For the past few days, I have been struggling with bad flu. You know the story, don’t you? A man and the flu do not mix well. Women over the centuries have learned that flu is but a nuisance yet the homework still needs to be done. Men on the other hand view it as a biblical plaque. They thought that it is the end of the world. I am somewhat a modern man and I do live alone – so the chores reluctantly were done. But venturing beyond home was for most of the time beyond my strength. Today was a first day much better. On the mend, so to speak. Cold but absolutely, stunningly beautiful. I knew the sunset is going to be spectacular and I ached to go and see my sea. Not only the Channel in front of my home, but the actual open ocean: to hear its song, to marvel at its might.
In 2020 I wrote poem to the Ocean. At the end of it, the ocean invites me and says:
I will offer you a lazurite scale armor,
a long shawl in dark green,
as my wedding gift.
Went to the very end of the road past Fisherman’s Cove, right in front off the aptly named Devil’s Island. There is nowhere to go from there but to marvel. Last time I went there was sometime in December last year with my Damian, who came from Poland to stay with me after John’s passing. I don’t remember much about that December. If not for this good soul, who came to look after me … well, I have no idea how I would have survived. But one cold, wintery day I took him there, to that spot. We watched the furry of the ocean that tossed huge rocks like pebbles on the road.
Today was the orgy of red, orange fires between the sea and the sky. Almost kitsch, almost vulgar. Almost – but Nature never cared much about our delicate bourgeois sensibilities.
Dni straszne nadchodzą. Dni zderzenia się z ciągle odrzucaną rzeczywistością odejścia, rozłąki. Niebytu. Ciebie. Mnie bez Ciebie. Czasu, który na zawsze rozdzielił moje życie na przed i po. Pojechałem tam, gdzie byłem w tych dniach niemożliwych do zrozumienia z Damianem, który przyjechał z Polski ze mną być. Młody człowiek, któremu ja miałem być opoką niewzruszoną, który nie mógł wiedzieć, co w chwilach takich robić należy. Ale był. A nikt nie wie. Ani młody, ani stary. Wiedzą tylko poeci i wariaci. Nikt wtedy też poetów nie czyta, a wariatów nie słucha. Tak nas uczono przez setki lat. Zagryź wargę i idź. Idź gdzie? Wszystkie drogi prowadzą wówczas do nikąd.
Więc pojechałem tą samą drogą, tym samym samochodem, jak tamtego dnia z moim chłopcem z Polski, w dokładnie to samo miejsce. Patrzeć na ocean. Słuchać oceanu. Przy brzegu Diabelskiej Wyspy. Ocean rozumie. Jest wszechpotężny. Wycisza wszystko. Jak w w moim wierszu napisanym wiele lat wcześniej, w 2020. Bardzo mi to dziś pomogło.
OceanPatrzę na ciebie, żywa wodo nasza
w wiecznym ruchu, nigdy nie uśpiona.
I tak czasem bywa, że ty, jak tafla
jesteś, jak wielka szyba okna Ziemi.
Jak śpiąca Afrodyta rozmarzona.
Ale ty nawet wówczas drżysz, wznosisz się,
twój oddech jest wilgotny, gdy tuli brzeg.
Gdy budzisz się w czas, muskularna, naga,
grzywacze w rydwanie gnasz przez zatoki,
cieśniny, zdobywasz fiordy, usta rzek.
Mierzysz się z czasem, chcesz go cofnąć, wrócić,
pokryć ciężkim, lepkim płaszczem doliny, góry,
które były pałacem pełnym krużganków,
obszernych komnat z tańcami, muzyką głębi,
odbijających słońce, gwiazdy, księżyc, chmury.
Zawsze gdy wchodzę w twe podwoje, zanurzam się
w tym życiodajnym płynie macierzyńskiego łona.
Otulasz mnie czule, mruczysz bezsłownie: wnijdź,
nie bój się, mam tyle przestrzeni wolnej, twojej.
Podaruję ci płaszcz z łuski niebieskiej,
utkam długi szal zielony,
jak welon weselny.
My previous biking took me across the salt marshes from Colle Harbour toward Lawrencetown. Today I continued it starting from West Lawrenscetown. It is called Atlantic View Trail. But it is also a part of a national bikeway through the entire country, starting on Vancouver Island in BC. Having drove from one coast to the other, now I can say that I also biked through both ends of the Trail: in Vancouver Island and Lower Mainland of BC and now in Nova Scotia.
That was a very strange night. I watched some TV, and couldn’t watch any more news, as the stories from Gaza were just so depressing. Watched some Netflix movie about some Argentinian young fashion megastar. It was tiring just by the speed of the movie-documentary, him being like high on something nonstop, all the time. Somehow I started talking to You. Was sad and happy at the same time. Sad for obvious reasons, happy because we talked. Told you that life is like that now, like this movie on speed. I rush to do things, and have to be busy all the time. Just to avoid life. The reality. Sort of: not now, please. I’m busy. Will talk about it later. I have to finish this, that; have to run, have to drive somewhere.
Avoiding. Not being irrational but not willing to deal with reality, either.
Went to bed about midnight saying that I had to get up about 5 am to drive to a bike trail in the middle of a forest near West Lawrencetown to catch with my camera the sunrise over the ocean. But the night was strangely hot, couldn’t fall asleep even with a wide-open window. Then a train started going back and forth near my building with a terrible noise of the train breaking and smashing of the train cars as they moved and stopped. Went back to the living room, switched the TV back on, and watched some more of something. You were nowhere to be seen or heard and couldn’t continue our conversation. Made a decision to drive to that spot in the forest about 6 AM. Finally felt tired and sleepy. Before I knew I was asleep. And didn’t get up till 8 AM! Sunrise was gone an hour earlier. But did go for the bike ride anyway. Remembering the night I dressed warmly but very lightly. Took even a towel and an extra pair of underwear in case I decided to take a swim. Started biking at about 10 AM. And instantly knew that I wasn’t dressed as I should. It was freezing! And icy wind that went through my clothing. Swimming in the waves was out of the question when I got to the beach. If I drove by car I probably would – and warm in the car after swimming. But getting on the bike and biking back easily 10-15 km to where I parked would probably turn me into an icicle, LOL.
