Skojarzenia, pozornie tylko oderwane od rzeczywistości. Jasna biel pod stopami i ciemne niebo ponad. Też powinno być odwrotnie: czarna ziemia lub zielona łąka na dole i błękitne, jasne niebo ponad. A jednak. Wszystko łączyć się musi z własną pamięcią zmysłów, zdarzeń: zapach kiedyś zapamiętany, dźwięk znajomy, gwiazdy migocące tak samo przecież teraz jak kiedyś. Zwłaszcza gdy spacer nocny, samotny. Gdy nikt inny nie wadzi swoją, inną pamięcią przedwieczną. Bo każdy człowiek, to kosmos własny, sam w sobie zamknięty. Pełen światów podobnych, odmiennych jednak. Musisz sobie zawierzyć, objąć go, przytulić ten kosmos jedyny, niepodważalny i niepowtarzalny. Prawdziwy.
Rachmaninow napisał kiedyś piękną pieśń do wiersza Lermontowa:
głucha noc, nie spotkam tu nikogo. C’kwoś tuman kriemienistyj, put’ bljustit nocz’ ticha … Pragnę tylko ciszy i spokoju, niech beze mnie stąpa świat … .
I słyszę , jak śpiewał to pięknie Bernard Ładysz, jeden z najwspanialszych bas-barytonów, godny dziedzictwa wielkiego Szalapina. I śpiewał ją wiele lat wcześniej rówieśnik Rachmaninowa, Fiodor Szalapin. Zaraz otwiera się szufladka pamięci, mam może piętnaście lat, pewnie mniej: spaceruję z babcią alejką Parku Zdrojowego w Ciechocinku, jesteśmy blisko muszli koncertowej. Przechodzi obok starsza, korpulentna kobieta, babcia odwraca szybko głowę w drugą stronę i szepcze do mnie: patrz w drugą stronę, jak mnie pozna to będzie nudzić przez godzinę. Za późno, słyszymy: ach, pani Wandzio kochana! Babcia stara się krzywy uśmiech nałożyć na usta: o, co za niespodzianka, dzień dobry pani Wando (były imienniczkami). Korpulentna pani to Wanda Wermińska, wielka polska sopranistka epoki odeszłej. Ja już nigdy jej na scenie nie widziałem.
Babcia miała rację, niby krótkie, niespodziewane spotkanie zamienia się w długą historię i opowieści. Ja pytam stale o coś więcej, mimo ukrytych szturchańców babci. Babcia nie lubiła kobiet starszych, przypominały jej ją samą. No, ta była gwiazda światowych scen kradła jej ważny czas naszego spaceru, gdzie ona, babcia, była centrum mojej uwagi i ona mogła mi długie opowieści wieść. Niestety, babcia przegrywa. Ja chce tych opowieści, chłonę je. Jestem niewdzięcznym wnukiem. Ale babcię mam bardzo często. A Wandę Wermińską po raz pierwszy. I ostatni, bom nigdy więcej już jej nie zobaczył. Chyba, że w telewizji, podczas programu z Bogusiem Kaczyńskim, który stare, zapomniane gwiazdy muzyki pokazywał Polsce. Rozmawiałem po wielu latach o tym spotkaniu z Bogusiem, gdy był u mnie z wizytą z okazji koncertów z solistami Operetki krakowskiej, chyba na przełomie lat 80. i 90. Ale, wracajmy do spotkania w Ciechocinku. Pani Wermińska opowiada mi o jej spotkaniu z wielkim Szalapinem, legendą dawnej epoki opery. O Szalapinie naturalnie wiedziałem bardzo dużo, tak jak o Caruso. Więc słucham – jest początek lat 20. ubiegłego wieku, młodziutka Wermińska jest w Budapeszcie na jakimś konkursie. Jednym z głównych jurorów jest … tak, legendarny Fiodor Szalapin. Wermińska stoi na scenie na którą wchodzi Szalapin, jest struchlała z tremy. Nie może wydobyć głosu. Przecież on śpiewał na prywatnych koncertach dla carów, dla królów! Szalapin czeka chwile, wreszcie ryczy swoim basem na nią: nu, czego milczysz i stoisz, jak drąg? Ona odpowiada przerażona ale szczerze: patomu szto mienia nogi wrastut w ziemla. Szalapin śmieje się tubalnie. Ale konkurs wygrała. Docenił jej głos (gdy go w końcu odzyskała). Długa to opowieść, prawda? A w czasie mojego spaceru to był tylko momencik, zmysł pamięci przez sekundę-dwie. Takie są prawa pamięci zmysłowej, która istnieć nie może poza własnym, indywidualnym przeżyciem. I tylko wtedy następuje fuzja zamysłu twórczego i autentyzmu. Inaczej to tylko igraszki literackie, muzyczne. Różnica między literaturą a literackością. Między pisarzem a literatem.
Znaczenie tej opowieści (poza nocnym spacerem, echem wiersza Lermontowa do muzyki Rachmaninowa, który natychmiast w wokalnym wykonaniu Ładysza mi się przypomniał) o Wermińskiej to też zwykły fakt, że urodziła się na Ukrainie, niedaleko Kijowa. I jest to ważne dla natychmiastowego kojarzenia z rzeczywistością obecnej wojny na Ukrainie. Jej okrucieństwami ze strony rosyjskich marzeń wielkoruskich. Marzeń rosyjskich, a ukraińskich koszmarów.
Jest John ze mną na tym spacerze, pamięć jego najczulsza, zmysłowa; kształtu i dotyku jego dłoni, zapachu jego włosów. Wymieszana z moją pamięcią dumek ukraińskich, opowieści babci i ciotek o porohach na Dniestrze, o Zaleszczykach z wakacjami, o ciotce, młodej sanitariuszce, która opatruje w jakimś eszelonie ukraińskich żołnierzy obok żołnierzy polskich w latach pierwszej wojny. Kto po której stronie tej walki był? Kto bił się o polskie miasteczka a kto o ukraińskie chutory? Krew miała ten sam kolor: czerwony. Ukraińscy chłopcy bili się też miedzy sobą o różne, odmienne Ukrainy. Gdzieś tam byli też Hucułowie, gdzieś Rusini Zakarpaccy. Tych nikt o ich opinie się nie pytał ani o to za kogo chcieliby swoją czerwień wylewać. I nie ma to chyba dziś znaczenia praktycznego. Warto jednak pamiętać. Bo pamięć ma znaczenie. Pamięć mówi językiem ludzi, którzy żyli, byli. Politycy żyją jedynie ich współczesnością. A cmentarzyki z zapadniętymi grobkami nocą snują inne opowieści.
Stąd ten mój wiersz. Dziwna fuzja rzeczywistości teraz rzeczywistej, oczywistej przez to, namacalnej, dotykalnej. Z rzeczywistością pamięci zmysłowej, historycznej. Może niedotykalnej ale czy przez to nieistniejącej, nieważnej?
(cz. 2 cyklu o losach Żydów polskich w 1939-45/, 1945-46)
W poprzednim tekście literacko-biograficznym starałem się zarysować szkic czasu i świadomości – określonej miejscem i czasem – zaistnienia w moim życiu tygla uczuć i emocji związanych z zagadnieniem żydowskim w Polsce. Z historią i konkretnymi miejscami wypełnionymi cieniami Polskich Żydów. I z wielką pustką tych miejsc. Z opończą-mgłą smutku i braku. Znajoma plastyczka (Tamara Szymańska-Golik) w krótkim komentarzu do tego tekstu, wracając pamięcią do dzielnicy żydowskiej w Krakowie (Kazimierz) użyła jednego jeszcze zwrotu, bardzo adekwatnego: bezruch. Te trzy imiesłowy zawierają całą esencję mojego emocjonalnego stanu, gdy staję wobec historii i współczesności polsko-żydowskiej.
Na tyle na ile jestem zorientowany, etnicznie nie mam jakichkolwiek genów żydowskich. Pochodzenie mam w olbrzymiej większości słowiańskie, a z tego w największej części słowiańsko-polskie. Miałem i znałem jednego wujka, który był zasymilowanym Żydem polskim ale było to tylko dalsze powinowactwo a nie pokrewieństwo. Podkreślam to, by nikt nie podejrzewał moich rozważań jako kolejnej ‘wielkiej zmowy syjonistycznej’, jak często wszelkie, domniemane nawet, sympatie pro-żydowskie są określane przez ciemnogrodzkie środowiska faszystowsko-szowinistyczne. Gdziekolwiek na świecie, nie tylko w Polsce. Tyle, że te w Polsce interesują i bolą mnie najbardziej. I wzbudzają, rosnące z wiekiem, obrzydzenie.
Innym, niesłychanie ważnym zagadnieniem, które muszę tu określić jest sprawa polskiej przynależności kulturowej. Świadomego wyboru kolebki kulturowej. Tego, co u zarania nas ukształtowało i co w latach późniejszych, dojrzałych, świadomie zaakceptowaliśmy. Otóż kultura polska (w dzieciństwie nieświadomie, później świadomie zaakceptowana) nie może istnieć w swej formie bez tego dziedzictwa żydowskiego. Nie mogę wymieniać nazwisk wielkich Polek i Polaków pochodzenia żydowskiego, bo nawet wybranie małej grupki najsłynniejszych – zajęłoby zbyt wiele miejsca, a wtrącanie kilku ad hoc jest bezsensem.
