Halifax, Dublin, Ulysses i mewy

Bogumil Pacak-Gamalski

Jest ciepło. No, może nie w tej chwili gdy to pisze. Ale zdecydowanie było ciepło (jak na kwiecień nad Północnym Atlantykiem), gdy działo się to, o czym piszę.

Idę na ‘swoje’ kamienie. Moje kamienie, to takie głazy rozrzucone systematycznie u nabrzeża wąskiej cieśniny odgradzającej stary Halifax kanadyjski od marnego Dartmouth. Ja mieszkam w tymże marnym Dartmouth. W domu nad tą cieśniną, stąd na te głazy regularnie chodzę na spacery, o różnych porach dnia i nocy i roku. Tu, w tej cieśninie wąskiej, tuż obok gdzie chodzę, kiedyś zderzyły się dwa okręty wojenne. Jeden był załadowany prochem i amunicją na front  zachodni I wojny światowej.  Eksplozja była największym wybuchem w historii wojen aż do czasów Hiroszimy i bomby atomowej. W okamgnieniu zniknęły całe dzielnice Halifaksu, tysiące ludzi zginęło.  Gdybym siedział tak wtedy na tych kamieniach – pewnie bym nie siedział długo tylko leciał z fragmentami tych statków, tych pocisków, gdzieś w powietrze. Spory kawał małego działa żeliwnego leży do dziś po mojej strony cieśniny, jakieś kilka kilometrów od mojego domu, koło jeziora Abro, gdzie też lubię chodzić na spacery. Przeleciała sobie tak ta lufa armatnia, jak jaki dmuchawiec pod chmurami.

Ta I wojna , a potem druga, zamieniły tą cieśninę i port w Halifaksie  w jakiś Kanał Sueski w najbardziej ruchliwej dla żeglugi porze dnia i roku. Okręty i statki dostawcze,  łodzie i kutry były tu tak gęsto cumowane i manewrowane, że ponoć na upartego mógłbyś suchą nogą przejść przez cieśninę ode mnie na brzeg Halifaksu. A teraz by trzeba było być dobrym pływakiem i silnym by przepłynąć.  Więc ja jeżdżę przez most. Samochodem. Ale wtedy, no wtedy to było inaczej. Jakby flota Greków płynęła do Troi by zmierzyć się z Priamem.

Na kamieniach mam ulubione miejsce. Głazy tak ułożone, że tworzą obszerną kanapę, niczym w Wersalu. Oparcie na plecy, wałeczek pod stopy, nawet wnęka na wsparcie ramienia. Leżę i gapię się w wodę. Myślę o tej armacie lecącej w powietrzu. A potem myślę o „Ulysessie” Joyce’a.  Widzę obok siebie jego bohatera Dedalusa, Mulligana i Hainesa siedzących przy wieży Martello w Dublinie i spoglądających na  wodę zatoki o kolorze zielonkawego gluta. Mistrz słowa i formy – Joyce – pisze tak silnym dialektem, że ciężko się chwilami połapać o czym oni tam gadają. Nigdy „Ulyssesa” nie lubiłem.  Jest mistrzowsko nudny, jak flaki w oleju. Podziwiać mogę dyscyplinę i warsztat pisarski, chwyt adaptacyjny „Odysei” Homera. Ale, jako czytelnik chce mi się wymiotować. Prosto do tej cieśniny. Może też nabierze koloru tego zielonego gluta, jak chusteczka Hainesa.  

A  lubię literaturę irlandzką. I lubię Joyce’a, jako autentycznego wielkiego modernistę i awangardzistę literatury. Nie lubię tylko  tego akurat dzieła, które uznaje się, jako szczyt jego talentu – „Ulysses’a” właśnie. Dla mnie to tylko ćwiczenia literackie a nie skończone dzieło.

Jakże inaczej pisze współczesny wielki pisarz irlandzki, Callil Toibin. Jego książki kocham.  Czytanie ich to uczta. Ale nie zabrałem ani jednej z nich na ten mój spacer. Szkoda.  Zbieram się więc do domu, zwlekam z tej kamiennej kanapy ( a nie jest to proste z moją niezbyt zdrową kondycja w oczekiwaniu wielomiesięcznym na operację), chwytam mój kijek podręczny, torbę z zeszytem. Spoglądam w niebo. O! Przeleciało coś! A jednak nie, to nie był kawałek armaty. Mewa. Biała z żółtym dziobem. Ciekawe czy mewom, które w wichurach sobie całkiem nieźle radzą (co obserwowałem często nie tylko tu, nad Atlantykiem ale i podczas wielu lat pracy na statkach na zachodnim Pacyfiku), ten wybuch  tego statku z amunicją też szkody przyniósł.

Fog, walk, talk and poetry

Bogumil Pacak

Day of fog. Day of walk and talks with You. Perched above the Atlantic in Lawrencetown in Nova Scotia. Unedited, raw poetry in Polish, simultaneously translated in he same raw form to English. Exactly as many our talks, using words of both languages in the same sentence. Our crazy parlance. Day was nineteen of March, in 2023.

Dzień w opończy mgieł. Rozmowy z Tobą. Zawieszony na krawędzi zalesionego wzgórza, z Atlantykiem w dole i dali. Surowa poezja spisywana równocześnie po polsku i angielsku. Jak nasze wspólne rozmowy wymieszane zwrotami, słowami obu języków. Dzień był dziewiętnasty w marcu, 2023.

Cruel are days of emptiness:

shoe shuffling

washing dishes

cooking dinner

cleaning, laundry…

No, it isn’t true

that it will get better.

You were lying,

when you wrote a note:

you will get used to it,

you have so many passions,

will have time to write more,

have time to travel,

time for your books.

Time?

Time is my worst foe,

most cruel and unforgiving.

In its methodical chronology

of days and nights,

weeks and months.

Yes, I do have a bad day

– and please, don’t tell me

banal wisdoms of life.

They do not stop

the comings of bad days.

Days of empty pages

form wall calendar.

Thinking, understanding in silence,

you approached me and softly

placed your hand

on my shoulder:

go to the shore,

to the beach.

There is beautiful fog.

You won’t be able to see

neither the beginning nor the end

of things and thoughts, of edges.

I was getting ready,

when you reproached me:

but don’t go

to big rocks,

to tall stony giants.

Go to hills

covered by forest,

shrubs and grass.

The rocks are treacherous.

Wilderness of dark forces

and strangulators.

They will whisper

bad words to you,

will lure you with

 tight noose under

the guise of peace.

But forest, meadow and grass

will protect you.

You say that you

want me to come back.

I will drive there.

Will come back to our home.

I am at peace, now.

When no one could,

when I was in a duel

with the world and people,

with giants and dwarfs

(the dwarfs are most dangerous)

– only you could

quell the thoughts,

silence the uproar.

I was in the embrace of thick fog

on the trail of meadows

and pine trees

perched high, above

the sharp edge of land.

Listened to song of sea.

I listened to the sound

of your monotonous goodness.

And came back. At peace.

Okrutne są dni pustki:

szuranie kapciami

mycie naczyń

gotowanie obiadu

sprzątanie, pranie …

Nie, nie prawda,

że będzie lepiej.

Kłamałeś, gdy napisałeś

w zostawionej mi nocie:

przyzwyczaisz się,

masz tyle zainteresowań.

Będziesz więcej pisać,

będziesz miał czas

na podróże,

na książki.

Czas?

Czas jest moim wrogiem

najgroźniejszym, okrutnym

i bezwzględnym w swojej

monotonnej chronologii

dni i nocy,

tygodni i miesięcy.

Tak, mam zły dzień.

Nie powtarzaj mi banalnych

mądrości życia.

Banały i truizmy

nie powstrzymują

tych złych dni

pustych kartek

ściennego kalendarza.

Podchodzisz i kładziesz

mi dłoń na ramieniu.

Myślisz , rozumiesz.

Mówisz szeptem:

jedź nad morze.

Piękna opończa mgły.

Nie widać końca ni początku

rzeczy, spraw, brzegu.

Gdy już wychodziłem,

zatrzymałeś mnie:

tylko nie jedź

na wysokie skały.

Jedź na wzgórze

porośnięte lasem,

kosodrzewiną i trawami.

Skały są zimne, zwodne.

To uroczyska złych

wodnic i dusicielek.

Będą ci szeptać słowa złe,

będą kusić kłamstwem

obietnicy spokoju,

który jest pętlą dusiciela.

A las, łąka i trawy

obiecują, że wrócisz

z ich ścieżek.

Tam więc pojadę,

gdzie mówisz. I wrócę

do naszego domu.

Uspokoiłeś mnie,

wyciszyłeś, gdy nikt nie potrafił.

Gdy ścierałem się

ze światem i ludźmi.

Z olbrzymami i karłami

(karły są najgroźniejsze).

Tylko ty potrafiłeś

te walki przerwać,

myśli uspokoić.

Byłem tam, w gęstej mgle,

na szlaku łąk i gajów świerkowych

zawieszonych wysoko

nad morskim urwiskiem.

Słuchałem szumu fal w dole.

Słuchałem twego monotonnie

dobrego głosu. Spokojniejszy.

I wróciłem. Do naszego domu.

Smutne zaułki

Bogumił Pacak-Gamalski

Część III

Temat nie prosty. Nie bardzo nawet wiem od której ‘strony’ do niego podejść. Początkowo miało być o złożonej i niełatwej stronie historii polskiego antysemityzmu, a bardziej jeszcze ściśle, o zaminowanym polu Holocaustu Żydów polskich na terenach polskich w czasie 2 wojny.

Jest też temat poboczny niejako ale uwagi wymagający – temat Wikipedii, jej wiarygodności lub nie, gdyż w tym wypadku Wikipedia ma z tym tematem zasadnicze znaczenie, co dalej wyraźnie wytłumaczę. I od tego zacznę (bo łatwiej i prościej), Z pozoru błahy, w istocie bardzo ważny.

Kto i kiedy ostatnio zaglądał do encyklopedii? Nie przez Googla ale do encyklopedii drukowanej przez jakieś znane i cenione (jakiekolwiek) wydawnictwo naukowe? Cisza? Ano tak – z tych drukowanych nic się w zasadzie nie ustało. Próbowały tu i ówdzie niektóre szacowne instytucje. I wszystkie prawie bez wyjątku poległy ‘na polu chwały’ próbując. Jedyną (z tych znanych i szanowanych na świecie) była Encyklopedia Britanica, która walkę podjęła. Nie, nie walną bitwę, bo przy ostatniej próbie edycji w druku też przegrała. Ale bitwa przegrana nie oznaczała klęski totalnej – Britanica potrafiła przekształcić się w wydanie elektroniczne (online), systematycznie aktualizowane. Upadek popularnych wydawnictw encyklopedycznych nie jest świadectwem zaniku rynku czytelniczego (w każdym razie nie wyłącznie) ile prędkością nowych odkryć, badań i stanu wiedzy, którym charakteryzuje się współczesny świat. Ta prędkość przekracza możliwość aktualizacji tradycyjnych, drukowanych wydań.

