii; Anne Defourny, Koordynatorka Delegatu Generalnego Rządów Walonii-Brukseli; Katarzyna Gardapkhadze, Pierwsza Zastępczyni Dyrektora ODIHR – Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE; Marek Prawda, Dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce; Christine Goyer, Przedstawiciel Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców w Polsce; Thomas E. Garrett, Sekretarz Generalny Wspólnoty Demokracji; Hanna Dobrzyńska, Dyrektor Biura Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM)
Gdzieś, na jednej z półek, wciśnięty między grube grzbiety poważnych książek, zapomniany, zakurzony i od lat parudziesięciu nie czytany, mały brulionik w cienkiej, niebieskiej okładce , jak szkolny zeszyt, bez tytułu ani wydawcy, nawet bez nazwiska autora. Czternaście stroniczek wewnątrz. Na niektórych, robione niebieskim długopisem, odręczne poprawki druku. Poznaję pismo (charakterystyczne dla wszystkich, którzy w szkołach przechodzili jeszcze lekcje kaligrafii – tak pisał m. in. do końca życia mój ojciec) i przypominam sobie autora tego brulioniku i historię z tym związaną. Generał Tadeusz Alf-Tarczyński, Prezes Instytutu Józefa Piłsudskiego w Londynie. Takie króciutkie zeszyty były robione wyłącznie w celach propagandowo-edukacyjnych i wysyłane (lub przewożone) do Kraju, głównie naturalnie do młodzieży szkolnej i uniwersyteckiej. Łatwe do ukrycia, nawet w kieszeni spodni. Nie były to wydawnictwa naukowe ani historyczne. Jakby powiedział, w latach 1905-1915, towarzysz Wiktor – bibuła. Towarzysz Wiktor, to był naturalnie młody Józef Piłsudski, redaktor „Robotnika” i przywódca Organizacji Bojowej PPS (Polska Partia Socjalistyczna). Więc ten brulionik taką właśnie bibułą był. Z sentymentem go raz jeszcze przejrzałem. Jasny, prosty język. Przypominający najważniejsze fakty z życia Marszałka. Naturalnie, głównie te o wymiarze patriotycznym, zwycięskim, ważnym, państwowo ale i legendo—twórczym. Dla historyka lub badacza dziejów – bez znaczenia i wartości większej. Dla młodego człowieka niezbyt z historią zaznajomionego – dobra pigułka elementarnej wiedzy. Dziś już nie, bo od lat tematem się nie zajmuję, ale wiele lat temu uważałem się za osobę dość głęboko znającą biografię i dzieje życia Józefa Piłsudskiego. Pisałem na jego temat szereg poważnych artykułów publikowanych tu i ówdzie (mam nawet gdzieś list od legendarnego Redaktora Giedroycia, gratulujący jednego z tych moich tekstów nadesłanego z Instytutu JP do redakcji „Kultury” – ale tłumaczący niemożliwości zamieszczenia w „Kulturze” ze względu na brak miejsca spowodowany gorącą sytuacją w Kraju i masę tematów aktualnych a nie historycznych – to były początki Stanu Wojennego i kompletnie się z Giedroyciem zgadzałem a tekst wysłałem nie ja tylko sam Instytut londyński). Po powrocie do Polski miały to być zaczyny do pracy naukowej lub książki. Do kraju nie wróciłem, pracy naukowej żadnej nigdy nie napisałem ani książki o Piłsudskim. Z czasem zresztą nabrałem wobec niego dużo bardziej krytycznej postawy. Nie negatywnej – na to swym życiem i dziełem nie zasłużył absolutnie. Ale krytycznej, dostrzegającej i istotne błędy i braki. Za główny uważałem nieumiejętność stworzenia kadry przyszłych polityków, mądrych włodarzy kraju. Teraz, po latach, znowu widzę go sympatyczniej, wydaje mi się, że go rozumiem. A z tego właśnie niebieskiego zeszycika-bibuły wyłuskałem fragment przemówienia Piłsudskiego w tymże Lublinie w 1920 roku. I gdyby mocą jakąś magiczna udało mi się wskrzesić monumentalną postać Naczelnika i zrobić wielki wiec (powiedzmy na Błoniach krakowskich lub Polu Mokotowskim w Warszawie, bo tamże do tłumów przemawiał) tylko o powtórzenie tego krótkiego lubelskiego adresu bym go poprosił. Pójścia do Sejmu bardzo bym mu odradzał, bo wiadomo, co by zrobił i jakich słów użył – jeżeli jesteście zszokowani czasem niektórymi słowami posła Jarosława Kaczyńskiego, to zakładam, że by bladły wobec słów, jakie dzisiejszym posłom i samemu Kaczyńskiemu by Naczelnik ofiarował… . Pojęcia poprawności politycznej nie znał ani by go rozumiał. Ale ten adres lubelski, te krótkie przemówienie, jest tak współczesne i tak celne, że mógłby je każdy mądry polityk w 2020 wypowiedzieć. I nawet nie tchnie myszką starego słownictwa. Jest portretem Polaków idealnym.
A więc 11 stycznia 1920 w Lublinie, na spotkaniu z przedstawicielami ziemi Lubelskiej, mówi Marszałek Józef Piłsudski, więc proszę o ciszę:
„Tam, gdzie chodzi o życie, tam, gdzie chodzi o krew, jest to ofiara najłatwiejsza, chociaż w laury owita. To jest ofiara, na którą Polak na pewno się zdobędzie. (Ale) Idzie o ofiarę cięższą, idzie o ofiarę dla siły całego narodu, idzie o ofiarę z tego, co ludziom być może jest najdroższe, o ofiarę ze swoich przekonań i poglądów. Idzie o to, by kraj nasz zrozumiał, że swoboda to nie jest kaprys, że swoboda to nie jest – ‘mnie wszystko wolno a drugiemu nic’ – że, swoboda, jeżeli ma dać siłę, musi jednoczyć, musi łączyć, musi rękę sąsiadom i przeciwnikom podawać, musi umieć godzić sprzeczności, a nie tylko przy swoim się upierać. W takiej jedynie umiejętności podawania do wspólnej pracy dłoni, wypływa moc wielka w chwilach trudnych i w chwilach kryzysów państwowych”.
To było wyzwanie do Polaków w pierwszych tygodniach 1920 roku. Gdy ofensywa bolszewicka łamała kolejne linie frontów Północnego i Południowego Rzeczypospolitej. Gdy opcje polityczne i ideologie były bez znaczenia, gdy –parafrazując komunistycznego poetę ledwie dziewiętnaście lat później- wróg stanął u progu i kolbami w drzwi załomotał, gdy rachunki krzywd przestały mieć znaczenie.
Nie znałem Polski lat 20tych ni 30tych. Nie mogę w pełni zrozumieć tej skali narodowych waśni, które pchnęły do politycznych więzień, politycznych zabójstw, do bicia, szczucia siebie wzajemnie. Nie znałem tego nawet w mojej młodości w PRL. Bo nienawiści wśród Polaków wobec siebie nie było. Władza, mimo wszystko, była poza nami, to był twór jakby z księżyca i nie mieliśmy na jego kształt wpływu. Żyliśmy, jakby obok i osobno od tego tworu.
Potem nasza ‘wiosna narodowa’ pod hasłami „Solidarności”, po dziesięciu latach odbudowywanie z kompletnych gruzów ekonomicznych tego niewyobrażalnie zacofanego, rozsypującego się tworu innego, zamierającego świata gospodarki komunistycznej, jaką była Polska w roku 1990. Byłem wówczas w tej nowej Polsce, odwiedziłem ją w trakcie pierwszych wolnych wyborów. I byłem tym światem przerażony, to był jeden wielki bazar Różyckiego, a właściwie gorzej: w Warszawie, ówczesny Stadion Dziesięciolecia był takim wielkim straganem, gdzie można było wszystko sprzedać i wszystko kupić. Od jednej świeczki po całe pudła szmat przywożonych całymi kontenerami z Chin, Wietnamu, z magazynów pozostałych ciuchów przy parafiach, które były adresatami tej paczkowej pomocy polonijnej. Polska była takim bazarem. Bałem się, czy potrafi z tego – i jak? – wyjść. Już wówczas zaczynały być widoczne pęknięcia ideowe, ideologiczne o kształt tej nowej Polski. Po latach, gdy zacząłem odwiedzać kraj częściej, zauważyłem metamorfozę olbrzymią. Byłem znowu w kraju europejskim. Tak, biedniejszym. Ale europejskim, zachodnim. I wydawało się, że normalniała też emocjonalnie, kulturowo. Oczywiście, jak w każdym normalnym kraju, były elementy skrajne, jakieś ideologiczne cudaki, inności, wynaturzenia. Po 2015 te wynaturzenia zyskały szansę wpływania na główne nurty polityki. Powoli wracały wszystkie upiory polskiej historii.
Konstytucja i jej obchodzenia, sądy i ich krytyka, parlamentaryzm i jego upadek moralny, spory polityczne, nawet demonstracje uliczne – to nie jest wizja Apokalipsy i rozpadu państwa. To są rzeczy zdarzające się w demokracji. Raz trochę na prawo bardziej, raz trochę na lewo, a na ogół oscylujące w środku – normalny obraz zdrowego kraju i społeczeństwa. Nie idealnego, nie jakiejś Nirvany ale zdrowego.
Mój ostatni, dłuższy pobyt był w 2018. Nie dziwiły ulice miast, identyczne, jak w Amsterdamie, Londynie czy Frankfurcie. Przyzwyczaiłem się już, że Polska XXI wieku, jest krajem europejskim. W każdym razie z wyglądu. Ale zauważyłem pierwszy raz tak widoczne i odczuwalne znowu wrażenie wielkiego bazaru. Rynku ciuchów i szmat. Nie na stadionie, nie na jakimś placu miejskim. W mentalności, w postawie, zachowaniu się Polaków. Było odczuwalne, że te ‘upiory przeszłości’ wylazły z nor i zaczęły opanowywać te ulice, the rynki, parki. Ktoś zaczął je z najważniejszych miejsc w państwie nazywać ‘tradycją narodową’. A przecież to nie była tradycja a upiory polskie, wynaturzenia, kalectwo narodowe. Brzydota narodowa a nie urok narodowy.
I przyszedł ten, 2020 rok. Wybory prezydenckie i pandemia. Ta symbolika tych dwóch wydarzeń, wepchniętych sprawą biologicznego przypadku w jeden, ten sam, okres czasowy jest przytłaczająca. Biologicznie i immunologicznie pierwsza połowa tego roku minęła pod znakiem obrony przed strasznym, milczącym wirusem. Wirusem, który zagraża nie tylko zdrowiu i życiu ludzi ale też i całej ekonomii.
Cały świat, nie tylko Polska, z tym wirusem walczy. I wyjdziemy z niego wszyscy nieco osłabieni, jak po każdej wielkiej wojnie, ale zwycięscy. Tylko, że w Polsce, podobnie, jak w USA, jest to też okres pandemii wirusa nienawiści. Nienawiści Polaków do Polaków, Amerykanów do Amerykanów.
Dlaczego, stający do walki o kolejny mandat prezydencki, panowie Duda i Trump nie noszą masek (Trump w ogóle, Duda bardzo rzadko)? Dlatego, że ich kampania wyborcza zasadza się właśnie na rozprzestrzenianiu wirusa nienawiści. Tylko ten wirus, jego jak najwyższa zarażalność , daje im największe szanse zwycięstwa. Stąd tylu wrogów się pojawiło w ich przekazie wyborczym, tyle grup zagrażających ‘dobrym’ Polakom i ‘dobrym’ Amerykanom. Tym reprezentujących ‘dobrą’ tradycję.
Ale dla normalnego, zdrowego człowieka, dla uczciwego obywatela ta tzw. ‘dobra tradycja’ jest niczym innym, jak narodowym ściekiem nieczystości, wylęgarnią złowrogich bakterii i wirusów.
Wybór między Andrzejem Dudą a Rafałem Trzaskowskim nie jest więc dla mnie wyborem politycznym, lub ekonomicznym. To wybór sanitarny, epidemiologiczny. Wybór Andrzeja Dudy to otwarcie na oścież bram dla wirusa nienawiści. To burzenie tam przed powodzią degrengolady etycznej i moralnej Polaków. Wybór Rafała Trzaskowskiego teraz, gdy na placu boju już tylko ich dwóch pozostało, to nie obietnica ‘cudownego ozdrowienia’. To jednak szansa na rozpoczęcie terapii, na systematyczną walkę z tym wirusem, na budowanie podwalin pod kolejne narodowe porozumienie. Na szanse rozmów innych Polaków z innymi Polakami. Bez mordobicia. I bez używania kłonicy, jako argumentu w dyskusji.
Jedno, z doświadczeń historii każdego kraju współczesnego i epok przeszłych, mogę bez cienia wątpliwości powiedzieć : społeczeństwa i narody tolerancyjne, szanujące się, generalnie zjednoczone bardziej niż podzielone, łatwiej i szybciej usuwają ruiny i gruzy materialne i budują nowoczesną, służącą ludziom i krajowi gospodarkę. Tak, jak stało się w Polsce, którą między 1990 a 2010 przeobrażono z wielkiego, brudnego bazaru w kolorowe ulice. Społeczeństwa i narody opanowane nienawiścią wobec siebie szybciej jeszcze zamieniają te kolorowe ulice w ekonomiczną i finansową ruinę podłego bazaru.
Kończę te smutne refleksje powtórzeniem, jakże dziś adekwatnych słów Józefa Piłsudskiego: Idzie o to, by kraj nasz zrozumiał, że swoboda to nie jest kaprys, że swoboda to nie jest – ‘mnie wszystko wolno a drugiemu nic’ – że, swoboda, jeżeli ma dać siłę, musi jednoczyć, musi łączyć, musi rękę sąsiadom i przeciwnikom podawać, musi umieć godzić sprzeczności, a nie tylko przy swoim się upierać.
W ostatnim stuleciu o Warszawę toczyły się dwie wielkie bitwy, których rezultaty oznaczały obronę i wzmocnienie wolności Polski, lub utratę tej wolności.
