Na Facebooku pędzi od kilku dni rozwichrzone stado Pegazów. Grzywy skrzą się niczym perły na firmamencie nieba, skrzydła furkoczą unosząc się ku szczytom Parnasu. U wrót świątyni twórców oczekuje ich westalka Apolliona, Olga.
O, szczęście wymarzone! Serce uniesione! Cóż padoły wyklęte niewiernych, cóż dziady nieczyczate spod strzech Adamowych? Oni są princami i princesami ogrodów Samarkandy, kędy się tanecznym krokiem, wśród piękna niedościgłego – zaiste objawionego – przechadzają. Oni! Ci którym Olga sama powiedziała, że pisze przepowiednie dla nich, wniebowziętych rodaków ojczyzny piękna i wdachnownienia, którego doznał ongiś Puszkinowski Eugeniusz.
W. Podkowiński “Szał uniesień”
Piękny ten widok, ten obraz rozwianych, niczym u Podkowińskiego, grzyw Pegazowskich, tych nazwisk osób znajomych i tych, których tylko z tekstów wrażliwych znałem. Ze szczytów Tomaszowej Góry Czarodziejskiej ku dolinom poglądającym, z zasłużoną wyższością. O ludy i narody niecne, wszeteczne, które światła dostąpić nie chcą – biada wam, powiadam. Wam i waszym dziatkom, że w strumieniu, o którym Jan z Czarnolasu w Pieśniach boskich pisał, że spod Parnasu bieży, kapać się dla orzeźwienia nie pozwoli.
Więc takoż w uniesieniu, w pełnej ekstazie, rozwiane grzywy mieszają się z perlistym ślinotokiem, który nie płynie ku dolinom – o! nie – a ku szczytom zmierza. ‘Nam jedna szarża – do nieba wzwyż’ poprowadzi nas subtelny (oczywiście, że subtelny a nie gburski) Krzysztof Kamil.
Leon Bakst “Elisium”
I tak odrodziło się nam, po tysiącleciach westchnień próżnych, Elizyjum. W sposób tak łatwy i prosty, że aż zdumiewające, że nikt na pomysł wcześniej nie wpadł. Za jednym słowem prostym, znanym, częściej niż trzeba może używanym: idiota.
Warto by chyba przypomnieć sobie powieść pod tym tytułem Fiodora Dostojewskiego. Jest zajmująca. Być może wiele mówiąca. Czy ‘idiotą’ jest tak określony, tak nazwany, czy są nimi tak go określający, nazywający? Kurosawa, sam twórca pierwszej wielkości, tak reflektował przy pracy nad adaptacją dzieła Dostojewskiego: Prawdziwie dobry człowiek bowiem w oczach innych jest uznawany za idiotę. To jest tragedia tej historii. Historii zrujnowanego, czystego człowieka”. Naturalnie, nie sugeruję iż domyślny adresat (PiSowski wyborca, zakładać można), tego słowa użytego przez Olgę Tokarczuk, jest przykładem dobrego, czystego człowieka. Ale, gdy się publicznie pewne oceny wyraża na spotkaniu, które było filmowane i w czasie współczesnym, gdy wiadomo, że takie opinie osoby bardzo znanej – noblistki, wybitnej pisarki – natychmiast ukażą się wszędzie i wobec wszystkich – pewne niuanse (?) rozmydlą się. Gdybym ja tak powiedział do moich czytelników – nikt by uwagi (poza garsteczką tych czytelników, LOL) na to nie zwrócił. Przez to, że osoba autentycznie wybitnej pisarki nie ma tego samego przywileju zacisza własnego pokoiku, który mam ja – konsekwencje są inne. A z reszty wypowiedzi skierowanej owszem, do zebranych przyjaciół i wielbicieli talentu pisarki – wyszło jeszcze większe nieporozumienie i błąd. Po prawdzie ‘idiotami’ zostali wszyscy, którzy większości jej twórczości nie czytali. Lub tylko we fragmentach. A takich jest dziś sporo. Inne czasy, niezbyt przychylne dla literatury słowa pisanego dłuższego od jednego arkusza. Możemy nad tym ubolewać (powinniśmy) ale trudno tego trendu, nie tylko polskiego, nie zauważać. Na nagrywanym spotkaniu z fanami noblistki nastąpiło mrugnięcie porozumiewawcze okiem: wiecie, to między nami, wy rozumiecie wysoką literaturę, wy jesteście inni od ‘nich’. I najgorsze, w zasadzie niewybaczalne: piszę tylko dla was. A to już arogancja. Zbyteczna. Oczywiście w Polsce dzisiejszej, Polsce podzielonej bardzo ostro, gdzie obowiązuje zasada: kto nie z nami ten przeciw nam – obywatel przeciwny kato-faszyzującego obozu władzy jest niejako zmuszony stanąć po stronie pisarki. Nawet jeśli w duszy czuje się dość skrepowany, bo wie, że nie czytał wszystkich wydań Tokarczuk lub nie czytał nawet w ogóle. Czyli wie, że jest … idiotą. Ale wie też, że to nie zupełnie sprawiedliwe, za idiotę się nie uznaje. I mnie też się wydaje, że taki obywatel nie jest idiotą. W tym wypadku wole już być tym Myszkinem Dostojewskiego, niż dołączyć do ślinotoku wyznawców religii skądinąd fantastycznej pisarki. Kultura nie wysoka a kultura celebrycka, ot co.
When I was a young admirer of classical music, I sought well established, famous musicians. To be at a concert of someone known to be a master, virtuoso of an instrument. To listen to music played the way the music ought to be played. Orchestral or solo, chamber type or powerful experience of full orchestra in a symphony directed by an admired director! Ah, for young, hungry for excellence youth – that was the pinnacle. I am glad I did it. Solid base, fundament is very helpful. For as long as you are not too timid (I wasn’t) to allow yourself to freely like or dislike certain composition, specific type of music. Art is not a religion. Art is freedom foremost. Of course, it didn’t hurt that I lived in a big city, that was very well known for its affinity for music and no shortage of good concert halls, musicians – Warsaw. Even in communist times (or perhaps in spite of it), culture flourished in Poland. And (that must be acknowledged) it was affordable, fully supported by the government. The results were not always pleasant for the authorities but wonderful for the public. Art schools of all sorts and levels were also heavily subsidized by the communists. And art was our escape from the dreary and boring life around. There was no shortage of exceptionally talented people in every field of culture. The most difficult task was for writers, the easiest for musicians. Visual arts were somewhere in between. With written or spoken word your intentions (freedom, truth) were clearly visible, audible. So writers and poets had to manipulate, use so called ‘writing in between the lines’ technique. But musicians could escape they eye and furry of the censor much easier. Particularly (as often was the case) if the censor was not very perceptive or of more feeble then intellectual mind. As it is often the case with censors.
That solid base allowed me to be comfortable to change my tastes in music and musicians. With time I preferred live concerts with younger, knew players, voices, sounds. The masters, after all, are always within arm’s reach on the vinyl, CD’s, online.
It is a marvelous journey to observe a young player blossoming, becoming mature musician. How his playing changes and goes through a metamorphosis. It is thanks to these players that an old, sometime very old, sheet of music that you have heard so many times – becomes alive again, young, vibrant. As it should. The composer might be gone long time ago but the music must be kept alive, current. Otherwise a concert is like a visit in a museum – interesting, enriching but often too long, tiring at the end. Canons are important for technical reasons, not for spirited interpretation. The overwhelming desire must be always kept on the essence of art and being an artist: what story I have to offer to the listener? What is my commentary on beauty or philosophy, ethics and esthetics to a contemporary listener? Of course, the trick is to remain respectful and true to the notes written often very long ago. Being always aware that circumstances and habits change with epochs. But human soul, dreams, emotions remain the same for millennia. Therefore you must try to find in the composition and your study of the composer biography, that inner message, the emotion that should be immortal. The story of human condition. And you, the pianist, violinist, trumpeter, flautist, guitarist must tell the story in your own voice. We, the audience must believe that you are telling us your own story. Just like Hamlet on the theater stage should no longer belong only to Shakespeare – you must become that Hamlet and it must be a contemporary voice. It must be your desire, your despair or triumph that will move us.
Just playing good, properly adhering to the tempo, intervals, tonality, melody will not do much for art. It might be proper, might be even elegant. But it lacks creativity. Just because you go every Sunday to a church to attend mass, know the hymns, the prayers – does not make you pious. In this way art and religion are very similar indeed: they require fervor and passion in the ultimate consumption.
Have been lucky to observe, over the years, many carriers and artists. Known some of them personally, with some have even become friends (that is rewarding but also difficult for someone who writes about their art). Some exceptional, others less but still truthful to their search. Still, others have given up the stage for the safety of teaching careers in musical schools, in academia. Stage is not for everybody. It could be a terrifying place. But it also offers the freedom to fly, to soar. Just make sure that your wings are strong. Rewards could be amazing.
On April 30th, at the evening, I drove over hundred kilometres from Halifax to Lunenburg to listen to a young pianist, Jean-Luc Therrien. He was just about to end (except for one more concert in Antigonish) his tour of Debut Atlantic, well established artistic venue supported by Canada Council for the Arts. Afterwards, I planned to write a review of the concert. But life, at times, has other plans for us and I had to postpone writing it. To a point that typical review becomes obsolete. Your own memory and emotions are no longer as vivid as a day or two later. Yet, I wanted to mention it and the pianist, for it was a very good musical experience. Worth mentioning.
Alas, on that day I drove to Lunenburg in search of that young passion in music, for new musical meeting with new pianist. Almost like on a first date: with a bit of tension and trepidation but excited and looking forward to it.
The setting was similar to my previous concert outing in Halifax, in St. Andrew United Church, with acclaimed pianist Richard-Hamelin and a young cellist Cameron Crozman. Again, Therrien concert was in an old, Central United Church, with beautiful stain glasses, settled in district filled with gorgeous old churches.
It was such a shame that the venue wasn’t either advertised properly to local community (considering the fact that Lunenburg and its neighbour, Mahon Bay, are small towns with densely populated smaller downtowns) or the locals are interested only in tourist dollars, not in supporting and admiring culture. The small audience that gathered inside was definitely not disappointed. And the young, smiling and very pleasant pianist did not show lack of enthusiasm for music or respect for listeners.
Perhaps the opening piece, Prelude et dance op.24 by Jacques Hétu was the most difficult to play. Not only for the fact that this Canadian (from Quebec) contemporary composer is probably not very popularly known. It is composed with extensive pedal work and requires a strong, modern piano. I’m afraid that the old, venerable grand piano of Heitzman (best Canadian piano maker in XX century) could not fully reproduce the sound that Hétu intended. Yet, definitely it was a very interesting composition and I listened to it with great interest.