Takie widzenia tygla zwanego ‘kulturą polska’ nie jest obce (raczej bardzo bliskie) noblistce, polskiej pisarce Oldze Tokarczuk. Dała temu wyraz bardzo jasny w rozmowie z D. Wodecką na łamach ‘Gazety Wyborczej” (24.01.2005) Nie może być obce nikomu, kto rozumie kulturę narodową, jako bezustanny proces, zjawisko niemal organiczne. Proces, w którym współczesność żywi się tradycją, historią – ale w każdym pokoleniu, każdej generacji dokonuje się nowa synteza tego ‘dziś’ i ‘wczoraj’.
Cyfry, daty są tu niesłychanie ważne. Zwłaszcza te z XX wieku. Klamrą polską niesłychanie ważną, najistotniejszą chyba, są dwa okresy: 1) okres Zagłady w latach 1939-45; 2) pogromy w latach 1945-48 po wyzwoleniu. Innym zagadnieniem jest okres Zagłady (wojna i okupacja terenów polskich przez Niemców, pierwsze zamknięte getta żydowskie i rozszalały morderczy terror hitlerowskiego nazizmu z jego kulminacją: final solution (Zagłada). Odmiennymi w wymowie, celach i ocenie moralnej były pogromy w Polsce po wyzwoleniu jej spod okupacji niemieckiej.
W cieniu tej niemieckiej machiny śmierci ukazują się przykłady niesłychanego bohaterstwa sąsiadów-Polaków. Bohaterstwa, gdyż kary na ziemiach polskich za udzielanie pomocy, za ułatwianie schronienia Żydów polskich, były bezwzględnie okrutne (śmierć) i stosowano je wobec całych rodzin lub wręcz sąsiedztwa (wsie, osiedla) osoby takiej pomocy udzielającej. Pisząc wiele, wiele lat temu na ten temat, użyłem nawet dziwnego sformułowania, że każdy polski Żyd, który w Polsce okupację przeżył – przeżył ją dzięki jakiejś akcji Polaka nie-Żyda. Niektórym osobom może się to stwierdzenie wydać zbyt szerokie, przesadne. Mnie się nie wydawało. Okupacja niemiecka w Polsce wyglądała inaczej niż w krajach zachodniej Europy. Była częścią wojny totalnej, nie konwencjonalnej. Z drugiej strony zawsze miałem świadomość, że nie wszystkie te akty heroicznej pomocy Żydom były powodowane ‘miłością bliźniego’ i nie były częścią zachowania altruistycznego, honorowego lub rycerskiego. Że wiele było przykładów pomocy ‘za coś’ i to ‘coś’ miewało często charakter obrzydliwy, kryminalny, czasem wręcz bandycki. Znaczy, że mimo iż ratowały (lub stwarzały szanse ratowania) ne mogły wszystkie być nazwane heroicznymi. I na takie określenie wiele nie zasłużyło. Pamiętam, wiele lat po wojnie żarty, których początkowo nie rozumiałem: gdy naszły wspomnienia towarzyskie (zwłaszcza przy ‘zakrapianym stole’) i wspominanie czasów okupacji, gdy kogoś z nieobecnych (naturalnie) wspominano , jeden z biesiadników dodawał: o, temu to źle nie było, bo w piwnicy ukrywał Żyda. Tajemnicą Poliszynela było, że w domyśle oznaczało to, że ten Żyd opłacił to schronienia wysoką ceną kosztowności, majątku. To były rzadkie momenty i tylko w pewnych środowiskach powtarzane. Ale kolokwialnie oznaczały pewne i rozgrzeszenie i akceptację zwycięstwa zła nad dobrem, pazerności nad szlachetnością, podłości nad godnością.
Zupełnie i całkowiecie przeczące romantycznej wizji Polaków ratujących (nawet za pieniądze czy inne korzyści materialne) polskich obywateli pochodzenia żydowskiego jest naturalnie Jedwabne i inne mniejsze i mniej znane akty bezpośredniego terroru. Tutaj możemy mówić jedynie o polskim współudziale w zbrodni – jakkolwiek odosobnionym i statystycznie nie mającym wpływu na rozmiar Holocaustu.
Pytanie czy Polacy mogli zrobić więcej i pomóc uratować więcej żyć żydowskich współobywateli jest pytaniem otwartym i bardziej filozoficznym niż praktycznym. Każdy, kto je zadaje musiałby sam być w takiej sytuacji, wobec takiego olbrzymiego i egzystencjalnego zagrożenia nie tylko wobec siebie ale i swoich najbliższych. Nigdy w takiej sytuacji nie byłem, więc nigdy ani zadać takiego pytanie komuś nie potrafiłbym ani dać na nie przekonywującej odpowiedzi.
Może wśród bardzo już nielicznych, którzy tamte czasy przeżyli, taki dyskurs, dylemat moralny jest możliwy. Wśród pozostałych nas – chyba nie.
Co leży u źródła pamięci i męczarni ducha Eliezera Wiesela spisania wspomnień tego okrutnego skrzyżowania historii i zła? Naturalnie realizacja, że musi być świadkiem Historii. Ale jest też moment bardzo osobisty, tragiczny na miarę największych tragedii Człowieka historycznego i Człowieka mitycznego. Przytoczę tu jądro osobistej tragedii cytując słowa samego autora tych wspomnień, Elie Wiesela:
Pamiętam tą noc, najokrutniejsza noc mojego zycia: „… Eliezer, mój synu, chodź tu … Chcę ci coś powiedzieć … Tylko tobie … Chodź, nie zostawiaj mnie samego … Eliezer …” /… … /
To było ostatnie pragnienie aby mieć mnie przy sobie w jego agonii, w momencie gdy jego dusza wyrywała się z jego poharatanego ciała – mimo to, nie mogłem spełnić jego prośby.Bałem się.
Bałem się ciosów.
Oto dlaczego pozostałem głuchy na jego głos. „
/(tł. własne z wydania uzupełnionego, w 2006, przez Hill and Wang, Nowy Jork, 2006; s. 11/
Wiesel miał wówczas piętnaście lat. Tylko ktoś, kto mając piętnaście był w takiej dantejskiej sytuacji mógłby spytać: dlaczego nie podszedłeś do ojca, gdy konający, wzywał cię?
Ale w tych refleksjach nie chodzi o to czy Polacy zrobili to, co mogli, co byli w stanie udźwignąć. Chodzi o to, czy zdajemy sobie sprawę w ogólnospołecznej świadomości z aktów kryminalnych wielu Polaków etnicznych, aktów zbrodniczych lub po prostu – nazwijmy to w końcu po imieniu – z czystej nienawiści rasowej, religijnej lub po prostu z niskiej pazerności, chciwości, z chęci rabunku ofiary prześladowania?
Olbrzymie znaczenie dla szerokiego zrozumienia tej kwestii mają badania historyczne, twórczość literacka, stosunek samego Państwa wobec prawdy historycznej. Za późno dziś i tak na sądy i kary. Oprawców i ofiary zrównała śmierć. Najsilniejsze są społeczeństwa, które nie boją się własnej historii. Które z tej historii i podłej i wielkiej, dzięki temu, że ją znają – potrafią się uczyć.
3. Najohydniejszą plamą epilogu historii polskich Żydów są pierwsze dwa lata po wojnie. Bez esesmanów, bez gestapo.
Przed 39’, w pochodach akademickiej ‘braci’ narodowców czy w Wilnie, czy w Warszawie, słyszano głośne skandowanie: ‘bij Żyda’. Hasło do rozrób w dzielnicach żydowskich, bicia szyb w sklepach żydowskich, warsztatach rzemieślniczych. W 1945 i 1946 dodano do tego pierwszego słowa ‘bij’ dwie litery, jak gramatyczny przedrostek: ‘z’ i ‘a’. Powstało – zabij.
Rzucano na ogół absurdalne oskarżenia o podłożu religijnym. Wyciągnięte ze starych mitów i ciągle pokutujące w szerokich, niewykształconych sferach, ultrakatolickie oskarżenia o mordowanie chrześcijańskich dzieci w rytuałach judaistycznych. To było najpopularniejsze. Ale bez wątpienia w umysłach zbrodniarzy, którzy byli prowodyrami tych napaści w Kielcach, Krakowie, Rzeszowie i wielu innych miejscach był silny element grabieży mienia – zwłaszcza domów i placów żydowskich.
Kiedy już wydawało się, że będziemy musieli sami stanąć przed lustrem naszego sumienia historycznego, kiedy zaczęły się rodzić zdrowe fundamenty do narodowej edukacji opartej na faktach, nie mitach – zwarły się na nowo szeregi tejże samej koalicji szowinistyczno-ultra-katolickiej. I, ku zdumieniu wielu liberalnie myślących Polaków – wygrali wybory w szerokiej koalicji ruchów prawicowych. Dziś te elementy nie tylko stoją na przeszkodzie prowadzenia dokładnych badań historycznych, chcą cofnąć już raz ustalone fakty, chcą wrócić do mitów narodowościowo-religijnych. Chcą wręcz zakneblować usta badaczom tematu. Tym, którzy mają po temu wiedzę i dostęp do narzędzi badań historycznych.
