Angst

Bogumił Pacak-Gamalski

Jest coś przerażająco pustego w naszej cywilizacji. W gruzach własnych kłamstw i pożarów runęły stare Kościoły, etyki, zasady. Nie, nie były szczere ani prawdziwe. Nie opierały się ani na dobrze ani na szacunku wobec innego, drugiego. Ale ofiarowywały pewną nadzieję, pewien schemat postępowania i oczekiwań, które czyniły życie znośniejszym.  Małe cele możliwe do osiągnięcia, nawet ucieczkę w elizjum  metafizyki służenia Czemuś, wartości przerastających szarą i nieruchomą egzystencję.

Dwa światy

Krótki spacer nad kanałem morskim oddzielającym Dartmouth od  półwyspu na którym rozłożył się sąsiedni Halifaks. Dzień ponury, dżdżysta materia   wisi w powietrzu i opończa wilgoci zamazuje kształty, kolory, rozmywa krawędzie. Zakątek na spacer wybrałem dość podły. Resztki rozwalających się starych zakładów małego przemysłu, jakieś nieczynne już, lub w poły tylko, magazyny. Ale te pół ruiny to fantastyczna, kolorowa i wiecznie zmieniająca się galeria murali/graffiti/fresków. Bez zwracanie uwagi na szczegół, bez prób rozszyfrowania języka twórcy – samymi tylko kolorami, wielkością, omal mahometańską tradycją graficzną – te ściany upiększają dość biedną rzeczywistość tego krótkiego zakątka, małej części kilkukilometrowej trasy spacerowo-rowerowej, miedzy dwoma przystaniami promów miejskich.

Ale w dzień, jak ten właśnie, sama atmosfera zmusza cię do ‘czytania’ tych graffiti. I wtedy słyszysz ich krzyk. Lub złość, protest. Rozczarowanie. Pokazanie kułaka zgiętego w łokciu, środkowego palca. To nie są piękne freski upiększające otoczenie (choć piękne są). To sztuka protestu. Gazeta ścienna. Manifest Komunardów? Nie, to też spaliło na panewce. Wszystko prawie. Każda obietnica. Każda rewolucja, która pożarła swoje dzieci i wymordowała swoich przywódców, którzy przedtem mordowali swoich wielbicieli. Lenin-Trocki, Robespierre-Danton. Wieczna dychotomia. Idee, które w imieniu człowieka i ludzkości tychże wyrżnęły na dudka. Lub po prostu wyrżnęły. Demokracje liberalne, które skończyły się nową formą pańszczyzny, wolności osobistej okiełznanej kolczastymi drutami ekonomicznego wyzysku tzw. wolnego rynku. Próbowano już wszystko chyba – i wszystko zawiodło. Zawiodły Kościoły stare i Kościoły nowe. Pozostał angst. I Banksy. Jego naśladowcy. Biedni, zdolni, naćpani może narkotykami, rozczarowani społeczeństwem, systemem. Człowiekiem. Ale nie milczący. Puszka farby w aerosolu nie jest taka droga.

Miasta, biznesy próbowały początkowo z tym walczyć. Sypały się groźne słowa świętego oburzenia: wandalizm, graficzne zaśmiecanie środowiska, brzydkość, wulgarność. Często z poparciem tej najgorszej, najbardziej przeciętnej i zaślinionej drobnej burżuazji (tak, tejże współczesnej dulszczyzny i wnuków bohaterów słynnego wiersza Tuwima o ‘strasznych mieszkańcach ze strasznych mieszkań’). Przeciętniaków, którzy ongiś żyli (i kształtowali swoje płytkie poglądy) sensacyjnymi tytułami popołudniówek, a teraz trwają, z wypiekami na twarzy, na swoich fejsbukowych forach, swoich tłiterach i instagramach. Pewien wpływ na tą twórczość graffiti miał niewątpliwie prąd w sztuce znany, jako konceptualizm i jego pochodne i późniejsze popularne i bardziej przystępne intelektualnie formy popartu. Ot, słynna Zupa Campbell czy wreszcie fenomenalna Puszka Coca Coli Warhola. Zwłaszcza Coca cola stała się wspaniałym otworzeniem na pastisz, na ironię, na ‘okazania nagiej prawdy, ‘prawdziwej twarzy’ społeczeństwa konsumpcyjnego. Bez względu na zamierzenia neurotycznego i zadufanego w sobie Warhola. Okazało się, że słynny druk Coca Coli można ukazać, jako nowy symbol Ameryki. Jej nowe godło narodowe. Nie żadne Deklaracje, dumny Orzeł, wolność. Bzdura – idealny symbol biznesu, robienia forsy bez skrupułów, sprzedawania (pardon moi) gówna nie wartego i nie kosztującego więcej niż pięć centów za dolara, w dodatku gówna szkodliwego (epidemia otyłości i cukrzycy jest pochodną tej fascynacji masy cukru i sprytnie dobranych, jak w kunsztownej mieszaninie używki narkotycznej, związków symulujących smakowitość): puszka Coca Coli. Nic więcej. Nowy sztandar patriotyzmu za który młodzi żołnierze maja oddawać życie. To wszystko miało bez wątpienia wpływ na ironię, szyderstwo, a w końcu wielki smutek subkultury, często określanej (i samookreślającej się tak), jako underground/podziemie. Choćby szwedzka mistrzyni Czon, która poszła dużo dalej niż Banksy i zerwała z dość ściśle przestrzeganą przez Banksy’ego zasadą wysokiej estetyki jego dzieł. Współczesne, podziemne graffiti to krzyk, złość – ale też coraz widoczniejszy ból, rozczarowanie, zagubienie. Angst. Dzieci Kierkegaarda, Sartre’a, Heideggera czy nawet Nietzschego? Rozpacz egzystencjalna?

Stracone pokolenie? Ale stracone dla kogo, dla czego? Tego, co podłe, co do desperacji i alienacji młodych doprowadza? Może to oni biją w dzwony jakiejś nowej, lepszej katedry, której jeszcze nie zbudowano?

Zastanawiało mnie to w ten dżdżysty ranek. Kiedy deszcz nie padał, a powietrze było deszczem samo w sobie. Kiedy piękno natury rozpływało się, gubiło kształty i kolory w tym deszczowym powietrzu, a brzydota cywilizacji, tuż obok, na wyciagnięcie ręki – gniła, rozpadała się, opadała tynkiem, brunatniała rdzą spływająca po ścianach, jak strużki stężałej krwi. I w tym wszystkim gorące, wyraźne murale, graffiti.  Jak te w Kaplicy Sykstyńskiej. Która ostatecznie jest też czymś wiele większym niż tylko dziełem sztuki geniusza. Jest ówczesną alegorią ludzkości i komentarzem dziejów. Każdy czas ma swoich komentatorów.

(wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście są własnością autora)

Cello and piano

Cello and piano

by Bogumil Pacak-Gamalski

Stainglass windows in St. Andrew Church

Live music. On stage. Not through live stream or any other video, electronic, mechanical transmission. I had an immense need to be there again, missed it so much … .

Tierras Oscuras – Flamenco en Rouge

On November 16, 2021, during a timid opening of any live performances, I was able to attend a local (from Halifax and Cape Breton) performance of powerful storytelling mixing the musical fire of Andalusia and hard life of miners in times gone in Cape Breton. The audience at the Pier 21 Canadian Museum of Immigration was small, seats sparsely placed. There were no renowned, world class dancers, singers, players. But what a power, what a spirit of true flamenco! I was riveted, mesmerized and at the same time had a hard time not to join them on stage (after all – flamenco is an art of mature performer, who knows the taste of victory and defeat – not a juvenile, who knows only how to boast, not understanding the meaning of it all). After the performance I had a chance to chat with all of the performers and made sure they were aware how beautiful their storytelling was, how dramatic and well prepared. And, of course, a long chat about the history of flamenco, of Andalusia.

But it did not quenched my thirst for more formal  setting and opportunity of listening to great music played by great artists and composed by geniuses.

It came finally with an opening of popular impresario, the Cecilia Concert organization responsible (for many years now) for organizing such events in Greater Halifax.

The concert of world renowned and one of the best Canadian pianist, Charles Richard-Hamelin and young cellist, but already recognizable and with growing musical prestige, Cameron Crozman.  

There is some semblance in physique of Richard-Hamelin and the great winner of 1970 Warsaw Chopin International Piano Competition, Garrick Ohlsson. I think that there might be also a slight similarity in their style of piano playing (and such perceived connectivity would not be something to frown about, as Ohlsson is a giant among Chopin’s interpreters). The Warsaw Chopin Competition is indeed something very special among players. It serves as a spring board to fame of almost all of their finalists and definitely makes the winner career a fait accompli. Charles Richard-Hamelin is no exception. In 2015 he received Silver Medal at that Competition and very prestigious Krystian Zimerman (himself a former winner at the Competition and a player of enormous statue) Prize for best performance of Chopin’s sonata. The 2015 Competition was the first time I heard Richard-Hamelin. As I did (in Warsaw) in 1970 Olhsson playing. The next one, in 1975, was the triumph of Zimerman and I remember it as vividly as it would have been yesterday – he just mesmerized the audience. For a teenager (as myself at that time) that was as big as winning the Soccer World Cup. Speaking of Canadian pianist and the Warsaw Competition one can’t forget to mention the last one in 2021 and the amazing victory of another Canadian – Bruce Liu. I have wrote a bit about it on these pages in November 8, 2021.

Pianist are, undoubtedly, the top class in fame and splendour of all other instruments among classical music stars. In a way – the prima donnas of musicians. But that does not take away from other instruments. Especially if there is a good marriage between a good composition and a good player. Cello player is always in demand for transporting notes, that no other instrument can portray as good as that soft sound. Just listen to some recordings of unforgettable cellist, Pablo Casals. No other instrument can convey such an array of emotions as those venerable strings. The violin, its’ diminutive cousin, produces beautiful sound but lacks the depth of the tone coming from very limited resonance (due to the size difference).

Cameron Crozman, at age 26, is definitely the raising star in Canada among cello players. Not only in Canada, though. His talent was noticed and rewarded by many world-class orchestras and directors, especially  chamber music ensembles. For me, the concert in Halifax was the first chance to hear him playing. I am very glad, I did.

Bach, Franck and Chopin

  

The first of compositions was one of only six cello suites composed by J.S Bach – the Suite No. 2 in D minor. Probably written after the death of his first wife, Maria Barbara in 1720. The Bach suites are among ones of most popular music played by cellists. But it wasn’t the case during his lifetime and after his death. They were almost completely forgotten and many musicians were not even aware that he wrote such music. It was not until great cellist, Pablo Casals, re-discovered them as a teenager in a second-hand shop in Barcelona in 1889.  It wasn’t until 1936 when he recorded them in London for first time. Since then, they become one of the most popular solo pieces for cellists around the world. There is even dispute among scholars whether Bach originally wrote them not for cello da gamba but for smaller, over the shoulder, viola da spalla. Suite No. 5 was originally composed for lute.

As entire baroque music, they are strictly structured in prelude and a string of Renaissance/baroque dances. In this case: allemande, courante, sarabande, minuet and gigue.

The slightly austere, neo gothic church of St. Andrew, with beautiful stained glasses on walls of the main nave and stained glass rosette behind the altar/stage provided perfect setting for this music. And the acoustic was wonderful as the young cellist with red hair sat to his instrument. The music flowed so nicely. His left hand showed the elegance of every note, tone and interval of this composition. I was specially taken by the fourth part, the Sarabande and the vision of evening stroll of Bach through the cobblestones of German city, remembering places he visited with his wife, reminiscing their time together. Formal, very courtly Minuet ensues as in saying that life goes on and times brings closure. Final part is in a form of Gigue and is a typical epilogue for typical baroque suite. Can’t understand that rigid formality from my perspective of XX century man, as Gigue is the last melody I would have used for this type of composition. Yet, it must be said that the Gigue in Suite No. 2 is far from lively dance of Italian gentry. Yes, it has the rhythm and melody – but used in such a way that it becomes a music of accepting life as it goes on. I thought that Crozman played that part superbly, more in a reflective than virtuosic style.

