Jak Skawińscy głosowali? Prawda i mity.

by B. Pacak-Gamalski

Znacie Skawińskich i dlaczego takie niby ważne, jak oni w głosowali? Otóż Skawińscy to taki szczep słowiański, który z borów nad Notecią, mokradeł wokół Narwi powędrował z różnych przyczyn (na ogół nie radosnych) w daleki świat. Opisał to niegdyś stary dziejopis Henio Sienkiewicz w świetle latarni morskiej, w czasie podróży po USA.

undefined

Jak świat światem wiemy, że to szczep nader patriotyczny, sentymentalny i wierny, jak pies spod rodzimej chałupy. Więc i fama w skłóconej starej ojczyźnie poszła, że Skawińscy murem za wiarą przodków, za patriotyzmem kamiennym, za rycerzami wyklętymi – a więc za prawem i sprawiedliwością (w domyśle: naturalnie bożą). Może dlatego, że Sienkiewicz w świetle latarni i w Ameryce Północnej ich był opisał, więc daleko i szeroko spojrzeć nie umiał. Tak powstał mit polskich czikagów od Północy ku Południu i od Wschodu do Zachodu. A tu nagle rzecz się dziwna stała – latarnie powygasały w większości, technika je zastąpiła urządzeniami widzącymi dalej i głębiej bez względu na porę dnia. Poszerzyły się o te, no jakże im tam – no, o te horyzonty. I Skawińscy – mimo że ród prastary – stali się nowocześni, dzisiejsi.

Trochę to szyki pomieszało możnowładcom ze starego kraju. Bo niby jeszcze kilka lat wcześniej dbali bardzo o frekwencję polonijną w wyborach będąc pewnymi, że prawomyślność (koniecznie ‘prawo’ a nie ‘lewo’ nie daj panie boże) i sprawiedliwość (bożą, naturalnie) Skawińskich zaowocuje ich poparciem. Co też wówczas się stało i nie bez zbiegu szczęśliwego odkopania w archeologicznych badaniach postumentu Anusi – córki bohatera narodowego Andersa. Z niemieckiego co prawda pochodzenia, ale związanego przed wojną wrześniową z obozem narodowym. O tych przodkach niemieckich nie mówiono nic. Po co? Wystarczy, jak się o nich mówiło (bez przerwy na oddech) wobec niejakiego Tuska. Zresztą w wypadku Anusi chodziło tylko o ojca. Matka nie była pochodzenia niemieckiego. Z krwi i kości Ukrainka. I jak na Ukrainkę (dawniej mówiło się: Rusinkę) była i krasawa i zapiewała pięknie. Wiem, co mówię, bo sam słuchałem nie raz i lubiłem – zwłaszcza, gdy śpiewała dumki kresowe memu sercu bliskie – i o wzgórzach wileńskich, i o tramwajach lwowskich. Anusi jednak – pannie wiekowej ale ciągle żwawej – nieco fornalski charakter kolegów i koleżanek z ław senatorskich nie bardzo do gustu przypadł. A już szczególnie bolesne były właśnie dąsy wielu z tych Skawińskich, których miała reprezentować. Generalska córka wolała już grać rolę szanownej i uwielbianej Damy na akademiach polonijnych niż polityka, gdzie jej szarży senatorskiej nie szanowano. Teraz ma iść ponoć w ambasadory. To będzie milsze. Zwłaszcza, że – też ponoć – w Italii słonecznej. Blisko dworu watykańskiego i blisko na grób Taty skąd widok piękny na starożytny klasztor benedyktyński. Mimo to tuzem w rękach polityków była, gdy o głosy polonijne chodziło. Tym razem takiego nie znaleźli. No, niby ten bezpartyjny, czyli z uczuć szczerych a nie kombinacji posadkowych, pan profesor Marek Rudnicki miał być nie do pokonania. Owszem, w USA, gdzie mieszka, wygrał. Ale USA to nie cały (?!) świat. I generalnie – przegrał.

Mniej humorystycznie teraz, praktyczniej. Druga Izba Parlamentu polskiego wypadła z rąk PiSu. Bardzo możliwe, że własnie tym jednym głosem. Głosem Polaków z Zagranicy. Polonii. Tego latarnika Skawińskiego ze słynnej noweli Henryka Sienkiewicza. I to różnicą procentową bardzo wysoką. Wynik PiS był poniżej 25 %. Tak, to prawda, że pisowskie twierdze w Ameryce Północnej udało się utrzymać. I chyba tylko tutaj. Ale nawet na tym kontynencie ten wynik był dużo słabszy niż wynik uzyskany w 2015 roku. W niektórych, zwłaszcza nowych, Okręgach Wyborczych – opozycja demokratyczna nawet w Stanach odniosła sukces. Podobnie, jak zwiększył się procentowo poważnie głos oddany na demokratów przez Polonię kanadyjską.

Senatorem ‘z Zagranicy’ został Kazimierz Ujazdowski z bardzo silną przewagą głosów nad kandydatem PiS. Ujazdowski reprezentuje PO. Jeden z ‘przebudzonych’, jak określam nielicznych byłych pisowców, którzy być może po rozum do głowy poszli. Nie bardzo lubię nagradzać byłych poddanych Najmiłościwiej Panującego Wielkiego Kurdupla – ale, jeśli po ten rozum poszedł i jeśli go znalazł, niechże mu tam bozia da zdrowie. Choć po cichu podejrzewam, że bardziej strawny dla demokratów kandydat Koalicji zdobyłby jeszcze więcej głosów. Trzecim, niezależnym kandydatem, był nie kto inny, jak Cezary Paweł Kasprzak – niesprzedajny i wszędzie widoczny aktywista starego, autentycznego KOD-u. Znienawidzony przez pana Ziobrę ale i też nielubiany w nowym, pro-POwskim KODzie. W wyborach z całego świata polonijnego uzyskał całkiem niezła liczbe ponad 15 procent.

Sparwdzając Protokoły komisji wyborczych z całego świata, skupiłem sie tylko na tych, gdzie przewaga Koalicji demokratycznej lub PiSu była minimum 40%. Tam, gdzie ilość głosów oddanych na jednego z kandydatów była poniżej tej liczby – nie brałem pod uwagę.

Na Komitet Koalicji Obywatelskiej minimum 40% głosów oddali Polacy zamieszkujący w 62 krajach świata. W tym w 26 krajach tych głosów padło powyżej 50% granicy.

Na popieranego przez PiS kandydata Marka Rudnickiego liczba krajów, gdzie padło minimum 40% głosów – aż 6 (sześć). Tak, z całego świata. Liczba krajów, gdzie otrzymał minimum 50% głosów – 5 (pięć). Dokładnie: USA, Kanada, Irak, Kosowo (to ciągle tylko quazi-państwo nie w pełni jeszcze uznane) i Angola.

Ogółem na nowego senatora K. Ujazdowskiego padło łącznie 38.95% głosów; na pana Rudnickiego 24.86%. W 2015 na panią Anders (popieraną przez PiS) padło aż 46.85% głosów. Na panią Borys-Damięcką z PO w 2015 padło 34.35% głosów. Czy zauważacie zmianę? Głosy na PiS spadły wśród Polonii światowej aż o 22%. Na centrowy, zdominowany przez PO, Komitet Koalicji procent wzrósł o 4.5 punktów. Stąd moje wcześniejsze uwagi o przeszłości politycznej senatora Ujazdowskiego – bardzo możliwe, że ten procent po stronie demokratycznej byłby dużo większy, gdyby kandydatem była inna osoba. Polacy z Zagranicy staja się nowocześniejsi, współcześniejsi od rodaków w Kraju. Już tylko sentymentalna łezka, akademia raz lub dwa razy do roku w jakimś Polish Hall nie wystarcza. Ani stare żale na wszystko i wszystkich wokół. Za wszystko. Za przegrane wojny, nieudane powstania, za złe mieszkania i zacofany przemysł, za przegrane własne życie. I za to, że teraz o wszystkim trzeba samodzielnie myśleć i ponosić koszta tego wysiłku mentalnego. A dawniej myśleli inni. Władza i Kościół: Król i Biskup; Car i Biskup; Prezydent (lub Naczelnik Państwa) i Biskup; Pierwszy Sekretarz i Biskup; a teraz jeden niewysoki Szary Poseł i Biskup. Jak widać z tej wyliczanki – jeden element był stale stały. Niezmienny. A w XXI wieku ten element już stracił swoje polityczne znaczenie w większości cywilizowanego świata. Więc podróże jednak kształcą. A cześć Północnej Ameryki (część, bo Polacy meksykańscy jednak wysokim procentem – 56 – poparli Koalicję demokratyczną) też dojrzewa. Dorośleje. Jak to w tej piosence szło? Jeszcze rok, jeszcze dwa, przekonacie się o tym sami, jak to jest, jak to jest z … Polakami? Przeboju legendy polskiej estrady długich lat PRL i wielu jeszcze lat po roku 1990, Jerzego Połomskiego. Bożyszcza kobiet i Amanta Nr 1 Polskiej Estrady – który przez całą zasłużoną i ciekawą, bardzo długa karierę nigdy na tej scenie nie mógł być sobą. Mity, legendy. Tak to z nimi jest – pomagają marzyć, wzdychać i ronić łezkę – nie powinny jednak nigdy przesłaniać rzeczywistości.

Wybory i kandydaci dla Polonii

Postaram się tu zaprezentować Państwu kandydatów Opozycji Demokratycznej (tą nazwą określać będę partie i grupy/koalicje, które ustawiają się po przeciwnej od PiS i jego koalicjantów stronie polskiej sceny politycznej). Dziś zacznę od Jarosława Szostakowskiego z Nowoczesnej w tamach Koalicji Obywatelskiej (https://koalicjaobywatelska.pl/). List skierowany jest do Polek i Polaków w Kanadzie, który pan Szostakowski przesłał na moje ręce.

Jarosław Szostakowski

Szanowni Państwo!

Nazywam się Jarosław Szostakowski i kandyduję do Sejmu z pozycji 5 listy
numer 5 Koalicji Obywatelskiej w okręgu 19 – Warszawa i Zagranica.

Wiem, że wielu z was wciąż żywo interesuje i zawsze będzie interesować
to, co dzieje się w Polsce. Nieważne, jak długo mieszkacie poza
granicami rodzinnego kraju, odczuwacie współodpowiedzialność za jego
losy. Kiedy rządzący popełniają błędy, wstydzicie się za nie prawie tak
samo, jak za własne, a w chwilach sukcesów dzielicie narodową dumę z
tymi, którzy pozostali w kraju. To się nie zmienia nawet wtedy, gdy ktoś
czuje się zakorzeniony w nowym kraju. Mam tego świadomość, bowiem wielu
moich znajomych i przyjaciół mieszka za granicą, a ja mam to szczęście,
by móc czerpać z ich wiedzy oraz perspektywicznego spojrzenia.

Wiem też, że wbrew temu, co twierdzą niektórzy politycy, nie jesteście
jednorodną grupą. Macie różne historie, poglądy, motywacje i
doświadczenia. Również różne powody, by wziąć udział w nadchodzących
wyborach parlamentarnych.

Jakiekolwiek by one nie były, zapraszam was do zapoznania się z moim
programem, a także do kontaktu i dialogu. Z chęcią odpowiem na wasze
pytania.

Ja również czuję się współodpowiedzialny za losy Polski. Zapraszam do
odwiedzenia mojego profilu na Facebooku, z którego możecie dowiedzieć
się, poprzez jakie działania to wyrażam. Więcej na mój temat w
załączonej ulotce.

http://facebook.com/jszostakowski http://twitter.com/JSzostakowski


Co jest sprawiedliwe? Polacy LGBTQ2+ a sprawa polska

by Bogumił Pacak-Gamalski

W poprzednim tekście usiłowałem zarysować co to jest tzw. społeczność LGBTQ2+ . I co się de facto pod tymi literkami ukrywa. Z licznych komentarzy, jakie dostałem z Kanady i Polski wynika, że w dużym stopniu tekst był przyjęty dobrze (choć zastrzegałem, że to szkic bardzo skrótowy i w wielu odcieniach historii i współczesności LGBTQ2+ wręcz pobieżny). Za dobre słowa dziękuję.  Tutaj chce podjąć temat kampanii nienawiści wobec LGBTQ2+, która rozpętano w Polsce.  Gdy mówimy o ‘nienawiści’ naturalnie rośnie atmosfera polemiki, oskarżeń i ważkość argumentów. Ale nie o to mi chodzi. Tak, argumentuję, że autorzy i konstruktorzy tej kampanii-nagonki zasługują na pełne i całkowite potępienie, że są osobami niegodnymi. Wszak mowy nie może być o tego typu kampanii bez użycia aparatu propagandy. Propaganda to ma do siebie, że ludzi temat mało znających ogłupia, stwarza wrażenie zagrożenia i konieczność obrony. Jest bardzo możliwe, że wiele z tych osób bez tejże propagandy uniknęłoby wydawania sądów fałszywych lub szkodliwych.  Bo to zawsze opiera się na końcu o wydawania właśnie własnego osądu tematu, poszukiwaniu tego, co – zdaniem naszym – jest sprawiedliwe lub dobre.

A to już zagadnienia etyczne i moralne. Więc – z pewnym lękiem, że tekst i tak już długi, wydłużę bardziej jeszcze – dam wyjaśnienia tych pojęć od Nauczycieli najpoważniejszych prawdy, fałszu, dobra i zła. Zacznę od Sokratesa, potem jego ucznia Platona, dalej ucznia Platona – Arystotelesa (tenże potem był nauczycielem jednego z najsłynniejszych gejów ludzkości, Aleksandra Wielkiego). Nie bez znaczenia jest fakt, że Platon był źródłem rozmyślań i pism uważającego się za jego ucznia św. Tomasza z Akwinu. Ojca Kościoła Katolickiego i twórcy ram teologii i filozofii chrześcijańskiej. To ułatwia zrozumienie, jak wszystko w historii się łączy a kolejne warstwy wiedzy i mądrości korzystają z doświadczeń i wiedzy przeszłej.

W „Fajdrosie” Platona, Sokrates prowadzi z tymże Fajdrosem dyskusję o mowie i piśmie sugerując, że aby dobre być mogły ich autor winien znać temat i prawdę o tym temacie. Na wątpliwości Fajdrosa czy to najistotniejsze odpowiada mu przypowiastką:  gdyby on ani Sokrates nigdy w życiu nie widzieli konia, a zaszłaby potrzeba zakupienia takowegoż na potrzeby wyprawy wojennej Fajdrosa, Sokrates z własnych wyobrażeń, jakie dobry koń przymioty mieć winien poradziłby, by zakupił … osła. Fajdros sam o koniu więcej nie wiedząc posłuchałby rad Sokratesa, jako mówcy znanego i dobrego i osła by kupił, będąc przekonany, że to koń. Tak i mówca dobry potrafi mową zręcznie sformułowaną przekonać słuchaczy do rzeczy fałszywych i złych jeśli słuchacze wiedzy o temacie rozmowy nie mają.

Uczeń Platona zaś, Arystoteles, w traktacie „Polityka”, w rozdziale o sprawiedliwości w społeczeństwach, tak wnioskuje: „Wszyscy opowiadają się za jakąś sprawiedliwością, ale nie przekraczają pewnego punktu, nie mówią o pełnej sprawiedliwości w jej znaczeniu suwerennym. W związku z tym myślicie, że sprawiedliwość jest równością; i jest nią zaiste – ale nie dla wszystkich osób, tylko dla tych, którzy są sobie równi. Nierówność jest postrzegana, jako sprawiedliwa; i jest nią zaiste – ale nie dla wszystkich, tylko dla tych, którzy nie są równi. Popełniamy duży błąd, jeżeli omijamy pytanie ‘dla kogo’, kiedy decydujemy, co jest sprawiedliwe. Powodem tego jest fakt, że wydajemy własny sąd a ludzie są generalnie złymi sędziami, kiedy ich własny interes jest z osądem związany” (tł. własne BPG z :Aristotle „The Politics”, Penguin Classics, 1981, s.195)

I stąd, w moim osądzie, większość heteroseksualna często nie potrafi zrozumieć, że nierówność wobec mniejszości homoseksualnej i inno-płciowej jest niesprawiedliwa. A, jak pisał św. Tomasz: co niesprawiedliwe jest złe.

„Sprawa Polska’ to pojęcie związane z losami naszego kraju  głośne od czasów rozbiorowych. Czy chodziło o Napoleona, czy o Kongres Wiedeński, losy Królestwa Polskiego pod berłem carskim, w końcu stanowiska państw zaborczych w I wojnie światowej, a na końcu Traktat Wersalski z 1919 stale się tym zajmowały. Jak i sami Polacy – od Insurekcji Kościuszkowskiej poczynając, na Legionach Piłsudskiego kończąc. Te hasło-zagadnienia raz jeszcze odżyło w czasie konferencji jałtańskiej, teherańskiej i poczdamskiej w latach 1944-1945.

Otóż ,sprawa polska’ odżyła ponownie – w większym jeszcze, bo egzystencjalnym charakterze – w związku z aktywnością polskiej społeczności LGBTQ z jednej strony a stanowiskami naczelnych władz Polski i głównych hierarchów polskiego Kościoła Katolickiego z drugiej.  Dzięki podżeganemu przez diecezje białostocką, z jej biskupami na czele, obrzydliwemu atakowi na Marsz Równości w Białymstoku, ten proces rozlał się na masową skalę. Tak w kraju, jak i poza jego granicami. Głos zabrali najwyżsi dostojnicy państwa i Kościoła: poseł Jarosław Kaczyński, prezes PiS i arcybiskup-metropolita krakowski Jędraszewski. Mówiąc w olbrzymim skrócie ich wystąpienia można zreasumować konkluzją, że wedle tych dostojników chodzi wręcz nie o samo istnienie niezależnej Polski ale o jej ‘ducha’, jej charakter narodowy. Słowem o to, co nazywamy potocznie ‘polskością’.  Tejże, najdroższej wszystkim Polakom, polskości zagraża … LGBT i jego ideologia! Podobnych słów w innym okresie i sąsiedzkim państwie w latach 30tych używał Hitler i jego najbliżsi współpracownicy. Też w okresie konsolidacji pełnej i nieograniczonej władzy i przed wprowadzeniem jawnej dyktatury NSDAP pod osobowością Fὕrera.  W momencie wczesnego kształtowania się dyktatury prawie zawsze niezbędny jest wróg tak zewnętrzny, jak przede wszystkim wewnętrzny. To umożliwia sterowanie i kontrolę nad nastrojami społecznymi, jak i postawienie wyraźnej cezury ‘my-wy’. Gdzie ‘wy’ jest zagrożeniem jedności, zagrożeniem narodowego charakteru, wynaturzeniem. Nie wolno zapominać, że niemieccy homoseksualiści byli jednymi z pierwszych ofiar zbrodniczego hitleryzmu, w dodatku ofiarami bezbronnymi, bo niezorganizowanymi i bez poparcia społecznego, bez jakichkolwiek praw. Fakt, że socjalnie wesołe lata Republiki Weimarskiej, głównie w Berlinie i wielkich metropoliach,  wzbudziły fałszywie rozumianą szeroką akceptację ‘inności’, spowodował upublicznienie się wielu homoseksualistów – później następujące represje i aresztowanie ułatwił i przyspieszył.  Pomogło to też Hitlerowi na likwidację zagrożenia ze strony SA – jego brunatnych sojuszników. Ktoś powie, że to absurdalne porównanie – arcybiskup metropolita krakowski i Hitler? Kaczyński i Goebels? Nie wiem czemu miałoby ono być absurdalne. Dla mnie jest bardzo logiczne. Fakty i historia oparta na nich nie kłamią.  Przytoczę słowa dostojnika: „Niektórzy homoseksualiści uważają, że to co oni robią jest ich prywatnym życiem. Lecz życie seksualne nie jest już prywatną sprawą, ponieważ dotyczy przeżycia narodu.  /../ Naród z dużą ilością dzieci może zawładnąć światem. Naród czysty rasowo z niewielką ilością dzieci stoi już jedną nogą w grobie, za pięćdziesiąt lub sto lat nie będzie już istniał. Dlatego też wszyscy musimy zrozumieć, że nie możemy tej chorobie pozwolić rozwijać się … i musimy ją zwalczać…”. Który dostojnik to powiedział? Czy w 2019 w Krakowie czy wcześniej? Wcześniej. W 1937. Heinrich Himmler.