A przecież historia Polski nie należy do polityków, nie należy do proboszczów i ich kazań. Należy do nas. Do społeczeństwa.
W latach tuż po 2 wojnie światowej – w przeciwieństwie do ‘wybuchu’ w literaturze tuż po 1 wojnie – dziwnym odruchem prawie nic ważnego na tematy zbrodni wojennych i Zagłady się nie ukazało. Ludzie nie chcieli o tym mówić, pisać i czytać. Pierwszym na te tematy wydawnictwem literackim na świecie były „Medaliony” Zofii Nałkowskiej z ich słynnym podtytułem: Ludzie ludziom zgotowali ten los. Nałkowska wydała je w Warszawie już w 1946. Zadziwiające jest, że pełne tłumaczenie angielskie ukazało się dopiero w 1999, w prestiżowym Northwestern University Press. Świat też milczał.
Kolejnym wydaniem literackiego świadectwa Zagłady było wydane dopiero w 1954 w Argentynie, w oryginale jidysz „I świat pozostał milczący” (Un di velt not geshvign) Elie Wiesela. Niestety nikt prawie, również w środowisku żydowskim, nie był jego biograficznymi, wstrząsającymi wspomnieniami zainteresowany. 245 stron, które trudno ale powinno się przeczytać. Dopiero po wielu skrótach, dzięki poważnym zabiegom francuskiego pisarza Francois Mauriaca, wydano je w Paryżu w 1958 w skróconej wersji. Kiedy w 1960 (czyli aż piętnaście lat po wojnie) wydano je w Nowym Jorku, książka miała już tylko 116 stron. Nazywała się „Noc”. I po latach stała się jednym z najbardziej znanych świadectw czasu Zagłady, a Wiesel dostał za nią Nagrodę Nobla. Jakkolwiek ta przełomowa książka, maksymalnie skrócona przez wydawców francuskich i amerykańskich, nie dotyczy tylko kwestii sytuacji Żydów polskich na terenach okupowanej Polski – pisząc o Holocauście, o Shoa, nie sposób jej pominąć. Jest jakby kluczem do myślenia o Zagładzie. Naturalnie były (wydane w bardzo krótkim czasie po wojnie) pamiętniki dziewczynki, Żydówki holenderskiej Anny Frank. Czytane chyba przez więcej osób niż „Noc” Wiesela. Ale te pamiętniki nie dają obrazu Zagłady, nie piszą o Machinie Zła, o jej morderczych trybach. Znając późniejsze tragiczne losy Anny Frank i tło tych losów, wiemy wszak o unoszącej się nad nimi chmurze Zagłady.
Ale znam przecież inne dziecko tamtego czasu. Dziecko tamtego czasu, które przeżyło, zostało poetką, pisarką mieszkającą od wielu lat w Vancouverze, Lillian Boraks-Nemetz. Boraks-Nemetz wydała w 2017 powieść inspirowaną własnymi przeżyciami „Mouth of Truth” (wyd. Ekstasis Editions, Victoria, Kanada). Nie będę opisywał całej treści, bo nie jest to recenzja powieści. Przytoczę in corpore krótki fragment, który najbardziej może oddaje ducha tego, o czym tu pisze: pogmatwanych, tragicznych losów polsko-żydowskich lat 1939-46. W tym kontekście ta jedna klamra czasowa wystarczy, nie trzeba wyszczególniać okupacji niemieckiej i sowieckiej. Bohaterka powieści po wojnie odnajduje się w Toronto, Kanadzie. Zaczęła nowe życie. Jak wielu (większość?), którzy piekło 2 wojny przeszli, nie chce ani zbyt do tego piekła wspomnieniami wracać, ani żyć stałą o tym myślą. A jednak w pewnym momencie musi skonfrontować tamte wspomnienia dziecka, własną pamięć i strzępy pamięci innych. Wraca do Polski, Polski komunistycznej naturalnie. Jej poszukiwania kierują ją w pewnym momencie do chaty chłopskiej, gdzie u polskiej chłopskiej rodziny, za sprawą ojca i pomocy innych znalazła schronienie. Gdzie przetrwała, ocalała ze szponów Zagłady. Ocalała nie tylko dzięki tej rodzinie ale i dzięki sąsiadom, że na nich nie donieśli, że zbyt ciekawscy nie byli lub nie chcieli świadomie być. Miejsce i ludzie dzięki którym dziś żyje. Dom i zagrodę poznaje bez trudu. Para starszych ludzi, mówią, że poprzedni właściciele zmarli, a oni kupili dom od ich rodziny. Pozwalają jej wejść w obejście, do domu. Poznaje każdy zakamarek, nic tu się prawie nie zmieniło. Wchodzi do domu i pamięć wraca ze szczegółami. „ … te same schody na antresolę, gdzie stary Bolek wdrapywał się, by ukryć jej książki a potem targował się z nią, że odda je jej w zamian za seks. Czasem obiektem targu był chleb. /… / Stoi na progu pokoju, gdzie ten stary człowiek ją molestował. Ten pokój przy kuchni, gdzie siedział przy piecu ze swoją fajką, gdy miała dziewięć lat, jest tak wyraźny, jak tego dnia. Jego rozpięte portki, członek na wierzchu, wstaje powoli i idzie w jej kierunku, w ręku ma kawałek chleba. / … …/.” (s. 154, tł własne)
Tyle wystarczy. Bez moich komentarzy. Niech czytelnik komentarze, refleksje własne z tego tygla historii i przeklętego czasu wysupła. Czasu heroizmu. I czasu okrucieństwa. Zagłady, która była żydowską zagładą Holocaustu, Holocaustu Żydów. Ale i Zagłady Człowieka, człowieczeństwa. Tak właśnie czytać należy słynny aforyzm Zofii Nałkowskiej: Ludzie ludziom zgotowali ten los. To nie jest próba ‘uniwersalizacji’ Holocaustu na wszystkie ofiary hitleryzmu. To słuszna, głęboka refleksja wielkiej i precyzyjnej w słowach pisarki. Cała treść „Medalionów” mówi wyraźniej o Zagładzie Żydów niż jakiekolwiek próby zmiany jej aforyzmu. Tu nie może być jakiejkolwiek pomyłki. Całkowicie zgadzam się ze świetnym na ten temat opracowaniem profesor Grażyny Borkowskiej (kwartalnik PAN „Nauka”, 02.2019).
O refleksjach z bardzo ważnej konferencji naukowej , której przysłuchiwałem się z napiętą uwagą, na Uniwersytecie Toronto napiszę w ostatnim, trzecim artykule z tego cyklu.
Ostatnimi tygodniami kilka publikacji, do których po latach wróciłem. Polskie wszystkie (co cześciej mi się teraz zdarza – oznaka starzenia się i bliska temu sentymentalność ckliwa? 😅) i polskich autorów. Gdzieś od kilku lat ostatnich częściej po polskie książki sięgam. Jeszcze sześć-siedem lat temu było zdecydowanie odwrotnie (rzadko na moich rękach, niech ręka moja wystęka, jawi się druk Smętka 🤣), wiekszość była obcojęzyczna. Choć zwrot ‘obcojęzyczność’ brzmi kuriozalnie, gdy używa go ktoś, kto spędził trzykrotnie więcej życia poza macierzą domową… . Ale wynika to (te czytanie polskich książek teraz) z prostej przyczyny: szukanie pewnych odpowiedzi, pewnych dróg umożliwiajacych zrozumienie czegoś, co mnie akurat absorbuje. Bardzo generalizując i uproszczając te pytanie-zagadnienie brzmi: kim do cholery tak naprawdę jesteśmy? My – Polacy. Nie, niech kochani Ślązacy i Kaszubi najmilsi nie protestują. Nie trzeba. Nie chodzi o ścisłe więzy krwi , genetyki i antropologie kulturowe. Chdzi o to, że gdzieś mieszkaliśmy, pewne normy, drogowskazy kulturowo-historyczne mieliśmy i je wchłoneliśmy z ‘matczynej piersi’ (lub z butelki ze smoczkiem). Sam mam w sobie całe cysterny krwi nie tylko nie plemiennej, to jeszcze nawet (pssst) nie słowiańskiej w małej części (zdaje się, jakaś niemiecka niższego rzędu arystokratka była moją praprababką, zaś dalej jeszce w kolejności pra-pra sięgają ślady luksembursko-belgijskie, inny prapradziad był Madziarem, jedna z prababć i prapradziad z Czech – wiecej grzechów nie pamietam, LOL). Ale ni do Niemiec, ni do Wielkiego Księstwa Luksemburskiego lub niziny panońskiej ani pretensji nie mam ani związany z nimi się nie czuje – choć lubię – z małym wyjatkiem: w Pradze czuję się, jak w domu i kocham to miasto. A do Polski i owszem pretensje wszelkie mam i związany jestem z nią na dobre i złe. Kanada zaś to zupełnie inny orzech. Zgryziony, strawiony świadomie i z wyboru. Tu żadnych czarów-marów nie było ani genetyczno-kulturowej zaprawy do fundamentów. Więc te fundamenty moje w 100% polskie (cokolwiek pod tym rozumiemy) i męczą czasem w rozumieniu, w rozsupływaniu tego tobołka ponad 1000-letniego.
