Mikhail Voskrsensky played on May 30th at the Christ Church Cathedral in Vancouver. The venerable venue has seen many wonderful concerts and pianists over the years from all over the globe.
I have seen and listen myself to quite a few there. That was a particularly important one. Voskresensky is a pianist and musical pedagogue of particular pedigree – form the old and venerable shelf of top Russian musical tradition and school of playing. That school and tradition brought an amazing array of composers and performers that graced the world stages in the past two hundred years. The Tsars are gone, the Bolsheviks are gone – but the music survived, did not perished.
Voskresensky himself was a guardian of that tradition for many years, being not only a graduate of Moscow’s Conservatory but, at the end, a Chair of the Piano department there, himself being a student of no one other that Lev Oborin – Laureate of the very first International Piano Chopin Competition in Warsaw, Poland – undisputable top piano competition in the world. That school of playing is characterized by soft and very melodic flow of notes. Could I say: romantic, Slavic, like the blades of grass on Ukrainian steppes … . But don’t be surprised if you hear a thunder from the distance.
That past and a bit of history is important because of a very poignant present circumstances of the pianist. After the Russian invasion of Ukraine, Voskresensky decided to flee Russia, his homeland. To flee as form of protest against the brutality of this war and of Russia being the aggressor. Knowing that Putin’s Russia very much resembles Stalin’s way of strict control and protests against the government are met with harsh penalties.
Iko Bylicki z autorem
And now he is here, playing in Vancouver. Vancouver Chopin Society, by the gracious actions of their main architects, Iko Bylicki and Patrick May gave me the privilege to enter the empty nave of the Cathedral and listen to Voskresenski’s rehearsal, take pictures as many as I want. Of course – thank you gentlemen.
The sounds and the bars, nothing else, not even using the pedals of the piano. Pure music dictated by the natural length of the sound and controlled by pressing another key. Right away I am taken by immense attachment to the musicality by stressing the melody of the phrases.
Naturally, it is only rehearsal, warming up. An attempt to get to know the particular instrument (and it is my personal favored – the beautiful Steinway). it’s acoustics, and finally the warming up and physical exercise of your fingers – they will do a lot of heavy lifting later. I am always admiring the physical strength of pianists and feel sorry for their swollen finger joints after a concert …
The moment comes that Voskresenski leaves the piano and disappears before the formal concert.. The main doors are opened and the seats are slowly filling up. But I already know that they are for a very pleasurable evening. Not a show, not only bravado and lot’s of musical delights and deserts. What awaits them is candlelight supper rejoicing in the love of music.. That love will hopefully conquer us all, who came to listen to it.
There was one change of program (I hate when it happens, but it is not that unusual, sadly) – originally there were two Poems of Scriabin, at the lat moment it changed to much better known Tchaikovsky.
I was looking very much so to Edward Grieg. When I think of musical Scandinavia it is always either Grieg or Finland’s sweet Sibelius.
/last picture shows two main culprits of the event (and many more musical happenings in Vancouver): Iko Bylicki and Patric May/
Pamięta jeszcze wielu czasy gigantów klawiatur fortepianowych Artura Rubinsteina i Vladimira Horowitza[i]. Ich niewypowiedzianą, niepotwierdzaną wojnę o palmę pierwszeństwa – zwłaszcza w interpretacji kompozycji Chopina. Sami w sobie byli żywymi legendami muzyki, co wiązało się też z długowiecznością obu pianistów. Zmieniały się generacje słuchaczy, bywalców scen koncertowych – nie zmieniali się tylko ci wielcy pianiści. Horowitz i Rubinstein przetrwali swoją własną publiczność. Całe moje dzieciństwo i wczesna młodość dwa te nazwiska towarzyszyły mojej edukacji muzycznej. Nawet podsłuchiwane rozmowy starszych w domu, gdzie były jakby częścią rodzinnego leksykonu. Jakichś dwóch odległych wujków z bardzo daleka i bardzo dawna. Lub sąsiadów ciotek i babć z dawnych czasów. Niewątpliwie wzmacniane ad nausea powtarzana anegdotką, jak to brat mojego taty, mój ojciec chrzestny, oglądał i dotykał brylantowe guziki na kamizelce od fraka Rubinsteina w czasie jego koncertu w Filharmonii Warszawskiej. Wuj wówczas grał na skrzypcach w tej Filharmonii i Rubinstein miał się ze śmiechem chwalić tą ekstrawagancją światowej sławy pianisty i pokazywał kamizelkę kolega muzykom. Naturalnie władał świetnie rodowitym polskim. Nikt wówczas w domu. lub na ulicy nie ośmieliłby się nazwać go pianistą polsko-amerykańskim! Był polskim pianistą zamieszkującym teraz w Ameryce i koniec, kropka. Naturalnie nikt też nie podkreślał jego żydowskich korzeni … ale to już inna sprawa.
Horovitz pojawił się na moim horyzoncie nieco później, kiedy już sam wybierałem i zawłaszczałem ,muzyczne pokrewieństwa’ lub upodobania. Szczerze muszę powiedzieć, że jego elokwencja muzyczna i elegancja wypowiadania się do kamer (od których, jak każda gwiazda, nie stronił) zdaje się też przemawiała do mnie bardziej niż trochę staroświecki i nieco bombastyczny sposób wypowiadania się Rubinsteina.
Na moim horyzoncie coraz częściej i gęściej pojawiały się też nazwiska innych słynnych pianistów, polskich i zagranicznych. Ale nikt już nigdy ich legendzie nie dorównał.
Pisze o tym, bo oto na naszym tutaj, lokalnym ‘podwórku’ w Vancouverze, pojawia się olbrzymia i niepowtarzalna okazja spotkania i pożegnania się ze współczesną legendą fortepianu. Legendą scen koncertowych prawie równie długą, jak jego znamienitych poprzedników.
Za sprawą Vancouver Chopin Society[ii] już 30 maja będzie okazja posłuchać w Christ Church Cathedral na Burrard Street rosyjskiego pianistę światowej sławy, Michaiła Woskriesieńskiego. Dziewięćdziesięcioletni pianista zamyka swoją karierę sceniczną.