Pierwsza Bitwa Warszawska miała miejsce między 13-25 sierpnia 1920. Popularne stało się określania jej, jako ‘cudu nad Wisłą’, co jest kompletna bzdurą. Te określenie ‘cudu’ zaczęło się pojawiać w kilka lat pod tej bitwie w środowiskach katolicko-kościelnych, by odwrócić uwagę od osoby Wodza Naczelnego, Józefa Piłsudskiego. Oczywiście zwycięstwo w tej bitwie było wynikiem tylko i wyłącznie wypracowanej długimi dyskusjami i sporami strategii i celu bitwy i jej bezwzględnemu wykonaniu przez wiele wielkich jednostek bojowych rozrzuconych na przestrzeni setek kilometrów. Celowi bitwy służyły aż trzy potężne i rozległe w terenie i oddaleniu od siebie fronty Armii Polskiej, szereg zdolnych ale bardzo zróżnicowanych wyszkoleniem (taktyką, strategią) i tradycją wojskową dowódców. Wymagało to nie tylko olbrzymiej dyscypliny tych wszystkich dowódców ale i pełnego oddania sprawie ich podwładnych. Być może była to najtrudniejsza walka, bo tyczyła nie tylko terytorium i suwerenności ale bezpośrednio była walką światów, cywilizacji. Walką o ducha. Starcie cywilizacji turańskiej i łacińskiej, jakby to określił historyk i filozof ( w rzeczy samej był on historiozofem) polski z tamtej epoki, Feliks Koneczny.
Ta bitwa zakończyła się wielkim polskim zwycięstwem. Warszawa nie padła, a Rosjanie musieli się cofnąć na rubieże starej Rzeczypospolitej. Nie jest winą żołnierzy i ich dowódców, że Traktat Ryski tą wojnę kończący, przyniósł Polsce tak mierne korzyści terytorialne. Rosjanie porażeni rozmiarem klęski byli gotowi, zdaje się, nawet uznać granice I Rzeczypospolitej – w każdym razie na terenach ziem witebskich, mścisławskich i połockich, a na pewno całą Mińszczyznę. Endecja bardzo tego się bała i Grabski (reprezentujący w Rydze Polskę) przyczynił się do znacznych ustępstw na rzecz pokonanej Rosji bolszewickiej. Abstrahując od tych dywagacji historycznych – ta bitwa była przykładem zwycięskim dla Polski w historii bitew warszawskich (było ich naturalnie więcej w tejże historii, ale nie tak brzemiennych w skutkach).
Druga bitwa warszawska, którą chcę wspomnieć, określana jest w zasadzie, jako bitwa obronna Warszawy we Wrześniu 1939 roku przed nadciągającymi armiami niemieckimi. Trwała faktycznie nieprzerwanie od 1 września aż do 28 września, dnia kapitulacji stolicy Polski.
Szanse obronienia stolicy splecione były nierozerwalnie z szansami całej wojny polsko-niemieckiej w 1939 roku. A jaki był wynik tej wojny – wiemy. Warszawa (która nigdy nie była twierdzą wojskową) i jej wojskowi i cywilni obrońcy, wykazali się wyjątkową odpornością, walecznością. Ale miażdżąca przewaga militarna sił niemieckich, wzrastające straty wśród ludności cywilnej (głównie skutkiem osobistego rozkazu Hitlera o bombardowaniu Warszawy nalotami dywanowymi) i brak nadziei na jakąkolwiek odsiecz lub pomoc z zewnątrz, zmusiły wojskowe i cywilne władze do podpisania kapitulacji. Tak ta bitwa obronna w 39 jak i epilog całej II wojny światowej, który w Warszawie miał straszny epizod Powstania Warszawskiego, zniszczyły miasto prawie kompletnie. Zimą 1945 roku miasto wyglądało, jak jeden wielki zbiór gruzu i wypalonych szkieletów budynków. A Polska nie odzyskała pełnej suwerenności przez kolejne 45 lat.
Przypomniałem te dwie bitwy ze względów symbolicznych, a nie wspominek czysto historycznych. Powiedziałbym więcej – ze względów cywilizacyjnych, kulturowych. A Warszawa, stolica kraju, symbolizuje tego kraju losy. Czy zasiada tam I sekretarz partii komunistycznej z nadania satrapy moskiewskiego, czy gubernator Fischer z nadania faszystowskiego Berlina czy też wybrany przez Polaków prezydent. Oczywiście, Warszawa jest siedzibą dwóch prezydentów: stolicy i państwa.
Jesienią 2018 roku Warszawa wybrała prezydentem stolicy Rafała Trzaskowskiego. Kilka lat wcześniej, w 2015, prezydentem Polski wybrano Andrzeja Dudę. Obaj politycy (nie użyję słowa ‘przywódcy’, bo co najmniej do jednego z nich absolutnie ono nie pasuje …, gdyż mimo że wyborach w 2015 wygrał koronę, to zadowolił się czapką nadwornego lokaja) reprezentują też sobą właśnie te wielkie różnice kulturowe, wręcz (tak, nie zawaham się powiedzieć) cywilizacyjne w kategoriach filozoficznych. Podobne tym (choć nie tak krwawym i nie decydowanym przez dywizje wojskowe), jakie charakteryzowały te dwie bitwy warszawskie. Wojna nie tylko o terytorium – wojna o Ducha tego terytorium i ludności na nim zamieszkującej.
I teraz tych dwóch polityków z siedzibami swych prezydentur (państwowej i miejskiej) w tym mieście, staje do bitwy o Polskę. A obaj mają swe siedziby i Urzędy dosłownie na rzut kamieniem z balkonu. Z wieży Ratusza widać wyraźnie i blisko dach Pałacu Namiestnikowskiego, a z górnych okien Pałacu, prezydent Duda może lornetką bez problemu widzieć prezydenta Trzaskowskiego. Walka zaczęła się natarciem i kontruderzeniem 28 czerwca. Bitwę walną wydano na 12 lipca.
Wielu żołnierzom tej bitwy wydaje się, że chodzi tylko o menażki, o kuchnie polową, o to który dowódca obieca cieplejsze lub wygodniejsze mundury, onuce, o prycze w koszarach. No i o żołd – czy będzie dostawał go 12 razy w roku, czy może 13, a kto wie – może nawet czternaście razy. I w tego typu ‘bitwach’ wyborczych to pytania naturalne i oczekiwania naturalne i zdrowe. W końcu, jaki obywatel krzyknie: domagam się zwiększenia podatków, obniżki pensji i tylko 10 emerytur w roku?!
Ale to naturalne i zdrowe w normalnych czasach i normalnych warunkach. Nie w 2020 roku w Polsce. Bo ta ‘bitwa warszawska’ zadecyduje czy, podobnie jak ta w 1920, przechylimy się bardziej ku cywilizacji ‘turańsko-bizantyńskiej’ czy ‘ łacińsko-zachodniej’. Czy będziemy mogli chodzić w laczkach i sandałach, jak będziemy mieć na to ochotę, czy będziemy musieli stukać obcasami na zawołanie. Czy będziemy ze sobą rozmawiać ze śmiechem przy kawiarnianych stolikach na Nowym Świecie czy krzyczeć na siebie na Bazarze Różyckiego. I nie czekać na łaskawe da-albo-nie-da ’13-tkę’ a może i ‘14’ emeryturę – ale po prostu dostaniemy godziwe, zgodne z potrzebami dwanaście normalnych emerytur. Bo te ‘łaski pańskie’ i ‘ochłapy z pańskiego stołu’ autentycznie na pstrym koniu jeżdżą. Dziś spadną jeszcze może z tego stołu pańskiego ale jutro ani okruszka może. Bo z próżnego i Salomon nie naleje … . Nie chodzi też o elyty i elity. Nie o “Polskę Pańską’ i ‘Polskę Fornalską’. Chodzi o Polskę Wolnych Obywateli opartą na absolutnej wolności każdego indywidualnie lub Polskę Lepszego i Gorszego Sortu, podzieloną.
No i ta zwykła, taka codzienna, nie niedzielna świadomość, że się mieszka w porządnym, lubianym przez sąsiadów kraju. Kraju, gdzie wszyscy nie mają co prawda takich samych pensji i emerytur (no wiecie, takie same to próbowano już po 1917 w Rosji, po 1945 w Chinach, w latach 70. w Kambodży, ostatnio niejaki Chavez w Wenezueli – na nic dobrego to nikomu nie wyszło) ale mają takie same prawa. Wyżsi i niżsi, grubsi i cieńsi, męscy i żeńscy, o różowej i o czarnej cerze, dziewczyny chodzące z chłopakiem objęci i te chodzące z dziewczyną objęte; jedni idący rano do kościoła na modlitwę, inni do bożnicy, a jeszcze inni na ławkę do parku lub małą czarną do kafejki. Normalnie. Jak w normalnym kraju i mieście. Niemożliwe marzenie? Możliwe. W większości krajów tej właśnie europejskiej cywilizacji. Europejskiej nie geograficznie licząc od Uralu może, ale licząc kulturowo. Gdzie ta kultura będzie mieć granicę? Zależy od losów bitwy 12 lipca 2020. Albo na Bugu, albo na Odrze.
Oczywiście, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ludzkie, normalne. Takie mamy horyzonty myślowe, jakie mamy horyzonty widzenia, postrzegania. Jedni siadają, prawie bez zastanowienia się, gdzie mają ochotę, bo wolność jest dla nich czymś naturalnym, prawie automatycznym – inni stoją zakłopotani aż im ktoś wskaże, gdzie usiąść mogą.
A w tym temacie już widzimy zmiany w Polsce i poza jej granicami. Andrzej Duda reprezentuje raczej dość wyraźnie tą inną ‘cywilizację turańsko-bizantyjską’, ten inny sposób myślenia, który postrzega granice cywilizacyjną i kulturową na Odrze. To nie może ulegać wątpliwości dla nikogo. Również dla tych głosujących za niego. I czas by się do tego sami sobie przyznali. By przynajmniej wiedzieli dlaczego taki wybór robią. Niech nie oszukują znajomych i rodziny, a tym bardziej siebie samych.
Spójrzmy na te ‘granice’: Polacy między Bugiem a Odrą w I turze dali Andrzejowi Dudzie najwięcej głosów. Za mało na pokonanie przeciwnika, ale tą potyczkę wygrał. Dostał 43.5 procent tych głosów. Prezydent Warszawy dostał 30.46 procent, na trzecim miejscu był Szymon Hołownia z blisko 14 procentami. Lub trochę inaczej: na 16 województw, Trzaskowski wygrał tylko w trzech, a w 13 pan Duda.
Natomiast, co zrobili Polacy spoza Bugu i Odry? Może być ciekawe, bo właśnie ten ‘inny punkt widzenia’ dający inną perspektywę i inny horyzont. Na aż 84 państwa, gdzie Polacy głosowali, Andrzej Duda poniósł klęskę w … 76 państwach. Zremisowali w dwóch. A Trzaskowski uzyskał najwięcej głosów w 75 państwach. Procentowo przekłada się to na: Rafał Trzaskowski dostał 48.13 procent oddanych głosów, a Andrzej Duda tylko 20.86%. Jeszcze inaczej – Trzaskowski w ani jednym kraju nie spadł poniżej drugiej pozycji (czyli nawet w tych kilku gdzie wygrał Duda, Trzaskowski miał silną drugą pozycje). Zaś Andrzej Duda spadł poniżej drugiej lokaty aż w 36 krajach, czasami aż do 5 (piątego) miejsca: za Hołownią, Biedroniem i Bosakiem. Szymon Hołownia był na drugim miejscu (za Trzaskowskim) w 32 państwach, a Robert Biedroń w 4 państwach.
I teraz kilka ciekawych spostrzeżeń z tych głosowań zagranicznych. Otóż najwięcej głosów dla Trzaskowskiego a najmniej dla Dudy padło w krajach, gdzie jest najwięcej Polaków, którzy wyjechali ostatnio z Polski, już z tej nowej, suwerennej Polski. Czyli tych, którzy maję najlepszą znajomość tej Polski, najbliższy z nią stały kontakt. I odwiedzając ją lub o niej rozmawiając z rodzina i przyjaciółmi z Kraju-zauważają różnice jakie w ostatnich pięciu latach w Polsce zaszły. Różnicę, która nie wypada dla Polski korzystnie. Bardzo wielu z nich traktuje ten pobyt zagraniczny, jako czasowy a Polskę widzą, jako docelowy punkt powrotu i zamieszkania. Różnica miedzy nimi a tymi, którzy teraz mieszkają w Polsce polega tylko na widocznym horyzoncie postrzegania, na owym punkcie widzenia. Jak widać z podanych wyżej statystyk wyborczych , ta różnica jest bardzo duża.
Natomiast w kilku krajach licznej bardzo, ale tzw. starej Polonii – padło więcej głosów dla Andrzeja Dudy. Są to środowiska bardziej konserwatywne, przyzwyczajonej przez długie lata do stanowczej obrony tzw. dobrego imienia Polski. Gdzie każdy (czasem nawet zasłużony) krytycyzm Polski postrzegany był, jako próba oczerniania ukochanej ojczyzny. Choćby te popularne w Ameryce Północnej żarty o ‘Polaczkach’. I silne przyzwyczajenie do polskich kościółków i parafii, które historycznie były centrami spotkań nie tylko religijnych ale i politycznych, polskich szkółek dla dzieci prowadzonych na ogół przy tych kościółkach. A Kościół jest, jak wszyscy wiemy, instytucjonalnie bardzo związany i silnie finansowany przez partie Andrzeja Dudy i obecny rząd PiS. Tak się głównie dzieje w USA i w Kanadzie. Tutaj też jest stosunkowo najwięcej (nawet więcej niż w Polsce, procentowo patrząc) zwolenników Konfederacji i pana Bosaka, który w Kanadzie np. uzyskał więcej głosów nawet od Szymona Hołowni. Ale Szymon Hołownia, często widziany, jako działacz katolicki, reprezentuje katolicyzm współczesny, bardziej postępowy. A Kościół polski obecnie reprezentuje katolicyzm zbliżony do idei pana Bosaka – skrajnie na prawo, czasem wręcz w kolorze brunatnym (tak określam wczesny, przed hitleryzmem, faszyzm niemiecki Rhoma i jego SA).