W takim nowym świecie zaistniała Wikipedia – bardzo zacny projekt łatwo dostępnej i czytelnej wiedzy na wszelkie możliwe tematy. Ale Wikipedia nie opiera się na tradycyjnym systemie opłacanych autorów, recenzentów i edytorów ze świata akademickiego (co nie oznacza, że naukowcy nie mogą i nie edytują Wikipedii indywidualnie, prywatnie). To Projekt wydawnictwa socjalnego, społecznego, gdzie każdy teoretycznie może nowe artykuły-tematy napisać i opublikować, a inni mogą te artykuły rozbudowywać, poszerzać. Naturalnie pewne zasady są twardymi prawami, których łamać nie wolno: temat (osoba, zagadnienie, wydarzenie, itd.) muszą być same w sobie ‘encyklopedyczne’, tzn. muszą już istnieć w świadomości i przestrzeni świata realnego. Osoba musi istnieć w jakiś opisach, zaznaczeniach istotnych medialnych, naukowych, bibliotecznych. Podobnie z wydarzeniami, produkcjami artystycznymi lub naukowymi. Słowem muszą mieć minimalną obecność publiczną. By stworzyć artykuł pt. ‘Jan Kowalski’ autor musi wykazać, że Jan Kowalski jest osobą, która istnieje w publicznym realu przez zauważoną publicznie lub naukowo działalność. By artykuł mógł być zatwierdzony do publicznej publikacji w Wikipedii musi być stworzony przez autora, który już ma uprawnienia edytorskie lub redaktorskie w Wikipedii (czyli osoby, która wykazała się umiejętnością publikacji takich tematów, szeregiem edycji innych artykułów i znajomością zasad). Nie jest to proces ani taki łatwy ani prosty. I generalnie rzecz ujmując Wikipedia jest w miarę dobrym i w miarę rzetelnym źródłem popularnej wiedzy. Nie jest natomiast źródłem wiedzy opartym na rygorystycznych badaniach akademickich. Fakt, że istnieje olbrzymia ilość językowych/narodowych Wikipedii sprawę komplikuje jeszcze bardziej. Oryginalna Wikipedia jest projektem opartym na języku angielskim. Nie oznacza to bynajmniej, że projekty innych języków są po prostu tłumaczeniami z angielskiej Wikipedii. Nie, każda Wikipedia posiada własną  niezależność edytorską. Co jest też plusem ale i minusem tego projektu. Temat encyklopedyczny w Polsce może nie mieć znamiona encyklopedycznego w świecie anglosaskim lub ogólnie międzynarodowym. Stąd te językowe wersje/projekty wikipedialne często różnią się bardzo i są w dużym stopniu ‘napiętnowane’ specyfiką narodową. W polskiej wersji jest nadmiar lub nadana jest waga najsilniejsza np. tematom związanym z wiarą i Kościołem katolickim; generalnie charakter pewnych artykułów socjalno-filozoficzno-światopoglądowych będzie bardziej nacjonalistyczny, z wyraźnym naciskiem na prawicowo-narodowościowe widzenie świata. Łatwiej jest napisać i opublikować temat  ‘Złoto’ lub ‘Planeta’ bądź ‘Dąb’ niż temat z dziedziny historii (zwłaszcza polskiej), biografie znanej i ważnej osobistości, tematy z dziedziny LGBTQ+. Wojny i spory edytorów, redaktorów i tzw. Administratorów (stosunkowo najwyższa i prawie ostateczna władza w Wikipedii) są w tych tematach ustawiczne, czego dowodem są czasem dziesiątki stron historii edycji, zmian, usuwania zmian, przywracania tych zmian, kolejnych zmian lub wręcz blokad redaktorów lub ostatecznie uniemożliwienie wprowadzenia jakichkolwiek zmian. Lub po prostu usuwania danych artykułów-tematów z przestrzeni publicznej. Najostrzejsze walki edytorskie są naturalnie wobec tematów światopoglądowych, z nauk socjalnych – bywa, że edycji i zmian (usuwanych i przywracanych) jest tysiące i historia edycji to książka sama w sobie o objętości wielokrotnie większej niż sam artykuł encyklopedyczny. Świadczyć to może o rygorystycznych zasadach i znaczeniu obiektywizmu, ale też świadczyć może o zjawisku przeciwnym: uleganiu popularnym tendencjom, spojrzeniu subiektywnym (upolitycznienie tematu, światopogląd edytora, itd.). Oczywiście normalny czytelnik ani tych wojen ani zmienianych wersji nie widzi – widzi jedynie zatwierdzoną na stan obecny oficjalną wersję. Co nie zonaczą, że jutro moga tam nastąpic kolejne zmiany. Czyli ‘gwarancja’ podanych informacji jest tylko na ten moment, gdy artykuł czytamy. Każdy ma też dostęp do hgistorii edycji i zmian i obejrzenie form poprzednich – tyle, że komu się chce godziny na to poświęcać? I słusznie – chyba, że własnie to nas interesuje bardziej niż sam artykuł. W olbrzymiej wiekszości wypadków zmiany i kolejne edycje są w istocie drobne merytorycznie, techniczne i zasadniczego tekstu i podanych informacji nie zmieniają.

Generalnie jest to praca bardzo czasochłonna, gratisowa, często niewdzięczna, anonimowa i mój ukłon w stronę osób, które się tym zajmują. Sam mam pewien stopień uprawnień na Wikipedii ale od lat już nie jestem w niej aktywny (bardzo sporadycznie poprawiam jedynie znalezione przypadkiem ewidentne błędy w artykułach) z powodów i czasowych i braku cierpliwości wobec brania udziału w beznadziejnie długich i często bardzo nie merytorycznych wojenkach .  Ostatecznie ileż razy można być pytanym o udowodnienie, że Ziemia nie jest płaska?

Przy tych wszystkich niedoskonałościach Wikipedii nie zmieniłem zdania, że jest to Projekt bardzo pożyteczny. . Wydaje mi się, że ów szalenie niedoskonały, a przez to szalenie demokratyczny sposób powstawania haseł, jest w dużym stopniu obrazem rzeczywistego poziomu wiedzy ogólnospołecznej. Jest tak niedoskonała, jak sama demokracja.  A te ‘barwy’ narodowo-językowych edycji w pewien sposób są jej charakterystycznym kolorem: skoro Polacy (mimo wszystko) nie są społecznością empatyczną wobec np. tematów LGBTQ+, to taki a nie inny (ubogi dość i daleki od doskonałości) stan rzeczy jest może dobrym zwierciadłem i stanu wiedzy i społecznej akceptacji tego tematu w Polsce.

Podobne opinie można wydać o innych projektach językowo-narodowościowych. Ja opierałem się tu głównie na polskiej i anglojęzycznej, bo te Projekty znam najlepiej i przy nich pracowałem lata temu.

A teraz  wyciągnijmy ‘szydło z worka’ genezy tego artykułu. O co mi chodzi? Bynajmniej nie o Wikipedię. Ona po prostu w temat jest uwikłana.

Więc … ad rem – na swoim personalnym profilu na Facebooku mam ok. 600 znajomych. Naturalnie pewna część z nich nie była ani moimi przyjaciółmi ani nawet znajomymi przed Facebookiem – po prostu ludzie, którzy mnie zaciekawili lub których ja zaciekawiłem. Z tych dwóch kategorii dwie osoby tu wymienię i przepraszam ale bez tego nie byłoby tego artykułu. A post, o jakim tu pisać będę był opublikowany publicznie tzn. jest widzialny i czytelny dla wszystkich, nie tylko znajomych. Nosi więc znamiona artykułu publicznego, funkcjonującego w przestrzeni publicznej na tej samej zasadzie, jak jakikolwiek artykuł opublikowany w jakiejkolwiek gazecie, wydawnictwie prasowym – de facto jest esejem historycznym opublikowanym w znanym wydawnictwie naukowym.   Chodzi mi o Ryszarda Tylmana,  poety i grafika z Vancouveru oraz prof. Jana Grabowskiego, historyka Uniwersytetu Ottawy.  Autorem tekstu, który mnie do tego artykułu skłonił jest prof. Jan Grabowski. Obaj panowie są moimi znajomymi na Facebooku.

Ryszarda znam sprzed wielu lat dobrze z Vancouveru, gdzie miałem z nim liczne kontakty tak profesjonalne (redaktorsko-edytorskie), gdy publikowałem jego twórczość poetycką na łamach rocznika, którego byłem naczelnym, jak i towarzyskie. Gdzieś przy końcu chyba pierwszej dekady XXI wieku kontakt nasz się urwał ze zwykłej przyczyny, że wycofał się z wszelkiej aktywności w środowisku polskim (choć miałem z nim jeszcze bardzo sporadyczne spotkania). W tym samym czasie byłem w bliskiej przyjaźni z jego byłą żoną, filologiem polskim, kobietą o niezwykłej wiedzy i inteligencji, z którą wiedliśmy bardzo długie dyskusje na tematy literackie i sztuki ogólnie. Muszę nadmienić, że w czasach gdy te kontakty mieliśmy oni nie byli już małżeństwem. Ale siłą rzeczy czasem mówiła ze mną też o Ryszardzie. Oboje pochodzili z Krakowa i tam ukończyli UJ. Pochodzili z rodzin zacnych i inteligentnych. Nie przypominam sobie bym kiedykolwiek na tematy żydowskie bezpośrednio z Ryszardem jakieś dyskusje prowadził. Z Anną Tylman – tak. Mieliśmy na ten temat zbliżone opinie i boleliśmy nad tragedią Holokaustu, zwłaszcza Holokaustu Żydów polskich, którzy byli tak nieodłączną częścią naszej wspólnej ojczyzny, że ich brak nawet dla nas, urodzonych już po wojnie, był ciągle boleśnie odczuwalny. Nie znosiliśmy tradycyjnego, niskiego i wulgarnego często antysemityzmu polskiego, z którym i na emigracji się spotykaliśmy. Ale też nie przypominam sobie, by Anna kiedykolwiek mówiła coś o jakimkolwiek antysemityzmie ze strony Ryszarda. Ja sam widziałem go jako człowieka światłego, nowoczesnego, socjalnie zaangażowanego i zakładałem, że miał na te tematy podobne poglądy i stanowisko. Tak do tej pory uważam i nie mam podstaw do zmiany mojej oceny.

Profesora Grabowskiego cenię bardzo jako wyjątkowego znawcę historii (zwłaszcza współczesnej) Żydów polskich. To historyk o znacznym dorobku naukowym a jego badania tego tematu bez wątpienia mają też często charakter pasji i zaangażowania emocjonalnego. Co łatwo zrozumieć, gdyż Jan Grabowski jest właśnie jednym z tych polskich Żydów. Tych, których rodzice i dziadkowie przeszli gehennę tamtego okresu. On sam przeszedł, jako młody chłopak, niechlubnie pamiętny rok 1967. Rok nagonki na jakże nieliczne już środowisko polskich Żydów i ich zmuszenie do opuszczenia Polski – ich ojczyzny od pokoleń. Nie mam i nie miałem z profesorem Grabowskim prywatnych kontaktów towarzyskich. Znam go z jego pracy, publikacji, sesji online.