Była równie może imponująca, jak wspomniana wyżej jego wielkich poprzedników. I niepozbawiona akcentów polskich! Wychowawcą Woskriesieńskiego w Rosji był uczeń innego wielkiego pianisty – Lew Oborin. Kto pamięta nazwisko? Podpowiem – laureat I miejsca na … Pierwszym Konkursie Szopenowskim w Warszawie w 1927 roku! Jaki świat jest mały, prawda? Co jeszcze z ‘poloników’? Bo ja wiem, aa! Lidia Grychtołówna – zajął z nią ex quo trzecie miejsce na Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym Schumanna w Berlinie w 1956.
Woskriesieński urodził się w Berdiańsku na Ukrainie w 1935, w rodzinie rosyjskiej. W 1958 ukończył słynne Konserwatorium Muzyczne w Moskwie. Zostaje tam w prestiżowej roli Dziekana Wydziału Pianistycznego. Wychował kilka pokoleń cenionych pianistów. Ale gdy nadszedł rok 2022 i Putin rozpoczął inwazję Ukrainy, Woskresieński nie mógł tego przetrawić. Zdecydował wówczas na opuszczenie Rosji, jako formę protestu politycznego. Nie było to proste. Rosja Putinowska niewiele się różni od Rosji Breżniewa lub nawet Stalina. Wśród licznych swoich uczniów, którzy mieszkali i koncertowali w innych krajach nie znajduje pomocy. W sukurs przyszedł przypadek. Naturalnie tego typu ‘przypadki’ nie stwarzają się same. Muzycy ze słynnej JuilliardSchool of Music kontaktują się z Alanem Fletcherem z Aspen Musical Festival i proszą o zaproszenie pianisty na koncerty – tak otwierają się powoli drzwi umożliwiające nie tylko emigrację do USA ale i uzyskanie … pozwolenia na pracę. Wydaje się to absurdalne, ale wizytujący artysta nie musi mieć pozwolenia ‘na pracę’, artysta starający się o stały pobyt – musi. Czy jest pianistą czy buchalterem nie ma znaczenia. Biurokracja, jak w każdym kraju, jest ślepa i głucha.
Dla nas dziś nie ma to też znaczenia. Znaczenie mieć będą bez wątpienia czarodziejskie dźwięki pięknej muzyki płynącej do nas spod palców wybitnego, legendarnego pianisty.
Popular English language on-line publication In Vancouver, Createastir, mentions this concert, the pianist and the music that will be performed in an extensive article. It is worth reading and well prepared. Here is the link:
Od lat bardzo wielu muzyka była zawsze moją pasją. Od dzieciństwa pierwszego chyba, bo jak mogło być inaczej skoro kilkuletni brzdąc bawił się wyśmienicie pod wielkim czarnym skrzydłem koncertowego Bechsteina w naszym dużym pokoju w starej kamienicy toruńskiej? Muzyka była chlebem powszechnym w naszej rodzinie.
Od zawsze chyba. Jeszcze przed odzyskaniem niepodległości w 1918. Dziadek miał pierwsze warsztaty muzyczne jeszcze w Woroneżu przed pierwszą wojną. Potem otworzył je w Brześciu Litewskim, a w latach dwudziestych przeniósł do Wilna. W 1935 był głównym producentem instrumentów dla orkiestr Armii Polskiej, a wówczas orkiestry miały wszystkie półki, nie mówiąc o trębaczach i doboszach w każdym szwadronie kawalerii i batalionie piechoty.
Z tego mojego dzieciństwa dziadziu był już schorowanym 80-letnim staruszkiem, a ciągle błagano go o strojenie pianin w Radio Polskim w Bydgoszczy, w salach koncertowych Bydgoszczy i Torunia. Brat ojca był świetnym skrzypkiem w Filharmonii Narodowej, potem w Szwecji. Ojciec miał słuch idealny i początkowo grywał w Filharmonii w Bydgoszczy, ale nie chciał się uczyć w Konserwatorium – po gehennie obozu jenieckiego w Kałudze i strasznej ucieczce z tego obozu żadne szkoły go nie interesowały: chciał się bawić i cieszyć życiem. Na końcu muzyka przegrała z innym jego talentem – sztuką wizualną.
Od dzieciństwa późniejszego, w Warszawie moje chodzenie latem na koncerty w Warszawskich Łazienkach, gdzie grały Grychtołówna, Hesse-Bukowska, Czerny-Stefańska. Więc Chopin, naturalnie. Nie mogło być inaczej. To był mój prawie kolega ze szkolnej ławy, tylko trochę taki święty, nietykalny. Mimo to uwielbiany i kochany. Nie wiem, kiedy poznałem już wszystkie jego kompozycje, ale chyba bardzo wcześnie. Trochę jednak byłem dziwakiem – bo mużyka Chopina (a z jego winy bezwzględnie – generalnie muzyka tzw. klasyczna) była dla mnie ważniejsza niż rock&roll a nawet Beatlesi! W wieku kilkunastu lat dla chłopaka, który sam muzykiem nie był i na żadnym instrumencie formalnie grać się nie uczył. OK, byłem dziwakiem, LOL. Mama zaś od tego samego mojego wieku brzdąca, rozkochała mnie w poezji. To dziwactwo też we mnie zostało dziś. I jak tu być normalnym?
Jedyne, co praktycznie dobre, a co z wiekiem przyszło – to umiejętność poznania dobrej gry i dobrej interpretacji muzyki od po prostu formalnego stukania w klawisze lub przeciągania smyczkiem po strunach skrzypiec w muzyce, a dość wybiórcze i czasami może zbyt surowe ocenianie umiejętności literackich tych, którzy za poetów i pisarzy chcą być uznawani. To temat osobny, zostawmy go na boku.