Stąd te kilka tytułow ostanio przeglądanych. Bardzo różnych i z bardzo różnych czasów. A na różne pytania pomagają szukać odpowiedzi. Znanych wielkich i bardzo mało lub w ogóle nie znanych (wielka sława to żart, książę błazna jest wart – tak, tak panie baronie cygański), którzy w pewnych pytaniach coś mi podpowiadali.
Stanisław Kowalczyk, młody bardzo poeta, który ginie tragicznie bardzo wcześnie. Zostaje więc tylko okrzyk młodości (i to w okropnym otoczeniu wojny i zniszczenia) szczery, jeszcze nie zmanierowany możliwymi laurami wieku dojrzałego, może starości nawet. Co zostawił, co mi wytłumaczył? Młodość właśnie, zapis uczuć i przeżyć poetyckich in statu nascendi. By ich nie zapomnieć, nawet gdy formą lekko młodopolską szfankują – bo te wczesne są ważniejsze od wszystkich traktatów mędrców wieku późnego. Pamietaj więc siebie wieku młodego – to byłeś ty. To nauka bardzo trudna do – wbrew pozorom – do zapamietania. (“Osty kwitnace”, wyd. I, Pruszków, 1943- przedruk całkowity z oryginału w 2005 w Pruszkowskiej Książnicy)
Mikołaj Rej we wspaniałym I wydaniu “Człowieka poczciwego” (Zakład Ossolińskich, 1956) z doskonałym, 60-stronicowym wstępem (sam Wstęp taki to wszak prawie osobna praca naukowo-krytyczna) kochanego Juliana Krzyżanowskiego. Co za gratka czytać Reja nie jako obowiazkową lekturę a człowieka polskiego Odrodzenia par excellance – budzenie Polski z długiego snu średniowiecznego, przywracanie korzeni przed-chrześcijańskich (klasyki greko-rzymskiej), budowanie na nowo rodziny europejskiej. Ale wszystko zakotwiczone bardzo silnie w tej chrześcijańskiej, rzymsko-chrześcijańskiej sielankowości Polski Rejtana. Jeśli czytane z tym kluczem Krzyżanowskiego – jakże na nowo odkrywcze. Tu sporo żem był sobie przypomniał, może na nowo odkrył lub zauważyłem czegom wcześniej niekoniecznie zauważył. To pomogło.
Poeta polsko-kanadyjski Ryszard Tylman i jego wydany wiele lat temu w Krakowie tomik “Koty marcowe”. Z prozaicznej przyczyny: podobne losy, czasy i miejsca. Zwłaszcza, że przypomniał mi w wierszach z ich pobytu we Włoszech (był tam z małżonką, z którą później w Vancouverze łączyła mnie serdeczna przyjaźń, a z nim współpracowałem, jako redaktor), jako polscy uchodźcy. To były te same miejsca, ulice i czasy, gdy ja tam byłem z identycznej przyczyny. W krótkich stosunkowo odstępach czasu tam byliśmy. Ja zajęty byłem pracą doraźnego aktywisty życia obozowego i jeśli sięgałem po pióro to raczej pisząc publicystykę i memoriały polityczne niż wiersze. A wiersze są prawdziwszym zapisem momentu. Momentu kolosalnie ważnego, przełomowego. Decyzja opuszczenia ojczyzny jest nie porównywalna do zmiany zamieszkania, emigracji do innego kraju. To dwa różne, kompletnie do siebie nie podobne zwierzęta-smoki. Zwłaszcza z emocjonalnego punktu widzenia. Więc czytałem te jego wiersze (cz.I pt. ‘W drogę’) i pamietałem, przypominałem. Nie, chyba nie porównywałem, bo to bezsensowne – Ryszard to on, a ja jestem Bogumił, też dwa różne zwierzaki. Ale proces emocjonalno-twórczy musiał i był podobny, zbliżony. Więc te wiersze mi przypomniały ten moment właśnie, nie w refleksji historycznej a ulotności chwili właśnie. Tamtej chwili w jej trwaniu, a nie pamięci tej chwili. Zamknąć czas chwili potrafi tylko poezja (lub rzetelne Dzienniki). To różnica kolosalna.
Wielki dla polskiej myśli niepodległościowej i dla przetrwania niezależności polskiej literatury był naturalnie przez cały okres mazi PRLowskiej Jerzy Giedroyc. Sam pisał bardzo mało. Literatem nie był. Był Redaktorem-Organizatorem. Szarą Eminencją. Ta jego “Autobiografia na cztery ręce” (wyd. Czytelnika, 1996) jest tego potwierdzeniem w pełnej mierze. Ale nie szukałem tego potwierdzenia. Nie szukałem też śladów moich prywatnych z nim kontaktów ani jego klucza do rozumienia wagi literatury emigracyjnej. Chodziło mi o dość rzecz prozaiczną czasowo a związaną z wojną na Ukrainie. Tą wojną teraz, nie tamtymi w latach 1918-20. W końcówce Miedzywojnia Giedroyc już był własnie taką szarą eminencją, takim organizatorem, który zapalał pewne iskry pomysłów politycznych. Dużym problemem w II Rzeczypospolitej była naturalnie kwestia mniejszości narodowych w Polsce. I pomógł mi jaśniej to zobaczyć, bez sentymentu rodzinnego i literacko-poetyckiego. Więc wygladało to słabo. W zasadzie nie wygladała w ogóle. Z winy – może lepiej by było napisać: z zaniedbania? – Polaków i polskich władz. Pojedyńcze osoby starały się coś w terenie zrobić ale skutecznej polityki zabrakło. Można nawet zaryzykować, że (bez ujęcia jej w ramy systematyczne) polityka, która istniała i działała była szowinistyczna i przeciwna temu. A wielka szkoda. Podejście Polski było paternalistyczne a nie partnerskie. Niestety (dla Polski) wiek był XX a nie XVIII.
Czy coś to tłumaczy (np. Rzeź Wołyńską)? Tak. Zresztą nie chodzi o tłumaczenie (zbrodni wytłumaczyć nie sposób) a o zrozumienie pełniejsze. Widzenie dalej niż krawędź własnego nosa. Pespektywę historyczną zajść, zachowań.
Czytanie się więc przydaje ciągle. I to by było na tyle.
Każda wojna, każda rewolucja, każde powstanie jest brzemienne w mity, legendy chwały i bohaterstwa. Cmentarze ze szczerniałymi od starości krzyżami, z białymi brzozowymi krzyżami, małe kapliczki i tabliczki po lasach, na rogach ulic, tynkach kamienic. I wielkie pominiki z marmuru, granitu, stali. I nazwiska-symbole dowódców, żołnierzy. Ma też bardów. Zwłaszcza tych, którzy polegli w walce, jak Baczyński lub Gajcy. Każda wojna, walka na śmierć i życie ma też setki nieznanych lub bardzo mało znanych młodych poetów, twórców sztuki, którzy tej wojny, tej walki nie przetrwali, a przedwczesna śmierć uniemożliwiła im rozwój talentu, publikacje. Twórcze zaistnienie w historii swojego kraju. Więc, gdy rocznica już siedemdziesiata ósma Powstania Warszawszkeigo nadeszła – nic nie pisałem na jakichkolwiek forach i w jakimkolwiek formacie. Dajmy im już usnąć, bo ten ciągle powracający szmer i walka słów o sens tej hekatomby już zbyteczny. Historia. Teraz zwłaszcza, gdy nikt prawie z tch, co o tym opinie wydają w tamtym czasie nie istniał. Nawet w zamysle rodziców. Nawet Powstania Styczniowego i jego przywódców tak nie szarpano, jak tych z tego 1944.
Teraz, blisko dziesięć dni od tej daty wybuchu Powstania, od jego obchodów chcę jednak przypomnieć, poniekąd symbolicznie tych, o których w tych obchodach nie wspominano. Tych nie znanych lub prawie nieznanych, bardzo młodych żołnierzach-poetach Armii Krajowej. Skłoniła mnie do tego wymiana zdań z dyrektorem Książnicy Pruszkowkiej, który w tych obchodach w Pruszkowie pod Warszawą brał udział. Bo przypomniało mi to postać Stanisława Kowalczyka, wyjątkowo uzdolnionego poety, o którym bez wątpienia, gdyby tą wojne i ten rok 1944 przeżył, byśmy usłyszeli dużo więcej, a literatura polska miałaby nowy, piękny rozdział. 23 sierpnia 1944 ta nadzieja, ta szansa na nowe publikacje, nowe wiersze – zgasła.