Rozmawiałem z Tobą cały wieczór i potem pół nocy chyba. A miałem plany wycieczki rowerowej wzdłuż jezior i brzegu oceanu wczesnym rankiem by uchwycić wschodzące słońce nad Atlantykiem. Ze wschodu wyszły nici. Gdy w końcu dwu lub trzygodzinną drzemkę złapałem – obudziłem się już o ósmej rano. Dawno po wschodzie. Mimo to pojechałem w las, do tej trasy. Noc była nadzwyczajnie ciepłą, jak na tę porę roku. Ale dzień odwrotnie – więc ubrałem się bardzo nie odpowiednio, zbyt lekko. Mimo marznięcia – trasę rowerowa, tak jak zaplanowałem, tak przejechałem. Widoki piękne, surowe, zimowe już (choć bez śniegu) mają też swój specyficzny urok surowego piękna. Lato to barok natury, a zima to styl romański północnej Europy.
Czy ta wycieczka była moją ucieczką od rozmów z Tobą? Od zajęcia się rzeczywistością? Nie wiem, Kochanie. Wydaje mi się, że tym razem nie masz racji mówiąc, że życie trwa nadal i powinienem zacząć znowu starać się żyć. Wrócić do świata realnego. Może te życie, które prowadzę, te nasze rozmowy, moje poszukiwania Ciebie na plażach oceanu, jezior – to właśnie moja nowa realność, rzeczywistość? Nie jakaś dziwna ucieczka od niej, a przeciwnie – akceptacja jej. Widzisz, kiedy jestem wśród ludzi, rozmawiam z nimi, dyskutuję – Ty w tym tłumie , pośród nich znikasz, przestajesz być. Ale gdy wędruję po plażach, nawet po ulicach ale samotnie, gdy łażę po skałach – Ty jesteś obok. Przy mnie. A ja lubię mieć Cię przy sobie. Ty chyba też lubisz, gdy jestem obok.
Pojechałem do Ciebie, do nas – na nasz ostatni przystanek ostatniej wycieczki za miasto. Do słonych bagnisk Cole Harbour. Widzę Twoją twarz, Twój zmęczony uśmiech. Twój skrywany żal. Bo Ty już wiedziałeś lepiej niż ja, jak krótki czas przed nami. Wszystko bym dał, życie z radością, by jeszcze dotknąć Twojej twarzy, jeszcze palce we włosy Twoje włożyć, przytulić na moment. Ten moment byłby warty wszystko właśnie, każdy dzień kolejny i każdy rok samotności.
The words of love
are difficult
they escape description
of dictionaries
of synonyms
of thesauruses
Her language
are smells,
touches, syllables.
They are screams
of grief,
they are exclamations
of tears.
They avoid punctuation marks,
because they lack
a moment to stop,
to rest.
Love is a movement,
a hurried run.
She is aggressive,
demanding,
or submissive impatiently.
Even when she sleeps –
Her breathing is
expecting you.
That is why when I call you –
I scream or I cry.
And most often when I call you –
I am silent.
Tak i dzisiejsza, późnym popołudniem w dzień pochmurny, wycieczka rowerowa, zabrała mnie na trasę groblą przez te bagniska hen, aż do Lawrencetown. Miałem czas na nasze bezsłowne rozmowy. Na fotograficzny zapis tych urokliwych jakimś smutnym urokiem, miejsc. Rozlewiska słonej wody oceanu mają inną florę i faunę niż jeziora słodkowodne. Mają zdecydowanie inny zapach.
I went today to meet you at our last drive outside the city boundaries. I saw your face again, your sad smile. I recognized your attempt to cover from me your sorrow. Your sorrow because you knew already better than me the shortness of time remained for us. And I screamed in silence, I cried. Wanted to touch your face, feel your hair between my fingers, caress you…. Nothing, nothing ever can be truly joyful and fully happy in my life. My future seems to be like a life wasted, effort unnecessary.
And today’s bike ride on the dyke, through the marshes to Lawrencetown was somehow close to my thoughts. The colours, smells, even the fauna and flora of salt marshes are very different from those of fresh water lakes. Everything is dimmed somehow, austere. So was the time of day – late afternoon, greyish, cool weather.
Blisko trzysta lat temu Vivaldi skomponował Koncert na skrzypce i fortepian „Cztery pory roku”. Wielokroć (ku zgorszeniu wielu, LOL) już pisałem, że muzyka baroku często a gęsto mnie nuży. Nie znoszę ‘od kropki do kropki’ w jakimkolwiek gatunku sztuki. Ale i w baroku są perełki czystej urody. Ten właśnie Koncert Vivaldiego zawsze lubiłem słuchać. Ba, by się staremu nadwornemu kompozytorowi przypodobać napisałem kiedyś (dedykując jemu) cykl czterech wierszyków „Sezony”. Vivaldiemu zmarło się jednak 270 lat wcześniej i pociechy z mojego gestu wiele mieć nie mógł. Ale niech tam, w sztambuchu ‘ku pamięci’.
Z tego cyklu więc, stosownie do pory roku, wierszem o jesieni zapis dzisiejszy chcę zacząć. Całość była oczywiście o czterech porach roku, a opisałem je za pomocą zachowań i używania języka, jego funkcji, przymiotów – od liter poczynając, na pełnych zdaniach kończąc. Całość pewnie ukazuje wykonanie pomysłu najlepiej ale tu ten o jesieni musi wystarczyć.
Wiersz jesienny
Elegancja zwrotek kunsztownie nizanych,
samogłosek dojrzałych, pełnych, dźwięcznych.
Jak garnitur trzyczęściowy, z goździkiem w butonierce.
Kropki i przecinki w zdaniach sensem związanych,
siedzą na werandzie trzymając się za ręce.
Jeszcze ciepło, pięknie choć już smutno,
za ogrodem zmierzch, noc. Może jutro?