Wróćmy do Szopena lub Chopina, lub po prostu Frycka. Jak wolicie, go nazywać. Wiem, że nie każdy aż tak był muzycznie ,maltretowany’ od dziecka, jak ja. Ale zarażony wielką atencją i szacunkiem wobec muzyki Fryderyka jest po trochu każdy Polak. Jak świat szeroki i długi, gdziekolwiek mieszkamy. Zwłaszcza właśnie, gdy mieszkamy poza Polska. Bo wtedy, bardziej może jak w Kraju – hasło ‘Chopin’ jest synonimem słowa: patriota. Jak szklanka kwaśnego mleka, jak pajda chleba razowego z masłem, pączek drożdżowy.
Vancouver to cudowne centrum muzyczne. Uczta dla melomanów i piękne sale koncertowe. Można każdej prawie niedzieli iść i słuchać Bartoka, Mozarta, Bacha, Mahlera, Wagnera i kogokolwiek z gwiazdozbioru muzycznego nie przypomnisz sobie. Ale nie wolno zapomnieć o tym Fryderyku właśnie. Jest rzecz niezmiernie cenna i ważna, jaką tu mamy – Vancouver Chopin Society. Organizacja od tylu już lat wspomagająca i promująca nie tylko samego Chopina (on sam da się radę obronić), ale całą plejadę pianistów z całego świata, którzy Chopina chcieliby grać na scenach Vancouveru. To bardzo ważne. Im częściej słuchasz innych muzyków-wykonawców, tym łatwiej zaczynasz doceniać i poznawać różnice stylów, akcentów muzycznych. Atmosfery żywego koncertu. A nic tej atmosfery powtórzyć nie potrafi. Żadna płyta, żadne CD czy inna forma nagrania. Żywy koncert jest niepowtarzalny.
Vancouver Chopin Society i jego niespożyty duch Iko Bylickiego, to instytucja warta gorącego wsparcia, to klejnot społeczności polskiej tutaj. Dyrektorem Artystycznym jest jeden z najbardziej znanych i cenionych pianistów kanadyjskich – Charles Richard-Hamelin; Sekretarzem Stowarzyszenia jest pani Teresa Bobrowska, a Prezesem czołowa postać muzycznego establishmentu w Vancouverze, Patrick May.
Oto link – zapiszcie gdzieś, zapamiętajcie. A lepiej jeszcze – wejdźcie na stronę i zapiszcie się do otrzymywanie regularnych informacji o koncertach, pianistach. Bardzo serdecznie polecam.
I have few passions in my life. No, I will not write fifty pages blog post, don’t panic, LOL. But generally speaking I wear my emotions on my sleeve and if I like something and enjoy it – I usually use terms ‘I loved it’ instead of ‘I liked it’. Be it a dance, or a kiss, a poem or an operatic aria. Yet, also a … long walk on a beach, in the forest, through bustling streets of big cities.
I do the walks much more often the operas – it is much more affordable. The trails and streets do not need to be re-done completely with new sidewalks, shops, and cafes. In opera – they do. A piano concert very often does not need even an orchestra – just one instrument and one player. In an opera, whoa! A lot: en entire orchestra, most of the time a choir, many actors-singers, and sometime even ballet parts; new set for the stage. None of it comes cheap. So, you pay for the tickets.
But I go to operas much less than to other musical events. There is also a much larger chance that it might be disappointing. Not because a composer was bad, but it could (and often is) that the singers are very un-even in their talent and ability. It could drive you crazy listening to beautiful aria being murdered- I prefer when the dying are the operatic characters, not the delivery of a song LOL.
In the past two days I did both – long walks and an opera. It started with a long and tiring walk in Downtown Vancouver. I enjoyed it – but still suffering (when will it end, brrrr?) from an bad accident a month ago, it was a challenge. By the time I got the Queen Elizabeth Theater[i]I was already a bit exhausted, especially if you add to it a visit to the Holy Rosary Cathedral for a beautiful Latin Mass for late Pope Francis. It wasn’t the Old Rite Latin Mass, just the language of the Liturgy and songs by the choir were in Latin. I thought very appropriately. The pews were full.
From there, a walk to the theater. And my seat was in the second last row of the balcony. I almost compared it to the religious experience from the church and thought of (how inappropriately, LOL!) – Calvary. I sat on the, edge (for that I’m grateful), right by the stairs. Never noticed that the seats are so small and leg space is almost non-existent! I’m sure my neighbor didn’t appreciated my constant attempts to shift my body and relive my screaming left leg.
Madama Butterfly offers one of the most enduring and sad arias for soprano sung by the greatest: Montserat Caballe[ii], Maria Callas and many other great divas. I must say truly that the soprano at this performance was superb. Yasko Sato was extraordinary in her rendition of both the joy (first part) and incomprehensible sadness in the second part of the opera. Actually, the entire ensemble was very good … except the tenor singing the part of Butterfly husband – Pinkerton. Sad. Why doesn’t he seek engagement in the choir perhaps, or some local pubs offering pop songs for jolly clientele? Just about every other male voice in that ensemble was better than his. Ej wej… I will not mention his name. No need. Orchestra performed very well, thank you Maestro Lacombe.
Very poignant and interesting change was the historical setting of the opera – the director moved it to Nagasaki in … 1945. I thought that it has added some deeper sense of tragedy to the story.
Alas, the next day came. The other passion, emotions: the walks. And what could be better on a nice walk if not the company of dear friend? Nothing, indeed. Wawa and I went to very dear for me paths of Crescent Beach in South Surrey[iii]. So many dear memories: with John, with my Mom, who loved it here, with my Damian. The days I was truly happy. Not much has changed there, thanks heavens. As they say: if it ain’t broken – don’t fix it. Although the local business owners (same business, as in my times) were telling us with horror of some plans by local city politicians of idiotic plans for new parking restrictions. That might kill these businesses right out.
I even took my socks off and it was such a wonderful sensation to feel the rocks under my soles, the broken shells, and water! You have no idea how beautiful sensation it gives you, unless like me you were denied that for long weeks now because of the accident. I felt as free as being on Wreck Beach almost, LOL[iv]. Simply by … removing socks, ha ha ha.