The next part paid off any misgivings in multifold. Third part of great Suite bergamasque – one of the most played and loved Clair de Lune. Heard it so many times played by the greatest pianists. But chased away any thoughts of any comparisons, which would have been unfair. Let the young man play it the way he hears it in his soul. And he did. Maybe a bit timid at the very first phrases but the rest was beautiful. So poetic. With that interpretation he sold me. The rest of the concert I just enjoyed myself.
Jean-Luc Therrien is definitely an emotional pianist. His music comes not only through his fingertips but also from his heart and soul. It is not yet pristine and fully disciplined technically, but it flourishes by full emotional immersion of the pianist. You can always improve your technical skills if talent, luck and perseverance gives a long stage career. But that God’s given touch of emotionality cannot be learnt, it must reside in your soul from the very beginning.
That was seen also in somewhat diabolic prelude of Debussy: the F-sharp minor “What the west wind saw” – fast paced and full of arpeggios composition not for timid pianists.
Therrien finished this part by playing one of the giants of romanticism (Debussy personal hero) Franz Liszt Mefisto Waltz No.1. I must admit that I never liked that composition and do not see it as a musical achievement of this great Romantic pianist and composer. Therefore can’t offer my personal opinion on Jean-Luc Therrien play of it. It sounded proper – that’s all I can say.
Second part of the concert was difficult and challenging for any pianist. Introduction of modern Canadian composer from Alberta, David McIntyre in “A wild innocence“. It was very short and technically interesting. But in a whole – lacking artistic musical purpose. I suppose, since the entire tour is organized traditionally by Canadian Council of Arts – the repertoire must include domestic contemporary composers.
True challenge and musical artistic genius was brought by the final piece, Sergei Prokofiev Sonata no.2 op. 4. It is very transformative music composed in times of great upheavals and changes in artistic expression. It is also affected by personal sorrow of Prokofiev due to sudden and tragic death of his close personal friend. Yet, as a true artist, the composer packed the score with much deeper, philosophical discord of great changes on the horizon of humankind. It has parts that seem almost too easy, almost not worthy the title ‘classical music’. Somewhat reminds me of music by Gershwin on the other side of Atlantic at the same time. But it is all misleading. The ‘easiness’ of these parts underscores the other parts of the compositions. One compliments the other. It speaks in new language, different of languages of Debussy, of Liszt, Chopin and Mozart. I thought that Therrien played it splendidly. Emotionally and with great musicality. I could clearly see young Prokofiev overwhelmed with sadness of losing very close friend and escaping to memories and happy times, melodies and finding somehow peace in the finale were he brings all the rhythms, all the movements of previous parts into conclusion. With somewhat stoic understanding, even moments of lightness: nothing is forever, nothing is given in perpetuity. Neither in private life nor in world habits, styles, epochs.
It was very nice that the small group of listeners wanted to show the pianist how much they enjoyed his concert and did everything not to stop clapping and almost forced him for a bis. He definitely gave us all big joy and pleasure. The pianist obliged and play a small piece of Robert Schuman’s music. Elegant but not empty. In times of Schuman, in between musical epochs, compositions had to be formed elegantly, while a good composer still could enrich them with true meaning, thought or emotion. Many things could be said about Schuman as a composer – but never that his compositions were not a good music.
Therrien recorded two CD that are worth mentioning: Piano Preludes by American-Spanish label Orpheus Classical ( Claude Debussy Book 1 of Preludes and Franz Liszt Symphonic Poem no.3, S.97 (nota bene: Liszt was the father of this musical form). Therrien arranged it himself for solo piano.
Second of these recording is a CD produced by French label Klarthe. It contains an array of fantaisies by many composers played by duo of Jean-Samuel Bez (violin) and Jean-Luc Therrien (piano, of course).
Of these two recordings, I particularly liked the ‘Piano Preludes’ produced by Orpheus Classical.
Jest coś przerażająco pustego w naszej cywilizacji. W gruzach własnych kłamstw i pożarów runęły stare Kościoły, etyki, zasady. Nie, nie były szczere ani prawdziwe. Nie opierały się ani na dobrze ani na szacunku wobec innego, drugiego. Ale ofiarowywały pewną nadzieję, pewien schemat postępowania i oczekiwań, które czyniły życie znośniejszym. Małe cele możliwe do osiągnięcia, nawet ucieczkę w elizjum metafizyki służenia Czemuś, wartości przerastających szarą i nieruchomą egzystencję.
Dwa światy
Krótki spacer nad kanałem morskim oddzielającym Dartmouth od półwyspu na którym rozłożył się sąsiedni Halifaks. Dzień ponury, dżdżysta materia wisi w powietrzu i opończa wilgoci zamazuje kształty, kolory, rozmywa krawędzie. Zakątek na spacer wybrałem dość podły. Resztki rozwalających się starych zakładów małego przemysłu, jakieś nieczynne już, lub w poły tylko, magazyny. Ale te pół ruiny to fantastyczna, kolorowa i wiecznie zmieniająca się galeria murali/graffiti/fresków. Bez zwracanie uwagi na szczegół, bez prób rozszyfrowania języka twórcy – samymi tylko kolorami, wielkością, omal mahometańską tradycją graficzną – te ściany upiększają dość biedną rzeczywistość tego krótkiego zakątka, małej części kilkukilometrowej trasy spacerowo-rowerowej, miedzy dwoma przystaniami promów miejskich.
Ale w dzień, jak ten właśnie, sama atmosfera zmusza cię do ‘czytania’ tych graffiti. I wtedy słyszysz ich krzyk. Lub złość, protest. Rozczarowanie. Pokazanie kułaka zgiętego w łokciu, środkowego palca. To nie są piękne freski upiększające otoczenie (choć piękne są). To sztuka protestu. Gazeta ścienna. Manifest Komunardów? Nie, to też spaliło na panewce. Wszystko prawie. Każda obietnica. Każda rewolucja, która pożarła swoje dzieci i wymordowała swoich przywódców, którzy przedtem mordowali swoich wielbicieli. Lenin-Trocki, Robespierre-Danton. Wieczna dychotomia. Idee, które w imieniu człowieka i ludzkości tychże wyrżnęły na dudka. Lub po prostu wyrżnęły. Demokracje liberalne, które skończyły się nową formą pańszczyzny, wolności osobistej okiełznanej kolczastymi drutami ekonomicznego wyzysku tzw. wolnego rynku. Próbowano już wszystko chyba – i wszystko zawiodło. Zawiodły Kościoły stare i Kościoły nowe. Pozostał angst. I Banksy. Jego naśladowcy. Biedni, zdolni, naćpani może narkotykami, rozczarowani społeczeństwem, systemem. Człowiekiem. Ale nie milczący. Puszka farby w aerosolu nie jest taka droga.
Miasta, biznesy próbowały początkowo z tym walczyć. Sypały się groźne słowa świętego oburzenia: wandalizm, graficzne zaśmiecanie środowiska, brzydkość, wulgarność. Często z poparciem tej najgorszej, najbardziej przeciętnej i zaślinionej drobnej burżuazji (tak, tejże współczesnej dulszczyzny i wnuków bohaterów słynnego wiersza Tuwima o ‘strasznych mieszkańcach ze strasznych mieszkań’). Przeciętniaków, którzy ongiś żyli (i kształtowali swoje płytkie poglądy) sensacyjnymi tytułami popołudniówek, a teraz trwają, z wypiekami na twarzy, na swoich fejsbukowych forach, swoich tłiterach i instagramach. Pewien wpływ na tą twórczość graffiti miał niewątpliwie prąd w sztuce znany, jako konceptualizm i jego pochodne i późniejsze popularne i bardziej przystępne intelektualnie formy popartu. Ot, słynna Zupa Campbell czy wreszcie fenomenalna Puszka Coca Coli Warhola. Zwłaszcza Coca cola stała się wspaniałym otworzeniem na pastisz, na ironię, na ‘okazania nagiej prawdy, ‘prawdziwej twarzy’ społeczeństwa konsumpcyjnego. Bez względu na zamierzenia neurotycznego i zadufanego w sobie Warhola. Okazało się, że słynny druk Coca Coli można ukazać, jako nowy symbol Ameryki. Jej nowe godło narodowe. Nie żadne Deklaracje, dumny Orzeł, wolność. Bzdura – idealny symbol biznesu, robienia forsy bez skrupułów, sprzedawania (pardon moi) gówna nie wartego i nie kosztującego więcej niż pięć centów za dolara, w dodatku gówna szkodliwego (epidemia otyłości i cukrzycy jest pochodną tej fascynacji masy cukru i sprytnie dobranych, jak w kunsztownej mieszaninie używki narkotycznej, związków symulujących smakowitość): puszka Coca Coli. Nic więcej. Nowy sztandar patriotyzmu za który młodzi żołnierze maja oddawać życie. To wszystko miało bez wątpienia wpływ na ironię, szyderstwo, a w końcu wielki smutek subkultury, często określanej (i samookreślającej się tak), jako underground/podziemie. Choćby szwedzka mistrzyni Czon, która poszła dużo dalej niż Banksy i zerwała z dość ściśle przestrzeganą przez Banksy’ego zasadą wysokiej estetyki jego dzieł. Współczesne, podziemne graffiti to krzyk, złość – ale też coraz widoczniejszy ból, rozczarowanie, zagubienie. Angst. Dzieci Kierkegaarda, Sartre’a, Heideggera czy nawet Nietzschego? Rozpacz egzystencjalna?
Stracone pokolenie? Ale stracone dla kogo, dla czego? Tego, co podłe, co do desperacji i alienacji młodych doprowadza? Może to oni biją w dzwony jakiejś nowej, lepszej katedry, której jeszcze nie zbudowano?
Zastanawiało mnie to w ten dżdżysty ranek. Kiedy deszcz nie padał, a powietrze było deszczem samo w sobie. Kiedy piękno natury rozpływało się, gubiło kształty i kolory w tym deszczowym powietrzu, a brzydota cywilizacji, tuż obok, na wyciagnięcie ręki – gniła, rozpadała się, opadała tynkiem, brunatniała rdzą spływająca po ścianach, jak strużki stężałej krwi. I w tym wszystkim gorące, wyraźne murale, graffiti. Jak te w Kaplicy Sykstyńskiej. Która ostatecznie jest też czymś wiele większym niż tylko dziełem sztuki geniusza. Jest ówczesną alegorią ludzkości i komentarzem dziejów. Każdy czas ma swoich komentatorów.
(wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście są własnością autora)
Live music. On stage. Not through live stream or any other video, electronic, mechanical transmission. I had an immense need to be there again, missed it so much … .