Inne, dość zaskakujące ( mimo to zgodne z generalnym opisem podanym wyżej o Kanadzie i USA) to skrajnie różne wyniki w różnych Komisjach Wyborczych/Konsulatach. W Kanadzie wybory miały miejsce w: Montrealu, Ottawie, Toronto, Vancouverze. Wyjątkowo krótkie okienka czasowe na wysłanie pakietu wyborczego do Konsulatu połączone z olbrzymimi obszarami, jakie te cztery miejsca obsługiwały – de facto uniemożliwiły tysiącom osób oddania głosu. Setki, jeśli nie tysiące, osób dostało pakiety w piątek (wybory były w sobotę poza Polską), lub dostały już po terminie wyborów. Nie ma powodów ani dowodów, że było to efektem celowego opóźniania i dywersji samych Konsulatów RP. Jest natomiast jasne, że było to efektem świadomego przeforsowania takich a nie innych przepisów w sprawie tych wyborów korespondencyjnych (tylko takie mogły się , ze względu na pandemie odbyć w innych krajach), które wyraźnie ograniczały konstytucyjne prawa wyborcze obywateli polskich zamieszkałych poza Polską.
Ale wracając do szczegółowych wyników w Kanadzie: Rafał Trzaskowski zajął zdecydowanie pierwsze miejsce w wyborach w Vancouverze, w Ottawie, w Montrealu. Andrzej Duda zajął pierwsze miejsce tylko w Toronto. Ale w tym jedynym Toronto – jego przewaga głosów była miażdżąca i zmieniła tym samym efekt wyborczy na całą Kanadę. Dlaczego? Trudno w kilku zdaniach dać głęboką analizę. Podam tylko kilka faktów i spostrzeżeń człowieka, który zna środowisko polskie w Kanadzie dość dobrze na przestrzeni blisko 40 lat. Toronto polonijne było i jest pewnym odbiciem Chicago polonijnego w Stanach (zresztą bliskie sobie geograficznie też). Bardzo duża ilość Polaków tam, lub w okolicach, się osiedliła, od czasów bardzo dawnych. To wielkie miasto oferujące emigrantom dużo więcej możliwości niż ośrodki mniejsze. Nie tak odległe i dobrze przeze mnie pamiętane były czasy gdy idąc od Bloor St. do Roncesvalles Avenue i w dół – wyglądało, jak spacer na chicagowskim Jackowie: polskie napisy, polski język, polskie kościoły. I zdecydowanie nie było to ‘miasteczko akademickie’, pod jakimkolwiek względem … . Patriotyzm był tam zawsze dość silny. Tylko właśnie ten typu ‘hurra’ lub wręcz tzw. kibolski. Patriotyzm refleksyjny, krytyczny – wiązał się już w tej polskiej dzielnicy z poważnym ryzykiem. No i nie ma w całej Kanadzie, od Atlantyku po Pacyfik, ani jednej polskiej parafii, która by była takim potentatem finansowym, jak parafia św. Kazimierza (na ,polskim Ronceswilu’ właśnie). Skromna kasa pożyczkowa w formie credit union w ciągu lat urosła do rozmiarów niezłego banku. Nie zawsze metodami legalnymi. Pamiętam, jak odwiedziłem niezłych rozmiarów … bank św. Kazimierza w Warszawie, obok Operetki Warszawskiej (teatr ‘Roma’). Dziś już w tej formie nie istnieje. Ta i inne inwestycje torontońskiej parafii stały się centrum poważnego dochodzenia kryminalnego Biura Nadzoru Bankowego prowincji Ontario. Efektem było zamknięcie (unikając skrzętnie zbyt dużego nagłośnienia sprawy) tych gałęzi bankowych skromnej kasy pożyczkowo-zapomogowej. Czemu o tym piszę w tym kontekście? Bo wydaje mi się, że gdy się ma rząd dusz (religia) i rząd sakiewki (credit union/bank spółdzielczy z głębokimi kieszeniami), to ma się bardzo silny wpływ na społeczność, w której się funkcjonuje. Może się mylę, nie jestem z wykształcenia antropologiem ani nawet socjologiem, a zwykłym gryzipiórkiem-publicystą. Takie (oczywiście na dużo mniejszą skalę) kasy pożyczkowo-oszczędnościowe istniały (istnieją?) prawie przy wszystkich polonijnych parafiach w Kanadzie. Podobnie, jak szkółki dla dzieci polonusów. Takie będą Rzeczypospolite, jakie będzie ich młodzieży chowanie, panie Kanclerzu Wielki Koronny, Ordynacie Zamoyski? Może się mylę … .
O tym, czy były systemowe, zaplanowane sposoby supresji prawa wyborczego Polaków przebywających poza granicami Polski pisze inny mój kolega-bloger, były Koordynator KOD_USA-West, https://dobek.org/2020/duda-a-niewazne-glosy/
Przez fakt, że w wyborach, mimo wszystko, liczy się tylko głos indywidualny, łatwo się zorientować, że wygrana w trzech lub czterech okręgach, gdzie jest niska ilość głosujących, może być łatwo zniwelowana tylko jedną wygraną w jednym okręgu, gdzie uprawnionych do głosowania jest wielokroć więcej. Stąd jest ważne by głosujący w tych małych liczebnie ośrodkach, jeśli chcą by ich głos się liczył i miał wpływ, mobilizowali się silniej i liczniej. Ważne tu są silne związki koleżeńskie, socjalne. Stały kontakt lokalny. Zwłaszcza w czasach pandemii, która wszystko to utrudnia.
Cóż, na zakończenie wracam do mojej symboliki stołecznej. Bitew warszawskich. Lub bitew dwóch prezydentów – Miasta i Państwa zamieszkałych w Warszawie. To są autentycznie dwie kardynalnie sobie obce i przeciwne wizje Polski: jedna Trzaskowskiego, druga Dudy (lub dokładniej tego, który Dudą steruje, Jarosława Kaczyńskiego). Teraz już nie ma innych żołnierzy w turnieju (chciałem użyć bardziej adekwatnego porównania (w turnieju są rycerze) ale znowu ręka się zawahała …), tylko ta para. Nie ma już znaczenia umiarkowany czy skrajny prawicowiec, lewicowiec, liberał, czy socjaldemokrata, zielony czy czerwony. To detale tu mniej istotne na finiszu. Istotna jest wizja Polski i jej miejsca w cywilizacjach, kulturach: w którym związku kulturowo-cywilizacyjnym chce być? Takie sobie postawcie pytanie i szczerze na nie odpowiedzcie. Wybór (jakikolwiek by nie był) będzie wówczas łatwy i prosty, bo różnice są bardzo wyraźne.
Zacznę od początku. Jak mawiali gospodarze rzymskich wieczerzy, ‘od jajka do jabłka’, czyli ab ovo.
Pięć lat temu Polska przeszła polityczną rewolucję. I nie sposobem rewolucyjnym, a więc siłowym przejęciem władzy, a sposobem demokratycznym. Zakłamanym, podszytym oszustwem, pełnym populistycznych, więc bardzo niebezpiecznych obietnic – mimo to legalnym, demokratycznym. Powszechnymi wyborami tak do Parlamentu, jak i do Prezydentury. PiS, a konkretnie tzw. obóz Zjednoczonej Prawicy przejął władzę w kraju. W pierwszym okresie rządów PiS (bo PiS był i jest, bez cienia wątpliwości, i motorem i głównodowodzącym tą koalicją) wspierała go też nowa, populistyczna partia protestu, tzw. Ruch Kukiz skupiony wokół osoby polskiego celebryty estradowego.
Jeżeli były to wybory demokratyczne, bez przelewu krwi i użycia siły, to dlaczego określam je jako rewolucyjne? Dlatego, że ważniejszym niż siła i przemoc w utrwaleniu rewolucji jest cel (na ogół niezbyt jasno, mgliście i ogólnikowo tylko przedstawiany społeczeństwu) obalenia tzw. ancien regime, czyli zastanego, utrwalonego porządku prawnego, konstytucyjnego. A tego chciała partia Jarosława Kaczyńskiego. Można chyba bez zbytniej alegoryczności powiedzieć, że obalenie i zniszczenie III Rzeczypospolitej Polskiej było marzeniem życia tego polskiego Machiavellego.
Polska, która była marzeniem patriotycznych elit od 1945 roku, miała być Polską demokratyczną, opartą na zachodnioeuropejskiej tradycji liberalizmu. Owszem, z silnymi cechami dla Polski specyficznymi (przywiązanie do wiary chrześcijańskiej i jej etosu – w silnym nacisku na chrześcijaństwo rzymsko-katolickie), mimo to zmierzającej ku szeroko pojętej tolerancji wyznaniowej, społecznej. I przede wszystkim w oparciu o silny, zdecydowanie wyrosły z tradycji politycznych cywilizacji zachodniej, element prawa konstytucyjnego, o praworządność i rozdzielność równych sobie władz: rządowo-wykonawczej; parlamentarnej z władzą ustawodawczą: silną, niezależną od władzy wykonawczej i legislacyjnej Prezydenturą, która w największej mierze zasadza się na zapewnieniu nadrzędności konstytucji nad wszelkimi innymi aktami legislacyjnymi i zwierzchnictwem nad wojskiem (aby móc ewentualnie np. zapobiec wojskowemu puczowi rządowemu). Koroną tego systemu jest ostania, osobna i niezależna od rządu i parlamentu władza. To władza wyjątkowa, bo jest też niezależna od wyborów powszechnych. Jedyna pochodząca z mianowania wedle bardzo ściśle ustalonych reguł konstytucyjnych, która nie musi (nie powinna wręcz z zasady) brać udziału w politycznych wyścigach i umizgach wobec wyborców. Aktu nominacji dokonuje Prezydent, ale wyłącznie z krótkiej listy przedłożonej Prezydentowi z mało znanej, ale osobno wymienionej w Konstytucji niezależnej władzy – Zgromadzenia Ogólnego Sędziów Sądu Najwyższego. Ten tylko organ, i żaden inny, wybiera tych kandydatów. Ta dość skomplikowana ale silnie osadzona w Konstytucji procedura ma jeden cel i świadczy o wysokiej trosce państwa w tym jednym celu właśnie – o zabezpieczenie wszelkimi możliwymi środkami niezależności tej wyjątkowej Władzy, uniemożliwienia podporządkowania jej wobec partii politycznych. By użyć alegorii Kościoła, można powiedzieć o tej władzy, że jest swego rodzaju archikatedrą Państwa. Co to za wyjątkowa Władza? Sądy Powszechne, z ich zwieńczeniem w charakterze Sądu Najwyższego na samym szczycie i wspierających go w dziedzinach specyficznych trybunałów: Konstytucyjnego, Stanu i Administracyjnego. Nie mogą te sądy praw stanowić. Ale są jedyne, które te prawa mogą interpretować i decydować czy dany czyn je złamał i podlega karze. A co najistotniejsze, w sytuacjach pytań konstytucyjnych – mogą orzekać ostatecznie, bez możliwości odwołania, czy te przegłosowane i już nawet podpisane przez prezydenta ustawy i akty, rozporządzenia są w zgodzie z Konstytucją. Jeśli nie – tracą moc prawną. Na tym zasadza się cały fundament państwa demokratycznego w tzw. świecie cywilizowanym. W różnych krajach są różne inne, wynikłe z lokalnych tradycji i potrzeb warianty, szczegóły tej machiny funkcjonowania władzy – ale wszystkie one zmierzają do tego samego celu: zagwarantowania wszelkimi możliwymi środkami by którakolwiek z tych władz politycznych, rządowych czy sądowych, wyłonionych z wyborów czy z mianowania, nie mogła nigdy przejąć władzy nieograniczonej. W skrócie – by nie dopuścić do powstania dyktatury lub autokracji. A wszystko to jest zagwarantowane w Konstytucji. Akcie, który stanowi o państwie, określa jego charakter. Stanowi też o społeczeństwie, określa prymat (lub zależność i ograniczenia) obywatela. Konstytucja to nie jest papierek do dowolnych zmian i interpretacji. To dokładnie to samo dla Państwa i obywateli, co Dekalog dla Kościoła. Można prowadzić spory teologiczne o setki spraw w rozumieniu religijnych przykazów, zachowań, konieczności i niemożliwości. Ale odrzucić choćby jedną zapisaną w Dekalogu jest niemożliwe. Wówczas Kościół traci swój sens istnienia, bo decyduje, że w ‘wyborach’ (więc np. w głosowaniu na Synodzie) może obalić Boga lub, że dany biskup czy nawet papież Bogu jest równy lub wręcz od niego wyższy. Takie zachowania Kościół musi ogłosić herezją, potępić i wyłączyć jego wyznawców z Kościoła. To samo jest z Konstytucją. Zwykłe akty rządowe ani nawet parlamentarne, nawet z błogosławieństwem prezydenta, jej zmienić nie mogą. Ani zwykła większość sejmowa. Nie mogą usuwać niezależnych sędziów z sądów. Nie mają prawa lekceważyć wyroków i orzeczeń sądowych. Mogą się odwoływać do wyższej instancji, aż do tego Sądu Najwyższego i wymienionych Trybunałów. A kiedy te wydadzą swój wyrok, droga się kończy. To wcale nie jest takie skomplikowane i wcale nie utrudnia sprawnego funkcjonowania państwa. Przeciwnie. Jest zbawienne. Ostatecznie wybory są na ogół co cztery lata. Proszę sobie wyobrazić ten bajzel i chaos, gdyby każdy nowy rząd i sejm wywracały wszystko do góry nogami! Katastrofa ekonomiczna i socjalna. A współpraca międzynarodowa fatalna. Przed wizją takiej katastrofy teraz stajemy w Polsce. Dlatego, że członkowie PiS i liderzy koalicjantów PiS wpadli w pułapkę wizji Jarosława Kaczyńskiego. Najniebezpieczniejszego człowieka w Polsce. Człowieka nienawidzącego III Rzeczypospolitej Polskiej. Naszego państwa.
