To takie proste. Dlatego niezwykłe.

Link do moich Rozmów z Johnem

Ciągle, nieustannie. Cóż  słowa te mogą oznaczać? Ileż w nich prawdy ale i ile po prostu chciejstwa, zwykłej ludzkiej potrzeby uciekania od rzeczywistości, od świata rzeczy materialnych, dotykalnych, widocznych?

Jesteś ze mną. I nie ma Cię jednocześnie. Czuje Cię, ale nie mogę Cię dotknąć. Rozmawiam, ale nie odpowiadasz.

Może to jest jakoś tak, że część tylko Twoja została i tą część noszę w sobie.  A jakaś część odeszła, znikła bezpowrotnie?

Pojęcia nie mam. Która jest większa, ważniejsza. Może są takie same? Może to bez znaczenia. Jesteś, jak niebo w które patrzę siedząc na ‘moich Kamieniach’ nad zatoką. Zachmurzone pierwszą warstwą ciężkich, granatowych chmur. Ale to przecież nie całe niebo, nie kompletne. Nie cały Kosmos. Co raz wiatr przenosi układy tych niskich chmur, robi się przerwa i widzisz w nich jasno-błękitne koszulki bialutkich, jak przebiśnieg chmurek.

Panta rhei – tak, płynie, zmienia się. Ale ta rzeka, którą znamy, jest tylko tą z tego momentu właśnie gdyśmy się nad nią pochylili, zanurzyli w niej. Dla nas jest więc wieczna, nieprzemijająca. O tej innej, zmiennej, wiemy tylko, że jest też gdzieś, zgadzamy się z jej istnieniem, ale po prawdzie jest nam ona niepotrzebna.

Może jutro pójdę na spacer ulicami Halifaksu, którymi chodziliśmy razem. Może do miejsc Twojej pracy: do Cytadeli, do serdecznej w pamięci elewacji budynku Berkeley na ulicy Gladstone. Serdeczna i bezinteresownie szczera troska jego mieszkańców o Ciebie, ich wdzięczność za Twój specjalny sposób udawadniania im, jak oni są wyjątkowi, specjalni i niezbędni w samym fakcie istnienia. Ta troska, ta serdeczność i ciepło tych nieznanych mi ludzi były mi bardzo potrzebne.  Widocznie rozmawiałeś z nimi o mnie też, bo nagle przynosiłeś dla mnie wycinki z gazet, programów o ciekawych wydarzeniach muzycznych w mieście i okolicy, o koncertach, spektaklach teatralnych.  Z dopiskiem odręcznym:  ‘important information for Bogumil, I hope you find it interesting’. Od kobiety, której nigdy nie widziałem na oczy. Czasem zdarzył się słoiczek konfitur truskawkowych lub jagodowych … . Ileż w tym było ciepła. Dzięki temu, że byłeś tym, kim byłeś.

Więc jest ‘jutro’ – pojechałem do Halifaksu naszymi śladami. I naturalnie, że powinienem się tego spodziewać – naprawdę nie lubiłeś fotografowania się.  Więc musiałeś jakoś zmusić mnie do pośpiesznego wyjazdu na ten spacer po Halifaksie i wykorzystując mój pośpiech ‘zapodziałeś’ gdzieś mój telefon, którego w tym pośpiechu oczywiście nie zauważyłem, że nie mam.  Tak więc zdjęć – jak chciałeś – z tego spaceru nie będzie.

Ale byłem, chodziłem do miejsc Twoich pod Cytadelę, pod Berkeley. A jakże mógłbym nie pójść do Public Gardens? Poszedłem. Tu lubiłeś ze mną na spacery chodzić. Siedzę więc tu teraz, w tym parku. Tuż pod tą fontanną z królową Wiktorią zbudowaną na jej Diamentowe królowanie. Tak, masz rację, faktycznie wygląda dużo uroczej w pełnej zimie, gdy otacza ją cicha, puszysta jak biały gronostaj, pierzynka śniegu.

Podaj rękę, choć pójdziemy powoli dalej. Może nad staw? Nigdzie już się śpieszyć nie musimy.  Doskonale wiesz, że do pozowania do zdjęć dziś Cię zmusić nie mogę. Aha! Sam się uśmiechasz zadowolony. Do mnie.  Tym Twoim uśmiechem  czystej, bezbronnej miłości.

Wracam do samochodu.  Zapamiętałem nazwę uliczki, gdzie zaparkowałem: Cedar Street. Cała dzielnica małych domków  ma takie same, podobne do siebie. Więc zapamiętałem tą nazwę, by nie błądzić wracając z parku.  Idę chodnikiem i patrzę tylko na lewa stronę, bacząc by nie minąć tej ulicy Cedar, nie zwracając uwagi na okolicę. Patrzę trochę w zamyśleniu na płyty chodnika. Nagle zatrzymał mnie czarny napis na jednej z kolejnych płyt. Krótki, wyraźny: Goodbye. Podnoszę wzrok i widzę tabliczkę z nazwa ulicy – Cedar Street. Rozglądam się i uprzytamniam sobie, gdzie jestem.  Uliczka Cedar biegnie spod wielkiej z czerwonej cegły  bryły szpitala.  Wszystko sobie przypominam, poznaję widok, budynki. Właśnie na tej uliczce zostawiałem zaparkowany zielony KIA Soul. Twój samochód, którym przyjechałem za karetką. Stał na tej ulicy przez trzy dni i dwie noce. A ja w te dni i te noce musiałem się z Tobą żegnać.  Musiałem pozwolić im przypinać różne urządzenia do Twego ciała, poprawiać wielkość dawek różnych płynów, leków. Starałem się usuwać na bok by im nie przeszkadzać. Byli nadzwyczajnej dobroci i czułości. Kilka razy udało im się skłonić mnie do położenia na jakiejś kanapie w pokoiku obok. Wracałem po dziesięciu minutach. Nawet, gdy racjonalnie już wiedziałem. Gdy poprosiło mnie dwóch lekarzy w pewnym momencie na rozmowę. Taką, gdy się mówi, że medycyna nic już zrobić nie może. I czy się zgadzam na … . Powiedziałem, że tak. Nie mogłem patrzeć na męki Twego zmęczonego ciała. Mojego ciała. Ciebie.  Ale, że jeszcze nie, nie dopóki nie będę miał rozmowy z Tobą. I położyłem się obok Ciebie na skraju tego szpitalnego łóżka, pielęgniarka zasłoniła kotary. Całowałem Cię najczulej, jak mogłem. Każdy fragment Twego pięknego ciała, Twojej twarzy, oczu, rąk, nóg. I opowiedziałem Ci cała długą historie naszego życia. Od pierwszego dnia poznania, od wycieczek w Kanaskis Country, do Gór Skalistych, mieszkania w Bragg Creek, w Calgary, podróży przez te góry nad brzeg Pacyfiku, gdzie mieliśmy długie i piękne lata, wyjazdu do Europy, wyjazdów do USA. Naszych podróży. Aż do tej długiej bardzo, przez cały kontynent tutaj. Do Halifaksu.

