Dziwna noc majowa

Zakończyły się ledwie obchody, dziwne trochę już od kilku lat, rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Bo niby i wieńce, i gromadne spotkania ludzi. Ostatni już, bardzo nieliczni, weterani Powstania, przedstawiciele władz państwa i miasta, reprezentanci wojska, organizacji kombatanckich i społecznych. Jest i zaduma głęboka.

A obok zadumy zaraz jest też obok zadyma petardowo-pochodniowa jakichś dziwnych typów, które łatwiej porównać do żołnierzy i weteranów rosyjskiej dywizji SS RONA Bronisława Kamińskiego, którzy w walkach warszawskich też udział brały – tylko naturalnie po stronie niemieckiej. Ale nie o polskich durniach narodowo-faszystowskich lub zwykłych ‘patriotycznych’ kibolach i durniach tu chcę wspominać.

Kiedy myślę o Powstaniu nachodzą mnie myśli zawsze o młodych, romantycznych, marzycielskich chłopcach i dziewczynach. O tych, którzy winni chodzić wieczorami sierpniowymi, trzymając się za ręce po alejkach warszawskich parków, nad brzegami Wisły. O młodych poetach, którzy przy kawiarnianym stoliku z wypiekami na twarzy czytają przyjaciołom właśnie napisany na papierowej serwetce wiersz. Widzę Janka Bytnara i Tadeusza Zawadzkiego (Rudego i Zośkę) odprowadzających się z Powiśla w Aleję Niepodległości i z powrotem. Widzę ich kolegę z Gimnazjum Batorego, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego prowadzącego jakaś literacką sprzeczkę z Tadeuszem Gajcym. I Gajcy odpowiadał mu z przejęciem:

T. Gajcy

 …Ile rąk, ile spojrzeń

ile melodii trzeba w śnie —

Nie wiem, ja i ty nie wiesz

i nikt wiedzieć nie może,

ile rąk, ile spojrzeń

ile melodii —

kto wie?

szeptem zrezygnowanym kończąc: ‘Przecież nikt wiedzieć nie może,

a ty byś chciał ?’ ( „Wiersz o szukaniu”, fragment)

Między 15 a 20 rokiem życia postać Baczyńskiego, jego poezje, były mi szczególnie bliskie. Nikt chyba takiego na mnie wówczas wpływu nie miał, jak jego spuścizna literacka. I jego tragiczna śmierć czwartego dnia Powstania. Nigdy już o dzień się nie zestarzał, o godzinę nie zwiększył swej powagi wieku. Więc w 1977 był ledwie kilka lat starszym ode mnie rówieśnikiem. A przekleństwo przytłaczającej rzeczywistości zsowietyzowanego PRL jeszcze bardziej mnie z nim wiązało. Czekamy na ciebie, czerwona zarazo – powtarzałem myśląc o jego śmierci jakże tragicznej w wymiarze osobowym ale i większym, jako niepowetowana strata kultury polskiej geniuszu poetyckiego pierwszej wielkości.  I patrząc na otaczający, podły świat, to hamletowskie życzenie barda Powstania, Józefa Szczepańskiego z jego ostatniego, słynnego wiersza „Czerwona zaraza” (rówieśnika Baczyńskiego, który zginął we wrześniu 1944), samo przychodziło na usta:

J. Szczepański

Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, 

jakiej ci śmierci życzymy w podzięce

i jak bezsilnie zaciskamy ręce, 

pomocy prosząc, podstępny oprawco.