(01.12.2011)
Więc październik już. Jadę z Tobą na plażę mało uczęszczaną, mało znana, a przepiękną. W East Chezzetcook. Tak, tą samą od której zacząłem moje poszukiwania Ciebie i nas odkąd rana na tyle się zagoiła, że mogłem chodzić. O pływaniu jeszcze mowy nie było, ale brodzenia do kolan któż mógłby mi zabronić? Byłem tam wówczas chyba więcej niż dwukrotnie. Pisałem kolorowymi kamieniami mój poemat o nas. Jedno słowo, ale aż cztery litery. Cztery tylko, bo po angielsku, aby lokalne ptactwo wodne mogło przelatując odczytać. Następnego dnia fale zebrały moje kamyki w jeden kłębek. Może próbowały czytać a potem nie potrafiły w kolejność ułożyć? Nie wiem. Fakt, że palców fale nie mają. To już tak zostawiłem. Jeździłem z moim krzesłem plażowym, więc mogłem odpoczywać, pisać inne, dłuższe listy do Ciebie.
Potem szukałem Cię na innych plażach, piaszczystych i kamienistych. Mogłem już w końcu pływać. Nie pamiętam kiedy (mógłbym sprawdzić, bo zapisywałem nasze rozmowy), ale w końcu zrozumiałem Twoją niecierpliwość moich poszukiwań i przypomniałem sobie o obietnicy, jaką Ci złożyłem w te dni ostatnie, dni najgorsze. Że nie będziesz nigdy sam, że będę Twoim Domem. Do końca. Odtąd i ja przestałem jeździć sam. Zaczęliśmy znowu jeździć razem. I dzisiaj, na tą plażę właśnie w East Chezzetcook, środku nowoszkockiej Akadii, pojechaliśmy razem. Pokazałem Ci w końcu, jak ona wygląda. Przed tym Okrutnym Dniem razem na niej nigdy nie byliśmy. Ani ja sam jej nie znałem.
Chwilkę, cofnijmy się nieco w czasie. Byliśmy przecież obok. Jedna z pierwszych naszych wycieczek, pierwszej zimy w Nowej Szkocji, zawiodła nas do West Chezzetcook. Pamiętasz ten maleńki drewniany kościółek i ten uroczy cmentarzyk wiejski przed kościółkiem? Tą zamarzniętą, jak lodowisko łąkę, po której szliśmy trzymając się za ręce, by się nie wywrócić? A wszystko przez Twoją Ciotkę Teresę. To przecież ona, dystyngowana dama poprzedniej epoki, Theresa Cormier z Isles de la Madeleine podarowała mi ten poemat Longfellowa „Evengeline” o wygnaniu i wędrówce powrotnej francuskich Akadyjczyków z Nowej Szkocji do Luizjany. Szukałem więc śladów Evangeliny. Osad akadyjskich. To taki romantyczny poemat! Longfellow miał się trochę wzorować na Mickiewiczu, którego poezją był zafascynowany.
Opisuje tragiczny dzień aresztowań francuskich Akadyjczyków. Żołdacy brytyjscy przyjeżdżają do Gran-Pre. Biedni farmerzy i rybacy muszą oddać ziemię, dobytek. Sami, aresztowani, będą zesłani do Luizjany. Evangelina biegnie do tłumu zebranych wypatrując ukochanego Gabriela. Nie zważa na ostrzeżenia ojca. Znajduje ukochanego, podbiega do niego, tuli głowę w jego ramię, gładzi twarz i szepcze przez łzy: ‘Gabierlu! Bądż dobrej nadziei! bo jeśli kochamy się wzajem nic zaprawdę nie może nam zaszkodzić , jakiekolwiek nieszczęścia by naszły![i]
Natomiast Ty sam podarowałeś mi już w pierwszych tygodniach naszej miłości kopię „The Ryme of the Ancient Mariner” S.T. Coleridge’a. Przepiękny poemat i talent poety o niebo lepszy niż Longfellow’a. Choć nie łatwo było mi go czytać. Ten cudowny a tak zupełnie inny od współczesnego (!) angielski nie jest aż tak prosty, LOL. To, zdaniem moim, jedno z arcydzieł literatury angielskiej. Bohater poematu za zbrodnię zabicia albatrosa ukarany jest śmiercią załogi i wędrówką statku pchanego tam, gdzie niosły go fale morza, głodem i pragnieniem nieustannym (‘woda, woda wszędzie, a ni kropli do wypicia’). Gdy w końcu, u kresu życia, uratowany jest przez napotkany port – karą za jego zbrodnię jest wędrówka przez świat nieustanna i opowiadanie o tej zbrodni.
Literatura, poezja zwłaszcza – wbrew temu, że często o poetach się wyrażam ironicznie, jako narcyzach literatury – jest moim towarzyszem nieustannym. Nie zawsze chcianym i lubianym. Zdecydowanie nie ‘dodaje mi skrzydeł’, LOL. Jeżeli już, to czasem ciężki powróz. Bo wszystko już powiedziano, przed wszystkim ostrzeżono. I nic. Jakichkolwiek rezultatów pozytywno-edukacyjnych. Może faktycznie jesteśmy, jako gatunek, tępi po prostu. Ale coś robić trzeba, więc niektórzy piszą.
Nowa Szkocja to wszędzie morze. Obojętnie gdzie i jak będziesz wędrować – prędzej czy później nad morzem wylądujesz. Kochana moja, nieżyjąca od lat Irenka Kropińska primo voto Pasławska, zacna krzewicielka kultury (zwłaszcza muzyki i literatury) i w Polsce i w Kanadzie, dała mi kiedyś tomik poezji swego przyjaciela z Polski, Lecha Jakóba, z napomnieniem bym koniecznie z nim w kontakt wszedł. Ale czasy się pomieszały bardzo szybko. Odeszła Irenka (do dni ostatnich przy niej byłem), potem Mama moja ciężko się rozchorowała. Zapomniałem o poecie z Koszalina, panu Jakóbie. I tak już zostało. Przeglądem teraz jego tom „Zielony Promień’. No tak, w poezji – jeśli szukasz – wszystko możesz znaleźć. I znalazłem. Ot, ten fragment wiersza ‘Morze inaczej’[ii]:
morze jest twoje zupełnie
gdy potrafisz o nim powiedzieć „ja”
ja jestem
lub też lepiej:
ja jestem morze
po którym pływają wszystkie
kutry świata
Wszystkie? No chyba jednak tak. Tylko takie znamy. Na moim też pływają wszystkie kutry świata. Tego świata i tego morza, które znam. Mojego świata. Słyszałem, ba! – wiem, że są inne. Ale cóż mi po nich i po kutrach, które na nich pływają?