Tierras Oscuras – Flamenco en Rouge
On November 16, 2021, during a timid opening of any live performances, I was able to attend a local (from Halifax and Cape Breton) performance of powerful storytelling mixing the musical fire of Andalusia and hard life of miners in times gone in Cape Breton. The audience at the Pier 21 Canadian Museum of Immigration was small, seats sparsely placed. There were no renowned, world class dancers, singers, players. But what a power, what a spirit of true flamenco! I was riveted, mesmerized and at the same time had a hard time not to join them on stage (after all – flamenco is an art of mature performer, who knows the taste of victory and defeat – not a juvenile, who knows only how to boast, not understanding the meaning of it all). After the performance I had a chance to chat with all of the performers and made sure they were aware how beautiful their storytelling was, how dramatic and well prepared. And, of course, a long chat about the history of flamenco, of Andalusia.
But it did not quenched my thirst for more formal setting and opportunity of listening to great music played by great artists and composed by geniuses.
It came finally with an opening of popular impresario, the Cecilia Concert organization responsible (for many years now) for organizing such events in Greater Halifax.
The concert of world renowned and one of the best Canadian pianist, Charles Richard-Hamelin and young cellist, but already recognizable and with growing musical prestige, Cameron Crozman.
There is some semblance in physique of Richard-Hamelin and the great winner of 1970 Warsaw Chopin International Piano Competition, Garrick Ohlsson. I think that there might be also a slight similarity in their style of piano playing (and such perceived connectivity would not be something to frown about, as Ohlsson is a giant among Chopin’s interpreters). The Warsaw Chopin Competition is indeed something very special among players. It serves as a spring board to fame of almost all of their finalists and definitely makes the winner career a fait accompli. Charles Richard-Hamelin is no exception. In 2015 he received Silver Medal at that Competition and very prestigious Krystian Zimerman (himself a former winner at the Competition and a player of enormous statue) Prize for best performance of Chopin’s sonata. The 2015 Competition was the first time I heard Richard-Hamelin. As I did (in Warsaw) in 1970 Olhsson playing. The next one, in 1975, was the triumph of Zimerman and I remember it as vividly as it would have been yesterday – he just mesmerized the audience. For a teenager (as myself at that time) that was as big as winning the Soccer World Cup. Speaking of Canadian pianist and the Warsaw Competition one can’t forget to mention the last one in 2021 and the amazing victory of another Canadian – Bruce Liu. I have wrote a bit about it on these pages in November 8, 2021.
Pianist are, undoubtedly, the top class in fame and splendour of all other instruments among classical music stars. In a way – the prima donnas of musicians. But that does not take away from other instruments. Especially if there is a good marriage between a good composition and a good player. Cello player is always in demand for transporting notes, that no other instrument can portray as good as that soft sound. Just listen to some recordings of unforgettable cellist, Pablo Casals. No other instrument can convey such an array of emotions as those venerable strings. The violin, its’ diminutive cousin, produces beautiful sound but lacks the depth of the tone coming from very limited resonance (due to the size difference).
Cameron Crozman, at age 26, is definitely the raising star in Canada among cello players. Not only in Canada, though. His talent was noticed and rewarded by many world-class orchestras and directors, especially chamber music ensembles. For me, the concert in Halifax was the first chance to hear him playing. I am very glad, I did.
Bach, Franck and Chopin
The first of compositions was one of only six cello suites composed by J.S Bach – the Suite No. 2 in D minor. Probably written after the death of his first wife, Maria Barbara in 1720. The Bach suites are among ones of most popular music played by cellists. But it wasn’t the case during his lifetime and after his death. They were almost completely forgotten and many musicians were not even aware that he wrote such music. It was not until great cellist, Pablo Casals, re-discovered them as a teenager in a second-hand shop in Barcelona in 1889. It wasn’t until 1936 when he recorded them in London for first time. Since then, they become one of the most popular solo pieces for cellists around the world. There is even dispute among scholars whether Bach originally wrote them not for cello da gamba but for smaller, over the shoulder, viola da spalla. Suite No. 5 was originally composed for lute.
As entire baroque music, they are strictly structured in prelude and a string of Renaissance/baroque dances. In this case: allemande, courante, sarabande, minuet and gigue.
The slightly austere, neo gothic church of St. Andrew, with beautiful stained glasses on walls of the main nave and stained glass rosette behind the altar/stage provided perfect setting for this music. And the acoustic was wonderful as the young cellist with red hair sat to his instrument. The music flowed so nicely. His left hand showed the elegance of every note, tone and interval of this composition. I was specially taken by the fourth part, the Sarabande and the vision of evening stroll of Bach through the cobblestones of German city, remembering places he visited with his wife, reminiscing their time together. Formal, very courtly Minuet ensues as in saying that life goes on and times brings closure. Final part is in a form of Gigue and is a typical epilogue for typical baroque suite. Can’t understand that rigid formality from my perspective of XX century man, as Gigue is the last melody I would have used for this type of composition. Yet, it must be said that the Gigue in Suite No. 2 is far from lively dance of Italian gentry. Yes, it has the rhythm and melody – but used in such a way that it becomes a music of accepting life as it goes on. I thought that Crozman played that part superbly, more in a reflective than virtuosic style.
Belgian born but Parisian by choice composer Cesar Frank (1822-1890) is definitely not a canon of modern concert halls and performances. I know I have heard his music before – but if asked, I would have to strain myself immensely to remember that music. Although envisioned by his father as piano player (a solid career in Romantic times Europe) – he ended up playing organs in one of the big churches in Paris and later become a professor of organ music in Paris Conservatory in 1872. And finally had time to prove to the world that he is a talented composer. One of his monumental work (and monumental it is in its form, character and, let’s say – weight?) that I have never heard before (of that I am sure because it is really hard to forget such curiosity) is the Prelude, Aria et Final, Opus 23.
I am very glad that Charles Richard-Hamelin gave a very good explanation of this composition. It helped a lot. It consists of Allegro moderato a maestoso (Prelude); Lento (Aria) and Allegro molto ed agitato (Final). From these musical terms – allow me to offer less serious tone – two describe it the best: maestoso and agitato. The least one is moderato. It also shows that if you cook for many years Indian cuisine, when suddenly you make Beef Wellington, you add to it Indian spices. The result could be interesting, maybe even tasty – but it is not Beef Wellington. Specially in Paris. Franck played for many ears on huge organs at St. Clotilde Basilica. That colossal instrument could not only swallow many concert pianos of Paris, it also had so many leg and hand operated pedals, stops and keyboards (yes, the large ones have more than one keyboard) that the listener could really think that heavens opened up and filled the air with its’ own music. But Franck decided to do the same on the piano.
Thanks’ heaven the Yamaha grand piano C7X comes with the third, middle pedal called sostenuto. It is a version of the sustain (left) pedal but operates only on chosen string/notes. It gives the ability to produce a sound that resembles organ pipes. But one must not overuse it. In this case, Richard-Hamelin had to. To say it plainly – that composition is a colossus that requires not only amazing technique from the player, it also requires a big physical stamina. I am so grateful that he possess both. I have no idea what poetic purpose that composition serves – but it was amazing to listen to it. Enjoyed it very much just for the sheer sense of showmanship and absolute control of the instrument by the player. Now, thanks to Charles-Hamelin, I will always remember the music of Franck. Probably not choose to go to concert hall to listen to it again, but definitely remember it.
After a short intermission we were served the main course: beautiful sonata for cello and piano by lyrical master of Romanticism, Frederic Chopin. The opus 65 sonata in G minor was composed in 1846 and dedicated to Chopin’s close friend of many years, cellist Auguste-Joseph Franchomme.
Both of them collaborated and co-composed earlier a Grand Duo Concertant for piano and cello (in E major, numbered as B. 70) that received very favorable opinion of Schumann. The sonata is fully composed by Chopin and it’s cello part was not composed in any part by Franchomme, although it is more than likely that both Chopin sought advice and opinion of his dear friend. That might be the source of somewhat strange and not necessarily wise comment of our young cellist, Cameron Crozman, in an introduction, that the cello has stronger and weaker parts, the stronger being possibly composed by Franchomme. There is no musical literature that would support such strange assumption.
The sonata has special historical meaning in Chopin’s life: it would be the last composition of Chopin and the premiere in Salle Pleyel on Feb. 16, 1848 was his last public concert in Paris. Unfortunately, the Paris premiere omitted the first part (Allegro moderato). That was corrected by Franchomme shortly after his friend death, as the cellist returned to Salle Pleyel on April 6, 1853 and played (with Thomas Tellefsen, also Chopin’s friend and pupil, as pianist) the entire sonata. Louise Dublin, a world renowned cellist, wrote in her excellent blog on Aguste-Joseph Franchomme, that the second premiere was received enthusiastically and quotes respected and feared (by musicians) Paris critic of that time: “The main piece was a sonata by Chopin for cello and piano…the piece has something intimate and mysterious, everything in it is plaintive and melancholic… Franchomme, on his eloquent cello, found admirable expression, giving the beautiful melodies of Chopin a penetrating sweetness, full of religious poetry.” .
Of course, no recording of this prapremiere and premiere concerts exists, therefore it is impossible to compare that play with the performance of Cameron Crozman and Charles Richard-Hamelin in Halifax.
The only reflection could be my own satisfaction, pleasure or lack of it. And satisfied I was, very much indeed. It is worth mentioning that the duo of these two musician was a premiere in its’ own right. They have never played together before. But the partnership sounded very good and pleasant. Despite Crozman earlier spoken remarks, I have not noticed the ‘weaker’ and ‘better’ parts of his viola da gamba. All was played softly, poetically. In my short notes, that I tend to take at concerts, I wrote: what a beautiful conversation of two instruments! In scherzo and largo it was like a dance of two souls and such a nice, like echo, repetition of viola’s themes by piano. It all closes with very elegant marriage of the two scales: G minor and corresponding major in allegro. Sort of mini danse du triomphe.
Czemu Zaleszczyki, w dodatku te nad Dniestrem? Czemu nie? Po godzinach czytania, słuchania smutnych wiadomości z Ukrainy nic innego już robić w stanie nie jestem. Po prostu myśli biegają po nazwach znajomych, bliskich. Dziś zapomniana mieścina, Zaleszczyki przed wojna (tą Drugą) były kurortem pierwszej klasy Rzeczypospolitej. Naszymi Włochami, Toskanią, wybrzeżem adriatyckim. Przecudownie umieszczone w dużym zakolu błekitno-zielonego Dniestru, z plażami, winnicami, restauracyjkami. Ba, tam było najdłuże w Polsce połączenie kolejowe z regularnym pociągiem aż nad Bałtyk! Przez most, po drugiej stronie rzeki była już Rumunia. A winnice tameczne produkowały wina w jakimkolwiek innym regionie Polski niemożliwe. Toteż tzw. towarzystwo lubiło tam zjeżdżać zewsząd. Dalekie Podole … Wanda, moja babcia, uwielbiała wyprawy do Zaleszczyk z dalekiej Wileńszczyzny. Zmusiła w końcu swego meża, dziadzia Emanka, by bodaj w 38 kupił tam plac na budowę letniej willi. Dziadek chciał w Zakopanem, ale babcia, o ponad dwadzieścia lat młodsza piękna kobieta, długo nad przekonaniem męża pracować nie musiała.