Wszystko to było nieopisanie piękną  i długą przygodą. Zawsze lubiłem podróżować. Nigdy nie myślałem, że dzięki Tobie przeżyję taką.  Jak jakiś długi film mistrzów ekranu, jak powieść najwspanialszych pisarzy, poemat boskiego poety. Śpisz teraz. A ja nocami rozpamiętuję nasz długi sen. Argonautów o Kolchidzie, spacery dusz orfickich, wędrówki Rumiego z Szamsem. Nie, nie ma w tym boskości ni cech nadprzyrodzonych. Przeciwnie – jest to nad wyraz proste, człowiecze. Nasza odwieczna tęsknota do drugiego.  Nie spotkałem Cię ani na Olimpie lub Parnasie, nie wędrowałem do Araratu lub Tybetu. Po prostu pewnego dnia, z wieczora, poszedłem na drinka do pewnego baru, dwa kroki od rzeki Bow w Calgary. Okazało się, że i Ty wpadłeś na ten sam pomysł, miałeś tą samą zachciankę. Ot, i cały ‘cud’.  Przypadkowy zbieg okoliczności. Równie dobrze tak Ty, jak i ja mogliśmy w ostatnim momencie zmienić plan, pójść do innego baru, lub zrezygnować z drinka. Byłem szczęściarzem, nie zmieniliśmy.

Narodowe Czytanie

Eliza Orzeszkowa (frag. “Nad Niemnem”)

Słuchając znajomej uroczej aktorki czytajacej do tegoż ‘Narodowego Czytania’ wybrany fragment ‘Nad Niemnem’, westchnąłem bez zastanowienia się: ah, mój Niemen i Grodno kochane, jakżebym, z Tobą poczytał wspólnie. Agata Pilitowska przyjęła to poważnie i nim się zorientowałem … czytałem właśnie. Przestroga przeto do wszystkich: nie wzdychajcie zbyt często, bo złota rybka może usłyszeć (lub Aladyn) i konsekwencje mogą być nieobliczalne, LOL.

Of Lovers and Friends and friends and lovers

Of lovers and friends. Of the most unfortunate ones, who were friends and became lovers. Oscar Wilde once described that dilemma clearly. And trust me – he knew a thing or two about it. Yes, of course, I’m taking off that famous line from the Ballad of Reading Gaol. Yes, yes – that line: ‘Yet each man kills the thing he loves’, which is followed, by the end of that stanza, with: ‘The coward does it with a kiss,
The brave man with a sword!’[i].  The year
was 1898, he was just recently released from prison in England. Went soul, heart, and financially broken to France, to try to re-established himself. Of course, too late. Just the Ballad remained, a shadow of a once proud, elegant poet, a member of society. With the misfortune of falling in love with some rich boy. Who, with tears or glee (who knows) sold him to the gallows trying to save his own skin (and father’s money, naturally).

Thus, boys and girls alike, for heaven’s sake – do not fall in love with your friends. Rather, become friends with your lovers.

Narcissus and Echo by John. W. Waterhouse

In the Prologue to the “Alchemist”[ii], Paulo Coelho writes beautifully the story of Narcissus’s death. Of course, Coelho would not have been such an amazing writer, if he had merely repeated the thousands years old story told already hundreds of times by others.  No, he added a sweet surprise at the end. So humanely grotesque (as all Greek gods stories were): when the goddesses of the forest came to the Lake, where gorgeous Narcissus drowned, they asked the Lake: Why do you weep? and expectedly the Lake replied I weep for Narcissus. The goddesses were understanding, they themselves chased the boy through the forest, trying to see his famous beauty, the beloved of Apollo himself. And they admitted to the Lake, with a hint of jealousy, that although they pursued the boy, the Lake alone could see his beauty the best.  At that moment the old story takes a different, shocking turn when the Lake replies: But… was Narcissus beautiful? A conversation ensues, as expected. The goddesses explained that obviously since Narcissus so often admired his own reflection in the Lake waters, the Lake must have noticed his beauty. The Lake paused, thought, and after a while replied: I weep for Narcissus, but I never noticed that Narcissus was beautiful. I weep because, each time he knelt beside my banks, I could see, in the depths of his eyes, my own beauty reflected[ii]. What an amazing twist to the old tale! I love writers and poets, who tell us: oh, come on! don’t be timid – allow yourself to dream, to tell the secret and true thoughts, and desires. Mirror, mirror – tell me if I am … . LOL  

Thus, be a friend of your lover. Avoid the terrible pitfalls of friends, who become lovers. There are really very few brave souls, who survived the utter honesty of true friendship in forming eroto-romantic union. Poor Andre Gide felt forced to explain his “Immoralist”[iii] by the timid (and so obviously false, LOL) words in the Preface to his little, yet so sweet book. Thank God at the very end he was able to utter the most powerful explanation in the history of art: To say the truth, in art, there are no subjects, which only sufficient explanation is the art itself[iii]. O! Little critics with overblown moralistic egos – be quiet already. You are not a philosopher but a scribe jealous of a writer.

The dilemma of choosing if a friend could be a lover was a paralyzing complexity for Jean Genet in his amazingly honest story of “Prisoner of Love”[iv]. More so even, because it is intertwined with the love and passion for the Palestinian cause.  Did he consummate his love for the Palestinian boy or was it just a Platonic passion? The powerful novel/memoirs, written in France (his last work, shortly before his death), were treated as not very important literary achievements. Au contraire, mes amis – it is one of his best. Powerful, very deep psychologically, insightful. This book and a little (in size comparison) booklet “Out of Place”[v] by great intellectual Edward Said taught me much more than any historian about Palestine and its tragic People ever could. But it is a different subject.

How can you write about friends and lovers without mentioning three amazing people: Polish writer/intellectual and modus vivendi of Parisian art circles – Konstanty Jeleński; his wife, famous Spanish-Italian surrealist painter Leonor Fini[vi] and Italian aristocrat, painter and diplomat Stanislao Lepri. All of them lived happily and joyfully in sexual and friendship union until their deaths. How did they survive all the pitfalls of such a union? I personally believed that that Jelenski and Lepri were the primary lovers most of all, and Fini was their artistic, crazy, and much senior femme fatale.