Jakiś cymbał w Łodzi, profesor Zbigniew Rau kandydujący na wojewodę z ramienia PiS, napisał na swojej stronie wyborczej  komentarz ze znamiennym tytułem: „Stop Ideologii LGBT! Stop cywilizacji śmierci!”. Tak, profesor. Nie, nie wiem czy to wynik uwiądu starczego (facet nie najmłodszy, choć nie starzec jeszcze), zwykła chciwość na pieniądze i władzę na funduszami (to dotyka wszystkich w Polsce – i nie tylko – niestety), czy po prostu zawsze był cymbałem ale wykuł się w swojej dziedzinie w latach studenckich, a potem całował pupy władz uczelnianych by tam mógł pracować i powoli a skutecznie tytułu się doskrobał. Nie ważne – byli, są i będą i tacy ‘akademicy pożal się boże’.  Fakt jest faktem, że pod tym się podpisał (więc podaje się za autora) ergo jest cymbałem.

Ta hasło ‘ideologii LGBT” pojawia się nad wyraz często, w zasadzie nagminnie teraz w gadzinówkach reżymowych i na ambonach kościelnych.  Jest takim zawołaniem do boju, wiciami rozsyłanymi do gminu i gromkim do kupy mośćpanowie, na koń i szable w dłoń! Można by się z tego śmiać w kułak, satyrycy mieli by temat wspaniały i niewyczerpany do swoich skeczy, psychiatrzy roboty po uszy … .

Człowiek o tyle o ile zorientowany w terminologiach, słownictwie polskim wie, że takie zwierzę, jak „ideologia LGBT’ po prostu nie istnieje. To pojęcie mieści się może w kategoriach faunów i skrzatów leśnych,  syren morskich i lewiatanów, smoków wawelskich (może stąd te wystąpienia metropolity krakowskiego – może to od wyziewów smoczych spode Skarpy Wiślanej pod Katedrą wawelską coś mu faktycznie zaszkodziło, bo wierzyć się nie chce, by arcybiskup, wzorem profesora łódzkiego, mógł też być po prostu cymbałem!?). Liczni księża i zakonnicy byli wystąpieniem arcybiskupa oburzeni, apelowali wręcz by sam podał się do dymisji lub by Episkopat zwiesił go w czynnościach. Na próżno. Sami dostali ‘po łapkach’ od Episkopatu.

Znajoma działaczka polonijna, mogę szczerze powiedzieć, że od wielu lat moja bardzo bliska znajoma,  z którą więcej niż często różniliśmy się poglądami ale mieliśmy wobec siebie szacunek i wspólny cel służenia polskiej kulturze w Polonii – wpadła w te tryby propagandy anty-LGBTQ2 nie rozumiejąc, że nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością ani nawet nie jest faktycznym obrazem jakiegokolwiek poczucia zagrożenia środowisk arcy-prawicowych i środowisk kościelno-katolickich. Nie. To zwykły wulgarny i bardzo prosty chwyt propagandy politycznej. Służyć ma przede wszystkim zapewnieniu zwycięstwa w wyborach poprzez skinięcie głową w kierunku twardego elektoratu PiS, który, jest najmniej wykształcony, najbardziej pazerny na prezenty od władzy i ziejący nienawiścią wręcz kipiącą wobec wszystkich, którzy są nieco od nich inni. Dla Kościoła (mam na myśli oczywiście instytucję prawną a nie Kościół, jako ośrodek wiary i zgromadzenie wiernych), który otrzymuje od państwa niespotykane od czasów bodaj średniowiecznych darowizny i przywileje, jest to nie tylko udzielenie politycznego wsparcia dla PiS w akcji wyborczej – to jednocześnie odwrócenie uwagi społeczeństwa i wiernych od groźnego problemu pedofilii i przestępstw seksualnych w Kościele polskim.  Zawołaniem: Łapaj złodzieja! nie jeden złodziej z potrzasku się wykaraskał.

Moja znajoma, Krystyna P. napisała więc w swoich regularnych wiadomościach polonijnych wysyłanych do wielu osób, krótki tekst w związku ze zbliżającymi się wyborami do Parlamentu w Warszawie. Nie szczędziła w nim ostrych słów partii rządzącej (PiS) za ich afery i zaniedbania. Co jest cenne, bo oznacza, że osoba o poglądach konserwatywnych potrafi dostrzec błędy i wady nawet w środowisku o poglądach zbliżonych.  Zresztą niezależność wobec wszystkich kolejnych władz polskich K.P. wykazywała zawsze, co pamiętam świetnie z szeregu wspólnych wizyt w Konsulacie Generalnym RP. I znowu – nie we wszystkim się zgadzaliśmy ale to w niej ceniłem. Krystyna sugeruje, że jest zwolennikiem (w wyborach) Konfederacji, tj. ugrupowania na prawo od prawej strony polskiej sceny politycznej.  Jednym z czołowych reprezentantów tego ugrupowania jest Janusz Korwin-Mikke – postać wręcz groteskowo legendarna w polskiej polityce. Legendarna nie z tych cech, które dla polityka winny być chwalebne. Dla mnie osobiście Janusz Korwin-Mikke to pani poseł Pawłowicz –  tyle, że błyskotliwsza w mowie, szczupła i ubrana w nienaganny smoking. Ale są tam naturalnie też inne ugrupowania ultraprawicowe, których nazw nie w pełni pamiętam czy uważam, że sens jest starać się spamiętać. To autentyczny  i daleki nawias sceny politycznej.  Zwolennicy państwa i społeczeństwa obywatelskiego na nich nigdy nie zagłosują, a elektorat PiSu nie pozwoli sobie na ryzyko przegranej PiSu i poprze tylko koalicję parti z PiSem związanych bezpośrednio. Nie chodzi mi jednak o polemikę polityczną. K.P. ma absolutne prawo i przywilej popierać takie partie, jakie uważa za właściwe. I to winno być prawo niewzruszone.

Chodzi mi o aspekt etyczny i moralny tekstu K.P, w tym momencie, gdzie porusza sprawy LGBTQ2. I nie chodzi o to czy lubi czy nie lubi LGBTQ2. Ostatecznie w jakimś sensie mieszczę się w tym skrótowcu a mimo to mogę śmiało powiedzieć, że się lubimy. I lubi się z moim mężem. Być może mimo wszystko nie łączy mnie ze społecznością LGBTQ. A jestem jej częścią nieodłączną. Zawsze byłem. To, kulturowo rzecz ujmując – moja ‘etniczność’. Czy jestem zagrożeniem dla ‘wolności polskiego narodu’? Być może – ale tylko wówczas, gdy mówimy o jakiejś innej ‘wolności’, jakiegoś innego ‘narodu’. Kiedy zakładałem „Solidarność’ w przedsiębiorstwie, gdzie pracowałem w Warszawie, byłem jej pierwszym Przewodniczącym tamże, roznosiłem ulotki, w czasie Pogotowia Strajkowego chodziłem ulicami Mokotowa z biało-czerwoną opaską (i wówczas też zdarzało mi się usłyszeć syk w tramwaju od jakiejś pani : ‘przestańcie już znowu prowokować, zdejmij tą opaskę, o co wam znowu chodzi’ itd. – jestem przekonany, że te panie należą dziś do twardego elektoratu PiS) – to wiem doskonale o jaką ‘wolność’ zabiegałem. Też o moją własną. Osoby LGBTQ. Mimo, że taka nazwa wówczas jeszcze nie istniała powszechnie i sam bym pewnie nie wiedział, co oznacza. I o wolność wszystkich Polek i Polaków LGBTQ2. Na równi z wszystkimi obywatelami. Bez wolności osób LGBTQ2 nie ma mowy o wolnej Polsce. Będzie tylko atrapą i udawaniem wolności. 

Tekst o którym mówię brzmi:

Rozpowszechniły się marsze tęczowych, którzy twierdzą, że walczą o wolność. Zaczynają oni natarczywie wkraczać do polskich miast, pod szczelną ochroną policji i wojska, wywołując natychmiast stan wojenny i prowokując do nienawiści jednych przeciw drugim. Polacy wiedzą co to jest wolność, zbyt długo o nią walczyli i nie mogą pogodzić się z mieszaniem słowa „wolność”  z błotem. Nie zgadzają się również z wprowadzanym na siłę i bez zgody społeczeństwa programem LGBT do szkół polskich, który grozi wykrzywieniem seksualnym, moralnym i psychicznym naszych dzieci i młodzieży. Śpij sobie z kim chcesz i jak chcesz, ale jeżeli wychodzisz na ulicę ze swoją odmiennością seksualną i starasz się zmienić wychowanie młodych, w tak niemoralny sposób, to jesteś zwykłym draniem i śmieciem,  i nie ma to nic wspólnego z wolnością. 

Jak do tej pory rząd PIS-u nie powstrzymał tej zgubnej propagandy LGBT. (tylko we fragmencie związanym z tematem LGBTQ – przyp. moje, BPG)

(teraz przytoczę fragmenty nadesłanej mi odpowiedzi do K.P. innych szanowanych osób z tego środowiska polonijnego, które tak zareagowały na ten tekst powyżej.)

 /…/ Do informacji dotarł do nas poniższy materiał, a konkretnie “wiadomości z kraju” i Pani opinie na temat LGBT.  Pani nomenklatura i prymitywne skwitowanie tematu zwalają z nóg.  Przez lata tworzyła sobie Pani wizerunek osoby kulturalnej.  Uzurpowanie sobie tutejszej roli “ambasadora kulturalnego” wiąże się jednak z pewna doza odpowiedzialności.  Pani toksyczne słowa są kompletnie przeciwieństwem roli jaką Pani sobie obrała.  Są okrutne, ohydne, zamierzone do wywoływania nienawiści, i kompletnie pozbawione sensu.  /…/

Można nie zgadzać się politycznie lub światopoglądowo z pewnymi ideami.  Pani jednak wybiera i powiela opinie z ciemnogrodu, który nie dopuszcza do rozwoju intelektualnego ani uczuciowego.  Czasy się zmieniają, ludzie się zmieniają, opinie się zmieniają, w oparciu o rozwój nauk humanistycznych, społecznych, przyrodniczych, I przede wszystkim, zmiany związane z wolnością i otwartością słowa i myśli.  Nawet idee cytowanego przez Panią św. Jana Bosko (“Wychowanie jest sprawa serca”, cytat, który obrała sobie Pani jako motto tego biuletynu), wyewoluowały w praktyce Salezjanów, którzy kontynuują jego założenia, ale zaadaptowali je pod katem czasów i miejsca, gdzie szkoły salezjańskie funkcjonują.

Pani prawa (człowieka, kobiety, emigranta etc) zostały przez ostatni wieki wywalczone przez ludzi, którzy mieli wizje i przekonanie, że wszyscy jesteśmy równi.  Teraz pora na edukacje, na otwartość i tolerancję dotyczące sfery ludzi  LGBT+.  Edukacja w szkołach i otwarta dyskusja są niezbędne!

Mieszkając w Kanadzie, jest chyba Pani w stanie spostrzec, że ludzie innych orientacji seksualnych są normalną częścią społeczeństwa, ani gorsza ani lepszą, ani nawet specjalnie różną.  Orientacji seksualnej nie wybiera się.  Na szczęście w Kanadzie jest to kompletnie zrozumiały oczywisty fakt, przynajmniej w sferach ludzi rozumnych i wrażliwych, czyli po prostu większości. W Polsce, do zrozumienia, pełnej tolerancji i akceptacji jeszcze długa droga…

Pani opinie i szerzenie nietolerancji rezonują w tutejszym środowisku polskim.  Jesteśmy przekonani, że prędzej czy później wydostaną się też poza środowisko polskojęzyczne.  Mamy nadzieje, ze przemyśli pani swoje przyszłe słowa wysłane w przestrzeń publiczną.  Ale bardziej niż to, mamy nadzieje, ze Pani otworzy się choć trochę i uwrażliwi na prawa ludzi innych od siebie.

Lena Ch. i Wiktor Ch.

Prawo kogoś do publicznego bycia sobą nie jest ‘błotem’. Tak, Polacy wiedzą, co to jest wolność. Ja jestem Polakiem, więc wiem. Wiem jaką cenę za nią płacił mój ojciec, żołnierz AK i jeniec w obozie w Rosji, mój dziad – żołnierz Września, wujowie i ciotki z ruchów czynnego oporu i PSZ na Zachodzie, ciotka z Powstania warszawskiego, która 25 lat wcześniej była działaczka POW na Kresach, kiedy Narodowcy Dmowskiego chcieli się układać z carem. Coś z tych nauk wynieść musiałem. Jako Polak i jako Polak-LGBTQ2. Tak, bo LGBTQ2 to nie jest jakakolwiek ‘ideologia’ – to ludzie. Szybciej można by starać się argumentować (zbędnie i niepotrzebnie ale argumenty logiczne znaleźć można), że narodowość lub wyznanie religijne są konstruktem ideologicznym nabytym a nie wrodzonym. Są LGBQ2 komuniści i ultrakatolicy, liberałowie i konserwatyści, są tacy, którzy w nosie mają wszelkie partie i ideologie, są ateiści i głęboko wierzący.  Nie łączy nas nic, prócz podobnych doświadczeń ukrywania kim jesteśmy lub odważnego i bardzo ryzykownego stanięcia przeciw potężnemu murowi obcości, wrogości, w najlepszym wypadku oziębłej obojętności.   Jak ta od tej pani w tramwaju, która (czując się na pewno i dobrą katoliczką i dobrą Polką) syknęła ‘przestańcie znowu prowokować, zdejmij tą opaskę, o co wam chodzi?’.  I to jest właśnie geneza tych marszów i parad. To są ich ‘prowokacje’, to jest ‘o co nam chodzi’ i ‘co chcemy’.  Równych praw, jakie się nam, obywatelom należą.  Prowokacją (świadomą) jest czasem udział w nich owych ‘przebierańców’, na ogół transwestytów, wobec których cała społeczność LGBTQ2  ma olbrzymi dług wdzięczności. To nikt inny, nie porządni gejowie-urzędnicy lub politycy, gejowie działacze kultury i politycy, gejowie chodzący regularnie na msze do kościołów różnych wyznań  – tylko właśnie oni, przebierańcy, artyści kabaretów w tanich spelunkach, chłopcy i dziewczyny, którzy przebierając się za drugą płeć w sposób ostentacyjny dawali sobie pozwolenie na chęć bycia poderwanym, zaproszonym na randkę przez zastraszonego, ukrywającego się geja czy lesbijkę. To był kawałek ich wolności, która sami sobie dali, wbrew społeczeństwu, które im tego odmówiło.  A w 1969 roku, na Manhattanie wyszli w tych wysokich obcasach, z karykaturalnymi makijażami, porwanych pończochach na ulicę by dać czadu policji nowojorskiej, która systematycznie na te bary napadała w celu zastraszenia, wyłudzenia okupu.  I dali czadu. Dokopali swoim oprawcom i okupantom. Tak, okupantom. Bo jeśli osoba LBTQ2 jest w swoim kraju prześladowana a nie chroniona przed prześladowaniem, to oznacza, że jest to kraj okupacyjny. Nie kraj wolny.  Ilu znałem z widzenia, niektórych z imienia, młodych chłopców, podrostków wręcz, którzy po ucieczce z jakiegoś małego miasta w Polsce, gdzie byli maltretowani przez rodziców i otoczenie uciekali do wielkiego miasta Warszawy. Jedyne miejsce jakie im stolica ofiarowywała to były perony i poczekalnie Dworca Centralnego – zwłaszcza w okolicach toalet męskich. Tam spotykali starszych, zastraszonych, ukrywających się gejów, często panów z poważnymi stanowiskami, z żonami czekającymi w domu – ci panowie (jeśli zamożniejsi i kulturalni) brali ich na parę godzin do hotelu lub wolnego mieszkania na szybki seks, możliwość kąpieli lub prysznicu, czasem nawet kolację w restauracji i pewnie parę groszy. Tak, prostytucja męska, często nieletnia. Tak, jak tanie prostytutki dziewczyn z przedmieść lub wiosek okolicznych. Tylko te mogły robić to w mniej upokarzających warunkach. Raz-dwa razy w tygodniu przyjeżdżały na dworzec Nysy milicyjne i chłopaków wyłapywano. Nie, nie do aresztu na komendzie. Do przejażdżki Nysą, gdzie po kolei milicjanci sobie chłopców używali. Ci nie płacili chłopakom za usługę. Czasami musieli trochę pobić, zwłaszcza nowych, nie znających zasad i savoir vivre stołecznego. Udało mi się czasem z niektórymi z nich porozmawiać, wysłuchać opowieści. Niektóre fragmenty zapisywałem potem. By nie zapomnieć. Dziś już tych notesów prawie nie mam, pogubiły miedzy kontynentami, krajami, miastami. I czasami, które się zmieniały. Kiedyś u znajomego dziennikarza poznałem bardzo ładnego chłopaka z Domu Dziecka lub poprawczaka (już tego szczegółu nie pamiętam) z Łodzi. Dziennikarz był tam robić wywiad o chłopcami i pracownikami ośrodka. Chłopak był autentycznie ładny, inteligentny – choć nawet bez szkoły średniej, co nie dziwiło zważywszy, gdzie dzieciństwo/młodość wczesną spędził), a dziennikarz był gejem.  Więc chłopaka poderwał. Po wyjściu z tego ośrodka (miał już osiemnaście lat) zamieszkał u tego dziennikarza. Ten jednak okazał się draniem, chłopakiem się pobawił aż się znudził i po prostu wyrzucił na klatkę schodową. Zobaczyłem go na tymże dworcu Centralnym (bywałem tam regularnie co najmniej dwa razy dziennie, bo tu dojeżdżałem WKD z domu do centrum) krążącym wobec tych niesławnych toalet. Podszedłem się przywitać. Powiedział, co się stało i wtedy zauważyłem tą zmianę w nim – kompletny brak szczerego, wesołego uśmiechu, pewną zaciętość pod warstwą sztucznego uśmiechu. Znowu go oszukano. Dostał kolejnego kopniaka. Najpierw od instytucji, która miała mu zapewnić opiekę, potem od mężczyzny, który udawał szczere zaangażowanie uczuciowe. Polski chłopak. I po prawdzie właśnie na takiego typowego polskiego chłopaka wyglądał: szare oczy, płowa gęsta czupryna, ciemne brwi, nieco zalotnej i psotliwej zadziorności. Spotkałem się z nim jeszcze kilka razy, chodziliśmy do barów mlecznych, gdzie mu zamawiałem porządne, gorące obiady. Opowiedział ciekawą historię.  Gdy się zorientowano lub powzięto podejrzenie w ośrodku, że może jest ‘pedziem’ bito go nieźle, poniewierano, a wieczorami inni chłopcy go regularnie gwałcili. Nie skarżył się, bo wiedział, że by było jeszcze gorzej. Ale inny usłużny ‘kablowy’ z roku (młodzież dzielono wedle wieku w ośrodku) doniósł wychowawcom. Od tamtego czasu nie wolno mu było iść do wspólnych pryszniców, łaźni.  Naturalnie, by go ‘przykrości’ większe nie spotkały. Oddziałowy sam go do łaźni prowadził później. I po prysznicu sam go do usług seksualnych zmuszał.  Dobry był chłop… . Przynajmniej sam jeden tylko. Straciłem z tym chłopakiem wszelki kontakt potem. Zniknął. Czasy przed telefonami komórkowymi. Nie widywałem go nawet na Centralnym, mimo, że starałem się szukać i dopytywać. Może wyjechał do innego dużego miasta, może kogoś dobrego spotkał, może popełnił samobójstwo lub ktoś go zamordował? Nie wiem.  Zresztą takich „Janków” i „Staszków”, „Johnów’ i „Stevów” było setki  na każdym dużym dworcu kolejowym w Polsce i całej Europie. Ale podejrzewam, że jeśli przeżył to na jakimś z tych Marszów Równości na pewno był. I na pewno by nie maszerował w nim z wdzięcznością wobec większości społeczeństwa swego kraju. Bo ta Polska by go znowu oszukała. Jak już tyle razy wcześniej. Może na złość by szedł w dużych, wysokich czarnych szpilkach z olbrzymim pawim piórem w tyłku? Mówiąc tym – oto gdzie mam waszą ohydną, zakłamaną moralność. Wątpię by był piewcą całej ‘pięknej polskiej tradycji’. Zbyt silnie mu ta ‘tradycja’ dokopała i ukradła dzieciństwo i najpiękniejszą, pierwszą młodość.

autor waz mężem w historycznym barze Stonewall Inn na Manhattanie

Więc po tych słynnych zamieszkach w Stonewall w Nowym Jorku obudziła się wśród gejów i lesbijek pewna solidarność polityczna, środowiskowa. Nie tylko w Stanach, na całym świecie. Naturalnie głównie tzw. zachodnim. Poszło to jak błyskawica. W przeciągu ledwie 50 lat zaszły zmiany, jakie przedtem trwałyby wieki całe. Narodziła się autentyczna zbiorowość i społeczność.  W tej społeczności znaleźli miejsce (lub sobie sami je wywalczyli) wszyscy, których seksualność była inna od tej typowej, heteroseksualnej. Naturalnie gejowie i lesbijki. Zaraz potem biseksualiści.  Ci, co lubili wolne związki i ci, którzy chcieli trwałych. Nagle otworzył się cały, najbardziej skryty i najbardziej cierpiący niezrozumienie i wrogość świat osób transpłciowych.  Okazało się, że jest nas miliony. I że nie, nie mamy najmniejszego zamiaru zadawalać się skrawkami z ‘pańskiego stołu’. Ten stół też jest naszym stołem. Myśmy go też wspólnie zbijali i malowali, my płacimy też za każde danie na nim serwowane i żadnym odpadkiem się nie zadowolimy. Chcemy mieć i swoje przy nim krzesło i swoje nakrycie. Ani mniejsze ani większe. Jeżeli wymaga to maszerowania-protestu w Polsce – to nie ma najmniejszej wątpliwości, że dzisiejsze pokolenie LGBTQ2 będzie maszerować i protestować. Do skutku. Choćby się arcybiskupi Jędraszewscy zapluwali z wściekłości na ambonach.  I mimo różnicy poglądów politycznych i ideologicznych między nami – będziemy wspierać i głosować na te partie, które nam te prawa należne wszystkim obiecają zwrócić.  Bo przy stanowieniu tych praw w czasach dawniejszych społeczeństwo ogólne nam te prawa skradło. I żądamy zwrotu zawłaszczonego mienia politycznego. Ni mniej ni więcej.  To jest ta idea, która osoby LGBTQ2 łączy – idea wolności obywatelskiej. Bycia obywatelem a nie obywatelkiem.  Nie mamy najmniejszego zamiaru przepraszać kogokolwiek za to, że jesteśmy.