Piaszczysta wąska wydma, która zawiodła mnie w East Chezzetcook dalej niż kiedykolwiek przedtem (był właśnie odpływ) powoli rozlała się w strumień, potem rzeczkę, w końcu płytką zatoczkę. Zebrałem wszystko w plecak, który ręką trzymałem powyżej pasa i znalazłem łachę piaskową otoczona zewsząd morskimi stawami połączonymi wartka morska rzeką z matką-oceanem. Te ‘stawy’ to takie zbiorniki słonej wody, które w przypływie łączą się bardzo prędkimi i głębokimi ‘rzekami’ z Atlantykiem, a w odpływie zamieniają się w spokojne słone jeziora. Masa w nich krabów. I woda w nich nieco cieplejsza niż na otwartym oceanie. Moja łacha piaskowa była dość wysoko położona i zalanie mi nie groziło przez kilka najbliższych godzin. Ale znalazłem się nagle na wyspie – z plecakiem, z notesem, telefonem, LOL. Plecak silny jednak, dobry zamek i dość nieprzemakalny brezent. Wiedziałem, że w jakimś węższym miejscu przepłynę bez większej szkody dla zawartości. O kamerę ze stojakiem martwić się nie musiałem. Od czasu, gdy porwały ją fale huraganu Lee, mimo mojej pieszczotliwej opieki, suszenia i czyszczenia – pomarło się bidulce na amen. Trochę żal, bo służyła mi dobrze.
John siedział obok cicho. Nie chciał nic mówić widać. Mogłem się tylko domyślać, co by powiedział, gdyby był tu fizycznie, poza byciem ze mną we mnie. Uśmiechnąłem się słodko, jak potrafiłem i rzekłem: przepraszam, ale nie martw się, ja sobie z Tobą i plecakiem poradzę. No wiesz, że ja lubię takie niespodzianki, przecież nie jesteśmy na jakiejś tratwie kilometry od brzegu. Uśmiechnął się tą swoja rozbrajającą dobrocią i tylko westchnął: eh, ty zawsze musisz jakąś przygodę wyszukać i cieszy cię to. Przyzwyczaiłem się do tego, no i lubię jak ciebie to cieszy. No i jak tego chłopaka nie kochać? Nie sposób.
Świetny poeta amerykański, Paul Monette wydał blisko dwadzieścia lat temu zbiór poezji „West Of Yesterday. East Of Summer”. To było monumentalne dzieło poezji odpowiadające na tragedię iście grecką, jaka spotkała środowisko LGB (bo o tym w tej materii i czasach tylko mówimy) w dobie kryzysu AIDSa. Ta tragedia dotknęła jego też, stracił partnera, kochanka. Znany i głośny wówczas dramatopisarz, Larry Kramer napisał w recenzji: ‘to są przepiękne, druzgocące serce krzyki – takie piękno z takiego bólu i straty i agonii – i ja chcę aby każdy je usłyszał, każdy tchórzliwy bastard w Waszyngtonie, kto pomógł nam umierać, każdy na świecie, kto nie wie, że mężczyźni kochają mężczyzn majestatycznie, pięknie, heroicznie.’[iii]
W innej zupełnie sytuacji, bez tego strasznego tła, jakie nas przytłaczało w okrutnej dobie AIDS’a – ale jakże ten okrzyk bólu rozumiem po Stracie. Jak nic dać pocieszenia ani wytchnienia nie może. Mój świat uległ podziałowi na dwie epoki: przed i po. Może nasza miłość (w porównaniu z tamtym okresem) nie sięgała poziomu heroizmu, ale była i majestatyczna i piękna.
Z tegoż tomu przetłumaczyłem fragment wiersza ‘Przypisując pamięci’ (ze strony 3)[iv]:
Jeśli pływaliśmy to płynęliśmy
głęboko w dół koralowych wież, gdzie
lawa miesza się z atramentem, aż dach
rafy stał się początkiem Atlantydy,
delfiny uwodząc zalotnie tańczyły.
A ja ciągle mojego wiersza nie potrafiłem skończyć. Bałem się, byłem tchórzliwy. Nie miałem odwagi przed jej – miłości – potęgą, majestatem. Nie brakło mi tej siły w pierwszych miesiącach po stracie. Czarna rozpacz była silniejsza od tchórzliwości wierszoklety. Słowa się przed nią uginały w pół, niczym szeregi wyzłoconych kamerdynerów, gdy przechadzał się przed nimi wersalskimi kolumnadami Król-Słońce. Były moimi służkami tak się układającymi na kartce, jak tylko chciałem. Bez zajęknięcia, bez oporu. Potęga rozpaczy jest niepokonalna. Teraz, gdy Cię odnalazłem na nowo wewnątrz siebie, gdym się do tej nowej niebytnej bytności przyzwyczaiłem – powrócił lek przed potęga słów. Buntują się, jak gawiedź paryska, gdy wprowadzono na szafot Obywatela Kapeta – stryjecznego praprawnuka Króla Słońce i prawnuka Króla Stanisława Leszczyńskiego. Więc poezja demokracji nie znosi. Tylko władza absolutna ma panowanie nad językiem. A rozpacz jest absolutna.
Pojechałem tam dziś ponownie. Ni żywej duszy wokół. Tym razem nawet krzesło składane zabrałem. Wszystko na kark i głowę przymocowałem i między falami odnalazłem przejście, gdzie bez płynięcia mogłem na łachę-wyspę dojść. W te samo miejsce. Litery mego kamiennego napisu przetrwały, nie rozsypane tym razem, przez dwie noce i dzień. Na nowo w notesie do walki ze słowami uparcie siadłem. Nie poddawałem się. Wydałem wojnę Naturze i Czasowi . Tej wojny nikt wygrać nie może. Ale są sytuacje, gdy wiedząc o klęsce niechybnej – wojnę wydać trzeba. Może to jednak ten heroizm miłości mężczyzn do mężczyzn, o jakim pisał Kramer? I nie wiem czy napisałem wiersz dobry, czy miłość w nim potrafiłem nazwać, opisać. Ale minął lęk przed słowami o naszej Miłości. Mój opis będzie najprawdziwszy, jedynie możliwym. Nawet Rozpacz zmuszona będzie do ugięcia kolan.