Co się więc stało? Co ma Grabowski do Tylmana a Tylman do Wikipedii? Otóż inny mój znajomy z Facebooka (cóż my byśmy bez tego potwora fejsbukowego robili?!), socjalnie zaangażowany Kanadyjczyk polskiego pochodzenia w ostatnich dniach lutego wysłał mi z Vancouveru wiadomość: ‘Bogumil, it seems that Grabowski and Tylman are in conflict. It’s a shame that Polonia has such situations. … so much intrigue…’.  Nie zrozumiałem początkowo, pomyliłem nazwisko Gradowski z Grabowski, sądząc, że chodzi o syna prof. Anny Gradowskiej, historyka sztuki z którą wspólnie pracowałem i która miała syna w Vancouverze. Ale wyjaśnił, o co chodzi. Przesłał mi link do artykułu prof. Grabowskiego na ten temat. I przeczytałem. Potem przez wiele dni zastanawiałem się czy powinienem w ogóle w jakikolwiek sposób zareagować. Wydało mi się, że temat jest jednak nader ważny. Warty refleksji. I rozmowy. Sam w sobie, bez zaangażowania emocjonalnego wobec ani Tylmana ani Grabowskiego. Temat bardzo ważny i bardziej chyba jeszcze trudny. Temat polskiego antysemityzmu. Być może jednak też gdzieś, w jakimś podtekście, antypolonizmu? Bo jeżeli Tylman (załóżmy) podświadomie, z racji pochodzenia i miejsca urodzenia zakażony jest trucizną polskiego tradycyjnego antysemityzmu, czy może być, że Grabowski z podobnych przyczyn może być nieświadomie zarażony formą antypolonizmu? Jeżeli Byronowski Giaur powiada, że ‘walka o wolność, gdy raz się zaczyna, ze śmiercią ojca spada na syna’ nie jest li możliwym, że zbrodnia ojca też spada na syna?

Były w Polsce 1918-1939 (a naturalnym i legalnym przedłużeniem historii 1918-1945/47, bo ostatecznie granice Polski uległy formalnym zmianom dopiero po wojnie, choć legalne władze polskie nie miały praktycznego wpływu na to w czasach okupacji rosyjskiej i niemieckiej) jakby dwa światy obywateli: ci, którzy się za Polaków uznawali i to było ich pierwsze samookreślenie i ci, którzy będąc obywatelami Polski widzieli siebie – i tak byli widzeni przez innych – wedle pochodzenia i narodowości innej niż polska. Często taką cezurę wyznaczało wyznanie religijne (chrześcijaństwo ortodoksyjne na wschodnich terenach, luteranizm na pólnocno-zachodnich, a najbardziej skomplikowaną była kwestia Żydów, z których dodatkowo nie wszyscy byli żydami, tj. wyznania juadaistycznego), co było testamentem starej, wielowyznaniowej i wielonarodowej Rzeczypospolitej, a w pewnym wymiarze też spadkiem po 123 latach zaborów, a więc trzech odmiennych nacji imperialnych i trzech odmiennych wyznań tzw. religii panujących: Moskwa i ryt bizantyjski, Wiedeń ryt rzymski i Berlin ryt protestancki.

Od czasu, gdy zacząłem pisać ten tekst, wiele dni temu, napotykałem wiecznie jakieś wewnętrzne hamulce i pytania etyczne: co dalej? jak do tego podejdziesz pisząc nie tylko o trudnym temacie, ale (w mojej intencji) wszak opartym na dwóch konkretnych osobach wobec których masz pewne zaufanie, szacunek?  I zmuszało mnie to do stale głębszego szperania po tekstach innych, po pracach historycznych, zagłębiania się w atmosferę bardzo bolesną tematyki. Zmusiło mnie to, do zaglądania do owych długich strasznie stron historii edycji na angielskiej Wikipedii idąc ścieżkami badań Grabowskiego i Shiry Klein z Wydz. Historii Uniwersytetu Chapman w Kalifornii. Nie jestem historykiem ani akademikiem więc nie sprawdzałem rzetelności ich badań (o jakiej nie wątpię), ale bym mógł własne opinie i refleksje z tych badań wyciagnąć. Wielu powiada, że historia (spisana) opiera się na faktach. Naturalnie jest to i prawda i błąd. Fakty opieraja sie na dowodach archiwalnych. Ale ich osąd już nie. Gdyby było inaczej ileż mniej badań historycznych doczekałoby książkowej formy druku. Dotyczy to zwłaszcza historii współczesnej w stosunku do badacza – powiedzmy w zakresie 100-200 lat. Badania współczesnej historii bliższe są metodom fenomenologii niż zasad kartezjańskich. Z czym – jestem przekonany – wiekszość historyków-akademików się nie zgodzi, a co nie zmienia mojej opinii.

Historycy wychodząc z założenia, że Wikipedia ma duże znaczenie i wpływ na popularne pojęcia antysemityzmu lub ukrywania tegoż antysemityzmu chcieli prześledzić tematy z tym związane na Wikipedii. A ścisłej jeszcze – przejrzeć te artykuły, które mogą mieć związek z polskim antysemityzmem i losem Żydów polskich w okresie tuż przed, w trakcie i po II wojnie światowej. Wynika to ze specjalizacji badań prof. Grabowskiego, który tym się głównie od wielu lat zajmuje. Specyfiką tych badań jest (tak wiele z nich ja rozumiem i oceniam) demistyfikacja roli etnicznych Polaków w próbach ratowania Żydów polskich od zagłady i budowanie bazy naukowej wydarzeń i sytuacji wręcz przeciwnych: szmalcownictwo, donosy do władz niemieckich, grabież dobytku żydowskiego, aż po wypadki mordu, gwałtu i pogromów. Drugim (związanym z tym bezpośrednio) są artykuły na Wikipedii (mówimy w tym wypadku głównie o Projekcie anglojęzycznym) opisujące przykłady antypolskich wystąpień żydowskich w tym samym okresie, głównie na ziemiach wschodnich ówczesnej Rzeczypospolitej. W tym wypadku autorzy dezawuują opis takich wydarzeń, wskazują na brak merytorycznych przypisów, lub podważają (domniemaną przez czytelnika Wikipedii zapewne) wiarygodność  żydowskiego przywództwa lub żydowskiego wpływu na te wydarzenia. Słowem odnosi się wrażenie (często wyraźnie tak przez Jana Grabowskiego nazywane po imieniu), że istnieje wręcz zorganizowana akcja edytorów Wikipedii ukierunkowana  w: 1) wyolbrzymiania roli Polaków (etnicznych) w ratowaniu i pomaganiu Żydom nie tylko przez indywidualne akty bohaterstwa ale też przez aktywną działalność Polski Podziemnej i Rządu Polskiego w Londynie i 2) usiłowania tłumaczenia aktów antysemickich ludności i organów państwa polskiego, wrogimi Polakom etnicznym aktom polskiej ludności żydowskiej. W tym drugim wypadku w dużej mierze mówimy o terenach okupowanych przez władze sowieckie. Miało to się wiązać z pro-sowieckimi i pro-komunistycznymi tendencjami żydowskimi. Stąd osobnym tematem jest pojęcie tzw. ‘Żydokomuny’, dość popularne w Polsce nie tylko w czasie wojny ale i do czasów współczesnych. Do tego tematu powrócę na krótko w kolejnym tekście.

Otóż grupa edytorów, którzy współtworzyli i przez lata zmian, poprawek, dopisków nadali taki a nie inny kształt artykułów z tym tematem związanych na angielskiej Wikipedii była niewątpliwie polskiego pochodzenia. Historycy mówią przede wszystkim o edytorach z pseudonimami: Piotrus, Volunteer Marek i Poeticbent. Ponieważ Poeticbent dokonał  sam objawienia własnego nazwiska, wiemy że był to Ryszard Tylman. Ważne jest zaznaczenie, że nie byli jedynymi edytorami tych haseł. Byli jednymi z wielu. Ale też jednymi z najbardziej i najdłużej aktywnych. I byli Polakami, co wynika dość jasno z ich istnienia i aktywności na pl.Wikipedia. Ale Poeticbent vel Ryszard Tylman nie jest jedynym, którego nazwisko Grabowski i Klein mogli łatwo odcyfrować. Piotrus jest wieloletnim (kilkanaście lat) edytorem i administratorem Wikipedii i jego pełne nazwisko jest na jego stronie edytorskiej. To prof. Piotr Konieczny (Uniwersytet Hanyang w Seulu), doktor nauk socjologicznych (specjalizacja w socjologii internetowej). Jeden z najbardziej dekorowanych (w systemie ‘orderów’ Wikipedii) wikipedystów. Ryszard Tylman nie jest aktywnym edytorem Wikipedii od szeregu lat – co nie zmienia faktu, że w edycji przytaczanych przez tandem Grabowski/Klein artykułów brał czynny udział.

Efektem tych szczegółowych badań merytoryczności artykułów wikipedialnych był zarzut o szerzenie antysemickich postaw. Zarzut ten – ze względów dość oczywistych – zaniepokoił Administratorów Wikipedii, którzy normalnie odpowiedzialni są za rozpatrywanie spraw kontrowersyjnych, sporów między wikipedystami. Ale sam mechanizm takich sporów, jak i trudność jego merytorycznego rozpatrywania zdawał się wykraczać poza kompetencje i zakres tego grona. Fakt, że opinie historyków przytoczono (opublikowano) na ważnym forum szanowanego żurnala akademickiego „Taylor & Francis Online” w sekcji ‘The Journal of Holocaust Research’  (9 luty, 2023) umożliwił też nacisk na środowisko wikipedialne, by sprawę rozważono na najwyższej formie  ‘Sadu Ostatecznego’ (nazwa moja) Fundacji Wikipedii. Sprawy w pierwszym podejściu nie rozwiązano. Kolejna jest w toku i jej wynik oczekiwany jest w końcu maja. W międzyczasie jednak szereg artykułów uzupełniono, poprawiono, edytowano. Istnieje też silna opozycja wśród samych użytkowników, tj. edytorów, administratorów a nawet wewnątrz samej Fundacji Wikipedia wobec uleganiu naciskom z zewnątrz i nie  korzystaniu z istniejących mechanizmów naprawy i rozwijaniu jakiegokolwiek tematu. Sam edytor Piotrus ( którym wspominałem wyżej i którego przytoczyli historycy, jako jednego z promujących antysemityzm) odpowiedział publicznie akademikom felietonem w „Gazecie Wyborczej” (12.03.2020) zarzucając im jednocześnie niechęć w bezpośrednim, zgodnym z regułami Wikipedii, uczestniczeniu w tworzeniu, poprawianiu i edytowaniu artykułów wikipedialnych. W istocie – nic nie stoi na przeszkodzie. Pozwolę sobie przytoczyć sam krótki początek tego felietonu, gdyż jest, zdaniem moim, wiele mówiącym:

Nie istnieje żaden spisek polskich nacjonalistów fałszujących historię w Wikipedii, niezależnie od tego, jak atrakcyjnie taka teza może brzmieć.

Chciałbym odnieść się do tekstu „Wrzuć brednię na Wikipedię. Polscy nacjonaliści wciskają kit zagranicznym czytelnikom” prof. Grabowskiego, zarówno jako wieloletni wikipedysta i osoba wzmiankowana w tym tekście, ale też jako profesor socjologii ze specjalizacją w nowych mediach, który Wikipedii poświęcił znaczną część swojej pracy badawczej i edukacyjnej.