Kiedy szedłem w tym roku po raz pierwszy w tym mieście z Paradą Godności w Halifaksie, przechodząc obok niezliczonych, radosnych tłumów oblegających chodniki tego miasta na trasie parady, uderzyła mnie realizacja, że przecież te tłumy to w większości ludzie heteroseksualni. Rodzice z dziećmi w wózkach, trzymanymi za ręce lub na rękach, spotkałem bacie z wnuczkami, starsze pary emerytów. W paradzie widziałem duchownych i parafian większości wyznań chrześcijańskich.  I zrozumiałem, że to nie jest już marsz-protest. To autentycznie parada godności. Wszystkich. Bez względu na orientacje seksualną czy płeć kulturową.  To najpiękniejsze święto, majówka prawdziwa, całego społeczeństwa. Równego w prawach, obowiązkach i przywilejach. Że gdzieś się pojawi grupka chłopaków z pół-gołymi pupami i podkoszulkami z czarnej koronki? No to co? Komu to w sumie przeszkadza, że młodość się chce wyszumieć, krzyknąć: świat należy do mnie! Jakaż szkoda, że ten chłopak z Centralnego nie mógł w takiej paradzie być, nawet w skórzanych obcisłych slipach i z pejczem w ręku.  Ileż by to było lepsze, weselsze i zdrowsze niż pikiety przy toalecie dworcowej. Nawet jeśli żyje gdzieś, to tego już mu nikt nie zwróci i nie odda. Tego momentu radosnej, nieokiełznanej młodości, gdy świat należy do nas.

A artykuły oburzone ‘nieobyczajowością’ Marszów, straszące jakaś wymyśloną i do głębi fałszywą ‘ideologią LGBT’, przestrzegające przed ‘szkolnymi programami LGBTQ’  są ostatnimi dzwonami konającego świata złej a nie dobrej tradycji. Nie całej tradycji ale jej części. Tej chorobliwej, zastraszonej. Nie zupełnie wolnej. Zawsze zagrożonej ‘innym’, z zewnątrz, obcym, nieznanym.  Ten film już się skończył, ta książka była już przeczytana. Wzruszamy się czytając Reja i Kochanowskiego, balladami Mickiewicza, wierszykami popularnych poetów XIX i początków XX wieku, z łezką słuchamy piosenek Fogga, Smosarskiej i Ordonki. Ale gdyby ktoś spróbował tak komponować, aranżować i tą manierą śpiewać dziś, to by nawet na poziomie powiatowym kariery nie zrobił. Ani używać w wierszach poetyki Or Ota. I ten tramwaj odjechał. I całe szczęście. Był użyteczny w czasach tramwajów konnych. Dziś niemożliwy w komunikacji miejskiej. Chyba, że w skansenie. A czy naprawdę chcemy by Polska była skansenem tylko? Wiecznym, niekończącym się jarmarkiem łowickim?

To od strony polemiki tekstu, który staram się zrozumieć, wytłumaczyć  jakąś genezą, bazą błędną bez wątpliwości ale nie skażoną ideą zła, namawianiem do zbrodni.  Nie łatwo czasem stare przyzwyczajenia, stare tradycje czy nawyki zmienić. To nie jest proces łatwy i go rozumiem. Świat dziś pędzi niesamowicie. Trudno nadążyć. Ale trzeba się starać.  Czasami – choć jest to przykre – po prostu się pogodzić z tym nowym czasem. Dla mamy mojej piękniejsza strofa od mickiewiczowskiej istnieć nie mogła ani poetyka czystsza, doskonalsza. Dla jej teściowej, mojej babci, nie istniała muzyka czystsza niż szopenowska. Muzykę dzieliła na niedoskonałą przed Fryderykiem i staczająca się w dół po Fryderyku. Ale babcia urodziła się w wieku , w którym Chopin żył. Więc była dzieckiem tego wieku. Tak, jak ja jestem dzieckiem XX. I olbrzymia większość moich przyjaciół i znajomych. Na szczęście zawsze pasjonowało mnie inne, nieznane, obce, spoza i zza. I poznawanie tego było najwspanialszym uniwersytetem mojego życia. Szczerze takie studia polecam. Nie trzeba egzaminów wstępnych ani czesnego płacić.  Największą z nauk tego ‘uniwersytetu’ była realizacja, że jest kompletnym fałszem teza, że darowanie komukolwiek godności musi ograniczyć godność moją; że przyznanie pełnej wolności innemu automatycznie zmniejsza moją, bo zakres wolności jest wszak ograniczony. Nie. Wolność jest pojęciem nieograniczonym. Im więcej jej dla wszystkich, tym większe obszary dla każdego indywidualnie.

Tyle na temat tekstu z informacji polonijnych mojej znajomej z Vancouveru.

Ale jest temat dużo ważniejszy, autentycznie niebezpieczny i bez najmniejszych wątpliwości amoralny, zły do samych głębi zła permanentnego. To nie wymyślona, nie skonstruowana przez jakichś ‘magów LGBTQ’ czy inżynierów dusz ale autentyczna kampania nienawiści sponsorowana przez hierarchię dzisiejszego Kościoła Katolickiego w Polsce i najwyższych władz politycznych kraju. Nienawiści wobec społeczności LGBTQ2.

Można zrozumieć, że z jakichś błędnych i mylnych rozumień teologicznych część duchowieństwa potępia lub nie chce się zgodzić z zaistnieniem w rzeczywistości polskiej społeczności LGBTQ2. Że w swej niewiedzy lub wiedzy błędnie rozumianej uznaje to za dewiację. Że może w związku z tym odmawiać sakramentów dla takich osób, ganić ich zachowanie lub odmawiać udzielania ślubów kościelnych. Uważam to za błąd. I jest wielu myślicieli chrześcijańskich i teologów nawet katolickich, którzy polemizują z takim stanowiskiem Kościoła polskiego. Ale to są wewnętrzne problemy tej Instytucji religijnej i nie mam tu zamiaru wchodzić zbyt głęboko w tego typu dyskusję. To sprawa wewnętrzna i prywatna wyboru i wiary osób LGBTQ2, czy chcą do takiego Kościoła należeć. Ale gdy Kościół, jakakolwiek religia, chce siłowo narzucić swoje prawa dla wszystkich obywateli – to już inna sprawa. Nawet w kraju, gdzie taka religia jest w większości.  Wówczas pewne zazębianie się spraw religijnych i politycznych jest czasem nie do uniknięcia. Tyle, że Kościół musi wówczas stosować się do prymatu prawa państwowego jeśli występuje politycznie. I szanować wolności obywateli, którzy nie są poddanymi a wolnymi obywatelami.  Jeżeli ktoś wykorzystuje swoją bardzo wysoką funkcję w Kościele i dopuszcza się siania nienawiści – ten stanąć musi pod pręgierzem odpowiedzialności jeśli nie karnej, to bez wątpienia moralnej.  Jeżeli ktoś rzuci w kogoś kamieniem i tą osobę zrani lub zabije – to drugą ręką która ten kamień cisnęła będzie ręka tego dostojnika kościelnego. Jeżeli ktoś gdzieś do kogoś na ulicy strzeli z tego powodu – to jest właściwym oskarżenie tego dostojnika o załadowanie naboju do tego pistoletu.

Jeśli w takiej kampanii biorą udział politycy u steru władzy – to jest zbrodnia i zdrada interesu narodowego. To sprzeniewierzenie się przysiędze i obietnicy szczerzenia i obrony obywateli przed samosądem, przed gwałtem.

W Białymstoku ani w Szczecinie, ni w Warszawie nie było jakiejkolwiek zgrai rozwydrzonych  gejów, lesbijek i osób trzeciej płci, którzy sterroryzowali i napadli na wystraszone zgromadzenie rozmodlonych parafian obrzucając ich kamieniami, przekleństwami i okładając pięściami i kopniakami. Ani na bogu ducha winnych przechodniów. To bandy szowinistycznych chuliganów, wspomagane jakimiś oszołomami babć z różańcami i zaciśniętymi pięściami napadły na osoby LGBTQ2. To nie propaganda – to fakty z licznych zdjęć, filmów, zeznań uczestników i przypadkowych przechodniów, gapiów. Że takie męty społeczne są nie tylko w  Polsce – wiemy. Ale w Polsce dano im przyzwolenie, zachętę wręcz do takich napaści. Mówiąc jasno i prosto: władze polityczne i kościelne poszczuły na osoby LGBTQ2 stada dzikich psów.

LG, LGB, LGBT, LGBTQ, LBTQ2+ …

by Bogumil Pacak-Gamalski

Nie, to nie jest zapis z taśmy szyfru przesłanego aparatem Morse’a.  Nie jest to też jakiś opis chemicznych związków lub syntezy. Ani alfabetycznie zapisane nazwy słońc odległych galaktyk.

Plac Zbawiciela, Warszawa

To po prostu kolejne formy powstawania, budzenia się pewnej społeczności. Jej wychodzenia z cienia. Z cienia w naszej, okcydentalnej cywilizacji chrześcijańskiej (terminu ‘okcydentalizm’ używam tu świadomie w zapożyczeniu z leksykonu zachodnioeuropejskiego, gdzie ma znaczenie duże szersze i bliższe historycznej prawdy, niż używane w piśmiennictwie polskim, gdzie zepchnięto je w wąskie tory artystycznych i kulturowych prądów sztuki).

Nie całego (powiedzmy 4-5 tysiącletniego) kształtowania się cywilizacji zachodniej, ale ostatnich trzynastu, może siedemnastu setek lat. Otóż są to po prostu zwykłe skrótowce określające osoby o innej niż większościowa orientacji seksualnej i innej niż większościowa płci biologicznej i płci kulturowej (gender, po polsku czasem zapisywane, jako dżender).

Człowiek, wbrew bardzo obiegowej i kompletnie ignoranckiej opinii, nie zawsze i nie wszędzie rodzi się taki sam, identyczny. Tylko w dwóch odmianach: kobieta lub mężczyzna z identyczną (w tym wypadku przeciwną) orientacją seksualną. Gdyby tak było i gdyby istniało takie prawo natury (lub boskie) wszyscy by byli białoskórzy. Z ewentualnymi wyjątkiem dla wzrostu i kolorów włosów i oczu. Lub tylko czarni (to by było najlogiczniejsze, skoro nasi Adamowie i Ewy urodzili się w Afryce) – albo nas, Polaków, by nie było …. albo (o zgrozo!) bylibyśmy wszyscy czarni i raczej bez szansy na inny kolor lub rodzaj włosów bez pomocy silnych barwników. Ewentualnie druga opcja, najbardziej prawdopodobna, bo najliczniejsza, wśród naszego gatunku –  wszyscy żółci. Pisząc to i widząc  te słowa na papierze (monitorze, LOL), widzę sam tych słów pełny absurd – ani my nie mamy białego koloru skóry ani Azjaci nie maja żółtego i w ogóle nie mieści się w tym skrócie myślowym olbrzymia gama odcieni i barw skór milionów ludzi na świecie! Ale – dla łatwości –  zostańmy przy tych śmieszno-dziecinnych banalnych ,skrótach rasowych’. Więc już wiemy bez najmniejszej wątpliwości, że wszyscy tacy sami się nie rodzimy, jeśli chodzi o nasz wygląd. Czy wszyscy (w tych różnych kolorach) rodzimy się, jako tylko i wyłącznie kobieta lub mężczyzna (płeć biologiczna)? Najczęściej. Ale dużo mniej często niż laikom się wydaje. Popytajcie proszę położników o szczegóły. Czasem rodzi się … hermafrodyta? Maleńki człowiek niezdecydowany czy jest kobietą czy mężczyzną. Po trochu tym i tym. Czasem jedna część płci biologicznej (na ogół chodzi o zewnętrzne ‘intymności’ lub ‘klejnoty rodzinne’) jest bardziej ukształtowana od drugiej. W tym wypadku, przez długie dziesiątki lat współczesności, lekarze bardzo często sami decydowali co tu skrócić a co (o ile możliwe) uwypuklić.  W ich poczuciu uczciwości wszystko dla ułatwienia życia rodzicom i samemu dziecku. Dziś wiemy, że rodzicom może i tak, pomagało to – dziecku niekoniecznie. Zwłaszcza gdy dorastało i coś tam nie pracowało tak, jak u rówieśników. W dodatku jeszcze te mniej widoczne sprawy biologiczne – hormony. Też w takich sytuacjach dość pogmatwane i nie zawsze zgodne z tym ‘wyrokiem natury’ lekarzy.  Myślę, że nieszczęściami i łzami ofiar takich ‘dobroczynnych’ eksperymentów medycznych można by nowy ocean na Ziemi wypełnić… . Więc nawet płci biologicznej w żaden sposób nie można określić, jako wyboru miedzy a lub b. Można powiedzieć: w większości wypadków. Ale nigdy – zawsze i tylko. Bo to jest kłamstwo. Czyli szerzenie nieprawdy. A nikt z nas, z wolnego wyboru i bez przymusu, wszak kłamcą nie chce być. W tej kategorii najczęściej zawiera się ta literka „T” w LGBTQ. Transpłciowość, transgenderyzm. Osoba o więcej niż jednej płci.  Lub płci, która łączy w sobie elementy obu płci biologicznych, czyli jest płcią trzecią.

A teraz ta nieszczęsna płeć kulturowa, ten jakże przez pewne środowiska znienawidzony genderyzm. Jakże łatwiej i prościej by było o tym pisać, gdyby uczono tych podstawowych, elementarnych norm w pierwszych klasach biologii i nauki o człowieku! Ale nie uczono. Wielu do dziś walczy uparcie, by dalej nie uczyć. Tak, jak w Anglii, po wynalezieniu maszyny parowej, wielu ludzi paliło i niszczyło te maszyny i fabryczki je produkujące. Wierząc, że tym sposobem czas nie tylko zatrzymają ale wręcz cofną. Nie cofnęli. Maszyna parowa rozjechała ich na torach kolejowych. Jak z każdą nauką i techniką.  Nie uczono nas, bo wielokroć te nauki były jeszcze w powijakach, niezrozumiałe w pełni dla ich odkrywców i badaczy, a cóż dopiero dla przeciętnego człowieka. Spytajcie Kopernika i Galilea, jak to z teoriami i odkryciami nowymi bywa… . A mimo to – e pur si muovo (‘a jednak się kręci’).

Otóż, jak wiemy mimo wszystko od zarania dziejów (tu kłamać i udawać nie ma sensu), większość zachowań, przyzwyczajeń i sposobu bycia wynosimy z dzieciństwa i wczesnej młodości, obserwując najbliższe otoczenie rodzinne i socjalne. Jasiu nie rodzi się z umiejętnością rąbania drzewa siekierą. Jeśli mu ktoś tego nie pokaże – namęczy się strasznie zanim drzewo zetnie i możliwe, że to drzewo upadając złamie mu kark. Lub sobie odetnie niechcący ramię lub nogę. Ani używać karabinu lub szabli nie umie naturalnie.  Choć dziecko może mieć zdolności ‘wrodzone’ ku takiemu a nie innemu fachowi. Dziecko – nie chłopieć jako taki. Spytajcie Joanę d’Arc, Emilię Plater lub panią … generała Kazimierza Pułaskiego (tak, tak, ta nieszczęsna nauka znowu udowodniła bez cienia wątpliwości, że ten bohater narodowy Polski i Ameryki był – biologicznie rzecz rozumiejąc – … bohaterką z urodzenia).

Natomiast dziecko systematycznie tresowane i nauczane, co powinno się a co nie robić w zgodzie ze swoją płcią biologiczną – sprawia, że takich cech nabędzie. Lub będzie się starać je eksponować, nawet jeśli wbrew swojej naturze. Dlatego, chłopak 7-mio letni już wie, że nie powinien i nie wypada by pocałował lub przytulił swego najukochańszego przyjaciela (mimo, że robił to jeszcze bez oburzenia i zakazów środowiska ledwie 2-3 lata wcześniej). I że będzie mężczyzną a mężczyzna musi całować tylko kobiety i tylko kobiety przytulać. Tak już jest i koniec. Choć o seksualności tu jeszcze nie ma mowy w sensie pociągu lub jakiegoś seksualnego aktu. I wcale to nie zdecyduje o przyszłej orientacji seksualnej takiego chłopca. Tak się kształtuje płeć genderowa, kulturalna. Poprzez obserwowanie i naśladowanie otoczenia. Wszyscy to robimy od tysiącleci. Nie zawsze z takim naciskiem na sprawy seksualne, jak wręcz obłędnie w ostatnim stuleciu.  Z jakiś nieznanych ale naturalnie występujących u wielu osób przyczyn, wykształcają się u nas niewidoczne (lub mało widoczne, bo znamy wszak wszyscy chyba kogoś, kto będąc biologicznie mężczyzną miał kształty delikatne, wiotkie, wręcz kobiece – poza organami seksualnymi, naturalnie) silne aspekty ‘feminizmu’, ‘kobiecości’ (u chłopców) lub ‘maskulinizmu’, ‘męskości’ u dziewczynek. I to się wtedy kłóci z narzuconą przez środowisko płcią kulturową. Większość się poddaje presji, choć często prowadzi to do nieszczęśliwego życia. Inni walczą. Lub chronią się w zawodach bardziej ich płci genderowej niż biologicznej odpowiadających.