In 1995 Jelenski invited me to visit him in Paris.  But, when I finally arrived – his sprawling and beautiful apartment on rue de la Vrilliere was a circus in full swing. Leonor was just preparing her special exposition in the Senate of the French Republic.  Paintings were everywhere: on sofas, on beds, on chairs. And people were constantly coming and going. Friends from all over Europe. Poor Kot felt so bad, I had a chuckle. He quickly rented me a room in a small hotel nearby, on rue Croix des Pettits Champs. I was happy, telling you the truth. My gosh, I was young then, and Paris and her evenings and nights were so … appealing? Appealing, for sure, LOL. This way he had more time to concentrate on the crisis at hand (Leonor’s Exhibition) and I could concentrate on things (shall we say?) not only intellectual. Hmmm. After all – late evening walks along the Seine could be very  … exciting? Enough said.

But back to friends and lovers – Leonor, Konstanty (Kot or Kocik in Polish – sort of French un minou, which definitely would be a much more proper name for Jelenski, who was truly a very sweet guy), and Stanislao.  How did they survive for so long? Especially that at the beginning there was one more constant female shadow – a true femme fatale of their ménage à trois: Konstanty’s formidable mother. Madame Rena Jelenska de domo Skarzynska, from very old Polish nobility. Rena couldn’t stand Leonor. She didn’t mind at all (was actually fond of him) Stanislao Lepri. But that old crazy Spanish whore?! Poor Kot. Even more tragic because he actually truly loved both women: his mother and Leonor. But on the subject of staying together till death – I think that Kot, Leonor, and Stanislao could because actually, they all slept with each other (separately at the beginning, I assume) before they became friends. They were the happy part of the equation: lovers, who become friends.

Last but not least here is a more modern case of brilliant Irish novelist Colm Toibin in his multi-layered novel “The Story of the Night”[vii]

The novel is truly a masterpiece of combining so many complicated subjects and themes without losing for a moment the personal story of its protagonist – Richard Garay.  Richard leads many lives: English, Argentinian, artist, businessman, even (for a brief moment) politician. But most of all – gay in a very macho dominant male world of South America. Another constant is the presence of his dear friends: Susan and Donald.

The writer (himself an openly gay writer) does not shy from describing many of Richard’s lovers and one-night encounters. But it is the brief encounter of sexual attraction revealed by Richard toward his straight friend Donald that warrants mentioning. Encounter – which is important to note – planned by Donald. He ‘just’ wanted to check if, as he suspected, Richard was homosexual … .  No sexual encounter ever happened. But, yes – it couldn’t be denied that Richard was aroused and willing. Even the fact that the act itself was never consummated – it changed their friendship dramatically. In some way, it wounded it mortally.

Therefore, my dear boys and girls, please take it as the wisdom of almost god (meaning me, naturally). If you must experience the forbidden truth and fornicate, please choose a stranger rather than a friend. With a stranger, you have nothing to lose (other than your presumed virginity). If you are lucky the experience will bring you a lot of joy and satisfaction, at worst – it will be a disappointment (first times often are, nothing to be ashamed of). With a friend, the stakes are much higher and sometimes lasting lifelong bitterness or guilt.

And do read a good book before. Not really educational. A good literary book. Like one of these mentioned above.


[i] Selected Poems of Oscar Wilde including the Ballad of Reading Gaol, by Oscar Wilde; CreateSpace Publishing Platform, 2017; p. 56

[ii] „The Alchemist”, Paulo Coelho; pub. Harper One, 1993; p. 197

[iii] “Immoralista”, Andre Gide, by Wyd. Zielona Sowa, Cracow, 2006 (Polish translation by I. Rogozinska)

[iv] „Zakochany Jeniec”, Jean Genet; wyd. W.A.B, Warszawa, 2012; p. 486 (Polish translation by J. Giszczak)

[v] „Out of Place”, Edward Said; Random House, 1999

[vi] https://rynekisztuka.pl/2011/12/16/leonor-fini-i-konstanty-a-jelenski-portret-podwojny-w-warszawie/

[vii] “The Story of The Night”, Colm Toibin; McClelland&Stewart Inc., Toronto, 1997; p. 312

Szlachetność rozmazana we mgle

Niebo i ziemia. Szlachetność arystokratyczna i szlachetność przedmieść. Wszystko niczym nić Ariadny połączone, nanizane na długi sznur radości młodzieńczej i tęsknoty starości. Mgły i kropelki mgielnego niby-deszczu okrywającego zatokę, porty, mosty. Mosty znikąd do nigdzie.  Jak straszny krzyk żalu, jak jęknięcie nadziei. Niespodziewane oczarowania życiem. I zmęczenie nim, rezygnacja.

Przeszłość, jak kotwica nie pozwalająca ci wyruszyć żaglówką ku przygodom otwartego oceanu. I kotwica przeżarta rdzą, z wyłamanymi ramionami, znaleziona na jakiejś dzikiej plaży – niepotrzebna, bezużyteczna. Jak kotwice Leonarda Cohena, którego polsko-litewskie pochodzenie do niczego – prócz solidnego osadzenia w tradycji żydowskiej – nie przywiązywało, wpływu na życie i twórczość nie miało. 

Dziad z Wilna, matka z Wołkowyska. Matka , która jeszcze śpiewała w Montrealu  zapamiętane z dzieciństwa piosenki w jidysz i po rosyjsku. Ale po rosyjsku, nie po polsku. A przecież Wołkowysk od prastarych czasów w granicach Rzeczpospolitej…  .  Owszem, Cohen przeżył pewien moment wzruszenia i szeptu przeszłości podczas wizyty w Polsce w 1980. Zasłaniając się ‘apolitycznością’ odmówił jednak spotkania na scenie z Wałęsą [i]. Cohen, który lubował się w szokowaniu słuchacza i czytelnika nagą erotyką graniczącą czasami z pornografią.  ‘Apolityczność’ wielkiego barda ballady kanadyjskiej zależała jednak widać od miejsca pobytu, wywiadu, koncertu. Szlachetność przedmieść?  Nie zwróciłbym na to żadnej uwagi, gdyby nie fakt, że w krótkim czasie po turze europejskiej, z daleka od łapki sowieckiej, na koncercie w Bostonie zadedykował swój utwór „The Partisan” Solidarności w Polsce. I wilk syty i mysz cała? Moja ulubiona riposta na to znane powiedzenie brzmi: wilk i owszem – syty, ale po myszy ślad zaginął.  Wielkość miesza się z małością.  Humanum est … .

