Kamienie i Ty. Anioły i Ty.

Bogumił Pacak-Gamalski

Kamienie są twarde, są zimne. Kamienie to mur odgradzający, zabraniający wstępu. Mur między życiem i śmiercią. Nad murem unosi się w powietrzu przedwieczny, czarnoskrzydły Uriel. Dobry. Mądry. Spolegliwy. Anioł Śmierci, która jest życiem.

Tak, jak ty jesteś moim życiem. Ty jeden będziesz towarzyszem Uriela, gdy stanę przed murem kamiennym, a on, jednym skrzydłem uniesie mnie ponad te kamienie.

Uriel

Zjawiasz się znowu, dawno zapomniany,

nie pamiętam imienia. Twarz, jak we mgle.

Tylko kolor skrzydeł, stalowy blask piór,

dotyk zimny a czuły jednocześnie.

Blisko, mimo że tak często, tak długo

nieobecny. Mój Anioł Śmierci. Piękny.

Najczulszy kochanek ze wszystkich, których

miałem. Z uściskiem bezsłownym, tak słodkim,

powstrzymującym dech w piersiach, pędzące

w galopie pospiesznym serce i myśli

skołatane, gdzieś, ku krawędzi stromej

nad Doliną Ciszy i Spokoju w

dole rozpostartą. Witaj Urielu,

smak ust przenajsłodszych zwiastował cię.

Drżałem, a tyś mnie uspokoił.

Szarpałem się skłócony z bogiem i ludźmi,

a tyś mnie wyciszył, spory załagodził.

Nie opuszczaj już, proszę. Pieszczoty

nie odmawiaj członkom znużonym.

Nieskazitelnym alabastrem skóry

twoich rąk dotknij mojej, zniszczonej

piętnem czasu, pokrytej bliznami

miłości zwycięskich i miłości przegranych.

Ostatnią krople pasji niedopełnionej spij.

I zamknij nieba nade mną, pokryj mgła gęstą

szczyty odległe, horyzonty mórz i nurty rzek.

Daj usnąć wtulonemu w bezpieczną muskulaturę

twojej klatki piersiowej, w objęciach silnych ramion.[1]

                I obyś nie zapomniał, obyś nie odmówił Aniołowi Śmierci pomocnego ramienia w przeniesieniu mnie poza ten mur. Tam, do naszego nowego Domu. Tam, gdzie już mnie nigdy nie opuścisz. Gdzie na moment w żadną wycieczkę, żadną podróż bez Ciebie ja już nie wyruszę.

Bo nie ma śmierci pełnej, całkowitej, póki jest pamięć. Śmierć kompletna nastąpić może jedynie, gdy nie będzie nikogo z żywych. Gdy nie będzie życia. Gdzie wszystko będzie na dzień przed primodialnym bagnem[2], oczekującym na iskrę bytności. Więc przed tą iskrą, jest tylko dymiące trującymi oparami bagno, jest chmura niekształtna pyłu kosmicznego pędzącego w otchłań Czarnej Dziury. A możliwe są tylko dwa wykluczające się rezultaty: Nic, które jest śmiercią kompletną lub Supernowa budząca tę iskrę. Gdy już zaistnieje – nie ma odrębnych bytów życia i śmierci. Jest podwójne zaistnienie złączone obrączką pamięci, gdy wszystkim się zdaje, że on gra jeszcze, choćby echo grało tylko[3]. Więc nie ma śmierci, póki jest pamięć życia. Póki jesteśmy w czyjejś pamięci.

Kamienie tęż są żywe. Przyłóż do ucha, wsłuchaj się w bicie ich jąder, ich pędzących elektronów, protonów. Tam skryta jest też pamięć genezy, zaistnienia, iskry. Uriel nie stoi z mieczem płomiennym, jak okrutny Michał na skraju bagna primodialnego.

Wszystko to zresztą, Babycake, może być moja imaginacją. Może nie m nawet Uriela, który ostatecznie Staremu też pomagał w gnębieniu człowieka przy wypędzeniu z Raju. I razem potem odlecieli ku jakiejś nebuli wypełnionej pyłem  śmieci kosmicznych. Może moje spotkania były ze szlachetnym i pięknym Saatanelem, jedynym aniołem Życia i Śmierci. Jedynym przyjacielem Człowieka. Wiernym. Tym, który niecność Starego poznał i odwrócił się od niego. A ty we mnie jesteś. Nie wydaje mi się to, nie jestem w malignie. Nawet nasze pasje są żywe w mojej pamięci. Poznaje smak gorącego pocałunku, jaki składałem na twych ustach, gdy trzymałem cię w objęciach w dzikich ostojach Sibald Flats[4], u podnóża Kanaskis. Pamięć jest przechowalnią życia. Nie jest życia cmentarzem.


[1] „Wiatry – Wybór wierszy”, Vancouver, Cambridge Press, 2015. ISBN 978-0-9940986-03; s56

[2] ang. primodial soup; pol. zupa pierwotna – archaiczny okres geologiczny, który dał początek materii organicznej – życiu

[3] parafraza z Księgi IV „Pana Tadeusza” A. Mickiewicza (gra Wojskiego na rogu)

[4] gęsto zalesione, dzikie tereny między szosą #1 (Trans Canada) i Elbow River w Albercie

Mosty i Anioły

Bogumił Pacak-Gamalski

Mosty dzielą. Tu jesteśmy my – tam są oni. Przez długie wieki budowaliśmy mosty zwodzone na zakolach rzek. Te dzieliły najlepiej. Gdy oni chcieli przyjść nieproszeni i liczni – podnosiliśmy most i nie mogli bez ryzyka najgroźniejszego.

Mosty łącza brzegi i ludzi. Poznajemy się, odwiedzamy. . Czasem zakochujemy się w chłopcu lub dziewczynie z drugiego brzegu. Wówczas często spotykamy się na moście, na ‘ziemi niczyjej’, pomiędzy brzegami. Wówczas te brzegi należą jednako do nas obojga lub obu.

Mosty są chyba są chyba największym osiągnięciem cywilizacji archaicznej.

Apollinaire pisał  pięknie o moście na Sekwanie w „Moście Mirabeau”.

Pod mostem Mirabeau płynie Sekwana

                I nie jedna miłość

Czy nie dość wspomniana

Po bólu zawsze radość niespodziana.

                Zegar niech dzwoni noc niech nastaje

Dni ulatują ja pozostaję[1]

Po pożarze katedry Notre Dame w 2019 napisałem własna przeróbkę tych dwóch pierwszych stanc zachowując semantyczną specyfikę jego wiersza robiąc tym ukłon wobec świetnego poety epoki odległej i wobec symboliki Notre Dame dla kultury europejskiej „Pont Neuff i Apollinaire na Pont Mirabeau”

Pod mostem rzeki w sercu Europy

                Moknie cień Notre Dame

Wieże, absyda, ja sam

Płoną przez historie i potopy

                Dzwon się rozhuczał ogniem kołysze

                A ja jak kamień zapadam w ciszę[2]

Mosty. Kamienne, drewniane, wiszące. Mosty prowadzące do miasta i mosty wewnątrz miasta. Z nazwami i bezimienne. Mosty z posągami, jak most Karola w Pradze, ponad piękną Wełtawą. Mosty złocone prowadzące do złoconej kopuły Inwalidów w Paryżu. Lubiłem chodzić właśnie przez Pont Neuf do Ogrodów Luksemburskich, tam posiedzieć na ławce, wypić może butelkę wina i zagryźć bagietką z serem i potem dalej do Inwalidów. Których nie specjalnie lubiłem przez te potęgi i splendor. No cóz, Francja do skromnych nie należała. Naturalnie Poniatowszczak w Warszawie. Jeżeli czasu trochę było (czyli prawie nigdy lub tylko kawałek per pedes, a potem wskoczyć w tramwaj) piękny trakt ze Śródmieścia na Rondo Waszyngtona i potem we Francuską. Lub bardziej prozaicznie lub poetycko kulinarnie do małego sklepiku z … koniną, tuż przy wiadukcie kolejowym prowadzącym na dworzec Wschodni. Kiełbasa z koniny podsuszona to był rarytas. Choć większość kręciła gębami, którymi nie kręcili, gdy pili wokół Stadionu 10-lecia śmierdzącą i ciepłą wódkę z butelki. Nie żeby mi się to nigdy nie przytrafiło (ale nie pod Stadionem, mam swoje zasady!) ale na kiełbasę z koniny mlaskałem.