Bogdan Czaykowski był popularnym poetą polskim w Vancouverze. Miał niesamowitą i obfitą łatwość pisania. Wiersz był jego chlebem powszednim. Nie wiem, czy go to nie męczyło czasem, ale z rozmów jakie z nim prowadziłem wynikało, że raczej odwrotnie. Pewnie tak było z Broniewskim, z Tuwimem, z Gałczyńskim. Byli poetami, wszystko inne było drugorzędne, drugoplanowe. W jednym z wierszy napisał [v]:
Gdy myśl przedsłowna przejdzie próbę słów,
wtedy nasłuchuj, co ci mówi myśl
posłowna.
I taką myślą otwórz oczy poza zmysł.
Zaniemów.
Wiec może jednak zaufać mocy własnych słów? Może ta obróbka słów na poetyckiej tokarce lub szlifierce czyni je prawomocnymi? Odpowiednimi. Prawdziwymi?
A może te cztery litery kamiennego słowa na piaskowej wydmie-wyspie są całym poematem? Skończonym w swej doskonałości. Ta myśl też mnie nie opuszczała. Wiec gdyby były – taszczyłem z drobnicy kamiennej większe głazy i zbudowałem mur obronny przed falami chroniące napis. Nic wieczności oceanu nie przetrwa, wiem. Ale chwilę choć. A chwila to moje całe życie, o więcej nie dbam w swym wierszowaniu.
Cóż jest miłość więc,
jaka recepta, jaka droga,
sonata ją pisze czy wiersz?
Słońce gorące czy wodna zorza?
U schyłku czy o świcie dnia
zawoła, ramię ci poda?
Bezsilna czy potężna będzie?
Czy ją rozpoznasz, gdy przyjdzie?
Młodość się pyta natarczywa,
niepewna i niecierpliwa.
(B. P-G, 01.10.23)
Jak mam opisać naszą miłość
by ją nie zmniejszyć tanią egzaltacją?
By słowa klękały przed nią ciche,
skromne, zleknione jej mocą.
Tu – na dzikiej plaży, z hukiem fal
oceanu wzburzonego jej pychą:
cóż im jej wielkość, gdy tak krucha?
Byliśmy, gdy ciebie tu nie było,
będziemy długo, gdy ślad twój
z piasku zniknie bezpowrotnie!
(B.P-G, 03.10.23)
[i] „The Song of Hiawatha and Other Poems”, H. W. Longfellow; wyd. Readers Digest Assoc, Montreal,1989 (s. 197)
[ii] „Zielony Promień. Wiersze wybrane.” Lech M. Jakób; Wyd. Aula (2003), Podkowa Leśna; s. 232
[iii] na obwolucie tomu poezji Paula Monette „West of Yesterday. East of Summer.” wyd. St. Martin’s Press, Nowy Jork, 1974
I have started the ‘Talks with John’ soon after His passing. Last place we went to, on our numerous journeys, was a little, tranquil lake called ‘Dollar’, in the midst of deep forest, half way between Highways No.102 and 107. I was the first place I returned to, after He was gone. It seems fitting it was a place I went to few days ago, closing that period of my search of Him. Here is the final letter. First part in Polish, second in English. Just a note to the Reader: both parts are a continuation of the entire text, not a translation. I could have write the entire piece in both languages – but that would not be honest to the emotional process of writing it down. My talkes with Him were bilingual and I want to preserve that aspect of it. The authenticity of the emotions. —– Polska i angielska część moich Rozmów z Johnem nie są po prostu tłumaczeniem jednej wersji na drugą. To osobne fragmenty jednego całego tekstu. Świadomie w takiej formie chce je pozostawić, gdyż taką formę rozmowy dwujęzycznej z Nim prowadziłem. Przepraszam jeśli komuś sprawi to kłopot w rozumieniu i znajomości obu języków. Ale takie są prawa oryginału.
Posłuchaj raz jeszcze, wytłumaczę Ci moje zmagania. I moje klęski emocjonalne, moją słabość. To, że zapomniałem, że jestem Twoim Domem. Naszym Domem, że Ci to obiecałem i że tego ode mnie oczekiwałeś. Gdzieś tą pewność zagubiłem, gdzieś schyliłem plecy w jakimś bezgłośnym szlochu. Jeździłem po miejscach znajomych i nieznanych przedtem i szukałem Ciebie, wołałem Twoje imię. Tak, jakbyś odszedł. Wszędzie zabierałem ze sobą swój notes i te walki wewnętrzne opisałem.
Czas bym Ci złożył z nich sprawozdanie, bym te strony notesu otworzył. I obietnicę na nowo podjął, w pełni zrozumiał. Czas na powrót do Domu z podróżowania. Domu, którym jestem ja i w którym Ty mieszkasz. Na zawsze.
(Conrad Beach, 21.09.23) – Wszystko to jeden przeciągły krzyk. Jedno nieustanne wołanie, jak nieustanny szum fal. Jak ich huk, gdy rozbijają się o brzeg, gdy załamują się pod własnym ciężarem w dzikiej kipieli białej piany. Może dlatego do tych opustoszałych o tej porze roku plaż jeżdżę. By z nimi krzyczeć, by niosły ten krzyk daleko, topiły w swych głębinach i zamykały go w leżącej na dnie ciężkiej kryształowej szkatule.
Piszę do Ciebie na mokrym piasku list-poemat w archaicznym języku, którego sam nie znam, ale przeczuwam. Nadchodząca fala zbiera każdą literę, każdy znak runiczny i zabiera ten list. Zbiera delikatnie każde ziarnku piasku z każdej runy i niesie do swoich głębin. Może tam, w tej głębi największych rowów oceanów, na wielkich perlistych konchach siedzą wszyscy kochankowie i kochanki oczekujące na te listy.