3 maja 1977 roku, w dzień Konstytucji, byłem z moim przyjacielem, Stefciem na Starówce. Łaziliśmy, gadaliśmy dużo. O Konstytucji, o zdradzie targowickiej, o kolejnych zrywach powstańczych, które nieodmiennie kończyły się klęskami i strasznej cenie tych tłumionych powstań, które zawsze pożerały kwiat młodej inteligencji polskiej i zawsze kraj pozbawiały przyszłych elit kulturalnych i politycznych. Późnym już bardzo wieczorem lub wczesną nocą doszliśmy Podwalem do zaułka Koziej. Obok, u Hopfera drzwi były jeszcze otwarte. Zdążyliśmy na ostatnią butelczynę wina. I przy butelce Egri Bikaver, jak przy flaszce starego węgrzyna, młody, z piękną czupryną hrabicz Stefciu (faktycznie był w prostej linii herbowym hrabią, choć nigdy o tym ani nie mówił ani ja się do niego tak nie zwracałem, chyba, że w formie ‘obelgi’ w trakcie filozoficznej kłótni – a na te tematy kłócić się lubiliśmy strasznie i ostro) rzucił mi wyzwanie: ja zacznę jakiś wers a ty musisz skończyć.  I zaczął od Baczyńskiego właśnie. A ja kończyłem. Wiersz i butelczynę. Do winiarni weszła starsza pani z resztkami bukietów tulipanów. Nie najświeżej już wyglądały, w dodatku zniknęły już dawno ostatnie pary i kwiaciarka zrezygnowana i smutna  spojrzała na nas proszącym wzrokiem pytając : a może tulipana dla szanownego młodego pana? Już chciałem powiedzieć: nie, dziękujemy, gdy Stefcio wyciągnął dwadzieścia złotych mówiąc – naturalnie, muszę kupić przyjacielowi, by wygrał test poetycki. Kobiecina się ucieszyła i sięgnęła po bukiecik z koszyka. Wybrałem jednego a resztę bukieciku oddałem z powrotem. Po czym zdecydowaliśmy, że idziemy prosto pod tablicę Krzysztofa Kamila u zbiegu Senatorskiej i Moliera.

K.K. Baczyński

I poszliśmy kompletnie już pustymi uliczkami. Pod tablica położyliśmy tego tulipana. Nie chciało się już nic mówić, ani mądro-głupich dowcipów ani recytować wierszy, tym bardziej jakichś tromtadrackich, patriotycznych sloganów. Milczeliśmy. Stefcio pociągnął mnie w końcu za łokieć i powiedział cicho: dosyć. Idziemy, nic przecież nie zmienisz.

Miał racje, nic zmienić nie można było. On już więcej nic nie napisze. Zginął ponad dekadę zanim ja się urodziłem. Poszliśmy prze Ogród Saski w kierunku Marszałkowskiej. W Ogrodzie siadłem na chwilkę na ławce pod jakimś słabym żółtym światłem latarni i zacząłem pisać wiersz. Inny niż typowy wiersz, bo pełen cytatów Baczyńskiego. Dziwny. Jak ten cały wieczór. Moja rozmowa ze Stefciem i rozmowa z Krzysztofem Kamilem. Prawie dziesięć lat później ten wiersz opublikowałem w Kanadzie, w wydawanym wówczas w Edmonton kwartalniku „Dialogi” (t.1, nr 4). Poniżej zdjęcia ze stron kwartalnika z tym wierszem.  

O literaturach polskich poza Polską

Przez pokolenia istniał w polskiej przestrzeni literackiej obszar zwany ‘literatura emigracyjną’. Odzyskanie przez Polskę suwerenności na przełomie 1989/90 i nowe sytuacje socjo-polityczne, nowe koncepcje indywidualizmu i niezależności twórczej mogą czasem utrudniać zrozumienie tegoż konceptu (lit. emigracyjnej) i jej miejsca w w szeroko rozumianej literaturze polskiej. Wydajac przez szereg lat rocznik twórczości polskiej w Kanadzie (“Strumień”) właśnie w przełomowej dla tego zagadnienia dekadzie, często tym tematem się zajmowałem. W 2012 wydaliśmy numer specyficznie temu poświęcony. Jakkolwiek było to związane siłą rzeczy z konkretami literackiej twórczości polskiej w Kanadzie, można śmiało powiedzieć, że poruszane w tym numerze problemy, nolens volens, można przenieść na cały obszar globalny tego ewenementu. Tekst poniżej jest całością artykułu wstępnego (edytorialu), który wówczas napisałem.