Belgian born but Parisian by choice composer Cesar Frank (1822-1890) is definitely not a canon of modern concert halls and performances. I know I have heard his music before – but if asked, I would have to strain myself immensely to remember that music. Although envisioned by his father as piano player (a solid career in Romantic times Europe) – he ended up playing organs in one of the big churches in Paris and later become a professor of organ music in Paris Conservatory in 1872. And finally had time to prove to the world that he is a talented composer. One of his monumental work (and monumental it is in its form, character and, let’s say – weight?) that I have never heard before (of that I am sure because it is really hard to forget such curiosity) is the Prelude, Aria et Final, Opus 23.

I am very glad that Charles Richard-Hamelin gave a very good explanation of this composition. It helped a lot. It consists of Allegro moderato a maestoso (Prelude); Lento (Aria) and Allegro molto ed agitato (Final). From these musical terms – allow me to offer less serious tone – two describe it the best: maestoso and agitato. The least one is moderato. It also shows that if you cook for many years Indian cuisine, when suddenly you make Beef Wellington, you add to it Indian spices.  The result could be interesting, maybe even tasty – but it is not Beef Wellington. Specially in Paris. Franck played for many ears on huge organs  at St. Clotilde Basilica. That colossal instrument could not only swallow many concert pianos of Paris, it also had so many leg and hand operated pedals, stops and keyboards (yes, the large ones have more than one keyboard) that the listener could really think that heavens opened up and filled the air with its’ own music. But Franck decided to do the same on the piano.

Thanks’ heaven the Yamaha grand piano C7X comes with the third, middle pedal called sostenuto. It is a version of the sustain (left) pedal but operates only on chosen string/notes. It gives the ability to produce a sound that resembles organ pipes. But one must not overuse it. In this case, Richard-Hamelin had to. To say it plainly – that composition is a colossus that requires not only amazing technique from the player, it also requires a big physical stamina. I am so grateful that he possess both. I have no idea what poetic purpose that composition serves – but it was amazing to listen to it. Enjoyed it very much just for the sheer sense of showmanship and absolute control of the instrument by the player. Now, thanks to Charles-Hamelin, I will always remember the music of Franck. Probably not choose to go to concert hall to listen to it again, but definitely remember it.

After a short intermission we were served the main course: beautiful sonata for cello and piano by lyrical master of Romanticism, Frederic Chopin. The opus 65 sonata in G minor was composed in 1846 and dedicated to Chopin’s close friend of many years, cellist Auguste-Joseph Franchomme.

Both of them collaborated and co-composed earlier a Grand Duo Concertant for piano and cello (in E major, numbered as B. 70) that received very favorable opinion of Schumann. The sonata is fully composed by Chopin and it’s cello part was not composed in any part by Franchomme, although it is more than likely that both Chopin sought advice and opinion of his dear friend. That might be the source of somewhat strange and not necessarily wise comment of our young cellist, Cameron Crozman, in an introduction, that the cello has stronger and weaker parts, the stronger being possibly composed by Franchomme. There is no musical literature that would support such strange assumption.

The sonata has special historical meaning in Chopin’s life: it would be the last composition of Chopin and the premiere in Salle Pleyel on Feb. 16, 1848 was his last public concert in Paris. Unfortunately, the Paris premiere omitted the first part (Allegro moderato). That was corrected by Franchomme shortly after his friend death, as the cellist returned to Salle Pleyel on April 6, 1853 and played (with Thomas Tellefsen, also Chopin’s friend and pupil, as pianist) the entire sonata. Louise Dublin, a world renowned cellist, wrote in her excellent blog on Aguste-Joseph Franchomme, that the second premiere was received enthusiastically and quotes respected and feared (by musicians) Paris critic of that time: “The main piece was a sonata by Chopin for cello and piano…the piece has something intimate and mysterious, everything in it is plaintive and melancholic… Franchomme, on his eloquent cello, found admirable expression, giving the beautiful melodies of Chopin a penetrating sweetness, full of religious poetry.” .

Of course, no recording of this prapremiere and premiere concerts exists, therefore it is impossible to compare that play with the performance of Cameron Crozman and Charles Richard-Hamelin in Halifax.

The only reflection could be my own satisfaction, pleasure or lack of it.  And satisfied I was, very much indeed. It is worth mentioning that the duo of these two musician was a premiere in its’ own right. They have never played together before. But the partnership sounded very good and pleasant. Despite Crozman earlier spoken remarks, I have not noticed the ‘weaker’ and ‘better’ parts of his viola da gamba. All was played softly, poetically. In my short notes, that I tend to take at concerts, I wrote: what a beautiful conversation of two instruments! In scherzo and largo it was like a dance of two souls and such a nice, like echo, repetition of viola’s themes by piano.  It all closes with very elegant marriage of the two scales: G minor and corresponding major in allegro. Sort of mini danse du triomphe.

Zaleszczyki

Bogumił Pacak-Gamalski

Czemu Zaleszczyki, w dodatku te nad Dniestrem? Czemu nie? Po godzinach czytania, słuchania smutnych wiadomości z Ukrainy nic innego już robić w stanie nie jestem. Po prostu myśli biegają po nazwach znajomych, bliskich. Dziś zapomniana mieścina, Zaleszczyki przed wojna (tą Drugą) były kurortem pierwszej klasy Rzeczypospolitej. Naszymi Włochami, Toskanią, wybrzeżem adriatyckim. Przecudownie umieszczone w dużym zakolu błekitno-zielonego Dniestru, z plażami, winnicami, restauracyjkami. Ba, tam było najdłuże w Polsce połączenie kolejowe z regularnym pociągiem aż nad Bałtyk! Przez most, po drugiej stronie rzeki była już Rumunia. A winnice tameczne produkowały wina w jakimkolwiek innym regionie Polski niemożliwe. Toteż tzw. towarzystwo lubiło tam zjeżdżać zewsząd. Dalekie Podole … Wanda, moja babcia, uwielbiała wyprawy do Zaleszczyk z dalekiej Wileńszczyzny. Zmusiła w końcu swego meża, dziadzia Emanka, by bodaj w 38 kupił tam plac na budowę letniej willi. Dziadek chciał w Zakopanem, ale babcia, o ponad dwadzieścia lat młodsza piękna kobieta, długo nad przekonaniem męża pracować nie musiała.

Poniżej zdjecia babci w Zaleszczykach, w stroju huculskim. Kolejowy most graniczny z Rumunią. Obecnie, po zmianie granic w 1945, granica rumuńsko-ukraińska przebiega paredziesiąt kilometrów głębiej.

I o tych Zaleszczykach, dziś dawnego kurortu nie przypominających, myślę i zastanawiam się, gdzie uciekną, jak się będą bronić obecni, Ukraińscy, mieszkańcy tego zapomnianego zakątka raju, gdy wściekłe bomby rosyjskie będą na nich spadać? Czy kolumny czołgowe nadchodzić będą po padnięciu Odessy czy wkroczą od pro-rosyjskiego skrawka Mołdawii zwanego Naddniestrzem? Zaleszczyki nie mają dziś znaczenia militarnego ani nawet przemysłowego. Czy obroni ich to przed okupacją i przed ostrzeliwaniem ludności cywilnej? Czy będą ginąć dzieci, które dzień wcześniej będą baraszkować na plażach pięknego Dniestru?

Czy też Putin w swych planach nie ma zamiaru przekraczać przedwojennej granicy polskiej i zatrzyma swój podbój mniej wiecej na tej linii? To jest też możliwe. Wobec Ukrainy Wschodniej może kontynuować swoją kłamliwą wersje o jedności z mateczką Rosją. Zainstalować w Kijowie ‘rząd’ zdrajców ukraińskich, który w krótkim czasie ogłosi referendum (rezultaty bez problemów będą dowiezione z Moskwy) na temat ‘nierozerwalnej braterskiej łaczności z Rosją’? Czy to kosmiczna wizja? Może. Czy jest kosmiczną wizją odbudowy (o której mówił wielokroć) Imperium Rosyjskiego? Nie wiem, w których granicach. Z końca XVII wieku, z XIX (to ostatnie komplenie niemożliwe bez wojny nuklearnej)?

A co z tymi kilkoma milionami uchodźców ukraińskich, którzy w miedzyczasie znajdą się w Polsce, Rumunii, Mołdawii i na Węgrzech? Niektórzy może już dalej.

Myślę o tym wszystkim i głęboki smutek mnie ogrania wobec tej ziemi, tych stepów, tych miast. Niektórych bardzo nam , Polakom, bliskich. Ziemi skomplikowanej historii i dziejów. Od legendarnej, skandynawskiej Rusi Kijowskiej Waregów, przez ruskie Księstwo Halicko-Włodzimierskie, Rzeczypospolitą Obojga Narodów (dwukroć w planach zamyślana, jako Rzeczypospolita Trojga Narodów (a więc i tego ruskiego-ukraińskiego), Hetmanat, krótkotrwałe republiki ukraińskie w końcowych latach I wojny. Krainy, gdzie smutek i krew były dniem codziennym. Ale i nadzieja. Uparta nadzieja. Zabrało im długie setki lat by to wszystko zjednoczyć, zlepić z fragmentów narodowy epos, z różnych szczepów – naród.

(U)Kraina łez

Młoty historii walą w kowadło życia:

raz, dwa – trzask

raz, dwa – trzask

matce – dziecko, dziecku – ojca, ojcu – serce

**

Kołyszą się dzwony w Katedrze Ormiańskiej:

bim, bam – krzyk

bim, bam – płacz

na Lwów znów padł cień oblężenia obcych wojsk

***

Sicz się budzi ze snu, łódź rzeką spławiają

u krainy świtu

u krainy zmierzchu

między Dnieprem  a Dniestrem zapadła dniem noc

szóstym marca 2022, B. P-G

Łukasz Zwolan – mowa plakatu

by Bogumił Pacak-Gamalski

Dzień Kanady obchodzi się 1 lipca. W 2021 to był trudny i smutny dzień dla Kanadyjczyków. Święto wypadało w krótkim czasie po odkryciu pierwszych masowych grobów dzieci Pierwszych Narodów (określeniem First Nations zastępuje się falszywy i powstały w czas kolonialnych zwrot Indianie) na terenie dawnych Szkół Zbiorczych prowadzonych przez Kościoły chrześcijańskie. Tego dnia nie pojechałem na teren wioski największego narodu w Nowej Szkocji spędzic go z nimi i odwiedzić okoliczne miejsce, gdzie kiedyś taka szkoła stała.

W tych samych dniach zwróciłem uwagę na pojawiający się w mediach znamienny plakat. Grafika była nagrodzona i wybrana z wielu nadesłanych przez jury Konkursu. Autorem był młody grafik z Polski, z Zamościa, Łukasz Zwolan. Tytuł Per Aspera zaczerpnięty z łaciny, oznacza pokonywanie trudności w drodze do gwiazd. Nawiązałem z artystą kontakt i pogratulowałem mu użycia prostej formy w wyrażeniu skomplikowanej i trudnej symboliki.

Bo, w olbrzymim skrócie, rolą plakatu jest wyrażenie treści w minimalistycznym, a jednozceśnie czytelnym przekazie graficznym kilku plam, kresek. Można się wręcz pokusić na pewne porównanie do przekazu pisemnego: obraz to rodzaj eseju, plakat zaś felietonu.

Od tamtego czasu obserwuję bogaty rozwój twórczości tego artysty. I jest imponujący. Za jego zgodą chciałbym przedtawić krótka serię grafik plakatowych , które w idealnej kwintesencji formy ukazują tragedię i zbrodnię wojny rosyjskiej na Ukrainie.