(Dollar Lake, 22.09.23) – Więc przyjechałem tu znowu w pogoni za Tobą. Tu zaczynałem moje poszukiwania Ciebie, moje ucieczki z domu. Ucieczki do nas, w nas. Za naszymi śladami, szczątkami rozmów, słów, uśmiechów, dotknięć. Miejsca ostatnie dłuższej wspólnej wycieczki kończącej nasza wielką podróż życia.
our first visit to the lake
Las za plecami jest pełen swoich rozmów. Jakiś ptak z uporem coś zrzuca z gałęzi, coś rozdłubuje. Szuka pożywienia pod korą? Na budowanie gniazd wszak już za późno. Nadeszła jesień. Woda jest chłodna ale przyjemna. Gładka jak powierzchnia lustra. Po grzywaczach szalonych fal oceanu dziwnie się jakoś pływa po takiej lustrzanej tafli.
Możliwe, że i ta podróż tu, nad to jezioro, jest moja ostatnią. Tamta pierwsza, odbyta wspólnie, istnieje tylko w moim sercu, w mej pamięci. Czas oddać te jezioro, ten las, tę szosę do niego prowadzącą, innym kochankom. Ich marzeniom, ich pocałunkom. Jest piękna cisza, jesienne słońce chyli się ku zachodniej ścianie lasu, nawet lekki wiaterek ustał. Jakby nie chcieli mi przeszkadzać, jakby umówili się: dajmy mu jeszcze chwilę, trochę czasu by się tych wspomnień nałykał.
my first return to the lake, in May, 2023
Czasu na odwiedziny i czasu na pożegnanie. Niech nastanie już ta cisza.
To think of it, You were my Canada. My entire life here. My love for this country was my love for You. I went to Halifax today for this last recorded on-paper talk with You. At my favored spot in this city at the beginning of Coburg Street. In front of my favored church – St. Andrews United Church.
There are many reasons to like this spot: it is, in a way, an invisible border separating bustling and noisy Halifax of tourists and business from Halifax the quiet, the reflective. But it is also the church I have visited many times for musical concerts organized there. But above that there is one more thing, a small detail that I noticed and just love it. The administrative annex of the church is a very busy and noisy some sort of school/childcare facility. There are always many kids coming and going, laughing, joking, saying hi and goodbye. The entrance to this school is always adorned with some rainbow symbols of the LGBTQ+ community. What a most splendid idea! Remember? I showed it to You and You agreed. Introducing the kids to the reality, that love has no boundaries, that all are welcome and included. Just that visual effect is stronger and better than lectures could ever be.
That is why I came here to finish this letter to You. About our Canada, Canada You gave to me. Or Canada that made us.
Canada now is with me all the time. Your gift to me and Her gift to us. Wherever I go, She will go with me. She is part of me, like our love and You.
I will stop searching for You on the vast beaches in the majestic bosom of waves crashing on the shore. Stop looking for You on the tranquil trail and beach of Dollar Lake lost in the middle of an old forest. It is true – memories of us being there, are still there. But they are also inside my soul, imprinted there till the day I die.
I didn’t need to call Your name, You are not hiding in any of these places. You are within me. You are us, and I am us.
You once said: ‘wherever you are, there is my home’. I remembered it at the beginning of my immense grief. Over time that grief became so heavy, so strong, it started to overpower me. And I run to these places calling Your name, begging You to answer, to reveal Yourself.
But now it all came back. You are everywhere I go. At home, on my travels, my walks. You are my Canada. My true heimat. I can take it with me across any mountains and oceans. The entire world is that – our Canada. You have come back where You always belonged – to me. Let’s walk together the rest of the Journey, wherever it takes us.
from my last visit to the lake in late September 2023
Song of Love
1
The waves are calling –
blue sky caressing white foam
of the sea, embracing the shape
of clouds taking bath in it.
Like you – your hips, your hand
in mine, your touch on my chest,
my fingers in your hair learning
the shape of the lobe of your ear.
The air is moist, fragrant,
the air is still around us.
And whispers, words quivering
with anticipation, expecting.
Longing anchored in our sight,
begging, trembling impatiently.
Eyes searching, touching, embracing.
The air dancing, pirouetting, flirting.
2
Memory. Your years of boyish youth.
Fear of rejection, of not finding
the answer you dreamt of. The torture of
that fear. The air is suffocating, dense.
Imperious impatience asking urgently:
is it? our love? Hey, boy! You promised
to find it – our love. You promised
that I will be in love. Our pact for life.
I! I! I must know how it feels! The air!
Must feel it myself: impatience, hungering.
Not tomorrow, not in some future. Now!
My youth not wanting innocence anymore.
I want to be guilty of stolen nights,
of jumping through the window
to magical streets leading to forbidden
dark pathways in dense parks.
Finding other eyes, other fingers
searching for me in the pantomime
parade of shadowy silent silhouettes.
In the dense air breathing heavy.
3
Finding you waiting for me.
You finding me. We will know,
when our eyes will meet. We.
Not me, not you. We – lovers.
Ciągle, nieustannie. Cóż słowa te mogą oznaczać? Ileż w nich prawdy ale i ile po prostu chciejstwa, zwykłej ludzkiej potrzeby uciekania od rzeczywistości, od świata rzeczy materialnych, dotykalnych, widocznych?
Jesteś ze mną. I nie ma Cię jednocześnie. Czuje Cię, ale nie mogę Cię dotknąć. Rozmawiam, ale nie odpowiadasz.
Może to jest jakoś tak, że część tylko Twoja została i tą część noszę w sobie. A jakaś część odeszła, znikła bezpowrotnie?
Pojęcia nie mam. Która jest większa, ważniejsza. Może są takie same? Może to bez znaczenia. Jesteś, jak niebo w które patrzę siedząc na ‘moich Kamieniach’ nad zatoką. Zachmurzone pierwszą warstwą ciężkich, granatowych chmur. Ale to przecież nie całe niebo, nie kompletne. Nie cały Kosmos. Co raz wiatr przenosi układy tych niskich chmur, robi się przerwa i widzisz w nich jasno-błękitne koszulki bialutkich, jak przebiśnieg chmurek.