Wawa, that old soul wonderful guy, was a company par excellence. There was not a single word uttered, that was forced, or unnecessary; likewise there was not a single moment of silence that felt uncomfortable. Yet, a lot of words were said and there were moments of silence.
We looked at Point Roberts, at Tsawwassen and its Centennial Beach. I was telling him what it was then; he told me what has changed.
What has changed? I don’t know. The colour of your dress, of his pants, oh her hair, of their car? Maybe. But if they were your friends – nothing really changed. They didn’t, you didn’t, and we stayed true to ourselves. Remember – that’s what made us friends at the beginning.
Yeah – it was a nice walk. Earlier, before Crescent Beach, I went for breakfast to Wawa’s magic house – all the overgrown greenery, the abundance of spring lowers, petals on the trail, on the porch, the friendly parrot. Later to peaceful Ocean View Cemetery in Sapperton and there rows upon rows of flowering cherry trees. His friend was just waking her lovely and friendly blind dog there. We had nice chat.
Co się stało z naszą klasą? pytał w popularnej balladzie przed laty lubiany piosenkarz. Ale nie o tej szkolnej klasie chcę pisać. Co się stało z klasą zwykłej umiejętności bycia, chodzenia, rozmawiania, postrzegania ludzi? Rozmawiania właśnie wyłącznie o sprawach z twoim interesem niemających nic wspólnego. Taki sposób bycia, taka klasa przynosi dywidendy nieporównywalnie bogatsze od wszelkich ‘interesów’. Wzbogaca ciebie, jako człowieka. Nie jako inżyniera, lekarza, dyrektora, ekonomistę – klasa człowieka, który od świtu do zmierzchu nie nosi bez przerwy munduru.
Stolik kawiarniany, ławka w parku lub na skwerze nie powinny być amboną do kazań, nauk i ocen. Tak mało wiemy o tych, którzy nas mijają lub siedzą na ławce obok. Zakładajmy więc, że są dobrymi ludźmi, sympatycznymi, z empatią sercu. Szansa, że są faktycznie jest o wiele większa niż, że nie są. Inaczej życie byłoby niekończącym się i nieznośnym ciągiem rozczarowań i zawodów.
To też nie prawda, że klasa bycia jest klasą socjalną wyznaczoną przez poziom materialny. Klasę bycia wypracowuje się i kształtuje przez lata. To prawda, że środowisko ma na to wpływ (tu ten element ‘klasy socjalnej’ występuje) – ale jest fałszem twierdzić, że z jednego środowiska wyjdą tylko ludzie z tą klasą, a z drugiego ci bez klasy życia.
Nawet wielcy i potężni politycy, biznesmeni, znane osobistości mogą tą klasę reprezentować. Niewątpliwie miał ją prezydent potężnego mocarstwa Jimmy Carter; miał ją, zdaniem moim, papież Franciszek, miał ją polski działacz i dyplomata Władysław Bartoszewski ze swoim słynnym motto życiowym: warto być człowiekiem uczciwym.
My sami spotykamy ją wszak codziennie w setkach, tysiącach ludzi nas mijających. Mijających niezauważalnie – a to też klasa. Ale mijający anonimowo, nie oznacza, że są inni. Jak kiedyś napisała w uroczym wierszu Wisława Szymborska:
Uśmiechnięci, współobjęci spróbujemy szukać zgody, choć różnimy się od siebie jak dwie krople czystej wody.
Więc straciłem przez ten nieszczęsny wypadek kilka dni temu możliwość bycia na tak oczekiwanym koncercie w Bell Art Centre w Surrey. Bilet dawno już kupiony i kolejne (ileż to już razy?) spotkanie z Chopinem i jego Drugim Koncertem Fortepianowym z Orkiestrą. De facto pierwszym, tyle że numery opusów pomieszane przez różnice dat publikacji. To zresztą nie istotne. Kocham ten Koncert tak strasznie związany z ukochanym Chopina, miłością jego całego prawie życia. Tytus Woyciechowski – monumentalna postać w biografii, ale i twórczości Fryderyka.
Sztuka bez miłości, zwłaszcza miłości tragicznej, istnieć nie może. O, wariacje różne, ronda i fugi można pisać intelektem. Koncerty, ballady – domagają się duszy i serca. Naturalnie talentu i znajomości tej sztuki bezwzględnie. Fryderyk wszystkie te elementy miał, więc – voila!
Potem w domu, liżąc rany (nie dosłownie, brrr) słuchałem z mojej kolekcji kilku lubianych kompozytorów i wykonawców.
Dużą przyjemność sprawiły mi nagrania Praskiej Orkiestry Symfonicznej dzieł Szostakowicza[i]. Co prawda nie ma tam jego najsłynniejszej kompozycji, monumentalnej Symfonii z czasów obrony Leningradu w wojnie sowiecko-niemieckiej[ii] , ale jest to dość dobry przegląd całości kompozycji Szostakowicza. Zaskoczyło mnie bardzo, nie pamiętane z wcześniejszych czasów, allegro z Symfonii nr 9 – zupełnie jakbym słuchał fragmentów muzyki Gershwina z ‘Amerykanina w Paryżu’! Zdumiewające powinowactwo. Nie będę tematu rozwijać, bo musiałbym jakiś badania tematu porobić, a … nie bardzo mi się teraz chce. Marnie sobie za te teksty płacę, to mam prawo być czasem leniwy, LOL.
Jak już słuchać muzyki z nagrań zacząłem, to i kontynuowałem te zajęcie nieco dłużej. Jest urocza, piękna płytka CD z nagrań wspaniałego koncertu na żywo zorganizowanego przez Luciano Pavarottiego w amfiteatrze w Modenie na rzecz pomocy dla dzieci w Bośni[iii] Pamiętam to niesamowite przedstawienie, z Dianą Księżną Walii, która bardzo poparła koncert. Wspaniali wykonawcy ze wszystkich rodzajów muzyki: od opery i pieśni religijnych, po rock, jazz, Negro spirituals. To było niesamowite z tą atmosferą czegoś niepowtarzalnego, ważnego.