Poniżej publikuję zdjęcie ze stron rocznika “Strumień” (wydanie z 2007) z moim esejem na temat jego twórczości.
Sam, w latach gdy w Pruszkowie mieszkałem (sypiałem raczej, bo mieszkałem de facto w Warszawie, gdzie żył cały mój świat) lubiłem tą drogę do Pęcic. I od tegoż, 2007 roku, na zawsze już mi się z Kowalczykiem będzie ona kojarzyć. Więc: non omnis moriar – dla mnie, Polaka całe życie z literaturą związanego, Stanisław Kowalczyk na zawsze tej literatury ważnym fragmentem pozostał.
Na Facebooku pędzi od kilku dni rozwichrzone stado Pegazów. Grzywy skrzą się niczym perły na firmamencie nieba, skrzydła furkoczą unosząc się ku szczytom Parnasu. U wrót świątyni twórców oczekuje ich westalka Apolliona, Olga.
O, szczęście wymarzone! Serce uniesione! Cóż padoły wyklęte niewiernych, cóż dziady nieczyczate spod strzech Adamowych? Oni są princami i princesami ogrodów Samarkandy, kędy się tanecznym krokiem, wśród piękna niedościgłego – zaiste objawionego – przechadzają. Oni! Ci którym Olga sama powiedziała, że pisze przepowiednie dla nich, wniebowziętych rodaków ojczyzny piękna i wdachnownienia, którego doznał ongiś Puszkinowski Eugeniusz.
W. Podkowiński “Szał uniesień”
Piękny ten widok, ten obraz rozwianych, niczym u Podkowińskiego, grzyw Pegazowskich, tych nazwisk osób znajomych i tych, których tylko z tekstów wrażliwych znałem. Ze szczytów Tomaszowej Góry Czarodziejskiej ku dolinom poglądającym, z zasłużoną wyższością. O ludy i narody niecne, wszeteczne, które światła dostąpić nie chcą – biada wam, powiadam. Wam i waszym dziatkom, że w strumieniu, o którym Jan z Czarnolasu w Pieśniach boskich pisał, że spod Parnasu bieży, kapać się dla orzeźwienia nie pozwoli.
Więc takoż w uniesieniu, w pełnej ekstazie, rozwiane grzywy mieszają się z perlistym ślinotokiem, który nie płynie ku dolinom – o! nie – a ku szczytom zmierza. ‘Nam jedna szarża – do nieba wzwyż’ poprowadzi nas subtelny (oczywiście, że subtelny a nie gburski) Krzysztof Kamil.
Leon Bakst “Elisium”
I tak odrodziło się nam, po tysiącleciach westchnień próżnych, Elizyjum. W sposób tak łatwy i prosty, że aż zdumiewające, że nikt na pomysł wcześniej nie wpadł. Za jednym słowem prostym, znanym, częściej niż trzeba może używanym: idiota.
Warto by chyba przypomnieć sobie powieść pod tym tytułem Fiodora Dostojewskiego. Jest zajmująca. Być może wiele mówiąca. Czy ‘idiotą’ jest tak określony, tak nazwany, czy są nimi tak go określający, nazywający? Kurosawa, sam twórca pierwszej wielkości, tak reflektował przy pracy nad adaptacją dzieła Dostojewskiego: Prawdziwie dobry człowiek bowiem w oczach innych jest uznawany za idiotę. To jest tragedia tej historii. Historii zrujnowanego, czystego człowieka”. Naturalnie, nie sugeruję iż domyślny adresat (PiSowski wyborca, zakładać można), tego słowa użytego przez Olgę Tokarczuk, jest przykładem dobrego, czystego człowieka. Ale, gdy się publicznie pewne oceny wyraża na spotkaniu, które było filmowane i w czasie współczesnym, gdy wiadomo, że takie opinie osoby bardzo znanej – noblistki, wybitnej pisarki – natychmiast ukażą się wszędzie i wobec wszystkich – pewne niuanse (?) rozmydlą się. Gdybym ja tak powiedział do moich czytelników – nikt by uwagi (poza garsteczką tych czytelników, LOL) na to nie zwrócił. Przez to, że osoba autentycznie wybitnej pisarki nie ma tego samego przywileju zacisza własnego pokoiku, który mam ja – konsekwencje są inne. A z reszty wypowiedzi skierowanej owszem, do zebranych przyjaciół i wielbicieli talentu pisarki – wyszło jeszcze większe nieporozumienie i błąd. Po prawdzie ‘idiotami’ zostali wszyscy, którzy większości jej twórczości nie czytali. Lub tylko we fragmentach. A takich jest dziś sporo. Inne czasy, niezbyt przychylne dla literatury słowa pisanego dłuższego od jednego arkusza. Możemy nad tym ubolewać (powinniśmy) ale trudno tego trendu, nie tylko polskiego, nie zauważać. Na nagrywanym spotkaniu z fanami noblistki nastąpiło mrugnięcie porozumiewawcze okiem: wiecie, to między nami, wy rozumiecie wysoką literaturę, wy jesteście inni od ‘nich’. I najgorsze, w zasadzie niewybaczalne: piszę tylko dla was. A to już arogancja. Zbyteczna. Oczywiście w Polsce dzisiejszej, Polsce podzielonej bardzo ostro, gdzie obowiązuje zasada: kto nie z nami ten przeciw nam – obywatel przeciwny kato-faszyzującego obozu władzy jest niejako zmuszony stanąć po stronie pisarki. Nawet jeśli w duszy czuje się dość skrepowany, bo wie, że nie czytał wszystkich wydań Tokarczuk lub nie czytał nawet w ogóle. Czyli wie, że jest … idiotą. Ale wie też, że to nie zupełnie sprawiedliwe, za idiotę się nie uznaje. I mnie też się wydaje, że taki obywatel nie jest idiotą. W tym wypadku wole już być tym Myszkinem Dostojewskiego, niż dołączyć do ślinotoku wyznawców religii skądinąd fantastycznej pisarki. Kultura nie wysoka a kultura celebrycka, ot co.
When I was a young admirer of classical music, I sought well established, famous musicians. To be at a concert of someone known to be a master, virtuoso of an instrument. To listen to music played the way the music ought to be played. Orchestral or solo, chamber type or powerful experience of full orchestra in a symphony directed by an admired director! Ah, for young, hungry for excellence youth – that was the pinnacle. I am glad I did it. Solid base, fundament is very helpful. For as long as you are not too timid (I wasn’t) to allow yourself to freely like or dislike certain composition, specific type of music. Art is not a religion. Art is freedom foremost. Of course, it didn’t hurt that I lived in a big city, that was very well known for its affinity for music and no shortage of good concert halls, musicians – Warsaw. Even in communist times (or perhaps in spite of it), culture flourished in Poland. And (that must be acknowledged) it was affordable, fully supported by the government. The results were not always pleasant for the authorities but wonderful for the public. Art schools of all sorts and levels were also heavily subsidized by the communists. And art was our escape from the dreary and boring life around. There was no shortage of exceptionally talented people in every field of culture. The most difficult task was for writers, the easiest for musicians. Visual arts were somewhere in between. With written or spoken word your intentions (freedom, truth) were clearly visible, audible. So writers and poets had to manipulate, use so called ‘writing in between the lines’ technique. But musicians could escape they eye and furry of the censor much easier. Particularly (as often was the case) if the censor was not very perceptive or of more feeble then intellectual mind. As it is often the case with censors.
That solid base allowed me to be comfortable to change my tastes in music and musicians. With time I preferred live concerts with younger, knew players, voices, sounds. The masters, after all, are always within arm’s reach on the vinyl, CD’s, online.
It is a marvelous journey to observe a young player blossoming, becoming mature musician. How his playing changes and goes through a metamorphosis. It is thanks to these players that an old, sometime very old, sheet of music that you have heard so many times – becomes alive again, young, vibrant. As it should. The composer might be gone long time ago but the music must be kept alive, current. Otherwise a concert is like a visit in a museum – interesting, enriching but often too long, tiring at the end. Canons are important for technical reasons, not for spirited interpretation. The overwhelming desire must be always kept on the essence of art and being an artist: what story I have to offer to the listener? What is my commentary on beauty or philosophy, ethics and esthetics to a contemporary listener? Of course, the trick is to remain respectful and true to the notes written often very long ago. Being always aware that circumstances and habits change with epochs. But human soul, dreams, emotions remain the same for millennia. Therefore you must try to find in the composition and your study of the composer biography, that inner message, the emotion that should be immortal. The story of human condition. And you, the pianist, violinist, trumpeter, flautist, guitarist must tell the story in your own voice. We, the audience must believe that you are telling us your own story. Just like Hamlet on the theater stage should no longer belong only to Shakespeare – you must become that Hamlet and it must be a contemporary voice. It must be your desire, your despair or triumph that will move us.
Just playing good, properly adhering to the tempo, intervals, tonality, melody will not do much for art. It might be proper, might be even elegant. But it lacks creativity. Just because you go every Sunday to a church to attend mass, know the hymns, the prayers – does not make you pious. In this way art and religion are very similar indeed: they require fervor and passion in the ultimate consumption.