Dwa pierwsze oferują forme języka, liter. Litera “J” lub zblizona kształtem do niej litera “L” potrafią diametralnie zmienić sens tego słowa. W drugim proszę zwrócić uwage na kompozycję czołgu, który powstał z dwóch liter P i U. Trzy osatnie nie wymagają jakiegokolwiek opisu.

Wśród swoich każdy błazen …

by Bogumił Pacak-Gamalski

Tak sobie pomyślałem przeglądając pierwszy raz od wielu, wielu lat niepokaźną objętością książeczkę-wybór felietonów Edwarda Zymana. Wydało ją wydawnictwo (chyba już nie istniejące) Andre Poray Book Publishing w Chicago w 1987 roku. Edward nadał zbiorowi tytuł „U Boga każdy błazen”. Jako, że czasy były jeszcze przed możliwościami e-booków, on-line publishing i wszystkim, co przyniósł magiczny internet, ten zbiór ukazał się dzięki przedpłatom Czytelników. Wśród Listy Subskrybentów dołączonej do wydania widniej też i moje nazwisko. Czasy były, gdy biedota pisarsko-dziennikarska na bożym ugorze tzw. życia polonijnego wspierała się zawsze w zacnych inicjatywach, które potem chętnie wskazywano jako osiągnięcia polonijne w dziedzinie kultury. Te ‘osiągnięcia’ były wszak prawie bez wyjątku wynikiem mozolnej pracy tych właśnie (i przez lata stale tych samych) bidaków-pisarczyków i im podobnych akolitów sztuk tzw. pięknych lub wolnych (w przeciwieństwie do mięsnych, które zdecydowanie większą popularność miały).  

Zyman we wstępie wyjaśnia tytuł odwołujący się do Jana Kochanowskiego, który te słowa użył w jednej ze swoich Pieśni, konkludując za poetą czarnoleskim, że im bardziej się sili tym więcej  się myli. Ale od siebie szybko wyjaśnia, że wszak nie mylą się tylko ci, którzy nic nie robią. A przyznaję od siebie, że Edward Zyman na tym ugorze polonijnym zrobił dużo i poświęcił mu połowę swojego życia.

Zmarł 18 listopada 2021 w Mississauga, w Ontario, gdzie od wielu lat mieszkał, w wieku 78 lat. O jego śmierci dowiedziałem się dość przypadkowo, w równie przypadkowej rozmowie internetowej z poetą z Calgary, Janem Wolakiem. Moje kontakty z Edwardem od blisko 20 lat były raczej sporadyczne. Choć w pierwszym 10-leciu jego pobytu w Kanadzie łączyła nas bardzo bliska znajomość i jeszcze bliższa współpraca literacko-publicystyczna. Odległość, jak i duże zmiany pokoleniowe, polityczne, socjologiczne, jakie zaszły w Polonii w latach 1991-2001 oddaliły nas od siebie. Gdzieś od tych lat poczynając wycofałem się świadomie i prawie kompletnie z tzw. życia polonijnego. Odmówiłem dalszej współpracy i publikacji w pismach polonijnych, nie chciałem mieć nic wspólnego z organizacjami polonijnymi. W czym bardzo pomogło mi przeniesienie się z Alberty do pięknego Vancouveru, w nowe nieznajome środowisko.

Naturalnie życie ma swoje dróżki. W krótkim czasie odnalazło mnie dwóch redaktorów/wydawców ówczesnego tygodnika „Takie Życie” ukazującego się lokalnie w Vancouverze, których wcześniej nie znałem. Nagabywano, zachęcano i naturalnie na końcu pozyskano. Aliści o tzw. sprawach polonijnych starałem się nie pisać.  Po jakimś czasie, głównie ze względu na przyjazd na stałe do mnie mojej mamy – nawiązałem kontakt z zacną i wiele dobrego robiąca grupą artystów i przyjaciół sztuk „Pod skrzydłami Pegaza”.  Efektem tego (długa historia) było podjęcie się wydawania rocznika twórczości polskiej „Strumień’, którego zasadniczymi adresatami były polskie placówki akademickie i archiwalne, biblioteki naukowe oraz główne ośrodki kultury polskiej (jak np. Biblioteka Paryska) poza granicami Kraju. Z góry zakładając, że nie jest to pismo nastawione na jakikolwiek dochód, nie zawracała mi głowy i czasu myśl o szukaniu indywidualnego czytelnika i nabywcy pisma (naturalnie kwestia jakiegokolwiek wynagrodzenia w ogóle nie była brana pod uwagę i było to wyjście zdrowe, bo unikało jakiegokolwiek uzależnienia mnie we wszelkich decyzjach edytorskich). Poza stałymi i regularnymi, raz w roku, spotkaniami z lokalnym czytelnikiem z Vancouveru i okolic, które były jednocześnie okazją do prezentacji autorów danego wydania, odczytów, wystawy sztuk wizualnych, czasem prezentacji muzycznej. Spotkania te miały miejsce w Miejskiej Bibliotece. Unikaliśmy korzystania z ‘gościnności’ lokalnych organizacji polonijnych.

Sytuacja Edwarda Zymana było zupełnie inna. Urodzony dobrze ponad dekadę wcześniej niż ja, przyjechał do Kanady już z interesującym doświadczeniem i bagażem jako autor, jako redaktor. Miał za sobą doświadczenia życia zawodowego i zarobkowego w środowisku redakcyjnym i chciał tego rodzaju pracę kontynuować tu. Różniły nas też środowiska z jakich pochodziliśmy, pewne tradycje. Wiek był, mimo to, pewnie czynnikiem decydującym. Moje doświadczenia z Polski były głównie doświadczeniami młodego, zapalonego działacza „Solidarności’ a od momentu wylądowania w Kanadzie – działacza niepodległościowego. Doświadczenia autorskie w Kraju miałem minimalne – kilka drobnych felietonów i tekstów rozrzuconych po różnych tytułach.

W ten sposób poznaliśmy się w jego pierwszych dniach pobytu w Kanadzie, w Calgary, gdzie wylądował z żoną w 1983. Zajął się szybko redagowaniem lokalnego biuletynu (z taką właśnie nazwą „Biuletyn Polonijny”), miesięcznej relacji z wydarzeń trzech środowisk finansujących to wydawnictwo: Stow. Kombatantów, Parafii i Stow. Polsko-Kanadyjskiego. Pisemko wartości większej nie miało ale ‘na bezrybiu i rak ryba’. Miało za to bardzo oddanych i regularnie subskrybujących miesięcznik od wielu lat czytelników. Edward był pierwszym, który Biuletyn nieco uporządkował graficznie, tematycznie. Był też pierwszym, który skłonił Dyrekcję Prasową (tak wypadało chyba nazwać osoby, które z ramienia wymienionych wyżej instytucji decydowały o finansach i charakterze pisma) do wypłacaniu mu miesięcznej tantiemy. Co uważam za jego pierwszy sukces. I pochwalałem to. Hydraulikowi się za usługi płaci bez zastanowienia. Natomiast wyrobnikom słowa nigdy się w polonijnej Kanadzie nie płaciło. Ano – bo każdy przecież umie pisać! Choć nie zastanawiano się, że każdy umie odkręcić i zakręcić kran, a mimo to hydraulikowi się jednak płaciło.

W tym samym czasie zorganizowałem w Calgary zjazd/kolokwium polskich intelektualistów, ludzi pióra i sztuki, akademików z Zachodniej Kanady. Nie było to łatwe, bo każdy miał swoje terminy, nie mogliśmy oferować zwrotu kosztów podróży, zakwaterowanie robiliśmy u siebie lub znajomych. Organizacje na takie ‘imprezy’ nie miały pieniędzy. Ale dzięki temu udało nam się poznać ciekawych i bardzo wartościowych ludzi, niektórzy mieszkający od wielu lat w Kanadzie a nie zawsze znający się osobiście. Te spotkanie bardzo pobudziło i dało energię Edwardowi. Zadzierzgnięcie stosunków środowiskowych jest niezmiernie ważne na polu kultury. Byli tam redaktorzy, profesorowie uniwersytetów, działacze kulturalni. Najważniejszym bodaj pokłosiem – i to była głownie zasługa nie moja, a Edwarda – była decyzja wydawania kwartalnika kulturalnego pod patronatem albertańskiego oddziału KPK. Redaktorem naczelnym został wybitny literaturoznawca prof. Edward Możejko (późniejszy dziekan Wydz. Literatury Uniwersytetu Alberty), a Edward wszedł w skład redakcji. Ja, popierający ideę, odmówiłem formalnego wejścia do redakcji nie wierząc w sukces przetrwania pisma. A przetrwało sporo dłużej niż obawiałem się, bo blisko cztery lata.  Ale publikowałem tam eseje, krytyki literackie i zdaje się jeden lub dwa wiersze. Kwartalnik od początku do końca wydawano starannie pod względem graficznym i merytorycznym. Niestety nigdy nie udało się osiągnąć sukcesu finansowego ani wystarczającej liczby czytelników, a poruszane tematy wykraczały poza zainteresowania członków organizacji kongresowych, gdzie błędnie spodziewano się większego zainteresowania. Edward zrozumiał, że mimo poziomu czasopisma – nie ma mowy o jakimkolwiek wsparciu finansowym dla pracujących przy tym wydawnictwie. W Calgary też związał się lokalną polonijną redakcja telewizyjną, gdzie przygotowywano tygodniowy program na bezpłatnym kanale wielokulturowym. Program nosił tytuł Polish Kaleidoscop   i Zyman bez wątpienia wpłynął na profesjonalny poziom tego programu. Stronę techniczna zapewniał inny młody uchodźca solidarnościowy, kamerzysta z Polski, niestety nazwisko nie przetrwało w mojej pamięci.   Kilka razy byłem gościem tego programu. Wszystko to jednak nie dawało nadziei na możliwość znalezienia pozycji płatnej, zwykłego zarabiania na życie. Perspektywa polepszenia sytuacji była nikła, bliska zeru. Po prawdzie jedyny (poza pracą akademicką lub w kanadyjskim, angielskojęzycznym środowisku literackim do czego umiejętności ani kwalifikacji nie miał) sposób zarabiania na życie wówczas wiązać się musiał z pracą redakcyjną w jednym z kilku tygodników polskich: Winnipeg („Czas”) lub Toronto (tu było aż kilka gazet, w tym dwie najstabilniejsze finansowo: „Związkowiec” i „Głos Polski”). Tam też przeprowadził się w drugiej połowie 1984 i objął funkcję redaktora naczelnego „Głosu Polskiego”. Współpracowałem z nim dość regularnie w tym czasie stale publikując na łamach „Głosu” publicystykę polityczną, czasem recenzje literackie i zgodziłem się przenieść z tygodnika „Czas” periodyczne reportaże literackie ‘Pogwarki’.

Tu dopiero zaczął się najważniejszy okres jego działalności redakcyjnej, literackiej, organizacyjnej i – co chyba najistotniejsze – wydawniczej w ramach Polskiego Funduszu Wydawniczego.

Największym chyba talentem Edwarda Zymana była jego umiejętność właśnie organizacyjna skupiająca się na odnajdywaniu właściwych osób, we właściwym czasie i pozyskiwania ich dla swoich idei. Umiejętność perswazji, argumentacji i nie traktowaniu ‘nie mogę” lub ‘to niemożliwe’, jako decyzji ostatecznej. Olbrzymią pomocą dla niego było też poznania tam ludzi nowych z nowej fali emigracyjnej, którzy mieli podobne, jak on doświadczenia i język praktyczny wyniesiony z PRL. Zaś z drugiej strony umiejętność rozmowy, pewnej adoracji wręcz, wobec środowisk literacko-artystycznych starej emigracji. Z czasem rozpoczął szereg projektów, zaangażował się w licznych firmach, organizacjach związanych pośrednio lub bezpośrednio z życiem kulturalnym (z głównym naciskiem na dział literacki) Ontario i innych regionów Kanady.