Teraz te zasadnicze: L i G. Zasadnicze, bo najczęściej (w tych mniejszościowych przypadkach oczywiście) występujące. Lesbian i Gay. Tu nie ma żadnych niespodzianek ani ‘pomyłek’ natury czy lekarzy. Od zarania dziejów homoseksualizm istnieje obok heteroseksualizmu. Wśród ludzi i zwierząt. Ba, nawet wśród roślin! W tym wypadku nie chęć szczera a natura zrobiła z chłopa oficyjera! I autentycznie nie wiemy dlaczego i w jakim celu (jest wiele teorii w jakim celu ale żadna nie jest w stanie tego wyjaśnić do końca i bez wątpliwości).  Nie, nie dla rozrodczości. Gej jest identycznie płodny, jak osobnik straight. I nie ma problemu w zapłodnieniu kobiety.  Niekoniecznie w akcie pasji i uniesienia erotycznego – ale bez problemu. Robili to przez ostatnie, nie wiem, 20, 50 tysięcy lat? Wiemy, że bohaterowie pierwszego  poematu sumeryjskiego „Gilgamesz’ byli kochankami. Wiemy, że bogowie sumeryjscy mieli romanse jednopłciowe, to samo hinduscy, o greckich nie wspomnę (ha ha ha), egipscy.  Itd., itd. We wczesnym chrześcijaństwie są znani święci męczennicy, tworzący nierozłączne, zakochane w sobie pary, jeszcze do prawie połowy wieków średnich w zakonach odbywały się sakralne ‘śluby ‘ par braci zakonnych. Z czasów nowożytnych znamy i wiemy o tych najbardziej znanych. Są ich setki, których znają badacze kronik i pism. Oczywiście, te steki to tylko osoby znane i ważne stanowiskiem, pochodzeniem, zamożnością, wyjątkowym talentem,  geniuszem. O innych – historia zawsze milczy. Ba, mieliśmy w Polsce dwóch monarchów najprzypuszczalniej lubiących bardziej paniczów dworskich niż dziewki dworskie: Władysława Jagiellończyka zwanego Warneńczykiem i Henryka Walezego ze starożytnego francuskiego rodu królewskiego (Walezy zwiał z Polski nie dlatego, że chłopcy polscy byli gorsi od francuskich tylko, że czekała na niego w Paryżu dużo bardziej atrakcyjna korona Francji). Czy bratanek króla Warneńczyka, św. Kazimierz Jagiellończyk też mógł być (delikatny w obejściu, dobry, opiekuńczy i – mimo, że w roku śmierci miał dobrze powyżej dwudziestki i był następcą tronu – kawaler…) homoseksualny? Mógł. Ale nie musiał. To tylko wyliczanka dla pół żartu, o niczym nie świadcząca. Poza jednym – że w każdym państwie, narodzie, plemieniu, mieście, wiosce, rodzinie – homoseksualiści byli i są. I o ile nas nie zaczną produkować maszyny eugeniczne – będą.  Piszę ‘homoseksualiści’ ale naturalnie mam na myśli też lesbijki, homoseksualistki. Jako, że od czasów upadku systemu matriarchalnego (a więc zamierzchłe czasy, pokryte całunem niepamięci) o kobietach pisano bardzo mało – ich intymne historie znane są jeszcze mniej. No, chyba że przywołamy okres wybitnie homoseksualizmowi przychylny – Grecję helleńską i niejaką Safonę z Lesbos … . W ogóle starożytność i antyk były zaskakująco pobłażliwe, a wręcz przychylne orientacji homoseksualnej. Tak długo, jak mężczyzna (zwłaszcza mężczyzna z rodem i funkcją wysoką)  postarał się o małżeństwo heteroseksualne w celu produkcji następcy – co robił w łóżku i z kim specjalnie nikogo nie interesowało. Ostatecznie małżeństwo  nie było instytucją związku emocjonalnego, intymnego, romantycznego – a instytucją społeczną o charakterze umowy korporacyjno-biznesowej. Tak jest do dziś często wśród milionów mieszkańców naszej planety. Ale zwiększająca się wolność jednostki, obywatela, człowieka z czasem doprowadziły do współczesnego trendu zawierania małżeństw romantycznych, opartych na wzajemnej miłości.  Ten współczesny ‘wynalazek’ ludzkości zdaje się służyć nam wszystkim lepiej. I należy go chwalić.

A więc – po krótce – opisaliśmy litery środkową (T) i pierwsze (LG) skrótowca. Teraz te powstałe w ostatnich latach i ciągle się zmieniające litery i znaki końcowe: Q, 2, +. Summa summarum są one pewną pochodną tego ‘T’. Bo T wynika z odrzucenia kompletności i wyłączności płci biologicznej, jako zawsze jasno ukształtowanej, danej nam w początkowych fazach rozwoju płodu i niezmiennej. T jest pierwszą literą słowa ‘trans’, czyli sugeruje płynność, zmienność, ruch. Transpłciowy. Transgenderyzm. (Proszę zwrócić uwagę, że owe T nie ma nic wspólnego z określeniem ‘transwestyta’. Transwestyta w tym skrótowcu nie występuje, bo nie jest określeniem ani płciowości biologicznej ani kulturowej. To po prostu specyficzny przebieraniec robiący to jako:  żart; protest; lub w celach erotycznych; zarobkowych /dawniej prostytucja męska/; lub estradowiec – drag queen lub drag king.)

W przeciwieństwie do tradycyjnego LG, które nic ze zmiennością płci wspólnego nie ma. Przeciwnie: jeżeli chłopak czuje się kobietą, to nie może być gejem. Ani dziewczyna uważająca się psychicznie mężczyzną nie może być lesbijką! Homoseksualista/tka ma pociąg romantyczno-erotyczny do osób tej samej płci, nie przeciwnej!

Otóż, w wielkim skrócie: ‘Q’ (inny , dziwny), ‘ 2’ (dwa/dwie) i ‘+’ to cała gama poza-fizyczna,  emocjonalna, kulturowa, czyli płeć autentycznie genderowa, z wyboru podyktowanego psychologicznym a nie fizjologicznym stanem. Choć, bez wątpienia’ są tu też i źródła biologiczne oparte na genetyce, endokrynologii. Wiedząc tak dużo, wiemy jednocześnie ciągle bardzo mało. Jaką mamy płeć okazuje się nie decyduje jedynie to, co mamy miedzy nogami. I to zjawisko zdaje się być nawet częstsze niż autentyczny homoseksualizm. Ale przez fakt do dziś prawie niezmienny kolosalnego nacisku i wpływu środowiskowo-rodzinnego – bywa najczęściej bezwzględnie tłumiony i wyciszany w jednostkach, które to odczuwają. Dopiero ostatnie badania psychologiczne, socjologiczne, antropologiczne i medyczne dają szanse tym jednostkom rozwoju siebie w kierunku …  bycia sobą. Proszę sobie wyobrazić jakąż olbrzymią ulgą, zrzuceniem jakiegoż straszliwego, przygniatającego ciężaru musi być realizacja, że ‘mogę być sobą’! To eureka niemożliwa do zrozumienia dla większości z nas.  Więc te literki oznaczają po prostu tych, którzy nie mieszczą się w tradycyjnym rozumieniu osobowości.  Niektórzy marzą o przeistoczeniu się fizycznym w drugą płeć fizyczną, biologiczną. Za pomocą leczenia hormonalnego, endokrynologicznego, po ostateczne zmiany chirurgiczne w usunięciu/wytworzeniu innych organów płciowych. Nie wszyscy. Niektórym oznaki fizyczne płciowości przeciwne od płci psychicznej nie przeszkadzają. Na takie osoby świetne określenie (i piękne jednocześnie) mają od wieków stare ludy autochtońskie, tubylcze, jak np. tubylcze szczepy Północnej i Środkowej Ameryki:  osoba o dwóch duszach – two-spirited person. W naszej, okcydentalnej kulturze było to niemożliwe i kategorycznie tępione. Nie wiadomo, może starożytni Słowianie, Gallowie, Celtowie, Germanie mieli takie słownictwo. Ale tępa (choć z dość ostrymi narzędziami przemocy) indoktrynacja religijnej ortodoksji  wyrwała je z korzeniami z naszej pamięci historycznej.

Co powyżej, mimo że na zwykły esej żurnalowy zbyt nawet długie, daje lekki zarys o kim mówimy używając te skrótowce LGBTQ2+ w pełnej lub jednej ze skróconych wersji. Nie jest to jakikolwiek wykład encyklopedyczny czy naukowy. Ot, temat mi znany blisko bardzo (i bliski sam w sobie) od … hmm, zawsze chyba. Czyli dość długo. Badań sam żadnych w tym temacie nie przeprowadzałem ani procesów doktorskich. Alem był i jestem dość zaawansowanym studentem tychże badań i ‘procesów’.  Jak i procesów zmian socjalnych i politycznych zachodzących w naszym – okcydentalnym i orientalnym – świecie. To ostatnie też w charakterze żywego ich świadka i uczestnika.  I napawa mnie to nadzieją, że ludzkość, wielokroć wbrew złym nawykom i doświadczeniom, ma szanse na bycie lepszą, ma nadzieje dobrej przyszłości i ‘ruszenia z posad bryły świata’. A patrząc dziś z uśmiechem na małe dzieci ośmielam się niepewnie wierzyć, że ich dzieciństwo, a zwłaszcza ta bardzo pierwsza i najwcześniejsza młodość mają szanse być tyleż szczęśliwsze i radośniejsze od dzieci i nastolatków mojego pokolenia  i długich cieni pokoleń wcześniejszych. Zwłaszcza tych określanych dziś ogólna nazwą LGBTQ2+. Innych. A przecież takich samych.

post scriptumtekst ten jest wstępem do artykułu innego (który się wkrótce ukaże) będącego reakcją i odpowiedzią poniekąd na ostatnie wydarzenia w Kraju związane ze społecznością LGBTQ i niespotykanym a opartym na absolutnych fałszach atakiem na tą społeczność ze środowisk skrajnej prawicy politycznej (w tym przedstawicieli samego rządu i władz RP) oraz zatrważającej wręcz napaści hierarchii kościelnej w Polsce i części kleru na ta społeczność. Ten ostry atak i towarzyszące jemu sprytne manewrowanie propagandą ultra prawicowych mediów ( na czele z rządowym TVP i „Gazetą Polską”) były w stanie zawładnąć wyobraźnią wielu osób. W tym osób mi bliskich. Tak przez powinowactwo, jak i z kręgów towarzyskich. Byłem tym szczerze wstrząśnięty. Mimo, że olbrzymia większość moich bliskich i przyjaciół jak i dalszych znajomych kardynalnie potępiła te ataki anty-LGBTQ2 – pozostało uczucie żalu trochę ale i chęci próby wyjaśnienia pewnych określeń, pojęć i znaczeń (np. określenie ‘ideologia LGBTQ2” lub czym są Marsze/parady Równości/Dumy). Stąd ten tekst powyżej, który do tego tematu może czytelnika przygotować.

Lekcja z etyki w Carnegie Hall

Bogumił Pacak-Gamalski – wprowadzenie

oraz Jack Gibbons

Midtown Manhattan, NYC (fot. Ajay Suresh, NY, USA)

Znacie Państwo stare porzekadło: z kim przestajesz, takim się stajesz? Ot, ludowa mądrość, która – jak wiele tego typu mądrości – zawiera cenną przestrogę ale bywa też często używana nadmiernie, banalnie. Tekst poniżej (moje tłumaczenie za zgodą autora, wybitnego brytyjskiego  pianisty i kompozytora) zaczyna się od  przypomnienia popularnej anegdotki o Carnegie Hall, najbardziej renomowanej Sali Koncertowej Nowego Jorku, jednej z czołowych scen muzycznych świata.  Może dwa słowa wyjaśnienia dla czytelnika polskiego, być może nie znającego tej anegdoty. Zwłaszcza, że ma małe akcenty polskie: domniemani autorzy tego żartu to muzycy światowi z Polską związani: wielki pianista polsko-amerykański żydowskiego pochodzenia Artur Rubinstein oraz określany często, jako największy po Paganinim skrzypek, urodzony w Wilnie Jasha Heifetz.  Najbardziej znana wersja tego żartu sugeruje, że jakiś młody człowiek szukał kiedyś wejścia do Carnegie Hall i spytał przechodnia: czy wie pan jak się dostać do Carnegie Hall? Przechodzień, którym miał być ów wielki skrzypek Heifetz, właśnie wracający z własnego koncertu w Carnegie, spojrzał na pytającego młodzieńca i bez namysłu odpowiedział – ćwiczyć, ćwiczyć i ćwiczyć.

Ta zabawna nieco historyjka wyjaśnia i początek tekstu Gibbonsa i jego zakończenie. Ćwiczyć i pracować nad sobą trzeba. Ale nie tylko w technice swojego zawodu, powołania. Również nad własną ‘techniką’ etyczną, moralną.

Jack Gibbons, jest znanym światowym pianistą, jednym z najwybitniejszych interpretatorów  muzyki Georga Gershwina.  Sam w Carnegie Hall koncertował wielokrotnie. W jego własnym repertuarze poczesne miejsce zajmuje też muzyka Fryderyka Chopina.  Jak wielu wybitnych muzyków, Gibbons dba nie tylko o walory wirtuozowskie swego talentu, ale studiuje historię muzyki, biografie wielkich kompozytorów, wykonawców. Słowem jest po trochu muzykologiem, po trochu historykiem muzyki i przekazuje to czytelnikom i fanom w formie ciekawych tekstów.

Sam pamiętam wzruszenie, jakie mnie opanowało, gdy chodziłem po korytarzach Carnegie Hall w czasie moje wizyty w Nowym Jorku.  Wizyta była krótka i bardziej skupiona na doznaniach teatralnych i spotkaniach z serdecznym znajomym, polskim aktorem i inicjatorem życia teatralnego w Nowym Jorku, Omarem Sangare oraz jego wielkim osiągnięciem – Festiwalem United Solo z siedzibą w Nowym Jorku. Ale wizyta w murach tej zacnej placówki sprawiła mi wielką przyjemność. Pomny osiągnięć wielkich muzyków polskich lub z Polską związanych silnie. Łechtała też świadomość, że z niektórymi z nich łączy mnie też miła nić dobrej znajomości.  Świadomość, że grywał tam i Jan Lisiecki, wybitny młody polsko-kanadyjski pianista; Krzysztof Kaczka, jeden z najciekawszych flecistów polskich – muzycy, których znam i cenię ich wkład w polską i światową kulturę muzyczną.

Czy są to artyści, z którymi łączy mnie znajomość, czy też całe pokolenia innych, wybitnych wykonawców muzyki i jej współtwórców z Polską związanych – zawsze, gdy myślę o ich sukcesach w Carnegie oblewa mnie ciepłe wzruszenie i nie zasłużona nieco (wszak ja tam, na szczęście dla Carnegie Hall, nigdy nie grałem i grać nie będę ani muzykiem nie jestem) duma.  Ileż więcej dla Polski i jej kultury robią niż całe tłumy polityków! I mają cząstkę w utrwalaniu kultury ogólnoludzkiej, światowej.  Bo to nasza wspólna spuścizna. Wszystkich nas. Nie tylko Polaków czy Amerykanów, Francuzów czy Chińczyków. Nade wszystko jesteśmy ludźmi najpierw. Etniczności i narodowości to już tylko rzecz wtórna.

Wybitnych twórców, artystów nigdy nie można używać by dzielić lub poniżać innych. Nigdy zgody na to być nie może.  Ich geniusz należy do wszystkich.  Czyż tak trudno wyobrazić sobie np. sytuację, w której młody Fryderyk Chopin przeniesiony magią jakiejś maszyny czasowej znajduje się nagle w Warszawie w 2019 roku i idzie (co byłoby bardzo prawdopodobne, choć wiem, że to hiperbola tylko dla przykładu tu wstawiona) w Marszu Równości pod tęczowym sztandarem? Następnego dnia czyta, powiedzmy w arcy-szowinistycznej „Gazecie Polskiej”, że nie jest żadnym wielkim kompozytorem a ‘szmatą pedalską’, która jest niegodna polskiej sceny narodowej? Jak by opisali Karola Szymanowskiego, ojca współczesnej polskiej muzyki klasycznej? Czy to takie nierealne? Gdyby maszyna czasowa istniała – realne bardzo.  Fakt, że maszyny takiej nie ma a ‘umarli milczą’ – pozwala ludziom i ideom podłym wykorzystywać wielkie nazwiska i geniusze odeszłe dla swoich niecnych celów. Podszywać się pod te talenty, by móc zabłysnąć w ich blasku i chwale.

Taką próbę etycznego szalbierstwa podjęła w tym roku „Gazeta Polska” i jej Kluby w USA. Wykorzystując najbardziej znane w świecie geniusze muzyczne Polski i Ameryki: Fryderyka Chopina i Georga Gershwina oraz nadarzającą się okazję rocznicy 100-lecia nawiązania stosunków dyplomatycznych między Polską a Stanami Zjednoczonymi.  Gala miała odbyć się właśnie w tej zacnej Carnegie Hall z udziałem wybitnych muzyków artystów sceny muzycznej z Wielkiej Brytanii (Jack Gibbons), Kanady (jeden z czołowych pianistów kanadyjskich, Charles Richard-Hamelin), amerykańskich (znana sopranistka amerykańska, Angel Blue) i polskich (soliści Baletu Narodowego z Warszawy).

W tym samym czasie, gdy trwały przygotowywania do tej ‘Gali’, „Gazeta Polska” w kraju zainicjowała ohydną, wulgarną nagonkę nienawiści skierowanej na polską społeczność LGBTQ2 pod hasłem ‘strefa wolna od LGBT”. Ledwie dni kilka po skandalicznej akcji środowisk katolicko-nazistowskich, wspieranych przez miejscowych biskupów diecezjalnych, w Białymstoku. Akcji, która odbiła się głębokim echem w mediach światowych przynosząc ujmę imieniu Polski i godności Polaków. Akcja ta, powstrzymana chwilowo wyrokiem niezależnego sędziego polskiego (którzy są też w polu obstrzału rządu RP i wspieranych przez ten rząd środowisk szowinistycznych) skutkiem oskarżenia wniesionego przez młodego i zdolnego działacza, dziennikarza, osobę LGBTQ, Barta Staszewskiego – daje carte blanche każdemu choremu lub zaślepionemu nienawiścią osobnikowi do fizycznego ataku lub wręcz mordu. Nie nawołuje bezpośrednio do rękoczynów – ale daje ich usprawiedliwienie i niewypowiedziane ale jasno czytelne przyzwolenie do aktów kryminalnych.

I ta „Gazeta”, te jej Kluby chcą użyć nieświadomych ich działalności artystów do celebrowania rocznicy godnej, mimo to z planami „Gazety” wobec Polski nic nie mającej wspólnego.  Jedne słowo się ciśnie na usta: perfidia nie ograniczona jakimkolwiek hamulcem etycznym.

Więc wobec pianisty i kompozytora, twórcy kultury, Jacka Gibbonsa ode mnie niski pokłon szacunku i całkowite chapeau bas! Utwierdził Pan moją wiarę i przekonanie, że prawdziwy artysta, prawdziwy twórca nie żyje jedynie w mydlanej bańce swej sławy.  Człowiek kultury nie może zapomnieć, że wobec kultury ma zobowiązania. Talent to nie tylko maszynka do robienia pieniędzy. Talent to też poważny obowiązek.

Jak się dostać do Carnegie Hall?

Jack Gibbons

Jack Gibbons

‘Ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć’, oto odpowiedź z tego znanego, starego żartu. W świetle własnego, niedawnego doświadczenia, ten żart wymaga małej zmiany.