Nie jest moją rolą ani nie podejmuję się wydawać jednoznaczną opinię czy Wikipedia (lub ściślej – polscy wikipedyści)  została użyta dla celów antysyjonistycznej lub antysemickiej nagonki. Czy istniał istotnie zorganizowany ‘spisek’ grupy edytorów w celu fałszowania historii. Ale nie wydaje mi się. To środowisko bardzo zróżnicowane. Jest natomiast możliwe (raczej pewne), że istnieje wielu edytorów polskich (nie tylko) o silnym prawicowo-szowinistycznym nastawieniu. I świadomie czy nawet podświadomie edytują specyficzne teksty pod kątem ich widzenia i rozumienia świata. Na Wikipedii określa się to POV (Point of View) i przestrzega przed tym. Ale w takim zróżnicowanym środowisku edytorów są to zasadzki nie do uniknięcia. Natomiast mam przekonanie, że wielu z nich uważało, że są ‘ekspertami’ z racji bycia Polakiem spraw polskiej historii. Pamiętać należy, że przez szereg lat były środowiska, gdzie ‘polskość’ była widziana pejoratywnie, gdy ci, którzy Polskę zawiedli i w początkach 2 w.ś. i w jej finale zdradzili kompletnie – szerzyli wiele nieusprawiedliwionych lub wręcz historycznie błędnych wątków. Gdzie używanie określenia „Polish concentration camp” traktowano za wymienne  z „hitlerowski obóz koncentracyjny’. I tłumaczono to absurdalnym argumentem, że ‘przecież wszyscy i tak wiedzą, że w tamtym okresie Polska była pod okupacja niemiecką… .  Nie będę tego tematu rozwijał. Znamy zbyt dobrze. Był ohydny.

Czy polski antysemityzm istniał i czy istnieje? Tak. Był i jest obrzydliwy. Ale to będzie temat kolejnego tekstu.

Tu zająłem się jedynie jednym ze sporów.  I robiłem też to  zdając sobie sprawę z narastającej narracji , która budzi we mnie opór i zaniepokojenie. Narracji, która polskiemu antysemityzmowi nadaje wymiar powszechnego, omal etnicznego spisku morderczego pędu wobec wzniecenia ogólnoświatowej, a już bezwzględnie ogólnopolskiej histerii antyżydowskiej.  Nie zgadzam się z tym. Nie w moim środowisku rodzinnym i przyjaciół. Spotykałem się i znałem ludzi o bardzo niechętnej Żydom postawie. W Polsce i później w Kanadzie też (ale dalej mówię tylko o polskim środowisku, mimo, że jak wiemy antysemityzm istnieje tez wśród innych grup etnicznych w Kanadzie – głównie tych ultra prawicowych). W większości wypadków moje jednak środowisko (na szczęście sami wybieramy swoje grono znajomych) nie było tym skażone.  Światopogląd religijno-polityczny jest to na ogół dobrym (choć nie jedynym) drogowskazem i ostrzeżeniem.

Są też środowiska, które w swym zapale zwalczania i potępiania tego antysemityzmu tą nowa narrację wręcz kierują w stawianiu omal znaku równania polskiego antysemityzmem z hitleryzmem. Polacy stają się w niej sojusznikami Hitlera i Himmlera. Biorą bezpośredni udział w piekielnym dziele Zagłady. I z tą narracja zgodzić się nie mogę.

Chylę, jako Polak i jako człowiek, głowę ze wstydem i z wielkim bólem serca, przed pamięcią ofiar zbrodni i pogromów, jakie Polacy w Jedwabnem, w Kielcach, w Krakowie i innych miejscach  popełnili. Wierzyć mi się nie chce, że potrafili tak nisko upaść. Że zapomnieli, że są ludźmi. Nie, nie ma i być nie może na to żadnego wytłumaczenia.

Ale są miejsca, są osoby (nikt już prawie z żyjących), były akcje i działania tych, którzy człowieczeństwo nasze uratowali, unieśli z tej pożogi. I pozwala mi to oddychać. I mieć nadzieję, że autentycznie ‘nigdy więcej’. Że wbrew grupom oszołomów nie zapomnimy i nie pozwolimy.

Tym ludziom, Polakom i polskim Żydom, za ten dar dziękuję.     

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zapominamy słowa, refleksje, wspomnienia tych, którzy Zagładę przeżyli, przetrwali. Tych, którzy wiedzieli. Którzy rozumieli. I spoglądam na książkę Ireny Tomaszewskiej i Teci Werbowskiej (pierwsza dziecko niewoli sowieckiej, druga – nieco starsza – dziecko czasów Zagłady w Polsce) „Żegota – the Council for Aid to Jews in Occupied Poland 1942-45”. Irena jest Polką etniczną, Tecia była Polką żydowską. Napisały książkę-dokument, książkę-świadectwo. Kolejne pokolenia, urodzone już po wojnie z czasem jakby straciły historyczną perspektywę tamtych okrutnych czasów. Warto o tym pamiętać, gdy się na te tematy pisze, a zwłaszcza ocenia.

link do części 2 https://kanadyjskimonitor.blog/2022/10/07/smutek-i-brak-cisza-ktora-trzeba-wypelnic-prawda/: Smutne zaułki

Geneza wiersza

Bogumił Pacak-Gamalski

Skojarzenia, pozornie tylko oderwane od rzeczywistości. Jasna biel pod stopami i ciemne niebo ponad. Też powinno być odwrotnie: czarna ziemia lub zielona łąka na dole i błękitne, jasne niebo ponad. A jednak. Wszystko łączyć się musi z własną pamięcią zmysłów, zdarzeń: zapach kiedyś zapamiętany, dźwięk znajomy, gwiazdy migocące tak samo przecież teraz jak kiedyś. Zwłaszcza gdy spacer nocny, samotny. Gdy nikt inny nie wadzi swoją, inną pamięcią przedwieczną. Bo każdy człowiek, to kosmos własny, sam w sobie zamknięty. Pełen światów podobnych, odmiennych jednak. Musisz sobie zawierzyć, objąć go, przytulić ten kosmos jedyny, niepodważalny i niepowtarzalny. Prawdziwy.

Rachmaninow napisał kiedyś piękną pieśń do wiersza Lermontowa:

głucha noc, nie spotkam tu nikogo. C’kwoś tuman kriemienistyj, put’ bljustit nocz’ ticha … Pragnę tylko ciszy i spokoju, niech beze mnie stąpa świat … .

I słyszę , jak śpiewał to pięknie Bernard Ładysz, jeden z najwspanialszych bas-barytonów, godny dziedzictwa wielkiego Szalapina. I śpiewał ją wiele lat wcześniej rówieśnik Rachmaninowa, Fiodor Szalapin. Zaraz otwiera się szufladka pamięci, mam może piętnaście lat, pewnie mniej: spaceruję z babcią alejką Parku Zdrojowego w Ciechocinku, jesteśmy blisko muszli koncertowej. Przechodzi obok starsza, korpulentna kobieta, babcia odwraca szybko głowę w drugą stronę i szepcze  do mnie: patrz w drugą stronę, jak mnie pozna to będzie nudzić przez godzinę. Za późno, słyszymy: ach, pani Wandzio kochana! Babcia stara się krzywy uśmiech nałożyć na usta: o, co za niespodzianka, dzień dobry pani Wando (były imienniczkami). Korpulentna pani to Wanda Wermińska, wielka polska sopranistka epoki odeszłej. Ja już nigdy jej na scenie nie widziałem.

Babcia miała rację, niby krótkie, niespodziewane spotkanie zamienia się w długą historię i opowieści. Ja pytam stale o coś więcej, mimo ukrytych szturchańców babci. Babcia nie lubiła kobiet starszych, przypominały jej ją samą. No, ta była gwiazda światowych scen kradła jej ważny czas naszego spaceru, gdzie ona, babcia, była centrum mojej uwagi i ona mogła mi długie opowieści wieść. Niestety, babcia przegrywa. Ja chce tych opowieści, chłonę je. Jestem niewdzięcznym wnukiem. Ale babcię mam bardzo często. A Wandę Wermińską po raz pierwszy. I ostatni, bom nigdy więcej już jej nie zobaczył. Chyba, że w telewizji, podczas programu z Bogusiem Kaczyńskim, który stare, zapomniane gwiazdy muzyki pokazywał Polsce. Rozmawiałem po wielu latach o tym spotkaniu z Bogusiem, gdy był u mnie z wizytą z okazji koncertów z solistami Operetki krakowskiej, chyba na przełomie lat 80. i 90. Ale, wracajmy do spotkania w Ciechocinku. Pani Wermińska opowiada mi o jej spotkaniu z wielkim Szalapinem, legendą dawnej epoki opery. O Szalapinie naturalnie wiedziałem bardzo dużo, tak jak o Caruso. Więc słucham – jest początek lat 20. ubiegłego wieku, młodziutka Wermińska jest w Budapeszcie na jakimś konkursie. Jednym z głównych jurorów jest … tak, legendarny Fiodor Szalapin. Wermińska stoi na scenie na którą wchodzi Szalapin, jest struchlała z tremy. Nie może wydobyć głosu. Przecież on śpiewał na prywatnych koncertach dla carów, dla królów!  Szalapin czeka chwile, wreszcie ryczy swoim basem na nią: nu, czego milczysz i stoisz, jak drąg? Ona odpowiada przerażona ale szczerze: patomu szto mienia nogi wrastut w ziemla. Szalapin śmieje się tubalnie. Ale konkurs wygrała. Docenił jej głos (gdy go w końcu odzyskała). Długa to opowieść, prawda? A w czasie mojego spaceru to był tylko momencik, zmysł pamięci przez sekundę-dwie. Takie są prawa pamięci zmysłowej, która istnieć nie może poza własnym, indywidualnym przeżyciem. I tylko wtedy następuje fuzja zamysłu twórczego i autentyzmu. Inaczej to tylko igraszki literackie, muzyczne.  Różnica między literaturą a literackością. Między pisarzem a literatem.

Znaczenie tej opowieści (poza nocnym spacerem, echem wiersza Lermontowa do muzyki Rachmaninowa, który natychmiast w wokalnym wykonaniu Ładysza mi się przypomniał) o Wermińskiej to też zwykły fakt, że urodziła się na Ukrainie, niedaleko Kijowa. I jest to ważne dla natychmiastowego kojarzenia z rzeczywistością obecnej wojny na Ukrainie. Jej okrucieństwami ze strony rosyjskich marzeń wielkoruskich. Marzeń rosyjskich, a ukraińskich koszmarów.

Jest John ze mną na tym spacerze,  pamięć jego najczulsza, zmysłowa; kształtu i dotyku jego dłoni, zapachu jego włosów. Wymieszana z moją pamięcią dumek ukraińskich, opowieści babci i ciotek o porohach na Dniestrze, o Zaleszczykach z wakacjami, o ciotce, młodej sanitariuszce, która opatruje w jakimś eszelonie ukraińskich żołnierzy obok żołnierzy polskich w latach pierwszej wojny. Kto po której stronie tej walki był? Kto bił się o polskie miasteczka a kto o ukraińskie chutory? Krew miała ten sam kolor: czerwony. Ukraińscy chłopcy bili się też miedzy sobą o różne, odmienne Ukrainy. Gdzieś tam byli też Hucułowie, gdzieś Rusini Zakarpaccy. Tych nikt o ich opinie się nie pytał  ani o to za kogo chcieliby swoją czerwień wylewać.  I nie ma to chyba dziś znaczenia praktycznego. Warto jednak pamiętać. Bo pamięć ma znaczenie. Pamięć mówi językiem ludzi, którzy żyli, byli. Politycy żyją jedynie ich współczesnością. A cmentarzyki z zapadniętymi grobkami nocą snują inne opowieści.

Stąd ten mój wiersz. Dziwna fuzja rzeczywistości teraz rzeczywistej, oczywistej przez to, namacalnej, dotykalnej. Z rzeczywistością pamięci zmysłowej, historycznej. Może niedotykalnej ale czy przez to nieistniejącej, nieważnej?

Idę sobie

1.