Mosty zawsze lubiłem. I mostki, kładki prawie. Bajeczny most wiszący w Vancouverze, gdy czasem mgła szła z czeluści Burard Inlet poniżej i most unosił się w powietrzu ponad tą mgłą. Zjawisko wcale nie rzadkie a zawsze zachwycające. Lions Gate Bridge (tak się nazywa) zbudowany był przez tego samego architekta, który postawił dość podobny most w Halifaksie, który dziś widzę codziennie z okien i spacerów. I czasem też ginący we mgle, tym razem atlantyckiej. Bardzo lubię most-groblę prowadzącą do Pictou w Nowej Szkocji. Rozlega się stamtąd przepiękna panorama całego miasteczka. Dużo ładniejsza niż te miasteczko w rzeczywistości, które stale się remontuje ale swojej świetności już odzyskać nie jest w stanie.

Nie zapomnę nigdy małego mostku na rzeczce Volturno w środkowej Italii, przez który biegłem zdyszany do starożytnej Capuii  wykupić gazety z wielkimi tytułami na pierwszej stronie: La guerra in Polonia. Był 13 grudzień 1981. Czas się zatrzymał.

A anioły? Aniołe to dziwne stworzenia. Tak ważne, tak głośne, były ich zastępy – a z nazw nie znamy prawie żadnego. Gabriel, Satanel, Michał. Były w wyraźnej hierarchii, jedno i wieloskrzydłowi, niektórzy ponoć aż ośmio. Którzy nas bronią, kuszą i prowadzą na tamten świat. Ci, którzy posłuchali Starego i wypędzili nas z Raju. Rozmawiam z nimi czasem. Lubię ich. Są autentycznie przepiękni – nawet Ci potępieni. Zresztą może ci potępieni byli właśnie najprawdziwsi, najwierniejsi nam. Ci, co zostali przy Starym chyba nas nienawidzą. Bo przez wszechczasy byli Jego kompanią, a potem zachciało mu się jakieś eksperymenty robić. Stworzył pięknych w sylwetce ale nieporadnych strasznie. Przykutych do ziemi. A potem się naturalnie rozczarował i kazał tylko aniołom pilnować by czegoś zbyt niegodziwego nie zrobili. A jeśli zrobili to maja ci aniołowie ich ukarać. Na ogół śmiercią. Zostali więc w  większości Aniołami Śmierci.  W tej roli ich lubię, wyszlachetnieli. Śmierć ma to do siebie, że uszlachetnia. Jakby zapłata za cierpienia.

W wyborze wierszy poetów polskich zamieszkałych na Zachodnim Wybrzeżem Pacyfiku (od Seattle do Vancouveru) wśród moich wierszy jest „Objawienie”. Jedno z moich spotkań z tymi aniołami.

Anioł w Hyde Parku w Nowym Jorku

Oto objawił mi się Anioł i za rękę

prowadził długą leśna przesieką,

aż na wzgórze, skąd rozlegał się

szeroki widok na nizinę i rozsiadłe

w niej uśpione, stare miasteczko.

W zagrodach na obrzeżach miasta

słychać było ujadanie psów, które

przeczuwały nozdrzami psiej duszy

obecność niewidocznego Anioła.

A był piękny, przystojny i władczy,

ani szorstki, ni butnie zarozumiały.

Jego silne ramię, w pewnym objęciu,

było jednocześnie tkliwe i troskliwe.

… // …

W skrzydlatym otuleniu, które było

ciepłe niczym puchowa pierzynka,

czułem się bezpieczny i wniebowzięty.

To było jednak tylko uczucie –pragnienie,

gdyż wniebowzięty był oczywiście

jedynie Anioł, ja zaś, jako człowiek,

byłem ziemiowzięty na zawsze.

Czego wówczas jeszcze nie wiedziałem.

… // …

Anioł wzniósł się, rozprostował skrzydła

i powiedział: nie lękaj się, zaraz wrócę.

Po czym poszybował ku niebu.

… // …

… // …

I tyle go widziałem. Nie wrócił.

Zdarzało to się tysiące lat temu

i powtarzało regularnie

w każdym pokoleniu. Czy wracał

nieświadom czasu ludzkiego? Czy kłamał?

(fragmenty)[3]

W tym samym tomiku na s56 pisałem już o stalowym objęciu, zimnym a czułym jednocześnie, tego formalnego Anioła Śmierci, Uriela. Ten nie uciekł. I gdy przyjdzie, to nie zdradzi, nie zapomni. Ale to już inna historia.


[1] „Apollinaire”, PIW, 1968; s 33 (tłumaczenie i pod redakcją A. Ważyka)

[2] B. Pacak-Gamalski,  https://kanadyjskimonitor.blog/2019/04/16/nasza-notre-dame/

[3] „Wiatry” wybór wierszy, Strumien Pub. , Vancouver, Kanada, s 46-47 (https://www.worldcat.org/title/1036201589)

Rozmowa z Tobą – część druga

Bogumił Pacak-Gamalski

Aha, opowiem Ci też o powrotnej trasie znad Dollar Lake. Wtedy byłeś już zbyt zmęczony tym dniem, tą wyprawą, bo dla Ciebie to była wyprawa a nie zwykła, kolejna wycieczka. Wracać dużo dłuższą, wijącą się boczna drogą. Tak, wiem, że mogłem Cię namówić, że byś uległ moim prośbą. Ale wiem też i wiedziałem wówczas bardzo dobrze, że czas na tego typu namowy – którym na ogół ulegałeś i byłeś z tego zadowolony na końcu – już minął. Że robisz i tak więcej niż pewnie możesz i wysiłkiem bardzo dużym. Że robisz to dla mnie. Ale sprawiało Ci też to własną wielką radość , radość, że raz jeszcze gdzieś razem jedziemy, razem mamy czas jeszcze jednej przygody. Jak wtedy, gdy jechaliśmy na kilkudniowy biwak z Twoimi braćmi w Albercie, w widłach rozgałęzionej górskiej Old Man River. Mogliśmy jechać do Calgary jak zwykle krótką, 1000-kilometrowa ‘jedynką’.  Zasugerowałem, że może tym razem ‘trójką’, starym szlakiem południowej BC, wzdłuż granicy z USA. Tylko 500-600 kilometrów dłużej. Wyciągnęliśmy mapy. A może pierwszy odcinek przez stan Washington (dużo tańsza benzyna) i potem z Washington wjechać przez Osoyoos do 3-ki. Może 700-800 km dłużej, nie więcej. Jeszcze trochę myślenia. Wybraliśmy wariant przez USA. Tylko … o ponad dwa tysiące kilometrów dłuższy. Przez Washington, Idaho i Montanę. I kilka noclegów. Czas i zwiedzanie mieliśmy cudowny. Tak jak, późniejszy kilkudniowy biwak nad Old Man River w Albercie.

Więc cóż żałować, że króciutkiego, może 100-120-kilometrowego odcinka tamtego dnia nad Dollar Lake nie przejechaliśmy? Ale wiesz co, ja teraz wracając znad tego jeziora pojadę właśnie tą drugą, boczną trasą. I zabiorę Cię ze sobą.  Będę Ci opowiadał, gdzie jedziemy, co widzimy. Skręciłem więc nie w lewo, w kierunku lotniska i nr 2, a w prawo, w  Old Guysborough Road. Po krótkim odcinku Old Guysborough dojeżdża do ‘widełek’ i sama skręca w lewo aż do New Glasgow, przez samo serce Doliny. Ale my skręcimy w prawo w szosę 365 kierując się na Musqoboit Harbour. Tak, ten z tą lubianą przez Ciebie plażą Martinique, starą, nieczynna stacją kolejową zamienioną w muzeum, lodziarnią, piekarnią.