Panta rhei – tak, płynie, zmienia się. Ale ta rzeka, którą znamy, jest tylko tą z tego momentu właśnie gdyśmy się nad nią pochylili, zanurzyli w niej. Dla nas jest więc wieczna, nieprzemijająca. O tej innej, zmiennej, wiemy tylko, że jest też gdzieś, zgadzamy się z jej istnieniem, ale po prawdzie jest nam ona niepotrzebna.
Może jutro pójdę na spacer ulicami Halifaksu, którymi chodziliśmy razem. Może do miejsc Twojej pracy: do Cytadeli, do serdecznej w pamięci elewacji budynku Berkeley na ulicy Gladstone. Serdeczna i bezinteresownie szczera troska jego mieszkańców o Ciebie, ich wdzięczność za Twój specjalny sposób udawadniania im, jak oni są wyjątkowi, specjalni i niezbędni w samym fakcie istnienia. Ta troska, ta serdeczność i ciepło tych nieznanych mi ludzi były mi bardzo potrzebne. Widocznie rozmawiałeś z nimi o mnie też, bo nagle przynosiłeś dla mnie wycinki z gazet, programów o ciekawych wydarzeniach muzycznych w mieście i okolicy, o koncertach, spektaklach teatralnych. Z dopiskiem odręcznym: ‘important information for Bogumil, I hope you find it interesting’. Od kobiety, której nigdy nie widziałem na oczy. Czasem zdarzył się słoiczek konfitur truskawkowych lub jagodowych … . Ileż w tym było ciepła. Dzięki temu, że byłeś tym, kim byłeś.
Więc jest ‘jutro’ – pojechałem do Halifaksu naszymi śladami. I naturalnie, że powinienem się tego spodziewać – naprawdę nie lubiłeś fotografowania się. Więc musiałeś jakoś zmusić mnie do pośpiesznego wyjazdu na ten spacer po Halifaksie i wykorzystując mój pośpiech ‘zapodziałeś’ gdzieś mój telefon, którego w tym pośpiechu oczywiście nie zauważyłem, że nie mam. Tak więc zdjęć – jak chciałeś – z tego spaceru nie będzie.
Ale byłem, chodziłem do miejsc Twoich pod Cytadelę, pod Berkeley. A jakże mógłbym nie pójść do Public Gardens? Poszedłem. Tu lubiłeś ze mną na spacery chodzić. Siedzę więc tu teraz, w tym parku. Tuż pod tą fontanną z królową Wiktorią zbudowaną na jej Diamentowe królowanie. Tak, masz rację, faktycznie wygląda dużo uroczej w pełnej zimie, gdy otacza ją cicha, puszysta jak biały gronostaj, pierzynka śniegu.
Podaj rękę, choć pójdziemy powoli dalej. Może nad staw? Nigdzie już się śpieszyć nie musimy. Doskonale wiesz, że do pozowania do zdjęć dziś Cię zmusić nie mogę. Aha! Sam się uśmiechasz zadowolony. Do mnie. Tym Twoim uśmiechem czystej, bezbronnej miłości.
Wracam do samochodu. Zapamiętałem nazwę uliczki, gdzie zaparkowałem: Cedar Street. Cała dzielnica małych domków ma takie same, podobne do siebie. Więc zapamiętałem tą nazwę, by nie błądzić wracając z parku. Idę chodnikiem i patrzę tylko na lewa stronę, bacząc by nie minąć tej ulicy Cedar, nie zwracając uwagi na okolicę. Patrzę trochę w zamyśleniu na płyty chodnika. Nagle zatrzymał mnie czarny napis na jednej z kolejnych płyt. Krótki, wyraźny: Goodbye. Podnoszę wzrok i widzę tabliczkę z nazwa ulicy – Cedar Street. Rozglądam się i uprzytamniam sobie, gdzie jestem. Uliczka Cedar biegnie spod wielkiej z czerwonej cegły bryły szpitala. Wszystko sobie przypominam, poznaję widok, budynki. Właśnie na tej uliczce zostawiałem zaparkowany zielony KIA Soul. Twój samochód, którym przyjechałem za karetką. Stał na tej ulicy przez trzy dni i dwie noce. A ja w te dni i te noce musiałem się z Tobą żegnać. Musiałem pozwolić im przypinać różne urządzenia do Twego ciała, poprawiać wielkość dawek różnych płynów, leków. Starałem się usuwać na bok by im nie przeszkadzać. Byli nadzwyczajnej dobroci i czułości. Kilka razy udało im się skłonić mnie do położenia na jakiejś kanapie w pokoiku obok. Wracałem po dziesięciu minutach. Nawet, gdy racjonalnie już wiedziałem. Gdy poprosiło mnie dwóch lekarzy w pewnym momencie na rozmowę. Taką, gdy się mówi, że medycyna nic już zrobić nie może. I czy się zgadzam na … . Powiedziałem, że tak. Nie mogłem patrzeć na męki Twego zmęczonego ciała. Mojego ciała. Ciebie. Ale, że jeszcze nie, nie dopóki nie będę miał rozmowy z Tobą. I położyłem się obok Ciebie na skraju tego szpitalnego łóżka, pielęgniarka zasłoniła kotary. Całowałem Cię najczulej, jak mogłem. Każdy fragment Twego pięknego ciała, Twojej twarzy, oczu, rąk, nóg. I opowiedziałem Ci cała długą historie naszego życia. Od pierwszego dnia poznania, od wycieczek w Kanaskis Country, do Gór Skalistych, mieszkania w Bragg Creek, w Calgary, podróży przez te góry nad brzeg Pacyfiku, gdzie mieliśmy długie i piękne lata, wyjazdu do Europy, wyjazdów do USA. Naszych podróży. Aż do tej długiej bardzo, przez cały kontynent tutaj. Do Halifaksu.