Szczególnie znamienna dla niego była znajomość i przyjaźń z Adamem Tomaszewskim i pisarzami lub działaczami kulturalnymi związanymi z Polskim Funduszem Wydawniczym (PFL).  Z biegiem czasu oczywistym stała się potrzeba wymiany pokoleniowej. Twórcy i zawładający Funduszem, naturalnym ciągiem losów, powoli schodzili z aktywnej sceny polonijnej.  Zyman był gotów te miejsce zająć i wlać nową krew w tą zacną organizację. Wiązało się to też z okresem zmian politycznych w Polsce. I znowu – jego podtrzymywane i pielęgnowane z ośrodkami literacko-wydawniczymi i ludźmi w tych ośrodkach umożliwiły mu nowe plany  współpracy. Był to początek wybuchu zainteresowania tzw. literaturą emigracyjną i jej twórcami w Kraju, nadrabiania blisko 50-letnich zaległości. Ale dzięki temu zainteresowaniu była to też okazja pokazania w Kraju (i pokazania w Kanadzie i innych krajach osadnictwa) dorobku nowej fali, tej post-solidarnościowej, którzy w kraju byli albo nie znani kompletnie lub z bardzo minimalnym dorobkiem. Edward potrafił te znajomości z nowymi autorami jego własnej fali emigracyjnej podtrzymywać, pielęgnować.

Był to już okres końca lat 90. ub. wieku i początku XXI wieku. Nasza współpraca w zasadzie zakończyła się. Mieliśmy może jeszcze, przy okazji jego wizyt w Vancouverze u Anny Lubicz dwa bodaj tylko spotkania prywatne. Zostały już chyba tylko pozory serdeczności i dawnej przyjaźni.  Wydaje mi się, że pewnym zgrzytem, którego nie potrafił mi chyba darować była śmieszna sprawa wydania przez Fundusz jego książeczki „Metamorfoza Głębin Twoich” w 2003. Byłbym pewnie nigdy tej książki ani czytał ani o niej słyszał. Pisał w niej o autorach (no, niech będzie poetach, bo któż nas ma władzę nadawać lub odbierać te tytuły?) kilku tomików wierszy. Niektóre chyba z tych nazwisk znałem. Inne nie. Ale pewna para  pisarska znała mnie, a o nich też mowa była w tej książeczce. I poprosili o spotkanie, o rozmowę. O wylanie żali gorzkich. Pożyczyłem od nich tą książeczkę, przeczytałem. Przeczytałem też ich tomik z ich wierszami, innego omawianego autora (z jego wiersza zapożyczył Zyman ten zabawny tytuł) czytałem na tyle na ile mogłem lata wcześniej, gdy przesłał mi tomik z dedykacją i prośbą o recenzję. Recenzji napisać nie mogłem, bo nie miałem serca, więc wyłgałem się kompletnym brakiem czasu. Język w książce  Zymana był  pozbawiony ‘metamorfozy głębin’ (LOL), był bardziej niż ostry – był bezlitosny. To nie była krytyka omawianych tomików, książek – to był pręgież egzekutora. Coup de grâce wymierzony przez Krytyka wobec złej poezji, lub wierszowania symulującego poezję. Nie zawsze chyba słusznie. Nie mnie ani Zymanowi (ni komukolwiek innemu) wypada takie publiczne wyroki bezapelacyjne ferować. A jeśli już – to nie w formie książkowej, może felietonik tu lub tam, może uwaga w adnotacjach. Nie wiem. Istnieje pojęcie złej poezji (czyli braku poezji) ale istnieje też poezja (lub wierszowanie, nie będziemy się sprzeczać o ‘przecinki’) pogranicza literatury, jej obrzeży. Ma zapotrzebowanie czytelnicze, oddaje pewien, na ogół jednoznaczny i pozbawiony ‘metamorfoz’ stan ducha, emocji. O ile złą lub wadliwą powieść, słaby wiersz lub dramat napisze znany autor – można i warto mu to zarzucić, wytknąć. To zupełnie inny obszar krytyki literackiej. O nieznanych lub istniejących na obrzeżach literatury autorach lepiej chyba nie pisać nic niż ich miażdżyć. Byłbym może i to pominął jednak. Odpowiedział tą samą wymówką braku czasu. Najbardziej wkurzyło mnie jednak, że to Edward, a nie oni własnym sumptem wydający taką czy inna książeczkę, zrobił występek. Co było wówczas (i mimo sytuacji lepszej niż 40 lat temu, jest i dziś) oczywiste to fakt, że publikacja, wydanie tomiku wierszy, powieści, zbioru opowiadań jest w środowisku polonijnym (nie tylko w Kanadzie) szalenie trudne. Te bardzo nieliczne ośrodki i instytucje polonijne, które to umożliwiały czasem, miały szalenie ograniczone możliwości finansowe, edytorskie, dystrybutorskie. Wiedziałem to ja, jako naczelny rocznika twórczości w Vancouverze, wiedział lepiej jeszcze ode mnie Edward Zyman, który z większością tego typu instytucji w Toronto był związany lub je prowadził. I użycie tych skromnych środków na wydanie własnej książeczki właśnie z tych zasobów Funduszu, która absolutnie niczego do literatury nie wniosła, było naganne, a nawet trochę megalomańskie.  I taka była generalnie kwintesencja mojej recenzji książki Edwarda. Gwoli pewnej rzeczowości podałem tam przykłady kilku wierszy zdruzgotanych przez Zymana (nielicznych, przyznaję), które posiadały swą wartość (jakkolwiek nikłą) literacką, a znalazłem nawet takie, które poziomem zbyt daleko nie uciekały od szeregu wydawanych w Kraju (bo to był też moment wielkiej rewolucji w krajowym rynku wydawniczym, gdzie wydać było coś czasem łatwiej i taniej niż kupić porządny garnitur). Słabości innych nie ukrywałem ale się nad tymi słabościami nie rozpisywałem. I opublikowałem to w którymś z tygodników (trzy się chyba wówczas ukazywały w Vancouverze). Ani wilk był syty ani koza cała. Od znajomych dowiedziałem się, że Edward miał o to do mnie duży żal, a para pisząca wiersze w Vancouverze, która się do mnie o ratunek zwróciła też zachwycona nie była, bom pozytywnej kontr-recenzji ich tomiku nie wydał, zaś sprawy szersze ich nie interesowały.

Efektem było ochłodzenie naszych stosunków. Jako, że aktywnie (poza własnym podwórkiem redakcyjnym, które mi zabierało zbyt wiele co raz się kurczącego czasu) i tak w ogólno-kanadyjskim dyskursie przestałem uczestniczyć zbyt się o to nie troszczyłem. Z latami każdy z nas przyzwyczaja się do personalnych ubytków, strat, lub wręcz rozczarowań. Życie. Mojej pozytywnej bardzo opinii o osiągnięciach Zymana, jako wydawcy i animatora polonijnego życia literackiego to nie zmieniło. Spotykając się na uniwersytetach w Rzeszowie (‘Fraza’ i dział Biblioteki Uniwersyteckiej poświęcony literaturze emigracyjnej w Kanadzie), Toruniu (Archiwum Emigracji) – rozmawialiśmy często o Zymanie i Funduszu Wydawniczym. Choć zasadniczym tematem byli wielcy twórcy, jak Busza, Iwaniuk, Czaykowski, to naturalnie nie mogło zabraknąć rozmów o ogólno-kanadyjskim stanie literatury i pisarzy polskich. A w tym temacie nie mogło zabraknąć Zymana. Zasłużył na to w pełni.

Kilka lat temu Uniwersytet w Katowicach przysłał mi zaproszenie na specjalną sesję temu tematowi poświęconą. Miałem nadzieje przyjąć zaproszenie i pojechać. Zrobiłem nawet szkic o czym i o kim chciałem wspomnieć. Dwa nazwiska zajmowały  w tym szkicu miejsce specjalne: twórczość Andrzeja Buszy, poety doskonałego moim zdaniem tak w tworzywie-formie, narzędziach poetyckich, jak i wyjątkowej, uniwersalnej treści i Edwarda Zymana, jako przykładu świetnego organizatora i animatora życia literackiego. Jeden jest zależny od drugiego. Twórca bez wydawcy-mecenasa, promotora istnieć nie może w świadomości czytelnika; najlepszy organizator, mecenas sztuki Sztuce służyć nie może bez twórcy.  Niestety, ciężka choroba Mamy, której byłem jedynym opiekunem w Kanadzie uniemożliwiła mi już wówczas wyjazdy na dłużej niż dzień-dwa. Choć tym tekstem więc oddaję Edwardowi tu należny ukłon.

W pewnym sensie jest dość chyba znaczące, że z wydanych własnych prac Edwarda ta, która największą chyba wartość posiada i służyć będzie  – daj Boże – pokoleniom badaczy literatury polskiej w Kanadzie nie są jego krytyki, wiersze, zbiory felietonów, a dokument: kronika Funduszu Wydawniczego ale i szerzej, polskiego życia literackiego w Kanadzie: „Mosty z papieru. O życiu literackim, sytuacji pisarza i jego dzieła na obczyźnie.” wydany w 2010. Jak każdy taki dokument – zwłaszcza jeśli nie pisany przez szeroki zespół, a przez indywidualnego autora – ma braki, nie jest pełny. Ale jest najpełniejszy, jaki do tej pory stworzono w Kanadzie.

Ostatnim naszym kontaktem było właśnie wysłanie tej książki na mój adres przez Edwarda. W dedykacji napisał coś, co gotów jestem dosłownie, bez jakiejkolwiek edycji skierować teraz do niego. Może mogliśmy jeszcze szczerze, spokojnie i bez żali czy niechęci porozmawiać. Ostatecznie temu samemu służyliśmy tutaj, między Pacyfikiem i Atlantykiem. W innej skali i możliwościach, może nawet z innych konieczności – ale cel ten sam. Utrwalić, ocalić od zapomnienia, umożliwić zaistnieć. I chyba pro publico bono. Więc Twoje słowa do mnie – kieruje teraz do ciebie, Edku:

„z nostalgicznym wspomnieniem wspólnych pomysłów i działań ‘w kulturze’ w pierwszych latach na Obczyźnie, która jawiła się (dziś to wiem) nazbyt optymistycznie, z dojrzałym dystansem do niemal wszystkich spraw tego świata, najserdeczniej … „

Słowo, mowa, znaki pamięci.

<strong>Słowo, mowa, znaki pamięci.</strong>

Wilno i ja – echa, cienie, literatura, mit i zaułki.

by Bogumił Pacak-Gamalski

Miasto, które kochałem, zanim je poznałem. A poznałem późno, bo w wieku 22 lat. Poznałem? Nie, naturalnie to kłamstwo. Z przyzwyczajenia językowego niechlujstwa polszczyzny powojennej, tak tylko bez zastanowienia rzucone na papier. Wilno znałem od dzieciństwa. Od pierwszych wierszy, jeszcze przed pierwszą ławką szkolną, umianych na pamięć, o tej, co w Ostrej Świeci Bramie, o tej gruszy na miedzy, tej dzięcielinie. Wiec poprawię: miasta, które odwiedziłem fizycznie pierwszy raz w wieku już dwudziestu dwu lat. Ale Wilno w domu było obecne bez przerwy. Nawet, gdy się o nim nie mówiło. Wilno, potem świadomość Wileńszczyzny, Grodzieńszczyzny, Mińszczyzny, a w końcu całego olbrzymiego Wielkiego Księstwa Litewskiego –  najpierw samodzielnego, potem w unii z Królestwem Polskim.