Poniżej zdjecia babci w Zaleszczykach, w stroju huculskim. Kolejowy most graniczny z Rumunią. Obecnie, po zmianie granic w 1945, granica rumuńsko-ukraińska przebiega paredziesiąt kilometrów głębiej.
I o tych Zaleszczykach, dziś dawnego kurortu nie przypominających, myślę i zastanawiam się, gdzie uciekną, jak się będą bronić obecni, Ukraińscy, mieszkańcy tego zapomnianego zakątka raju, gdy wściekłe bomby rosyjskie będą na nich spadać? Czy kolumny czołgowe nadchodzić będą po padnięciu Odessy czy wkroczą od pro-rosyjskiego skrawka Mołdawii zwanego Naddniestrzem? Zaleszczyki nie mają dziś znaczenia militarnego ani nawet przemysłowego. Czy obroni ich to przed okupacją i przed ostrzeliwaniem ludności cywilnej? Czy będą ginąć dzieci, które dzień wcześniej będą baraszkować na plażach pięknego Dniestru?
Czy też Putin w swych planach nie ma zamiaru przekraczać przedwojennej granicy polskiej i zatrzyma swój podbój mniej wiecej na tej linii? To jest też możliwe. Wobec Ukrainy Wschodniej może kontynuować swoją kłamliwą wersje o jedności z mateczką Rosją. Zainstalować w Kijowie ‘rząd’ zdrajców ukraińskich, który w krótkim czasie ogłosi referendum (rezultaty bez problemów będą dowiezione z Moskwy) na temat ‘nierozerwalnej braterskiej łaczności z Rosją’? Czy to kosmiczna wizja? Może. Czy jest kosmiczną wizją odbudowy (o której mówił wielokroć) Imperium Rosyjskiego? Nie wiem, w których granicach. Z końca XVII wieku, z XIX (to ostatnie komplenie niemożliwe bez wojny nuklearnej)?
A co z tymi kilkoma milionami uchodźców ukraińskich, którzy w miedzyczasie znajdą się w Polsce, Rumunii, Mołdawii i na Węgrzech? Niektórzy może już dalej.
Myślę o tym wszystkim i głęboki smutek mnie ogrania wobec tej ziemi, tych stepów, tych miast. Niektórych bardzo nam , Polakom, bliskich. Ziemi skomplikowanej historii i dziejów. Od legendarnej, skandynawskiej Rusi Kijowskiej Waregów, przez ruskie Księstwo Halicko-Włodzimierskie, Rzeczypospolitą Obojga Narodów (dwukroć w planach zamyślana, jako Rzeczypospolita Trojga Narodów (a więc i tego ruskiego-ukraińskiego), Hetmanat, krótkotrwałe republiki ukraińskie w końcowych latach I wojny. Krainy, gdzie smutek i krew były dniem codziennym. Ale i nadzieja. Uparta nadzieja. Zabrało im długie setki lat by to wszystko zjednoczyć, zlepić z fragmentów narodowy epos, z różnych szczepów – naród.
Dzień Kanady obchodzi się 1 lipca. W 2021 to był trudny i smutny dzień dla Kanadyjczyków. Święto wypadało w krótkim czasie po odkryciu pierwszych masowych grobów dzieci Pierwszych Narodów (określeniem First Nations zastępuje się falszywy i powstały w czas kolonialnych zwrot Indianie) na terenie dawnych Szkół Zbiorczych prowadzonych przez Kościoły chrześcijańskie. Tego dnia nie pojechałem na teren wioski największego narodu w Nowej Szkocji spędzic go z nimi i odwiedzić okoliczne miejsce, gdzie kiedyś taka szkoła stała.
W tych samych dniach zwróciłem uwagę na pojawiający się w mediach znamienny plakat. Grafika była nagrodzona i wybrana z wielu nadesłanych przez jury Konkursu. Autorem był młody grafik z Polski, z Zamościa, Łukasz Zwolan. Tytuł Per Aspera zaczerpnięty z łaciny, oznacza pokonywanie trudności w drodze do gwiazd. Nawiązałem z artystą kontakt i pogratulowałem mu użycia prostej formy w wyrażeniu skomplikowanej i trudnej symboliki.
Bo, w olbrzymim skrócie, rolą plakatu jest wyrażenie treści w minimalistycznym, a jednozceśnie czytelnym przekazie graficznym kilku plam, kresek. Można się wręcz pokusić na pewne porównanie do przekazu pisemnego: obraz to rodzaj eseju, plakat zaś felietonu.
Od tamtego czasu obserwuję bogaty rozwój twórczości tego artysty. I jest imponujący. Za jego zgodą chciałbym przedtawić krótka serię grafik plakatowych , które w idealnej kwintesencji formy ukazują tragedię i zbrodnię wojny rosyjskiej na Ukrainie.
Dwa pierwsze oferują forme języka, liter. Litera “J” lub zblizona kształtem do niej litera “L” potrafią diametralnie zmienić sens tego słowa. W drugim proszę zwrócić uwage na kompozycję czołgu, który powstał z dwóch liter P i U. Trzy osatnie nie wymagają jakiegokolwiek opisu.
Tak sobie pomyślałem przeglądając pierwszy raz od wielu, wielu lat niepokaźną objętością książeczkę-wybór felietonów Edwarda Zymana. Wydało ją wydawnictwo (chyba już nie istniejące) Andre Poray Book Publishing w Chicago w 1987 roku. Edward nadał zbiorowi tytuł „U Boga każdy błazen”. Jako, że czasy były jeszcze przed możliwościami e-booków, on-line publishing i wszystkim, co przyniósł magiczny internet, ten zbiór ukazał się dzięki przedpłatom Czytelników. Wśród Listy Subskrybentów dołączonej do wydania widniej też i moje nazwisko. Czasy były, gdy biedota pisarsko-dziennikarska na bożym ugorze tzw. życia polonijnego wspierała się zawsze w zacnych inicjatywach, które potem chętnie wskazywano jako osiągnięcia polonijne w dziedzinie kultury. Te ‘osiągnięcia’ były wszak prawie bez wyjątku wynikiem mozolnej pracy tych właśnie (i przez lata stale tych samych) bidaków-pisarczyków i im podobnych akolitów sztuk tzw. pięknych lub wolnych (w przeciwieństwie do mięsnych, które zdecydowanie większą popularność miały).
Zyman we wstępie wyjaśnia tytuł odwołujący się do Jana Kochanowskiego, który te słowa użył w jednej ze swoich Pieśni, konkludując za poetą czarnoleskim, że im bardziej się sili tym więcej się myli. Ale od siebie szybko wyjaśnia, że wszak nie mylą się tylko ci, którzy nic nie robią. A przyznaję od siebie, że Edward Zyman na tym ugorze polonijnym zrobił dużo i poświęcił mu połowę swojego życia.
Zmarł 18 listopada 2021 w Mississauga, w Ontario, gdzie od wielu lat mieszkał, w wieku 78 lat. O jego śmierci dowiedziałem się dość przypadkowo, w równie przypadkowej rozmowie internetowej z poetą z Calgary, Janem Wolakiem. Moje kontakty z Edwardem od blisko 20 lat były raczej sporadyczne. Choć w pierwszym 10-leciu jego pobytu w Kanadzie łączyła nas bardzo bliska znajomość i jeszcze bliższa współpraca literacko-publicystyczna. Odległość, jak i duże zmiany pokoleniowe, polityczne, socjologiczne, jakie zaszły w Polonii w latach 1991-2001 oddaliły nas od siebie. Gdzieś od tych lat poczynając wycofałem się świadomie i prawie kompletnie z tzw. życia polonijnego. Odmówiłem dalszej współpracy i publikacji w pismach polonijnych, nie chciałem mieć nic wspólnego z organizacjami polonijnymi. W czym bardzo pomogło mi przeniesienie się z Alberty do pięknego Vancouveru, w nowe nieznajome środowisko.
Naturalnie życie ma swoje dróżki. W krótkim czasie odnalazło mnie dwóch redaktorów/wydawców ówczesnego tygodnika „Takie Życie” ukazującego się lokalnie w Vancouverze, których wcześniej nie znałem. Nagabywano, zachęcano i naturalnie na końcu pozyskano. Aliści o tzw. sprawach polonijnych starałem się nie pisać. Po jakimś czasie, głównie ze względu na przyjazd na stałe do mnie mojej mamy – nawiązałem kontakt z zacną i wiele dobrego robiąca grupą artystów i przyjaciół sztuk „Pod skrzydłami Pegaza”. Efektem tego (długa historia) było podjęcie się wydawania rocznika twórczości polskiej „Strumień’, którego zasadniczymi adresatami były polskie placówki akademickie i archiwalne, biblioteki naukowe oraz główne ośrodki kultury polskiej (jak np. Biblioteka Paryska) poza granicami Kraju. Z góry zakładając, że nie jest to pismo nastawione na jakikolwiek dochód, nie zawracała mi głowy i czasu myśl o szukaniu indywidualnego czytelnika i nabywcy pisma (naturalnie kwestia jakiegokolwiek wynagrodzenia w ogóle nie była brana pod uwagę i było to wyjście zdrowe, bo unikało jakiegokolwiek uzależnienia mnie we wszelkich decyzjach edytorskich). Poza stałymi i regularnymi, raz w roku, spotkaniami z lokalnym czytelnikiem z Vancouveru i okolic, które były jednocześnie okazją do prezentacji autorów danego wydania, odczytów, wystawy sztuk wizualnych, czasem prezentacji muzycznej. Spotkania te miały miejsce w Miejskiej Bibliotece. Unikaliśmy korzystania z ‘gościnności’ lokalnych organizacji polonijnych.
Sytuacja Edwarda Zymana było zupełnie inna. Urodzony dobrze ponad dekadę wcześniej niż ja, przyjechał do Kanady już z interesującym doświadczeniem i bagażem jako autor, jako redaktor. Miał za sobą doświadczenia życia zawodowego i zarobkowego w środowisku redakcyjnym i chciał tego rodzaju pracę kontynuować tu. Różniły nas też środowiska z jakich pochodziliśmy, pewne tradycje. Wiek był, mimo to, pewnie czynnikiem decydującym. Moje doświadczenia z Polski były głównie doświadczeniami młodego, zapalonego działacza „Solidarności’ a od momentu wylądowania w Kanadzie – działacza niepodległościowego. Doświadczenia autorskie w Kraju miałem minimalne – kilka drobnych felietonów i tekstów rozrzuconych po różnych tytułach.