Wszystko to było nieopisanie piękną i długą przygodą. Zawsze lubiłem podróżować. Nigdy nie myślałem, że dzięki Tobie przeżyję taką. Jak jakiś długi film mistrzów ekranu, jak powieść najwspanialszych pisarzy, poemat boskiego poety. Śpisz teraz. A ja nocami rozpamiętuję nasz długi sen. Argonautów o Kolchidzie, spacery dusz orfickich, wędrówki Rumiego z Szamsem. Nie, nie ma w tym boskości ni cech nadprzyrodzonych. Przeciwnie – jest to nad wyraz proste, człowiecze. Nasza odwieczna tęsknota do drugiego. Nie spotkałem Cię ani na Olimpie lub Parnasie, nie wędrowałem do Araratu lub Tybetu. Po prostu pewnego dnia, z wieczora, poszedłem na drinka do pewnego baru, dwa kroki od rzeki Bow w Calgary. Okazało się, że i Ty wpadłeś na ten sam pomysł, miałeś tą samą zachciankę. Ot, i cały ‘cud’. Przypadkowy zbieg okoliczności. Równie dobrze tak Ty, jak i ja mogliśmy w ostatnim momencie zmienić plan, pójść do innego baru, lub zrezygnować z drinka. Byłem szczęściarzem, nie zmieniliśmy.
Jeżdżę i szukam Cię po dzikich plażach. Nasłuchuję okrzyków fal, poszumu wiatru.
Początkowo jeździłem na plaże i do miejsc, gdzie jeździliśmy razem. Rozmawiałem z Tobą, spacerowaliśmy trzymając się za ręce. W domu piłem ranną kawę z Tobą. Jeszcze byłeś, choć co raz bardziej milczący, co raz mniej wyraźny. Aż stałeś się cieniem, który jest blisko ale niemożliwy do dotknięcia, przytulenia.
Zacząłem więc jeździć w miejsca dzikie, nieznane. Z dala od ludzi.
Na dzikiej plaży, oddalonej od świata, mozolnie zbierałem kolorowe kamienie. Pisałem nimi list do Ciebie, mój krzyk. Ułożyłem z nich słowo ‘Miłość’. Czy spłynąłeś poświatą księżyca przed świtem by go znaleźć, odczytać, przycisnąć do piersi?
Wróciłem znowu tu, na to miejsce
po dwu dniach. Kamienie znalazłem,
poznałem kształty i kolor – przypływ
zebrał je w gromadę. Został tylko
wykrzyknik, głos zawieszony wysoko
nad piaskiem, nad wodą, niebytem.
Czy jesteś jeszcze ze mną,
czy jesteś tylko krzykiem
bólu, pustki, rozpaczy?
Podszeptują: trzeba żyć. Trudno. Koleje jego tak właśnie ustawione.; tak było na początku i tak będzie na końcu.
A nikt nie pyta: ale czy można żyć? Więc bez pytania nie może być odpowiedzi. A życie to droga ku czemuś, do celu, ku jakiejś przyszłości. Ja jej nie mam. Nie chcę mieć. Jest mi zbyteczna. Ani na plażach wypełnionych śmiechem i krzykiem plażowiczów, ani na dzikich ostojach bezludnych. Została tylko ona – Miłość. Samotna, bez dotyku, bez drżenia, bez pocałunku.
At the very beginning, we understood the immense power of our feelings. We felt it even if we couldn’t comprehend the substance of it.
Yes, we were dating, as many young couples always did. But the dates were like an ocean, like a massive waterfall from the peak of a high mountain. The power of it was immeasurable. I think that, at times, we were overwhelmed with it. Oh, we knew that we liked each other, that we were very attracted to each other. Dear god! we were so young, especially John, hardly a man yet or just on the cusp of beginning to be one.
Life and dating for young gay men in the 80ties and 90ties was the same as for any other young people and yet, so fundamentally different from the majority. Apart from very few and very cosmopolitan cities, they couldn’t just stroll through parks and streets in a warm embrace, stilling happy kisses from each other. Even there it was acceptable only in very few parts of the cities and still with a degree of personal risk. By the time we met, it was already much easier. That was that time of history (happily) that John belonged to. Mine started earlier, in darker times and places. The age difference wasn’t as big, but the difference in experience – huge.
Young gay man life in Warsaw in the late 70ties and early 80ties was like a minefield for a blind person. Very dangerous physically, perhaps even more emotionally.
By the time we met, I had already a long string of one-night stands that seemed and felt like it was a norm, a standard expected. My young, boyish innocence was gone or hidden somewhere deep and secretive.
Not that I was his first sexual partner. But comparing our experiences he was the Virgin of Orleans, and I was the courtesan of Babylon. LOL. But we were both innocent in the taste of huge, big love. A feeling we longed for: the torments, the powerful currents. And when they came for both of us – they swept and carried us to lands unknown. Lands of Dreams, Desires stronger than any notion of relationship, of dating.
Thus the dating was short. It was pointless. We had to become one: completely, permanently, fully.
Music was part of that beginning. John had strong, established musical tastes and I did, too. They were very different. We shared them, learned from each other. My love of opera and classical music, his of powerful traditional country music of North America, music full of longing, hardship, and dreams often unfulfilled. Thus our two songs and two melodies began. One that we often came back to through our long union in Calgary, Vancouver, and Halifax. The ‘Flower Duet’ of mezzo and soprano from the French Romantic opera “Lacme” and North America’s amazing country singer Patsy Cline and her famous hit ‘Crazy’ composed by Willie Nelson.
The ‘Flower Duet’ and ‘Crazy’ become our songs.
I was born on the fifth of Match, and Patsy died on the fifth of March very few short years later. Although I truly was a child, a little boy on the day Patsy died in a plane accident – John often devilishly suggested that I was behind her death. That this particular song was his idea and dream of true love – and once I came into his life, that song stopped being a dream and become reality. Thus the song had to die too if a dream becomes reality. Therefore I must have orchestrated the demise of Patsy Cline! Machiavellian, indeed. LOL.
But love is a strange thing. It blends reality and dreams. Blends life and death. That blend become my new land now, my homeland. Found it today on some isolated and desolate long stretch of sand and rocks stretching for miles, somewhere in the equally desolate and removed community of East Chezzetcook.
Talked to Patsy Cline, to Lacme and her student, to the ocean, to John. There was no one else in an eyesight. Just them and me. And love. No one was angry, no one was sad. Everything was a dream and the dream was reality.