Śnieg cichy, sypki, lekki,

jak twój łagodny wzrok,

którym obejmowałeś

moją twarz, moje oczy.

Pamiętam spacery po

zaśnieżonym Holland Park,

wysokich brzegach górskich

potoków w Kananaskis.

2.

Cicho wokół. Tylko dźwięk

wody kamiennych progów

Dniestru. I nagle strzały.

Cisza umiera. I ty.

Mój kanadyjski sokole,

moje sny stepowe na

kanadyjskiej prerii – Ty,

mój Wernyhoro. Milczysz.

             

3.

Ale idę dalej cichą

nocą po cichym śniegu

wzdłuż brzegu Atlantyku

na drugim końcu świata.

Twoja dłoń w mojej dłoni

już na zawsze. Idziemy.

Do falujących stepów.

I sokołów nad nimi.

B. Pacak-Gamalski

     

Smutek i Brak. Cisza, którą trzeba wypełnić prawdą.

(cz. 2 cyklu o losach Żydów polskich w 1939-45/, 1945-46)

W poprzednim tekście literacko-biograficznym starałem się zarysować szkic czasu i świadomości – określonej miejscem i czasem – zaistnienia w moim życiu tygla uczuć i emocji związanych z zagadnieniem żydowskim w Polsce. Z historią i konkretnymi miejscami wypełnionymi cieniami Polskich Żydów. I z wielką pustką tych miejsc. Z opończą-mgłą smutku i braku. Znajoma plastyczka (Tamara Szymańska-Golik) w krótkim komentarzu do tego tekstu, wracając pamięcią do dzielnicy żydowskiej w Krakowie (Kazimierz) użyła jednego jeszcze zwrotu, bardzo adekwatnego: bezruch. Te trzy imiesłowy zawierają całą esencję mojego emocjonalnego stanu, gdy staję wobec historii i współczesności polsko-żydowskiej.  

Na tyle na ile jestem zorientowany, etnicznie nie mam jakichkolwiek genów żydowskich. Pochodzenie mam w olbrzymiej większości słowiańskie, a z tego w największej części słowiańsko-polskie. Miałem i znałem jednego wujka, który był zasymilowanym Żydem polskim ale było to tylko dalsze powinowactwo a nie pokrewieństwo. Podkreślam to, by nikt nie podejrzewał moich rozważań jako kolejnej ‘wielkiej zmowy syjonistycznej’, jak często wszelkie, domniemane nawet, sympatie pro-żydowskie są określane przez ciemnogrodzkie środowiska faszystowsko-szowinistyczne. Gdziekolwiek na świecie, nie tylko w Polsce. Tyle, że te w Polsce interesują i bolą mnie najbardziej. I wzbudzają, rosnące z wiekiem, obrzydzenie.

Innym, niesłychanie ważnym zagadnieniem, które muszę tu określić jest sprawa polskiej przynależności kulturowej. Świadomego wyboru kolebki kulturowej.   Tego, co u zarania nas ukształtowało i co w latach późniejszych, dojrzałych, świadomie zaakceptowaliśmy.  Otóż kultura polska (w dzieciństwie nieświadomie, później świadomie zaakceptowana) nie może istnieć w swej formie bez tego dziedzictwa żydowskiego. Nie mogę wymieniać nazwisk wielkich Polek i Polaków pochodzenia żydowskiego, bo nawet wybranie małej grupki najsłynniejszych – zajęłoby zbyt wiele miejsca, a wtrącanie kilku ad hoc jest bezsensem.

Takie widzenia tygla zwanego ‘kulturą polska’ nie jest obce (raczej bardzo bliskie) noblistce, polskiej pisarce Oldze Tokarczuk. Dała temu wyraz bardzo jasny w rozmowie z D. Wodecką na łamach ‘Gazety Wyborczej”  (24.01.2005)  Nie może być obce nikomu, kto rozumie kulturę narodową, jako bezustanny proces, zjawisko niemal organiczne. Proces, w którym współczesność żywi się tradycją, historią – ale w każdym pokoleniu, każdej generacji dokonuje się nowa synteza tego ‘dziś’ i ‘wczoraj’.

Cyfry, daty są tu niesłychanie ważne. Zwłaszcza te z XX wieku. Klamrą polską niesłychanie ważną, najistotniejszą chyba, są dwa okresy: 1) okres Zagłady w latach 1939-45; 2) pogromy w latach 1945-48 po wyzwoleniu. Innym zagadnieniem jest okres Zagłady (wojna i okupacja terenów polskich przez Niemców, pierwsze zamknięte getta żydowskie i rozszalały morderczy terror hitlerowskiego nazizmu z jego kulminacją: final solution (Zagłada).   Odmiennymi w wymowie, celach i ocenie moralnej były pogromy w Polsce po wyzwoleniu jej spod okupacji niemieckiej.

  1.  W cieniu tej niemieckiej machiny śmierci ukazują się przykłady niesłychanego bohaterstwa sąsiadów-Polaków. Bohaterstwa, gdyż kary na ziemiach polskich za udzielanie pomocy, za ułatwianie schronienia Żydów polskich, były bezwzględnie okrutne (śmierć) i stosowano je wobec całych rodzin lub wręcz sąsiedztwa (wsie, osiedla) osoby takiej pomocy udzielającej. Pisząc wiele, wiele lat temu na ten temat, użyłem nawet dziwnego sformułowania, że każdy polski Żyd, który w Polsce okupację przeżył – przeżył ją dzięki jakiejś akcji Polaka nie-Żyda.  Niektórym osobom może się to stwierdzenie wydać zbyt szerokie, przesadne. Mnie się nie wydawało. Okupacja niemiecka w Polsce wyglądała inaczej niż w krajach zachodniej Europy. Była częścią wojny totalnej, nie konwencjonalnej. Z drugiej strony zawsze miałem świadomość, że nie wszystkie te akty heroicznej pomocy Żydom były powodowane ‘miłością bliźniego’ i nie były częścią zachowania altruistycznego, honorowego lub rycerskiego. Że wiele było przykładów pomocy ‘za coś’ i to ‘coś’ miewało często charakter obrzydliwy, kryminalny, czasem wręcz bandycki. Znaczy, że mimo iż ratowały (lub stwarzały szanse ratowania) ne mogły wszystkie być nazwane heroicznymi. I na takie określenie wiele nie zasłużyło.  Pamiętam, wiele lat po wojnie  żarty, których początkowo nie rozumiałem: gdy naszły wspomnienia towarzyskie (zwłaszcza przy ‘zakrapianym stole’) i wspominanie czasów okupacji, gdy kogoś z nieobecnych (naturalnie) wspominano , jeden z biesiadników dodawał: o, temu to źle nie było, bo w piwnicy ukrywał Żyda. Tajemnicą Poliszynela było, że w domyśle oznaczało to, że ten Żyd opłacił to schronienia wysoką ceną kosztowności, majątku. To były rzadkie momenty i tylko w pewnych środowiskach powtarzane.  Ale kolokwialnie oznaczały pewne i rozgrzeszenie i akceptację zwycięstwa zła nad dobrem, pazerności nad szlachetnością,  podłości nad godnością.
  2. Zupełnie i całkowiecie przeczące romantycznej wizji Polaków ratujących (nawet za pieniądze czy inne korzyści materialne) polskich obywateli pochodzenia żydowskiego jest naturalnie Jedwabne i inne mniejsze i mniej znane akty bezpośredniego terroru. Tutaj możemy mówić jedynie o polskim współudziale w zbrodni – jakkolwiek odosobnionym i statystycznie nie mającym wpływu na rozmiar Holocaustu.

Pytanie czy Polacy mogli zrobić więcej i pomóc uratować więcej żyć żydowskich współobywateli jest pytaniem otwartym i bardziej filozoficznym niż praktycznym. Każdy, kto je zadaje musiałby sam być w takiej sytuacji, wobec takiego olbrzymiego i egzystencjalnego zagrożenia nie tylko wobec siebie ale i swoich najbliższych. Nigdy w takiej sytuacji nie byłem, więc nigdy ani zadać takiego pytanie komuś nie potrafiłbym ani dać na nie przekonywującej odpowiedzi. 

Może wśród bardzo już nielicznych, którzy tamte czasy przeżyli, taki dyskurs, dylemat moralny jest możliwy. Wśród pozostałych nas – chyba  nie.

Co leży u źródła pamięci i męczarni ducha Eliezera Wiesela spisania wspomnień tego okrutnego skrzyżowania historii i zła? Naturalnie realizacja, że musi być świadkiem Historii. Ale jest też moment bardzo osobisty, tragiczny na miarę największych tragedii Człowieka historycznego i Człowieka mitycznego. Przytoczę tu jądro osobistej tragedii cytując słowa samego autora tych wspomnień, Elie Wiesela:

Pamiętam tą noc, najokrutniejsza noc mojego zycia: „… Eliezer, mój synu, chodź tu … Chcę ci coś powiedzieć … Tylko tobie … Chodź, nie zostawiaj mnie samego … Eliezer …” /… … /

To było ostatnie pragnienie aby mieć mnie przy sobie w jego agonii, w momencie gdy jego dusza wyrywała się z jego poharatanego ciała – mimo to, nie mogłem spełnić jego prośby. Bałem się.

Bałem się ciosów.

Oto dlaczego pozostałem głuchy na jego głos. „ 

/(tł. własne z wydania uzupełnionego, w 2006, przez Hill and Wang, Nowy Jork, 2006; s. 11/

Wiesel miał wówczas piętnaście  lat. Tylko ktoś, kto mając piętnaście był w takiej dantejskiej sytuacji mógłby spytać: dlaczego nie podszedłeś do ojca, gdy konający, wzywał cię?

Ale w tych refleksjach nie chodzi o to czy Polacy zrobili to, co mogli, co byli w stanie udźwignąć. Chodzi o to, czy zdajemy sobie sprawę w ogólnospołecznej świadomości z aktów kryminalnych wielu Polaków etnicznych, aktów zbrodniczych lub po prostu – nazwijmy to w końcu po imieniu – z czystej nienawiści rasowej, religijnej lub po prostu z niskiej pazerności, chciwości, z chęci rabunku ofiary prześladowania?

Olbrzymie znaczenie  dla szerokiego zrozumienia tej kwestii mają badania historyczne, twórczość literacka, stosunek samego Państwa wobec prawdy historycznej.  Za późno dziś i tak na sądy i kary.  Oprawców i ofiary zrównała śmierć.  Najsilniejsze są społeczeństwa, które nie boją się własnej historii. Które z tej historii i podłej i wielkiej, dzięki temu, że ją znają – potrafią się uczyć.

3. Najohydniejszą plamą epilogu historii polskich Żydów są pierwsze dwa lata po wojnie. Bez esesmanów, bez gestapo. 

Przed 39’, w pochodach akademickiej ‘braci’ narodowców czy w Wilnie, czy w Warszawie, słyszano głośne skandowanie: ‘bij Żyda’. Hasło do rozrób w dzielnicach żydowskich, bicia szyb w sklepach żydowskich, warsztatach rzemieślniczych. W 1945 i 1946 dodano do tego pierwszego słowa ‘bij’ dwie litery, jak gramatyczny przedrostek: ‘z’ i ‘a’. Powstało – zabij.