I ciarki mnie przechodziły słuchając fragmentów tej muzyki. Zetknięcie z boskością. Odczułem to wyraźnie w Ave Maria Schuberta w wykonaniu Pavarottiego i Dolores O’Riordan. Przyznaję, że tą sama boskość znajduję w skomponowanych wiele lat później utworach poświęconych Marii matce Chrystusa przez[iv]Andrzeja Panufnika i jego córki, brytyjskiej kompozytorce Roxanie Panufnik.
Więc ta boskość dotykalna omal w Ave Maria Schuberta i boskość w słynnej arii z ‘Turandota’ Pucciniego – Nessum Dorma. Oba utwory w wykonaniu Pavarattioego (przyznać trzeba, że był genialny) ale ze znacznym współudziałem Meat Loafa, Michaela Boltona, Dolores O’Riordan, Bono i innych. I ta całość właśnie, te różne (jakże bardzo) głosy, skale tych głosów – stworzyły nie kakofonię, a jakąś jedność wielkiego chorału ludzkości do niebios. Zetknięcie z boskością.
Nie wiem czy jest Bóg, w mojej opinii Go nie ma. Ale bez najmniejszej wątpliwości istnieje boska sztuka. Sztuka, która przekracza nasze obszary transcendencji, percepcji, myślenia i widzenia świata racjonalnie..
Muszę koniecznie iść do opery w najbliższym czasie, bo inaczej oszaleję z głodu za piękną arią i historią, która jest tak beznadziejnie przerysowana, że aż groteskowa, a mimo to jest wielka i wspaniała. Tragizm. Tragedia grecka. Te wszystkie losy bohaterów, herosów i heroin Iliady i Odysei są przecież absurdalnie nienormalne. A są jednocześnie prawdziwe. Nie przez realizm, a przez niezbędne rozdmuchanie, wyolbrzymienie uczuć – naszego indywidualnego nasionka boskości i nieśmiertelności.
No bo inaczej, to wszystko naprawdę nie ma sensu.
Przypomniałem sobie nagle podobne uczucia sprzed wielu laty: wracam samochodem (nie pamiętam już skąd) 108 ulicą do domu w Guildford, w Surrey. Z radia słychać początek arii Vissi ‘darte, Vissi d’Amore w wykonaniu równie boskiej Marii Callas. Widzę oszalałą z bólu Francescę Tosca, jej ukochanego Mario Cavaradossiego, obrzydliwego szefa policji, Scarpio usiłującego uwieść Toscę za cenę zaprzestania tortur Mario. Zwykła, codzienna i normalna historia … jeśli żyjesz w operze, LOL. Ale gdy słuchasz tych najpiękniejszych boskich arii w wykonaniu wielkich artystów sceny operowej – to tak, żyjesz w operze w tym momencie. To dla ciebie autentyczne, prawdziwe, szczere.
Pamiętam jak dziś, że gdy dojechałem samochodem do domu natychmiast zadzwoniłem do serdecznej przyjaciółki, filolożki Marysi Tylman. Wspaniała dziewczyna! (no, dorosła już bardzo wtedy kobieta, ale określenie ‘dziewczyna’ zawsze do niej pasowało najlepiej). Zachwycona moim zachwytem tych arii krzyczy do słuchawki: Boguś! pamiętam te arie doskonale i też je kocham. Gadamy potem z pół godziny, a ona nagle: przecież o takich pięknych sprawach Ne możemy mówić przez telefon. Przyjeżdżaj koniecznie. Nastawiam kawę.
No i pojechałem. Późnym już bardzo wieczorem, z Guildford w Surrey do Vancouveru w okolicach Granville Island, gdzie mieszkała. Coś jak z Żoliborza na Pragę Południe. Porozmawiać o dwóch ariach. Marysia była kobietą w średnim wieku, ja mężczyzną już w średnim wieku też. Nie pracowaliśmy nad żadnym tekstem ani o Tosce, ani operze czy nad czymkolwiek z tym tematem związanym. Po prostu – z pasji do sztuki i piękna. Jak byśmy mieli po szesnaście lat.
Co się stało z tymi ludźmi dziś? Gdzie są? Z którymi warto było noce nieprzespane spędzać i dyskutować, wertować jakieś strony w poszukiwaniu jakiegoś fragmentu tekstu, słuchaniu fragmentów symfonii o drugiej w nocy, przypominać zapomnianego poetę – zwykłe, normalne rzeczy, które budzą w tobie pasje i obiecują ziarno boskości. I nigdy, nigdy więcej nie brukać mysli i ust jakąś wulgarną dyskusją o jakimś malwersancie finansowym, jakimś handlarzem wielkich nieruchomości, ordynarnym mizoginistą i wulgarnym dziwkarzem, który po raz drugi został prezydentem wielkiego mocarstwa. O tempora, o mores.
Więc co się stało z tą nasza klasą? Kaśka z Piotrkiem są w Kanadzie, bo tam mają perspektywy; Wojtek w Szwecji w porno-clubie …[v]
Tadeusz siedział przy stoliku na bulwarach nad Wisłą. Popijał zimne piwo i rozglądał się wokół. Przed nim widać było zalesione brzegi praskie i żółte łachy wiślane, za nim czerwone dachy warszawskiej Starówki płonące w czerwonych promieniach zachodzącego słońca.
Naokoło siedziały pary młodych ludzi. Nikogo tu nie znał i nie spodziewał się zobaczyć znajomej twarzy. Gdyby nawet jakimś przypadkiem zdarzyło się, że ktoś znajomy by nawet przechodził, wątpliwe by twarz rozpoznał. Uśmiechnął się do siebie sarkastycznie realizując, że ostatni raz, gdy taką twarz mógł widzieć, byłaby gładka, bez zmarszczek, z czupryną gęstych włosów. Tak, jak on wtedy wyglądał. Oczywiście nie było wówczas tych kamiennych schodków-bulwarów. Był chodnik, szosa za nim, i trawa pokrywająca wały wiślane od Uniwersytetu, aż po Nowe Miasto i dalej. Brzeg praski pozostał bardziej ten sam. Ładniejszy, schludniejszy, ale ten sam.