Bezpośrednią winą tych wspomnień, refleksji obarczam Tadeusza Konwickiego. Konkretnie jego „Zorze wieczorne” opublikowane w 1991. A konkretnie z wydania 2, poprawionego, w 2010. Oczywiście dużo tam Wilna. Konwicki pochodził z Kolonii Wileńskiej, położonej między Nowa Wilejką i Rossą. Był tylko trzy lata młodszy od mojego ojca i jego losy okupacyjne były bardzo podobne: gimnazjum, działalność w Szarych Szeregach i udział w walkach. Powstanie Wileńskie i Akcja ‘Burza’ rozdzieliła ich drogi – Konwicki przetrwał ukrywając się w lasach z odziałem AK aż do przełomu 1944/45. Ojca i jego zgrupowanie płk. Wilka, wbrew umowie o współpracę w walce z Niemcami,  Sowieci otoczyli podstępnie czołgami w okolicach Puszczy Rudzkiej i wywieziono do Miednik,  a stamtąd do Kaługi w Rosji. Konwicki pozostał w lasach Wileńszczyzny w ramach  resztek Brygady  Oszmiańskiej i w nowych okolicznościach kolejnej okupacji sowieckiej prowadzili dalej walkę partyzancka z Litwinami i Sowietami. Ojciec uciekł z grupą innych kolegów z obozu pod Kaługą i dotarł ponownie do Wilna, gdzie panowały już rządy sowieckie. Nawiązał natychmiast kontakt z konspiracją AK. Tu ponownie ich drogi (Konwickiego i ojca) się skrzyżowały. Ze wspomnień Konwickiego wiem o tym czasie więcej niż od ojca. Bardzo mało mówił na ten temat. Nawet w wywiadzie-rzece, jakiego mi udzielił podczas wizyty u mnie w Kanadzie w drugiej połowie pod koniec lat 80. To były trudne czasy. Często krwawe, w tym bratobójcze. Podobnie, jak Konwicki, uzyskał lewe dokumenty na nazwisko Tadeusz Mickiewicz (sic!) i w ramach repatriacji wyjechał do nowej, nieznanej Polski. Nie o tym rzecz jednak. To nie opowieść wojenna. To opowieść o języku, o sposobie mówienia, o fleksji, o traktowaniu słowa. O gawędzie.

Bo język i sposób jego używania decyduje o tym, jak widzimy świat i siebie. Jakoś rzeczy, uczucia, idee musimy ubrać w słowa, nazwać. Inaczej istnieją, jak bezkształtne bryły. A język Wielkiego Księstwa, a już zwłaszcza język Wilna i Wileńszczyzny jest zupełnie inny od języka Polski centralnej. Warszawy i Mazowsza – terenów, gdzie de facto prawie całe życie krajowe spędziłem, gdzie chodziłem do szkół, zacząłem pisać, pierwsze publikacje jakieś tam miałem.  Tylko, że Wilno, mili moi, można odebrać Wilniukom ale nie sposób im tego Wilna zabrać z duszy. Jest, jak mech. No i w tej Warszawce też obracałem się ciągle w kręgach kresowych. To tym mchem obrosłem głęboko. Zawsze zazdrościłem Sławkowi, najstarszemu z mojej generacji bratu stryjecznemu, który ostatni się w Wilnie urodził w 1944. Nic z niego nie pamiętał co prawda, bo niemowlęciem do nowej Polski z rodziną się repatriował. Ale co to za radocha by była mieć wpisane w paszporcie: urodzony w Wilnie! Nie, nie wstydzę się ani nie brak mi sentymentu do grodu Kopernika, gdzie ja się urodziłem, ba! mam nawet skłonność i umiejętność mówienia po i z akcentem pomorskim i używam go kiedykolwiek w tym mieście nadwiślańskim jestem. Lubię te regionalizmy, te sposoby mówienia, zwroty oryginalne – nie cierpię współczesnej polszczyzny dużych miast, gdzie wszyscy stukają zębami tak samo, uderzają językiem jak werblem w podniebienie,  bezbarwnie i bezdusznie. Najgorzej to brzmi na Marszałkowskiej, niestety. To nawet nie język starej Warszawki, to jakiś wypłukany w chlorku, wyprany z wszelkiej żywej tkanki nowo-polski. Owszem, poprawny. Ale poprawnie to umierały stare ciotki-panny i starzy wujowie-kawalerowie. Nigdy w życiu nie wyjący z zachwytu i nie płaczący ze straty kochanek i kochanków, naturalnie. Seksu, orgazmu, kopulacji – czyli zaglądania do nieba i piekła przed śmiercią. Językiem kresowym, mili moi, te wszystkie stany, uwikłania, subtelności, wulgarności nawet można opowiedzieć. Od tyłu i od końca, w opowieści-przypowiastce, w takiej sylwie właśnie. Nie trzeba od razu zaczynać od środka, od sedna. To może być przykre. Dopiero, gdy kolory opiszesz, nadasz smak sentymentowi, jaka pogoda tego dnia była – wtedy rzecz staje się zrozumiała. Tak, można jednym zdaniem lub słowem nawet. No i co z tego? Nic. Dalejś kiep. Dlatego Niemen mruczy, Wilja się wije. Byś miał czas posłuchać o czym mruczy; by za kolejne zakole zajrzeć, nowy widok zobaczyć. Dlaczego coś albo ktoś? Można powiedzieć: dlatego. Koniec pieśni. Dosadnie, po chamsku. To w końcu też jakaś odpowiedź. Na Kresach się tak nie mówiło. Tam były setki możliwych odpowiedzi. Bo na Kresach nigdy nie było jednej prostej. I chwała bogom pogańskim z puszcz bałtyckich, z jezior Polesia. Biorę do ręki piękny almanach Wilna Tomasa Venclowy („Wilno” wyd 11, R. Paklio leidykla, Vilnius, 2015). Stare Wilno, Vilnius. Uliczki w dzielnicy żydowskiej z podwyższonymi drewnianymi chodnikami – by nie chodzić w błocie i ściekach. Fantastyczne! Tłok oczywiście przy jatkach, gwarno. Szeroka ulica Niemiecka – skąd? No bo w średniowieczu tu mieszczan niemieckich dla rozwoju miasta sprowadzono. Kościoły (masa), sobory, bożnice, zbory kilku wyznań protestanckich, uniwersytet wspaniały, uczeni talmudyści, język polski, litewski, jidysz, rosyjski, białoruski, niemiecki, łotewski, karaimski i kilka jeszcze narzeczy i odmian. I teraz nazwij to jednym słowem lub zdaniem. Bez sensu. Dużo używało się czasowników, a mało rzeczowników. No bo nazwać po imieniu trudno rzecz, gdy imion wiele posiada. Lepiej nazwać z przymiotów, które rzecz posiada.

W 1980, gdy wysiadłem z Dworca Głównego od razu językiem używanym bez problemu wszędzie był polski. Nie przez wszystkich, zwłaszcza przez ludzi w moim wieku już dużo mniej. Ale starsi bez problemu, czasami musiałem sobie pomagać rosyjskim. W 2018 lingua franca już był angielski. Którym młodzi wszyscy swobodnie operowali. W centrum trudno już było porozumieć się po polsku. W pewnych dzielnicach (np. na Rossie, Śnipiszkach, Zwierzyńcu) dużo łatwiej.

Siedzimy późnym wieczorem (wczesnym ranem?) przy stoliku jakiejś kawiarenki w uroczym zaułku Literackim. Siostry mówią ze śmiechem: czy ty zauważyłeś, że odkąd wysiedliśmy w Wilnie mówisz nawet z nami, gdy jesteśmy sami, zaciągając, jak cholera? Powietrze? Geny, ha ha?

Jak czytam Mickiewicza, nawet do siebie tylko, tu, w Kanadzie – też zaciągam.  Na co dzień – nie. Nie zaciągam w Warszawie, ani we Wrocławiu (tam powinienem, bo Wrocław to ostatecznie  … miasto kresowe! tyle, że bardziej lwowskie). Nie zaciągam generalnie nigdzie. Ale kocham samogłoski no i uwielbiam historyjki opowiadać. Tak, jak na Kresach się je opowiadało. Bo nic wcale nie jest takie proste. I nic faktycznie nie jest. Wszystko jest właśnie heraklitejskie, płynne. Owszem, może być ‘to’. Nie zawsze musi.

Tak, jak idąc krętymi uliczkami, zaułkami starego Wilna nigdy na sto procent nie wiesz, gdzie cię poprowadzą. I czy przypadkiem, niezauważalnie, nie skręciłeś już w inną myśląc, że idziesz tą samą.

Więc o czym miałem pisać? O Konwickim? Nie. O Venclovie też nie. Miałem pisać o opowiadaniu, o historyjce. O języku nie ulegającemu kajdanom norm na ołtarzu poprawności. To nie jest tylko kwestia stylu, ten jest tylko ornamentem. To kwestia widzenia świata i rzeczy. Gdzie jeden wątek jest początkiem drugiego. A wszystko otwiera okna na niezliczone możliwości. I tak myślę sobie – ileż szczęścia miałem, że skoro w Wilnie mieszkać nie mogłem – mieszkam w Kanadzie. Gdzie tych ,Karaimów’, ‘Żydów’, ‘prawosławnych’ i ‘katolików’ jest taka masa i taka różnorodność. Gdzie też ludzie często mówili bzdury używając jednego, poprawnego języka. A nie znali historii swojego sąsiada. Mówili o nim, jakby go znali, a nie mieli pojęcia. Na szczęście jest to co raz większa rzadkość. I raczej odstęp niż norma. I stąd może sposób mówienia, opowiadania od końca lub od środka czasem jest lepszy niż w od ‘a’ do ‘z’. W alfabecie A jest pierwsze a na Z się kończy. Ale nie w mowie, nie w opowieści o kimś lub o czymś. Nie można ot, tak, wziąć kubek wody z oceanu i powiedzieć: to jest ocean. Ani to woda z głębokich czeluści ani woda z wszystkich zatok, ani pokryta lodem ani ciepła od słońca podzwrotnikowego. Nie może być w tym kubku wieloryba ani mgławicy śledzi. A to wszystko jest w oceanie.

A może po prostu chciałem powspominać Wilno i szukałem pretekstu? Może to nie koniec opowieści a jedynie jej środek? Nie wiem już (jeszcze?) sam. Zaczyna świtać prawie za oknem. Nad brzegiem oceanu. Drugiego już oceanu, gdzie wypadło mi mieszkać. I tak bywa. Ah, no jeszcze warto dodać, że jutro już będzie nowy rok. W gregoriańskim kalendarzu. Bo w juliańskim zwykły, kolejny dzień tygodnia. W koptyjskim jeszcze inaczej. Starczy.

Chopin, Konkurs, Bruce (Xiaoyu) Liu … i … miłość

cz.II

Więc miałem pisać o Szopenie. Nie, nie o Szopenie. Miało być o laureacie XVIII Konkursu Chopina w Warszawie, o Kanadyjczyku Bruce Liu i moich wrażeń z jego interpretacji Koncertu Fortepianowego e-moll op.11. I od razu kłopot ‘opusowy’. Czyli to, co w wydawnictwach literackich określa się mianem ‘rok wydania’. Kolejność kompozycji oznacza się właśnie numerem opusu, tj. pierwszej publikacji kompozycji. Nawet nie pierwszej publicznej prezentacji utworu, ale właśnie publikacji kompozycji.  Otóż Koncert e-moll ma opus oznaczony numerem 11, a Koncert f-moll ma numer 21, czyli późniejszy. A jest akurat odwrotnie. To ten 21 był skomponowany wcześniej i był pierwszym Koncertem Fortepianowym z orkiestrą skomponowanym przez Chopina. W związku z czym nie jest aż tak dobrze zrobiony, co kompozytorowi wytknięto. Chodziło zwłaszcza o część orkiestralną, która jest do skromnie rozbudowana i stanowi jedynie tło dla partii fortepianowej. To jest zgodne z doświadczeniem i studiami muzycznymi Chopina w Warszawie. Uczeń Józefa Elsnera nie mógł oprzeć się wpływom popisowej i salonowej manierze gry zwanej brilliant. Czasem chodziło więcej o pokaz wirtuozerii niż muzyczną architekturę, która dźwiękiem miała opowiedzieć jakąś historię, wizję, ideę. Więc jeśli pianista, to pianino właśnie ma być początkiem, środkiem i końcem kompozycji, a reszta jest tylko tłem. Zapewne chęcią wykazania, że potrafi skomponować pełny Koncert z rozbudowaną orkiestracją, która jest aktywnym współaktorem przedstawienia, skomponował w krótkim czasie Koncert e-moll, który opublikował jako pierwszy.