To nikt inny, tylko Jarosław Kaczyński dążył wszelkimi metodami i podchodami do przeprowadzenia wyborów 10 maja. Wiedział bowiem, że to daje największą szansę wygrania ich przez Andrzeja Dudę, który jest mu bezwzględnie i całkowicie posłuszny. Wyborów, które bezpośrednio zagrażały nie tylko zdrowiu ale życiu tysięcy Polaków. Bo posłuszny Prezydent jest mu niezbędny dla zniszczenia resztek niezależności sądów polskich. Gdy te Sądy opanuje swoimi ludźmi (właśnie pokroju Andrzeja Dudy, tj. posłusznych prezesowi partii) będzie mógł dokończyć dzieła zniszczenia i pogrzebania znienawidzonej przez niego III Rzeczypospolitej. W świetle prawa, bo nawet je ostentacyjnie łamiąc – zależne od niego sądy potwierdzą je jako zgodne z Konstytucją. Wtedy bez autentycznej rewolucji obywateli, bez wyjścia na ulicę i autentycznych, a nie zbudowanych z tektury, flag i plakatów barykad – nikt tego nie powstrzyma. I wie, że taka rewolucja jest bardzo mało realna w Polsce i milionów nie pociągnie. Może mieć miliony sympatyków ale nie może mieć milionów na barykadach. A małe rewolucje można łatwo i stosunkowo małymi stratami zdusić. Ktoś może logicznie spytać – no ale skoro ma tak wielką (J.Kaczyński) władzę i już kilkakroć zmusił i rząd i Prezydenta do złamania Konstytucji w mniejszych sprawach, to po co mu ten parawan ‘legalności’? Może zlekceważyć protesty Sądów i ich wyroki, kadencja sędziów polskich nie jest dożywotnia i nie aż tak długa, więc powoli i tak obstawi te sądy swoimi ludźmi (tak , jak całkowicie nielegalnie zrobił z Trybunałem Konstytucyjnym i trybunał ten w dalszym ciągu już blisko pięć lat funkcjonuje w tej nielegalnej formie). Może. Ale czas nie płynie na korzyść Kaczyńskiego niestety. Ani jego biologiczny (jest coraz starszy i zdaje się nie najlepszego zdrowia) ani polityczny. Za kolejne cztery lata istnieje bardzo silna możliwość całkowitej utraty władzy w postaci przegranych wyborów parlamentarnych. Nie dlatego nawet, że Polacy nagle zatęsknią en masse za demokracją, za prawem, za wolnością i równością. Polacy będą zmuszeni to zrobić, bo staną oko w oko z wielkim kryzysem finansowym, a więc i ekonomicznym. Pieniądze Skarbu kurczą się z miesiąca na miesiąc. Skala nieodpowiedzialnych, choć popularnych, świadczeń socjalnych w połączeniu z bardzo nieudolną polityką ekonomiczno-inwestycyjną rujnują ten Skarb. Olbrzymie pieniądze otrzymywane z Unii zmniejszają się z każdym rokiem (jak zmniejszać się miały po okresie wstępnej masowej pomocy), nowe mogą wyschnąć całkowicie, gdy Unia w końcu stanie wobec twardych decyzji czy Polska stosuje się do praw europejskich, które gwarantowała podpisując Traktat wspólnoty europejskiej. Jest jasne, że w sprawach sądów najwidoczniej tego nie robi. Po ostatecznym zapadnięciu wyroków Trybunału Sprawiedliwości w kilku zbliżających się do wokandy kwestii polskich – Komisja Europejska i Parlament Europejski zmuszony będzie podjąć ważne decyzje. Jak na razie jest dość oczywiste, że te wyroki Trybunału nie będą dla PiS korzystne. Wtedy mogą się zamknąć kurki z rurociągu finansowego z Brukseli do Warszawy. Nie tylko zamknięcie tych kurków – mogą nastąpić bardzo wysokie kary finansowe. Wtedy urządzanie popularnych w elektoracie nagonek na różne mniejszości (ostatnio centralnym punktem kampanii nienawiści i szczucia poddani są obywatele LGBTQ) może nie wystarczyć na utrzymanie władzy. Ale jeżeli podporządkowany Kaczyńskiemu Sąd Najwyższy RP, przy wsparciu Trybunału Konstytucyjnego RP już podporządkowanego całkowicie PiSowi, wyrokiem uzna np. sfałszowane wybory za prawdziwe i legalne to bardzo utrudni ingerencje Unii a Polakom w kraju uniemożliwi zupełnie podważanie ważności takich wyborów. A poza sprawami wyborów jest jeszcze cała masa funkcjonowania państwa i społeczeństwa. Przy służalczości sądów wszystko prawie można zrobić. Ludzie niebezpieczni mogą być pozbawiani praw politycznych, nawet lądować w więzieniach. Kobiety stracić jakiekolwiek prawo do decydowania o swoim ciele (aborcje), zmiażdżyć sfingowanymi oskarżeniami i nowymi prawami niezależne ośrodki mediów a zwiększyć zasięg już potężnej machiny propagandowej rządu, zrujnować finansowo niezależne NGO (fundacje, organizacje praw człowieka i obywatela, nawet fundacje zdrowia i opieki – trwająca już od kilku lat straszliwa nagonka na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy). To wszystko, i sprytnie i bezwzględnie przeprowadzane może zmienić też i samo społeczeństwo. Obroża niewoli zakładana bardzo powoli i ostrożnie nie doskwiera silnie aż do momentu, gdy zamyka się jej ostatnie ogniwo. Wtedy, pewnego dnia, zgodnie z Konstytucją czy nie to prawie bez znaczenia będzie, bo usłużni sędziowie stwierdzą, że zgodnie – tryumfalny Jarosław Kaczyński będzie w stanie tą Konstytucję tak zmienić, że będzie mógł urbi et orbi powiedzieć: tym podpisem naszego Prezydenta Andrzeja Dudy zamykamy ostatnią kartę III Rzeczypospolitej. Od jutra będzie IV. Nasza.
I dlatego wystosował ten słynny już, długi i ważny List do członków PiS. List przedwyborczy nakazujący maksymalną mobilizacje wyborczą. Wszelkimi możliwymi środkami i drogami. Ten List nie pozostawia cienia wątpliwości, że te wybory traktuje jako ‘być albo nie być’ wizji i celu PiS. I całkowicie mu tym razem wierzę. Kontrkandydatów Dudy traktuje w tym Liście wyraźnie i bez wątpliwości, nie jako politycznych rywali, ale jako wrogów. Ten List należy traktować z pełną powagą. Bo pisze go nie Prezes partii a wódz partii. Nie pan Duda, który nawet w swojej partii nie może być traktowany poważnie ale de facto władca Polski – Jarosław Kaczyński. Człowiek, który szczerze nienawidzi III Rzeczypospolitej Polskiej. A zwłaszcza jej ,gorszego sortu’. Gdy ktoś szczerze nienawidzi – to jest bardzo niebezpieczny.
Czy Polacy docenią skalę niebezpieczeństwa jakie nad krajem zawisło? Nie wiem. Jest olbrzymia szansa, że te dwa ostatnie miesiące, naznaczone piętnem pandemii, które uwypukliło kruchość (nie tylko w Polsce, wszędzie) pozornego pokoju i małego dobrobytu społeczeństw – dało wielu szanse na zdrową refleksję. Co może się stać, jeśli tak wszystko z dnia na dzień potrafi się zmienić, odwrócić? Jakie gwarancje i obietnice ofiarowywane nam przez istniejąca władzę są silne i prawdziwe? Co się stanie gdy nie będą mogli ich dochować nawet gdyby chcieli? W jakim państwie wtedy łatwiej i bezpieczniej będzie przeżyć, przetrwać? W państwie podzielonym i skłóconym czy na nowo zjednoczonym jakimś wspólnym dobrem, wspólna wartością? W państwie, gdzie wszyscy muszą żyć wedle jednego tylko wzorca i jednej z góry narzuconej tradycji czy w państwie, w którym wszyscy CHCĄ żyć mimo różnic ideowych, światopoglądowych, wyznaniowych, rasowych, orientacji seksualnych? Bo wszyscy tacy sami nigdy i nigdzie być i tak nie możemy. To nierealne i nie naturalne. Żyjąc od lat w państwie (Kanada), które uważam za jedno z najlepszych pod względem tolerancji i szacunku wobec olbrzymiej wielości różnych mniejszości – proszę mi wierzyć, że w takim żyć dużo łatwiej. I bezpieczniej. Nie jest doskonałe. Ciągle zmaga się ze swoja przeszłością pełną błędów. Ale systematycznie z tą złą się właśnie zmaga, walczy, polepsza teraźniejszość. A zjechałem i poznałem szmat świata.
Poniżej chcę państwu przedstawić list innego kandydata na Prezydenturę Polski. Rafała Trzaskowskiego. Ten List, jest dokładną odwrotnością Listu Kaczyńskiego. Oferuje nadzieję zamiast strachu. Wyciąga rękę zamiast ją odcinać. Ten List publikuję, bo nic chyba tak dobitnie nie ukazuje różnicy między Jarosławem Kaczyńskim a Rafałem Trzaskowskim. Jeden jest antytezą drugiego. Ktoś się może spytać czemu piszę tu o Trzaskowskim i Kaczyńskim, a nie Trzaskowskim a Dudą? Ale ktokolwiek by takie pytanie zadał to naprawdę bardzo proszę posłuchać o co Pan czy Pani się pyta. Pan Andrzej Duda w tych wyborach nie ma najmniejszego znaczenia, jako osoba. On nie kandyduje ani nawet nie pretenduje, że chciałby być prezydentem. Pan Andrzej Duda jest po prostu reprezentantem pana Prezesa PiS. Aby to jaśniej przedstawić wrócę na moment do kraju mojego obecnie zamieszkania, Kanady. Otóż (wiele osób o tym zapomina) Kanada jest monarchią konstytucyjna a nie republiką, jak Polska. Głową państwa więc nie jest prezydent a monarcha. Ale ze względów historycznych nasz monarcha nie mieszka w Kanadzie tylko w Wielkiej Brytanii. Czyli praktycznie obowiązki Głowy Państwa (i Zwierzchnika Sił Zbrojnych) pełni Generał Gubernator (najczęściej po polsku określany błędnie jako Generalny Gubernator) . Ale ten Gubernator nigdy nie jest i nie będzie Monarchą Kanady. Jest tylko tego Monarchy przedstawicielem. Tak, jak pan Duda jest tylko reprezentantem Prezesa.
A oto List Rafała Trzaskowskiego.
Rafał Trzaskowski
List do sympatyków i członków PiS
Szanowni Państwo,
kilka dni temu otrzymaliście Państwo list od Prezesa PiS Pana Jarosława Kaczyńskiego. Mimo że adresowany był do członków i sympatyków Waszej partii, jego treść przedostała się do mediów. W związku z tym wszyscy mogliśmy w nim przeczytać, że „zwycięstwo kandydata KO oznaczałoby ciężki kryzys polityczny, społeczny i moralny”.
Od wielu lat polskie życie polityczne trawi choroba nienawiści. Oduczyliśmy się ze sobą rozmawiać. Przestaliśmy szukać porozumienia. Zakładamy z góry, że w każdej sprawie musimy stać po dwóch stronach barykady. Czy naprawdę tak jest? Nie możemy pozwolić na to, żeby kolejny raz wygrały podziały. Ludzie mogą się różnić, ale szacunek do drugiego człowieka, braterstwo oraz wspólnota muszą wygrać. Kiedy kamery są wyłączone, politycy potrafią ze sobą normalnie współpracować. Znam wielu, którzy – mimo że reprezentują różne opcje polityczne – normalnie ze sobą rozmawiają. Dziś w Polsce potrzebujemy tej rozmowy.
Domyślam się, że większość z Państwa może być zaskoczonych moim listem. Dużo czasu musi upłynąć, żebyśmy znów zaczęli prowadzić normalny spór o wartości i sprawy merytoryczne. Bez nienawiści i agresji. Kiedyś trzeba jednak zrobić pierwszy krok. Ktoś pierwszy musi wyciągnąć rękę.
Nie możemy żyć ciągle w stanie napięcia, konfliktu i kryzysu. Musimy spróbować znowu być wspólnotą, mimo że często się ze sobą różnimy. Ci z polityków Prawa i Sprawiedliwości, którzy mnie znają, wiedzą, że taki właśnie jestem. Zawsze szukam kompromisu. I dalej będę go szukał, starając się odbudowywać wspólnotę i szanując wszystkich, bez względu na ich poglądy. Nie mam problemu z tym, że postrzegacie mnie jako przeciwnika politycznego. Nie patrzcie proszę jednak na mnie jak na wroga, bo nie jestem Waszym wrogiem. Nie ma we mnie także nienawiści. Często czuję zdumienie, czasem smutek, ale nigdy nienawiść. Uważam, że Polsce potrzebny jest silny Prezydent, który na każdego będzie patrzył tak samo – niezależnie od tego jaką partię reprezentuje lub jakiej partii jest sympatykiem.
Najbliższe tygodnie to będzie rozmowa o Polsce dla naszych dzieci. Chciałbym, żebyśmy w tej rozmowie potrafili się słuchać, a nie na siebie krzyczeć. Prowadźmy dialog między sobą, bez pośrednictwa państwowych mediów i polityków. Może się okazać, że nie różni nas aż tyle. Wszyscy mamy prawo do patriotyzmu, do miłości do naszego kraju. Polska bez podziałów jest silniejsza. Takiej Polski chcę.
Chcę Państwu powiedzieć, że naprawdę szanuję Państwa poglądy i jeśli zostanę prezydentem, będę też Waszym prezydentem. Będę prezydentem budującym wspólnotę narodową. Będę bronił praw każdego obywatela – bez względu na różnice poglądów.
Bądźmy wspólnie dumni z naszego kraju. Mimo różnic.
text by B Pacak-Gamalski; photographs of Jola Drozdzenska and B. Pacak-Gamalski
Warsaw, J. Drozdzenska, 2020;
Wroclaw, B. Pacak-Gamalski, 2018
Lublin, J. Drozdzenska, 2020
Wilno, B. Pacak-Gamalski, 2018
Henrik Ibsen, great Scandinavian play writer, said “A thousand words leave not the same deep impression as does a single deed”. In ensuing years, the sentence become known as “a picture is worth thousand words’. Perhaps not always true or oversimplified (as any popular sayings) – it does hold popularity and often serves its purpose.