W ten sposób poznaliśmy się w jego pierwszych dniach pobytu w Kanadzie, w Calgary, gdzie wylądował z żoną w 1983. Zajął się szybko redagowaniem lokalnego biuletynu (z taką właśnie nazwą „Biuletyn Polonijny”), miesięcznej relacji z wydarzeń trzech środowisk finansujących to wydawnictwo: Stow. Kombatantów, Parafii i Stow. Polsko-Kanadyjskiego. Pisemko wartości większej nie miało ale ‘na bezrybiu i rak ryba’. Miało za to bardzo oddanych i regularnie subskrybujących miesięcznik od wielu lat czytelników. Edward był pierwszym, który Biuletyn nieco uporządkował graficznie, tematycznie. Był też pierwszym, który skłonił Dyrekcję Prasową (tak wypadało chyba nazwać osoby, które z ramienia wymienionych wyżej instytucji decydowały o finansach i charakterze pisma) do wypłacaniu mu miesięcznej tantiemy. Co uważam za jego pierwszy sukces. I pochwalałem to. Hydraulikowi się za usługi płaci bez zastanowienia. Natomiast wyrobnikom słowa nigdy się w polonijnej Kanadzie nie płaciło. Ano – bo każdy przecież umie pisać! Choć nie zastanawiano się, że każdy umie odkręcić i zakręcić kran, a mimo to hydraulikowi się jednak płaciło.
W tym samym czasie zorganizowałem w Calgary zjazd/kolokwium polskich intelektualistów, ludzi pióra i sztuki, akademików z Zachodniej Kanady. Nie było to łatwe, bo każdy miał swoje terminy, nie mogliśmy oferować zwrotu kosztów podróży, zakwaterowanie robiliśmy u siebie lub znajomych. Organizacje na takie ‘imprezy’ nie miały pieniędzy. Ale dzięki temu udało nam się poznać ciekawych i bardzo wartościowych ludzi, niektórzy mieszkający od wielu lat w Kanadzie a nie zawsze znający się osobiście. Te spotkanie bardzo pobudziło i dało energię Edwardowi. Zadzierzgnięcie stosunków środowiskowych jest niezmiernie ważne na polu kultury. Byli tam redaktorzy, profesorowie uniwersytetów, działacze kulturalni. Najważniejszym bodaj pokłosiem – i to była głownie zasługa nie moja, a Edwarda – była decyzja wydawania kwartalnika kulturalnego pod patronatem albertańskiego oddziału KPK. Redaktorem naczelnym został wybitny literaturoznawca prof. Edward Możejko (późniejszy dziekan Wydz. Literatury Uniwersytetu Alberty), a Edward wszedł w skład redakcji. Ja, popierający ideę, odmówiłem formalnego wejścia do redakcji nie wierząc w sukces przetrwania pisma. A przetrwało sporo dłużej niż obawiałem się, bo blisko cztery lata. Ale publikowałem tam eseje, krytyki literackie i zdaje się jeden lub dwa wiersze. Kwartalnik od początku do końca wydawano starannie pod względem graficznym i merytorycznym. Niestety nigdy nie udało się osiągnąć sukcesu finansowego ani wystarczającej liczby czytelników, a poruszane tematy wykraczały poza zainteresowania członków organizacji kongresowych, gdzie błędnie spodziewano się większego zainteresowania. Edward zrozumiał, że mimo poziomu czasopisma – nie ma mowy o jakimkolwiek wsparciu finansowym dla pracujących przy tym wydawnictwie. W Calgary też związał się lokalną polonijną redakcja telewizyjną, gdzie przygotowywano tygodniowy program na bezpłatnym kanale wielokulturowym. Program nosił tytuł Polish Kaleidoscop i Zyman bez wątpienia wpłynął na profesjonalny poziom tego programu. Stronę techniczna zapewniał inny młody uchodźca solidarnościowy, kamerzysta z Polski, niestety nazwisko nie przetrwało w mojej pamięci. Kilka razy byłem gościem tego programu. Wszystko to jednak nie dawało nadziei na możliwość znalezienia pozycji płatnej, zwykłego zarabiania na życie. Perspektywa polepszenia sytuacji była nikła, bliska zeru. Po prawdzie jedyny (poza pracą akademicką lub w kanadyjskim, angielskojęzycznym środowisku literackim do czego umiejętności ani kwalifikacji nie miał) sposób zarabiania na życie wówczas wiązać się musiał z pracą redakcyjną w jednym z kilku tygodników polskich: Winnipeg („Czas”) lub Toronto (tu było aż kilka gazet, w tym dwie najstabilniejsze finansowo: „Związkowiec” i „Głos Polski”). Tam też przeprowadził się w drugiej połowie 1984 i objął funkcję redaktora naczelnego „Głosu Polskiego”. Współpracowałem z nim dość regularnie w tym czasie stale publikując na łamach „Głosu” publicystykę polityczną, czasem recenzje literackie i zgodziłem się przenieść z tygodnika „Czas” periodyczne reportaże literackie ‘Pogwarki’.
1.E. Zyman z rodzicami autora, Fort Macleod, Alberta, 1984; 2. rodzice autora, E. Zyman i prof. I. Adel-Człowiekowski, W Letbridge, Alberta, 1984
Tu dopiero zaczął się najważniejszy okres jego działalności redakcyjnej, literackiej, organizacyjnej i – co chyba najistotniejsze – wydawniczej w ramach Polskiego Funduszu Wydawniczego.
Największym chyba talentem Edwarda Zymana była jego umiejętność właśnie organizacyjna skupiająca się na odnajdywaniu właściwych osób, we właściwym czasie i pozyskiwania ich dla swoich idei. Umiejętność perswazji, argumentacji i nie traktowaniu ‘nie mogę” lub ‘to niemożliwe’, jako decyzji ostatecznej. Olbrzymią pomocą dla niego było też poznania tam ludzi nowych z nowej fali emigracyjnej, którzy mieli podobne, jak on doświadczenia i język praktyczny wyniesiony z PRL. Zaś z drugiej strony umiejętność rozmowy, pewnej adoracji wręcz, wobec środowisk literacko-artystycznych starej emigracji. Z czasem rozpoczął szereg projektów, zaangażował się w licznych firmach, organizacjach związanych pośrednio lub bezpośrednio z życiem kulturalnym (z głównym naciskiem na dział literacki) Ontario i innych regionów Kanady.
Szczególnie znamienna dla niego była znajomość i przyjaźń z Adamem Tomaszewskim i pisarzami lub działaczami kulturalnymi związanymi z Polskim Funduszem Wydawniczym (PFL). Z biegiem czasu oczywistym stała się potrzeba wymiany pokoleniowej. Twórcy i zawładający Funduszem, naturalnym ciągiem losów, powoli schodzili z aktywnej sceny polonijnej. Zyman był gotów te miejsce zająć i wlać nową krew w tą zacną organizację. Wiązało się to też z okresem zmian politycznych w Polsce. I znowu – jego podtrzymywane i pielęgnowane z ośrodkami literacko-wydawniczymi i ludźmi w tych ośrodkach umożliwiły mu nowe plany współpracy. Był to początek wybuchu zainteresowania tzw. literaturą emigracyjną i jej twórcami w Kraju, nadrabiania blisko 50-letnich zaległości. Ale dzięki temu zainteresowaniu była to też okazja pokazania w Kraju (i pokazania w Kanadzie i innych krajach osadnictwa) dorobku nowej fali, tej post-solidarnościowej, którzy w kraju byli albo nie znani kompletnie lub z bardzo minimalnym dorobkiem. Edward potrafił te znajomości z nowymi autorami jego własnej fali emigracyjnej podtrzymywać, pielęgnować.
Był to już okres końca lat 90. ub. wieku i początku XXI wieku. Nasza współpraca w zasadzie zakończyła się. Mieliśmy może jeszcze, przy okazji jego wizyt w Vancouverze u Anny Lubicz dwa bodaj tylko spotkania prywatne. Zostały już chyba tylko pozory serdeczności i dawnej przyjaźni. Wydaje mi się, że pewnym zgrzytem, którego nie potrafił mi chyba darować była śmieszna sprawa wydania przez Fundusz jego książeczki „Metamorfoza Głębin Twoich” w 2003. Byłbym pewnie nigdy tej książki ani czytał ani o niej słyszał. Pisał w niej o autorach (no, niech będzie poetach, bo któż nas ma władzę nadawać lub odbierać te tytuły?) kilku tomików wierszy. Niektóre chyba z tych nazwisk znałem. Inne nie. Ale pewna para pisarska znała mnie, a o nich też mowa była w tej książeczce. I poprosili o spotkanie, o rozmowę. O wylanie żali gorzkich. Pożyczyłem od nich tą książeczkę, przeczytałem. Przeczytałem też ich tomik z ich wierszami, innego omawianego autora (z jego wiersza zapożyczył Zyman ten zabawny tytuł) czytałem na tyle na ile mogłem lata wcześniej, gdy przesłał mi tomik z dedykacją i prośbą o recenzję. Recenzji napisać nie mogłem, bo nie miałem serca, więc wyłgałem się kompletnym brakiem czasu. Język w książce Zymana był pozbawiony ‘metamorfozy głębin’ (LOL), był bardziej niż ostry – był bezlitosny. To nie była krytyka omawianych tomików, książek – to był pręgież egzekutora. Coup de grâce wymierzony przez Krytyka wobec złej poezji, lub wierszowania symulującego poezję. Nie zawsze chyba słusznie. Nie mnie ani Zymanowi (ni komukolwiek innemu) wypada takie publiczne wyroki bezapelacyjne ferować. A jeśli już – to nie w formie książkowej, może felietonik tu lub tam, może uwaga w adnotacjach. Nie wiem. Istnieje pojęcie złej poezji (czyli braku poezji) ale istnieje też poezja (lub wierszowanie, nie będziemy się sprzeczać o ‘przecinki’) pogranicza literatury, jej obrzeży. Ma zapotrzebowanie czytelnicze, oddaje pewien, na ogół jednoznaczny i pozbawiony ‘metamorfoz’ stan ducha, emocji. O ile złą lub wadliwą powieść, słaby wiersz lub dramat napisze znany autor – można i warto mu to zarzucić, wytknąć. To zupełnie inny obszar krytyki literackiej. O nieznanych lub istniejących na obrzeżach literatury autorach lepiej chyba nie pisać nic niż ich miażdżyć. Byłbym może i to pominął jednak. Odpowiedział tą samą wymówką braku czasu. Najbardziej wkurzyło mnie jednak, że to Edward, a nie oni własnym sumptem wydający taką czy inna książeczkę, zrobił występek. Co było wówczas (i mimo sytuacji lepszej niż 40 lat temu, jest i dziś) oczywiste to fakt, że publikacja, wydanie tomiku wierszy, powieści, zbioru opowiadań jest w środowisku polonijnym (nie tylko w Kanadzie) szalenie trudne. Te bardzo nieliczne ośrodki i instytucje polonijne, które to umożliwiały czasem, miały szalenie ograniczone możliwości finansowe, edytorskie, dystrybutorskie. Wiedziałem to ja, jako naczelny rocznika twórczości w Vancouverze, wiedział lepiej jeszcze ode mnie Edward Zyman, który z większością tego typu instytucji w Toronto był związany lub je prowadził. I użycie tych skromnych środków na wydanie własnej książeczki właśnie z tych zasobów Funduszu, która absolutnie niczego do literatury nie wniosła, było naganne, a nawet trochę megalomańskie. I taka była generalnie kwintesencja mojej recenzji książki Edwarda. Gwoli pewnej rzeczowości podałem tam przykłady kilku wierszy zdruzgotanych przez Zymana (nielicznych, przyznaję), które posiadały swą wartość (jakkolwiek nikłą) literacką, a znalazłem nawet takie, które poziomem zbyt daleko nie uciekały od szeregu wydawanych w Kraju (bo to był też moment wielkiej rewolucji w krajowym rynku wydawniczym, gdzie wydać było coś czasem łatwiej i taniej niż kupić porządny garnitur). Słabości innych nie ukrywałem ale się nad tymi słabościami nie rozpisywałem. I opublikowałem to w którymś z tygodników (trzy się chyba wówczas ukazywały w Vancouverze). Ani wilk był syty ani koza cała. Od znajomych dowiedziałem się, że Edward miał o to do mnie duży żal, a para pisząca wiersze w Vancouverze, która się do mnie o ratunek zwróciła też zachwycona nie była, bom pozytywnej kontr-recenzji ich tomiku nie wydał, zaś sprawy szersze ich nie interesowały.