Szosa 365 wije się wąż pośród lasów, farm, a potem wzgórz zielonych. Najpiękniej jest jednak, gdy zbliża się do koryta i dalej razem, obok siebie, kierują się do Musqoboit. Ty byłeś moją ‘rzeką’, która obok mnie, ze mną, wiła się przez nasze życie. Wije się dalej, bo przecież rzeki płynące przez lasy, wzgórza też nie zawsze są widoczne. Czasem kryją się w gęstwinie zarośli, czasem chowają się po drugiej stronie wzgórza. Ale wiemy, że jest, że płynie.

Do miasteczka droga wjeżdża właśnie tuż przy tej stacyjce. Lubiłeś tam ze mną jeździć szosą #7 z Dartmouth. Lubiłeś tą plażę, te kościółki drewniane ustawione rzędem, jeden obok drugiego. Każdy innego wyznania a obok siebie, bez waśni. Cóż to za różnica, czy kapłan nazywał się ksiądz, pastor czy padre?  I czy był mężczyzną czy kobietą? Może dla ich przodków we Francji lub Szkocji to miało znaczenie. Ale nie dla nich. Kwestia tylko przyzwyczajenia i nawyku. Lubiłeś przy końcu tej długiej drogi, przy wjeździe na plażę, ten wielki Dom Noclegowy z wielka tęczowa flagą.[1] No widzisz? To teraz już wiesz dokąd prowadzi Old Guysborouh Road i szosa 365.

Pamiętam naszą pierwsza tam wycieczke z Dartmouth szosą 107. Wczesną wiosną w 2019. Wszystko było przykryte jeszcze śniegiem, jeziora i rzeczki grubą warstwą lodu. W Head of Chezzetcook, koło białego kościółka, łaziliśmy po starym cmentarzyku. I zastanawialiśmy się, jak wymawiać tą nazwę: Head of Chezzetcook?  Mieszanina staro-francuskiego z lokalnym językiem autochtonów używającym odmiany bardzo starego języka L’nu – plemion zamieszkujących olbrzymie tereny od wschodnich ziem dzisiejszego Quebec po Nową Fundlandię.

Ta nasza rozmowa, ta wycieczka-powrót nad Dollar Lake pomogła mi, Babycake. Strasznie mi tych rozmów brakowało. Ale nie pytaj zbyt wiele o teraz, proszę. Nie pytaj za dużo. Nie chce Cię smucić, bo dobrze nie jest. Jest źle. Pod wieloma względami. Ale nie martw się. Gdzieś przystań znajdę. Jakiś brzeg, jakieś trasy do łazikowania. Nauczę się może myśleć kategroriami ‘ja’. Ale nie chcę by moje ‘ja’ nie zawierało Twojego ‘ja’. Musisz być ze mną. Już chyba do końca. Bo po cóż mi szlaki, po co trasy, jeśli miałbym je przemierzać samotnie, bez Ciebie? Ale obiecuję, że dam sobie radę. Więc już się nie martw. Nie smuć.


[1] o plażach, kościółkach i osadach Wschodniego Wybrzeża pisałem tutaj: https://kanadyjskimonitor.blog/2022/10/15/of-clouds-water-and-land-travels-with-camera-on-east-coast-of-nova-scotia/

Rozmowa z Tobą

Bogumil Pacak-Gamalski

Synopsis in English: this is my Talk with my husband, who took off to the stars last November. As it touches to the core of my emotions, my soul, it is in Polish. The language of my most inner, most basic, child-like essence. Language of my childhood. An age, when we do not know proper expression of emotions. When we show them as they appear to us, not to the outside world.

I remember (with a warm smile) that sometime, while having long talks with John, he would interrupt me suddenly and said laughingly: you do realize that you just started speaking in Polish, don’t you? In short the ‘Talk’ is a copy of my actual talk with him a week or so ago, while I went to visit Dollar Lake Park. Place we went together on our lat longer travel, while he was already very sick and weak. I re-traced all the spots we stopped there, where we were sitting, what we were doing. What were we saying. Thus a strange letter-conversation started. First as my plea of help in finding myself in the empty world without him. Later, as I continued that talk at home, it lead me to deeper memories, to explaining, who he was; how we become to be. That lead to difficult times, sad times, and happy times. I will probably continue that talk some more, at another time. Maybe than, I will find the answer to my original question: what should I do? How should I live without his physical presence? It also explains his personal uneasy relations with our new home in Nova Scotia. Home that never become a home, despite the fact that it is the ancestral home of his family. The answer in many ways, as I see it now, is buried in the memory of his mother, Leona, and her untimely death here many years ago. An event that very much left a permanent scare in his heart.

BB

Maj 27. Dzień okrutny[1]. Więc pojechałem tam. Na naszą ostatnią wycieczkę daleko poza  miasto. Gdzieś w Dolinę[2]. Starą, wąską szosą Old Guysborough Road przy południowym końcu pasa startowego lotniska, wijącą się dalej wśród lasów, małych osad, farm. Do zagubionego w tych lasach uroczego Dollar Lake.

Tym razem nie zgubiłem zakrętu jak wówczas, kiedy musieliśmy nadrabiać blisko 30 kilometrów. Słonecznie, prawie upalnie, jak wtedy. Woda jeszcze mimo to zimna. Cóż – teraz jest maj, a wtedy był koniec lata, wszystko było rozgrzane. Pewnie bym popływał mimo to, gdyby nie ta przeklęta ułomność, którą mają  mi za dwa tygodnie zlepić-zszyć. Tak, tak. Ta sama. Wtedy był dopiero początek tego. Jeszcze przecież pływałem, drapałem się po skałach.  Teraz nici z tego. Nie martw się, nie szkodzi – zreperują w końcu. A i tak brodziłem po brzegu, wlazłem aż poza kolana.

Siadłem na każdym kamieniu, zatrzymałem się przy każdym miejscu, gdzie siedzieliśmy razem. Pojęcia nie masz, jak brak mi Ciebie. Dniami, nocami, rankiem … . Ale na nic bym tej naszej ponad trzydziestoletniej drogi nie zamienił. Mieliśmy, Najmilszy, przygodę, która nielicznym wygranym się zdarza. Łut szczęścia? Ręka boska? Nie wiem. Byłem szczęśliwy. Czasem nawet i bosko się czułem. Wiec może. Pojęcia nie mam, co knują na tym Parnasie i na Synaju ci bogowie. Ty nawet nie chciałeś się nad tym zastanawiać. Moje wieloletnie walki z tym, męczarnie intelektualne i emocjonalne – dla Ciebie były krótką konstatacją: jeśli jest lub są, no to są. Jeśli ich nie ma – to nie ma i koniec.  O czym tu myśleć?

Byliśmy tak różni. I to było fantastyczne. Co dla mnie było godzinnymi dyskusjami, sięganiem po długie traktaty filozoficzne i jeszcze dłuższe korytarze literackich analogii – dla Ciebie było krótkim potwierdzeniem rzeczywistości: jak jest zimno, to trzeba się ciepło ubrać. Ci, którzy uważają, że rzeczywistość jest tylko filozoficznym konstruktem mogą ubierać się zimą w krótkie spodenki i podkoszulek.

Uczyliśmy się od siebie. Wielu rzeczy. Ja Kanady i country music z Patsy Cline i jej przebojem „Crazy” , kanadyjskich Joni Mitchell i Gordona Lightfoot; Ty ode mnie Europy i moich miłości estrady: Edith Piaf, Aznavoura, Demarczyk.

Było nam dobrze. Nawet wtedy, gdy bywało źle. Może właśnie to, że było nam dobrze, było najważniejsze wtedy, gdy było źle. Bo gdy jeż źle kiedy jesteś sam, wtedy jest najgorzej.

Uśmiechasz się, że widzisz, że znowu ‘filozofuję’, bo to przecież takie proste, że nie trzeba wyjaśniać.  Ale ja teraz potrzebuję sobie sprawy proste wyjaśniać . Teraz, gdy nic nie jest proste … .

Pomogła mi, Babycake, ta wycieczka dziś. Pomogła mi nasza rozmowa. Łatwiej będzie te następne kilka trudnych dni przetrwać. Dni brzemiennych w daty, rocznice … . Musze to robić częściej, rozmawiać z Tobą. Co byś chciał abym robił? Zawsze to ja wiedziałem. A teraz już nie. Musisz mi, Kochanie, trochę pomóc. Coś mi w tym moim kompasie, w tej mojej niezawodnej orientacji w kierunkach się zepsuło, przestało działać. Zgubiłem swój azymut.