Rzucano na ogół absurdalne oskarżenia o podłożu religijnym.  Wyciągnięte ze starych mitów i ciągle pokutujące w szerokich, niewykształconych sferach, ultrakatolickie oskarżenia o mordowanie chrześcijańskich dzieci w rytuałach judaistycznych.  To było najpopularniejsze. Ale bez wątpienia w umysłach zbrodniarzy, którzy byli prowodyrami tych napaści w Kielcach, Krakowie, Rzeszowie i wielu innych miejscach był silny element grabieży mienia – zwłaszcza domów i placów żydowskich. 

Kiedy już wydawało się, że będziemy musieli sami stanąć przed lustrem naszego sumienia historycznego, kiedy zaczęły się rodzić zdrowe fundamenty do narodowej edukacji opartej na faktach, nie mitach – zwarły się na nowo szeregi tejże samej koalicji szowinistyczno-ultra-katolickiej. I, ku zdumieniu wielu liberalnie myślących Polaków – wygrali wybory w szerokiej koalicji ruchów prawicowych. Dziś te elementy nie tylko stoją na przeszkodzie prowadzenia dokładnych badań historycznych, chcą cofnąć już raz ustalone fakty, chcą wrócić do mitów  narodowościowo-religijnych. Chcą wręcz zakneblować usta badaczom tematu. Tym, którzy mają po temu wiedzę i dostęp do narzędzi badań historycznych.

A przecież historia Polski nie należy do polityków, nie należy do proboszczów i ich kazań. Należy do nas. Do społeczeństwa.

W latach tuż po  2 wojnie światowej – w przeciwieństwie do ‘wybuchu’ w literaturze tuż po 1 wojnie – dziwnym odruchem prawie nic ważnego na tematy zbrodni wojennych i Zagłady się nie ukazało. Ludzie nie chcieli o tym mówić, pisać i czytać. Pierwszym na te tematy wydawnictwem literackim na świecie były „Medaliony” Zofii Nałkowskiej z ich słynnym podtytułem: Ludzie ludziom zgotowali ten los. Nałkowska wydała je w Warszawie już w 1946. Zadziwiające jest, że pełne tłumaczenie angielskie ukazało się dopiero w 1999, w prestiżowym Northwestern University Press. Świat też milczał.

Kolejnym wydaniem literackiego świadectwa Zagłady było wydane dopiero w 1954 w Argentynie, w oryginale jidysz „I świat pozostał milczący” (Un di velt not geshvign) Elie Wiesela. Niestety nikt prawie, również w środowisku żydowskim, nie był jego biograficznymi, wstrząsającymi wspomnieniami zainteresowany.  245 stron, które trudno ale powinno się przeczytać.  Dopiero po wielu skrótach, dzięki poważnym zabiegom francuskiego pisarza Francois Mauriaca, wydano je w Paryżu w 1958 w skróconej wersji. Kiedy w 1960 (czyli aż piętnaście lat po wojnie) wydano je w Nowym Jorku, książka miała już tylko 116 stron. Nazywała się „Noc”. I po latach stała się jednym z najbardziej znanych świadectw czasu Zagłady, a Wiesel dostał za nią Nagrodę Nobla. Jakkolwiek ta przełomowa książka, maksymalnie skrócona przez wydawców francuskich i amerykańskich, nie dotyczy tylko kwestii sytuacji Żydów polskich na terenach okupowanej Polski – pisząc o Holocauście, o Shoa, nie sposób jej pominąć. Jest jakby kluczem do myślenia o Zagładzie. Naturalnie były (wydane w bardzo krótkim czasie po wojnie) pamiętniki dziewczynki, Żydówki holenderskiej Anny Frank. Czytane chyba przez więcej osób niż „Noc” Wiesela. Ale te pamiętniki nie dają obrazu Zagłady, nie piszą o Machinie Zła, o jej morderczych trybach.  Znając późniejsze tragiczne losy Anny Frank i tło tych losów, wiemy wszak o unoszącej się nad nimi chmurze Zagłady.

Ale znam przecież inne dziecko tamtego czasu. Dziecko tamtego czasu, które przeżyło, zostało poetką, pisarką mieszkającą od wielu lat w Vancouverze, Lillian Boraks-Nemetz. Boraks-Nemetz wydała w 2017 powieść inspirowaną własnymi przeżyciami „Mouth of Truth” (wyd. Ekstasis Editions, Victoria, Kanada). Nie będę opisywał całej treści, bo nie jest to recenzja powieści.  Przytoczę in corpore krótki fragment, który najbardziej może oddaje ducha tego, o czym tu pisze: pogmatwanych, tragicznych losów polsko-żydowskich lat 1939-46. W tym kontekście ta jedna klamra czasowa wystarczy, nie trzeba wyszczególniać okupacji niemieckiej i sowieckiej. Bohaterka powieści po wojnie odnajduje się w Toronto, Kanadzie. Zaczęła nowe życie. Jak wielu (większość?), którzy piekło 2 wojny przeszli, nie chce ani zbyt do tego piekła wspomnieniami wracać, ani żyć stałą o tym myślą. A jednak w pewnym momencie musi skonfrontować tamte wspomnienia dziecka, własną pamięć i strzępy pamięci innych. Wraca do Polski, Polski komunistycznej naturalnie. Jej poszukiwania kierują ją w pewnym momencie do chaty chłopskiej, gdzie u polskiej chłopskiej rodziny, za sprawą ojca i pomocy innych znalazła schronienie. Gdzie przetrwała, ocalała ze szponów Zagłady. Ocalała nie tylko dzięki tej rodzinie ale i dzięki sąsiadom, że na nich nie donieśli, że zbyt ciekawscy nie byli lub nie chcieli świadomie być. Miejsce i ludzie dzięki którym dziś żyje. Dom i zagrodę poznaje bez trudu. Para starszych ludzi, mówią, że poprzedni właściciele zmarli, a oni kupili dom od ich rodziny. Pozwalają jej wejść  w obejście, do domu. Poznaje  każdy zakamarek, nic tu się prawie nie zmieniło. Wchodzi do domu i pamięć wraca ze szczegółami. „ … te same schody na antresolę, gdzie stary Bolek wdrapywał się, by ukryć jej książki a potem targował się z nią, że odda je jej w zamian za seks. Czasem obiektem targu był chleb. /… / Stoi na progu pokoju, gdzie ten stary człowiek ją molestował. Ten pokój przy kuchni, gdzie siedział przy piecu ze swoją fajką, gdy miała dziewięć lat, jest tak wyraźny, jak tego dnia. Jego rozpięte portki, członek na wierzchu, wstaje powoli i idzie w jej kierunku, w ręku ma kawałek chleba. / … …/.” (s. 154, tł własne)

Tyle wystarczy. Bez moich komentarzy. Niech czytelnik komentarze, refleksje własne z tego tygla historii i przeklętego czasu wysupła. Czasu heroizmu. I czasu okrucieństwa. Zagłady, która była żydowską zagładą Holocaustu, Holocaustu Żydów. Ale i Zagłady Człowieka, człowieczeństwa. Tak właśnie czytać należy słynny aforyzm Zofii Nałkowskiej: Ludzie ludziom zgotowali ten los. To nie jest próba ‘uniwersalizacji’ Holocaustu na wszystkie ofiary hitleryzmu. To słuszna, głęboka refleksja wielkiej i precyzyjnej w słowach pisarki. Cała treść „Medalionów” mówi wyraźniej o Zagładzie Żydów niż jakiekolwiek próby zmiany jej aforyzmu. Tu nie może być jakiejkolwiek pomyłki. Całkowicie zgadzam się ze świetnym na ten temat opracowaniem profesor Grażyny Borkowskiej (kwartalnik PAN „Nauka”, 02.2019).

O refleksjach z bardzo ważnej konferencji naukowej , której przysłuchiwałem się  z napiętą uwagą, na Uniwersytecie Toronto napiszę w ostatnim, trzecim artykule z tego cyklu.

Pytania i książki. Ścieżki poszukiwań literackich li tylko?

Ostatnimi tygodniami kilka publikacji, do których po latach wróciłem. Polskie wszystkie (co cześciej mi się teraz zdarza – oznaka starzenia się i bliska temu sentymentalność ckliwa? 😅) i polskich autorów. Gdzieś od kilku lat ostatnich częściej po polskie książki sięgam. Jeszcze sześć-siedem lat temu było zdecydowanie odwrotnie (rzadko na moich rękach, niech ręka moja wystęka, jawi się druk Smętka 🤣), wiekszość była obcojęzyczna. Choć zwrot ‘obcojęzyczność’ brzmi kuriozalnie, gdy używa go ktoś, kto spędził trzykrotnie więcej życia poza macierzą domową… . Ale wynika to (te czytanie polskich książek teraz) z prostej przyczyny: szukanie pewnych odpowiedzi, pewnych dróg umożliwiajacych zrozumienie czegoś, co mnie akurat absorbuje. Bardzo generalizując i uproszczając te pytanie-zagadnienie brzmi: kim do cholery tak naprawdę jesteśmy? My – Polacy. Nie, niech kochani Ślązacy i Kaszubi najmilsi nie protestują. Nie trzeba. Nie chodzi o ścisłe więzy krwi , genetyki i antropologie kulturowe. Chdzi o to, że gdzieś mieszkaliśmy, pewne normy, drogowskazy kulturowo-historyczne mieliśmy i je wchłoneliśmy z ‘matczynej piersi’ (lub z butelki ze smoczkiem). Sam mam w sobie całe cysterny krwi nie tylko nie plemiennej, to jeszcze nawet (pssst) nie słowiańskiej w małej części (zdaje się, jakaś niemiecka niższego rzędu arystokratka była moją praprababką, zaś dalej jeszce w kolejności pra-pra sięgają ślady luksembursko-belgijskie, inny prapradziad był Madziarem, jedna z prababć i prapradziad z Czech – wiecej grzechów nie pamietam, LOL). Ale ni do Niemiec, ni do Wielkiego Księstwa Luksemburskiego lub niziny panońskiej ani pretensji nie mam ani związany z nimi się nie czuje – choć lubię – z małym wyjatkiem: w Pradze czuję się, jak w domu i kocham to miasto. A do Polski i owszem pretensje wszelkie mam i związany jestem z nią na dobre i złe. Kanada zaś to zupełnie inny orzech. Zgryziony, strawiony świadomie i z wyboru. Tu żadnych czarów-marów nie było ani genetyczno-kulturowej zaprawy do fundamentów. Więc te fundamenty moje w 100% polskie (cokolwiek pod tym rozumiemy) i męczą czasem w rozumieniu, w rozsupływaniu tego tobołka ponad 1000-letniego.

Stąd te kilka tytułow ostanio przeglądanych. Bardzo różnych i z bardzo różnych czasów. A na różne pytania pomagają szukać odpowiedzi. Znanych wielkich i bardzo mało lub w ogóle nie znanych (wielka sława to żart, książę błazna jest wart – tak, tak panie baronie cygański), którzy w pewnych pytaniach coś mi podpowiadali.