Naturalnie, że i po tej – kiedyś jego – stronie Wisły nie mógłby się zagubić i wszędzie by trafił. Główna siatka ulic w zasadzie pozostała ta sama. Jakiś gdzieś przekop, dokop, kładka lub tunel nie zmieniały tego. A już zwłaszcza Trakt Królewski od Łazienek, przez Nowy Świat i Krakowskie to już zupełnie takie same, gdy biegał po nich parędziesiąt lat temu. No, niektóre nazwy ulic się zmieniły, ale było to bez znaczenia.
Jakąś młoda dziewczyna krzyknęła: Tadek! Spojrzał się na nią zaskoczony, a ona nawet go nie spostrzegła. Wołała po prostu jakiegoś innego Tadka, na pewno o parę dekad młodszego od niego.
Z głośnika przy barze poleciała nagle stara piosenka Ewy Demarczyk. Bodaj jej najlepsza. Grande Valse Brilliant. Demarczyk pytała tym razem jakby jego właśnie – czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca …. Uśmiechnął się. I zaskakując sam siebie pół-głośno powiedział:
– Pamiętam Ewa, naturalnie. W jakiejś zadymionej piwnicy zdaje się, może „Pod Baranami’? Tego nie jestem pewny. Ale śpiewaliśmy i tańczyliśmy.
Dziewczyna, która przedtem zaskoczyła go wołaniem siedziała teraz z tym młodym Tadkiem przy stoliku obok. Usłyszała jego mówienie ‘do siebie’ i spytała zaciekawiona:
– Czy naprawdę tańczył pan i śpiewał z Ewą Demarczyk tego walca?
Tadeusz zarumienił się lekko, ale szczerze odpowiedział:
– Sto lat temu, ale tak – tańczyłem z nią i śpiewaliśmy razem, tylko nie na scenie. Nie byłem piosenkarzem, byłem jakimś młodym wierszokletą i ona lubiła moje wierszyki. Znaliśmy się.
– Ależ to niesamowite! To była legenda polskiej sceny i Pan się z nią przyjaźnił? Co za zbieg okoliczności!
Tadeusz zaambarasował się nieco tym całym zamieszaniem i swoim gadaniem na głos. Inni już odwracali głowy i patrzyli na niego, jak na jakiś eksponat usadzony w krześle.
– Wie pani, nie przesadzajmy. ‘Przyjaciel’ to chyba zbyt wielkie słowo. Znaliśmy się, byłem może jej kolegą, jakich miała wielu, nie mówiąc o rzeszach wielbicieli jej talentu. Gdyby żyła i tu przechodziła teraz pewnie by mnie nawet nie poznała. To już tyle lat …
– Ale tańczył pan z nią Grande Valse Brilliant! To pomnikowe! Czy szurał pan po podłodze podwiniętą podeszwą?!
Roześmiał się szczerze. Zresztą ta młoda dziewczyna nie wydawała się ani odpychająco natrętna, ani jej entuzjazm nie był ironiczny, a sprawiał wrażenie szczerego i naturalnego. Może nawet wzruszyło go to trochę.
– Wie pani, ‘podwiniętą podeszwą’ to raczej nie, ale zelówki na pewno były bardzo starte, ha ha ha … i kto wie? Może i wytężałem pierś cherlawą. Ona już była legendą – Madonną tamtych lat – a ja cherlawym gryzipiórkiem.
Dziewczyna wstała od stolika i stanęła przed nim. Uśmiechnęła się, prawą rękę przyłożyła do brzucha, lewą wyciągnęła w jego kierunku i kłaniając się powiedziała:
– Drogi Panie Wierszokleto, proszę pamiętać o starych zasadach pewnie ważniejszych dla pańskiej generacji niż – niestety – dla mojej: kobiecie się nie odmawia i basta. A ja proszę pana do tańca i koniec, nie ma dyskusji i uników. Jestem piosenkarką. Nie, nie legendą tamtych ani tych czasów, ale umiem śpiewać. I niech świat wpadnie nam w ramiona, jak im wtedy. I błagam, niechże pan mi nie odmawia! Niech i ja za ileś tam lat będą mogła tu przyjść i z wielkim sentymentem wspominać to nasze spotkanie i taniec dziś.
Pierwszym odruchem Tadeusza była chęć kategorycznej odmowy tej absurdalnej propozycji. Nie jest jakąś zabawką dla kogokolwiek zachcianek i kaprysów! Cóż ta młoda siksa sobie wyobraża!
Ale było coś bardzo szczerego w jej głosie i manierze, mimo krotochwilności sytuacji. Coś, co dało mu moment na refleksję. Nie, ona nie chciała zrobić z niego przedstawienia. Tańczyć się nie wstydził, bo tańczył dalej dobrze. Poza tym … nikt go tu nie znał, co mu zależy dziewczynie tą przyjemność zrobić? Będąc w jej wieku też takie zwariowane pomysły miewał. Ha! ciągle je mam – uśmiechnął się do siebie.
Wstał od stolika, lekko się wyprężył, schylił głową, podszedł do niej i podał jej swoje prawe ramię
– De rien. Voilà, Mademoiselle
Trzymając ją pod ramię sprężystym krokiem poszedł do barmana tego ‘baru na bulwarach’ i grzecznie ale rozkazująco powiedział :
– Młody panie Ober – koniecznie raz jeszcze Grande Valse Brilliant, s’il vous plaît
I położył na ladzie banknot wyjęty z portfela. Barman spojrzał na nich, potem rzucił okiem na wartość banknotu, uśmiechnął się, podszedł do maszyny puszczającej muzykę i nacisnął jakiś klawisz.