Many of you have become familiar with my own likes of using camera to build an image of place, happening or even a feeling of familiarity, something that touches our common memory or imagination.
So let me take you on a journey of four cities in present or former Poland, which have a tremendous effect on shape of Central and Eastern Europe in the past one thousand years.
First Warsaw (Warszawa in Polish), capital of Poland since XVI century, when moved there from Cracow, the old capital. Then Lublin – very old and definitely not large city, in the last 300 years slightly forgotten and not as prominent as before. Wroclaw – very old and powerful city in Lower Silesia of early Poland, than equally powerful city of kingdoms and empires of Bohemia, Hungary, Austria and Germany. It returned to Poland in 1945. Wilno (Vilnius in Lithuanian) – originally an old capital of Duchy of Lithuania, than Polish major city for hundreds of years in northeastern part of the Kingdom. Since 1945 become again capital of modern independent Lithuania.
These cities, perhaps (apart from the medieval city and first Polish capital of Cracow) more than any other, shaped or witnessed for hundreds of years the type and extend of borders and policies of major powers of Europe until the end of XVIII century.
Once Christianity and Papacy become the force that created what is known today as Europe, a new era begun on this continent. It lasted for hundreds of years. And is still visible and recognizable in today’s European states and alliances. After all, the EU (European Union) is nothing more than re-emergence of old goals of early Western Christianity Europe of Holy Empires, popes, Christian dukes and kings. No, it no longer adheres to Papacy and it’s moral or political authority, to a large extend it doesn’t adhere at all to any religious order or vision. It is modern, cosmopolitan and based on equality of rights of its citizen’s, who can pray to any god they wish to or not pray at all. It is secular to the core. The unity it aspires to project is of cultural, not simply religious, heritage. Cultural and civilizational. But the Europe of first modern states after the collapse of earlier pagan Roman Empire, lasted for more than thirteen hundred years ( approx. until XVIII century). It wasn’t Europe of Italian, French, Spanish, German or Polish nation states. It wasn’t Europe of nations at all. It was Europe of dynasties, of Crowns. Yes, it is true that most of these dynasties started somewhere, in some very small and concrete territory, were locals spoke one dialect. But just a stone throw away people were speaking different dialect. It took hundreds of years for national languages and national mythology to emerge. Of what is Britain today, what is France or Germany, or Poland was decided by chances lost and won by the dukes and kings. From very few families. Local population had little sway or interest for these families. Land and opportunity to expand it and keep secured was the major interest. The most decisive years were these between XII and XV century. They shaped or paved the way for today’s states. The monumental three hundred years saw the decline of small, local feudal dukes (France, England and Scotland, Poland) and emergence of powerful Houses: of France, Spain, England, Scotland, Poland, Germany and Hungary ( for a shorter, earlier period until year 1200 – Bohemia, todays lands of Moravia, Czech and Slovakia and Silesia). In Poland, which was the most powerful kingdom and major driving political force east of Oder and Carpathian Mountains, ruled the House of Jagiellonian kings. Comparable in strength and influence to the Habsburgs, the House of Anjou and Valois, the Bourbons on the continental side and Tudors and Stuarts on the Island. More or less all of them intermarried at some time with each other and to a large extend the remaining Royal Houses of Europe (including the – German in origin – Windsor House of our Queen) comes from a mix of these medieval royal families of France, Germany, Poland and Spain.
But enough of history. I stop before the ‘thousand words”. Only eight hundred so far.
Warsaw, (Warszawa in Polish) – a city that lies in the middle of Poland, on both sides of main Polish river, Vistula (Wisla in Polish), since 1596 capital of Poland. Frist gallery is the most recent, photographed in last days by North Vancouver’s photographer, Jola Drożdżeńska. Second, from 2018 by the author.
Lublin – old and not a very significant nowadays, but prominent Polish city by the end of medieval period, often Seat of the Sejm (Polish Kingdom House of Commons). In 1413 was a place were the most important (apart from accepting Christianity by early Polish Dukes in 966) political moment of Polish history happened: the Union of two powerful states: Kingdom of Poland and Grand Dutchy of Lithuania. It gave rise to huge imperium stretching at times from Baltic Sea to Black Sea, that lasted until it’s collapse in 1795. (all photos by J. Drożdżeńska, 2020)
Wroclaw (Breslau in German, Vratislav in Czech) – very prominent and old city in Silesia. Originally established and govern by early Polish dukedoms of the Piast dynasty and Bohemian king Vratislaw (hence the name). But from the onset it often changed hands between Polish and Bohemian states. Since XIV century the city often fell under German Emperors and Dukes; at times even under the rule of Hungarian kings. It was perhaps the most multicultural and multiethnic city in this part of Europe, including an early medieval settlement of Wallons from Belgium. By the end of XIV century the Polish Kingdom lost practical and even legal control of the city and it became part of Hapsburg’s Empire, followed much later by Prussian rule. Since 1945 it is part of Poland again. No other city in Poland (perhaps with the exception of Gdansk on the Baltic Sea) symbolizes the early European mix of cultures, feudal interests and intersections of major political cooperation and wars, as Wroclaw. (photos by B. Pacak-Gamalski, 2018)
Wilno (Vilnius in Lithuanian) – the only city in this story that is not a part of Poland today, but returned , as its capital, to independent Lithuania in 1945. It’s here because one can’t even begin to talk about Polish Kingdom by the end of medieval epoch and the great dynasty of the House of Jagiellons without that city. It is, after all, from here that the great European dynasty of Jagiellonans emerged after signing first a personal union (1385), and then full union of two states unification: Polish Crown and Lithuanians Grand Dutchy. And, as Wrocław far to southwest border of Poland, Wilno was, through most of its days in the Polish Commonwealth and the Second Polish Republic (1918-1945), an amazing mixture of cultures, religions, even civilizations (starting with two very different types of early division of Christianity – Orthodox (Constantinople Eastern Roman Empire) and Roman Catholic (Western Holy Roman Empire). In times it became important centre of Jewish faith and studies; protestant Christianity (mainly Calvinism), there were pockets of Tatars and Muslim faith. You name it – it was European Toronto of late Middle Ages. (photos by B. Pacak-Gamalski, 2018)
By the XIX century the old Europe of multinational dynasties, for all practical reasons, was gone, replaced by national, ethnic states. The final ‘nail to the coffin’ of the old Europe, was the I world war. But the shape of these states, the language and mythology of these national states was formed by these dynasties and the old Europe.
Z inicjatywy Polek i Polaków spotykających się wirtualnie w grupie Facebook’a pod nazwą “Stół Rozmów Polaków’ powstał List do Marszałka Senatu, Tomasza Grodzkiego w sprawie terminu wyborów prezydenckich w Polsce. Ponieważ termin tych wyborów ustalany jest zgodnie z Konstytucją i stosownymi w tym zakresie Ustawami, takoż samo zmiana tego terminu ustalona jest wyraźnie w stosownym paragrafie konstytucyjnym i nie może być, poza nieprzewidzianymi w tym paragrafie sytuacjami, zmieniana, odkładany w czasie. Pomijając szczegóły tego paragrafu, w olbrzymi skrócie sprowadza się to do faktu, że aby zmienić termin w kraju musi być wprowadzony Stan Wyjątkowy. Jedynym odstępstwem może być wycofanie się z kandydowania wszystkich bez wyjątku kandydatów. Czyli wszystkich jednoczesna i identyczna decyzja publicznie zgłoszona. Pozostanie choćby jednego, choćby najmniej wiarygodnego kandydata – sprawie, ze taki kandydat siła rzeczy wybory wygra nie jako walkowerem: na Liście Wyborczej poza jego/jej nazwiskiem nie będzie nikogo innego! Prawo jest ślepe i czasem takie sytuacje się zdarzają. Treść Listu (podpisanego też przez szereg osób z innych ośrodków w Kanadzie, jak i też z Europy i USA) znajdziecie Państwo na końcu tego artykułu.
Stąd opór rządu Morawieckiego i Prezydenta Andrzeja Dudy (za naciskiem Jarosława Kaczyńskiego, de facto dowodzącego i rządem i prezydentem) by Stanu Wyjątkowego nie wprowadzać, a przez to zasłaniać się klauzula konstytucyjną uniemożliwiającą zmianę terminu wyborów. Sprowadza się to do zwykłej rachunkowości statystycznej. I wyrafinowania politycznego.
Opozycja w Polsce, mimo bohatersko reklamowanej na zewnątrz jedności w sprzeciwie wobec jawnie dyktatorskich i łamiących prawo rządów PiS, nie potrafiła wypracować i uzgodnić jednego tylko kandydata na Prezydenta. Mamy więc kandydata centrowego (PO i Kidawa-Błońska); kandydata Lewicy (Biedroń), prawicowej partii chłopskiej (PSL i Kosiniak-Kamysz). Do tego jeszcze kandydat (Bosak) partii faszyzujących skupionych w Konfederacji. Po stronie ultra-prawicy chrześcijańskiej PiS i jego drobne nadbudówki: partia ‘Porozumienie’ J. Gowina i partia ‘Solidarna Polska’ Zbigniewa Ziobry wystawiają naturalnie tylko jednego, wspólnego kandydata – Andrzeja Dudę.Pomijając Bosaka, który nie ma większego znaczenia ani szansy, mamy więc sytuacje podzielonego wyraźnie społeczeństwa na obóz rządowy i obóz demokratyczny. Tylko strona rządowa ma jedną tylko opcję: Duda, a strona demokratyczna aż trzy.
Matematycznie jest prawie niemożliwe by z tych trzech kandydatów w pierwszej turze ktokolwiek mógł zdobyć 51 procent głosów i wygrać wybory. Zakładając, że nikt – więc i Duda też – pierwszej tury nie wygra, 2 tura to już zupełnie inna para kaloszy. Na boisku zostanie tylko dwóch graczy: Duda i Kidawa-Błońska (wszystkie sondaże raczej taką tylko opcje na 2 turę przewidują). A wtedy sondaże mówią rzecz zaskakującą: Duda (nawet przy poparciu Bosaka z Konfederacji) przypuszczalnie wybory przegra.
I oto nagle w sukurs przychodzi … zaraza. Tak, pandemia koronawirusa Covid-19. Premier Moraczewski (podobnie, jak prezydent Duda, wierny bez zająknięcia władzy i poleceń Prezesa PiS) wprowadza faktyczny stan wyjątkowy używając dostępnych mu dyrektyw i rozporządzeń sanitarnych, epidemiologicznych, socjalnych – bez formalnego wprowadzenia Stanu Wyjątkowego przez Prezydenta. Więc (formalnie) zasłaniają się brakiem możliwości przesunięcia wyborów, bo wszak Stanu Wyjątkowego nikt nie wprowadził. A bez tego nie można.
A Jarosław Kaczyński, odwieczny manipulator i kombinator III RP od czasów jej powstania, nie do końca wierzy swojemu elektoratowi. I słusznie chyba, bo wyborcy PiS są wyborcami w większości koniunkturalnymi, tzn patrzą kto im da więcej i za mniejszą (lub żadną) pracę. Mówiąc językiem handlowym, transakcyjnym, to elektorat … łatwo przekupny. Ten ścisły, religijny prawie elektorat PiS jest tak naprawdę bardzo nieliczny. Więc pan Prezes wykombinował, że najlepszą szansą są jednak wybory 10 maja. Kwarantanny, rosnące przerażenie i lęk przed zakażeniem się, nakazy izolacji i nie zbierania się razem – skutecznie zlikwidowały jakąkolwiek kampanię wyborczą. Dla pozostałych kandydatów. Pan prezydent jeździe, pokazuje się stale w telewizji, spotyka z obywatelami. Przecież jest prezydentem, więc powinien być widoczny w czasie zarazy i pomoru, by ludziom dać otuchę! Nawet gdyby inni kandydaci zawiesili swoje kandydatury – pan prezydent tego nie zrobi. A jeden kandydat wedle prawa to liczba wystarczająca. Przecież nie można nikogo zmusić, by kandydował, więc o co chodzi?
10 maja jest prawie za miesiąc tylko. Epidemia dopiero nabiera w Polsce pędu. Jest prawie nierealne by do tego czasu uległa wyraźnemu zahamowaniu, by więcej nie zagrażała. W kwietniu może dojść do sytuacji (co zdarza się już w krajach o dużo silniejszym systemie medycznym i szpitalnym niż w Polsce) w której lekarze będą zmuszeni grać role boga decydując, komu dać szansę na przeżycie a kogo de facto skazać na śmierć. Zabraknie po prostu aparatów tlenowych. Tak się dzieje we Włoszech, w Hiszpanii i powoli w innych krajach. Tak się może zdarzyć szybko w bogatej Kanadzie, w Niemczech, raczej na pewno w USA, które przekroczyły już liczbę zachorowań w Chinach. Pierwszymi ofiarami takich drakońskich decyzji będą osoby po 60 roku życia. Czysta, zwykła (choć okrutna) kalkulacja. Dać szansę komuś 30-letniemu czy 60-latkowi, jeśli jest tylko jedna maszyna dla nich obu? Jak ty, gdybyś był lekarzem, byś wówczas zadecydował, gdyby ta osoba 60-letnia była twoją mamą, tatą? Może przy babci, dziadku byłoby trochę lżej … . Ta makabryczna wizja jest już realnością w niektórych krajach, gdzie ten wirus dotarł wcześniej.
I czy w takiej sytuacji ktokolwiek trzeźwy spodziewać się może, że wystarczająca ilość osób na wybory pójdzie i te ryzyko złapania wirusa i wrócenia z nim do domu podejmie? A wówczas ta własnie mała, religijnie wierna grupka zwolenników PiS może zadecydować o tym, kto będzie prezydentem Polski na następne cztery lata. I to jest kalkulacja pana Prezesa. Szarego Posła Rzeczypospolitej.