Kiedyś, gdy okazało się, że wyjazd do Nowej Szkocji był błędem i rozważaliśmy opcje jeszcze jednej przeprowadzki, zasugerowałem miejsca, gdzie moglibyśmy pojechać. Pytałem, które byś wybrał, gdzie byś czuł się najlepiej. I dałeś tą rozbrajającą w swej prostocie odpowiedź: tam, gdzie będziesz ty, będzie zawsze mój dom. Myślałem o trzech miejscach, gdzie moglibyśmy zacząć od nowa: Polsce lub Półwyspie Iberyjskim (może na Balearach) lub w Ekwadorze o umiarkowanym klimacie. Zacząłem rozczytywać się w opisach geografii, warunków społecznych, opiece zdrowotnej tych miejsc. I przyszła ta cholerna pandemia. Okazało się, że świat i ludzie nagle przestali być mobilni. Odwieczna wędrówka ludów zamarła w bezruchu. Gdyby nie pandemiczny bezruch, czy bym zrealizował te plany? Nie wiem, ale myślałem o tym intensywnie, poważnie. Chyba tak, bo dobijała mnie świadomość, że Domu tu, w Nowej Szkocji nie znalazłeś. Co było moją dość zaskakującą obserwacją. Pierwszy raz kompletnie źle Cię odczytałem. Sądziłem, że Nowa Szkocja będzie Twoim Domem niejako automatycznie, w sposób naturalny. Dużo szybciej niż stanie się moim.  Nigdy się nie stała. Dziś widzę bardzo jasno, Babycake, że jedynym Twoim domem tu, było … nasze mieszkanie. Innego nie znalazłeś.  To ja tu się w dużej części zadomowiłem. Lubiłem objeżdżać wszystkie dzielnice, hrabstwa tej prowincji. Odkrywać jej historię, historie jej mieszkańców. Zwłaszcza trudną, a jakże pasjonującą historię Akadyjczyków i Murzynów (najstarszą w całej Kanadzie i ciągle bardzo żywą, aktualną, liczną)[3].

Innym bardzo dziwnym – wówczas – zaskoczeniem był brak Twojego zainteresowania siedliskiem Twoich przodków. Może słowo ‘zainteresowanie’ nie jest tu najwłaściwsze.  Może była to pewna niechęć dotykania przeszłości, lęk przed pamięcią? Byłeś w zasadzie jedynym z Twojego rodzeństwa, którego z Nową Szkocją nie łączyły wspomnienia dzieciństwa. Nawet nie urodziłeś się tu, jak oni. Nigdy nie przyjeżdżałeś tu na wakacje. Z praktycznego i naturalnego punktu widzenia byłeś kalgaryjczykiem. Calgary i jego okolice w Albercie, to był Twój dom, dzieciństwo, dojrzewanie, szkoły, pierwsza praca. Tam poznaliśmy się my i zakochaliśmy z całą dziką pasją wielkiej miłości. A Vancouver i BC były od pierwszego dnia już tylko naszym domem. Nasz dom. Przez długie bardzo lata. Całe dojrzałe, aktywne życie spędziliśmy tam. Tam już ze świadomego wyboru zawieraliśmy przyjaźnie, które przetrwały dziesięciolecia.

Ale nasz wyjazd z Calgary wiązał się też z decyzją Twoich rodziców powrotu do Nowej Szkocji. Do ich młodości, rodzinnej ziemi. Byłeś ‘ostatnim ptakiem’, który z rodzinnego gniazda pod Calgary wyfrunął. W dużym, starym domu na farmie u podnóża gór Kananaskis zrobiło się pusto. Nie było już dla nich sensu ten duży dom utrzymywać. Nawet tradycyjne niedzielne wielkie rodzinne obiady tam – po naszym wyjeździe – już  nie były te same. Zdążyli jeszcze przyjechać przez Góry Skaliste, by się upewnić, że jesteś bezpieczny, że wszystko jest dobrze. I wyjechali nad Atlantyk. Rodziców kochałeś bardzo ale z Mamą łączyła Cię nić wyjątkowa, specjalna. Rozumiałem i czułem to doskonale, bo taka sama łączyła mnie z moją. I stała się tragedia, która pozostała długim cieniem reszty Twojego życia. Tego bólu nie mogłem Ci osłodzić ani zatamować. Na pewno pomogło, że bardzo kochałem Twoja Mamę też. Leona była dla mnie wyjątkowo bliską i specjalną osobą.  Śmiesznie przyznać ale miałem chwilami dziwne uczucie, że zrobiłem jej szkodę niezamierzoną wykradając Ciebie spod jej skrzydeł. Dużo z niej – widziałem w Tobie. Nie często o tym bólu mówiliśmy. Ale wiedzieliśmy, że jest. Bezustanny. Wkrótce po ich wyjeździe Leona ciężko zachorowała.  Na bezlitosną i bezwzględną chorobę. Śmiertelną. Wiedziałem, że musisz tam pojechać. To nie ulegało najmniejszej kwestii. Nowa praca jeszcze nie na stałe, nowe życie – musiałeś wszystko odłożyć i jechać do mamy. Zrobiłem wszystko, co mogłem byś przez chwile nawet nie myślał, że może ten wyjazd nie jest w tym momencie naszego życia najważniejszy. Bo był najważniejszy. Nie mógł nie być. I poleciałeś pierwszy raz w swoim życiu do Nowej Szkocji. Do Pictou, tego rodowego gniazda waszego klanu. Byliście jedną z tych rodzin, która przybyła tu pierwszym żaglowcem ze Starego Kontynentu, ze Szkocji[4]. Następne  kilka miesięcy żyłeś w zasadzie w małym szpitalu w pobliskim New Glasgow. Do domu w Pictou wracałeś na noc, czasem zgodziłeś się pojechać na obiad. Czasem zostawałeś w szpitalu na noc. Sytuacja nie polepszała się a pogarszała. W pewnym momencie mama straciła mowę, nie reagowała na kontakt z nikim. Bałem się o Ciebie. Nie, nie przyszło mi przez moment do głowy namawiać Cię do powrotu. Musiałeś tam być. Ale bałem się o Ciebie. W tym samym  czasie do Vancouveru przyjechała z Polski moja mama. Na stałe. Była jeszcze trochę zagubiona, z mniej niż podstawowym angielskim. Ale musiałem do Ciebie pojechać. Bałem się, że nie znajdziesz tyle siły w sobie. Wytłumaczyłem swojej, że muszę tam pojechać. I tak znalazłem się po raz w pierwszy w Nowej Szkocji. Przyjechałeś po mnie samochodem z Pictou. Pierwszego wieczora ‘wypędziłem’ Cię ze szpitala zmuszając żebyś pojechał do domu na obiad. Ja zostałem z Leoną. Miałem jej sporo do opowiedzenia. Patrzyła w sufit, nie reagowała. Siadłem tuż przy jej głowie i długo jej wiele rzeczy mówiłem. Powoli, wyraźnie. Zakończyłem przyrzeczeniem żeby się nigdy nie martwiła o Ciebie, że nigdy nie będziesz sam. Do mojego ostatniego tchu. Pierwszy raz spojrzała na mnie z uwagą, jakby zmuszała się do poznania mnie. Poznała. Starała się coś powiedzieć, lekko ścisnęła mi rękę. Nie mogłem zrozumieć słów, bo były bardzo niewyraźne, urywane, chropowate. Następnego dnia miała wielu gości, rodzinę i przyjaciół. Z trudem ale mogła już się z nimi porozumieć.  Nigdy nie będę wiedział czy było to skutkiem mojej rozmowy i przyrzeczenia, jakie jej dałem, czy też po prostu nastąpiła poprawa i okres regeneracji. Po kilku dniach przywieźliście ją z tatą do domu, dostaliście specjalne łózko, gdzie mogła spać. Była u siebie. W gronie kochanych, u siebie. I stałe wizyty siostry, brata, kuzynek i kuzynów.  Wróciłem do Vancouveru.