To tylko akapit, cień człowieka i jego kruchości. Bo mój Cohen jest wspaniały i uwielbiany. Mój Cohen tańczący mnie i moja duszę do utraty tchu. Do końca. Jest też człowiekiem – kruchym wbrew noszonym zbrojom. Hallelu-u-u-uja! Panie mój, Panie Zielonooki – każdemu po trochu, i kurwie i Bogu. I Cohen przyklaszcze i Villon radośnie zapłacze. Żadnej piosenki-wiersza nie pisał tak długo. Stale nowe wersje, nowe ujęcie. I uniesienie religijne w żydowskim mistycyzmie i chuć natrętna starzejącego się mężczyzny. Prawie zawsze do kobiet wiele lat młodszych, często dekad. Czy ta chuć była obrzydliwa? Dlaczego?  Dla kogo?  Czy ze wstrętem się oddawały rozkoszom sławy, pieniędzy czy też w głębokim oddechu, wygiętym niczym kark napiętego łuku biblijnego myśliwego, wyrzucały przez zęby: halleluja?!

Dlaczego Janis Joplin, tragiczna muza schyłku lat hippisowskich, weszła nad ranem do tej samej windy hotelu cyganerii artystycznej Nowego Jorku, w której był już Cohen? Chelsea Hotel. Więc tam się spotkali, w tej windzie. Nie znali się. Z windy poszli prosto do pokoju 424 i wiedzieli, że resztę nocy spędzą nie dyskutując o muzyce ani poezji. Rok był 1968. Cohen miał 33 lata. A w przeciwieństwie do Balzakowskiego Paryża – hippisowska mantra nie pozwalała ufać nikomu (zwłaszcza mężczyźnie) powyżej lat 30. Joplin miała 25 lat. Więc Cohen powinien być dla niej dinozaurem. Dwa lata później Janis zmarła w Hollywood skutkiem silnego przedawkowania narkotycznego. A Leonard wykorzystał noc do skomponowania utworu ‘Chelsea Hotel No 2”[ii].   

Dwie dekady wstecz. Czas epoki innej. Może zaściankowo-purytańskiej? Literatura zaś wielka. Czas na kurwy i na chłopaków lat Witold Gombrowicza. I zapisuje je skrzętnie, wszystkie prawie zapamiętane przygody w ‘Kronosie’[iii], najdziwniejszym chyba dzienniku-pamiętniku światowej literatury. Bawiło mnie i męczyło jednocześnie strasznie czytanie tych zapisków. Podrywanie chłopców argentyńskich w dzielnicach portowych, przedmieściach szemranych. Obok pisanych eleganckich i bardzo par excellence literackich„Dziennikach”. Jakby gwizdał na to wszystko i śmiał się: no tak – Focault i Nobel i Paryż i Berlin intelektualne. Ale dupcie argentyńskich żulików to dopiero cymes! Ale nie gwizdał na ten blichtr światka literackiego i sławy jednak. Przeciwnie – bardzo o niego zabiegał, walczył. Gombrowicz był seksualistą doskonałym. Nie określałbym bym go nawet biseksualistą, ani homo, ani hetero. Po prostu lubił tą ‘robotę. Z kimkolwiek. Żywemu nie przepuścił. Miał szczęście chyba urodzić się w swojej epoce.  Mężczyzna czterdziesto i pięćdziesięcioletni zdecydowanie wówczas należał jeszcze do kategorii ‘balzakowskiej’: król i lew salonu i ulicy. I łoża (lub barłogu). Jeżeli ktoś się mógł gorszyć, to nie różnicą wieku, a faktem, że partnerem był chłopiec a nie dziewczynka. O tempora, o mores … . LOL.

Więc zaglądam w swój notatnik (nie kronosowy bynajmniej, ale nagi w szczerości). 26 lipca, 2023. Powrót z trasy olbrzymich głazów i gęstej kosodrzewiny w okolicach West Pennant. Trasa kończy się na uroczej, ostatniej plaży, która jest jednocześnie plażą nudystów. A plaże nudystów uwielbiam. Kocham pływać nago, wydaje mi się to jedynym sposobem współżycia z żywiołem wody. Czy kto widział kraby lub delfiny w strojach kąpielowych?!  Rybki w majtkach lub stanikach?!

No i naturalnie scena w jakimś nocnym klubie w Londynie – Judy Garland śpiewa: C’mon, get happy, shout halleluja! Tyle, że Londyn prawie dwadzieścia lat później, jakiś klub na Soho, nie pamiętam nazwy. Imienia chłopca też nie, ale pamiętam, że się z nim całowałem.

               

Za(piski) z notatnika

26.07.2023. Skały w Sambro Creek i West Pennant.

Wynurzeni, jak Atena z białej piany morskich fal ukazują się nago na skale, tuż na przeciw mnie. Trzech zgrabnych książąt, dorodnych i z rodów szlachetnych. Z nonszalancją, która przez ich pochodzenie i czar młodości nie jest przykra ani natrętna. Każdy członek ich ciał równie powabny, jak śmiejące się oczy pod łukami nieskazitelnie czarnych brwi, chłodzonych powiewem wachlarzy rzęs. Naturalnie w zbroi, akcentowanej dwoma łuskami brązowo-czerwonych sutek.


26.08.2023. Shannon Park w Dartmouth.

We mgle

Mgła, siatka drobnego deszczu otula

wilgotniejący dzień, ubranie, skórę.

Parasol zbyteczny, to prawie nie deszcz.

To mgła tańcząca scenę zbiorową

łabędzi z baletu Czajkowskiego.

*

Wirują piruety sceny świata.

Może to nie deszcz a topniejący wdech

zamierającego lata, westchnięcie

nadchodzącej chyłkiem lasami i

łąką jesieni – nieśmiało, cicho.

**

W przedpokoju spakowane walizki:

kurtki i kapelusze na dni słotne,

komplety bielizny i skarpetek też,

letnie koszule na dni słoneczne,

buty i sandały na spacery.

***

Brzęczy telefon, wysłana wiadomość:

ze względu na gęstą mgłę wszystkie loty

 odwołane i lotniska zamknięte.

Pana podróż też zlikwidowana.


[i] „I’m your man. The Life of Leonard Cohen”; by Sylvie Simmons; wyd. McClelland&Stewart, 2012; s.345

[ii] magazyn ‘Rolling Stone’, 14 listopad, 2016; “How Leonard Cohen Met Janis Joplin: Inside Legendary Chelsea Hotel Encounter”, Jordan Runtagh

[iii] „Kronos”, Wyd. Literackie, Kraków, 2013, ISBN 9788308050781

Poszukiwania samotnej miłości

Samotna Miłość

Jeżdżę i szukam Cię po dzikich plażach. Nasłuchuję okrzyków fal, poszumu wiatru.

Początkowo jeździłem na plaże i do miejsc, gdzie jeździliśmy razem. Rozmawiałem z Tobą, spacerowaliśmy trzymając się za ręce. W domu piłem ranną kawę z Tobą. Jeszcze byłeś, choć co raz bardziej milczący, co raz mniej wyraźny. Aż stałeś się cieniem, który jest blisko ale niemożliwy do dotknięcia, przytulenia.