Efektem było ochłodzenie naszych stosunków. Jako, że aktywnie (poza własnym podwórkiem redakcyjnym, które mi zabierało zbyt wiele co raz się kurczącego czasu) i tak w ogólno-kanadyjskim dyskursie przestałem uczestniczyć zbyt się o to nie troszczyłem. Z latami każdy z nas przyzwyczaja się do personalnych ubytków, strat, lub wręcz rozczarowań. Życie. Mojej pozytywnej bardzo opinii o osiągnięciach Zymana, jako wydawcy i animatora polonijnego życia literackiego to nie zmieniło. Spotykając się na uniwersytetach w Rzeszowie (‘Fraza’ i dział Biblioteki Uniwersyteckiej poświęcony literaturze emigracyjnej w Kanadzie), Toruniu (Archiwum Emigracji) – rozmawialiśmy często o Zymanie i Funduszu Wydawniczym. Choć zasadniczym tematem byli wielcy twórcy, jak Busza, Iwaniuk, Czaykowski, to naturalnie nie mogło zabraknąć rozmów o ogólno-kanadyjskim stanie literatury i pisarzy polskich. A w tym temacie nie mogło zabraknąć Zymana. Zasłużył na to w pełni.
Kilka lat temu Uniwersytet w Katowicach przysłał mi zaproszenie na specjalną sesję temu tematowi poświęconą. Miałem nadzieje przyjąć zaproszenie i pojechać. Zrobiłem nawet szkic o czym i o kim chciałem wspomnieć. Dwa nazwiska zajmowały w tym szkicu miejsce specjalne: twórczość Andrzeja Buszy, poety doskonałego moim zdaniem tak w tworzywie-formie, narzędziach poetyckich, jak i wyjątkowej, uniwersalnej treści i Edwarda Zymana, jako przykładu świetnego organizatora i animatora życia literackiego. Jeden jest zależny od drugiego. Twórca bez wydawcy-mecenasa, promotora istnieć nie może w świadomości czytelnika; najlepszy organizator, mecenas sztuki Sztuce służyć nie może bez twórcy. Niestety, ciężka choroba Mamy, której byłem jedynym opiekunem w Kanadzie uniemożliwiła mi już wówczas wyjazdy na dłużej niż dzień-dwa. Choć tym tekstem więc oddaję Edwardowi tu należny ukłon.
W pewnym sensie jest dość chyba znaczące, że z wydanych własnych prac Edwarda ta, która największą chyba wartość posiada i służyć będzie – daj Boże – pokoleniom badaczy literatury polskiej w Kanadzie nie są jego krytyki, wiersze, zbiory felietonów, a dokument: kronika Funduszu Wydawniczego ale i szerzej, polskiego życia literackiego w Kanadzie: „Mosty z papieru. O życiu literackim, sytuacji pisarza i jego dzieła na obczyźnie.” wydany w 2010. Jak każdy taki dokument – zwłaszcza jeśli nie pisany przez szeroki zespół, a przez indywidualnego autora – ma braki, nie jest pełny. Ale jest najpełniejszy, jaki do tej pory stworzono w Kanadzie.
Ostatnim naszym kontaktem było właśnie wysłanie tej książki na mój adres przez Edwarda. W dedykacji napisał coś, co gotów jestem dosłownie, bez jakiejkolwiek edycji skierować teraz do niego. Może mogliśmy jeszcze szczerze, spokojnie i bez żali czy niechęci porozmawiać. Ostatecznie temu samemu służyliśmy tutaj, między Pacyfikiem i Atlantykiem. W innej skali i możliwościach, może nawet z innych konieczności – ale cel ten sam. Utrwalić, ocalić od zapomnienia, umożliwić zaistnieć. I chyba pro publico bono. Więc Twoje słowa do mnie – kieruje teraz do ciebie, Edku:
„z nostalgicznym wspomnieniem wspólnych pomysłów i działań ‘w kulturze’ w pierwszych latach na Obczyźnie, która jawiła się (dziś to wiem) nazbyt optymistycznie, z dojrzałym dystansem do niemal wszystkich spraw tego świata, najserdeczniej … „
Wilno i ja – echa, cienie, literatura, mit i zaułki.
by Bogumił Pacak-Gamalski
Miasto, które kochałem, zanim je poznałem. A poznałem późno, bo w wieku 22 lat. Poznałem? Nie, naturalnie to kłamstwo. Z przyzwyczajenia językowego niechlujstwa polszczyzny powojennej, tak tylko bez zastanowienia rzucone na papier. Wilno znałem od dzieciństwa. Od pierwszych wierszy, jeszcze przed pierwszą ławką szkolną, umianych na pamięć, o tej, co w Ostrej Świeci Bramie, o tej gruszy na miedzy, tej dzięcielinie. Wiec poprawię: miasta, które odwiedziłem fizycznie pierwszy raz w wieku już dwudziestu dwu lat. Ale Wilno w domu było obecne bez przerwy. Nawet, gdy się o nim nie mówiło. Wilno, potem świadomość Wileńszczyzny, Grodzieńszczyzny, Mińszczyzny, a w końcu całego olbrzymiego Wielkiego Księstwa Litewskiego – najpierw samodzielnego, potem w unii z Królestwem Polskim.
Bezpośrednią winą tych wspomnień, refleksji obarczam Tadeusza Konwickiego. Konkretnie jego „Zorze wieczorne” opublikowane w 1991. A konkretnie z wydania 2, poprawionego, w 2010. Oczywiście dużo tam Wilna. Konwicki pochodził z Kolonii Wileńskiej, położonej między Nowa Wilejką i Rossą. Był tylko trzy lata młodszy od mojego ojca i jego losy okupacyjne były bardzo podobne: gimnazjum, działalność w Szarych Szeregach i udział w walkach. Powstanie Wileńskie i Akcja ‘Burza’ rozdzieliła ich drogi – Konwicki przetrwał ukrywając się w lasach z odziałem AK aż do przełomu 1944/45. Ojca i jego zgrupowanie płk. Wilka, wbrew umowie o współpracę w walce z Niemcami, Sowieci otoczyli podstępnie czołgami w okolicach Puszczy Rudzkiej i wywieziono do Miednik, a stamtąd do Kaługi w Rosji. Konwicki pozostał w lasach Wileńszczyzny w ramach resztek Brygady Oszmiańskiej i w nowych okolicznościach kolejnej okupacji sowieckiej prowadzili dalej walkę partyzancka z Litwinami i Sowietami. Ojciec uciekł z grupą innych kolegów z obozu pod Kaługą i dotarł ponownie do Wilna, gdzie panowały już rządy sowieckie. Nawiązał natychmiast kontakt z konspiracją AK. Tu ponownie ich drogi (Konwickiego i ojca) się skrzyżowały. Ze wspomnień Konwickiego wiem o tym czasie więcej niż od ojca. Bardzo mało mówił na ten temat. Nawet w wywiadzie-rzece, jakiego mi udzielił podczas wizyty u mnie w Kanadzie w drugiej połowie pod koniec lat 80. To były trudne czasy. Często krwawe, w tym bratobójcze. Podobnie, jak Konwicki, uzyskał lewe dokumenty na nazwisko Tadeusz Mickiewicz (sic!) i w ramach repatriacji wyjechał do nowej, nieznanej Polski. Nie o tym rzecz jednak. To nie opowieść wojenna. To opowieść o języku, o sposobie mówienia, o fleksji, o traktowaniu słowa. O gawędzie.