Kiedy wiele lat temu grałem po raz pierwszy w Carnegie Hall, pokazano mi list od Gershwina, w którym dziękował Carnegie Hall za ich pomoc. Carnegie była świadkiem premiery Amerykanina w Paryżu w 1928 a w 1935 była salą wybraną dla prywatnej próby orkiestralnej jego opery Porgy i  Bess. /… autor dalej wspomina  list brata kompozytora, Ery Gershwina i sopranistki Anny Brown opisujący ich wzruszenia z tej  ‘prapremiery’/

Kilka miesięcy temu czułem się bardzo uhonorowany, kiedy zwrócono się do mnie z prośbą aby grać ponownie w Carnegie Hall tej jesieni w gali muzycznej, którą miały być  obchody 100-lecia stosunków dyplomatycznych miedzy Polską i Ameryką (z udziałem licznych zaproszonych gości z ambasad, konsulatów, ONZ, itp.). Zaproponowano mi prezentację muzyki dwóch kompozytorów, którzy są bardzo ważną częścią mojego repertuaru: Chopina i Gershwina, zamykając koncert fragmentami z Porgy i Bess tego ostatniego. Oprócz tego miałem pracować z sopranistką Angel Blue we fragmentach z tej opery (Angel Blue ma właśnie otwierać w głównej roli  inscenizację Pogry i Bess w New York Metropolitan Opera – pierwszą inscenizacją na tej scenie od trzydziestu lat). Do udziału w tej Galii zaproszono również kanadyjskiego pianistę Charlesa Richarda-Hamelina i innych wybitnych muzyków.  Miałem też pracować z solistami Narodowego Baletu Polskiego w specjalnie zaprojektowanej choreografii do mojego repertuaru ‘prawdziwego Gershwina’. Brzmiało to wszystko jak wymarzony koncert, w którym byłbym szczęśliwy brać udział. Fakt, że nie poinformowano mnie jeszcze o nazwie  organizacji, która galę przygotowywała i promowała był nieco dziwny ale w świetle nazwisk artystów, z którymi miałem pracować – wydawało mi się to pominięciem drobnym.

Idąc do przodu kilka miesięcy (proszę o wybaczenie zmiany toku): w końcu lipca czytałem niepokojące informacje z BBC o polskim magazynie pod tytułem „Gazeta Polska”, który oferował nalepki swoim czytelnikom z tekstem informującym, że to ‘strefa wolna od LGBT’ z mrożącym symbolem czarnego X na tęczowej fladze. Zagłębienie się w lekturę przyniosły jeszcze zimniejsze dreszcze z ‘noty redakcyjnej’ naczelnego „Gazety” Tomasza Sakiewicza, opisującego LGBT, jako ‘ideologię, która posiada charakterystykę totalitaryzmu’ . Uzasadniał to porównaniem  sprzeczną z prawem boskim taktyką komunistów i nazistów.

Proszę sobie wyobrazić mój szok, kiedy w kilka minut po czytaniu tych wiadomości wszedłem na stronę web Carnegie Hall i zobaczyłem po raz pierwszy, że ten koncert, w  którym miałem wziąć udział 24 października był ‘prezentowany przez Klub Gazety Polskiej w Ameryce’. Natychmiast poprosiłem o wyjaśnienie od mojego kontaktu w Warszawie, jak i od przyjaciół z polskiej diaspory w Ameryce i bardzo szybko stało się jasne, że było to bezpośrednio związane z „Gazetą Polską”  w Polsce.  Gala w Carnegie Hall była promowana pod nazwą „Od Chopina do Gershwina” i byłem przekonany, że bez dociekliwości dziennikarskiej, większość nowojorczyków przypuszczalnie nie miałaby pojęcia, że za galą, która ma być  promowana w ich mieście kryje się propaganda anty-LGBT.

Oczywiście, po odkryciu tych faktów nie miałem wątpliwości, że muszę się wycofać z tego koncertu. To nie była decyzja podjęta lekko ale nie mogłem z czystym sumieniem brać udziału w wydarzeniu, które ma powiazania z organizacją, która wyznaje poglądy dla mnie obrzydliwe i które są w sprzeczności z wszystkim, co jest dla mnie ważne. Uważałem, też za swój obowiązek powiadomić innych wykonawców o charakterze organizacji, która ta gale przygotowuje. Po kontakcie z Charlsem Richardem-Hamelinem i Angelą Blue i poinformowaniu ich o kampanii „Gazety Polskiej”, oboje bez wahania podjęli też decyzję wycofania się z tego koncertu. I w ten sposób znalazłem się w przykrej sytuacji rozmontowania czegos, co początkowo wydawało się wymarzonym koncertem w Carnegie Hall. Byłem zadowolony czytając dziś, że ostatni schwytany w tą pułapkę „Gazety Polskiej”  artysta, pianista Paul Bisaccia, też mądrze wycofał się z udziału – niełatwa decyzja zważywszy na magnetyzm Carnegie Hall.

Smutnym aspektem tego wszystkiego, jest to, że muzyka, bardziej niż jakakolwiek inna forma sztuki, ma nadzwyczajną możliwość zbliżania ludzi, wyrastania ponad uprzedzenia, witania wszystkich, bez względu na różnice, do swojej magicznej harmonijności. 26 lipca tego roku, dacie mojego wycofania się z tej gali po odkryciu powiązan z „Gazetą Polską”, napisałem na mojej stronie Facebooka tekst o niezwykłym Astolphe de Custine. Astolphe de Custine był jednym z najbardziej oddanych wielbicieli Chopina i wśród jego wyjątkowych listów do kompozytora znaleźć można list wysłany do Chopina po jego ostatnim koncercie w Paryżu w 1848. Zawiera warte zapamiętania słowa: „Sztuka, tak jak ją rozumiesz Ty, jest jedyna rzeczą zdolną połączyć ludzkość podzieloną twardą rzeczywistością życia. Przez Chopina można pokochać i zrozumieć sąsiada.”  Astolphe de Coustine miał ważne powody do napisania tych słów będąc prześladowanym za swój homoseksualizm, kiedyś był tak dotkliwie pobity, że ledwo uszedł z życiem, był obiektem wyjątkowo ohydnych napaści w prasie. Jego słowa do Chopina nie mogłyby być bardziej adekwatne do tej sytuacji opisanej przeze mnie.

Cóż, wracając do mojego zwrotu w tytule: how to get to Carnegie Hall? Hmm, można odnieść wrażenie, że nie należy używać  moralnego kompasu.

Pod Twoją obronę uciekamy się …

Jak wpleść w kanwę opinii i refleksji kulturowych tematykę sacrum, świętości, relikwiarzy?  W którym miejscu refleksja nad społeczeństwem, narodem, staje się przedmiotem policyjnej aktywności, prawa karnego? I wreszcie – pytanie zasadnicze – czy w takiej refleksji, w wymianie na ten temat opinii jest miejsce na głos administracji państwowej?

Cała masa tematów i pytań tu się wzajem ociera, zderza, łączy i zwalcza na przemian. Kto dyskusję taką może prowadzić, zaczynać?

Oczywiście, twórcy kultury, czyli ci, którzy ją współtworzą, animują i – z biegiem czasu – zmieniają, ewoluują; pisarze, dramaturdzy, malarze, rzeźbiarze, kompozytorzy, reżyserzy, filozofowie. Wszyscy ci, którzy talentem bądź intelektem są drożdżami kultury danego społeczeństwa, w danym kontekście historycznym. A potem, zaraz za nimi ci, którzy ich prace, działalność interpretują: krytycy, socjologowie, publicyści, kulturoznawcy. Od nich dyskusja przelewa się do widza, czytelnika, słuchacza – obywatela danego społeczeństwa.

Dyskusja może być burzliwa, nigdy nie kończy się szybko i jednoznacznie. Czasem trwa dziesięciolecia i dopiero po ‘zdjęciu sztuki ze sceny’ jej efekty i wpływ na społeczeństwo ujrzeć można. Zawsze potrzebna perspektywa. Wiadomo, że w malarstwie – wszak też i w ogólnym kształcie kultury społecznej, narodowej.

To prawa, od których naturalnego biegu ucieczki nie ma. A gdy ktoś ten bieg rzeczy naruszy – społeczeństwa płacą za to cenę wysoką: rewolucje, zamachy stanu, dyktatury, tyranie. Ale początków takich zmian siłowych, rozwiązań politycznych, nie można szukać w akcie jednorazowym władzy administracyjno-politycznej. Są one właśnie wynikiem tych wieloletnich przemian, tych zmagań w samej treści kultury społecznej, regionalnej, narodowej.

Historyk prawa kościelnego i prawa cywilnego, profesor Leon Halban, w 1946 roku przygotował wykład, który dał początki jego pracy naukowej pod tym samym tytułem: ‘Mistyczne podstawy narodowego socjalizmu’ (KUL w Lublinie, 1946). Jakkolwiek wychodzący z się tradycji katolickiej myśli krytycznej (traktat ten większość wypaczeń znajduje w pracach i teologii luterańskiej i kalwinistycznej) – wiele jego spostrzeżeń jest trafnych do dziś.

Szukałem od czasu pewnego pewnych odpowiedzi, pewnych wskazań, ścieżek, które pomogły by i mnie zrozumieć Polaków anno Domini 2019. Zachowania władz politycznych. I skąd te szatańskie przymierze Kościoła z Władzą się brać może. Gdzie tkwią tego korzenie najgłębsze i najsilniejsze. Doszukując się podstaw do zaistnienia narodowego socjalizmu, który jest ideowym zaczynem nazizmu, musiałem zamknąć się w ciszy, odrzucić hałas dochodzący z Kraju i od przyjaciół z zagranicy. Nie ulegać prostym reakcjom i łatwym okrzykom oburzenia, wściekłości wręcz. Lub bezsilności. Zaprowadziło mnie to wręcz do czytania na nowo ojca tomizmu, św. Tomasza z Akwinu. Czym są cnoty a czym grzechy. Naturalnie, że filozof problemów epistemologicznych (poznania, wiedzy) z XIII w. nie da jasnej odpowiedzi na problemy początków XXI wieku. Tym bardziej, że jego teksty trzeba, jak cebulę, stale obierać z treści scholastycznych. Aż do łez autentycznych, zgodnie z cebulowym porównaniem. Ale cnot obywatelskich w Polsce 2019 zbyt wiele nie znalazłem.

Więc Halban jest tu dużo użyteczniejszy. I nad wyraz spostrzegliwy, co bezwzględnie zawdzięczamy jego przygotowaniu prawniczemu, a nie filozoficznemu stricte sensu. Badając początki myśli, które przerodziły się na przełomach wieków XIX i XX w narodowy socjalizm, a w konsekwencji w nazizm i faszyzm … znajduje zawsze mistycyzm. Mistycyzm nieodmiennie złączony z pojęciem lepszości, wyższości. Bycia narodem/grupą wybranym.  Oczywiście Halban szukał bezpośrednich odpowiedzi na szczytowe osiągnięcie faszyzmu – hitleryzm niemiecki. Ale jego badania i syntezy równie dobrze pasują do każdego narodowego socjalizmu. Czyż głęboko zakorzeniona duma i wiara w swoja nadzwyczajność Włochów w granicach basenu śródziemnomorskiego i Północnej Afryki nie jest czymś omal mistycznym? Tak, jak głęboko zakorzeniona od czasów Georga Hegla, w myśli i uczuciach niemieckich.

Hegel miał niewątpliwie stwórcze działanie na powstanie myśli mesjanistycznej. Nie bez kozery warto tu przypomnieć, że słuchał jego wykładów w Paryżu Adam Mickiewicz, a jego filozofia spotkała się też z zainteresowaniem pozostałych Wielkich Romantyków polskich.

I tu wracam do mego zainteresowania przyczyn dlaczego Polacy anno Domini 2019 są tacy … jacy są. Stara rozprawka naukowa Halbana  (którą byłem był czytał już wiele, wiele lat temu ale interesowały mnie wówczas – podobnie, jak samego Halbana – tylko źródła nazizmu niemieckiego ergo hitleryzmu) bardzo mi w tym pomogła. Wystarczy w niektórych jego nader jasnych syntezach zamienić przymiotniki ‘pruski’ i ‘niemiecki’ na ‘polski’ lub po prostu ‘narodowy’. Podobieństwa wówczas są uderzające. I (używając języka heglowskiego) bardzo trafnie opisujące polskiego ducha narodowego.

Bez znaczenia jest fakt, że olbrzymia większość Polaków pojęcia nie ma jakiegokolwiek o filozofii Hegla. Głębokiego pojęcia nie ma i nie miała też większość Niemców. Większość Polaków nie czyta  a bezwzględnie w przeszłości nie czytała Biblii- co nie zaprzecza, że wszyscy prawie w tradycji biblijnej/katolickiej wzrastali od dziesiątków pokoleń. Tak samo z wielkimi nurtami filozoficznymi, a takimi były pisma Hegla – prócz znawców i artystów nikt ich prawie nie studiował ale ich zasięg sączył się w podstawy tradycji całych społeczeństw.   Więc i ten silnie zakorzeniony mesjanizm splatał się w mariaż z pangermanizmem, z aryjskością, czystością rasową. A skutkował w swym zenicie obozami koncentracyjnymi. Bez tej mesjanistycznej mistyki gleby, ziarno faszystowskie by nie wykiełkowało tak bujnie. Może by Hitler do władzy i tak w Niemczech doszedł (i w Austrii – nie zapominajmy, że Anszlus nie był faktycznie najazdem a po prostu wjazdem …), może by te Niemcy i do wojny popchnął. Ostatecznie wielki kryzys gospodarczy i hańba Traktatu Wersalskiego były rzeczywistością ekonomiczno-polityczną a nie rozmyślaniami filozoficznymi. Jest bardziej niż wątpliwe, by Niemcy jednak tak masowo i omal religijnie do hitleryzmu przylgnęli bez tej trucizny narodu/ludu wybranego, specjalnego, przeznaczonego do rzeczy wielkich. Joseph Haydn skomponował co prawda Deutschland Uber Alles dla Kajzera, nie dla Hitlera – ale uber alles zostało… .

A teraz nad Wisłę, nad Narew, nad Bug, Niemen i Prypeć. Do Polski 1918-1939.  Łatwiej wtedy będzie zrozumieć tą nową, nikomu nie znaną przed 1945 rokiem, Polskę między Odrą i Bugiem. Aż do dnia dzisiejszego.

Bardzo nieliczni z nas pamiętają tamtą Polskę. Prawie nikt, kto w niej wyższe wykształcenie zdobył. Więc nasza pamięć jest już właśnie tylko historyczna i jest pamięcią tradycji. Jak z tym Heglem: nieliczni wiedzą dlaczego tak myślą, czują i skąd te uczucia się wzięły – ale ogół je dzieli. A wzięły się od zarania polskiego mesjanizmu romantycznego. Że mamy misję do spełnienia. Początkowo cierpiętniczo-chrystusową omal, tą mesjańską w sensie dosłownym chrześcijańskim, tj. śmierć fizyczną (polityczna śmierć Polski pod zaborami) by odkupić i dać szanse na lepszą przyszłość innym narodom. To jeszcze piękne. Bałwochwalcze, zarozumiałe – ale z jakimś dobrym celem ostatecznym. Dopasowaliśmy do tego legendę napoleońską, legendy powstań narodowych.   Więc ten mesjanizm jest wplątany strasznie w mistycyzm heglowski. Nadaje pewnej aureoli cierpieniu i przegranej. Dodaje blasku wybrańcom tego losu lub obdarzonych tym losem (naród wybrany).

Poszło to w zasadzie w dwóch przeciwnych, współczesnych kierunkach: skrajnej lewicy liberalnej i skrajnej prawicy. Nolens volens Marks i Engels byli wielkimi zwolennikami Hegla. A u nas August Cieszkowski, promotor idei mesjanizmu Słowiańszczyzny i nadejścia Epoki Ducha Świętego. Drugim końcem mistycznego mesjanizmu jest cały ruch narodowy Dmowskiego, Zdziechowskiego i Wasiutyńskiego.

Polska dla Polaków lub Słowian, którzy ulegli polonizacji (stąd tak łatwo w Rydze oddano Sowietom olbrzymie połacie Kresów I Rzeczypospolitej, mimo wygranej wojny – narodowcy nie chcieli w granicach Polski ziem, których polonizacja kulturowa była niemożliwa a element nie polski etnicznie stanowił większość) i maksymalne ograniczanie praw mniejszości narodowych, wielka niechęć i wrogość wobec polskich Żydów. Początki idei państwa narodowego. Narodowego, nie etnicznego nawet. Co było kompletnym odrzuceniem całej wielowiekowej tradycji politycznej I Rzeczypospolitej.

Zakładało to też niechęć do rządów parlamentarnych i silną władzę wykonawczą. Oraz wyraźnie wyznaniowy charakter państwa. Naturalnie katolicki. Tym się polski faszyzm różnił od niemieckiego. Hitlerowcy z nikim, jakimkolwiek kościołem ani wyznaniem władzą bezwzględną dzielić się nie zamierzali. W Polsce władza miała stać na straży i w formie obrońcy wiary katolickiej. W programie Obozu Ruchu Narodowego  określono to wyraźnie:

Wiara Narodu Polskiego, religia rzymskokatolicka musi zajmować stanowisko religii panującej, ściśle związanej z państwem i jego życiem, oraz stanowić podstawę wychowania młodych pokoleń. Przy zapewnionej ustawami państwowymi wolności sumienia – zorganizowany naród nie może tolerować, ażeby jego wiara była przedmiotem ataków lub doznała obrazy z czyjejkolwiek strony…

Czy coś z tygodni ostatnich to przypomina? Jakiegoś ministra rządu centralnego, który staje w obronie wyjątkowo ważnego symbolu narodowo-religijnej ikony? Jednocześnie sugerując tym, że połączenie symbolu religii ‘państwowej’ z symbolem mniejszości społecznej jest obrazą, profanacją ‘uczuć religijnych’. Państwo zamienia się w Święte Oficjum, a minister rządu – prefektem kongregacji.

Jakże inaczej rozumieć tuszowanie, wyciszanie lub wręcz zaprzeczanie skandalu przestępstw seksualnych w polskim Kościele? Wszak nie jest to jakiś niespotykany nigdzie indziej fenomen! Ostatnie dziesięciolecia odkryły masową kulturę kryminalnego zachowania olbrzymiej części kleru katolickiego na świecie i prawie kompletne przyzwolenia na to całej władzy kościelnej. Od biskupów lokalnych, diecezjalnych poczynając, a kończąc w samym Watykanie, u szczytu absolutystycznej władzy klerykalnej – na Tronie papieskim. Nie są to jakieś przypadki indywidualnych wyjątków a raczej czegoś, co określa się w języku prawnym mianem przestępstw o charakterze instytucjonalnym. Polska zaskarbiła sobie tu miejsce wyjątkowe w świecie współczesnym: nie rozmiarem przestępstw seksualnych – tych de facto nikt w Polsce nie zna – ale współodpowiedzialnością administracji cywilnej, państwowej w ukrywaniu problemu.

Na taki stan rzeczy olbrzymi wpływ miała cała posolidarnościowa elita polityczna i olbrzymia część inteligenckiej opozycji politycznej z lat PRL. Osobowości takie, jak Kuroń czy Michnik są tu bardzo nielicznymi wyjątkami. Prawie wszyscy pozostali, którzy mieli coś do powiedzenia i którzy zapracowali na szerokie zaufanie społeczne, byli prawie organicznie związani z katolicką myślą polityczno-filozoficzną i z samą strukturą instytucjonalną Kościoła w Polsce. Wystarczy wspomnieć dwóch czołowych polityków i ich olbrzymi kształt na kształtowanie podstaw państwowości polskiej po upadku komunizmu: Lecha Wałęsę i Tadeusza Mazowieckiego. Dwie jakże odmienne osobowości reprezentujące skrajnie odległe części polskiego społeczeństwa PRL-owskiego: inteligencji katolickiej (Mazowiecki) i warstwy chłopo-robotniczej (Wałęsa).  Złączone jedną klamrą – instytucji Kościoła polskiego. Kto mógł przewidzieć wówczas, że ten Kościół tak szybko pozbędzie się swej najlepszej, odważnej i głębokiej myśli myśli teologiczno-socjalnej, która pozwoliła mu wyjść zwycięsko z otchłani 40-lecia wojującego ateizmu państwowego, na rzecz powrotu do zwykłej, feudalnej wręcz postawy gromadzenia bogactw i prostackiej formy ewangelizacji mieczem a nie krzyżem?