Zacząłem więc jeździć w miejsca dzikie, nieznane. Z dala od ludzi.

Na dzikiej plaży, oddalonej od świata, mozolnie zbierałem kolorowe kamienie. Pisałem nimi list do Ciebie, mój krzyk. Ułożyłem z nich słowo ‘Miłość’. Czy spłynąłeś poświatą księżyca przed świtem by go znaleźć, odczytać, przycisnąć do piersi?

Wróciłem znowu tu, na to miejsce

po dwu dniach. Kamienie znalazłem,

poznałem kształty i kolor – przypływ

zebrał je w gromadę. Został tylko

wykrzyknik, głos zawieszony wysoko

nad piaskiem, nad wodą, niebytem.

                Czy jesteś jeszcze ze mną,

                czy jesteś tylko krzykiem

                bólu, pustki, rozpaczy?

Podszeptują: trzeba żyć. Trudno. Koleje jego tak właśnie ustawione.; tak było na początku i tak będzie na końcu.

A nikt nie pyta: ale czy można żyć? Więc bez pytania nie może być odpowiedzi. A życie to droga ku czemuś, do celu, ku jakiejś przyszłości. Ja jej nie mam. Nie chcę mieć. Jest mi zbyteczna. Ani na plażach wypełnionych śmiechem i krzykiem plażowiczów, ani na dzikich ostojach bezludnych. Została tylko ona – Miłość. Samotna, bez dotyku, bez drżenia, bez pocałunku.


Link to all “talks with John – Rozmowy z Johnem

John and me; Patsy Cline and Lacme; Love

At the very beginning, we understood the immense power of our feelings. We felt it even if we couldn’t comprehend the substance of it.

Yes, we were dating, as many young couples always did. But the dates were like an ocean, like a massive waterfall from the peak of a high mountain. The power of it was immeasurable. I think that, at times, we were overwhelmed with it. Oh, we knew that we liked each other, that we were very attracted to each other. Dear god! we were so young, especially John, hardly a man yet or just on the cusp of beginning to be one.

Life and dating for young gay men in the 80ties and 90ties was the same as for any other young people and yet, so fundamentally different from the majority. Apart from very few and very cosmopolitan cities, they couldn’t just stroll through parks and streets in a warm embrace, stilling happy kisses from each other.  Even there it was acceptable only in very few parts of the cities and still with a degree of personal risk. By the time we met, it was already much easier. That was that time of history (happily) that John belonged to. Mine started earlier, in darker times and places. The age difference wasn’t as big, but the difference in experience – huge.

Young gay man life in Warsaw in the late 70ties and early 80ties was like a minefield for a blind person. Very dangerous physically, perhaps even more emotionally.

By the time we met, I had already a long string of one-night stands that seemed and felt like it was a norm, a standard expected. My young, boyish innocence was gone or hidden somewhere deep and secretive.

Not that I was his first sexual partner. But comparing our experiences he was the Virgin of Orleans, and I was the courtesan of Babylon. LOL. But we were both innocent in the taste of huge, big love. A feeling we longed for: the torments, the powerful currents. And when they came for both of us – they swept and carried us to lands unknown. Lands of Dreams, Desires stronger than any notion of relationship, of dating.

Thus the dating was short. It was pointless. We had to become one: completely, permanently, fully.

Music was part of that beginning. John had strong, established musical tastes and I did, too. They were very different. We shared them, learned from each other. My love of opera and classical music, his of powerful traditional country music of North America, music full of longing, hardship, and dreams often unfulfilled. Thus our two songs and two melodies began. One that we often came back to through our long union in Calgary, Vancouver, and Halifax. The ‘Flower Duet’ of mezzo and soprano from the French Romantic opera “Lacme” and North America’s amazing country singer Patsy Cline and her famous hit ‘Crazy’ composed by Willie Nelson.

The ‘Flower Duet’ and ‘Crazy’ become our songs.

I was born on the fifth of Match, and Patsy died on the fifth of March very few short years later.  Although I truly was a child, a little boy on the day Patsy died in a plane accident – John often devilishly suggested that I was behind her death. That this particular song was his idea and dream of true love – and once I came into his life, that song stopped being a dream and become reality. Thus the song had to die too if a dream becomes reality. Therefore I must have orchestrated the demise of Patsy Cline! Machiavellian, indeed. LOL. 

But love is a strange thing. It blends reality and dreams. Blends life and death. That blend become my new land now, my homeland. Found it today on some isolated and desolate long stretch of sand and rocks stretching for miles, somewhere in the equally desolate and removed community of East Chezzetcook.

Talked to Patsy Cline, to Lacme and her student, to the ocean, to John. There was no one else in an eyesight. Just them and me. And love. No one was angry, no one was sad. Everything was a dream and the dream was reality.

Kanon

FUGA

Jak cię nazwać falo wodna?
Jak słowami namalować
byś ożyła, nie zamarła
milczeniem ziarenek piasku?

Czy z kipieli wyjdzie
szereg młodych bogów
w srebrnych łuskach boskiej
zbroi, czy też jeden –
        nagi, lśniący słońcem
        malującym złote
        floresy na jego
       mokrej, gładkiej skórze?

Nie bóg. Kruchy człowiek.
Na krętej i białej
jak alabaster muszli
zagra fugę boską

	spisaną gwiazdami
	nocnego nieba
	zawieszonego nad
	srebrnym płaszczem morza.


B. Pacak-Gamalski, 08.08.23

Plaże i rozmowy z Tobą

Plaże i lato. Pierwsze bez Ciebie. Tak, wiem. Nie byłeś ani plażowiczem ani amatorem opalania się i pływania. Jeżeli już to w basenie, a nie w miejscach z żywymi stworzeniami. Mimo to jeździłeś ze mną. Bo wiedziałeś, że to dla mnie ważne. Kocham morze i pływanie w nim. A ty kochałeś mnie. Braliśmy więc jakieś parasole i ochraniacze dla Ciebie, nigdy  (prawie nigdy, LOL) nie namawiałem Cię do kąpieli. Ale czasem i to robiłeś kiedy woda była spokojna, przejrzysta i mogłeś widzieć, czy coś w niej nie pływa, nie czyha na Ciebie. I pod groźbą zabójstwa kategorycznie zabraniałeś robić mi zdjęć w tych momentach.   Ale czasem zapominałeś się i spacerowaliśmy razem po pas w wodzie chodząc długo wzdłuż brzegu, zwłaszcza gdy nie było obok świadków tego przestępstwa. Kochałem te Twoje dziwactwa. Wobec moich występków były zaiste urocze. Ale kochałem jeszcze bardziej, gdy rzeczy robiliśmy razem: spacery, podróże, i tak – czasem nawet kąpiele w morzu razem. Bo gdy robiliśmy rzeczy razem było nam najlepiej, były najpiękniejsze, najciekawsze.