Byłem o Ciebie spokojniejszy. Nawet wówczas, gdy – mimo niespodziewanej poprawy – straszna choroba upomniała się bezwzględnie o cenę tej chwilowej poprawy.  Kiedy Leona odeszła.

Tamten czas nałożył ten długi cień na Twoje życie. Myślę, że właśnie dlatego wizyty nasze w Pictou, z ostatnich lat już tutaj, nie były dla Ciebie przyjemne. Że te miasteczko nie kojarzyło Ci się z niczym innym tak silnie, jak z tamtym strasznym czasem. Nie znajdowałeś tam uliczek dzieciństwa, znajdowałeś uliczki smutku i bólu, jaki wtedy tam odczułeś.  Czasu straty.

Nie chciałem i tego wszystkiego w tej rozmowie poruszać. Miało być o naszych podróżach. Naszym szczęściu bycia razem.  Ale to była tak ważna część Twojego – a przez to i mojego – życia, że jakże pominąć ją milczeniem?  Wszak za to, że byłeś taki właśnie a nie inny też Cię kocham. I kiedy myślę o Twoim smutku, to mniej ważny wydaje mi się mój. Rodzi się znowu potrzeba troski o Ciebie. Objęcia ramieniem, przytulenia, ukojenia Twojego smutku. Moje sine qua non.


[1] tego dnia odszedł John.

[2] Dolina (Musquodoboit Valley) – tak określa się w środkowej Nowej Szkocji obszerne tereny lesisto-farmerskie na północ od Halifaksu, między Eastern Coast (Wschodnie Wybrzeże) a szosą Nr 2

[3] historię Murzynów w Kanadzie, zwłaszcza w Nowej Szkocji, opisałem na swoim Blogu w lutym 2020 (https://kanadyjskimonitor.blog/2020/02/04/historia-murzynow-kanadzie/)

[4] na statku ‘Hector’ w 1773 przybyły tutaj 23 rodziny i 25 niezamężnych mężczyzn ze szkockich Highlands – tylko jedna osoba mówiła po angielsku, reszta posługiwała się jedynie gaelickim. Tak powstało miasteczko Pictou.

IT

The day is, the day is, today is …

it is, it is cold, it is foggy, IT is …

like my soul, is soulless. IT is.

Went for a walk with IT sitting

like a bird on my shoulder.

There was no wind. Like IT,

the air was motionless, silent.

The date is coming, the date,

that changed everything. IT came

and took my soul. It was a cold day,

end of November. A month that

starts with the Day of All Souls and

ends with no souls, ends with IT.

I still go through the motions

of living, I go for walks, I raise

my head to watch the stars,

cook dinners for no one,

stare at the walls watching IT

moving slowly across like a spider.

I still write, read books halfway

only, to the point that I realize – and

I always do – that it is the same

story over and over again. Writers

have to write something, despite

the fact that everything was said,

 everything happened at some time.

The Epilog ends with IT. The last vowel,

the last syntax is perfectly broken up.

IT is.

B. Pacak-Gamalski, May 24, 2023

Terrence Bay

Bogumił Pacak-Gamalski

Tylu ich na tych skałach Północnego Atlantyku,

w tej zimnej wodzie, zginęło tego dnia .

Płynęli paro-żaglowcem zacząć nowe życie

w Nowym Jorku. Przygodę życia.  

W poszukiwaniu lepszego. W oczekiwaniu.

Marzeniu.

Młodzi, starzy, dzieci. Samotni i pary kochanków.

Nie dopłynęli. Nie zaczęli.

Pozostali tu, na małym cmentarzyku

w małej biednej osadzie rybackiej w Nowej Szkocji.

Terrence Bay. Blisko skalistej trasy wędrowniczej

miedzy Zachodnim i Wschodnim Pennant.

Widzę stąd, po drugiej stronie zatoki, tamte skały.

Zabierałem cię na długie wędrówki po tych wysokich gołoborzach

nad szalejącym w dole oceanem.

Lubiłeś te wędrówki.

Teraz stąd, po tej stronie zatoki, widzę wyraźnie

wysokie białe klify jej końca. Gdzie kosodrzewina

żyła śpiewem ptaków, które znalazły tam bezpieczny raj

kryjący małe łączki borówek, jagód i poziomek.

Zbierałem je i wsypywałem z dłoni w twoje usta.

Z dołu, dochodził huk rozbijających się o skały fal.

Pod koniec trasy, skąd było właśnie widać Terrence Bay

(wówczas nie wiedziałem. że tak się ta zatoka nazywa,

a osady stamtąd nie było widać – po prostu niekończąca się

potęga wody, skał i dziesiątki mniejszych i większych wysepek).

Nigdzie śladu człowieka.  Tylko ty i ja.

Dziś pierwsza moja samotna wycieczka.

Pierwsza od czasu, gdy cię nie ma.

Wycieczka, na którą nie mogłem cię wziąć.

Mimo, że ciągle, nieustannie jesteś ze mną.

 Ale nie mogę podać ci dłoni, gdy wdrapujemy się

 na skały, nie mogę się o ciebie oprzeć,

gdy siadam na kamieniu i patrzę w morze.

Nie mogę zebrać dla ciebie jagód i poziomek.

Patrzę długo siedząc nad morzem w Terrence Bay

na tamte skały, pod drugiej stronie zatoki.

Może jeszcze gdzieś tam zostałeś, przysiadłeś

na kamieniu? Gdybym zobaczył, to jak bym

dopłynął przez tą szeroką, zimną zatokę, jak bym

mógł wdrapać się na te ostre, pionowe klify,

jak uniknął porwania przez rozbijające się o nie

nieustannie wielkie grzywacze atlantyckie?

Ale nie widzę, nie mogę cię dopatrzyć.

Za daleko, by dostrzec maleńka sylwetkę człowieka.

Wstaje i idę na małe wzgórze porośnięte rachitycznym

 ale gęstym laskiem. Na szczycie drewniany kościółek,

gdzie pochowano we wspólnym grobie ponad pięćset

ofiar tej katastrofy morskiej w 1873.

W lasku zagubione stare mogiły, resztki grobów

drewnianych, niektóre zachowane w całości

murowane, kamienne. Tak, miedzy drzewami, krzakami,

bez alejek. Ale pamiętane, ktoś ciągle przynosi tu kwiaty.

Na małym cmentarzyku, ponad dwieście kilometrów stąd,

ponad wodami Pictou Harbour są twoje prochy u stóp rodziców.

Byłem tam niedawno. Postawiłem metalowy kwiat. Lilię.

Zatoka w Pictou jest spokojna, bezpieczna. Nie ma wysokich

skał ani potężnych grzywaczy rozbijających się o nie.

Mieliśmy tam spędzić zbliżającą się starość.

Naszą ostatnią wielką przygodę. Nowe życie.

Marzenie.

Jak tych pięćset sześćdziesiąt dwa z S.S. ‘Atlantic’.

Walk in the forest and opera

Bogumil Pacak-Gamalski

I’m in the woods, surrounded by trees. The sun filters through the leaves, creating a dance of light and shadow. The breeze caresses the branches, making them sway. They talk between themselves in the rhythm of that sway. The air is fresh and warm, but not too hot. It’s a perfect day … or it could have been.

But I’m not here to enjoy the scenery. I’m here to find you. You ran away from me, and I don’t know why. You didn’t say a word, just took off into the forest. I followed you as fast as I could, but you were always ahead of me. I called your name, but you didn’t answer. You didn’t even look back.

From the radio in my car I listen to Puccini’s La Boheme from Metropolitan Opera in New York. Last act. In Latin Quarters in Paris, the streets are dirty, buildings poor and cold. As the residents there. Clochards, cheap women and cheaper wine, poor artists (the bohemians). Little Mimi, overcome with consumption, is brought by friends to cold apartment rented by her lover, Rodolfo. She lays in bed but gathers her strength and sings to him about her love. Rodolfo responds with the same emotions. They sing together. Her singing brings hope to her lover. He starts to believe that Mimi will live, his hope gathers strength. But Mimi is dying. Hope and love can’t escape death.  