Stanisław Kowalczyk, młody bardzo poeta, który ginie tragicznie bardzo wcześnie. Zostaje więc tylko okrzyk młodości (i to w okropnym otoczeniu wojny i zniszczenia) szczery, jeszcze nie zmanierowany możliwymi laurami wieku dojrzałego, może starości nawet. Co zostawił, co mi wytłumaczył? Młodość właśnie, zapis uczuć i przeżyć poetyckich in statu nascendi. By ich nie zapomnieć, nawet gdy formą lekko młodopolską szfankują – bo te wczesne są ważniejsze od wszystkich traktatów mędrców wieku późnego. Pamietaj więc siebie wieku młodego – to byłeś ty. To nauka bardzo trudna do – wbrew pozorom – do zapamietania. (“Osty kwitnace”, wyd. I, Pruszków, 1943- przedruk całkowity z oryginału w 2005 w Pruszkowskiej Książnicy)

Mikołaj Rej we wspaniałym I wydaniu “Człowieka poczciwego” (Zakład Ossolińskich, 1956) z doskonałym, 60-stronicowym wstępem (sam Wstęp taki to wszak prawie osobna praca naukowo-krytyczna) kochanego Juliana Krzyżanowskiego. Co za gratka czytać Reja nie jako obowiazkową lekturę a człowieka polskiego Odrodzenia par excellance – budzenie Polski z długiego snu średniowiecznego, przywracanie korzeni przed-chrześcijańskich (klasyki greko-rzymskiej), budowanie na nowo rodziny europejskiej. Ale wszystko zakotwiczone bardzo silnie w tej chrześcijańskiej, rzymsko-chrześcijańskiej sielankowości Polski Rejtana. Jeśli czytane z tym kluczem Krzyżanowskiego – jakże na nowo odkrywcze. Tu sporo żem był sobie przypomniał, może na nowo odkrył lub zauważyłem czegom wcześniej niekoniecznie zauważył. To pomogło.

Poeta polsko-kanadyjski Ryszard Tylman i jego wydany wiele lat temu w Krakowie tomik “Koty marcowe”. Z prozaicznej przyczyny: podobne losy, czasy i miejsca. Zwłaszcza, że przypomniał mi w wierszach z ich pobytu we Włoszech (był tam z małżonką, z którą później w Vancouverze łączyła mnie serdeczna przyjaźń, a z nim współpracowałem, jako redaktor), jako polscy uchodźcy. To były te same miejsca, ulice i czasy, gdy ja tam byłem z identycznej przyczyny. W krótkich stosunkowo odstępach czasu tam byliśmy. Ja zajęty byłem pracą doraźnego aktywisty życia obozowego i jeśli sięgałem po pióro to raczej pisząc publicystykę i memoriały polityczne niż wiersze. A wiersze są prawdziwszym zapisem momentu. Momentu kolosalnie ważnego, przełomowego. Decyzja opuszczenia ojczyzny jest nie porównywalna do zmiany zamieszkania, emigracji do innego kraju. To dwa różne, kompletnie do siebie nie podobne zwierzęta-smoki. Zwłaszcza z emocjonalnego punktu widzenia. Więc czytałem te jego wiersze (cz.I pt. ‘W drogę’) i pamietałem, przypominałem. Nie, chyba nie porównywałem, bo to bezsensowne – Ryszard to on, a ja jestem Bogumił, też dwa różne zwierzaki. Ale proces emocjonalno-twórczy musiał i był podobny, zbliżony. Więc te wiersze mi przypomniały ten moment właśnie, nie w refleksji historycznej a ulotności chwili właśnie. Tamtej chwili w jej trwaniu, a nie pamięci tej chwili. Zamknąć czas chwili potrafi tylko poezja (lub rzetelne Dzienniki). To różnica kolosalna.

Wielki dla polskiej myśli niepodległościowej i dla przetrwania niezależności polskiej literatury był naturalnie przez cały okres mazi PRLowskiej Jerzy Giedroyc. Sam pisał bardzo mało. Literatem nie był. Był Redaktorem-Organizatorem. Szarą Eminencją. Ta jego “Autobiografia na cztery ręce” (wyd. Czytelnika, 1996) jest tego potwierdzeniem w pełnej mierze. Ale nie szukałem tego potwierdzenia. Nie szukałem też śladów moich prywatnych z nim kontaktów ani jego klucza do rozumienia wagi literatury emigracyjnej. Chodziło mi o dość rzecz prozaiczną czasowo a związaną z wojną na Ukrainie. Tą wojną teraz, nie tamtymi w latach 1918-20. W końcówce Miedzywojnia Giedroyc już był własnie taką szarą eminencją, takim organizatorem, który zapalał pewne iskry pomysłów politycznych. Dużym problemem w II Rzeczypospolitej była naturalnie kwestia mniejszości narodowych w Polsce. I pomógł mi jaśniej to zobaczyć, bez sentymentu rodzinnego i literacko-poetyckiego. Więc wygladało to słabo. W zasadzie nie wygladała w ogóle. Z winy – może lepiej by było napisać: z zaniedbania? – Polaków i polskich władz. Pojedyńcze osoby starały się coś w terenie zrobić ale skutecznej polityki zabrakło. Można nawet zaryzykować, że (bez ujęcia jej w ramy systematyczne) polityka, która istniała i działała była szowinistyczna i przeciwna temu. A wielka szkoda. Podejście Polski było paternalistyczne a nie partnerskie. Niestety (dla Polski) wiek był XX a nie XVIII.

Czy coś to tłumaczy (np. Rzeź Wołyńską)? Tak. Zresztą nie chodzi o tłumaczenie (zbrodni wytłumaczyć nie sposób) a o zrozumienie pełniejsze. Widzenie dalej niż krawędź własnego nosa. Pespektywę historyczną zajść, zachowań.

Czytanie się więc przydaje ciągle. I to by było na tyle.

Ci, którym sztandary nie kłaniały się …

Każda wojna, każda rewolucja, każde powstanie jest brzemienne w mity, legendy chwały i bohaterstwa. Cmentarze ze szczerniałymi od starości krzyżami, z białymi brzozowymi krzyżami, małe kapliczki i tabliczki po lasach, na rogach ulic, tynkach kamienic. I wielkie pominiki z marmuru, granitu, stali. I nazwiska-symbole dowódców, żołnierzy. Ma też bardów. Zwłaszcza tych, którzy polegli w walce, jak Baczyński lub Gajcy. Każda wojna, walka na śmierć i życie ma też setki nieznanych lub bardzo mało znanych młodych poetów, twórców sztuki, którzy tej wojny, tej walki nie przetrwali, a przedwczesna śmierć uniemożliwiła im rozwój talentu, publikacje. Twórcze zaistnienie w historii swojego kraju. Więc, gdy rocznica już siedemdziesiata ósma Powstania Warszawszkeigo nadeszła – nic nie pisałem na jakichkolwiek forach i w jakimkolwiek formacie. Dajmy im już usnąć, bo ten ciągle powracający szmer i walka słów o sens tej hekatomby już zbyteczny. Historia. Teraz zwłaszcza, gdy nikt prawie z tch, co o tym opinie wydają w tamtym czasie nie istniał. Nawet w zamysle rodziców. Nawet Powstania Styczniowego i jego przywódców tak nie szarpano, jak tych z tego 1944.

Teraz, blisko dziesięć dni od tej daty wybuchu Powstania, od jego obchodów chcę jednak przypomnieć, poniekąd symbolicznie tych, o których w tych obchodach nie wspominano. Tych nie znanych lub prawie nieznanych, bardzo młodych żołnierzach-poetach Armii Krajowej. Skłoniła mnie do tego wymiana zdań z dyrektorem Książnicy Pruszkowkiej, który w tych obchodach w Pruszkowie pod Warszawą brał udział. Bo przypomniało mi to postać Stanisława Kowalczyka, wyjątkowo uzdolnionego poety, o którym bez wątpienia, gdyby tą wojne i ten rok 1944 przeżył, byśmy usłyszeli dużo więcej, a literatura polska miałaby nowy, piękny rozdział. 23 sierpnia 1944 ta nadzieja, ta szansa na nowe publikacje, nowe wiersze – zgasła.

Poniżej publikuję zdjęcie ze stron rocznika “Strumień” (wydanie z 2007) z moim esejem na temat jego twórczości.

Sam, w latach gdy w Pruszkowie mieszkałem (sypiałem raczej, bo mieszkałem de facto w Warszawie, gdzie żył cały mój świat) lubiłem tą drogę do Pęcic. I od tegoż, 2007 roku, na zawsze już mi się z Kowalczykiem będzie ona kojarzyć. Więc: non omnis moriar – dla mnie, Polaka całe życie z literaturą związanego, Stanisław Kowalczyk na zawsze tej literatury ważnym fragmentem pozostał.

Kałuża czy Pola Elizejskie?

Kałuża czy Pola Elizejskie?

Na Facebooku pędzi od kilku dni rozwichrzone stado Pegazów. Grzywy skrzą się niczym perły na firmamencie nieba, skrzydła furkoczą unosząc się ku szczytom  Parnasu.  U wrót świątyni twórców oczekuje ich westalka Apolliona, Olga.

O, szczęście wymarzone! Serce uniesione! Cóż padoły wyklęte niewiernych, cóż dziady nieczyczate spod strzech Adamowych? Oni są princami i princesami ogrodów Samarkandy, kędy się tanecznym krokiem, wśród piękna niedościgłego – zaiste objawionego – przechadzają. Oni! Ci którym Olga sama powiedziała, że pisze przepowiednie dla nich, wniebowziętych rodaków ojczyzny piękna i wdachnownienia, którego doznał ongiś Puszkinowski Eugeniusz.

W. Podkowiński “Szał uniesień”

Piękny ten widok, ten obraz rozwianych, niczym u Podkowińskiego, grzyw Pegazowskich, tych nazwisk osób znajomych i tych, których tylko z tekstów wrażliwych znałem. Ze szczytów Tomaszowej Góry Czarodziejskiej ku dolinom poglądającym, z zasłużoną wyższością. O ludy i narody niecne, wszeteczne, które światła dostąpić nie chcą – biada wam, powiadam. Wam i waszym dziatkom, że w strumieniu, o którym Jan z Czarnolasu w Pieśniach boskich pisał, że spod Parnasu bieży, kapać się dla orzeźwienia nie pozwoli.

Więc takoż w uniesieniu, w pełnej ekstazie, rozwiane grzywy mieszają się z perlistym ślinotokiem, który nie płynie ku dolinom – o! nie – a ku szczytom zmierza. ‘Nam jedna szarża – do nieba wzwyż’ poprowadzi nas subtelny (oczywiście, że subtelny a nie gburski) Krzysztof Kamil.

Leon Bakst “Elisium”

I tak odrodziło się nam, po tysiącleciach westchnień próżnych, Elizyjum.  W sposób tak łatwy i prosty, że aż zdumiewające, że nikt na pomysł wcześniej nie wpadł. Za jednym słowem prostym, znanym, częściej niż trzeba może używanym: idiota.