Z głośnika na daszku tego baru popłynęły znajome dźwięki. Tadeusz skłonił się dziewczynie raz jeszcze, uniósł lekko prawe ramie, ona uśmiechnięta i szczęśliwa podała mu swoje, zeszli nieco niżej za stoliki i zaczęli tańczyć. Po którymś takcie ona nie przestając tańczyć zamknęła oczy i zaczęła śpiewać wespół z Ewą Demarczyk. Śpiewała faktycznie ładnie, choć zupełnie innym głosem, ale ten dziwny duet wydawał się w tym miejscu bardzo udany. A tańczyli pięknie, lekko. Tadeusz był wybornym wodzirejem i przestał zwracać uwagę na otoczenie. Patrzył na partnerkę, ale jakby nieco poza nią, w dal. Gdzie? Może zaczął znowu tańczyć z Ewą?
Ona? Ona była cała w skowronkach naturalnie. I w obłokach. Tańczyła z poetą Ewy Demarczyk i śpiewała z wielką Ewą w duecie. Przechodzący obok spacerowicze zatrzymywali się w grupkach i oglądali ich z satysfakcją. Gdy skończyli wszyscy wybuchli brawami, siedzący przy stolikach wstali i klaskali stojąc.
Tadeusz skłonił się jej lekko, podał swe ramie i odprowadził ją do jej stolika. Skinął głową w kierunku tego jej Tadeusza, odsunął jej krzesełko by siadła. Młody mężczyzna zaklasnął lekko i rzekł:
– Ewcia, byliście wspaniali, nie mogłem się napatrzeć i nasłuchać!
Tadeusz wpadł w osłupienie. Ewcia? Naprawdę? Ona spostrzegła jego konsternację, zrozumiała to i odrzekła cicho
– Tak, mam na imię Ewa, ale nie chciałem tego zdradzać, bojąc się, że weźmie to pan za głupi żart i odmówi zdecydowanie, przepraszam.
– No cóż, nie spodziewałem się faktycznie, że po tylu latach będę znowu tańczył z Ewą śpiewającą na głos Grande Valse. I cenię, że pani tego, pani Ewo, nie zdradziła, bo tak bym pewnie właśnie zareagował. Dziękuję. Jeszcze jeden wielki sentyment do tego miejsca zabieram ze sobą w moją podróż powrotną – jak w bajce, ha ha ha – za góry i oceany. Może ostatnią.
– A mnie zostawia pan moje własne wspomnienie na długie lata. Dziękuję, to było piękne. Jak panu na imię?
Tadeusz zaczął się śmiać serdecznie i machnął ręką.
– Nie powiem, niech pani nie nalega. To by było już kompletnie nierealne i nikt by w to nie uwierzył. Niech będzie po prostu ‘starszy pan’.
Skłonił się z lekka młodej, sympatycznej parze i poszedł bulwarami dalej. Miał tylko jakiś taki bardziej sprężysty, młodzieńczy krok?
Kiedyś, na jednej ze stron Facebooka poświęconej baletowi było zdjęcie młodego amerykańskiego tancerza lub bardziej właściwie adepta sztuki baletowej, Alexeya Orohovskyego. Nazwisko nic mi wtedy nie mówiło, zafascynowała mnie po prostu symbolika tego zdjęcia w tej wyjątkowej pozie. Zdał mi się, jak żuraw szybujący w obłokach, bądź łabędź w rytualnym pokazie piękna. Potem porobiłem troche szperania po internetowym kosmosie informacji i więcej się o nim dowiedziałem. Na dobrej drodze do obiecującej kariery baletowej. We wczesnym dzieciństwie uczył się tańca klasycznego w szanowanej Szkole Baletowej w Stuttgarcie pod kierownictwem Tadeusza Matacza. To zdjęcie namawiało mnie do napisanie czegoś o nim. Ale nic do głowy nie przychodziło. Oglądałem wszak na YouTube jego tańce i absolutnie się zgadzam, że powinniśmy o nim jeszcze w najbliższym czasie usłyszeć. Technicznie bardzo zdolny. Ale tu chodziło o zauroczenie wyjątkowym zdjęciem. O aurę chłopca-ptaka. Mitycznego bardziej niż realnego.
I odkładałem to pisanie przytłoczony zawirowaniem bieżących wydarzeń i konieczności pewnych wyborów, które muszę zrobić. Jakoś spokoju i ciszy, po które przejechałem od Atlantyku do Pacyfiku, znaleźć nie mogę. Może one są obce mojej naturze. Ale dziś, dziś właśnie pozwoliłem sobie na luksus oglądania wielu video z absolutnie najpiękniejszym i jednym z najlepszych na świecie od wielu, wielu lat baletmistrzem – włoskim Roberto Bole. To nie tancerz zresztą – to bóg tańca. Gdyby Nureyev był w połowie tak piękny miałby chyba pomniki przy każdej operze w Europie i Ameryce! Naturalnie jego uroda (ma dziś 50 lat i ciągle tworzy wyjątkowe kreacje, a w tym wieku już nie jest tak łatwo porywać publiczność i pokonywać własne ciało) niewiele ma wspólnego z jego pięknem tańca. Mógłbym go oglądać godzinami. Te kreacje są po prostu assolutamenteincomparabile. I po naoglądaniu się ich – eureka! Wiedziałem już, co chcę napisać w kontekście tego zdjęcia. I napisałem. W hołdzie dla wielkiej miłości mojego życia od dzieciństwa; od Szymańskiego, Wilka i Grucy, od legendy Nizyńskiego i Ballet Russe – baletu. Kiedyś już tu chyba pisałem, że zazdroszczę kompozytorom, solistom, pieśniarzom i tancerzom. Bo mnie los po macoszemu obdarzył składaniem liter w słowa, zdania i rządki. A słowa nigdy wielkich emocji w ich chwale i klęsce nie opiszą, są zbyt ciasne. Ale to tylko umiem, więc to przeczytaj łaskawie drogi Czytelniku.
This was one opportunity I didn’t want to miss. Last night piano concert of Nikolay Khozyainov in Kelowna, British Columbia. Have heard of this young pianist few times and his fame proceeded him. Was wary, though. Big fame and being a child prodigy (he started playing in … Siberia – in all of forbidden places – at an early age of six and as a child already performed in Russian cities, including Moscow, a city with earned reputation of being very strict in offering the stage to no one but the best as far as music is concerned) can be misleading and sometimes such career is cut short and musician falls into obscurity.