The terrain is rough and uneven. The ground is covered with dead wood, roots and rocks. I’m not as agile as I used to be. I’m not a young buck anymore, confident in my strength and speed. I stumble and fall, scraping my hands and knees. I get up and keep going, hoping to catch a glimpse of you.

But you are nowhere to be seen. You are hiding from me, or you have already gone too far. You are out of my sight and out of my reach. I don’t know where you are, or if you are safe. I don’t know what you are thinking, or what you are feeling. I don’t know if you still love me, or if you ever did. If you did, why can’t I find you in this forest, why are you hiding from me? Why have you forsaken me, my lover? Why you didn’t give me a chance to say goodbye. Why I didn’t know that the kiss was our last one? Have I known it, maybe I would have kiss you a moment longer, a second longer. Now the second , that precious moment is taken away from me. I don’t ask for much. Not for a year, nor a day even, or hour. Just that one second. Please come out from your hiding in this forest. Let me have that second.

The radio plays the sobbing anguish of Rodolfo in the final moments of last act of La Boheme. The curtain fells down.

Alors – encore une fois, s’il vous plaît

by: Bogumil Pacak-Gamalski

These words often came to mind, seriously and in a playful mode, during my last Saturday visit to venerable Music Conservatory in Halifax.

First of all – finally something different than baroque music that seem to be in a bloodstream of Maritime musicians (or Cecilia Concerts –   most popular,  almost singularly exclusive organizer of  musical performances). Who doesn’t love Vivaldi and Bach? We all do! No, not so much. Not all and not all the time, anyway. Specially in my case. The same canons and styles repeated thousand times with slightly different arrangement and these funny rococo dresses, white powder and astonishing wigs  – could make you bit nauseating  … .

Halifax venerable Conservatory of Music

No this time, no. That was the music at its most glorious times. The times of Beethoven and Brahms. An ornamental intermezzo with less known (for a good reason) English composer Frank Bridge separated the German giants of great music. Immortal music. 

Whenever I am in Berlin and walk through the Tiergarten (Berlin’s Hyde Park), I like to go and sit on bench near the monuments of German’s giants of music: Haydn, Mozart, Beethoven. Only a short distance further is monument of Wagner. Never saw any of Brahms in Berlin. His famous and wonderful monument is in Vienna and modern, symbolic style sculpture in his native Hamburg –  that one I have seen many times as it is located just a stone throw away from my favored walking park in Hamburg – Planten un Blumen.  But enough of cities, monuments and parks I like to walk in. Back to music. In Halifax, not in Germany.

Let’s start with absolutely wonderful and musically very mature Gryphon Trio of Annalee Patipatanakoon (violin), Roman Borys (cello), Jamie Parker (piano). With addition of equally talented and very energetic  Ryan Davis (viola) it made brilliant quartet.

It is such an immense pleasure to listen to musicians, who effortlessly play with such unison and harmony! Each could be and indeed is a soloist in her/his right. But as member of an musical ensemble they become one. All the strings combined sounded like they were played by one soul with many hands. No unnecessary showmanship but unity in sound, tempo and tone.

Pianist Jamie Parker and his style of playing was very familiar to me. By no accident, of course. Parker studied in Vancouver under the tutelage of no one other than Lee Kum Sing. I recalled many long chats with Lee Kum Sing about his method of preparing young pianists to stage career. And the many traps and very insidious mannerism that lurks for musicians hungry of applause.  In early middle and conservatory level musical schools, teachers tend to tech how to play an instrument. But are very oblivious to the teachings of public expressions and stage unforgivable atmosphere. It is only in later years, if they are lucky enough, that they might found someone, who would teach them that. Someone, who has a stage/soloist experience. Typical music teacher in a conservatory or even an university is good theorist, good musician – but failed or couldn’t even begin a soloist career. It takes stamina, courage, perseverance and clear vision to become one.

In Halifax Conservatory the  hall was full. I was pleasantly surprise that a large section of the audience was below the typical here custom of silvery hair covering age of substantial life experience.  Not that there is nothing wrong with it. Especially if that composure still hides an eternal youth! No, it simply saddens me often that so many young people avoid such experience of good music. Chances are that if you don’t get that shot early in your life – you will never discover the beauty of so called classical music (I despise the term myself – music has only two genres: good and bad, period). And it is, for most part, a good music. Music that expands your horizons, your emotionality.

Anyhow – my luck this evening resulted in choosing my seat – between two empty seats. Alas, empty not for long. Just before the music started playing – two very young men sat on both sides of me, LOL. Probably below the age of twenty. 

Music. How to begin? A good suggestion would be: play most likely the absolute god of all music. The incomparable Ludwig van Beethoven.  And why not a composition, when The Great One was founding his totally unique, own musical style. The Piano Trio No.5 in D major, opus 70.

That composition (also known simply as a “Ghost’ – often combined with Macbethian origin) is superb on many levels. And is has been many years since I heard it full in a concert hall.

They began. The strings play the Allegro vivace wonderfully. Every note is essential, not replaceable.  The cello seems to lead dancing guests, the tempo and direction of the troupe. You can see the dancing group of guests in some forest, some meadow.  Very diminutive, quite sound of piano is somewhere, far away, only in moments yet it seems so constant. The sound of air around.

Then comes the Largo. Totally different in every aspect from I and 2 part. Ghostly indeed. My mind for split second jumps to memory of Ravel’s ‘Gaspar the la Nuit’.  Naturally, my comparison would have been absolutely alien to Beethoven as he died many years before Ravel composed ‘Gaspar’.   But the atmosphere is there. Specially in the piano parts. The piano plays here the leading part, the strings follow.

Presto returns to the happy  yet,  majestically vibrant procession like in Allegro, albeit in different melody and  more robust tempo.

After that trio I was sold fully. Uncanny-funny  side note: large city surroundings offer sometime surprises even for much more solid stages. It did during this concert in a perfect moment – during Largo. Distant noise of flying nearby helicopter.  I noticed some listeners were petrified. I found it very amusing and … interesting. In Largo, that distant monotonous sound was like a military drums of funeral march.  It fit the music very well.

After a short intermezzo the stage is taken by our pianist and the youngest but not lacking in talent, viola soloist, Ryan Davis. They both played a two short pieces of British composer from the turn of XIX and XX century, Frank Bridge. Bridge was , at his time and place, very well-known player of viola. These two compositions (Pensiero and Allegro Appossionato) are a good testament of his knowledge of the instrument. I see it mostly as an ornamental music, what we would call today: popular music. And I am sure it was popular in London’s salons of that time. It certainly allowed Davies to shine as an exceptionally musical viola player. In Allegro he was brilliant.

In music, the term pensiero  would be closer to largo in character and meaning. It represents  a heavy, uneasy thought, longing. The most brilliant representation of it would be, of course, no other than the music of Verdi in his unforgettable choir in NabuccoVa , pensiero, sull’ali dorate . Frank Bridge composition definetly is not sull’ali dorate (… on golden wings). But it is pleasant to listen to.  

Last but by any means not least, comes Johannes Brahms complicated Piano Quartet No. 1 in G minor. Brahms was so absorbed in his own prestige, in his almost neurasthenic fear of not living up to the greatest of greats in music, that he worked on his pieces over and over for years at a time. Changing note here, tempo there or even scale. The end was mostly brilliant composition but, at times (I think) it lacks soul. Music must be a story. A story of epic proportions, human story of struggle: in grief and in joy, despair and happiness.  It is very original construction of musical subjects unfinished, un-ended. As sentence ending many times without a period. Sentence beautiful, nonetheless.

I think that it must pose a challenge for musicians to play it, to find the right pace and continuity. I thought that the Gryphon Trio with Ryan Davies played it splendidly.

You truly start to like it, to have sort of understanding of the music, in the middle of part two (Intermezzo – Allegro) and 3rd part (Andante con moto) brings some continuity and lyrical story to follow, to imagine.

Finally comes Rondo alla Zingarese. One of the most intense finale of the entire period in music. Let me use more precise, elegant terminology:  it is insane, it is crazy. And it is wonderful.  How does it end? It doesn’t! When you are sure that a powerful finale stopped playing and you are just about to jump to your feet with applause – the musicians play another finale, almost identical but not exactly. And again, and again … .