Warto by chyba przypomnieć sobie powieść pod tym tytułem Fiodora Dostojewskiego. Jest zajmująca. Być może wiele mówiąca. Czy ‘idiotą’ jest tak określony, tak nazwany, czy są nimi tak go określający, nazywający? Kurosawa, sam twórca pierwszej wielkości, tak reflektował przy pracy nad adaptacją dzieła Dostojewskiego: Prawdziwie dobry człowiek bowiem w oczach innych jest uznawany za idiotę. To jest tragedia tej historii. Historii zrujnowanego, czystego człowieka”. Naturalnie, nie sugeruję iż domyślny adresat (PiSowski wyborca, zakładać można), tego słowa użytego przez Olgę Tokarczuk, jest przykładem dobrego, czystego człowieka. Ale, gdy się publicznie pewne oceny wyraża na spotkaniu, które było filmowane i w czasie współczesnym, gdy wiadomo, że takie opinie osoby bardzo znanej – noblistki, wybitnej pisarki – natychmiast ukażą się wszędzie i wobec wszystkich – pewne niuanse (?) rozmydlą się. Gdybym ja tak powiedział do moich czytelników – nikt by uwagi (poza garsteczką tych czytelników, LOL) na to nie zwrócił. Przez to, że osoba autentycznie wybitnej pisarki nie ma tego samego przywileju zacisza własnego pokoiku, który mam ja – konsekwencje są inne. A z reszty wypowiedzi skierowanej owszem, do zebranych przyjaciół i wielbicieli talentu pisarki – wyszło jeszcze większe nieporozumienie i błąd. Po prawdzie ‘idiotami’ zostali wszyscy, którzy większości jej twórczości nie czytali. Lub tylko we fragmentach. A takich jest dziś sporo. Inne czasy, niezbyt przychylne dla literatury słowa pisanego dłuższego od jednego arkusza. Możemy nad tym ubolewać (powinniśmy) ale trudno tego trendu, nie tylko polskiego, nie zauważać. Na nagrywanym spotkaniu z fanami noblistki nastąpiło mrugnięcie porozumiewawcze okiem: wiecie, to między nami, wy rozumiecie wysoką literaturę, wy jesteście inni od ‘nich’. I najgorsze, w zasadzie niewybaczalne: piszę tylko dla was. A to już arogancja. Zbyteczna. Oczywiście w Polsce dzisiejszej, Polsce podzielonej bardzo ostro, gdzie obowiązuje zasada: kto nie z nami ten przeciw nam – obywatel przeciwny kato-faszyzującego obozu władzy jest niejako zmuszony stanąć po stronie pisarki. Nawet jeśli w duszy czuje się dość skrepowany, bo wie, że nie czytał wszystkich wydań Tokarczuk lub nie czytał nawet w ogóle. Czyli wie, że jest … idiotą. Ale wie też, że to nie zupełnie sprawiedliwe, za idiotę się nie uznaje. I mnie też się wydaje, że taki obywatel nie jest idiotą. W tym wypadku wole już być tym Myszkinem Dostojewskiego, niż dołączyć do ślinotoku wyznawców religii skądinąd fantastycznej pisarki. Kultura nie wysoka a kultura celebrycka, ot co.   

Musings on music, art and it’s poetry and echo of Jean-Luc Therrien concert

Bogumil Pacak-Gamalski

When I was a young admirer of classical music, I sought well established, famous musicians. To be at a concert of someone known to be a master, virtuoso of an instrument. To listen to music played the way the music ought to be played. Orchestral or solo, chamber type or powerful experience of full orchestra in a symphony directed by an admired director!  Ah, for young, hungry for excellence youth – that was the pinnacle. I am glad I did it. Solid base, fundament is very helpful. For as long as you are not too timid (I wasn’t) to allow yourself to freely like or dislike certain composition, specific type of music. Art is not a religion. Art is freedom foremost. Of course, it didn’t hurt that I lived in a big city, that was very well known for its affinity for music and no shortage of good concert halls, musicians –  Warsaw. Even in communist times (or perhaps in spite of it), culture flourished in Poland. And (that must be acknowledged) it was affordable, fully supported by the government. The results were not always pleasant for the authorities but wonderful for the public. Art schools of all sorts and levels were also heavily subsidized by the communists. And art was our escape from the dreary and boring life around. There was no shortage of exceptionally talented people in every field of culture. The most difficult task was for writers, the easiest for musicians. Visual arts were somewhere in between. With written or spoken word your intentions (freedom, truth) were clearly visible, audible. So writers and poets had to manipulate, use so called ‘writing in between the lines’ technique. But musicians could escape they eye and furry of the censor much easier.  Particularly (as often was the case) if the censor was not very perceptive or of more feeble then intellectual mind. As it is often the case with censors.

That solid base allowed me to be comfortable to change my tastes in music and musicians. With time I preferred live concerts with younger, knew players, voices, sounds. The masters, after all, are always within arm’s reach on the vinyl, CD’s, online.

It is a marvelous journey to observe a young player blossoming, becoming mature musician. How his playing changes and goes through a metamorphosis. It is thanks to these players that an old, sometime very old, sheet of music that you have heard so many times – becomes alive again, young, vibrant. As it should. The composer might be gone long time ago but the music must be kept alive, current. Otherwise a concert is like a visit in a museum – interesting, enriching but often too long, tiring at the end. Canons are important for technical reasons, not for spirited interpretation. The overwhelming desire must be always kept on the essence of art and being an artist: what story I have to offer to the listener? What is my commentary on beauty or philosophy, ethics and esthetics to a contemporary listener? Of course, the trick is to remain respectful and true to the notes written often very long ago. Being always aware that circumstances and habits change with epochs. But human soul, dreams, emotions remain the same for millennia. Therefore you must try to find in the composition and your study of the composer biography, that inner message, the emotion that should be immortal. The story of human condition. And you, the pianist, violinist, trumpeter, flautist, guitarist must tell the story in your own voice. We, the audience must believe that you are telling us your own story. Just like Hamlet on the theater stage should no longer belong only to Shakespeare – you must become that Hamlet and it must be a contemporary voice. It must be your desire, your despair or triumph that will move us.

Just playing good, properly adhering to the tempo, intervals, tonality, melody will not do much for art. It might be proper, might be even elegant. But it lacks creativity. Just because you go every Sunday to a church to attend mass, know the hymns, the prayers – does not make you pious. In this way art and religion are very similar indeed: they require fervor and passion in the ultimate consumption.

Have been lucky to observe, over the years, many carriers and artists. Known some of them personally, with some have even become friends (that is rewarding but also difficult for someone who writes about their art). Some exceptional, others less but still truthful to their search. Still, others have given up the stage for the safety of teaching careers in musical schools, in academia. Stage is not for everybody. It could be a terrifying place. But it also offers the freedom to fly, to soar. Just make sure that your wings are strong. Rewards could be amazing.

On April 30th, at the evening, I drove over hundred kilometres from Halifax to Lunenburg to listen to a young pianist, Jean-Luc Therrien. He was just about to end (except for one more concert in Antigonish) his tour of Debut Atlantic, well established artistic venue supported by Canada Council for the Arts. Afterwards, I planned to write a review of the concert. But life, at times, has other plans for us and I had to postpone writing it. To a point that typical review becomes obsolete. Your own memory and emotions are no longer as vivid as a day or two later.  Yet, I wanted to mention it and the pianist, for it was a very good musical experience. Worth mentioning.

Alas, on that day I drove to Lunenburg in search of that young passion in music, for new musical meeting with new pianist. Almost like on a first date: with a bit of tension and trepidation but excited and looking forward to it.

The setting was similar to my previous concert outing in Halifax, in St. Andrew United Church, with acclaimed pianist Richard-Hamelin and a young cellist Cameron Crozman. Again, Therrien concert was in an old, Central United Church, with beautiful stain glasses, settled in district filled with gorgeous old churches.

It was such a shame that the venue wasn’t either advertised properly to local community (considering the fact that Lunenburg and its neighbour, Mahon Bay, are  small towns with densely populated smaller downtowns) or the locals are interested only in tourist dollars, not in supporting and admiring culture. The small audience that gathered inside was definitely not disappointed. And the young, smiling and very pleasant pianist did not show lack of enthusiasm for music or respect for listeners.

Perhaps the opening piece, Prelude et dance op.24 by Jacques Hétu was the most difficult to play. Not only for the fact that this Canadian (from Quebec) contemporary composer is probably not very popularly known. It is composed with extensive pedal work and requires a strong, modern piano. I’m afraid that the old, venerable grand piano of Heitzman (best Canadian piano maker in XX century) could not fully reproduce the sound that Hétu intended. Yet, definitely it was a very interesting composition and I listened to it with great interest.

The next part paid off any misgivings in multifold. Third part of great Suite bergamasque – one of the most played and loved Clair de Lune. Heard it so many times played by the greatest pianists. But chased away any thoughts of any comparisons, which would have been unfair. Let the young man play it the way he hears it in his soul. And he did. Maybe a bit timid at the very first phrases but the rest was beautiful. So poetic. With that interpretation he sold me. The rest of the concert I just enjoyed myself.

Jean-Luc Therrien is definitely an emotional pianist. His music comes not only through his fingertips but also from his heart and soul. It is not yet pristine and fully disciplined technically, but it flourishes by full emotional immersion of the pianist. You can always improve your technical skills if talent, luck and perseverance gives a long stage career. But that God’s given touch of emotionality cannot be learnt, it must reside in your soul from the very beginning.

That was seen also in somewhat diabolic prelude of Debussy: the F-sharp minor “What the west wind saw” – fast paced and full of arpeggios composition not for timid pianists.

Therrien finished this part by playing one of the giants of romanticism (Debussy personal hero) Franz Liszt Mefisto Waltz No.1. I must admit that I never liked that composition and do not see it as a musical achievement of this great Romantic pianist and composer.  Therefore can’t offer my personal opinion on Jean-Luc Therrien play of it. It sounded proper – that’s all I can say.

Second part of the concert was difficult and challenging for any pianist. Introduction of modern Canadian composer from Alberta, David McIntyre in “A wild innocence“. It was very short and technically interesting. But in a whole – lacking artistic musical purpose. I suppose, since the entire tour is organized traditionally  by Canadian Council of Arts – the repertoire must include domestic contemporary composers.

True challenge and musical artistic genius was brought by the final piece, Sergei Prokofiev Sonata no.2 op. 4. It is very transformative music composed in times of great upheavals and changes in artistic expression. It is also affected by personal sorrow of Prokofiev due to sudden and tragic death of his close personal friend. Yet, as a true artist, the composer packed the score with much deeper, philosophical discord of great changes on the horizon of humankind. It has parts that seem almost too easy, almost not worthy the title ‘classical music’. Somewhat reminds me of music by Gershwin on the other side of Atlantic at the same time. But it is all misleading. The ‘easiness’ of these parts underscores the other parts of the compositions. One compliments the other. It speaks in new language, different of languages of Debussy, of Liszt, Chopin and Mozart. I thought that Therrien played it splendidly. Emotionally and with great musicality. I could clearly see young Prokofiev overwhelmed with sadness of losing very close friend and escaping to memories and happy times, melodies and finding somehow peace in the finale were he brings all the rhythms, all the movements of previous parts into conclusion. With somewhat stoic understanding, even moments of lightness: nothing is forever, nothing is given in perpetuity. Neither in private life nor in world habits, styles, epochs.  

It was very nice that the small group of listeners  wanted to show the pianist how much they enjoyed his concert and did everything not to stop clapping and almost forced him for a bis. He definitely gave us all big joy and pleasure. The pianist obliged and play a small piece of Robert Schuman’s music. Elegant but not empty. In times of Schuman, in between musical epochs, compositions had to be formed elegantly, while a good composer still could enrich them with true meaning, thought or emotion. Many things could be said about Schuman as a composer – but never that his compositions were not a good music.

Therrien recorded two CD that are worth mentioning: Piano Preludes by American-Spanish label Orpheus Classical ( Claude Debussy Book 1 of Preludes and Franz Liszt Symphonic Poem no.3, S.97 (nota bene: Liszt was the father of this musical form). Therrien arranged it himself for solo piano.

Second of these recording is a CD produced by French label Klarthe. It contains an array of fantaisies by many composers played by duo of Jean-Samuel Bez (violin) and Jean-Luc Therrien (piano, of course).

Of these two recordings, I particularly liked the ‘Piano Preludes’ produced by Orpheus Classical.