Have been lucky to observe, over the years, many carriers and artists. Known some of them personally, with some have even become friends (that is rewarding but also difficult for someone who writes about their art). Some exceptional, others less but still truthful to their search. Still, others have given up the stage for the safety of teaching careers in musical schools, in academia. Stage is not for everybody. It could be a terrifying place. But it also offers the freedom to fly, to soar. Just make sure that your wings are strong. Rewards could be amazing.
On April 30th, at the evening, I drove over hundred kilometres from Halifax to Lunenburg to listen to a young pianist, Jean-Luc Therrien. He was just about to end (except for one more concert in Antigonish) his tour of Debut Atlantic, well established artistic venue supported by Canada Council for the Arts. Afterwards, I planned to write a review of the concert. But life, at times, has other plans for us and I had to postpone writing it. To a point that typical review becomes obsolete. Your own memory and emotions are no longer as vivid as a day or two later. Yet, I wanted to mention it and the pianist, for it was a very good musical experience. Worth mentioning.
Alas, on that day I drove to Lunenburg in search of that young passion in music, for new musical meeting with new pianist. Almost like on a first date: with a bit of tension and trepidation but excited and looking forward to it.
The setting was similar to my previous concert outing in Halifax, in St. Andrew United Church, with acclaimed pianist Richard-Hamelin and a young cellist Cameron Crozman. Again, Therrien concert was in an old, Central United Church, with beautiful stain glasses, settled in district filled with gorgeous old churches.
It was such a shame that the venue wasn’t either advertised properly to local community (considering the fact that Lunenburg and its neighbour, Mahon Bay, are small towns with densely populated smaller downtowns) or the locals are interested only in tourist dollars, not in supporting and admiring culture. The small audience that gathered inside was definitely not disappointed. And the young, smiling and very pleasant pianist did not show lack of enthusiasm for music or respect for listeners.
Perhaps the opening piece, Prelude et dance op.24 by Jacques Hétu was the most difficult to play. Not only for the fact that this Canadian (from Quebec) contemporary composer is probably not very popularly known. It is composed with extensive pedal work and requires a strong, modern piano. I’m afraid that the old, venerable grand piano of Heitzman (best Canadian piano maker in XX century) could not fully reproduce the sound that Hétu intended. Yet, definitely it was a very interesting composition and I listened to it with great interest.
The next part paid off any misgivings in multifold. Third part of great Suite bergamasque – one of the most played and loved Clair de Lune. Heard it so many times played by the greatest pianists. But chased away any thoughts of any comparisons, which would have been unfair. Let the young man play it the way he hears it in his soul. And he did. Maybe a bit timid at the very first phrases but the rest was beautiful. So poetic. With that interpretation he sold me. The rest of the concert I just enjoyed myself.
Jean-Luc Therrien is definitely an emotional pianist. His music comes not only through his fingertips but also from his heart and soul. It is not yet pristine and fully disciplined technically, but it flourishes by full emotional immersion of the pianist. You can always improve your technical skills if talent, luck and perseverance gives a long stage career. But that God’s given touch of emotionality cannot be learnt, it must reside in your soul from the very beginning.
That was seen also in somewhat diabolic prelude of Debussy: the F-sharp minor “What the west wind saw” – fast paced and full of arpeggios composition not for timid pianists.
Therrien finished this part by playing one of the giants of romanticism (Debussy personal hero) Franz Liszt Mefisto Waltz No.1. I must admit that I never liked that composition and do not see it as a musical achievement of this great Romantic pianist and composer. Therefore can’t offer my personal opinion on Jean-Luc Therrien play of it. It sounded proper – that’s all I can say.
Second part of the concert was difficult and challenging for any pianist. Introduction of modern Canadian composer from Alberta, David McIntyre in “A wild innocence“. It was very short and technically interesting. But in a whole – lacking artistic musical purpose. I suppose, since the entire tour is organized traditionally by Canadian Council of Arts – the repertoire must include domestic contemporary composers.
True challenge and musical artistic genius was brought by the final piece, Sergei Prokofiev Sonata no.2 op. 4. It is very transformative music composed in times of great upheavals and changes in artistic expression. It is also affected by personal sorrow of Prokofiev due to sudden and tragic death of his close personal friend. Yet, as a true artist, the composer packed the score with much deeper, philosophical discord of great changes on the horizon of humankind. It has parts that seem almost too easy, almost not worthy the title ‘classical music’. Somewhat reminds me of music by Gershwin on the other side of Atlantic at the same time. But it is all misleading. The ‘easiness’ of these parts underscores the other parts of the compositions. One compliments the other. It speaks in new language, different of languages of Debussy, of Liszt, Chopin and Mozart. I thought that Therrien played it splendidly. Emotionally and with great musicality. I could clearly see young Prokofiev overwhelmed with sadness of losing very close friend and escaping to memories and happy times, melodies and finding somehow peace in the finale were he brings all the rhythms, all the movements of previous parts into conclusion. With somewhat stoic understanding, even moments of lightness: nothing is forever, nothing is given in perpetuity. Neither in private life nor in world habits, styles, epochs.
It was very nice that the small group of listeners wanted to show the pianist how much they enjoyed his concert and did everything not to stop clapping and almost forced him for a bis. He definitely gave us all big joy and pleasure. The pianist obliged and play a small piece of Robert Schuman’s music. Elegant but not empty. In times of Schuman, in between musical epochs, compositions had to be formed elegantly, while a good composer still could enrich them with true meaning, thought or emotion. Many things could be said about Schuman as a composer – but never that his compositions were not a good music.
Therrien recorded two CD that are worth mentioning: Piano Preludes by American-Spanish label Orpheus Classical ( Claude Debussy Book 1 of Preludes and Franz Liszt Symphonic Poem no.3, S.97 (nota bene: Liszt was the father of this musical form). Therrien arranged it himself for solo piano.
Second of these recording is a CD produced by French label Klarthe. It contains an array of fantaisies by many composers played by duo of Jean-Samuel Bez (violin) and Jean-Luc Therrien (piano, of course).
Of these two recordings, I particularly liked the ‘Piano Preludes’ produced by Orpheus Classical.
Jest coś przerażająco pustego w naszej cywilizacji. W gruzach własnych kłamstw i pożarów runęły stare Kościoły, etyki, zasady. Nie, nie były szczere ani prawdziwe. Nie opierały się ani na dobrze ani na szacunku wobec innego, drugiego. Ale ofiarowywały pewną nadzieję, pewien schemat postępowania i oczekiwań, które czyniły życie znośniejszym. Małe cele możliwe do osiągnięcia, nawet ucieczkę w elizjum metafizyki służenia Czemuś, wartości przerastających szarą i nieruchomą egzystencję.
Dwa światy
Krótki spacer nad kanałem morskim oddzielającym Dartmouth od półwyspu na którym rozłożył się sąsiedni Halifaks. Dzień ponury, dżdżysta materia wisi w powietrzu i opończa wilgoci zamazuje kształty, kolory, rozmywa krawędzie. Zakątek na spacer wybrałem dość podły. Resztki rozwalających się starych zakładów małego przemysłu, jakieś nieczynne już, lub w poły tylko, magazyny. Ale te pół ruiny to fantastyczna, kolorowa i wiecznie zmieniająca się galeria murali/graffiti/fresków. Bez zwracanie uwagi na szczegół, bez prób rozszyfrowania języka twórcy – samymi tylko kolorami, wielkością, omal mahometańską tradycją graficzną – te ściany upiększają dość biedną rzeczywistość tego krótkiego zakątka, małej części kilkukilometrowej trasy spacerowo-rowerowej, miedzy dwoma przystaniami promów miejskich.
Ale w dzień, jak ten właśnie, sama atmosfera zmusza cię do ‘czytania’ tych graffiti. I wtedy słyszysz ich krzyk. Lub złość, protest. Rozczarowanie. Pokazanie kułaka zgiętego w łokciu, środkowego palca. To nie są piękne freski upiększające otoczenie (choć piękne są). To sztuka protestu. Gazeta ścienna. Manifest Komunardów? Nie, to też spaliło na panewce. Wszystko prawie. Każda obietnica. Każda rewolucja, która pożarła swoje dzieci i wymordowała swoich przywódców, którzy przedtem mordowali swoich wielbicieli. Lenin-Trocki, Robespierre-Danton. Wieczna dychotomia. Idee, które w imieniu człowieka i ludzkości tychże wyrżnęły na dudka. Lub po prostu wyrżnęły. Demokracje liberalne, które skończyły się nową formą pańszczyzny, wolności osobistej okiełznanej kolczastymi drutami ekonomicznego wyzysku tzw. wolnego rynku. Próbowano już wszystko chyba – i wszystko zawiodło. Zawiodły Kościoły stare i Kościoły nowe. Pozostał angst. I Banksy. Jego naśladowcy. Biedni, zdolni, naćpani może narkotykami, rozczarowani społeczeństwem, systemem. Człowiekiem. Ale nie milczący. Puszka farby w aerosolu nie jest taka droga.