22 lipca byłem na plaży w Taylor’s Head Provincial Park. Skreśliłem siedząc na piasku kilka słów:

                Tak, poznaję twój słony zapach, poznaje głęboki błękit wody, mieniące się niczym otwarta szkatuła dno twojej zatoki.  Puszyste pierzynki chmur zawieszone nad skałami twych brzegów. Poznaję. Kiwam głową na przywitanie. Ze wszystkich moich miejsc tutejszej ziemi byłeś chyba mi najbliższe, najserdeczniejsze. Zawsze dawałeś spokój i ukojenie.

Tu zatrzymaliśmy się na odpoczynek wiosną w 22 roku. W czasie naszej ostatniej już długiej podróży z Halifaksu do uroczego Antigonish i potem szosą przez środek półwyspu, do Sheet Harbour. Nie wiem czy bardziej cieszyły mnie nowe widoki i miejsca, czy sam fakt długiej podróży z Tobą. Bo podróżowanie z Tobą było jedną z największych przyjemności mojego życia.

Więc tu, w Taylor’s Head Park, zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Nie było już nikogo na plaży. Tylko my, ja i Ty. I ona – woda wieczna, woda śpiewająca pieśń głębin. Dzięki Ci za to.

23 lipca pojechałem na Martynique Beach. Spisałem i tam myśli o Tobie.

                Piękna , długa plaża. Chodzę po niej i raduje się wodą nadzwyczajnie w tym roku ciepłą. Fale przynoszą błogi chłód nagrzanej od słońca skórze. Kradnę radość życia.

Kradnę, bo wszystko we mnie krzyczy, że nie mam prawa. Że skoro nie ma Ciebie tu ze mną, nie powinienem. Bo chodziliśmy tu razem. Że kładąc się na ręczniku tak starałem się ułożyć, by dotykać Twojego ramienia. Taka śmieszna, dziecięco-szczenięca potrzeba dotyku ciała osoby bliskiej. która czyni świat bezpiecznym, znajomym, dobrym. A teraz nie mogę się do Ciebie przytulić, wiec świat nie może być dla mnie bezpieczny, znajomy.

Myślę często też (co  mnie zaskakuje, że ku temu myśli biegną w czasach smutno-złych) o życiu ogólnie. Długie już dla mnie było, więc coś tam można wydedukować, zrozumieć. Szedłem onegdaj tymi wysokimi skałami koło Penant, tam gdzie trasa zaczyna się łagodnie od Crescent Beach, a potem idzie stromo w górę na głazy-olbrzymy i wąskie, zarośnięte ścieżki w kosodrzewinie. Gdzieś, na jakimś zakręcie-wykrocie potknąłem się. Agnieszka, która była ze mną, obsztorcowała mnie zaniepokojona: uważaj, patrz pod nogi, bo się potkniesz!  No to się potknę, może nawet się wywrócę, i co z tego moja droga? To prawda, że patrząc stale pod nogi, w dół, idzie się bezpieczniej. Ale nie zauważysz nieba i pędzących po nim marzeniach. Więc warto iść z zadartą do góry głową, biec za marzeniami. Nawet kosztem stłuczonego kolana i siniaka na czole.

Kilka dni temu robiłem notatki z wyjazdu na Conrad Beach 2 sierpnia.

                Przyjechałem sam. Wyjątkowo dziś trudno było w domu. Wszystko i wszędzie mi przeszkadzało, upokarzało złośliwością mebli, podłóg, przedmiotów. Nie mogłem sam z sobą rozmawiać, nie mogłem, rozmawiać z Tobą.

Zostałem tu z tysiącem papierów, dokumentów, które mnie świadomie oskarżały o to, że jestem, że przetrwałem. O to, że … żyję. Najdokuczliwsze w tym było uczucie masochistycznej satysfakcji: tak! Powinieneś źle się czuć. Powinieneś żałować, że nie poruszyłeś wszystkiego, co możliwe i nawet tego, co było niemożliwe, by nie dopuścić tej śmierci!

Mój dom stał się dziś więzieniem całej mojej beznadziejnej egzystencji. Celą skazanego na życie bez Ciebie. Życie, którego nie uratowałem.

Uciekłem więc na moją ulubioną plaże. Było już późne popołudnie, bez tłumów. Cała jej zachodnia część była pusta, bez ręczników, bez namiotów i parasoli. Rytmiczny huk fal rozbijających się na piaszczystym brzegu wyciszył wszystkie niepokoje. Mogłem z Toba spokojnie rozmawiać.

Czy pamiętasz te śmieszne uczucie, gdy idziesz boso brzegiem morza i nadpływające fale wypłukują spod twych stóp piasek? Jakbyś spacerował po jakiejś pustyni z ruchomymi piaskami, które mogą cię pochłonąć. Tak dziś się czułem. Ziemia usuwała mi się spod nóg. Miałem nawet cichą nadzieję, że mnie pochłonie. Oczywiście – nie pochłonęła. Ale miałem nadzieję. A nadzieja to takie miłe uczucie. Takie, jakie się ma stojąc na peronie oczekując na kogoś. Spodziewając się, że ten ktoś za chwile wysiądzie i rzuci ci się na szyję. Chciałbym pojechać na taką stację, chodzić po takim peronie wypatrując w dali czy pociąg już nie nadjeżdża…

                Są dni, że bycie samemu w naszym domu jest jak puchar ambrozji w gorące popołudnie. Słyszę i widzę Cię wszędzie. Wszystko mi Ciebie przypomina. Każda szklanka ma odciski Twoich palców. Poduszki ciągle pachną Twoja skórą. W pudełeczku dziesiątki karteluszek z Twoimi zapisami różnych przepisów kulinarnych. Staram się tak rzeczy uprane, wymyte, wyprasowane lub odkurzone układać i ustawiać, jak Ty je ustawiałeś i układałeś. Uśmiechasz się do mnie ciepło, gdy to robię.  W takie dni nie lubię ani telefonów, ani odwiedzin, ani wychodzenia na spacery. Ledwo mogę ścierpieć wtedy te codzienne jeszcze moje wizyty w szpitalu. Chce być wtedy w domu, który jest w te dni ciągle naszym Domem.

I są dni, gdy te same ściany, te same przedmioty zieją pustką, wrogością, obcością. Gdy mnie duszą ciszą nie do zniesienia. Wtedy nasza sypialnia to cela, a mieszkanie – więzieniem.