Bo język i sposób jego używania decyduje o tym, jak widzimy świat i siebie. Jakoś rzeczy, uczucia, idee musimy ubrać w słowa, nazwać. Inaczej istnieją, jak bezkształtne bryły. A język Wielkiego Księstwa, a już zwłaszcza język Wilna i Wileńszczyzny jest zupełnie inny od języka Polski centralnej. Warszawy i Mazowsza – terenów, gdzie de facto prawie całe życie krajowe spędziłem, gdzie chodziłem do szkół, zacząłem pisać, pierwsze publikacje jakieś tam miałem. Tylko, że Wilno, mili moi, można odebrać Wilniukom ale nie sposób im tego Wilna zabrać z duszy. Jest, jak mech. No i w tej Warszawce też obracałem się ciągle w kręgach kresowych. To tym mchem obrosłem głęboko. Zawsze zazdrościłem Sławkowi, najstarszemu z mojej generacji bratu stryjecznemu, który ostatni się w Wilnie urodził w 1944. Nic z niego nie pamiętał co prawda, bo niemowlęciem do nowej Polski z rodziną się repatriował. Ale co to za radocha by była mieć wpisane w paszporcie: urodzony w Wilnie! Nie, nie wstydzę się ani nie brak mi sentymentu do grodu Kopernika, gdzie ja się urodziłem, ba! mam nawet skłonność i umiejętność mówienia po i z akcentem pomorskim i używam go kiedykolwiek w tym mieście nadwiślańskim jestem. Lubię te regionalizmy, te sposoby mówienia, zwroty oryginalne – nie cierpię współczesnej polszczyzny dużych miast, gdzie wszyscy stukają zębami tak samo, uderzają językiem jak werblem w podniebienie, bezbarwnie i bezdusznie. Najgorzej to brzmi na Marszałkowskiej, niestety. To nawet nie język starej Warszawki, to jakiś wypłukany w chlorku, wyprany z wszelkiej żywej tkanki nowo-polski. Owszem, poprawny. Ale poprawnie to umierały stare ciotki-panny i starzy wujowie-kawalerowie. Nigdy w życiu nie wyjący z zachwytu i nie płaczący ze straty kochanek i kochanków, naturalnie. Seksu, orgazmu, kopulacji – czyli zaglądania do nieba i piekła przed śmiercią. Językiem kresowym, mili moi, te wszystkie stany, uwikłania, subtelności, wulgarności nawet można opowiedzieć. Od tyłu i od końca, w opowieści-przypowiastce, w takiej sylwie właśnie. Nie trzeba od razu zaczynać od środka, od sedna. To może być przykre. Dopiero, gdy kolory opiszesz, nadasz smak sentymentowi, jaka pogoda tego dnia była – wtedy rzecz staje się zrozumiała. Tak, można jednym zdaniem lub słowem nawet. No i co z tego? Nic. Dalejś kiep. Dlatego Niemen mruczy, Wilja się wije. Byś miał czas posłuchać o czym mruczy; by za kolejne zakole zajrzeć, nowy widok zobaczyć. Dlaczego coś albo ktoś? Można powiedzieć: dlatego. Koniec pieśni. Dosadnie, po chamsku. To w końcu też jakaś odpowiedź. Na Kresach się tak nie mówiło. Tam były setki możliwych odpowiedzi. Bo na Kresach nigdy nie było jednej prostej. I chwała bogom pogańskim z puszcz bałtyckich, z jezior Polesia. Biorę do ręki piękny almanach Wilna Tomasa Venclowy („Wilno” wyd 11, R. Paklio leidykla, Vilnius, 2015). Stare Wilno, Vilnius. Uliczki w dzielnicy żydowskiej z podwyższonymi drewnianymi chodnikami – by nie chodzić w błocie i ściekach. Fantastyczne! Tłok oczywiście przy jatkach, gwarno. Szeroka ulica Niemiecka – skąd? No bo w średniowieczu tu mieszczan niemieckich dla rozwoju miasta sprowadzono. Kościoły (masa), sobory, bożnice, zbory kilku wyznań protestanckich, uniwersytet wspaniały, uczeni talmudyści, język polski, litewski, jidysz, rosyjski, białoruski, niemiecki, łotewski, karaimski i kilka jeszcze narzeczy i odmian. I teraz nazwij to jednym słowem lub zdaniem. Bez sensu. Dużo używało się czasowników, a mało rzeczowników. No bo nazwać po imieniu trudno rzecz, gdy imion wiele posiada. Lepiej nazwać z przymiotów, które rzecz posiada.
W 1980, gdy wysiadłem z Dworca Głównego od razu językiem używanym bez problemu wszędzie był polski. Nie przez wszystkich, zwłaszcza przez ludzi w moim wieku już dużo mniej. Ale starsi bez problemu, czasami musiałem sobie pomagać rosyjskim. W 2018 lingua franca już był angielski. Którym młodzi wszyscy swobodnie operowali. W centrum trudno już było porozumieć się po polsku. W pewnych dzielnicach (np. na Rossie, Śnipiszkach, Zwierzyńcu) dużo łatwiej.
Siedzimy późnym wieczorem (wczesnym ranem?) przy stoliku jakiejś kawiarenki w uroczym zaułku Literackim. Siostry mówią ze śmiechem: czy ty zauważyłeś, że odkąd wysiedliśmy w Wilnie mówisz nawet z nami, gdy jesteśmy sami, zaciągając, jak cholera? Powietrze? Geny, ha ha?
Jak czytam Mickiewicza, nawet do siebie tylko, tu, w Kanadzie – też zaciągam. Na co dzień – nie. Nie zaciągam w Warszawie, ani we Wrocławiu (tam powinienem, bo Wrocław to ostatecznie … miasto kresowe! tyle, że bardziej lwowskie). Nie zaciągam generalnie nigdzie. Ale kocham samogłoski no i uwielbiam historyjki opowiadać. Tak, jak na Kresach się je opowiadało. Bo nic wcale nie jest takie proste. I nic faktycznie nie jest. Wszystko jest właśnie heraklitejskie, płynne. Owszem, może być ‘to’. Nie zawsze musi.
Tak, jak idąc krętymi uliczkami, zaułkami starego Wilna nigdy na sto procent nie wiesz, gdzie cię poprowadzą. I czy przypadkiem, niezauważalnie, nie skręciłeś już w inną myśląc, że idziesz tą samą.
Więc o czym miałem pisać? O Konwickim? Nie. O Venclovie też nie. Miałem pisać o opowiadaniu, o historyjce. O języku nie ulegającemu kajdanom norm na ołtarzu poprawności. To nie jest tylko kwestia stylu, ten jest tylko ornamentem. To kwestia widzenia świata i rzeczy. Gdzie jeden wątek jest początkiem drugiego. A wszystko otwiera okna na niezliczone możliwości. I tak myślę sobie – ileż szczęścia miałem, że skoro w Wilnie mieszkać nie mogłem – mieszkam w Kanadzie. Gdzie tych ,Karaimów’, ‘Żydów’, ‘prawosławnych’ i ‘katolików’ jest taka masa i taka różnorodność. Gdzie też ludzie często mówili bzdury używając jednego, poprawnego języka. A nie znali historii swojego sąsiada. Mówili o nim, jakby go znali, a nie mieli pojęcia. Na szczęście jest to co raz większa rzadkość. I raczej odstęp niż norma. I stąd może sposób mówienia, opowiadania od końca lub od środka czasem jest lepszy niż w od ‘a’ do ‘z’. W alfabecie A jest pierwsze a na Z się kończy. Ale nie w mowie, nie w opowieści o kimś lub o czymś. Nie można ot, tak, wziąć kubek wody z oceanu i powiedzieć: to jest ocean. Ani to woda z głębokich czeluści ani woda z wszystkich zatok, ani pokryta lodem ani ciepła od słońca podzwrotnikowego. Nie może być w tym kubku wieloryba ani mgławicy śledzi. A to wszystko jest w oceanie.
A może po prostu chciałem powspominać Wilno i szukałem pretekstu? Może to nie koniec opowieści a jedynie jej środek? Nie wiem już (jeszcze?) sam. Zaczyna świtać prawie za oknem. Nad brzegiem oceanu. Drugiego już oceanu, gdzie wypadło mi mieszkać. I tak bywa. Ah, no jeszcze warto dodać, że jutro już będzie nowy rok. W gregoriańskim kalendarzu. Bo w juliańskim zwykły, kolejny dzień tygodnia. W koptyjskim jeszcze inaczej. Starczy.
Więc miałem pisać o Szopenie. Nie, nie o Szopenie. Miało być o laureacie XVIII Konkursu Chopina w Warszawie, o Kanadyjczyku Bruce Liu i moich wrażeń z jego interpretacji Koncertu Fortepianowego e-moll op.11. I od razu kłopot ‘opusowy’. Czyli to, co w wydawnictwach literackich określa się mianem ‘rok wydania’. Kolejność kompozycji oznacza się właśnie numerem opusu, tj. pierwszej publikacji kompozycji. Nawet nie pierwszej publicznej prezentacji utworu, ale właśnie publikacji kompozycji. Otóż Koncert e-moll ma opus oznaczony numerem 11, a Koncert f-moll ma numer 21, czyli późniejszy. A jest akurat odwrotnie. To ten 21 był skomponowany wcześniej i był pierwszym Koncertem Fortepianowym z orkiestrą skomponowanym przez Chopina. W związku z czym nie jest aż tak dobrze zrobiony, co kompozytorowi wytknięto. Chodziło zwłaszcza o część orkiestralną, która jest do skromnie rozbudowana i stanowi jedynie tło dla partii fortepianowej. To jest zgodne z doświadczeniem i studiami muzycznymi Chopina w Warszawie. Uczeń Józefa Elsnera nie mógł oprzeć się wpływom popisowej i salonowej manierze gry zwanej brilliant. Czasem chodziło więcej o pokaz wirtuozerii niż muzyczną architekturę, która dźwiękiem miała opowiedzieć jakąś historię, wizję, ideę. Więc jeśli pianista, to pianino właśnie ma być początkiem, środkiem i końcem kompozycji, a reszta jest tylko tłem. Zapewne chęcią wykazania, że potrafi skomponować pełny Koncert z rozbudowaną orkiestracją, która jest aktywnym współaktorem przedstawienia, skomponował w krótkim czasie Koncert e-moll, który opublikował jako pierwszy.
I faktycznie przyznać trzeba, że tenże Koncert jest perełką muzyki romantycznej. Można go słuchać bez końca i bez znudzenia. A delikatny temat muzyczny pojawiający się w każdej z trzech części jest majstersztykiem rozpoznawalnym, gdy tylko go usłyszymy gdziekolwiek i kiedykolwiek. Oczywiście, gdy mówimy ‘Chopin’ to zaraz słyszymy słynny fragment Poloneza Es-dur lub temat muzyczny Marsza Żałobnego. A dla mnie właśnie ten nostalgiczny refren z Koncertu e-moll sercu jest najbliższy.
Słuchałem więc gry Liu i Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Narodowej pod batutą Andrzeja Boreyko z olbrzymia przyjemnością.
Partie orkiestralne części pierwszej (allegro maestoso) są chwilami prawdziwie heroiczne w nastroju, tematy muzyczne podejmowane przez różne części orkiestry wspinają się i opadają na przemian, jak fale fale wiatru biegnące po łące. Brzmią echa subtelne poloneza. Te echa uwidoczni w swej części fortepian, uzupełniając je cieniami nokturnu. To właśnie ten fragment tego powracającego tematu muzycznego towarzyszyć będzie nam już do końca.
W części drugiej (romance. larghetto) i trzeciej (rondo. vivace). Wszystko to w atmosferze baśniowego rozmarzenia, nostalgii wspomnień. Ta nostalgiczność widoczna jest nawet w brawurowym rondzie vivace. Nawet tam, gdzie w wyśmienitej formie stylu brillant, pasaże na klawiaturze popędza tak, aż iskry poczną strzelać nad fortepianem. No, bo jakże by nie, jeśli w rondzie pobrzmią echa nie dostojnego dance la polonaise a skocznego krakowiaka? Ale i ten finał, przybrany niczym aria bell canta, jest podszyty słodkim wspomnieniem chwili, momentów. Uczuć.