W tej atmosferze rosła z roku na rok władza i siła wpływu ruchu narodowo-socjalistycznego na państwo polskie. Wszystkich tych ‘młodzieży wszechpolskich’, ‘rodeł’ i innych grup polskiego faszyzmu. Używających tego samego odrażającego straszaka ‘żydowskiego’, ‘żydokomuny’, ‘terroryzmu islamskiego’ , ‘wojującego feminizmu’, praw kobiet ogólnie, nienawiści do wszelkich mniejszości. Znowu Polak samotnie na barykadzie przeciw całemu złemu światu na zewnątrz.

Zadziwiające, jak krótką mamy pamięć historyczną. Zwłaszcza, gdy historie się stale zmienia, modeluje i przepisuje na nowo. A partia PiS na czele tego pochodu narodowościowego maszerowała z dumnymi sztandarami ‘Polski dla Polaków’. Przeciw Sorosom, Europie, która ma dawać pieniądze i siedzieć cicho w Brukseli. Ostatnio przeciw (ustami jednego z czołowych polityków PiS) ‘największemu zagrożeniu dla Polski – gejom i ogólnie LGBTQ. Brakuje jeszcze karykatur w TVP przedstawiających Biedronia, jak wypija chrześcijańską krew z żył polskich chrześcijańskich dzieci.

Czy to obraz zbyt odrażający rzeczywistości krajowej anno Domini 2019? Wydaje mi się, że nie. Że jest raczej powściągliwy a nie przerysowany. Większość środowisk inteligenckich (nie tylko) i ruchów obywatelskich skupiona była przez ostatnie cztery lata na bezpardonowej walce o obronę praworządności i Konstytucji w Polsce. Mało kto miał czas na refleksje dokąd ta droga prowadzi i czy społeczeństwo, w trakcie tego marszu, nie zostało już przeobrażone. W Polsce trwa wojna światopoglądowa. Nie potrafię tego inaczej określić. W każdej wojnie pierwszymi ofiarami są zawsze prawda i logika. I zwykłe człowieczeństwo.

Jeżeli nadchodzące wybory do Parlamentu Europejskiego i w bliskiej przyszłości do Parlamentu polskiego dadzą zwycięstwo władzy PiS – będzie to dowód, że społeczeństwo już uległo poważnej i demoralizującej zmianie, że stanęło po stronie quasi faszystowskiej.  Nie zapominajmy na sekundę, że nie będzie to coś nadzwyczajnego i czysto ‘pisowskiego’: pierwsze wybory prezydenckie w wolnej Polsce po 1918 roku ilością jedynie minimalną nie oddało tej władzy kandydatowi konserwatywno-narodowościowych grup.  Tylko nimb i uwielbienie Piłsudskiego przed tą tragedią Polskę uratowało. Nie wiązało się z tym jednak absolutnie żadne przywiązanie czy szacunek wobec idei politycznych i filozoficznych Piłsudskiego. Był to zwykły i tępy kult jednostki. Wodza. Więc jednak tęsknota za Panem, Wójtem, Plebanem. Za paskiem z obróżką. Czy takim społeczeństwem jesteśmy?

Czy protest i krytyka jest nienawiścią?

Coraz częściej słychać dziwne tony w narodowej dyskusji po zamachu na prezydenta Gdańska. Nieco to przypomina pewne, bardzo podobne, odcienie tonów w rozmowach po tragicznym samospaleniu Piotra Szczęsnego ale tym razem wydaje mi się, że te tony są wyraźniejsze, bardziej głośne. I to podobne po obu stronach ‘polskiej barykady’ ideologiczno-filozoficznej. Bo ‘polska barykada’ w swej istocie nie jest polityczna a dużo głębsza: ideologicznie-filozoficzna. Nie chodzi  tu ani o PiS ani o PO.  Chodzi o dwie, bardzo od siebie różne Polski. A tego zwykłe wybory parlamentarne rozstrzygnąć nie potrafią. Ale nie o tym dylemacie moralnym będę tu pisać. Tematem, mimo dywagacji pobocznych, jest jednak ten dzisiejszy, specyficznie dziwny ton rozmowy narodowej. Zanim wyjaśnię o jakim ‘tonie’ mówię, pewne wprowadzenie zrobić jednak muszę.

Tak wówczas (samospalenie Piotra S.), jak w obecnym czasie, głównym tematem/tonem była chęć ostrzeżenia społeczeństwa i władz przed wzrastającą niechęcią powoli przepoczwarzającą się w nienawiść między tymi, którzy popierali rządy PiSu i Kukizu, a pozostałą częścią społeczeństwa. Tak wówczas, jak i dziś ważne jest zaznaczenie, że te skrajne emocje dotyczyły w zasadzie tylko aktywnej politycznie części społeczeństwa (skupionej wówczas głównie wokół Komitetu Obrony Demokracji a dziś w bardzo licznych innych grupach, organizacjach i fundacjach związanych z szeroko rozumianą ochroną swobód demokratycznych) z jednej strony, a władzy politycznej  (rządu i Prezydenta RP oraz głównego decydenta politycznego – Jarosława Kaczyńskiego)  i jej niebyt licznego ale ‘żelaznego’ elektoratu z drugiej.  Szerokie masy aktywnie nie włączały się w spór polityczno-narodowy. Owszem, sympatie nie były ukrywane ale nie przelewały się na obszar publiczny.

Ponieważ władza ma jednak zawsze po swej stronie zwykłą brutalną przewagę  (‘brutalna’ w tym wypadku nie oznacza przemocy fizycznej – ani wojsko ani policja jawnych akcji pacyfikacyjno-bojowych nie przeprowadzały wobec tzw. obozu demokratycznego) w postaci stanowionych praw, przepisów i obowiązków – ta przewaga stwarzała i dla władzy i dla szerokich mas pewien miraż wyższości i bezkarności.

W dodatku po niebezpiecznie dla władzy wykazanej sile i popularności masowego wówczas KOD – zwłaszcza w obronie konstytucyjnego filaru trójpodziału władzy, Trybunału Konstytucyjnego – te centrum demokratycznego oporu pękło, a przez to pękł drugi miraż polityczny: miraż potęgi ruchu demokratycznego. Oba miraże stwarzały wrażenie pewnego balansu. Na zasadzie: władzy nikt zagrozić śmiertelnie (tj. utratą władzy) nie może ale i władza zawsze była gotowa cofnąć się przed pełną konfrontacją brutalno-fizyczną (np. włamaniem się do budynku Trybunału i aresztowaniem sędziów a zwłaszcza niezłomnego prezesa Trybunału). Skutkiem błędów strategicznych czy personalnych KOD lub wyjątkowo perfidnie ale i skutecznie przeprowadzonej akcji wywiadowczej ‘od wewnątrz’ – KOD będąc u szczytu swej siły uległ wewnętrznemu rozłamowi. To wyraźne osłabienie centrum społecznego oporu PiS zrozumiał błędnie, jako zachętę do totalnej przebudowy systemu prawnego państwa ale i też mniej skodyfikowanego formalnie systemu norm postepowania i umów społecznych w ramach których społeczeństwo-naród funkcjonuje.

Załamanie się KOD, jako potężnej organizacji masowej, było też tylko chwilowym, a może nawet pyrrusowym zwycięstwem władzy. Ostatecznie pojedyncze organizacje można łatwiej pacyfikować i inwigilować. Tak Sanacja  zrobiła z polskimi komunistami i z ultrakatolickimi faszystami Falangi narodowców w latach 30. ubiegłego wieku, a po 1945 tak zrobili z PSL i socjalistami z PPS nowi właściciele Polski. Dla łatwiejszego kontrolowania środowisk chadecko-kościelnych dali glejt falangiście Piaseckiemu do założenia PAXu.

Gdzie był błąd mirażu PiSowskiego? Nie przewidzieli, że w krótkim czasie, opuszczony przez rozbicie KODu, plac walki politycznej zajmą dziesiątki nowych grup i organizacji pro-demokratycznych. Formalnych i luźnych. Klasyczny przykład z Sienkiewicza: złapał Kozak Tatarzyna a Tatarzyn za łeb trzyma.

Tak powstała istniejąca do dziś mapa stałego, otwartego i bez szansy na zwycięstwo kogokolwiek, konfliktu, który trwa w Polsce nieprzerwanie od pozornej klęski KOD. Który zresztą też częściowo się odbudował i odnalazł swoje mniejsze ale istotne miejsce. Co gorsza – pozostał mit koderowski. Coś na kształt legendy Legionów, AK czy Solidarności. Nie mówię o dokonaniach czy osiągnięciach, a o micie, legendzie. Ma PiS i KUKIZ ‘żołnierzy wyklętych’, ma współczesna opozycja społeczna mit KODu. Jeden i drugi przetrwają obecnych polityków u szczytu władzy i polityków opozycji politycznej  PO, Nowoczesnej i PSL. 

Dwa moralne, etyczne wydarzenia w tym gorącym okresie walki ideologiczno-politycznej miały miejsce. Nie były ani zaplanowane ani przeprowadzone przez władze ani przez jej przeciwników. Były jednostkowe i tragiczne. Zginęły dwie osoby: jedna znana i głośna (Paweł Adamowicz, prezydent Gdańska, znany polityk PO) i druga, nikomu nieznany, prywatny człowiek (Piotr Szczęsny, Szary Obywatel).

„Apelujemy jednocześnie do obu stron konfliktu ściśle politycznego: do partii rządzącej z koalicjantami i partii opozycyjnych w polskim Parlamencie; do polskich grup społecznych w Kraju i poza jego granicami:

domagamy się rozpoczęcia bezzwłocznie autentycznego dialogu społecznego i politycznego nad stanem Kraju. Polska to nie kawałek sukna wyrywany przez wszystkich dla siebie. Polska nie należy tylko do jednej, obojętnie jak licznej lub jak zamożnej czy silnej, grupy. Należy do wszystkich Polek i Polaków. Jest faktem niemożliwym do ukrycia, że jesteśmy skłóceni i podzieleni, jak nigdy dotąd w naszej ponad 25-letniej historii III Republiki. I że przekroczyło to już dawno ramy zwykłej i naturalnej różnicy opcji politycznych. Polska nie jest i być nie może zakładnikiem czyichkolwiek ambicji, politycznego rewanżu. Nie jest nagrodą w zawodach politycznych określanych powszechnymi wyborami. Nie stać nas, jako państwo i jako społeczeństwo, na zwycięzców i na przegranych. Rozpocznijcie te rozmowy natychmiast i bez wstępnych warunków .Aby nigdy już w wolnej Polsce jakikolwiek Obywatel czy Obywatelka (dobro najwyższe każdego państwa) nie czuł się tak poniżony, tak odosobniony, tak bez cienia nadziei, by wybrał tak tragiczny akt protestu, jako jedyną możliwość apelu do naszych sumień. Tego wymaga dobro Kraju od każdego z nas.”  Powyższy cytat był zredagowanym wówczas przeze mnie i podpisanym przez większość organizacji i działaczy demokratycznych emigracji polskiej w Ameryce Północnej, Europie i Australii apelem. który ogłosiliśmy w swoich krajach ale przede wszystkim w Polsce. Apel od nas – Polaków spoza Kraju do rodaków w Kraju. Odzew był bardzo pozytywny i liczony w tysiącach. Wszystkich ten akt niby bezsilnej a jednocześnie heroicznej ofiary poruszył do głębi. Pierwszy raz społeczeństwo zrozumiało, że to nie są tylko przepychanki polityczne, wyrównywanie starych rachunków między byłymi koalicjantami (ostatecznie korzenie tak PiS, jak i PO są bardzo zbliżone, by nie powiedzieć identyczne: z  narodowo-centroprawicowej koalicji AWS) ani nawet jakieś chorobliwe objawy Jarosława Kaczyńskiego, które łączono z jego domniemanym załamaniem psychicznym po wypadku lotniczym pod Katyniem i tworzeniem jakiejś makabrycznej ‘religii smoleńskiej’ (popularne w Polsce określenie wywodzące się z organizowanych w Warszawie tzw. miesięcznic smoleńskich). Podczas gdy jest najbardziej prawdopodobne, że budowa tej ‘religii’ była po prostu jego cyniczną ale skuteczną grą polityczną wobec tzw. twardego elektoratu dewocyjno-szowinistycznego.

Pośrednio też, ten Apel był skierowany do aktywistów KOD, którzy po wewnętrznym kryzysie ulegli poważnemu podzieleniu, a zwolennicy dwóch przeciwnych obozów prowadzili wobec siebie równie bezpardonową walkę, jak ta miedzy obozem PiS a siłami prodemokratycznymi. Domagania się wyciszenia i ucywilizowania sporu, skutkiem refleksji po samospaleniu w Warszawie Piotra S, załagodziły ostrość tego sporu i dały szansę na tworzenie się nowych struktur nie zwalczających się wzajem a wręcz wspomagających w pracach demokratycznych. 

Niestety, podobnego efektu nie udało się uzyskać ze strony władzy politycznej Polski. Śmierć Piotra Szczęsnego była szansą i dla tej władzy, by włączyć się w nurt łagodzenia języka i działań politycznych.  Szansą niezauważoną lub świadomie odrzuconą.

Jest oczywiście możliwe, że kolejne, bezpardonowe i udowodnione sądownie, świadome łamanie zapisów konstytucyjnych, było częścią jakiegoś międzynarodowego spisku, konspiracji (Putinowska Rosja)  przeprowadzonej przez szarą eminencje PiS, Antoniego Macierewicza. Czy to możliwe? Wątpię by do tego stopnia. Nawet jeśli Macierewicz był (jest?) faktycznie jednym z czołowych agentów Moskwy w grze o Polskę.  Wbrew popularnym mniemaniom nie sądzę by międzynarodowe konspiracje miały aż tak wielki wpływ na faktyczne losy państw. Chyba, że szybko doprowadzają do konfliktu zbrojnego. A na to się raczej nie zanosi – ani w formie agresji zewnętrznej ani w formie wojny domowej.  Polska nie jest na Zadnieprzu (nie w czasach współczesnych, w każdym razie) ani na Krymie. Jest sporym państwem Europy, wieloletnim członkiem NATO i UE. To gwarancje i sposoby myślenia o wiele skuteczniejsze niż ewentualne spiski agenturalne.

Wracajmy jednak do ‘dziwnych tonów’ w narodowej dyskusji po zamachu na Adamowicza. Ten ton, to natychmiastowe (a spowodowane bez wątpienia szokiem w reakcji na te publiczne morderstwo) zrozumienie, że na naszych oczach zobaczyliśmy i doświadczyliśmy efektów ‘mowy nienawiści’ tak perfidnie zadomowionej w Polsce od kilku lat. Więc i szybko, przerażeni możliwością dalszych efektów tego szatańskiego i zręcznie sterowanego przez władze państwowe fenomenu, apel o usunięcie mowy nienawiści rozszerzyliśmy na wszystko i wszystkich. Również wobec siebie. Wydawała się ten apel podjąć także władza, np. w wystąpieniu publicznym prezydenta Dudy. Niektórzy, w tym i w szeregach demokratycznych obywateli, wręcz starali się unikać krytykowania bezpośredniego władzy i szukania bezpośrednich lub nawet tylko pośrednich przyczyn takiego zamachu. Wskazywanie zbyt jasno palcem krajowych władz politycznych widziano, jako też przykład ‘nienawiści’ wobec PiSu. Tak, jakby autentycznie i kompletnie naiwnie uwierzono, że PiS i jego władza nagle się zmieni, potępi a nawet zacznie aktywnie ścigać akty przemocy słownej i czynnej środowisk skrajnie szowinistycznych. Oczywiście nic takiego nie nastąpiło. Pewien szok (chyba szczery i autentyczny) władz rządowych, że do takiej zbrodni dojść mogło – nie zaowocował zmianą polityki osiągania celów za każdą cenę. Nie mógł. PiS zdaje sobie doskonale sprawę, że wycofać się już nie może. To by zagrażało celowi zmiany struktur systemowych państwa, które miały, w założeniu oryginalnym PiS, uniemożliwić powrót demokracji liberalno-demokratycznej do ponownego powrotu do władzy. Zagrażałoby też zabezpieczeniu się obecnej władzy przed bardzo realną i  wyraźnie głoszoną zapowiedzią, że tym razem PiS za przestępstwa  polityczne ale też indywidualnie za przestępstwa kryminalne (oszustwa o charakterze finansowym) będzie po ewentualnych wyborach odpowiadać. A zabezpieczeniu przed takim obrotem sprawy ma właśnie służyć cała rewolucja systemu sądownictwa w Polsce. Obok umożliwienia zablokowania autentycznej kontroli wyborów.

Należy wystrzegać się więc ze wszech miar stawiania znaku równania miedzy ‘mową nienawiści’ a ostrą krytyką rządu i władz. Ja na przykład PiSu nie nienawidzę. Natomiast jestem gorącym orędownikiem odsunięcia go od władzy i pociągnięcia do pełnej odpowiedzialności karnej i politycznej o ile będą ku temu podstawy prawne i wiarygodnie przeprowadzone procesy. Przez niezależne od rządu i prokuratury sądy powszechne. Uważam, że polityka PiS szkodzi Polsce i Polakom niewspółmiernie do jakichkolwiek ewentualnych korzyści, jakie ona może przynosić.

Oczywiście, na portalach społecznościowych (jak Facebook i temu podobne) można było spotkać ludzi piszących, że to co spotkało Prezydenta Gdańska winno spotkać takiego czy innego członka władz PiS. I to jest nie tylko naganne. To jest niedopuszczalna mowa nienawiści. Tej samej, która bardzo możliwe włożyła pośrednio nóż do ręki zamachowca w Gdańsku. Takie wypowiedzi należy tępić i nie dopuszczać do politycznego dyskursu. Podejrzewam, że w wielu wypadkach były to zresztą wypowiedzi trollów spoza autentycznych środowisk pro-demokratycznych. Nawet jednak jeśli mówił tak ktoś, kogo znamy – należy to potępić.  Ale np. kogoś opinia, że za mord gdański i wzrastającą wrogość różnych środowisk wobec siebie pośrednią winę ponosi propaganda środowisk rządowych – nie jest w żadnej mierze mową nienawiści. To opinia i ocena. Może mylna, może prawdziwa.  Ale do opinii mamy prawo. Tak, jak do obywatelskiej krytyki władzy. Do tego ostatniego mamy wręcz obowiązek obywatelski.

Niemiecki filozof poprzedniego stulecia Max Scheler określił wydarzenie tragiczne i następującą po nim ‘winę tragiczną’, jako niemożliwą do określenia, a przez to do wydania wyroku. Ale nie oznacza to, że wina taka nie istnieje. Po głębszym wywodzie i rozpatrzeniu tego zagadnienia dochodzi wszak do wniosku, że prawdziwie tragiczna jest sytuacja jednostki, której ostry zmysł etyki i moralności nie pozwala na przemilczenie i niezauważenie odpowiedzialności etycznej za ‘winę tragiczną’. Takie jednostki są niezbędne dla społeczeństwa. Nie zatykajmy im ust dla własnej wygody moralnej i środowiskowej. Czasami trzeba i należy głośno powiedzieć to, co normalnie może nie wypadałoby.

Bo sytuacje tragiczne, wydarzenia tragiczne nie są sytuacjami normalnymi.

Zdarzało mi się wielokroć usłyszeć od skądinąd zacnych działaczy tradycyjnych organizacji polonijnych tłumaczenie, że nie powinniśmy jednak rządu tak ostro krytykować ani o pewnych rzeczach (wzrastające znaczenie i bezkarność grup faszystowskich i rasistowskich w Polsce) poza granicami Polski. Że to wpływa na zły obraz naszego kraju.  Nawet przy założeniu (i tak zakładałem i zakładam) dobrej woli i zbożnej chęci – pogodzić się takim stanowiskiem absolutnie nie można. To dosłowne przestawienie konia i furmana na tył wozu. Kompletnie nie logiczne i w konsekwencji szkodliwe dla Polski i dla samej Polonii. Szkodzą Polsce władze, gdy uprawiają politykę pełzającej dyktatury i kiedy umożliwiają grupom szowinistycznym i faszystowskim na publiczne manifestowanie swojej złowrogiej ideologii. Ci którzy protestują i o tym głośno mówią – Polsce i Jej imieniu służą. Milczenie jest prawie zawsze postrzegane, jako wyraz zgody. A to by było tragiczne.