I faktycznie przyznać trzeba, że tenże Koncert jest perełką muzyki romantycznej. Można go słuchać bez końca i bez znudzenia. A delikatny temat muzyczny pojawiający się w każdej z trzech części jest majstersztykiem rozpoznawalnym, gdy tylko go usłyszymy gdziekolwiek i kiedykolwiek.  Oczywiście, gdy mówimy ‘Chopin’ to zaraz słyszymy słynny fragment Poloneza Es-dur lub temat muzyczny Marsza Żałobnego. A dla mnie właśnie ten nostalgiczny refren z Koncertu e-moll sercu jest najbliższy.

Słuchałem więc gry Liu i Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Narodowej pod batutą Andrzeja Boreyko z olbrzymia przyjemnością.

Partie orkiestralne części pierwszej (allegro maestoso) są chwilami prawdziwie heroiczne w nastroju, tematy muzyczne podejmowane przez różne części orkiestry wspinają się i opadają na przemian, jak fale fale wiatru biegnące po łące. Brzmią echa subtelne poloneza. Te echa uwidoczni w swej części fortepian, uzupełniając je cieniami nokturnu. To właśnie ten fragment tego powracającego tematu muzycznego towarzyszyć będzie nam już do końca.

W części drugiej (romance. larghetto) i trzeciej (rondo. vivace). Wszystko to w atmosferze baśniowego rozmarzenia, nostalgii wspomnień. Ta nostalgiczność widoczna jest nawet w brawurowym rondzie vivace. Nawet tam, gdzie w wyśmienitej formie stylu brillant, pasaże na klawiaturze popędza tak, aż iskry poczną strzelać nad fortepianem. No, bo jakże by nie, jeśli w rondzie pobrzmią echa nie dostojnego dance la polonaise a skocznego krakowiaka? Ale i ten finał, przybrany niczym aria bell canta, jest podszyty słodkim wspomnieniem chwili, momentów. Uczuć.

Po wysłuchaniu Liu wiedziałem, że poruszył mnie do głębi. Sięgnął tam, gdzie artysta sięgnąć powinien. Coś mnie jednak zaniepokoiło, gdzieś jakąś pustkę odczułem i po zakończeniu nie wiedziałem już gdzie i co. Sięgnąłem po moją biblioteczkę CD i wyłuskałem nagranie z 2013 roku w Warszawie samej Akiko Ebi. Ebi w tym roku oceniała Bruce Liu, była jurorem XVIII Konkursu. A na ostatnim oglądanym ‘na żywo’ przeze mnie Konkursie w 1980, zdobyła 5 miejsce. Słuchałem więc wersji Ebi będąc wyczulony na szczegóły. Wiedziałem, że zagra dobrze (nagranie było zrobione na festiwalu ‘Chopin i jego Europa” w Studio Koncertowym Polskiego Radia). I tak zagrała. Bardzo dobrze, poprawnie. I ani razu nie odczułem wzruszenia, choć doceniłem technikę. I przez tą technikę dostrzegłem gdzie Liu, wydało mi się, zrobił błąd. Wróciłem do jego nagrania i posłuchałem raz jeszcze. Tak, część pierwsza, ‘Allegro maestoso’. Trema wzięła górę. Zmagał się z instrumentem, z orkiestrą. Kompozycja panowała nad nim a nie on nad kompozycją, parafrazując piękne słowa zmarłej miesiąc temu wielkiej śpiewaczki operowej, Guberowej.

Edita Gruberowa przygotowując się do roli Lukrecji Borgii w wieku 62 lat, roli w której bel canto jest u szczytu swego stylu, powiedziała, że od pierwszej nuty musi wiedzieć czy ta nuta ma ją, czy też ona ma tą nutę w swej kontroli. I tak właśnie słuchałem Bruce Liu, grającego w Warszawie Koncertu e-moll. Kto zapanuje?  Orkiestra? Fortepian? Pianista?

I pamiętałem o słowach tak obszernie cytowanych w części I tego cyklu związanego z muzyką Chopina. Słowach Lidii Grychtołówny, że na Konkursie Chopina nie szuka się dobrych i bardzo poprawnych pianistów. To się zakłada z góry, skoro już eliminacje do Koncertu przeszli. Szuka się tych, którzy używając języka Chopina mają coś do powiedzenia. Coś nie tylko technicznego ale coś emocjonalnego, coś, co z ich duszy uniesionej skrzydłami nut kompozytora spod klawiatury wypłynie. I co nas dotknie. Czym będziemy poruszeni.

Bruce Liu nie mógł zapanować kompletnie na kawalkadą koni orkiestry ni nad swoim wierzchowcem w allegro. Nie dał się ani stratować ani w popłochu nie uciekł. Ale nie był hetmanem jazdy. Posłusznie wykonywał rozkazy, bojąc się wodza (kompozytora i dyrygenta). Dopiero w finale allegro, jakby się zbudził. Przechodząc w kłus liryczny larghetto był już wolny. Mógłby iść w cwał (co – jak należało – zrobił w rondo vivace), lub zwolnić do spaceru. Mógł puścić wodze swego wierzchowca, nad którym w pełni zapanował. Nawet wyraz jego twarzy uległ zmianie, pojawił się pewien uśmiech mówiący: ach, teraz cię mam i ty odczuwasz każde drgnienie moich mięśni, mojej woli, bieżysz tam i tak jak ja chcę. Reszta to już historia drogi Czytelniku. Cała opowieść pana Chopina, wszystkie jego wspominania ciepłe i serdeczne młodości polskiej, uczuć serdecznych, w tej muzyce granej przez Bruce Liu, w tym tańcu nutek i bemoli zobaczyć możesz. A o to chodzi. By obudzić wyobraźnię słuchającego. By zabrać ją lub jego w tą cudowna podróż. Podróż, która może się okazać niespodziewanie bardzo podobną do naszej podróży sprzed lat wielu lub kilku choćby. Bruce Liu zdecydowanie mnie w taką podróż, z maszynistą Andrzejem Boreyko, zabrał. A pani Akiko Ebi nie potrafiła, choć z przyjemnością jej słuchałem.

Fantastyczna pianistka kanadyjska, Janina Fijałkowska, na swojej stronie Facebooka przypomniała, jak kilka lat temu (2013) oceniała młodziutkiego Bruce Lee na Krajowym Konkursie w Halifaksie, który Bruce wygrał. Od tamtego czasu śledziła i brała czynny udział w rozwoju muzycznym młodego pianisty. Po wygraniu Konkursu warszawskiego pani Janina napisała : „Xiaoyu Liu  potwierdził dla mnie ponownie przez wiele lat, że moja wiara w jego głęboki talent i moja adoracja tego talentu była słuszna … i teraz wygrał jeden z najważniejszych, jeśli nie NAJWAŻNIEJSZY (podkreślenie J. F.) Konkurs. Ważne jest podkreślenie, że ten młody człowiek jest też bardzo dobrym i uroczym człowiekiem, co nie jest zawsze tym samym w przypadku innych super-talentów”. (wpis z 21 października, 2021)

Co czyni oba Koncerty Fortepianowe Chopina pewnym wyjątkiem w jego twórczości? Czym różnią się od polonezów, nokturnów, mazurków? Intymnością przeżycia i silną indywidualnością kompozytora. Stworzeniem świata opartego na własnych emocjach ale jednocześnie uniwersalnego w eposie człowieka. Wydaje mi się, że zbyt różnią się od jego wczesniejszych prób orkiestralnych i zdecydowanie bardzo od nielicznych późniejszych. Jedyne podobieństwo znajduje tu w balladach. Tak, jak Koncert e-moll, podobnie zauroczyła mnie jego Ballada f-moll op 52 grana w skromnym saloniku muzycznym w Vancouverze w marcu 2018 przez ćwierćfinalistę Festiwalu Chopina w Warszawie, Łukasza Mikołajczyka. Wydobył wówczas z tego utworu całą głębię jego poetyki. Tego bardzo młodego wówczas muzyka, bez wątpienia posiadającego silny talent, poznałem ledwie kilka miesięcy przed moim wyjazdem z Vancouveru i starałem się wpłynąć na jego rozwój emocjonalny, jako muzyka. Wydaje mi się, że właśnie rozwój emocjonalny i wsparcie (czasem surowe ale zawsze szczere) jest elementem najtrudniejszym a często zapominanym wobec młodych, obiecujących artystów. Scena, publiczność, nawet poklask zbyt głośny potrafią zniszczyć młode kariery i charaktery.  Bez względu na talent.

Wracajmy jednak do koncertów fortepianowych. Do tych poematów Chopina. Podróż nostalgiczna w czasie? Tak. Ale nostalgia za czym? Opis czego, jakich chwil drogich, serdecznych?

Moim kluczem do obu Koncertów Fortepianowych jest miłość. Nawet nie jakaś abstrakcyjna miłość. Jakieś marzenie o niej. Nie. Prawdziwa, młodzieńcza, niewinna być może, ale gorąca, szczera. Czyli Tytus. Tytus Woyciechowski, najpiękniejsza i najwierniejsza miłość Fryderyka Chopina.  Mówienie o jakichś przelotnych i mało znaczących relacjach, nieistotnych ani dla kompozytora ani dla tych pań  (Konstancja Gładkowska i Delfina Potocka), którym formalnie to dedykował (Delfina Potocka) lub o nich przelotnie wspomniał (Gładkowska) jest żałosnym wręcz kłamstwem historyków i badaczy. Zresztą trudno nawet o tej ‘formalnej’ dedykacji dla Delfiny mówić. Konserwatywni ojcowie Instytutu Chopina słowa dedykacji naciągają dość silnie i sami interpretują je tak, aby koniecznie pannę Potocką w to wcisnąć. A czytanie uważne i spokojne, bez wypieków na twarzy, korespondencji Chopina na to nie wskazuje.  Czy wynika ze zwykłej homofobii czy przywiązania do mieszczańsko-katolickiej tradycji nie jest dzisiaj żadnym tłumaczeniem takiego oszustwa. Powiadają ci biedni badacze – taka była wówczas maniera pisania do przyjaciół. Drodzy panie i panowie smutni – popiardujecie cichutko a smrodek rozchodzi się po całym drobnomieszczańskim mieszkaniu. Gdy już w 1828 Fryderyk pisze do Tytusa: „Najdroższy!” to nie pisze „Drogi”; gdy podpisuje „teraz daj buzi najprzywiązańszemu” to nie pisze „pozdrawiam serdecznie”.  Nawet egzaltowany Chopin nie mógł aż tak manierować. To z jednego tylko z wielu listów jakie wymieniali przez lata. To nie są listy chłopczyka 1o-cio letniego, tylko listy młodego mężczyzny. I tylko jeśli doceni się autentyczną, prawdziwą i szczerą miłość romantyczną Chopina do Woyciechowskiego, można prawdziwie ocenić i zrozumieć te dwa Koncerty.  Ich głębię emocjonalną, autentyczność. A nie wypisywać bzdury o genezie utworów, które są wręcz śmieszne.

A jakież to maniery i zwyczaje panowały w XIX i przez większość XX wieku? Ano takie, jak wcześniej: młodzi mężczyźni (o kobietach nie wspomnę, bo rzadko miały możliwość jakiejkolwiek decyzji) homo lub biseksualni żenili się, by uniknąć wydziedziczenia i kompletnego ostracyzmu (w klasach powyżej biedoty miejsko-wiejskiej), ukrywali jak mogli swoje orientacje lub kończyli wcześnie i tragicznie. A już zabawne jest udawadnianie heteroseksualności Chopina jego małżeństwem z George Sand – pierwszą chłopczycą i biseksualistką Francji w tamtych czasach. Nawet jeśli łączył (na co wiele wskazuje) ich autentyczny krótkotrwały romans. Jedynym innym wyjściem dla młodych mężczyzn z ‘dobrych domów’ było pójść do klasztoru. Bo jak wiadomo: co się stało w klasztorze, pozostało w klasztorze.