Miasta, biznesy próbowały początkowo z tym walczyć. Sypały się groźne słowa świętego oburzenia: wandalizm, graficzne zaśmiecanie środowiska, brzydkość, wulgarność. Często z poparciem tej najgorszej, najbardziej przeciętnej i zaślinionej drobnej burżuazji (tak, tejże współczesnej dulszczyzny i wnuków bohaterów słynnego wiersza Tuwima o ‘strasznych mieszkańcach ze strasznych mieszkań’). Przeciętniaków, którzy ongiś żyli (i kształtowali swoje płytkie poglądy) sensacyjnymi tytułami popołudniówek, a teraz trwają, z wypiekami na twarzy, na swoich fejsbukowych forach, swoich tłiterach i instagramach. Pewien wpływ na tą twórczość graffiti miał niewątpliwie prąd w sztuce znany, jako konceptualizm i jego pochodne i późniejsze popularne i bardziej przystępne intelektualnie formy popartu. Ot, słynna Zupa Campbell czy wreszcie fenomenalna Puszka Coca Coli Warhola. Zwłaszcza Coca cola stała się wspaniałym otworzeniem na pastisz, na ironię, na ‘okazania nagiej prawdy, ‘prawdziwej twarzy’ społeczeństwa konsumpcyjnego. Bez względu na zamierzenia neurotycznego i zadufanego w sobie Warhola. Okazało się, że słynny druk Coca Coli można ukazać, jako nowy symbol Ameryki. Jej nowe godło narodowe. Nie żadne Deklaracje, dumny Orzeł, wolność. Bzdura – idealny symbol biznesu, robienia forsy bez skrupułów, sprzedawania (pardon moi) gówna nie wartego i nie kosztującego więcej niż pięć centów za dolara, w dodatku gówna szkodliwego (epidemia otyłości i cukrzycy jest pochodną tej fascynacji masy cukru i sprytnie dobranych, jak w kunsztownej mieszaninie używki narkotycznej, związków symulujących smakowitość): puszka Coca Coli. Nic więcej. Nowy sztandar patriotyzmu za który młodzi żołnierze maja oddawać życie. To wszystko miało bez wątpienia wpływ na ironię, szyderstwo, a w końcu wielki smutek subkultury, często określanej (i samookreślającej się tak), jako underground/podziemie. Choćby szwedzka mistrzyni Czon, która poszła dużo dalej niż Banksy i zerwała z dość ściśle przestrzeganą przez Banksy’ego zasadą wysokiej estetyki jego dzieł. Współczesne, podziemne graffiti to krzyk, złość – ale też coraz widoczniejszy ból, rozczarowanie, zagubienie. Angst. Dzieci Kierkegaarda, Sartre’a, Heideggera czy nawet Nietzschego? Rozpacz egzystencjalna?
Stracone pokolenie? Ale stracone dla kogo, dla czego? Tego, co podłe, co do desperacji i alienacji młodych doprowadza? Może to oni biją w dzwony jakiejś nowej, lepszej katedry, której jeszcze nie zbudowano?
Zastanawiało mnie to w ten dżdżysty ranek. Kiedy deszcz nie padał, a powietrze było deszczem samo w sobie. Kiedy piękno natury rozpływało się, gubiło kształty i kolory w tym deszczowym powietrzu, a brzydota cywilizacji, tuż obok, na wyciagnięcie ręki – gniła, rozpadała się, opadała tynkiem, brunatniała rdzą spływająca po ścianach, jak strużki stężałej krwi. I w tym wszystkim gorące, wyraźne murale, graffiti. Jak te w Kaplicy Sykstyńskiej. Która ostatecznie jest też czymś wiele większym niż tylko dziełem sztuki geniusza. Jest ówczesną alegorią ludzkości i komentarzem dziejów. Każdy czas ma swoich komentatorów.
(wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście są własnością autora)
Live music. On stage. Not through live stream or any other video, electronic, mechanical transmission. I had an immense need to be there again, missed it so much … .
Tierras Oscuras – Flamenco en Rouge
On November 16, 2021, during a timid opening of any live performances, I was able to attend a local (from Halifax and Cape Breton) performance of powerful storytelling mixing the musical fire of Andalusia and hard life of miners in times gone in Cape Breton. The audience at the Pier 21 Canadian Museum of Immigration was small, seats sparsely placed. There were no renowned, world class dancers, singers, players. But what a power, what a spirit of true flamenco! I was riveted, mesmerized and at the same time had a hard time not to join them on stage (after all – flamenco is an art of mature performer, who knows the taste of victory and defeat – not a juvenile, who knows only how to boast, not understanding the meaning of it all). After the performance I had a chance to chat with all of the performers and made sure they were aware how beautiful their storytelling was, how dramatic and well prepared. And, of course, a long chat about the history of flamenco, of Andalusia.
But it did not quenched my thirst for more formal setting and opportunity of listening to great music played by great artists and composed by geniuses.
It came finally with an opening of popular impresario, the Cecilia Concert organization responsible (for many years now) for organizing such events in Greater Halifax.
The concert of world renowned and one of the best Canadian pianist, Charles Richard-Hamelin and young cellist, but already recognizable and with growing musical prestige, Cameron Crozman.
There is some semblance in physique of Richard-Hamelin and the great winner of 1970 Warsaw Chopin International Piano Competition, Garrick Ohlsson. I think that there might be also a slight similarity in their style of piano playing (and such perceived connectivity would not be something to frown about, as Ohlsson is a giant among Chopin’s interpreters). The Warsaw Chopin Competition is indeed something very special among players. It serves as a spring board to fame of almost all of their finalists and definitely makes the winner career a fait accompli. Charles Richard-Hamelin is no exception. In 2015 he received Silver Medal at that Competition and very prestigious Krystian Zimerman (himself a former winner at the Competition and a player of enormous statue) Prize for best performance of Chopin’s sonata. The 2015 Competition was the first time I heard Richard-Hamelin. As I did (in Warsaw) in 1970 Olhsson playing. The next one, in 1975, was the triumph of Zimerman and I remember it as vividly as it would have been yesterday – he just mesmerized the audience. For a teenager (as myself at that time) that was as big as winning the Soccer World Cup. Speaking of Canadian pianist and the Warsaw Competition one can’t forget to mention the last one in 2021 and the amazing victory of another Canadian – Bruce Liu. I have wrote a bit about it on these pages in November 8, 2021.
Pianist are, undoubtedly, the top class in fame and splendour of all other instruments among classical music stars. In a way – the prima donnas of musicians. But that does not take away from other instruments. Especially if there is a good marriage between a good composition and a good player. Cello player is always in demand for transporting notes, that no other instrument can portray as good as that soft sound. Just listen to some recordings of unforgettable cellist, Pablo Casals. No other instrument can convey such an array of emotions as those venerable strings. The violin, its’ diminutive cousin, produces beautiful sound but lacks the depth of the tone coming from very limited resonance (due to the size difference).
Cameron Crozman, at age 26, is definitely the raising star in Canada among cello players. Not only in Canada, though. His talent was noticed and rewarded by many world-class orchestras and directors, especially chamber music ensembles. For me, the concert in Halifax was the first chance to hear him playing. I am very glad, I did.
Bach, Franck and Chopin
The first of compositions was one of only six cello suites composed by J.S Bach – the Suite No. 2 in D minor. Probably written after the death of his first wife, Maria Barbara in 1720. The Bach suites are among ones of most popular music played by cellists. But it wasn’t the case during his lifetime and after his death. They were almost completely forgotten and many musicians were not even aware that he wrote such music. It was not until great cellist, Pablo Casals, re-discovered them as a teenager in a second-hand shop in Barcelona in 1889. It wasn’t until 1936 when he recorded them in London for first time. Since then, they become one of the most popular solo pieces for cellists around the world. There is even dispute among scholars whether Bach originally wrote them not for cello da gamba but for smaller, over the shoulder, viola da spalla. Suite No. 5 was originally composed for lute.
As entire baroque music, they are strictly structured in prelude and a string of Renaissance/baroque dances. In this case: allemande, courante, sarabande, minuet and gigue.
The slightly austere, neo gothic church of St. Andrew, with beautiful stained glasses on walls of the main nave and stained glass rosette behind the altar/stage provided perfect setting for this music. And the acoustic was wonderful as the young cellist with red hair sat to his instrument. The music flowed so nicely. His left hand showed the elegance of every note, tone and interval of this composition. I was specially taken by the fourth part, the Sarabande and the vision of evening stroll of Bach through the cobblestones of German city, remembering places he visited with his wife, reminiscing their time together. Formal, very courtly Minuet ensues as in saying that life goes on and times brings closure. Final part is in a form of Gigue and is a typical epilogue for typical baroque suite. Can’t understand that rigid formality from my perspective of XX century man, as Gigue is the last melody I would have used for this type of composition. Yet, it must be said that the Gigue in Suite No. 2 is far from lively dance of Italian gentry. Yes, it has the rhythm and melody – but used in such a way that it becomes a music of accepting life as it goes on. I thought that Crozman played that part superbly, more in a reflective than virtuosic style.