Dlatego zgadzając się z generalnym apelem o wyraźne NIE wobec języka nienawiści, o tępienie jego w jakichkolwiek publicznych i prywatnych rozmowach, o nieużywanie tego języka w argumentacji politycznej wobec jakiejkolwiek strony konfliktu polskiego – apeluję jednocześnie o nie milczenie w krytykowaniu szkodliwej działalności władz, o bezpardonową obronę wartości demokratycznych, praworządność, o wolność prasy i zgromadzeń. Nie bójmy się mieć własnego zdania. Czas jednakowych mundurków odszedł w przeszłość.  Współczesny obywatel musi być jednostką samodzielnie myślącą i krytyczną. W Kanadzie i w Polsce. Inaczej to pracować nie może.

Lata temu, gdy ukazała się głośna książka Vittorio Messori spisująca wywody Jana Pawła II na zbliżający się koniec tysiąclecia, zatytułowana „Przekroczyć próg nadziei”, z dużym zainteresowaniem zająłem się lekturą tego ciekawego dzieła myśli pastoralno-etycznej ,naszego papieża’.  Ciekawiło mnie jaki testament chce zostawić światu nie z oficjalnych encyklik pontyfikalnych a z przemyśleń filozofa-etyka Jana Pawła II, który powstał z Karola Wojtyły.

Dawno już na ten temat gdzieś coś pisałem. I nie chodzi mi tu rozprawkę na temat tej książki-wywiadu. Ale przed zakończeniem tego artykułu, sięgnąłem po tą książkę ponownie do jej ostatnich rozdziałów. Co de facto jest tej książki przekazem najistotniejszym dla czytelnika? Niekoniecznie katolika czy nawet osoby religijnej. Dla człowieka. Co, przy pominięciu zagadnień opisujących etykę i moralność ścisłe z Kościołem związaną, umiejscowioną w Kościele najpierw a dopiero potem w świecie zewnętrznym, jest dla zbliżającego się Człowieka XXI wieku przekazem najistotniejszym, uniwersalnym?

Ostatni paragraf jest powtórzeniem słynnego z Biblii i ze Starego Testamentu nakazu/przyzwolenia powtarzanego od Boga przez archanioła Gabriela, Ducha Świętego i Jezusa z Nazaretu. Jest też powtórzeniem przez Jana Pawła tego samego nakazu użytego już w pierwszym, otwierającym książkę wywodzie.  W paragrafie otwierającym papież opisuje go z perspektywy pontifexa, przywódcy Kościoła Rzymskiego. Ale, po kilku miesiącach dalszych rozmów, wraca do tego samego biblijnego zwrotu w kontekście dużo szerszym. W kontekście Człowieka uniwersalnego. I przeczytanie tegoż paragrafu ponownie ( a minęło już chyba 20 lat, jak ostatni raz to czytałem z uwagą) jaśniej zrozumiałem sens jego słów. Właśnie do tego, teraz przeze mnie pisanego tekstu.   I do tej refleksji zamkniętej w moim zdaniu: ‘nie bójmy się mieć własnego zdania’. Do konieczności bycia jednostką samodzielnie myślącą i krytyczną. Jakiegoż zwrotu biblijnego użył więc Karol Wojtyła-papież, jako temat końcowego paragrafu swego indywidualnego, nie pontyfikalnego, przekazu do człowieka uniwersalnego? Nie lękaj się.  

Przemówienie Biedronia 3 lutego, 2019 w Warszawie

3 lutego, na warszawskim Torwarze, miał miejsce kongres załozycielski nowej partii politycznej Roberta Biedronia o nazwie “Wiosna”. Poniżej, bez komentarza, publikujemy całość wystapienia nowego lidera. Na pewno może ono wywołac silne emocje pro i contra. Dlatego warto je samemu znać, aby w rozmowach wiedziec o czym de facto mówił.

Dziękuję, że przyjechaliście, że jesteście, że uwierzyliście, że zmiana jest możliwa! A najbardziej za to, że przywieźliście ze sobą tyle pozytywnej energii.

Bo teraz… potrzebujemy jej bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

20 dni temu, w Gdańsku, stała się wielka tragedia. Dla milionów z nas świat na chwilę się zatrzymał. Nie żyje zasłużony samorządowiec, który nie bał się iść pod prąd. Który ostatnie lata poświęcił budowaniu mostów, tworzeniu wspólnoty.

Ale jako były prezydent miasta, samorządowiec, wiem, że testament Pawła Adamowicza trzeba zrealizować. Bo wartości, których bronił Paweł, są wartościami, które przywiodły nas dzisiaj tutaj.

Naszą najważniejszą wartością jest wspólnota. Nie chcemy wojny polsko-polskiej! Chcemy wzajemnego szacunku i dialogu!

Ostatnie lata były zimne i ponure. Zamiast rozmowy – nieustający konflikt. Zamiast dobra wspólnego – interes partyjny. Zamiast empatii – rosnąca wrogość.

Niech w końcu to się zmieni! Potrzebujemy wiosny, która odnowi ten ponury zimowy krajobraz.

Kiedy patrzę na Polskę, po której jeździłem przez ostatnie kilkanaście miesięcy, wiecie co widzę? Widzę wielu fantastycznych ludzi. Miasta i miasteczka, pełne werwy i pomysłów, na północy, na południu, na wschodzie i na zachodzie. A w środku – zabarykadowany, zamarznięty budynek Sejmu.

Czy są tu regiony z północy? Czy jest Pomorze i Słupsk? Pomorze Zachodnie? Suwałki? Warmia i Mazury? Ja też się zaliczam, bo studiowałem w Olsztynie. Czy są regiony z Południa? Oprócz mnie, bo pochodzę z Krosna. Jest Podkarpacie, Małopolska? Czy są regiony ze Wschodu? Podlasie? Lubelskie? Czy są regiony z Zachodu? Śląsk? Wielkopolska? Czy jest centrum? Warszawa, Łódź? Wy akurat mieliście bardzo blisko!

Jest cała Polska, tylko jednej grupy tu nie ma. Z Wiejskiej.

Tam gdzie cały czas trwa zima stulecia, gdzie posłowie i posłanki myślą, że świat zatrzymał się w poprzednich wiekach. Ale są niedaleko. Niecały kilometr stąd. Niech dowiedzą się, że idą roztopy, że nadchodzi zmiana.

Przyjechaliśmy tu, by im przypomnieć, że w Konstytucji, której bronimy i bronić zawsze będziemy, zapisaliśmy w artykule 1., że “Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli”. Wszystkich obywateli! Bez wyjątku.

Przyjechaliśmy tu dziś, by im przypomnieć, że Polska to piękne i dumne metropolie – Warszawa, Kraków, Poznań i Wrocław. Ale też równie piękne i równie dumne mniejsze miasta i miasteczka – takie jak Konin, Mielec i Ostrołęka.

Przyjechaliśmy tu dziś, by im przypomnieć, że Polska jest każdej i każdego, bez względu na płeć, wiek, wyznanie, orientację czy zasobność portfela.

Od kilkunastu lat dwie partie polityczne próbują podzielić nas na dwa wrogie obozy.

Mnie też wiele razy pytano, czy dołączę do jednej, czy drugiej strony. Wmawiano nam, że – jak na wojnie – “trzeba wybrać front”. “Trzeba walczyć o Polskę bez PO lub Polskę bez PIS”. A my nie chcemy wojny. Chcemy wspólnie zbudować Polskę naszych marzeń.

Przez ostatnie miesiące dużo rozmawialiśmy podczas naszych spotkań, Burz Mózgów w całym kraju. Mówiliście mi jak nasza Polska ma wyglądać. Zapisaliście swoje pomysły i marzenia na tysiącach takich kartoników. [Biedroń pokazuje kartonik].

Te tysiące marzeń stworzyły wspólnie ogromny żagiel, który zawisł przy wejściu. Żagiel, pod którym w końcu wypłyniemy na błękitne oceany. Daleko od tych krwawych oceanów, w których zagryzają się rekiny.

Gdy politycy walczą tylko o swój kawałek tortu zamiast o dobro wspólne – państwo się degeneruje. Liczy się to, kto będzie miał więcej – więcej ministerstw, więcej sądów, więcej państwowych spółek, więcej programów w telewizji.

Chociaż to my wybieramy polityków, nie mamy nad nimi dzisiaj żadnej kontroli.

Nie wiemy jak to możliwe, że szeregowy poseł może mieć spółkę obracającą miliardami, za które buduje sobie wieżowce, bo nie ma nikogo, kto odważy się prześwietlić jego interesów, choć pogłoski słyszymy od dawna.

Nie wiemy ile zarabia asystentka prezesa NBP, bo politycy ukrywają swoje pensje przed nami.

Legitymacja partyjna, jest dzisiaj złotą kartą kredytową, a Polska to zwykły bankomat.

Żadna partia – przez 30 lat tego nie zmieniła.

W Słupsku to zrobiliśmy.

A oni? Oni, żyją konfliktem. Nie widzą Pani Ludmiły, którą spotkałem na dworcu w Łodzi. Od pięciu miesięcy czeka na wizytę u lekarza. Jeszcze 2-3 tygodnie. Uśmiecha się mówiąc, że nie ma siły oglądać telewizji, bo zbiera siły na inną walkę. Tą najważniejszą, o swoje zdrowie. O niej politycy zapomnieli, bo ich wojna jest dla nich najważniejsza.

Im większy konflikt, tym częściej zapominają o takich osobach, które miesiącami, a nawet latami czekają na lekarza.

Im dłużej trwa wojenna retoryka, tym dłużej ignoruje się prawa kobiet, bo “to jeszcze nie ten czas”, “poczekajmy, aż odsuniemy tych czy tamtych od władzy”.

Czy 16-letnia córka pani Barbary z Rzeszowa powinna urodzić, nawet jeśli została zgwałcona?

Usłyszałem od pani Barbary tylko jedną prośbę. Pełna żalu i nadziei powiedziała: Robert, zrób coś, proszę, żeby żadna inna matka i żadna inna córka nie stały przed ścianą, jaką jest dla nas dzisiaj Polska.

Kobiety muszą mieć wybór – to jest ich prawo, ich ciała i ich życie.

Im dłużej trwa wojenna retoryka, tym łatwiej ignorować głos osób z niepełnosprawnościami. Bo one nie są potrzebne politykom na wojennej ścieżce.

Marek z Sanoka poprosił żonę, żeby przywiozła go na naszą burzę mózgów. Przyjechał, był aktywny. Po spotkaniu podjechał do mnie na swoim wózku i powiedział, że on miał szczęście, znalazł pracę, założył rodzinę. Ale inni, ci którzy protestowali w Sejmie, nie mieli takiej możliwości. Trafili na mur. Politycy ich upokorzyli. Powiedział mi: ”Robert, proszę, zmieńmy to. My po prostu chcemy pracować i mieć normalne życie. Przeniesiemy góry, tylko ktoś musi w nas uwierzyć”.

Przez ostatnie kilkanaście lat mieliśmy naprawdę ciężki wybór. Z jednej strony dostawaliśmy politykę wykresów i wskaźników ekonomicznych. Nie było ważne, czy zarabiamy godnie, czy oddychamy czystym powietrzem, czy nasze dzieci chodzą do dobrych szkół.

A prawa kobiet i mniejszości musiały czekać, bo “były ważniejsze sprawy do załatwienia”.

Miliony ludzi pozostawały w tyle. Władza mówiła: “Zmień pracę, weź kredyt”. [Głos z sali: wyjedź za granicę]

Z drugiej strony dostaliśmy karykaturę demokracji, z łamaniem Konstytucji, z odbieraniem praw kobiet, z tubą propagandową zamiast mediów publicznych, z upartyjnioną administracją zamiast profesjonalnej służby cywilnej, z Rydzykiem na tronie zamiast świeckiego państwa.

Ani jedna, ani druga strona nie rozwiązywała naszych problemów. A konflikt, który tworzą, jest dla nich najważniejszym paliwem. Wszyscy mamy dosyć tej wojny. Nie damy im już więcej za nas urządzać nam Polski. Oni nas wszyscy zawiedli.

Dzisiaj jesteśmy tu razem. Starsi i młodsi, kobiety i mężczyźni, z małych miasteczek i metropolii. Jesteśmy wszyscy różni, ale równie ważni.

Dziękuję Wam, że przez ostatnie miesiące tworzyliście nasz program. Pokazaliśmy tym z Wiejskiej, że można inaczej, że programy nie muszą powstawać za zamkniętymi drzwiami gabinetów na Nowogrodzkiej czy w biurze partii.

Jesteśmy tu razem, bo wierzymy, że w Polsce nie ma już miejsca na nienawiść. Limity zostały wyczerpane.

Jesteśmy tu razem, bo w Polsce nie ma już miejsca na mówienie ludziom z kim mogą zakładać rodzinę. Bo wiemy, że możemy być tu, w naszym ukochanym kraju, szczęśliwi – bez względu na to kim jesteśmy i kogo kochamy.

Chcemy wreszcie zacząć głosować za czymś, nie przeciwko komuś.

Więc niech nam nie mówią, że to jeszcze nie czas. To jest właśnie ten czas. Nasz czas! Czas nowej generacji! I regeneracji!

To jest nasz czas dlatego, że jesteśmy dialogiem, że pracowaliśmy długo w samorządach, organizacjach pozarządowych, prowadzimy własne firmy, więc nie znamy przynoszenia ludzi w teczkach. Znamy za to polską codzienność. Potrafimy wystawić przed słupski ratusz czerwoną kanapę, żeby słuchać ludzi, bo odgradzanie się od nich to nie jest nasz sposób.

Słupsk nauczył mnie, że w polityce opartej na wartościach nie istnieje określenie „nie da się”.

Da się rozmawiać z mieszkańcami. Da się upublicznić wynagrodzenia urzędników. Da się zrezygnować ze służbowych limuzyn. Można rozdzielić państwo od Kościoła. Zrobiliśmy to w Słupsku! Zrobimy w całej Polsce!

Ojczyzna to więcej niż krew i blizna

Słowo Ojczyzna nie musi rymować się tylko z krwią i blizną. Żeby ta nasza Ojczyzna nie była balastem, który trzeba zrzucić, ale skrzydłami, które może dać naszym marzeniom. Zacznijmy w końcu dodawać sobie skrzydeł. Przestańmy je podcinać.

Patriotyzm to odpowiedzialność za wszystkich. Wszystkich, którzy czują się Polkami i Polakami.

Człowiek. Wspólnota. Państwo, któremu ufam. To trzy fundamenty naszego programu.

Człowiek, bo Polska to ludzie, którzy latami czekają w kolejce do lekarza. Dlatego wprowadzimy 30-dniowy limit oczekiwania na lekarza specjalistę. Po tym czasie każdy będzie mógł wybrać miejsce leczenia w sektorze prywatnym, za które zapłaci NFZ.

Dzisiejsza Polska to ludzie oddychający trującym powietrzem. Każdego roku 45 tysięcy z nas umiera z powodu smogu, bo przez 30 lat wszystkie rządy bały się podejmować odważnych decyzji.

Ja ją podejmę. Deklaruję, że

do 2035 roku zamkniemy wszystkie kopalnie węgla i będziemy mieli najczystsze powietrze w tej części Europy. Stworzymy także sektor odnawialnych źródeł energii, a w nim 200 tysięcy miejsc pracy dla górników oraz pracowników elektrowni.

Bo nikogo nie zostawiamy z tyłu.

Ustawa o ochronie zwierząt w artykule 1. mówi, że “zwierzę nie jest rzeczą”. Ich cierpienie jest jednak polską codziennością, a kolejne rządy chowają głowę w piasek w tej kwestii. Zwierzęta może nie mają głosu, ale mają swoje prawa. Utworzymy więc niezależny urząd rzecznika praw przyrody. Zlikwidujemy fermy zwierząt futerkowych, zabronimy wykorzystywania zwierząt w cyrkach i zlikwidujemy chów klatkowy. Zatrzymamy także bezmyślną wycinkę drzew, która niszczy nasze wielowiekowe dziedzictwo.

Polska jest kobietą. Przerywanie ciąży, edukacja seksualna, in vitro…

Polska jest kobietą, jej cierpienie jest naszym cierpieniem. Dlatego przerwiemy piekło kobiet i w końcu

zagwarantujemy kobietom prawo do bezpiecznego przerywania ciąży na żądanie do 12 tygodnia.

Na razie jednak Polska to miejsce, gdzie w niektórych województwach ginekolog oddalony jest nawet o 50 km, a na jednego specjalistę przypada aż 27 tysięcy pacjentek. Zmienimy to tak, by każda kobieta miała dostęp do niezbędnej opieki medycznej.

Postawimy na rodzinę i jej bezpieczeństwo – dlatego wprowadzimy do szkół rzetelną edukację seksualną, zagwarantujemy znieczulenie przy porodzie i pełne finansowanie in vitro.

“Chcemy całego życia” – pisała sto lat temu Zofia Nałkowska. Niestety kobiety w Polsce, w centrum Europy w 2019 roku, nadal muszą powtarzać to hasło.

Zmienimy ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie tak, by każda Polka i każde dziecko mogło się czuć bezpiecznie we własnym domu. A w pracy

zagwarantujemy równość płac, tak aby kobieta i mężczyzna zarabiali tyle samo na tym samym stanowisku.

Bo my trzymamy stronę kobiet. Nie tylko przed wyborami czy ze strachu przed polityczną konkurencją. Ale dlatego, że my po prostu, najnormalniej w świecie w to wierzymy. Wierzymy w równość. I od lat o to walczymy w organizacjach pozarządowych i na ulicach.

Żłobki, przedszkola, szkoły

Nasza wspólnota. Nasza wspólnota nie wyklucza, obejmuje wszystkich.

Dlatego w Polsce równych szans zapewnimy wszystkim dzieciom miejsce w żłobku i przedszkolu.

W ciągu pięciu lat stworzymy 250 tysięcy nowych miejsc dla maluchów.

Rozszerzymy nauczanie języka angielskiego, tak aby każdy uczeń i uczennica kończąc szkołę biegle władali tym językiem. To będzie w końcu jeden z europejskich standardów obecnych w naszym kraju! Uzupełnieniem tego skoku cywilizacyjnego będzie powszechny, darmowy internet w całej Polsce. M.in. w ten sposób wyrównywać będziemy szanse, żeby już żaden polityk nie dzielił naszego kraju na Polskę A i B.

W naszej wspólnej Polsce nikomu nie będziemy mówić, z kim może brać ślub, a z kim nie. Dlatego wprowadzimy związki partnerskie a także ustawową równość małżeńską.

Niech szczęściem miłości dzielą się w Polsce wszyscy, a nie tylko wybrani!

W naszej wspólnej Polsce nikt, kto pracował przez całe życie, nie może być zapomniany przez państwo. Czy wiecie, że ponad pół miliona polskich emerytek i emerytów otrzymuje emeryturę poniżej 1000 zł? Zaledwie 30 zł dziennie. Czy to jest wystarczająca kwota na przeżycie?

To jest rachunek ze spożywczaka. 68-letnia Pani Katarzyna, która mieszka na Mokotowie w Warszawie. Kupiła mleko, 6 jajek, wodę mineralną, parówki i margarynę. Ziemniaki ma z ubiegłego tygodnia. Z dzisiejszej dniówki ma jeszcze 10 złotych, które może odłożyć, żeby wspomóc pod koniec miesiąca córkę. Jeszcze nie wie jak w tym miesiącu zapłaci za gaz, prąd i czynsz.

Myślę, że prezes państwowej spółki nie tak wyobraża sobie swoją emeryturę.

Dlatego wprowadzimy nieopodatkowaną emeryturę minimalną na poziomie 1600 zł dla każdego. Tak, aby seniorzy mogli cieszyć się życiem, a nie bać się jutra.

Asystenci dla osób z niepełnosprawnościami

Nie może być tak, że państwo zamiast wspierać zmusza osoby z niepełnosprawnościami, ich opiekunki i opiekunów do 40-dniowego protestu.

Dlatego zagwarantujemy bezpłatne wsparcie profesjonalnych asystentów i asystentek dla osób z niepełnosprawnościami.