Even if you are not the greatest fun of the serious music – please go once to a concert of Johannes Brahms Piano Quartet N.1 in G-major, op. 25. And if you absolutely can’t stand this type of music – stay away for the first 3 parts – but, for Heaven’s sake, come back to listen to Rondo alla Zingarese.  It will change your opinion of so called ‘classical music’! I guarantee it. You might even scream at the end:  encore une fois, s’il vous plaît !

The Gryphon Trio with Ryan Davis concert in Halifax, April 29, 2023

Chasydyzm i odrodzenie nowej Rzeczypospolitej

Bogumił Pacak-Gamalski (cz. V)

Zakończył się okres Paschy żydowskiej i chrześcijańskiej Wielkanocy, która faktycznie jest niczym innym, jak ostatnią celebracją Paschy żydowskiej przez Jezusa z Nazaretu. Więc czas do powrotu do mojego cyklu o antysemityzmie polskim. Chciałbym już na ten temat w przyszłości nie pisać. Ale bym mógł nie pisać w przyszłości – muszę teraz starać się moje myśli na ten temat ułożyć.

Z notatek spisywanych  w marcu tego roku wynika, że nurtowało mnie to bardzo. Właśnie te pytanie: Czy kiedyś napiszę ostateczną, końcową wersję tej historii? Mojej, polskiej. I ich, żydowskiej, a wszak też polskiej.

I przyznaję, że jest to emocjonalnie wyczerpujące. Nie wiem, może profesjonalny historyk (podobnie, jak lekarz) potrafi okryć się pancerzem obojętnego obiektywizmu, szkiełka i oka. Mnie trudno. Więc wolałbym jednak na tym cyklu pozostać, zamknąć moje szperanie w ciemnych zakamarkach duszy polskiej. Z całą stanowczością jednak muszę podkreślić moją niewzruszoną pewność (a przez to jeszcze bardziej przykrą i nieznośną), że antysemityzm polski nie był/nie jest wyspą odosobnioną. To nie wyspa a olbrzymi kontynent religijnych waśni i nienawiści wszystkich religii Abrahamowych. Ale to już zupełnie osobny i inny temat.

Nikogo prawie już nie ma kto pamięta, kto widział, kto słyszał; był aktorem-ofiarą dramatu. Pozostaną dokumenty, archiwa. Martwe. Dokumenty nie mają etyki, nie płaczą, nie krzyczą. Nie mają też nienawiści, pogardy. Nie są nawet chciwe. To martwe formularze, kartki papieru. Z biegiem lat wyblaknie  z ich stron człowiek. Pozostanie tylko suchy fakt jakiegoś czynu, jakiegoś miejsca, może kilka nic nie mówiących nazwisk, które stracą swą łączność z tym człowiekiem, z jakimkolwiek człowiekiem.

Czy zdążę pojąć co i dlaczego się stało nim ten czas – w tym i mój czas kurczący się – nadejdzie? Wątpię. Ale będę się starać pojąc głębiej, zrozumieć, co do zrozumienia jest możliwe.

Przyszedłem na świat około dekadę od ostatniego pogromu i około dekadę przed ostatnią nagonką. Tą, która de facto unicestwiła marne resztki świata polskich  Żydów istniejące na ziemiach, które zamieszkiwali od setek lat. Wielu rzeczy, osób, miejsc, które były mi kulturowo bliskie emocjonalnie nigdy nie zobaczyłem, nie poznałem, nie dotknąłem. Spóźniłem się o epokę. Pamiętam smutek młodego chłopaka, kiedy przechodziłem  zakrętem małej uliczki przez Plac Grzybowski i mieszczący się tam budynek Teatru Żydowskiego. Zawsze chciałem zobaczyć wielką Idę Kamińską na scenie tego teatru. Nie zobaczyłem. Kamińska dobrowolnie wyjechała z Polski po nagonce w 1968. Teraz nie ma nawet w tym miejscu śladu po tym teatrze. Tym razem już z przyczyny decyzji samej warszawskiej Gminy Żydowskiej, która ten historyczny budynek sprzedała. Bardzo niefortunnej i złej decyzji. To było miejsce specjalne, o wartości historycznej. Za dukata czy miedziaka nie wszystko można kupić. I nie wszystko powinno się sprzedawać … .

Pogranicze, to takie dziwne terytorium ‘ni tu ni tam’, ‘naszych i ich’. Kimkolwiek ci ‘nasi’ i ci ‘tamci’ są. Cechą zasadniczą pogranicza jest biegnąca w jego środku niewidzialna linia granicy: przedziału, podziału.

Świat pogranicza, który nigdy nie wróci. Wielusetletnie pogranicze polsko-żydowskie, które wycisnęło się trwałą i niezniszczalną pieczęcią na historii Polaków i Żydów. Historii Polski. Polskiej i żydowskiej. Bez wątpienia ta historia ma swoją kontynuację (nie zawsze całkowicie świadomą) daleko poza Polską.  W Izraelu, w Nowym Jorku, w Montrealu. Wszędzie, gdzie istnieje żydowska diaspora i gdzie istnieje świadoma swej historii diaspora polska.

W dawnej Rzeczypospolitej szlacheckiej tereny były rozległe, olbrzymie. Więc i pogranicze – zwłaszcza kresowe, stepowe – było szerokie, jak owe niekończące się stepy. Na pograniczu wąskim, gęsto zaludnionym, ta biegnąca gdzieś nić graniczna zamazuje się. ‘Nasi’ i ‘tamci’ stają się coraz mniej różni, upodabniają się, asymilują.  Tak bywało w Polsce zachodniej, nawet centralnej, północnej. Na Podolu, w województwie Bracławskim  i dalej, ku Dnieprowi – przestrzeń była szeroka, mało zaludniona a miasteczka nieliczne i w zasadzie pozbawione specyficznej klasy mieszczaństwa.

Czas tam biegł inaczej. Dramatyczny okres ostatnich dwustu lat istnienia I Rzeczypospolitej wiązał się i z osiągnieciem przez nią potęgi na skalę olbrzymią i początku jej wewnętrznego i zewnętrznego rozpadu. Na dalekich kresach południowo-wschodnich był to też czas nie kończących się wojen i wojenek z Kozaczyzną, z Tatarami, z Turcją. Stabilne więzy administracji państwowej, rozwoju gospodarczego i politycznego rozpadały się, jak wywrócony kosz połatanej przędzy. Był to czas bardzo nieprzychylny dla osad i zbiorowisk biedoty żydowskiej, drobnych rzemieślników i drobnych handlarzy. Czas głodu, lęku. Tak zrodził się mesjanistyczny ruch chasydzki. Ludzi, których określić można  ruchem mesjanistycznym, zanurzonym nie w uczonych i przestrzeganych przez rabinów Rzeczypospolitej zapisach Talmudu, a w Kabale izraelskiej i we fragmentach często niezrozumiałej Tory. Przypominali nieco średniowiecznych mnichów chrześcijańskich wędrujących po grodach i leśnych trakach ówczesnej Europy. Trochę też muzułmańskich derwiszów spod skrzydeł Rumiego i jego oblubieńca, Szamsa z Tabrizu. Niewykształceni, pozbawieni opieki spirytualnej i prawnej, przemieszczali się od osady do osady, jako owi średniowieczni trubadurzy, jak grupy tańczących Derwiszy śpiewając znane im nieliczne hymny Tory i własne hymny radości życia i zespolenia z Jahwe. Ich Pana, który tak, jak z niewoli egipskiej i ich do krainy szczęścia wywiedzie. Dostawali od innych żydowskich biedaków w napotkanych osadach pożywienie, napitek. Ich mesjanizm był ratunkiem przed skrajną depresją, przed codziennością, która ich przerastała ogromem wezwań. Ruch ten w sposób omal nadzwyczajny rozrósł się do nieoczekiwanej popularności i masowości.  Niektórych  z nich widziano, jako osoby nawiedzone łaska bożą, świętych. Niektórzy z nich zaczęli siebie tak widzieć. Typowe procesy ruchu mesjanistycznego. Początkowo, gdy ich sława i mir, dotarły do szanowanych i znanych rodów rabinackich Rzeczypospolitej, ci świętobliwi adepci Talmudu, który stale tłumaczyli i uwspółcześniali nowymi komentarzami – oburzyli się na takie występki nieuczonych w piśmie, na jakieś tańce i śpiewy niczym w szynku a nie w domu pobożnego żyda. Ostrzegano przed nimi, grożono, a samych chasydzkich ‘odszczepieńców’  nawoływano do zarzucenia tych bezecności. Ale było już za późno. Ruch obrósł w siłę i popularność. Znani i szanowani rabinowie musieli się z faktem pogodzić, nawiązać kontakty. Z czasem powstała funkcja cadyka, a nieco później ta funkcja cadyka – podobnie jak tytuł rabinowski – stały się dziedziczne. Powstały rody i grody cadyków.