Czekam z dużą niecierpliwością pierwszych nagrań Bruce (Xiaoyu) Liu już po wawrzynie Konkursu warszawskiego. Ten młody pianista ma niewątpliwie głębokie i subtelne wyczucie muzyki. I mam nadzieję nie zapomni Chopina (jaki pianista muzyki klasycznej mógłby?) i jemu właśnie poświęci swoje pierwsze nagranie.

Chopin, Konkurs, Ciotki i dzieciństwo

cz. I

Konkurs Szopenowski w Warszawie. Każde dziecko (polskie dziecko, naturalnie) słyszało tą nazwę. Nie dlatego, że Polacy aż tak nadzwyczajnie muzyczni, nie przesadzajmy w tym męczącym zachwycie nad sobą samymi. Nie, nie mamy się czegokolwiek krępować ni ze wstydem patrzeć w podłogę przestępując z nogi na nogę w zażenowaniu. Coś tam tej muzyce światowej ofiarowaliśmy i w ostatnich dwustu latach nie tak znowu skromnie. Tych nazwisk, od kompozytorów do muzyków odgrywających te kompozycje na wszystkich liczących się scenach świata, zajęło by mi trochę czasu i miejsca spisać. Zwłaszcza z XX wieku. Po prostu nie lubię, jak my lubimy wycierać swoje gęby wielkimi polskimi nazwiskami czy potrzeba czy kompletnie bezsensownie w danym momencie. Czasem jest to po prostu żenujące.  Jeszcze nie spotkałem Niemca, który by mi w rozmowie (nawet na temat muzyki) z podnieceniem wyrokował: a wie pan, Beethoven to był Niemiec.

To na marginesie tylko, nie o tych śmiesznostkach chcę napisać parę słów.

Ale na kanwie tegoż autentycznie prestiżowego konkursu szopenowskiego i na kanwie dzieci w Polsce – ja gdy słyszę: Konkurs Szopenowski, to widzę swoje dzieciństwo. Cóż się dziwić, gdy pomyślę, że pierwszym meblem (i miejscem cudownych zabaw pod nim) jaki pamiętam z naszego mieszkania w Toruniu był … olbrzymi czarny fortepian Bechsteina. Dziadzia Emanek – sam fabrykant instrumentów muzycznych i główny ich dostawca dla Armii Polskiej – przed II wojną był we wschodniej Polsce przedstawicielem tej słynnej firmy fortepianów i pianin wirtuozów i królów.

Spacery z babcią Wandą lub, gdy nieco starszy byłem samemu albo z przyjacielem do Łazienek na niedzielne koncerty; słuchanie z babcią (która traktowała te Konkursy, jak nabożeństwo, którego pod karą piekła opuścić nie wolno było) w radio i telewizji wszystkich kolejnych Konkursów od eliminacji do finałów. Pierwszy pamiętany to był tenże w którym wygrała wspaniała Martha Argerich, Argentynka, która ‘przebudziła’ Chopina z konserwatywnej drzemki. Jakby wlała w jego muzykę trochę pasji argentyńskiej … . Rok był 1965.  Babcia była nią zachwycona, a ja na opiniach babci w muzyce klasycznej się wówczas opierałem solidnie.

Ostatnim oglądanym w Polsce był ten w pamiętnym roku 1980. Argerich wróciła po piętnastu latach, ale już jako juror Konkursu. I znowu wywołała burzę! Tym razem trzaskając drzwiami za resztą zaszokowanego  Jury, gdy nie dali wysokiej oceny i klasyfikowanego miejsca dla Ivo Pogorelicia. Przyznaję, że i mnie wydawało się, że zbyt dużo w jego grze było ‘wariacji Pogorelicia na temat muzyki Chopina’, a za mało Chopina. Ale grał brawurowo. Nie wiem jakbym teraz go odebrał. W wieku 20 lat byłem pod każdym chyba względem dużo bardziej konserwatywny i hołdujący kanonom niż dziś, aż śmiech bierze. Pamiętam, że z przekonaniem nie znoszącym krytyki, kolegom przy butelce wina na Starówce  perorowałem, że jak dożyje (Pogorelić) wieku Horowitza będzie sobie na takie swobodne interpretacje mógł pozwolić, a teraz gęba w kubeł i grać trzeba, jak kompozytor zapisał. Słowem – zachowywałem się jak sierżant na mustrze a nie młody poeta.

Chcąc nie chcąc te letnie koncerty w Łazienkach, w różnych muszlach koncertowych starych kurortów polskich zbliżyło mnie najbardziej do stylu gry Chopina, który babcia właśnie szanowała najbardziej i główna zasługę miały tu … kobiety. Od babci poczynając, naturalnie. A dalej wspaniałe Grychtołówna, Smendzianka, Hesse-Bukowska. Te nazwiska po słowie „Chopin” lub ‘koncert fortepianowy’ szybciej wpadały do mojej łepetyny niż Małcużyński i nawet niezrównany Rubinstein. Może dlatego, że dzieci od kobiet odbierają więcej ciepła i większym je darzą zaufaniem? Hmm, ciekawe. No i ciocia Lusia, szopenistka, której tragiczna kariera muzyczna była naznaczona bykowcem bolszewickiego enkawudysty w czasie okupacji Trok przez Rosję. Troki (Trakai po litewsku) na Wileńszczyźnie były jej domem rodzinnym, gdzie jej rodzice (brat babci i jego żona), oboje lekarze, mieli dom i mały prywatny szpital. Enkawudzista kazał jej grać Skriabina, gdy w zdenerwowaniu (była wówczas bardzo młodą absolwentką Konserwatorium) robiła przerwy lub zatrzymywała się – bił ją po palcach tym bykowcem. Czy inne jeszcze formy tortury miały miejsce – nie wiem. Nikt o tym, łącznie z jej matką, ciocią Anią, mówić nie chciał. Jej ojca, tego lekarza-altruistę, absolwenta wydziału lekarskiego Uniwersytetu Moskiewskiego, Sowieci zamordowali na ulicy w Wilnie, w pierwszych dniach okupacji. Po wojnie koncertowała bardzo mało i krótko. Jeszcze uczyła w szkołach muzycznych, była zapraszana do jury różnych konkursów pianistycznych ale co raz większe braki pamięci i olbrzymie zdenerwowanie nawracającymi stanami lekowymi powodowało, że zaczęła uciekać od wszelkiego życia publicznego i zamykać się w mieszkanku z matką. Potem już tylko wspólne odwiedziny u ciotek, kuzynek i kuzynów w Toruniu, Warszawie były jej jedynym wyrwaniem z pustelni mieszkania w Szczecinie. Z tamtych lat pamiętam ją najwięcej, właśnie na tych spotkaniach rodzinnych. Pod troskliwym okiem i opieką cioci Ani, jej matki. Ta cała rodzina (ze strony mojego ojca) pochodziła z Kresów: od Wołynia po Litwę. Byli otwarci, weseli, rozmowni, serdeczni. Ona wyglądała dla mnie, jak ktoś obcy, inny od nich. Nie rozumiałem tego. A oni wszyscy traktowali ją jakby była jedną z nich, wesołych i wyrozumiałych. Prawie beztroskich. Jakbym ja był jedynym, który widział Lusię inną, niż oni. I pewnie tak było.

To te wszystkie ciotki kresowe, zdecydowanie nie wujowie, były moim oknem na świat inny niż ten, który na ulicy mnie otaczał. Dyskutowania o kulturze, o sztuce, częstowania się małymi ciasteczkami (nigdy więcej niż jedno-dwa, bo nie wypadało, o co wściekłość mnie brała, ha ha), czasem nawet jednym kieliszeczkiem ratafii, elegancko podaną herbatą (kawa nie była wśród kresowiaków popularnym napojem i odnosiłem wrażenie, że traktowano ją jako coś, no, trochę wulgarnego?). I sposobem mówienia tak eleganckim, że żal mi było potem wychodzić i słuchać języka codziennego ulicy i znajomych. W skrócie mógłbym powiedzieć, że w ich skromnych (niektórych nader skromnych) mieszkaniach w Warszawie, Ciechocinku nie istniało PRL. Drzwi wejściowe były granicą, gdzie to państwo się kończyło. Ciotki w mojej obecności nigdy ani o polityce nie mówiły ani o brakach czegokolwiek. Żyły, jakby dalej mieszkały w salonikach, dworkach. I miały takie urocze imiona, zawsze zdrobniałe: Wandzia (moja babcia) i jej siostry Zonia i Jania Fekeczówny, ich kuzynki Ircia, Nala i Zocha Lejmbachówny (córki Ludwika Lejmbacha, lekarza, brata mojej prababci Fekecz de domo Lejmbach, które już przed 1939 przeniosły sie do Warszawy.  Lata jednak biegły szybko i wchodząc w wiek nastolatka więcej już czasu spędzałem poza ich towarzystwem, a ojciec i wujkowie z jego pokolenia już o polityce otwarcie ze mną mówili. Po wypiciu kilku kieliszków wódki (ratafię pili tylko w towarzystwie tych ich też cioć, ha ha) mówiąc o polityce i polskich ‘wodzach’ politycznych używali języka zdecydowanie nie salonowego. Byli mężczyznami z krwi i kości. A o przeszłości, w przeciwieństwie do tych starszych cioć, nie lubili w ogóle wspominać. Wojna zabrała im wszystkim młodość. A PRL szanse na normalne, porządne życie. Muzykę jednak wszyscy kochali i znali. Była wszędzie. Nie widziałem jeszcze instrumentu nas którym mój ojciec nie potrafiłby zagrać. Wystarczyło by pobrzdąkał na strunach kilka razy, lub dotknął dziurek lub klapek na trąbce metalowej czy drewnianej – i za parę minut grał, mniej lub bardziej swobodnie. Jego brat, mój ojciec chrzestny, był profesjonalnym muzykiem-skrzypkiem. Grał u Rachonia, Wodiczki i Roweckiego – najznaczniejszych dyrygentów w pierwszym dwudziestoleciu PRL. Potem przeniósł się do Szwecji, gdzie grał do przedwczesnej śmierci  u zarania lat 80. I tenże wysokiej klasy skrzypek bez żenady przyznawał, że z nich trzech ( Jaro, Weno i Milo – Milo to mój ojciec) Milo był jedyny ze słuchem idealnym.  Weno, średni brat, inżynier – przy pianinie też swobodnie się obywał. W pierwszych latach po wojnie ojciec grał na perkusji w tworzącej się Filharmonii w Bydgoszczy. Razem z przyjacielem z Wilna, Henrykiem Czyżem, później świetnym polskim dyrygentem i kompozytorem. Ale gdy orkiestra nabierała szlifu i oferowała stałe posady, dyrektor (ze zrozumiałych względów) chciał by ojciec zapisał się do konserwatorium na formalne studia. Pochodząc z domu muzycznego od urodzenia, ojciec wiedział ile pracy i czasu takie studia wymagają. I powiedział krótko – nie ma mowy, nie mam czasu, chce teraz żyć. I zajął się plastyką, sztuką wizualną. Ta zdecydowania nie wymagała od niego dyscypliny. Której nigdy nie miał. I to chyba ja po nim odziedziczyłem. Bo zdecydowanie nie idealny słuch, którego nie mam, choć muzykę kocham i znam dość dobrze.