Od młodości wczesnej miałem dziwne zauroczenie śmiercią. Jakieś romantyczne, poetyckie wizje Starszej Dobrej Pani, która sen przynosi znużonym, lub pięknego Skrzydlatego Anioła otulającego muskularnym skrzydłem znużonego.

Dziś nią gardzę.  Jest nieczuła i obojętna wobec nas. Jej żniwo nie ma nic z troski i dbania. Nie oczekuje jej ale i jest mi też zupełnie obojętnie kiedy stanie przy moim oknie. Może przyjść jutro i nie zrobi na mnie żadnego wrażenia.  Teraz, gdy zabrała mi prawie wszystko – fakt że pozostawiła mnie jest jakimś makabrycznym żartem pijanej ladacznicy, która drwi z napotkanych o zmroku przechodniów.  

W swoim słynnym tomiku „Pan Cogito” Herbert w wierszu ’Matka’ kończy go samotnym wersem:

Wyciągnięte ręce świecą w ciemności jak stare miasto.

To tylko pozostaje. Wyciągnięte ręce. Puste.

Moderniści i burzyciele. Stylizacje a szczerość. Czyli o poezji i poecie.

Bogumił Pacak-Gamalski

Nazwę ‘Współczesność’ generalnie utożsamiamy (w Polsce) z kierunkiem literackim lat 60. ubiegłego wieku. Więc nie będę tego określenia tu używał, gdyż chodzi mi o modernizm. Wielki, potężny ocean wielu stylów artystycznych, estetycznych i filozoficznych, który definitywnie zamykał stare kanony przekazu i zapisu artystycznego, etycznego, filozoficznego.

Można bardzo ogólnie założyć, że rodzicami myśli modernistycznej byli  Artur Schopenhauer i Friederich Nietzsche, a w literaturze za prekursorów uznaje się Baudelaire’a i Rimbauda.  W sztuce polskiej początki modernizmu łączone są z prądem Młodej Polski.

Naturalnie, tego typu wielkie zmiany są ramą bardzo szeroką, nie powstają i nie kończą się jakimkolwiek manifestem,  a wszelkie daty maja charakter symboliczno-ogólnikowy. Można by to  porównać do terminologii geologicznej lub archeologicznej (np. archaizm, klasyka, klasycyzm, współczesność, itd.). To proces długotrwały, wieloletni i często liczony dekadami. Czas, gdy ‘stare’ trwa jeszcze solidnie i współistnieje równorzędnie (zwłaszcza w Sztuce) z ‘nowym’ przez wiele lat. W pewnym sensie można powiedzieć, że i dziś modernizm ciągle trwa, mimo iż od dziesięcioleci zadomowiła się epoka postmodernistyczna.

Ogólniki w tego typu tematach są niezbędne, zwłaszcza w traktowaniu tematu w sposób zrozumiały dla czytelnika, który nie specjalizuje się w teoriach i badaniach akademickich. Więc tak właśnie szeroko to traktując, można powiedzieć, że modernizm to Konstrukcja, a postmodernizm jest Dekonstrukcją.

Sam modernizm bez następującego po nim postmodernizmu nigdy nie osiągnąłby takiej wagi, jaką (zasłużenie) ma w rozwoju myśli i twórczości ludzkiej.  To właśnie ich zderzenie i walka zadecydowały (i decydują) o jego wadze. Można znowu wrócić do porównań geologicznych i określić to ruchami tektonicznymi skorupy ziemskiej. Ruchami, które zmieniają granice i kształt kontynentów i oceanów.

Tak, jak gigantami-ojcami modernizmu byli Nietzsche i Schopenhauer, tak gigantami postmodernizmu byli Foucault i Derrida.

Ten wstęp był mi niezbędny do pewnych skojarzeń i myśli związanych z rozumieniem pojęcia ‘kresu Czasu’ lub ‘kresu Historii’, występującego u najwybitniejszego chyba modernisty anglojęzycznego, Eliota. Czytając niedawno ponownie Eliota „Dry Salvages”[1] zwróciłem uwagę na podobieństwo idei, koncepcji ‘końca czasów’, pewien katastrofizm dziejowy, jaki przewodził moim emocjom w wierszu sprzed wielu lat. Ten koncept jest jakby jedną z podstaw modernizmu.

Wiersz pisałem w roku 2000 (może miało to znaczenie – dziś nie pamiętam). Czy myślałem w jakikolwiek sposób o Eliocie wtedy? Też nie wiem już dziś. Pewne jest, że Eliot, poeta dość ważny i z solidnym wkładem w historię literatury, gdzieś zostawił ślady w mej poetyckiej, emocjonalnej i intelektualnej pamięci. Stał się częścią mnie. Jednocześnie będąc – chcąc-nie chcąc – dzieckiem epoki postmodernizmu rozbijałem całość katastroficznego wywodu krótkimi dystychami sugerującymi kompletną beztroskę autora wobec  tych epokowych kataklizmów lub zaskakujące wtrącenia.

W pewnym sensie jest to zetkniecie Konstrukcji  wiersza modernistycznego (Eliot) z Dekonstrukcją mojego.

Piszę o poemacie Eliota, nie tylko dlatego, że występuje podobieństwo wizji ‘końca Historii’. W tym wywodzie jednak równie ważne jest, że Eliot zwraca bardzo silną uwagę na formalizm konstrukcji, na przestrzeganie staranne w doborze zgłosek, akcentów, kolejności wersów. Choć napisany świetnie, przez ten nadmierny szacunek wobec formy jest dla mnie dość męczący. To był dziwny zwyczaj (bardzo przestrzegany przez modernistów) zważywszy, że modernizm miał być zerwaniem  z zastanym porządkiem literackim, tradycją. Trochę inaczej rzecz miała się z symbolizmem (choć też zaliczany jest do oceanu modernizmu) – bo symboliści, a już szczególnie król językowej magii słowotwórczej (neologizmy), Bolesław Leśmian, wracał często do ‘niesamowitości’ i używany język czarował własną wizją i przymuszał do poetyckiego chciejstwa autora. Pozostał bardzo bliski filozofii Bergsona.

Czytając Leśmiana lub Błoka odczuwam wrażenie, że czytam dokładnie to, co własną pamięcią zmysłową znali i chcieli przekazać.  Słowem, że wiersz powstawał niemal intuicyjnie, samowolnie. Czytając Eliota widzę poetę zapracowanego, który pilnuje każdej kropki, każdego słowa i używa często gumki (bibuły). Strofa jest pięknie zbudowana, nawet myśl nader głęboka – ale czy to poezja czy poetycki esej? Budował konstrukt filozoficzny czy pisał wiersz dla czytelnika? Jednego. Tylko jednego. Właśnie tego, który będzie czytał. Bo w poezji tylko ten jeden, konkretny czytelnik ma znaczenie.  To nie dramat sceniczny. To rozmowa dwóch tylko osób: autora i czytelnika. Wszystko inne jest zbędną manipulacją. Popisem, który łechce próżność poety i zachwyca miliony, którym ‘mądre osoby’ powiedziały, że tak wyglądać ma wiersz. A to wierutna bzdura.