Po wysłuchaniu Liu wiedziałem, że poruszył mnie do głębi. Sięgnął tam, gdzie artysta sięgnąć powinien. Coś mnie jednak zaniepokoiło, gdzieś jakąś pustkę odczułem i po zakończeniu nie wiedziałem już gdzie i co. Sięgnąłem po moją biblioteczkę CD i wyłuskałem nagranie z 2013 roku w Warszawie samej Akiko Ebi. Ebi w tym roku oceniała Bruce Liu, była jurorem XVIII Konkursu. A na ostatnim oglądanym ‘na żywo’ przeze mnie Konkursie w 1980, zdobyła 5 miejsce. Słuchałem więc wersji Ebi będąc wyczulony na szczegóły. Wiedziałem, że zagra dobrze (nagranie było zrobione na festiwalu ‘Chopin i jego Europa” w Studio Koncertowym Polskiego Radia). I tak zagrała. Bardzo dobrze, poprawnie. I ani razu nie odczułem wzruszenia, choć doceniłem technikę. I przez tą technikę dostrzegłem gdzie Liu, wydało mi się, zrobił błąd. Wróciłem do jego nagrania i posłuchałem raz jeszcze. Tak, część pierwsza, ‘Allegro maestoso’. Trema wzięła górę. Zmagał się z instrumentem, z orkiestrą. Kompozycja panowała nad nim a nie on nad kompozycją, parafrazując piękne słowa zmarłej miesiąc temu wielkiej śpiewaczki operowej, Guberowej.
Edita Gruberowa przygotowując się do roli Lukrecji Borgii w wieku 62 lat, roli w której bel canto jest u szczytu swego stylu, powiedziała, że od pierwszej nuty musi wiedzieć czy ta nuta ma ją, czy też ona ma tą nutę w swej kontroli. I tak właśnie słuchałem Bruce Liu, grającego w Warszawie Koncertu e-moll. Kto zapanuje? Orkiestra? Fortepian? Pianista?
I pamiętałem o słowach tak obszernie cytowanych w części I tego cyklu związanego z muzyką Chopina. Słowach Lidii Grychtołówny, że na Konkursie Chopina nie szuka się dobrych i bardzo poprawnych pianistów. To się zakłada z góry, skoro już eliminacje do Koncertu przeszli. Szuka się tych, którzy używając języka Chopina mają coś do powiedzenia. Coś nie tylko technicznego ale coś emocjonalnego, coś, co z ich duszy uniesionej skrzydłami nut kompozytora spod klawiatury wypłynie. I co nas dotknie. Czym będziemy poruszeni.
Bruce Liu nie mógł zapanować kompletnie na kawalkadą koni orkiestry ni nad swoim wierzchowcem w allegro. Nie dał się ani stratować ani w popłochu nie uciekł. Ale nie był hetmanem jazdy. Posłusznie wykonywał rozkazy, bojąc się wodza (kompozytora i dyrygenta). Dopiero w finale allegro, jakby się zbudził. Przechodząc w kłus liryczny larghetto był już wolny. Mógłby iść w cwał (co – jak należało – zrobił w rondo vivace), lub zwolnić do spaceru. Mógł puścić wodze swego wierzchowca, nad którym w pełni zapanował. Nawet wyraz jego twarzy uległ zmianie, pojawił się pewien uśmiech mówiący: ach, teraz cię mam i ty odczuwasz każde drgnienie moich mięśni, mojej woli, bieżysz tam i tak jak ja chcę. Reszta to już historia drogi Czytelniku. Cała opowieść pana Chopina, wszystkie jego wspominania ciepłe i serdeczne młodości polskiej, uczuć serdecznych, w tej muzyce granej przez Bruce Liu, w tym tańcu nutek i bemoli zobaczyć możesz. A o to chodzi. By obudzić wyobraźnię słuchającego. By zabrać ją lub jego w tą cudowna podróż. Podróż, która może się okazać niespodziewanie bardzo podobną do naszej podróży sprzed lat wielu lub kilku choćby. Bruce Liu zdecydowanie mnie w taką podróż, z maszynistą Andrzejem Boreyko, zabrał. A pani Akiko Ebi nie potrafiła, choć z przyjemnością jej słuchałem.
Fantastyczna pianistka kanadyjska, Janina Fijałkowska, na swojej stronie Facebooka przypomniała, jak kilka lat temu (2013) oceniała młodziutkiego Bruce Lee na Krajowym Konkursie w Halifaksie, który Bruce wygrał. Od tamtego czasu śledziła i brała czynny udział w rozwoju muzycznym młodego pianisty. Po wygraniu Konkursu warszawskiego pani Janina napisała : „Xiaoyu Liu potwierdził dla mnie ponownie przez wiele lat, że moja wiara w jego głęboki talent i moja adoracja tego talentu była słuszna … i teraz wygrał jeden z najważniejszych, jeśli nie NAJWAŻNIEJSZY (podkreślenie J. F.) Konkurs. Ważne jest podkreślenie, że ten młody człowiek jest też bardzo dobrym i uroczym człowiekiem, co nie jest zawsze tym samym w przypadku innych super-talentów”. (wpis z 21 października, 2021)
Co czyni oba Koncerty Fortepianowe Chopina pewnym wyjątkiem w jego twórczości? Czym różnią się od polonezów, nokturnów, mazurków? Intymnością przeżycia i silną indywidualnością kompozytora. Stworzeniem świata opartego na własnych emocjach ale jednocześnie uniwersalnego w eposie człowieka. Wydaje mi się, że zbyt różnią się od jego wczesniejszych prób orkiestralnych i zdecydowanie bardzo od nielicznych późniejszych. Jedyne podobieństwo znajduje tu w balladach. Tak, jak Koncert e-moll, podobnie zauroczyła mnie jego Ballada f-moll op 52 grana w skromnym saloniku muzycznym w Vancouverze w marcu 2018 przez ćwierćfinalistę Festiwalu Chopina w Warszawie, Łukasza Mikołajczyka. Wydobył wówczas z tego utworu całą głębię jego poetyki. Tego bardzo młodego wówczas muzyka, bez wątpienia posiadającego silny talent, poznałem ledwie kilka miesięcy przed moim wyjazdem z Vancouveru i starałem się wpłynąć na jego rozwój emocjonalny, jako muzyka. Wydaje mi się, że właśnie rozwój emocjonalny i wsparcie (czasem surowe ale zawsze szczere) jest elementem najtrudniejszym a często zapominanym wobec młodych, obiecujących artystów. Scena, publiczność, nawet poklask zbyt głośny potrafią zniszczyć młode kariery i charaktery. Bez względu na talent.
Wracajmy jednak do koncertów fortepianowych. Do tych poematów Chopina. Podróż nostalgiczna w czasie? Tak. Ale nostalgia za czym? Opis czego, jakich chwil drogich, serdecznych?
Moim kluczem do obu Koncertów Fortepianowych jest miłość. Nawet nie jakaś abstrakcyjna miłość. Jakieś marzenie o niej. Nie. Prawdziwa, młodzieńcza, niewinna być może, ale gorąca, szczera. Czyli Tytus. Tytus Woyciechowski, najpiękniejsza i najwierniejsza miłość Fryderyka Chopina. Mówienie o jakichś przelotnych i mało znaczących relacjach, nieistotnych ani dla kompozytora ani dla tych pań (Konstancja Gładkowska i Delfina Potocka), którym formalnie to dedykował (Delfina Potocka) lub o nich przelotnie wspomniał (Gładkowska) jest żałosnym wręcz kłamstwem historyków i badaczy. Zresztą trudno nawet o tej ‘formalnej’ dedykacji dla Delfiny mówić. Konserwatywni ojcowie Instytutu Chopina słowa dedykacji naciągają dość silnie i sami interpretują je tak, aby koniecznie pannę Potocką w to wcisnąć. A czytanie uważne i spokojne, bez wypieków na twarzy, korespondencji Chopina na to nie wskazuje. Czy wynika ze zwykłej homofobii czy przywiązania do mieszczańsko-katolickiej tradycji nie jest dzisiaj żadnym tłumaczeniem takiego oszustwa. Powiadają ci biedni badacze – taka była wówczas maniera pisania do przyjaciół. Drodzy panie i panowie smutni – popiardujecie cichutko a smrodek rozchodzi się po całym drobnomieszczańskim mieszkaniu. Gdy już w 1828 Fryderyk pisze do Tytusa: „Najdroższy!” to nie pisze „Drogi”; gdy podpisuje „teraz daj buzi najprzywiązańszemu” to nie pisze „pozdrawiam serdecznie”. Nawet egzaltowany Chopin nie mógł aż tak manierować. To z jednego tylko z wielu listów jakie wymieniali przez lata. To nie są listy chłopczyka 1o-cio letniego, tylko listy młodego mężczyzny. I tylko jeśli doceni się autentyczną, prawdziwą i szczerą miłość romantyczną Chopina do Woyciechowskiego, można prawdziwie ocenić i zrozumieć te dwa Koncerty. Ich głębię emocjonalną, autentyczność. A nie wypisywać bzdury o genezie utworów, które są wręcz śmieszne.
A jakież to maniery i zwyczaje panowały w XIX i przez większość XX wieku? Ano takie, jak wcześniej: młodzi mężczyźni (o kobietach nie wspomnę, bo rzadko miały możliwość jakiejkolwiek decyzji) homo lub biseksualni żenili się, by uniknąć wydziedziczenia i kompletnego ostracyzmu (w klasach powyżej biedoty miejsko-wiejskiej), ukrywali jak mogli swoje orientacje lub kończyli wcześnie i tragicznie. A już zabawne jest udawadnianie heteroseksualności Chopina jego małżeństwem z George Sand – pierwszą chłopczycą i biseksualistką Francji w tamtych czasach. Nawet jeśli łączył (na co wiele wskazuje) ich autentyczny krótkotrwały romans. Jedynym innym wyjściem dla młodych mężczyzn z ‘dobrych domów’ było pójść do klasztoru. Bo jak wiadomo: co się stało w klasztorze, pozostało w klasztorze.
Czekam z dużą niecierpliwością pierwszych nagrań Bruce (Xiaoyu) Liu już po wawrzynie Konkursu warszawskiego. Ten młody pianista ma niewątpliwie głębokie i subtelne wyczucie muzyki. I mam nadzieję nie zapomni Chopina (jaki pianista muzyki klasycznej mógłby?) i jemu właśnie poświęci swoje pierwsze nagranie.