Mauzoleum Lewi Izaaka, słynnego cadyka z Berdyczowa (XVIII-XIX w)
(fot. by By Shybetsky – Own work, Wkipedia Commons)

Odnoszę wrażenie, że ruch chasydzki doprowadził do większego wyobcowania, szerszej alienacji Żydów chasydzkich z więzów obywatelskich, państwowych. Z więzów emocjonalnych z samą instytucją państwa, w jakim mieszkali. To do siebie ma wszelki ‘mesjanizm’ – nie tylko religijny ale i polityczny, narodowościowy, filozoficzny. Gdy nadeszły czasy walk o niepodległość Polski – te żydowskie miasteczka, osady, które wyrosły na gruncie chasydzkim nie wybuchły patriotycznym uniesieniem rezurekcji tej ukochanej Rzeczypospolitej. W dodatku na ziemiach polskich rozszumiał się głośną zawieją inny mesjanizm – polski, etnicznie polski. Nie, nie ten z czasów Wielkiej Emigracji Hotelu Lambert. Mesjanizm pana Dmowskiego i Narodowej Demokracji i jej bękarta – faszystowskiej Falangi. Te faszystowskie bękarty stały się zresztą modne w całej Europie. Nieszczęściem Żydów polskich był fakt, że w Polsce ich, Żydów, … było najwięcej. Nie bez znaczenia był tradycyjny  antysemityzm większości polskich hierarchów i zwłaszcza szerokiej rzeszy zwykłych księży katolickich.

Przy tym wyobcowaniu, wzajemnej nieufności, lęku z żydowskiej i agresywności z etnicznie polskiej strony – te sąsiedztwo w granicach jednego państwa nie było łatwe.

A były szanse na lepsze sąsiedztwo. Intelektualna i finansowo-gospodarcza elita Żydów polskich była z kulturą polską i państwem polskim emocjonalnie i intelektualnie silnie związana. Nie tylko Żydzi, którzy ulegli pełnej, dobrowolnej polonizacji i uważali się za ‘Polaków żydowskiego pochodzenia’. Również Żydzi ortodoksyjni świadomi swej odrębności kulturowo-etnicznej i chcący tą odrębność zachować czuli się z Polską silnie związani. Czuli się jej pełnymi obywatelami.

Były szanse. Bladły jednak wobec przeszkód. Już podczas Konferencji w Paryżu (gdzie Polskę reprezentował Dmowski i jego Stronnictwo Narodowe) tzw. problem mniejszości żydowskiej napotykał na ostre sprzeciwy strony polskiej. Podpisano co prawda tzw. ‘mały traktat’ dotyczący specyficznie ludności żydowskiej – ale Polacy nawet nie ukrywali, że nie mają zamiaru większości z jego zapisów realizować, podobnie, jak nie zrealizowaliśmy nigdy ustaleń Konferencji Państw Reprezentujących byłe mocarstwa, które przestały istnieć – Austro-Węgierskiego i  Cesarstwa Rosyjskiego   w sprawie Ukraińców. Polska przyjęła w zasadzie opcję tzw. faktów dokonanych. Problemy były też obiektywne. Żydzi nie byli w jakimkolwiek sposób jakąś jednolitą społecznością z tzw. tradycyjnego rozumienia mniejszości etnicznej. Co miałoby o należeniu do takiej ‘mniejszości’ decydować? Wiara? Etniczność? Język (hebrajski? aramejski? czy jidysz? byli obywatele pochodzenia żydowskiego, którzy mówili tylko po polsku)? Nie zamieszkiwali jakiegokolwiek specyficznego terytorium administracyjnego. Ba, zamieszkiwali na terenach historycznie należących do innych mniejszości Rzeczypospolitej (Podole, Wołyń, Białoruś, Wileńszczyzna).  Polska zgodziła się na prowadzenie przez Gminy Żydowskie szkół. Istniały zasadniczo (w zależności od wielkości i zamożności Gminy ) szkoły o charakterze religijnym (tzn. wykładano w nich religię mojżeszową i nauczyciele byli wyznania żydowskiego oraz szkoły generalnie świeckie. Najczęściej były to szkoły powszechne i gimnazjalne (do 7 klasy), były też szkoły gimnazjalno-licealne (do 9 klasy). Wykładowym były języki: hebrajski, jidysz i polski. W zależności od oferowanego programu i stopnia przygotowania zawodowego nauczycieli szkoły, ich świadectwa były formalnie uznawane na tej samej zasadzie, jak szkoły państwowe. Ale nie były opłacane i nie otrzymywały dotacji z budżetu miejskiego  (państwowego) i były szkołami prywatnymi. Stąd poziom ich był bardzo ścisłe związany z zamożnością danej Gminy i danego sąsiedztwa żydowskiego.  Warte odnotowania jest, że podobnie jak szereg polskich szkół państwowych, tak i żydowskie kontynuowały tajne komplety i naukę nawet w czasie okupacji hitlerowskiej. Ostatni tajny egzamin maturalny z Liceum Spójnia miał miejsce w getcie warszawskim w lipcu 1942.  Tylko w samej Warszawie wszelkiego typu i charakteru szkól żydowskich było ponad dwieście. Szkolnictwo wyższe było wyłącznie domeną państwową.  I tu spotykamy od razu poważne wyłomy w demokratycznym , ogólnym dostępie do nauki opartym jedynie na wiedzy kandydata. Wszystkie chyba wyższe Uczelnie w Polsce praktykowały większy lub mniejszy rodzaj rasizmu lub antysemityzmu. I nie mówię tu o wyczynach i akcjach studentów skupionych w szowinistycznych Korporacjach studenckich, zwłaszcza w tych  tzw. ‘młodych’, czyli powstałych w latach Dwudziestych. Mówię o formalnym, uczelnianym antysemityzmie. Przypominam sobie mała książeczkę  kupioną przed wieloma laty, wspomnienia dr. Jana Gellera, polskiego Żyda.

Geller młodość spędził w Krakowie w inteligenckiej rodzinie żydowskiej. W 1924 po zdanej maturze złożył aplikację na Uniwersytecie Jagiellońskim na Wydział Medyczny. Aplikacje odrzucony na podstawie ‘numerus clasus’: na 100 otwartych miejsc tylko 10 przeznaczono dla kandydatów żydowskich. Wyniki maturalne, listy polecające nie miały znaczenia. Tak, jak znaczenia nie miało obywatelstwo polskie. Dzięki uporowi i listowi polecającemu od byłego premiera Polski, przyjęto go na UJ w następnym roku.

W 32 ukończył bakałarz medycyny, w 1934 obronił prace doktorską. Po wiadomości, że zdał doktorat pośpieszył na swoją uczelnie odebrać papiery w Collegium Novum UJ. Niestety, nieświadomie wybrał niefortunny dzień. Dzień, w którym studenci i absolwenci żydowskiego pochodzenia mieli zakaz przychodzenia do najstarszego polskiego uniwersytetu. Co mu dość zdecydowanie wyjaśnili szybko studenci-Polacy … . („Through Darkness to Dawn” by dr. John Geller, Veritas Found. Publication Centre, London, 1989).

Cóż więcej dodać?  Może stronę  tytułową popularnej gazety tego zacnego grodu Piastów i Jagiellonów. Z tego samego mniej więcej czasu, co przytoczone wyżej wydarzenia Jana Gellera.

Link do cz.4