Co polecam bardzo młodym adeptom, to używanie notesu (papierowego lub elektronicznego) zawsze i wszędzie. Bo nie zawsze jest czas i możliwość na napisanie wiersza. Ale wszędzie spotkać możemy zjawisko, które poruszy nami do głębi. Wtedy należy robić krótkie notki-klucze, które pozwolą ożywić pamięć zmysłową, gdy wiersz będziemy chcieli napisać.  W wierszu lirycznym pamięć zmysłowa jest niezbędna. Nie wyobrażać sobie, jak pachnie mokra ziemia z wieczora, a pamiętać dokładnie, jak pachniała w tym właśnie momencie. Przywoływanie zwykłej pamięci intelektualnej jest fałszerstwem, gdyż jest ona zawsze skontaminowana tysiącami innych ‘pamięci’. I naszych z innych miejsc, i literackich, kiedyś gdzieś poznanych.

Oto mój wiersz z roku 2000. Podkreślam datę (styczeń 2000) nie mogąc uczciwie powiedzieć, że wiązał się on w jakikolwiek sposób z początkiem roku, który miał być końcem wielu rzeczy (świata, Internetu, itd.). Możliwe i prawdopodobne. Ale po prostu nie wiem i chyba już nigdy wiedzieć nie będę.

NOWE CZASY

Zamkową szedłem ulicą,

szerokim Wielkim Traktem Książęcym,

ku Ostrej Bramie i dalej,

w ciszy skupienie na Rossie,

w zamyślenie głębokie, refleksje.

Przez Warszawy, Londyny, Paryże,

poprzez zimny Pacyfik Północy,

wielkie Góry Skaliste, wąwozy.

Ni litewskie, ni polskie zaułki

wiły ścieżek mi mapę zawiłą.

Pomniki łotrów i bohaterów wciągano na cokoły,

tłumy pędzono na zagładę, narody przesiedlano.

            A ja pływałem w Wiśle toruńskiej,

            włóczyłem się po Łazienkach Warszawskich.

Wojny szły nową pożogą,

płonęły nieba czerwoną smugą

od wschodu po zachód,

tatarskie pułki mieszały się

z zimnym pancerzem teutońskiej stali.

Poeci gnili w więzieniach bernardyńskich

wzywając Boga w szranki turnieju Historii.

Zwycięzcom rozdawano miasta i rzeki,

a przegranych pędzono w otchłań przeznaczenia

z tobołkami przeszłości na schylonych plecach.

            Słonce różowieje mokrym świtem

            dzikiej plaży Pacyfiku.

Najpierw płonęły kościoły,

potem wnoszono na dymiące ołtarze

imiona nowych Świętych,

Proroków nowej Obietnicy.

A świat wstydliwie zasłaniał oczy.

Rodziła się Nowa Historia

spod płodnych piór gorliwych historyków.

Im gorliwsi – tym lepsza, bardziej lśniąca.

Nowyje Wremia, New Times, Nues Ziteung.

Umarłych nikt nie pytał o sprawiedliwość.

            Tym, którzy mogliby protestować

            skrzętnie wypełniono usta cementem.

Wszyscy kupowali coraz droższe samochody

a im więcej kupowali, tym szybciej produkowano lepsze.

Arbeit macht frei!  Business is business! Time is money!

Kto miał czas grzebać w leśnych mogiłkach,

do których nie prowadziły czarne nitki autostrad?

            Rzym plonie.

            Wizygoci i Barbarzyńcy maszerują Via Appia.

            Wiatr Historii

            roznosi białe togi senatorów

            po pustych salach Kwirynału,

            gdzie mieszają się z purpurą kamaryli kardynalskiej

            i biskupich fioletów.

            Pax Romana panuje tylko w ruinach Herkulanum.

            Przeszłość nie tworzy Historii.

            Historię tworzą dzisiejsi zdobywcy.

            Tłumy Odyseuszów dawno już

            zapomniały po co i dokąd płyną,

            a oszołomieni śpiewem syren

            znajdują Itakę w każdym napotkanym porcie.

01.14. 2000

Poniżej krótki fragment Eliota ‘Dry savages’, który utkwił mi w pamięci najbardziej i jest zaiste bardzo możliwe, że w jakiś sposób miał wpływ na mój wiersz.

(——-//——)

Gdyż naszą przeszłość pokrywa strumień ruchu

Lecz cierpienie innych pozostaje przeżyciem

Niesprecyzowanym, nie startym późniejszą skruchą.

Człowiek zmienia się i uśmiecha: pozostaje udręką.

Czas niszczyciel zachowuje

Jak rzeka, ładunek martwych Murzynów, krów, kojców z kurczętami,

Cierpkie jabłka i nadgryzione jabłka.

(—-//—-)

Czasem rozmyślam czy o tym rozważał Kriszna –

Między innymi – czy jako o jedynym sposobie przedstawienia tej samej sprawy:

Że przyszłość jest omdlałą pieśnią, Różą Królewską, lawendy gałązką.

Smutnym ubolewaniem nad tymi, których jeszcze nie ma co opłakiwać,

Gdyż są wciśnięci między zżółkłe karty nigdy nie otwartej książki.[2]

A droga wzwyż jest drogą w dół, droga przed siebie drogą wstecz.

Nie możesz patrzeć na to bez drgnienia, ale to pewne

Czas nie jest lekarzem: pacjenta już tutaj nie ma.

Cóż, w zakończeniu wypada mi jedynie powtórzyć za wielkim filozofem: tako rzecze Zaratustra.[3]


[1] Thomas Stearns Eliot, Poezje; wyd. WL Kraków; 1978; s.201-213 (w oryginale i w tłumaczeniu M. Sprusińskiego)

[2] ten jeden wers z tłumaczenia Sprusińskiego zmuszony byłem przetłumaczyć sam. Albo M. Sprusiński przetłumaczył go błędnie, albo błąd w składaniu tomu spowodował, że wersja w tym tomie kompletnie zagubiła sens wypowiedzi Eliota w angielskim oryginale.

[3] „Thus Spake Zarathustra”; F. Nietzsche; 1883


poniżej link do tekstu wyjaśniajacego temat:

https://kanadyjskimonitor.blog/2023/07/11/ty-i-on-poezja-i-wiersz-poeta-i-czytelnik/: Moderniści i burzyciele. Stylizacje a szczerość. Czyli o poezji i poecie.