Kanada, 25 marca, 2020
DoPan Marszałek Senatu Rzeczypospolitej PolskiejTomasz Grodzki
Pan Przewodniczący Komisji Spraw Emigracjii Łączności z Polakami za Granicą, Senator Kazimierz M. Ujazdowski
Szanowny Panie Marszałku
My, niżej podpisani Polki i Polacy zamieszkali na stałe poza granicami Kraju, wyrażamy głębokie zaniepokojenie nieprzerwanymi przygotowywaniami Władz i czynników politycznych Rzeczypospolitej Polskiej do powszechnych wyborów na Urząd Prezydenta RP w dniu 10 maja 2020. Polska, podobnie jak większość krajów świata, jest w trakcie pandemii koronawirusa powodującego ciężką chorobę dróg oddechowych COVID-19.
Kraj jest dopiero w początkowej fazie epidemiologicznej i wszelka wiedza profesjonalnych środowisk naukowych wskazuje wyraźnie, że w krótkim czasie należy się spodziewać pogorszenia sytuacji, zanim nastąpi jakiekolwiek polepszenie.
Rząd i Samorządy Lokalne w Kraju wydały już stosowne przepisy kryzysowe, które w sposób drakoński – aczkolwiek słuszny – ograniczają wiele podstawowych funkcji normalnego, wolnego społeczeństwa. Fundamentalnym przekazem tych przepisów jest maksymalne ograniczenie mobilności i kontaktów obywateli polskich, nakaz etyczny i prawny izolowania się od innych i przebywania w domach. Jest zrozumiałe, że tego typu obostrzenie bez względu na fakt, jak je formalnie określimy w przepisach i zarządzeniach i czy oficjalnie wprowadzi się określony konstytucyjnie stan wyjątkowy – uniemożliwia swobodne prowadzenie jakiejkolwiek kampanii wyborczej i skutecznie ogranicza prawa wyborcze i polityczne obywateli, ich kandydatów na Urząd i partii politycznych. Ma to też legalne znaczenie dla Polaków mieszkających poza granicami Polski, którzy w miejscach zamieszkania podlegają lokalnym przepisom uniemożliwiającym lub bardzo ograniczającym czynny udział w wyborach. Wszystko to stawia pod dużym znakiem zapytania wyniki wyborów, ich akceptację przez społeczeństwo.
Te fakty same w sobie w sposób oczywisty winny wpłynąć na przełożenie terminu wyborów na czas po ustaniu zagrożenia epidemiologicznego. Ale ponad te zasady zdrowego funkcjonowania Państwa wyłania się rzecz wagi wyższej i najistotniejszej: bezpieczeństwo życia i zdrowia obywateli. Dążenie do wyborów w niezmienionym terminie wydaje się być jakimś makabrycznym nieporozumieniem, zagrożeniem zdrowia i życia osób, ich rodzin i znajomych, którzy w wyborach by udział wzięli.
Apelujemy przeto do Pana, Panie Marszałku i Pana Senatora Ujazdowskiego, który nas w Senacie reprezentuje, abyście podjęli wszelkie sposobne i możliwe kroki do powstrzymania tego procesu. Szczególnie Senat, Izba Parlamentu kojarzona ze spokojem, równowagą i refleksją godną senatorów Najjaśniejszej, winien mieć ku temu wyjątkowe znaczenie i usytuowanie w randze Instytucji demokracji polskiej.
Niżej podpisani nie reprezentują jednej, konkretnej organizacji lub zgromadzenia polonijnego. Reprezentujemy razem i z osobna szereg profesji, szeroki zakres aktywnego współuczestnictwa w polskim i lokalnym życiu kulturalnym, artystycznym, naukowym. Idea Listu powstała w kręgach Polonii kanadyjskiej, ale znalazła szerokie poparcie wśród naszych przyjaciół w innych krajach osadnictwa polskiego. Niektórzy z nas działają tu aktywnie od dziesięcioleci, inni od lat kilkunastu lub kilku. Co nas łączy to serdeczna nić z Krajem i wspólna troska o jego losy i dalszy rozwój. I zaniepokojenie losami naszych rodzin i przyjaciół , których wybory w maju tego roku naraziłyby na niedopuszczalne i całkowicie możliwe do uniknięcia ryzyko. Nie wyrażamy poparcia lub potępienia dla takiej czy innej opcji ideologicznej, politycznej lub wręcz filozoficznej. Natomiast mamy głębokie przywiązanie do zasad zdrowej demokracji, pluralizmu i współuczestnictwa w procesach rozwoju społeczeństw, w których mieszkamy i społeczeństwa w Polsce.
Z wyrazami głębokiego szacunku
Anna Bocheńska, St. Catharines, Ontario; Agnieszka Bylicka, Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Iko Bylicki, Vancouver, Kolumbia Brytyjska (b. wieloletni Prezes Vancouver Chopin Society); Lena Chorobik, North Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Bożenia Chudzińska, Seattle, USA; Christian S. Ciesielski, Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Mieczysław Czarski, Ottawa, Ontario; Jola Drożdżeńska, Port Moody, Kolumbia Brytyjska; Jerzy Goliski, Königs Wusterhausen, Niemcy; Kazimierz Klimek, Calgary, Alberta;Janusz Kowalski, Galiano Island, Kolumbia Brytyjska; Anna Krenz, Berlin, Niemcy (kurator non-conform art projects w Europie): Tadeusz Orłowski, Coquitlam, Kolumbia Brytyjska; Maja Urbanski, Toronto, Ontario; Bogumił Pacak-Gamalski, Dartmouth, Nowa Szkocja (b. red. naczelny Rocznika twórczości Polskiej w Kanadzie „Strumień”); Agata Pilitowska, Toronto, Ontario (aktorka, producent teatralny); Izabella Sobieska, North Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Jacek Surma, Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Tamara Szymańska-Golik, Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Mark Tucholski, Montreal, Quebec; Anna Wiaczek-Fustik, Bremen, Niemcy; Jolanta Woźniak, Surrey, Kolumbia Brytyjska; Marcin Żmudzki, Falls Church, USA (social media editor-coordinator)
sprowadzenia zwłok gen. W. Sikorskiego (Plymouth, 1943)
Dziwna sprawa z tymi wypadkami lotniczymi. Specjalnie tymi katastrofalnymi. I na ogół tak do końca nigdy nie wyjaśnionymi w pełni. Polska miała w tym udział dość ważny i wyjątkowo brzemienny w skutkach udział.
Wiemy, że w 1943, już po odkryciu Katynia przez Niemców i pisemnej relacji polskiej Komisji PCK pod przewodnictwem zaufanego i godnego wiary Kazimierza Skarżyńskiego (nota bene zięcia hrabiego Zamoyskiego, który był głównym kandydatem w pierwszych wyborach prezydenckich w Polsce i przegrał do Narutowicza ledwie kilkoma głosami), Sikorski i jego rząd stawali się co raz bardziej niewygodni dla Churchilla i Stanów. Pomoc kolosa militarnego stalinowskiej Rosji stawały się ważniejsze niż wierność dla najważniejszego do tej pory alianta. Sikorski wyjeżdża z Londynu na objazd jednostek polskich na Bliskim Wschodzie. Bazą wypadową jest brytyjski Gibraltar. Używa oddanego do jego dyspozycji amerykańskiego Lancastera B-24, maszyny dość dobrej i skutecznej. Samolot w 16 sekund po starcie woduje awaryjnie na morzu. Ale wodowanie nie jest kontrolowane, raczej wymuszone i nagłe. W krótkim czasie maszyna tonie. Giną wszyscy (choć do dziś nie odnaleziono ciał ani Zofii Leśniewskiej – córki Premiera – ani jego cywilnego adiutanta Kołakowskiego). Przeżył jedynie pilot, Czech, Eduard Prchal. Jedyny z załogi i pasażerów, którym miał założoną kamizelkę ratunkową. Łącznie zginęło 16 osób – w tym naturalnie Premier RP Sikorski i doradca v-ce Króla Indii , brygadier John Whiteley. To liczba najczęściej podawania i oficjalnie przyjęta.
Szybko po wypadku rozeszły się pogłoski, że był to zamach: a)polsko-brytyjski; b) akcja sowiecka – w tym samym czasie w Gibraltarze przebywał Majski, Komisarz Spraw Zagranicznych Moskwy i – co ciekawsze – wysoki oficer brytyjskiego kontrwywiadu Philby, który wiele lat po wojnie okazał się podwójnym szpiegiem moskiewskim. Odnosi się wrażenie, że nikomu tak naprawdę nie zależało na dogłębnym zbadaniu sprawy i przyczyn katastrofy samolotu i śmierci tych osób. Po dziesiątkach lat nawet polskie specjalne śledztwa przeprowadzone w latach 1993 i 2008 nie były już w stanie precyzyjnie ustalić ani powodów ani rozwiać wszystkich kontrowersji. Poza jedną – głośno było kiedyś, że Sikorskiego i jego przybocznych zamordowano już w wilii Gubernatora Gibraltaru z udziałem zabójców polskich i brytyjskich, a ciała umieszczono w samolocie i celowo spowodowano katastrofę. Sekcje zwłok dobrze zakonserwowanych szczątków Sikorskiego przeprowadzone w Polsce wykluczyły tą możliwość. Sikorski zginął/zatonął w samolocie. Losy Polski, Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i znaczenie polskich władz państwowych w Londynie uległy po tym wypadku zdecydowanie pogorszeniu. Skala ustępstw wobec Stalina przechyliła się wyraźnie na stronę rosyjską. Czy stało się to efektem tragicznego, niezaplanowanego wypadku/katastrofy? Raczej nie. Nie byliśmy ani tak ważni, ani tak militarnie niezbędni – zwłaszcza od momentu załamania się ofensywy niemieckiej w Rosji. Po tym wypadku bez wątpienia było jednak wygodniej aliantom pomijać rząd polski w decyzjach najważniejszych. Niewygodny i szanowany aliant zniknął ze sceny politycznej świata. Polscy przeciwnicy polityczni Sikorskiego ( a było ich wiele, na obozie piłsudczykowskim poczynając ale wcale nie kończąc) mogli być z tego po cichu (i nie tylko) zadowoleni; Brytyjczycy odetchnęli z ulgą a Stalin mógł się szczerze uśmiechnąć i wypić toast wódki.
Czasami zastanawiałem się, jak by zachował się Sikorski, gdyby to nie Mikołajczyk a on był premierem i ciągle Naczelnym Wodzem w 1945 roku. Jaką decyzję by podjął? Niewątpliwie gdyby – podobnie jak Mikołajczyk – wrócił, jego status i pozycja tak w Kraju jak i Zagranicą by była o wiele silniejsza niż Mikołajczyka. Historii by nie zatrzymał i nie cofnął ale być może nasz system i samowładztwo PPR/PZPR by nie były tak silne. Gdybanie.
sprowadzenie ciał ofiar wypadku pod Smoleńskiem (Warszawa, 2010)
Ciągle przy Polsce pozostając. Jest 67 lat później. Samolotem TU154 MLux leci do Katynia (na małe lotnisko pod Smoleńskiem) olbrzymia delegacja Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z udziałem większości (poza stroną rządową, która oficjalną delegację przygotowała osobno i wpływu na decyzje Prezydenta i jego Kancelarii nie miała) wyższych dowódców wojskowych, senackich i ważnych gości. W jakimś niezrozumiałym pędzie do glorii i chwały na pokładzie samolotu jest zebrana duża grupa jednych z najważniejszych osób w państwie. Szaleństwo polityczne czy zwykła głupota wyższych urzędników? Też do dziś nikt na to prawdziwie i zgodnie z faktami nie odpowiedział. Można nawet pewną nic wysnuć łączącą Polski Rząd w Londynie z obecnymi władzami w Kraju – na pokładzie jest też Prezydent Kaczorowski z małżonką, ostatni Prezydent RP na Uchodźstwie. 20 kwietnia tego roku (2010), o godzinie 8.41 rano samolot rozbija się w tysiące kawałków i wszyscy pasażerowie z załogą giną na miejscu.
Powstaje, jak po Gibraltarze, natychmiast szereg teorii spiskowych, obwiniających różne strony o ten tragiczny i w skali niewyobrażalny wypadek (w skali szoku dla struktur państwa). I olbrzymi konflikt miedzy stroną rządową a stroną opozycji PiS. Po miesiącach badań i latach następnych wyjawia się raczej dość zwięzły, sumienny opis wydarzeń, skutków i przyczyn. W atmosferze współoskarżeń, podejrzeń i awantur politycznych. Jest chyba (dla osób rozsądnych i logicznych) jednoznacznie dziś widoczne, że główna wina spada na stronę polską, załogę i przygotowanie lotu. Bez wątpliwości jest też fakt złego przygotowania lotniska, fatalnych warunków pogodowych i zbyt chyba mało zdecydowanej postawy rosyjskich dowódców lotniska, którzy winni kategorycznie odmówić przyjęcia samolotu, nie pozostawiając tej decyzji Polakom.
Oczywiście w Polsce bardzo szybko rośnie teoria spiskowa. Jakiś polski naukowiec ze Stanów wysuwa twierdzenia, że doszło do wybuchu na pokładzie samolotu, wybuchu, który nie był skutkiem awarii maszyny a ładunku wybuchowego umieszczonego w samolocie, bądź z pocisku/rakiety skierowanej w samolot. Jakkolwiek teoria ta (pomijając jej poważne luki dowodowe) wydaje się być absurdalna w samym założeniu (dla Rosji byłby to niewyobrażalny wręcz w skutkach międzynarodowych skandal, którego koszty by były nieporównywalnie wyższe od jakichkolwiek wątpliwych zysków politycznych). Jest to jeszcze bardziej nieprawdopodobne niż teoria jakiegoś groteskowego mordu Sikorskiego na przyjęciu w Pałacu Gubernatorskim w Gibraltarze. Ale … fakty w Polsce i w polskiej debacie politycznej są tylko niewygodnym niuansem, przeszkadzają a nie pomagają. Do dziś, mimo upłynięcia blisko 10 lat od tego tragicznego wydarzenia – nie ma pełnego i kompletnego zakończenia tej sprawy, nie ma oficjalnego, końcowego i podpisanego wspólnie przez rosyjską i polską stronę Protokołu zamykającego dochodzenia. A były komisje międzynarodowe, były komisje polskie i podkomisje pana Macierewicza. Zbadano wszystkie prawie możliwe wersje, szczątki, niuanse, badania teoretyczne, naukowe, medyczne, techniczne. Nauka i wiedza w sprawie takich badań jest nieporównywalna do czasów z roku 1943.