powyżej: 1) siostrzenice mojej babci, pianistki Lusia i Hala; 2) trójka braci, mojego ojca Bogumiła (Milo, formy oficjalnej nigdy nie używał), plastyka; skrzypka (Jaro)Jarosława i inżyniera (Weno)Wacława; 3) mój pradziad Fekecz, w Słupsku (obecnie Białoruś) ok. 1905, skrzypek; 4) mój ojciec chrzestny, Jaro; od lewej: na koncercie z wielkim Yehudi Menuhinem, Warszawa, 1957; na prywatnych lekcjach kocertmistrza skrzypcowego w Brześciu n/Bugiem, ok. 1929/30; po koncercie z genialnym skrzypkiem, wieloletnim dyrygentem Filharmonii w Marsylii, Roberto Benzi; w parku z przyjacielem, kompozytorem i dyrygentem Henrykiem Czyżem i jego żoną Haliną, śpiewaczką operowa; 5) trzy siostry Fekeczówne: Janina (po meżu Kleczkowska) , Wanda (oficjalnie Jadwiga, ale tego imienia nigdy nie używała, po mężu Pacak) i Zonią (od Zofii, po mężu Buresz) – dzieciństwo w Słupsku, ok. 1911; w Woroneżu (dawne województwo witebskie przed rozbiorami) ok. 1915 i w Brześciu Litewskim w 1924

Zaczęło się od wspomnień w związku z dopiero zakończoną XVIII edycją Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. F. Chopina. I moim oczarowaniem Koncertem e-moll w wykonaniu zwycięzcy, Bruce’a Liu. I o tym słów kilka chciałem napisać. A tu moje dzieciństwo, ciotki z odeszłych epok i świata, pianistki już nie żyjące (Hesse-Bukowska i Smendzianka) lub w bardzo podeszłym wieku (Gychtołówna), Kresy i PRL. Wszystko czasy dawne lub bardzo dawne. No, ale właśnie muzyka, zwłaszcza tzw. klasyczna (jakże nie znoszę tego terminu kompletnie fałszywego i sztucznego) ma to do siebie, że światy inne otwiera, gdy jej słuchamy. Przenosi, jak jaki zaczarowany wehikuł,  w dni lub miejsca odległe w czasie lub przestrzeni, czasem w oba te wymiary na raz. O Koncercie e-moll jeszcze obiecuję wrażenia opisać. Teraz zakończę właśnie słowami jednej z moich ‘nauczycielek’ muzyki z dzieciństwa. Bo jakże mądrze o Konkursie Chopinowskim napisała. I oby jej słowa charakteryzowały, co współcześni jurorzy konkursów muzycznych myślą, czego szukają w grze młody muzyków z tremą przed nimi grających.   

 Lidia Grychtołówna „Najważniejsza jest dla mnie atmosfera, jaką stwarza młody pianista, jego osobowość, indywidualność. Jeśli ktoś ma tę szczególną intuicję artystyczną, nigdy nie zagra przeciw Chopinowi, przeciw muzyce. A przypomnijmy, że konkursy powstały w Warszawie między innymi po to, by wyplenić z interpretacji salonowy kicz. Gdy pianista odczytuje intuicje kompozytora i potrafi przekonać do swojej koncepcji, można mu nawet wybaczyć drobne nieścisłości w traktowaniu zapisu nutowego. Słucha się z zafascynowaniem. Jeśli tego brakuje, wówczas stają się ważne szkolne kryteria poprawności, dokładności wykonania, kropka w nutach, pauza. Skupia się uwagę między innymi na takich elementach, jak wierność w stosunku do tekstu, właściwe frazowanie, pedalizacja. Zawsze jednak czekamy przede wszystkim na fascynujące osobowości”. (Cytat podaję z książki Lidii Grychtołówny „W metropoliach świata.)

Dlatego warto dzieci wszystkie, nawet z domów zupełnie nie muzycznych, zapoznawać z muzyką poważną (kolejny – po ‘klasyczna’- zły termin i w dodatku fałszywy. Owszem, bywa bardzo często poważna, ale bywa też zabawna, wesoła, taneczna). Wtedy będą ją traktować, jako coś naturalnego, znajomego. Nie bez kozery wspomniany już tu Henryk Czyż prowadził w latach 70. popularne programy w TVP pn. „Nie taki diabeł straszny”, gdzie tą muzykę popularyzował.

Paloma Negra

Piosenka ulicy, przedmieść. Folklor muzyczny w miastach i miasteczkach. Ten nurt miał olbrzymi wpływ na kształtowanie się popularnej muzyki estradowej, kariery muzycznej znanych wykonawców ‘od zawsze’ chyba. Najbardziej znanymi rodzajami muzyki popularnej, która z mrocznych barów i podejrzanych chodników przedmieść weszła na eleganckie estrady, do wytwórni płyt, do telewizji i radia były:

1) na kontynencie północno-amerykańskim: amerykańska muzyka murzyńska: jazzowa i negro spiritual. To wywołało prawdziwą rewolucję w sztuce i przemyśle muzycznym USA, a w krótkim czasie podbiło cały świat. Drugim takim elementem była muzyka country (tutaj wpływ najsilniejszy nie miały ośrodki miejskie, a przeciwnie – życie farmersko-kowbojskie i powstałe w jego tle ballady), której stolicą do dziś pozostało Nashville (tak jak ojczyzną jazzu jest New Orlean). Ostatnim wielkim (i po muzyce murzyńskiej – najbardziej kontrowersyjnym) wpływem na charakter muzyki popularnej w USA był styl rap – piosenka przedmieść kryminalnych, gangsterskich, często wulgarnych i mizoginistycznych. Z czasem te prądy muzyczne ulegały stylizacji artystycznej, oszlifowaniu. Nigdy nie zapominając o swych korzeniach i zachowując specyficzną symbolikę, charakter muzyczny i tekstowy.

2) w Europie muzyka folkloru wiejskiego raczej nie odniosła silnego wpływu na twórczość muzyki pop. Miała silny na muzykę klasyczną ale dość nikły na popularną. Odwrotnie było z folklorem miejskich przedmieść. Przykładem ‘domowym’ jest ‘ferajna warszawska’ – muzyka grajków, muzykantów podwórkowych, głównie lat 20-lecia. Przetrwała nie tylko okres wojny ale w formie już bardziej stylizowanej dalej odnosiła silny wpływ na piosenkarzy i kompozytorów profesjonalnych przez całe dziesięciolecia po 1945. Dwa zwłaszcza nurty były tu najsilniejsze: ballada przedmieść praskich i kapele (popularna Orkiestra z Chmielnej) Śródmieścia zawierające w sobie fragmenty żydowskiego folkloru zza Żelaznej Bramy. Silny wpływ na muzykę estradowo-popularną miała też tradycja batiarów lwowskich. Zwłaszcza dzięki popularnym stacjom radiowym  miedzy 1918 a 1939. Jakkolwiek podtrzymywana przez szereg lat po 45 przez środowiska emigracyjne – skutkiem odłączenia Lwowa od Polski, z biegiem lat pozostała tylko w formie pamiątkowo-wspomnieniowej. Ciekawie o tym bardzo pisała jedna z pracownic tych rozgłośni radiowych Włada Majewska, w wydanych w Polsce wspomnieniach w 2006 „”Z Lwowskiej Fali do Wolnej Europy”.  Chyba można, bez popełnienia wielkiego błędu, przyznać, że jedyna częścią Europy, gdzie muzyka folkloru miejskiego ale i wiejskiego miała silny wpływ na rozwój muzyki pop były kraje południowe: Grecja, Włochy i Hiszpania. Przykładami jest zdecydowania muzyka andaluzyjska i flamenco; we Włoszech folklor neapolitański. Folklor miejski (tych przedmieść właśnie) to głownie Paryż, akordeon paryskiego łobuziaka znad Sekwany lub przedmieść Montrmartu nieodmiennie związany z tragiczną miłością, pasją, zdradą. I naturalnie wielką Edith Piaf, która na tych przedmieściach i w tych tanich barach zaczynała swoją oszałamiającą karierę.

3) Zupełnie inna kategorie stanowią państwa Ameryki Południowej, Karaibów i jedyne państwo Ameryki Północnej, które w ten krąg kulturowy się wpisało, Meksyk. Folklor miejski, podmiejski – to oczywiście samba i nieco już stylizowana bossa nova w Brazylii. Ale najbardziej specyficzną odmianą, popularną od Jamajki, przez Kubę aż po Meksyk, jest folklor murzyńsko-hiszpańsko-indiański. Dziwna mieszanina negro spiritual, flamenco i ech Andaluzji. Z tych moim najbardziej ulubionym (poza stylem kubańskim) jest meksykańska odmiana canción ranchera – piosenki ranczerskiej. To rodzaj protest song biedoty przedmieść, która mówi o swoim życiu, pasjach i bólu odrzucając sztuczny, stylizowany na europejskiej i hollywoodzkiej wersji snobistycznej warstwy bogatych śródmieść i palatynowych ranch wielkich posiadaczy ziemskich. Jedną z mniej może znanych, a największych przedstawicielek tej muzyki była zmarła w 2012 Chavela Vargas. Postać nietuzinkowa, niezwykle oryginalna i silna w przekazie artystycznym. Vargas, z jej charakterystycznym, chropowatym głosem, męskim ubraniu (a sięgamy do czasów od końca lat 30. do początków XXI wieku) odrzucała heteronormatywność, ubierała się nie tylko po męsku – śpiewała wchodząc w rolę ‘mężczyzny-macho’. Jej kochanką we wczesnym okresie była kultowa malarka Frida Kahlo (zmarła w 1954) i wydaje się, że była to największa miłość jej życia. Później miała też romans z popularną aktorką Hollywood, Avą Gardner.

Frida Kahlo i Chavela Vargas

Ostatnim wielkim koncertem Chaveli był występ w Carnegie Hall w Nowym Jorku, w wieku 83 lat, w 2003. Był to jej debiut na tej scenie. Zakończony olbrzymim sukcesem.

Jedną z jej najbardziej znanych i przejmujących do samego środka duszy piosenką była „Paloma Negra”.  Kilka dni temu słuchałem w nocy jej interpretacji tej piosenki w wersji, sprzed wielu, wielu lat i w wersji właśnie z Carnegie Hall. Dziwne – ale ta druga wersja, kobiety ponad 80-letniej, kobiety, która przeszła nie tylko długie ale i trudne fizycznie życie (cygara, papierosy, alkohol, narkotyki) – wydała mi się piękniejsza. Głębsza. Muzycznie naturalnie gorsza, jej narzędzia głosowe były już w dużo gorszym stanie. Ale ‘narzędzia’ duszy jakby spotężniały, nabrały pełniejszego wymiaru. Tejże samej nocy napisałem wiersz o tej piosence i o Chaveli. Może wam to przybliży jej sens, treść.

osiemdziesięcioletnia Chavela Vargas

śpiewa Paloma Negra.

Wszystko pamięta, każde wzruszenie,

każde dotknięcie, dreszcz.

Słyszy przyspieszone bicie serca

Czarnego Gołębia sprzed lat.

Nie widzi sceny ni rzędów

krzeseł i siedzących w nich

słuchaczy nowojorskiej

socjety. Słyszy tylko gitarę

i słyszy szept: bądź moja.

Tej zabawy, tej nocy,

w tym tańcu i przez

ten pocałunek los negra.

Usta i dłonie Chaveli drżą,

tak jak drży jej głos.

Nie tylko wiekiem,

nie tylko wzruszniem.

Drżą smakiem głodnych,

gwałtownych ust Paloma Negra.

(3 październik, 2021, B.P.G)

Piosenka, ballada folkloru przedmieść. Paloma negra znaczy czarny gołąb. Czarny, bo artyści canción ranchera, ich kochanki i kochankowie mieli ciemne skóry. W Paryżu był szary wróbel czyli po francusku: piaf. Nie nazywano ich ani nie nazywali siebie pięknymi pawiami, kolorowymi papugami czy dostojnymi orłami. Gołąb, wróbel – szary ptak ulicy. Jej część nieodłączna. Od pozostałych mieszkańców tej ulicy różnili się tym, że mieli skrzydła, byli wolni i mogli wznieść się ku obłokom.