Podwyższymy świadczenia o przynajmniej 500 złotych. Wprowadzimy dla opiekunów i opiekunek tygodniowe, płatne urlopy wytchnieniowe.

Czy wiecie, że dzisiaj aż 14 milionów Polek i Polaków nie może dojechać do większego miasta, jeżeli nie ma samochodu? To prawie połowa z nas. Kolej nie dojeżdża nawet do takich miast jak Łomża, Jastrzębie Zdrój czy Bełchatów. Dlatego zagwarantujemy transport publiczny jako obowiązek samorządu finansowany przez państwo.
Autobus w każdej gminie i pociąg w każdym powiecie.

Wycofamy lekcje religii ze szkół i opodatkujemy tacę

Każda i każdy jest równy wobec prawa. Ale są dzisiaj równiejsi. Kościół katolicki w Polsce ma więcej ziemi niż ktokolwiek poza Skarbem Państwa. Nie ma więc powodu, by tej instytucji wypłacano jakiekolwiek zapomogi. Ksiądz przeciętnej parafii w Polsce płaci ok. dwustu zł podatku, kilkakrotnie mniej niż jego parafianin prowadzący zakład fryzjerski czy warsztat samochodowy.

Wycofamy lekcje religii ze szkół i ich finansowanie. Zlikwidujemy fundusz kościelny i opodatkujemy tacę. Renegocjujemy konkordat.

Tak, zrobimy to, na co zabrakło odwagi wszystkim polskim politykom po ‘89 roku! Gdy mówimy, że nie będziemy klękali przed biskupami, to tak będzie. Bo w przeciwieństwie do innych polityków, my nigdy przed nimi nie klękaliśmy!

Alimenty ściągane jak podatki, 500 plus dla każdego dziecka

Państwo, któremu można zaufać. Państwu powinni ufać wszyscy rodzice. A jak mogą ufać, skoro nie są w stanie odzyskać zasądzonych alimentów. Dlatego alimenty będą ściągane jak podatki, a ich ściąganiem zajmie się administracja skarbowa. Każdy rodzic musi być pewny bezpieczeństwa jutra swojego dziecka.

Program 500 plus zmienimy tak, by obejmował też pierwsze dziecko i rodziców samodzielnie wychowujących dzieci.

Program musi obejmować wszystkie dzieci, a nie tylko te mieszczące się w urzędniczych metryczkach.

Płaca minimalna 2700 w 2020

Ponad 1,5 miliona Polek i Polaków nadal otrzymuje zaledwie minimalne wynagrodzenie, a zbyt często nawet mniej. Dlatego wprowadzimy zasadę, że płaca minimalna wynosić będzie 60 procent średniej krajowej. W 2020 roku podniesiemy ją do 2700 zł, a w 2022 roku – do 3265 złotych.

Ułatwienia dla przedsiębiorców

Najwyższy czas, by państwo zaczęło współpracować z przedsiębiorcami. Nie może być tak, że spółki kontrolowane przez polityków dostają od ręki 1,5 miliarda z państwowego banku, gdy uczciwi przedsiębiorcy traktowani są nieraz jak przestępcy. Pierwszym warunkiem jest zaufanie.

Dlatego zniesiemy kontrole skarbowe jakie znamy. W małych firmach zastąpi je weryfikacja internetowa. Uprościmy też prawo podatkowe tak, by właściciele firm nie zajmowali się ciągłym śledzeniem nowelizacji. Wszystkie procedury załatwimy przez internet. A symbolem tego będzie brak pieczątek do 2022 roku! Zero, pieczątka trafi w końcu tam gdzie jej miejsce – do lamusa! Do muzeum!

Kochani. Nasze państwo, jeśli mamy mu ufać, musi być odpowiedzialne i konsekwentnie stosować prawo.

Odpartyjnienie państwa

Dlatego zagwarantujemy odpartyjnienie spółek skarbu państwa i pełną jawność życia publicznego. Dość już “Misiewiczów”, krewnych i znajomych, zarabiających setki tysięcy rocznie na państwowych posadach. Wprowadzimy ustawę o jawności wynagrodzeń w sektorze publicznym, a kandydaci i kandydatki będą zdawać egzamin przed komisją bez udziału polityków.

Rozliczenie PiS

Państwo musi też wyciągać konsekwencje wobec tych, którzy łamią jego podstawowe zasady. Dlatego stworzymy Komisję Sprawiedliwości i Pojednania. Rozliczymy tych, którzy dopuścili się naruszenia podstawowych praw i wolności zapisanych w Konstytucji.

Odpowiedzialnych – nawet tych sterujących dzisiaj państwem z tylnego rzędu – postawimy przed Trybunałem Stanu.

To nie tylko słowa. Będziemy działać natychmiast. W pierwszych miesiącach nowej kadencji Sejmu mój klub parlamentarny przedstawi pakiet pierwszych trzynastu ustaw.

Pakiet 13 ustaw na początek

Na początek przyjmiemy Krajową strategię odchodzenia od węgla na lata 2020-35.Oczyścimy wreszcie powietrze w Polsce. Priorytetem będzie wymiana pieców.

Ustawą powołamy też Rzecznika Praw Przyrody.

Przedstawimy nowelizację ustawy o prawach pacjenta i rzeczniku praw pacjenta.Zagwarantujemy każdemu i każdej dostęp do lekarza specjalisty w ciągu 30 dni.

Przedstawimy nowelizację ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.

Dodatkowo przedstawimy ustawę o prawach kobiet, w tym prawie do przerwania ciąży – to pierwsza ustawa, która rozwiąże problemy od lat zamiatane przez POPiS pod dywan.

Ustawa o likwidacji Rady Mediów Narodowych i zmiana ustawy o Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Zagwarantujemy określoną w Konstytucji niezależność polityczną mediów publicznych.

Koniec z patologią! Zabierzemy politykom te zabawki!

Przedstawimy projekt zmiany ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora.Zwiększymy odpowiedzialność prawną polityków za wypowiadane słowa. Jeżeli chcemy walczyć z mową nienawiści, to zacznijmy od siebie…

Obywatelki i obywatele muszą mieć skuteczne narzędzia kontrolowania polityków. Dlatego przedstawimy ustawę o jawności i zasadach wynagrodzeń w sektorze publicznym.

Znowelizujemy ustawę o ograniczeniu działalności gospodarczej przez osoby publiczne. Nie może być tak, że prezes partii politycznej na boku prowadzi miliardowy biznes.

Ustawą powołamy Komisję Sprawiedliwości i Pojednania, która zbada naruszenia Konstytucji, a winnych tych naruszeń postawi przed Trybunałem Stanu.

Przedstawimy ustawę o wieloletniej polityce kształtowania płacy minimalnej.

I wreszcie – ustawa o warunkach renegocjacji konkordatu ze Stolicą Apostolską.Polska musi w końcu stać się państwem suwerennym i świeckim. Każdy musi być równy wobec prawa!

Polska potrzebuje wiosny

Kochani, w Polsce zbyt długo trwa już mroźna zima. Teraz, po kilku latach, musi się skończyć. Naprawdę skończyć.

Czy Polska potrzebuje świeżości? Czy Polska potrzebuje wiosny?

To my zrobimy tę wiosnę! My jesteśmy tą wiosną, tą świeżością, którą wniesiemy do polskiej polityki. Dlatego zapraszam Was. Stwórzmy nową siłę polityczną, której nazwa: to…

Tak, to jest wiosna. To jest nazwa nowej siły politycznej, która zmieni oblicze Polski! Tak, chcemy zmiany! Chcecie zmiany?

Nasz ruch nazywa się Wiosna, bo Polsce potrzeba rozkwitu. Bo wiosną robi się porządki – trzeba wymieść kurz z najciemniejszych zakamarków. Bo wiosna nie wyklucza – wiosną każdemu może być w Polsce lepiej. Bo wiosny nie da się zatrzymać. Chcemy zmiany! Chcemy nowej polityki, na nowe czasy!

Dlatego już czas. Czas na Wiosnę!

Ale sam tego nie zrobię. Zapraszam czternaścioro ekspertek i ekspertów, liderek i liderów w swoich dziedzinach. Najlepszych z najlepszych. To oni pomagali mi w układaniu programu. Kochani, chodźcie ze mną.

Zapraszam dr. Marcina Anaszewicza, eksperta ds. restrukturyzacji państwa. Skończymy z państwem, które natychmiastowo obsadza stołki swoimi, a w urzędzie czeka się miesiące na załatwienie najprostszej sprawy. Dzięki planowi, który stworzył Marcin, będziemy mieli w końcu sprawne i odpartyjnione państwo.

Zapraszam Monikę Gotlibowską, przedsiębiorczynię, działaczkę społeczną. Państwo musi być przyjazne także dla przedsiębiorców. Monika stworzyła rozwiązania, dzięki którym prowadzenie firmy będzie dużo łatwiejsze.

Zapraszam do mnie dr. Krzysztofa Śmiszka, doktora prawa, eksperta wymiaru sprawiedliwości, szczególnie mi bliskiego. Ostatnie lata to seria naruszeń prawa przez najważniejsze osoby w państwie. Krzysztof stworzył mechanizmy, które zagwarantują rozliczenie winnych tych naruszeń. Zapewni też, że będziemy w końcu żyli w świeckim państwie.

Zapraszam do mnie Gabrielę Morawską-Stanecką, adwokatkę, ekspertkę ds. prawa cywilnego i gospodarczego. Czas skończyć z podziałem na obywateli pierwszej i drugiej kategorii. Gabriela stworzyła mechanizmy, które sprawią, że każdy i każda, my wszyscy, będziemy mieli równe prawa, bez względu na płeć, wiek czy orientację.

Zapraszam do mnie dr. Krzysztofa Gawkowskiego, prawnika, samorządowca. Zbyt długo żyliśmy poza centrum Europy. Krzysztof przygotował plan, w którym to człowiek, jego prawa i potrzeby znajdą się w Centrum Europy.

Zapraszam do mnie Paulinę Piechnę-Więckiewicz, prawniczkę, działaczkę samorządową, ekspertkę ds. polityki społecznej. Rządzący przekonują, że dbają o rodzinę, ale prawdziwe wsparcie zapewnić może tylko efektywna polityka społeczna. Paulina zadba o to, aby rodziny otrzymały realne i całościowe wsparcie państwa.

Zapraszam do mnie Dariusza Standerskiego, ekonomistę, prawnika, eksperta ds. gospodarczych. Obecnie polityka gospodarcza jest tworzona na poczekaniu, z miesiąca na miesiąc. Tak nie sprostamy wyzwaniom współczesności. Potrzebujemy długofalowego myślenia o gospodarce opartej na współpracy. Dariusz zadba, by tak było i by nikt nie został w tyle.

Zapraszam do mnie Karolinę Hamer, paraolimpijkę, rekordzistkę i wielokrotną mistrzynię kraju w pływaniu. Polska nie jest obecnie krajem równych szans. A Karolina pokaże nam, jak możemy zwyciężać, jak możemy sprawić, aby wszyscy mieli w końcu równe szanse.

Zapraszam do mnie Macieja Gdulę, profesora Uniwersytetu Warszawskiego, eksperta od edukacji i szkolnictwa wyższego. Maciej stworzył plan naprawy naszej edukacji. Tak by była oparta na współpracy. Tak, by przygotowywała do wyzwań współczesności. Przygotował też plan naprawy szkolnictwa wyższego. Tak, by wreszcie pozwalało na zrealizowanie pełni potencjału naszych naukowczyń i naukowców.

Zapraszam do mnie Beatę Maciejewską, ekspertkę ds. zrównoważonego rozwoju. Polska obecnie truje. Umieramy od smogu. Beata przygotowała strategię odejścia do węgla do 2035 roku. Abyśmy w końcu odetchnęli pełną piersią. Strategia, która zakłada płynne przejście i stworzenie 200 tysięcy miejsc pracy w sektorze energii odnawialnej.

Zapraszam do mnie Łukasza Kohuta, ślązaka, działacza społecznego. Obecnie Polska nie jest państwem wolności wypowiedzi. Łukasz przygotował pakiet zmian, który sprawi, że media publiczne przestaną być tubą dla rządu! A język śląski stanie się językiem regionalnym. Bo ślonsko godka je fest pjykno!

Zapraszam do mnie Liliję Twardosz, notariuszkę, ekspertkę ds. prawa rodzinnego. Kobiety muszą uzyskać wreszcie pełnię swoich praw. Mają prawo decydować o swoim ciele, mają prawo dostać alimenty, jeśli tak zadecydował sąd, mają prawo do równego traktowania. Lilija przygotowała pakiet zmian, które sprawią w końcu, że w Polsce zapanuje równość płci.

Zapraszam do mnie Grzegorza Pietruczuka, samorządowca, burmistrza warszawskich Bielan. Który zadba m.in. o rozwój transportu publicznego. Musimy wykorzystać potencjał całego kraju, państwo musi być blisko wszystkich. Grzegorz przygotował rozwiązania, które połączą całą Polskę gęstą siecią komunikacyjną.

I ostatnia, ale równie ważna, Kalina Michocka, ekspertka ds. samorządu lokalnego i kultury. Kalina będzie odpowiedzialna za stworzenie ogólnopolskiego budżetu partycypacyjnego. Obywatele i obywatelki także mają prawo decydować. Zadba też o to, by kultura była dostępna dla wszystkich i nikt nie mógł ograniczać swobody twórców.

Dziękuję, że jesteście ze mną! Wielkie brawa! Dzięki Wam mogę spać spokojniej i wiem, że nasza zmiana się uda! Że wiosna zawita tu na dobre!

Jest ze mną też 41 koordynatorów, którzy organizują nasze struktury w całej Polsce. Na tej sali jest kilkuset koordynatorów i koordynatorek powiatowych. A w Polsce nadzieja i szansa na zmianę! Dziękuję wszystkim, którzy zaangażowali się w budowanie naszego ruchu i tym, którzy pomogli zorganizować nasze dzisiejsze spotkanie.

Nie palmy komitetów, zakładajmy własne! Czas zakasać rękawy! Od jutro ruszamy w Polskę, zaczynamy wielką trasę wiosenną.

Bądźcie z nami. Teraz i przez całą tę podróż, podczas której odnowimy Polskę!

Nareszcie zmiana!

Nareszcie Wiosna!

Gdy polityka musi zejść na drugi plan

Złym jest podpowiadaczem szok, wydarzenie ciągle nie zakończone. Nie daje to czasu ani na poznanie wszystkich okoliczności tego wydarzenia ani na ferowanie prędkich wyroków. I ferować ich tu nie będę. Od wyroków są sądy, dochodzenia policyjno-prokuratorskie i dziennikarskie.

Ale są wydarzenia, są sytuacje nieprzewidziane, które zaraz po zaistnieniu nie pozwalają milczeć. Zmuszają do pewnej odpowiedzi, pewnego stanowiska, które wymaga mimo wszystko refleksji etycznej.  Tylko wydarzenia losowe, naturalne, wypadki nie planowane wymykają się takiej refleksji.

Atak i zamach na życie Prezydenta Gdańska dziś nie jest wydarzeniem losowym. Nie jest aktem natury czy wypadku. Szczegóły przygotowania zamachu, bezpośrednie czynności do tego prowadzące i podjęte przez zamachowca, który jest znanym policji kryminalistą i człowiekiem zdaje się niezbyt zrównoważonym, mało mnie w tym momencie interesują. To kryminalistyka i kroniki sądowo-policyjne, których czytelnikiem ani badaczem nie jestem.

Tak, jak mało jestem zainteresowany i nie ma dla mnie większego znaczenia badanie szczegółów i detali życia niejakiego Eligiusza Niewiadomskiego, malarza, posła jednej kadencji i działacza ruchu narodowego w początkach Drugiej Rzeczypospolitej.

Interesuje mnie i niepokoi, więcej – zatrważa, sytuacja, która doprowadza osobników takich, jak Niewiadomski i Stefan W. do porwania się na życie osób publicznych prywatnie z nimi nie mających nic wspólnego. Ale reprezentujących pewien symbol systemu lub, których obwiniają o ich klęskę personalną. Tak, jak osobnicy w USA, którzy strzelali do Żydów zgromadzonych w bożnicy, do gejów cieszących się młodością w popularnym klubie. Ofiary tych mordów były też tylko symbolami – w ich mniemaniu – ich niepowodzeń.

J. Piłsudski i G. Narutowicz

Gabriel Narutowicz, ku zdumieniu obozu prawicy polskiej, wygrał pierwsze wybory prezydenckie w Rzeczypospolitej Polskiej w grudniu 1922. Fala nienawiści, jaka wylała się na niego z prasy, wystąpień publicznych działaczy narodowców i faszystów polskich była niesamowita. Od absurdalnych po katastroficzne. W przeciągu kilku dni Narutowicz, potomek starego rodu szlacheckiego z Litwy, stał się Żydem i symbolem spisku żydowskiego. Popularny prawicowy publicysta, ksiądz i poseł Kazimierz  Lutosławski pisał na łamach „Gazety Porannej” 11 grudnia: ‘Co się stało? Jak śmieli żydzi narzucić Polsce swojego prezydenta!’ a kończył tekst wezwaniem do bezpardonowej walki z ‘żydowskim zamachem stanu’ i ratowaniem Polski.

P. Adamowicz

Dziś, zaraz po zamachu na prezydenta Adamowicza z Gdańska, instagramy członków rządu i prezydenta RP zapełniły się oburzeniem i potępieniem zamachowca i prośbami o modlitwy za zdrowie prezydenta Gdańska. Zakładam, że szczerymi. Ale, panie i panowie decydenci: czyż nikt z was winy moralnej nie ponosi za to, ze jakiś opętaniec targnął się na życie polityka związanego od lat z waszym głównym przeciwnikiem politycznym (Adamowicz jest członkiem PO i wygrał ostatnie wybory w Gdańsku)?; że stało się to na znienawidzonej i opluwanej przez was scenie finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy? że znanych polityków PO (a takim jest Adamowicz) oskarżaliście bez pardonu i wulgarnie o kradzieże, malwersacje, o anty-polskość? że od lat hołubicie (wbrew fałszywym  formalnym oświadczeniom) atmosferze niechęci wobec mniejszości narodowych, podgrzewacie emocje nacjonalistyczne i anty-emigranckie, uśmiechacie i porozumiewawczo mrugacie do upiorów polskiego piekła szowinistyczno-antysemickiego? Czyż premier nie mianował wice ministrem rządu polskiego kilka tygodni temu czołowego działacza polskiego ruchu narodowego faszyzmu?!

Otóż taka atmosfera potrafi obudzić upiory autentyczne, nie wyśnione –żywe. Czy ciągle jeszcze uważacie, że potraficie nad tym zapanować, trzymać to w kontroli?

Nikt nie może was legalnie oskarżyć w sądzie o współudział w zamachu, żaden sąd nie skaże was za współodpowiedzialność karną.  O to możecie być spokojni – nawet opluwani przez was sędziowie na to nie pozwolą.

Ale czy możecie spać spokojnie?  Czy rzeczywiście o takiej ‘dobrej zmianie’ myśleliście? Większość z was, chyba w to wierzę, podjęła się działalności politycznej ze szczerej  wiary, że coś dobrego dla kraju chcecie zrobić. I że wasz świat wartości i przyzwyczajeń powoli odchodzi w cienie historii a współczesność odwraca się do was plecami. Podjęliście próbę walki o przedłużenie trwania czasów przeszłych. Nikt wam tego prawa, choć wydaje się w najlepszym wypadku staroświecką donkiszoterią, odmówić nie może. Więc tą bezpardonową walkę polityczną podjęliście i ją, cios za ciosem, systematycznie prowadzicie. Ale kiedyś przychodzi moment, gdy polityka musi ustąpić miejsca wartościom wyższym. Gdy dobro kraju musi stać najważniejsze – nawet jeśli odchodzi od waszych ideologii i filozofii. Walka polityczna nie może być celem samym w sobie, służącym jedynie utrzymaniu władzy.

Jeśli nie był dla was ten moment kilka dni po wstrząsającej śmierci, na Placu Defilad, Piotra Szczęsnego – Szarego Obywatela, niechże nastąpi teraz.  Nie zawierajcie sojuszy Fausta. One się zawsze źle kończą po początkowych sukcesach.