Ten wypadek pod Smoleńskiem miał dla Polski znaczenie wielokroć większe niż przypuszczalne, ale teoretyczne jedynie, dywagacje na temat skutków katastrofy Sikorskiego. Pięć lat trwająca nieustanna praca nad rozbudowywaniem teorii spiskowych/zamachowych TU 154 MLux przyniosła nieoczekiwane efekty wiosną i latem 2015 roku i zaowocowała wielkim zwycięstwem partii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który zginął pod Smoleńskiem. Stworzono de facto quasi religijny kult wokół tej sprawy, tzw. religię smoleńską, która wykorzystała elementy katolickie do wprzęgnięcia je w propagandę czysto polityczną. Więcej – ideologiczną. Głównym (choć nie jedynym) sprawcą i zwycięzcą upolitycznienia tej katastrofy był i jest sam bliźniaczy brat Lecha Kaczyńskiego, Jarosław. Można wręcz zaryzykować twierdzenie, na wskroś makabryczne, że Jarosław Kaczyński przez tragiczną śmierć swego brata otrzymał największy prezent polityczny swej kariery publicznej. I wykorzystał go wręcz bezbłędnie.
Nie wiadomo kiedy i czy w ogóle doczekamy się całkowitego i ogólnie przyjętego zamknięcia sprawy katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem. I – w tych rozważaniach – nie ma to już większego znaczenia praktycznego. Cele polityczne osiągnięto. Politycznie ale też społecznie, socjologicznie. Polska anno domino 2020 jest innym krajem niż Polska anno domino 2010, roku katastrofy smoleńskiej.
Dziesięć lat temu w tym wypadku zginęło 96 osób. Bez względu na ważność tych osób w państwie jest zdumiewające, jaki kolosalny wpływ na losy państwa 40 milionowego blisko, miała śmierć mniej niż stu osób.
zestrzelony nad Ormuzem w 1988 samolot irański
Cofnijmy się znowu nieco w czasie w okolice Bliskiego Wschodu. Nie nad Gibraltar, a do cieśniny Ormuskiej. Nie polski samolot a irański. Jest rok 1988, 30 lipca. Między Iranem a USA (podobnie, jak teraz) trwa niewypowiedziana i nieoficjalna wojna podjazdowa. Z lotniska Baandar-e-Abbas startuje pasażerski samolot Airbus300 z 290 ludźmi na pokładzie. Celem lotu jest Dubaj, po drugiej stronie cieśniny. W tym samym czasie w cieśninie, na irackich wodach terytorialnych znajduje się amerykański krążownik USS Vincennes. Okręt wyposażony jest naturalnie w wyrzutnie rakietowe i nowoczesny system wykrywania i naprowadzania AEGIS.
Samolot pasażerski Iran Air startuje z 20 minutowym opóźnieniem, o godzinie 10.17. Siedem minut później z okrętu USS Vincennes odpalono w jego kierunku dwie rakiety. Rozbity na dwie części samolot spada do morza, załoga i pasażerowie giną na miejscu.
Strona amerykańska przez długi czas nie chciała się przyznać do winy określając katastrofę, jako zbieg nieszczęśliwych wypadków, okoliczności i braku doświadczenia obsługujących system AEGIS oficerów i żołnierzy. Odmawiali przyjęcia pełnej odpowiedzialności za tą tragedię samolotu Iran Air. Zgodnie ze stanowiskiem amerykańskim, dowodzący systemem naprowadzanie pomylili duży samolot pasażerski Airbus300 z myśliwcami bombowymi F14, jakie posiadali Irańczycy. Dopiero osiem lat później Amerykanie wypłacili odszkodowania dla rodzin ofiar tej katastrofy w wysokości ponad 62 milionów dolarów. Odszkodowania za samolot Iranowi nie wypłacono. Do dziś USA oficjalnie nie przyjęło odpowiedzialności i winy za tą katastrofę.
Pozostańmy w tym terenie. I przy Iraku i USA. Tym razem jest też trzeci główny podmiot: Ukraina.
Sytuacja polityczno-militarna między USA a Iranem jest podobna , jak w 2008. Zamachy, ataki polityczne, kampania międzynarodowa przeciw sobie. Budowanie koalicji, oskarżania się wzajem o najgorsze z przestępstw i najniecniejsze cele dalekosiężne w tej niewypowiedzianej wojnie podjazdowej.
zbieranie szczątków ludzkich po zestrzeleniu samolotu ukraińskiego (Teheran, 2020; agencja FARS)
Cały ten krąg geograficzny oparty jest na trójkącie trzech dużych państw: Syrii, Iraku i Iranu. Ścierają się tam też od stuleci dwa najważniejsze odłamy islamu (sunnici i szyici), a od XX wieku imperializm ekonomiczny Europy i USA wpatrzony w dostęp do ‘złotego runa’ XX wieku: ropy naftowej. Dodatkowym i bardzo aktywnym elementem jest amerykańsko-izraelski sojusz militarno-ekonomiczny wspierający terytorialną zaborczość Izraela. To tygiel niemożliwy do ciągłego kontrolowania i zabezpieczania.
Ten zarys dodałem po to tylko, by zrozumieć skomplikowane powiazania każdej akcji politycznej, ekonomicznej i militarnej każdego kraju tego trójkąta.
8 maja 2018 roku Prezydent Trump oficjalnie kończy udział Ameryki w międzynarodowym Porozumieniu Nuklearnym z Iranem. Porozumienie działało bardzo dobrze i zgodnie z międzynarodowymi obserwatorami Iran dotrzymywał umowy. Zaczyna się okres gwałtownych i wyniszczających amerykańskich sankcji ekonomicznych na Iran. Rośnie atmosfera wrogości, napięcie polityczne i militarne. Na wody cieśniny Ormuskiej wpływają jednostki marynarki wojennej USA. Dochodzi do akcji, bez wątpienia wspieranej lub bezpośrednio prowadzonej przez Iran, ataku na tankowce i kilkakrotnego zamknięcia cieśniny dla swobodnego ruchu statków handlowych. Świat stoi znowu na granicy poważnego konfliktu u wrót do Bliskiego Wschodu. Zakończyła się właśnie wieloletnia, straszna wojna z Daesem/ISIS, który przez długi czas opanował całe połacie Iraku i Syrii. Pokonanie ISIS było możliwe w dużym stopniu dzięki militarnemu wsparciu sił Iraku i paramilitarnych grup irackich szyitów przez Iran i dowodzone było głównie przez generała Sulejmaniego. Sulejmani jest też, ze strategicznego punktu widzenia i organizacji polityczno-militarnej, jednym z czołowych sojuszników prezydenta Assada w Syrii – wspieranego też bardzo wydatnie przez Rosję. To nie wysiłek militarny USA w Syrii – a decyzje Putina i Sulejmaniego umożliwiają praktyczne zakończenie wojny domowej w Syrii i umocnienie pozycja Assada.
Wszystko to jest sprzeczne z interesami Izraela i zwiększa ich presje wobec USA na ostrzejsze militarne wsparcie przeciw Iranowi, a personalnie – przeciw Sulejmaniemu. Sulejmani widziany jest w Tel Avivie, jako główny organizator i strateg nie tylko wywiadu samego Iranu ale przede wszystkim Hezbollah – największego zagrożenia dla polityki ekspansji terytorialnej Izraela. Cała ta sytuacja destabilizuje jeszcze bardziej zrujnowany Irak, który znowu staje się teatrem rozgrywek politycznych i militarnych świata arabskiego i interesów Ameryki i Europy, w tym głównie Wielkiej Brytanii, która z historycznych przyczyn kolonialnych kształtem i charakterem Bliskiego Wschodu i Mezopotamii jest najbardziej zainteresowana. Ostatecznie to Wielka Brytania ukształtowała granice i państwa arabskie i Doliny Eufratu i Tygrysu po upadku Imperium Otomańskiego. A tendencje otomańskiego panowania też na nowo ożyły w głowie obecnego prezydenta Turcji, co stwarza kolejne zagrożenie i konflikty . Uff. W głowie się kręci – a to dopiero lekki tylko i niepełny zarys sytuacji, przyczyn i skutków w tym rejonie.
27 grudnia 2019 paramilitarna grupa iracka (szyicka i współpracująca z Sulejmanim) ostrzelała bazę iracką z amerykańskimi żołnierzami. Zginęła jedna osoba (amerykański kontraktor w tej bazie) a kilka osób zostało rannych. Dwa dni później Amerykanie zbombardowali bazę Szyitów w Iraku zabijając 25 Irakijczyków i raniąc 55. Powoduje to silny wzrost nastrojów anty-amerykańskich w Iraku. Kolejne dwa dni to masowe demonstracje pod silnie ufortyfikowaną ambasadą USA w Bagdadzie, próby jej podpalenia i zdobycia. Cały personel dyplomatyczny ambasady jest ewakuowany do Kuwejtu. USA staje w obliczu pamięci dnia wstydu, kiedy parędziesiąt lat wcześniej, w 1979, Irańczycy zdobyli szturmem ambasadę amerykańską w Teheranie i uwiezienie 55 dyplomatów USA przez blisko 1.5 roku.
Parlament i rząd Iraku co raz głośniej mówią o konieczności wyproszenia z Iraku wojsk amerykańskich, które uczyniły z ich kraju poligon niekończących się starć USA z Iranem.
3 stycznia amerykański dron bombarduje i niszczy pod lotniskiem w Bagdadzie samochód z generałem Sulejmanim. Irański dowódca ginie razem z irackim przywódcą szyickim. Świat staje wobec perspektywy niechcianej i bardzo niebezpiecznej otwartej wojny amerykańsko-irańskiej.
Jeszcze jedno tło polityczno-historyczne tych wydarzeń o którym nie wolno zapominać, to sytuacja domowa prezydenta Trumpa i ajatollaha Chamenei. Prezydent Trump od ponad miesiąca uwikłany jest w największe zagrożenie jego prezydentury, które teoretycznie może (jako pierwszego w historii USA) pozbawić go prezydentury. Kongres USA (Izba Reprezentantów) oficjalnie oskarżył go o popełnienie dwóch przestępstw, które będą powodem procesu senackiego o pozbawienie go funkcji. Ajatollah Chamenei , Przywódca Iranu, stoi wobec rosnącego oburzenia i protestu Irańczyków zagrażającego jego pozycji w Iranie.
Obaj przywódcy mogą więc skorzystać z atmosfery wojennej i jednoczenia swoich narodów pod banderą wojennego zagrożenia. Nic politykom tak nie pomaga, jak atmosfera wojny i patriotycznego uniesienia …
A teraz stan obecny, powrót do tematu zasadniczego tego artykułu: zestrzelenie ukraińskiego samolotu pod Teheranem.
Samolot Boeing 737-800 ukraińskich linii UTA startuje z Teheranu 8 stycznia rano. Po godzinnym opóźnieniu wznosi się w powietrze o 6.15. Na pokładzie, łącznie z załogą jest 176 osób, głównie Irańczyków i Kanadyjczyków. Dwie minuty później spada na ziemię w niekontrolowanym upadku i rozbija się w wiele fragmentów. Jest jasne, że nikt tego nie mógł przeżyć.
To jest niecałe 5 dni po zamachu na Sulejmaniego i trwających od paru dni gróźb irańskich i amerykańskich o odwetach i zemstach niechybnych. Czy tym razem to początek wojny otwartej? Czy samolot z jakichś nieznanych przyczyn rozbija się skutkiem awarii maszyny czy też skutkiem zestrzelenia przez Irańczyków lub Amerykanów?
Ze względów polityczno-propagandowych celowe zestrzelenie samolotu przez USA lub Iran byłoby zbrodnią całkowicie absurdalną. Ale … no właśnie. Jest wojna nie tylko słów, jest wojna czynów. Nie szkodzi, że nie wypowiedziana. Giną ludzie po obu stronach. Wszyscy są napięci, w stanie ustawicznego pogotowia, zdenerwowania. Wiedzą, że sekunda w reakcji może znaczyć różnice między życiem a śmiercią. Parę godzin wcześniej z tego samego lotniska wystartowały różne samoloty i nikt ich nie ostrzelał. Tylko, że samolot ukraiński startuje z godzinnym opóźnieniem. Czy wszyscy o tym wiedzieli? Czy wiedzieli o tym dowódcy baterii przeciwlotniczych w bazie irańskiej? Może kiedyś się dowiemy. Tylko w czym ta wiedza szczegółowa pomoże?
Iran początkowa absolutnie zaprzecza możliwości zestrzelenia samolotu ukraińskiego przez irańskie rakiety. Dopiero, kiedy premier Kanady, Justin Trudeau, jako pierwszy z polityków, oficjalnie oświadcza publicznie, że ma poważne dowody na możliwość irańskiego ataku rakietowego na samolot i że już odbył odpowiednie rozmowy z szefami innych rządów na ten temat – Iran po krótkim czasie przyznaje się do tego. Bez względu pomocny mu był fragment oświadczenia Trudeau, w którym sugerował, że bardzo możliwe iż nastąpiło to skutkiem tragicznej pomyłki.
Dla mnie zastanawiające jest dlaczego nie ma międzynarodowego protokołu wymagającego niemal natychmiastowego i automatycznego kontaktu między samolotami pasażerskimi a każdą jednostką militarnej obrony powietrznej (z lądu, morza czy powietrza) zanim ktoś naciśnie przycisk „fire”? A nie ma. Mimo, że takich wypadków była już masa. I dlaczego w sytuacji tak wysokiego napięcia i gotowości bojowej najwyższego rzędu w wojskach obrony powietrznej natychmiast nie jest zamknięta przestrzeń powietrzna dla lotnictwa cywilnego w danym kraju? To powinno też być regulowane międzynarodową konwencją. A nie jest.