But Nikolay is no longer a child, and no longer a prodigy of anyone but his own talent and hard work. Bought the tickets well in advance while I was still in Halifax so as not to risk missing the concert.
A fact that he was a finalist in 2015 famous Warsaw’s International Chopin Piano Competition certainly cemented his statue as a pianist, and opened the doors of many international stages to him.
The auditorium in Kelowna’s Waterfront Art Centre is an elegant venue but not a very large one. But the seats are well arranged, and it looked like you could see the stage from every row and corner. In a small venue like that I usually choose either an isle seat or a seat at the very back (best for making quick notes without disturbing anyone).
Day was cold and being next to the huge lake added to that unpleasant coldness of late November. But inside the atmosphere was pleasant. My surprise was that there was not a printed program. In a concert where many pieces of many composers will be played it is helpful to have one. That was a serious minus on the side of the venue administrators. That was not the end of surprises, though. LOL.
When the virtuoso appeared on the stage I was – to say it elegantly – amused. Long gone are the days when longtails were the only accepted attire. Slowly they were replaced by afternoon elegant jacket, even black sweaters (Oh, Mon Dieu!). But pants remained elegant, sharply pressed. And shoes. Ah, the shoes – they are actually important, as they play, too – alongside hand and fingers. Something has to touch the pedals, LOL. Therefore shoes were elegant leather, shiny.
When Maestro Khozyainov entered the stage – he wore non of it. Pardon, except the light but elegant jacked. No, no. He wasn’t half naked! Just the rest of the attire really does not belong on a stage in a concert hall. Even in Kelowna. I was wondering how his cozy and warm winter shoes will feel the pedals …
I know, a bit long introduction – but I was truly amused by all of it.
Alas, back to music. Khozyainov begun with Chopin’s Nocturn D Flat Major, Op. 27. I thought it was a bit rough at times. The beautiful melodies few times were missing a note, or a note fell off the order. Which was sad since that Nocturne is one of the most beautiful nocturnes of Chopin. And yes, the pedals were not used as smoothly and as consistently as they should have.
Next was fantastic Prelude Op.45. Chopin himself said it was best prelude. I think the pianist did very good job in showing the elegant nature of this composition. Following with Ballade No. 4 in F minor, Op. 55 he brought peace to musical order. It is such a beautiful, poetic music. Khozainov fully regained his mastery of the instrument. I enjoyed it very much. It takes you for such a nice walk, memories of romance, of youth, of longing. Could be almost sentimental but still retains the deep feelings, the poetry of the soul. It remained me at times of the way incomparable Kristian Zimerman plays it. Use your inner feeling but stay close to the score seem to be the magic and don’t rush, allow the music to sink in.
After the Ballade, there was a short intermission and suddenly I felt like being back in Carnegie Hall or on Jasna Street in Warsaw’s Philharmonic. Back to great concerthalls of the world. Khozainov appeared in beautiful attire (with very shiny and elegant shoes, LOL) and things seemed all in place. Just waiting for the music to do the rest. It did.
Liszt and his delicate Impromptu Valse set the stage for musical fluidity, elegance. Following different feelings and pictures was Liszt Spanish Raphsody S.254. The Hungarian musical genius composed it in 1858, shortly after his visit to Spain. It has cascade of full octaves, rapid cords. A time to shine and awe, as Khozainov did. I wouldn’t have been surprised if suddenly a solo ballet dancer would appear and did some pirouettes to the music. It didn’t, but it felt like it could. That was certainly a grand finale to the first part.
During the short break I had a nice chat with a fellow, who sat right in front of me, and we exchanged few impressions. It was pleasant conversation to fill the free time (and not missing any equally pleasant innuendos, LOL). Music and romance? That never happens! Or was it just me, who forgot that it does indeed?
However – the time for truly great romance awaited us back in the hall. Ludwig van Beethoven – the towering giant of classical music.
Nikolay played masterly transcribed by Liszt Allegretto from Beethoven’s Seventh.
For a triumphant finale he played probably the most difficult and unusual piano music of the great composer – his Sonata No.23 Op. 57 known as Appassionata. I could easily see it more as a full Piano Concert with orchestra. It is long piece (it is a sonata after all, therefore not too long) but the difficulty lays in its structure, abrupt changes of tempo, emotion, almost loosing melodic motifs. In a way, the Appassionata should habe been composed fifty or seventy years later. It is very much not a mirror of tastes and styles in Herr Ludwig times. But Herr Ludwig was not a man of a’la mode – Beethoven was a man of musical genius. Timeless. I suppose, it must be very difficult and not easy to memorize it to play without the aid of printed score. Because the Appassionata has distinctive long intervals it is very wise for the pianist to remain in full control as some people would not start to clap, thinking it was the finale. Khozainov had it all in check.
I am not surprised that (although not part of this concert repertoire) that he has played and recorded the arch-difficult Gaspar de la nuit by Ravel.
Of course, every musician is prepared for a a short bis after a concert. Nikolay was too. However – none were prepared for almost an entire third part of the concert! It was a sheer bravado which ended in an amusing and happy cavalcade on the keyboard.
Scriabin, Chopin, Rachmaninov, you name it! All the virtuosic pieces that shine and wants the audience to stand up and dance to it. We almost did. Applause did not stop. Just when we thought it is over, done, when we thought that it is almost impolite to demand more … Nikolay played his own impromptu fantasy. And everyone went crazy. What a bravado, gusto with a touch of showmanship. A pure joy of the music. I loved it.
In a chat afterwards we used simultaneously three languages, as both of us knew them: Russian, Polish and English. And he signed my notebook with name I have not seen in a very long time – with ‘otchestvo’ – a Russian peculiarity of using one’s name and the name of one’s father. Because I have the same name , as my father – it is of course: Bogumil Bogumilowitz, LOL. I like it.