Belgian born but Parisian by choice composer Cesar Frank (1822-1890) is definitely not a canon of modern concert halls and performances. I know I have heard his music before – but if asked, I would have to strain myself immensely to remember that music. Although envisioned by his father as piano player (a solid career in Romantic times Europe) – he ended up playing organs in one of the big churches in Paris and later become a professor of organ music in Paris Conservatory in 1872. And finally had time to prove to the world that he is a talented composer. One of his monumental work (and monumental it is in its form, character and, let’s say – weight?) that I have never heard before (of that I am sure because it is really hard to forget such curiosity) is the Prelude, Aria et Final, Opus 23.
I am very glad that Charles Richard-Hamelin gave a very good explanation of this composition. It helped a lot. It consists of Allegro moderato a maestoso (Prelude); Lento (Aria) and Allegro molto ed agitato (Final). From these musical terms – allow me to offer less serious tone – two describe it the best: maestoso and agitato. The least one is moderato. It also shows that if you cook for many years Indian cuisine, when suddenly you make Beef Wellington, you add to it Indian spices. The result could be interesting, maybe even tasty – but it is not Beef Wellington. Specially in Paris. Franck played for many ears on huge organs at St. Clotilde Basilica. That colossal instrument could not only swallow many concert pianos of Paris, it also had so many leg and hand operated pedals, stops and keyboards (yes, the large ones have more than one keyboard) that the listener could really think that heavens opened up and filled the air with its’ own music. But Franck decided to do the same on the piano.
Thanks’ heaven the Yamaha grand piano C7X comes with the third, middle pedal called sostenuto. It is a version of the sustain (left) pedal but operates only on chosen string/notes. It gives the ability to produce a sound that resembles organ pipes. But one must not overuse it. In this case, Richard-Hamelin had to. To say it plainly – that composition is a colossus that requires not only amazing technique from the player, it also requires a big physical stamina. I am so grateful that he possess both. I have no idea what poetic purpose that composition serves – but it was amazing to listen to it. Enjoyed it very much just for the sheer sense of showmanship and absolute control of the instrument by the player. Now, thanks to Charles-Hamelin, I will always remember the music of Franck. Probably not choose to go to concert hall to listen to it again, but definitely remember it.
After a short intermission we were served the main course: beautiful sonata for cello and piano by lyrical master of Romanticism, Frederic Chopin. The opus 65 sonata in G minor was composed in 1846 and dedicated to Chopin’s close friend of many years, cellist Auguste-Joseph Franchomme.
Both of them collaborated and co-composed earlier a Grand Duo Concertant for piano and cello (in E major, numbered as B. 70) that received very favorable opinion of Schumann. The sonata is fully composed by Chopin and it’s cello part was not composed in any part by Franchomme, although it is more than likely that both Chopin sought advice and opinion of his dear friend. That might be the source of somewhat strange and not necessarily wise comment of our young cellist, Cameron Crozman, in an introduction, that the cello has stronger and weaker parts, the stronger being possibly composed by Franchomme. There is no musical literature that would support such strange assumption.
The sonata has special historical meaning in Chopin’s life: it would be the last composition of Chopin and the premiere in Salle Pleyel on Feb. 16, 1848 was his last public concert in Paris. Unfortunately, the Paris premiere omitted the first part (Allegro moderato). That was corrected by Franchomme shortly after his friend death, as the cellist returned to Salle Pleyel on April 6, 1853 and played (with Thomas Tellefsen, also Chopin’s friend and pupil, as pianist) the entire sonata. Louise Dublin, a world renowned cellist, wrote in her excellent blog on Aguste-Joseph Franchomme, that the second premiere was received enthusiastically and quotes respected and feared (by musicians) Paris critic of that time: “The main piece was a sonata by Chopin for cello and piano…the piece has something intimate and mysterious, everything in it is plaintive and melancholic… Franchomme, on his eloquent cello, found admirable expression, giving the beautiful melodies of Chopin a penetrating sweetness, full of religious poetry.” .
Of course, no recording of this prapremiere and premiere concerts exists, therefore it is impossible to compare that play with the performance of Cameron Crozman and Charles Richard-Hamelin in Halifax.
The only reflection could be my own satisfaction, pleasure or lack of it. And satisfied I was, very much indeed. It is worth mentioning that the duo of these two musician was a premiere in its’ own right. They have never played together before. But the partnership sounded very good and pleasant. Despite Crozman earlier spoken remarks, I have not noticed the ‘weaker’ and ‘better’ parts of his viola da gamba. All was played softly, poetically. In my short notes, that I tend to take at concerts, I wrote: what a beautiful conversation of two instruments! In scherzo and largo it was like a dance of two souls and such a nice, like echo, repetition of viola’s themes by piano. It all closes with very elegant marriage of the two scales: G minor and corresponding major in allegro. Sort of mini danse du triomphe.
Czemu Zaleszczyki, w dodatku te nad Dniestrem? Czemu nie? Po godzinach czytania, słuchania smutnych wiadomości z Ukrainy nic innego już robić w stanie nie jestem. Po prostu myśli biegają po nazwach znajomych, bliskich. Dziś zapomniana mieścina, Zaleszczyki przed wojna (tą Drugą) były kurortem pierwszej klasy Rzeczypospolitej. Naszymi Włochami, Toskanią, wybrzeżem adriatyckim. Przecudownie umieszczone w dużym zakolu błekitno-zielonego Dniestru, z plażami, winnicami, restauracyjkami. Ba, tam było najdłuże w Polsce połączenie kolejowe z regularnym pociągiem aż nad Bałtyk! Przez most, po drugiej stronie rzeki była już Rumunia. A winnice tameczne produkowały wina w jakimkolwiek innym regionie Polski niemożliwe. Toteż tzw. towarzystwo lubiło tam zjeżdżać zewsząd. Dalekie Podole … Wanda, moja babcia, uwielbiała wyprawy do Zaleszczyk z dalekiej Wileńszczyzny. Zmusiła w końcu swego meża, dziadzia Emanka, by bodaj w 38 kupił tam plac na budowę letniej willi. Dziadek chciał w Zakopanem, ale babcia, o ponad dwadzieścia lat młodsza piękna kobieta, długo nad przekonaniem męża pracować nie musiała.
Poniżej zdjecia babci w Zaleszczykach, w stroju huculskim. Kolejowy most graniczny z Rumunią. Obecnie, po zmianie granic w 1945, granica rumuńsko-ukraińska przebiega paredziesiąt kilometrów głębiej.
I o tych Zaleszczykach, dziś dawnego kurortu nie przypominających, myślę i zastanawiam się, gdzie uciekną, jak się będą bronić obecni, Ukraińscy, mieszkańcy tego zapomnianego zakątka raju, gdy wściekłe bomby rosyjskie będą na nich spadać? Czy kolumny czołgowe nadchodzić będą po padnięciu Odessy czy wkroczą od pro-rosyjskiego skrawka Mołdawii zwanego Naddniestrzem? Zaleszczyki nie mają dziś znaczenia militarnego ani nawet przemysłowego. Czy obroni ich to przed okupacją i przed ostrzeliwaniem ludności cywilnej? Czy będą ginąć dzieci, które dzień wcześniej będą baraszkować na plażach pięknego Dniestru?
Czy też Putin w swych planach nie ma zamiaru przekraczać przedwojennej granicy polskiej i zatrzyma swój podbój mniej wiecej na tej linii? To jest też możliwe. Wobec Ukrainy Wschodniej może kontynuować swoją kłamliwą wersje o jedności z mateczką Rosją. Zainstalować w Kijowie ‘rząd’ zdrajców ukraińskich, który w krótkim czasie ogłosi referendum (rezultaty bez problemów będą dowiezione z Moskwy) na temat ‘nierozerwalnej braterskiej łaczności z Rosją’? Czy to kosmiczna wizja? Może. Czy jest kosmiczną wizją odbudowy (o której mówił wielokroć) Imperium Rosyjskiego? Nie wiem, w których granicach. Z końca XVII wieku, z XIX (to ostatnie komplenie niemożliwe bez wojny nuklearnej)?
A co z tymi kilkoma milionami uchodźców ukraińskich, którzy w miedzyczasie znajdą się w Polsce, Rumunii, Mołdawii i na Węgrzech? Niektórzy może już dalej.
Myślę o tym wszystkim i głęboki smutek mnie ogrania wobec tej ziemi, tych stepów, tych miast. Niektórych bardzo nam , Polakom, bliskich. Ziemi skomplikowanej historii i dziejów. Od legendarnej, skandynawskiej Rusi Kijowskiej Waregów, przez ruskie Księstwo Halicko-Włodzimierskie, Rzeczypospolitą Obojga Narodów (dwukroć w planach zamyślana, jako Rzeczypospolita Trojga Narodów (a więc i tego ruskiego-ukraińskiego), Hetmanat, krótkotrwałe republiki ukraińskie w końcowych latach I wojny. Krainy, gdzie smutek i krew były dniem codziennym. Ale i nadzieja. Uparta nadzieja. Zabrało im długie setki lat by to wszystko zjednoczyć, zlepić z fragmentów narodowy epos, z różnych szczepów – naród.