Odpowiedzialność prawna i kryminalna? Na pewno będzie. Iran już aresztował ileś osób mundurowych. Bez wątpienia w jakiś sposób (pomyłka, nieporozumienie, źle zrozumiany rozkaz lub pytanie, itd.) odpowiedzialnych. A wszak odpowiedzialne są dwie osoby tylko: prezydent USA Donald Trump i prezydent Islamskiej Republiki Iranu, ajatollah Chamenei. Może i oni staną przed sądem. Trump de facto symbolicznie już bardzo prędko, przed sądem Senatu USA. Ale nie będą to oskarżenia o spowodowanie tego wypadku.
Jest wszak możliwe, że ten wypadek lotniczy – podobnie, jak wypadek polskiego samolotu wojskowego z prezydentem Lechem Kaczyńskim – wpłynie bardzo poważnie na losy obu przywódców tych państw: USA i Iranu. Politycznie, nie kryminalnie. Jeśli tak się stanie, to – w odróżnieniu od Polski – ten wypadek i ofiara tych ludzi, którzy w nim zginęli nie pójdzie na marne. Dla dobra milionów ludzi. Zwłaszcza na Bliskim Wschodzie. Choć na pewno też w USA.
Miałem jeszcze wspomnieć o trzech innych katastrofach, które maja pewne wspólne cechy z tymi już wymienionymi. Ale już to pominę. To nie książka historyczna ani dochodzenie reporterskie.
Chodziło raczej o spojrzenie z innej, nie mechaniczno-inżynieryjnej, strony na badania przyczyn i skutków dziwnych katastrof lotniczych. Katastrof, które były całkowicie do uniknięcia i nie były spowodowane jakąś nagłą awarią całego systemu na pokładzie. Komisje lotnicze tych przyczyn innych nie są w stanie badać ani nie są do tego przygotowane profesjonalnie, merytorycznie. To pytania polityczne i etyczne.
Żołnierze irańscy (oficerowie), którzy bezpośrednio i fizycznie nacisnęli ten przycisk „fire” są bez wątpienia odpowiedzialni za niezamierzona katastrofę i śmierć załogi i pasażerów samolotu ukraińskiego. Czy są głównymi winowajcami? Wątpię by jakakolwiek Komisja badania tego wypadku potrafiła na to odpowiedzieć. Wiemy, że fizyczną przyczyną katastrofy polskiego samolotu pod Katyniem były błędy nawigacyjne i operacyjne załogi wojskowej, pilotów. Czy byli zamachowcami, których celem było zabicie pasażerów samolotu? Oczywiście, że nie. Ale ktoś wcześniej już stworzył atmosferę, że ten samolot musi lecieć i MUSI dolecieć, bez względu na trudności. Może nawet ktoś na pokładzie. Słuchając godzinami, słowo po słowie, nagrania z taśmy z „Czarnej skrzynki” z tego TU154 MLux, i te słowa i zdania po polsku i te po rosyjsku – ogarnęła mnie wówczas przerażająca świadomość, że ci piloci i ci nieświadomi pasażerowie nie mieli jakiejkolwiek szansy. Chyba, że jakimś cudem samolot by się bezpiecznie wzniósł jeszcze z niemożliwej wysokości poniżej pasa lądowania, że nie rosłaby tam jakaś brzoza ani inne drzewo, że … Cuda się jednak w lotnictwie nie zdarzają a fizyka ma swoje prawa.
Powinna je mieć też polityka i polityczna odpowiedzialność. Tylko ten sąd może się odbyć tylko w mózgach i sercach obywateli danego kraju. Tutaj sędziowie praw kryminalnych, administracyjnych, konstytucyjnych nie pomogą. Nie pomogą opinie rzeczoznawców od aerodynamiki, od siły stali, stopów, naprężenie powietrza, ciśnienia wewnątrz i zewnątrz, zaworów, otworów. Jak politycy nawalą ekonomicznie i ludzi bardzo uderzy to po kieszeni – to wybierają innych. Jak zginie parędziesiąt lub paręset ludzi skutkiem aroganckiej gry politycznej ale potem rozegrają to umiejętnie na instrumentach emocji wyborców – często zostają nagrodzeni. A przecież zginęli ludzie. Czasem prezydenci, czasem murarze, lekarze, nauczyciele, uczniowie szkól, staruszkowie, młodzi. Ile to kosztuje? Jak obliczyć cenę za życie? Lub za etykę i moralność?
Ostatnia afera z Marianem Banasiem, prezesem Najwyższej Izby Kontroli (NIK) obrazuje najlepiej stan państwa polskiego. To przerażający obraz, który ukazuje w całej rozciągłości charakter państwa opartego na korupcji władzy opartej na polityczno-kryminalnych powiązaniach mafijnych.
W typowej, tradycyjnej dyktaturze zadanie najwyższe to zawsze pełnia władzy politycznej służąca celowi ideologicznemu i totalitaryzmowi ideologicznemu (typu: moja racja jest najracniejsza i jedynie słuszna). Korupcja finansowa jest jedynie pobocznym efektem takich działań i takiej dyktatury. Umożliwia ona jedynie na przymykanie oczu na malwersacje podwładnych, którzy przez to stają się bardziej zależni od centrum władzy dyktatorskiej, tj. najbliższego otoczenia polityczno-ideologicznego dyktatora.
W przypadku Polski tą rolę dyktatora spełnia Jarosław Kaczyński i jego ścisłe grono współpracowników-podwładnych (Macierewicz, Szydło, Morawiecki, Duda i Ziobro oraz nieco dalsi uber-współpracownicy: Terlecki, Przyłębska (TK), Kurski (TVP), Błaszczyk).
Ale aby tradycyjna dyktatura mogła funkcjonować sprawnie niezbędna jest pełnia władzy i kontroli politycznej – całkowita większość konstytucyjna w parlamencie, pełna kontrola nad armią i aparatem policyjno-prokuratorskim i całkowite uzależnienie wymiaru sprawiedliwości (sądownictwo). Tak przez cały okres swego istnienia funkcjonowała PRL. Jedynym hamulcem władzy nieograniczonej była pełna zależność PZPR i jej I-szych Sekretarzy od zewnętrznej hegemonii ZSRR. Polska obecna zależna jest (choć już bez hegemonii całkowitej i w dużo mniejszym stopniu) od Parlamentu i Komisji UE. I z wymienionych wyżej funkcji pełnej kontroli wewnętrznej, mimo usilnych prób i zamachów konstytucyjnych, do tej pory nie udało się jej podporządkować kompletnie ani sądownictwa ani uzyskać bezwzględnej większości parlamentarnej (co z kolei oznacza względnie silną niezależność aparatu Państwowej Komisji Wyborczej).
Jarosław Kaczyński nie jest więc w stanie takiej tradycyjnej dyktatury stworzyć. Zmuszony więc został do skonstruowania dyktatury opartej na mafijnych, korupcyjnych zasadach. Taka uwspółcześniona, nieco europizowana, dyktatura wzorcem południowo-amerykańskich ‘republik bananowych’ lat 60. i 70. ub. wieku.
Korupcja polityczna (obsadzanie ważnych i wysokich stanowisk z bardzo wysokimi wynagrodzeniami) kwitnie w pisowskiej Polsce w pełnej krasie i zasadniczo nie jest nawet skrzętnie ukrywana. Umiejętnie wykorzystano tu prasę ultra prawicową i przejętą całkowicie przez PiS publiczną telewizję TVP na wypromowanie prostego chwytu: musieliśmy prawie wszystkich zastanych menadżerów i prezesów wyrzucić, bo byli złodziejami zatrudnionymi przez poprzednią ekipę. Ludzie lubią, jak bogatych i ważnych menadżerów wyrzuca się bezceremonialnie na bruk. Nikt więc uwagi specjalnej nie zwracał, że domniemanych złodziei wymieniono na nowych złodziei, ani na fakt, że większość nowych nie miała ku temu jakichkolwiek kompetencji. Przykładem najgłośniejszym jest tu obsada (mimo, że jawnie poza konstytucyjna i de iure nielegalna) atrapy Trybunału Konstytucyjnego – ‘Prezes’ TK Julia Przyłębska oraz nauczycielka akademicka, była posłanka PiS Krystyna Pawłowicz i były prokurator PRL Piotrowicz, jako sędziów tego Trybunału.
Jedną z takich ‘szarych eminencji’ dyktatury Kaczyńskiego był od lat Marian Banaś. Osobowość nie głośna i nie eksponowana zbytnio ale bardzo skuteczna, zwłaszcza w sektorze finansowym (bliski współpracownik brata Jarosława, Lecha Kaczyńskiego, b. szef Służby Celnej, Krajowej Administracji Skarbowej i wreszcie Minister Finansów w Gabinecie Morawieckiego). W związku z rezygnacją z funkcji Prezesa Najwyższej Izby Kontroli (NIK) przez K. Kwiatkowskiego w sierpni tego roku, Kaczyński postrzegł możliwość obsadzenia tej funkcji przez swego zaufanego podwładnego Banasia i tak został on prezesem NIK (30 sierpnia). Gwarantowało to objecie ‘swoim człowiekiem’ niezmiernie ważnej funkcji kontrolnej w administracji państwowej. Po przegraniu Senatu w ostatnich w wyborach (minimalnym, bo ledwie jednym senatorem ale to porażka ważna w państwie dyktatorskim) zabezpieczał w ten sposób PiS przed niezależnymi kontrolami NIK. I znowu różnice stylów i rodzaju dyktatur: w dyktaturze tradycyjnej ‘swój człowiek’ jest wystarczającą gwarancją bezpieczeństwa; w polskiej dyktaturze mafijnej to już nie jest wystarczająca gwarancja. Tutaj trzeba mieć inne. Na ogół są to haki na swoich podwładnych mandarynów. Każdy w miarę możliwości jest dokładnie tajnie śledzony i przebadany przez odpowiednie służby. W przypadku Banasia takie śledztwo robił Mariusz Kamiński, szef MSWiA. Jest niemożliwym (a jeśli możliwym, oznacza to jeszcze większe kłopoty Kaczyńskiego i sugeruje, że istnieje silny ruch w PiSie wewnątrz osoby dyktatora, którego celem jest obalenie tegoż dyktatora i rewolucja pałacowa) by Jarosław Kaczyński o tym nie wiedział i nie znał szczegółów tego śledztwa. Kiedy niezależne media odkryły szczegóły i samo śledztwo MSWiA – mleko się rozlało. Blady strach padł na dyktatora. Próbował naturalnego w takiej sytuacji szantażu i groźby: podajesz się (Banaś) zaraz do dymisji a obiecuję albo wyciszenie i zatuszowanie śledztwa Kamińskiego albo w najgorszym wypadku niezbyt ostre oskarżenie i łagodny wynik z możliwością prawa łaski (tu przyda się Duda), a jak nie – no to zobaczysz. Tylko w mafii, jak to w mafii. Ojcu Chrzestnemu nie można zawsze ufać. No i Banaś w swojej przeszłości bogatej (nie mówię tu o prowadzeniu biznesu ‘burdelu na stawki godzinne’ w kamienicy Banasia w Krakowie) ma też szereg pewnie informacji o Prezesie i jego bracie. Więc postanowił spróbować postawić się okoniem i de facto wydał wojnę dyktatorowi. Pewnie też myślał, że uda mu się uzyskać poparcie innych mandarynów, którzy marzą o roli Brutusa na polskiej scenie politycznej… .
Dziś okazało się, że chyba takich odważnych nie znalazł. Pewnie telefon przez cała noc pracował na pełnych obrotach. A Kaczyński się nie ugiął i wyzwanie przyjął. Dal mu raz jeszcze szansę na rezygnację dobrowolną (?!) i pewnie dalej mgliste zapewnienie o niezbyt ostrym potraktowaniu oskarżenia . Lub przewóz – Trybunał Stanu. A szefem Trybunału Stanu jest największy postrach mafii PiSowskiej czyli I Prezes SN, sędzia Małgorzata Gersdorf. A to nazwisko może wywołać palpitacje serca każdego porządnego PiSowca, a takim (mimo wszystko lub właśnie dlatego) Marian Banaś bez wątpienia jest.
Wysłal więc rano kierowcę z listem rezygnacyjnym do Marszałkini Sejmu. Ta zaś postanowiła się trochę ze zmysiałym lwem-Banasiem pobawić. List odrzuciła i wysłała nowy do podpisu. Bardziej formalny ale z jednym ważnym akapitem. Banaś musi wyznaczyć w swoim liście swojego następcę. Takiego jakiego pani Marszałkini mu napisała. Aby nie było już żadnych niespodzianek.
Oto polskie państwo prawa i sprawiedliwości w pełnej krasie. Smarkaczom bez matury (Misiewicz) muszą salutować wysocy rangą oficerowie Armii Polskiej, prokurator Stanu Wojennego PRL zostaje sędzią TK (choć sędzią nigdy nie był nigdzie, nawet w Dupowoli Małej) obok sejmowej przekupki z Bazaru Różyckiego, handlarz używanych samochodów zostaje żywym świętym kaznodzieją państwa i dostaje miliony z kasy państwowej, przestępców seksualnych pozostawia się w funkcji arcybiskupiej i po śmierci usiłuje pochować w kryptach narodowych bohaterów i królów państwa na Wawelu. To tylko kilka i bodaj najbardziej rażących przykładów.
Co dalej będzie z Banasiem – zobaczymy. I de facto jest to bez znaczenia. Biednym nie zostanie i emerytury nikt mu nie zabierze. Nawet jeśli by się znalazł za kratkami – co jest raczej niemożliwe ale też na końcu nie istotne. Banaś ma inne znaczenie. Jest symbolem charakteru tej władzy. I, w pewnym sensie, symbolem upadku moralnego Polaków. Bo dyktator tego państwa władzy w nim nie przejął puczem wojskowym ani powszechną rewolucją. Został na ten tron wyniesiony dobrowolnymi głosami mieszkańców tego kraju. W 2006, 2015 i 2019. Do trzech razy sztuka. I trzy razy w sztuce zagrał. O pomyłce lub nieporozumieniu mowy nie ma. Polska ma władzę na która zapracowała. Bez pomocy Prus, Austrii czy Rosji. Ani nawet Wegier, Czech czy Wielkiego Księstwa Litewskiego. Własnymi, umorusanymi ciężką pracą łapkami i modlitwami.