obwoluta “Strumienia”, nr 8, 2012

Zmieniają się sposoby nie tylko widzenia świata, zmienia się sposób patrzenia nań. Andrzej J Wróblewski pisał w nr 4 Strumienia o tym w eseju „Sztuka widzenia”. Z dużym zainteresowaniem oczekuję na ukazanie się jego książki na ten temat. W olbrzymim skrócie myślowym sztuka ta (lub umiejętność), to uwarunkowania kulturowe, psychologiczne i emocjonalne pa-trzącego z jednej strony, a stan fizyczny, materialny przedmiotu lub zdarzenia oglądanego z drugiej.
Można chyba zupełnie bezpiecznie przenieść tą koncepcję uwarunkowań na obszar o wiele szerszy, na obszar obserwacji nie tylko rzeczy i zjawisk fizycznych, ale i sztuki percepcji świata i umieszczonego w nim człowieka. Coś, co było najważniejsze kiedyś i co kształtowało naszą wizję postrzegania i rozumienia świata otaczającego (a więc nasze zachowania, naszą twórczość) dziś stać się mogło mniej istotne lub jedną (a nie jedyną) z opcji tłumaczenia człowieka i świata. Może więc to być wolność wyboru. Może to być zmiana obiektywna, niezależna od własnej woli lub chęci. Co nie jest możliwe, lub raczej, co jest ograniczaniem siebie do przestrzeni zamkniętej i kurczącej się, to jest trwanie w tym samym punkcie obserwacyjnym. Dostrzeganie tych samych wartości i rzeczy w tym samym świetle etycznym i estetycznym. Bez względu na porę dnia, roku i życia.
W ostatnim wydaniu Strumienia (nr 7) Anna Gradowska w obszernym eseju poruszyła zagadnienie symboliki, ikonografii używanej na przestrzeni dziejów przez myślicieli i twórców. Symboliki, która umożliwiała czytelność abs-trakcyjnych pojęć społeczno-kulturowych, wręcz cywilizacyjnych, szerokim rzeszom odbiorców, tj. społeczeństwu. I jak, skutkiem właśnie zachodzących powoli acz systematycznie i nieodwołalnie zmian, cechy i zewnętrzna opisowość tej symboliki były dostosowywane do nowych sytuacji. Do nowego sposobu widzenia.
Zbieżnością obu tekstów dla mnie, piszącego ten ósmy już ‘wstępniak’ rocznika, jest możliwość dostrzeżenia płynności i niestałości odniesień formalnych dla opisu twórczości polskiej poza granicami kraju.
Od czasów de facto końca XVIII wieku istniał (zwłaszcza w literaturze polskiej) fenomen literatury emigracyjnej. Twórczości wygnańców lub uciekinierów. Twórczości trwania i przetrwania. Świadków, obrońców, strażników. Niekoniecznie wyłącznie w kontekście wspomnieniowo-sentymentalnym. Była to często twórczość najwyższego rzędu artystycznego, tak pod względem formalno-estetycznym, jak i filozoficzno-etycznym. Wydaje mi się, że można ryzykować stwierdzenie, że nie zniknęła ona nawet w Dwudziestoleciu międzywojennym. Ostatecznie wojna 1920 w psyche polskiej nie zakończyła się Bitwą nad Niemnem, a Traktatem Ryskim dopiero w 1921. Skutkiem tego fatalnego Traktatu setki tysięcy obywateli polskich znalazło się ponownie poza granicami nowego państwa. Podobnie, jak dwadzieścia pięć lat później skutkiem układów jałtańsko-poczdamskich. Repatrianci byli wszak też swego rodzaju uchodźcami, uciekinierami w pomorskich i mazurskich „amerykach” i „kanadach”. To dopiero rok 1989 przyniósł sy-tuację nową, odmienną. Po raz pierwszy nie uległy zmianom granice państwa, nie nastąpiła kolejna wędrówka ludów. Wbrew podobieństwom (a są takie bezsprzecznie w sferze symboliki historiozoficznej) istnieją bardzo zasadnicze i widoczne różnice nawet między eposami Solidarności z jednej strony, a eposami powstań narodowych, Legionów, Września i AK z dru-giej.
Wszystko to zadecydowało, że o polskiej literaturze ( i polskiej twórczości szerzej) emigracyjnej po roku 1989 mówić nie można. Zmienił się punkt widzenia. Należy dopisać nowy system ikonograficzny, nowy sposób opisu.

Ciekawym spojrzeniem na ten temat w kontekście historycznym (Maria Jarochowska de Kosko) i współczesnym (Mark Węgierski) są dwa zamieszczone w tym wydaniu Strumienia teksty: Podglądani zza między. O polskich poetach w Nowym Jorku (M. Jarochowska de Kosko) oraz Is there a distinctive English-language Polish-Canadian writing? In search of a fragmentary tradition (M. Węgierski).

Jarochowska pisze o powstawaniu nowego rozdziału epopei Emigracja Polska, tym razem nad brzegami Hudson, w latach 40 ub. wieku. Porównuje też różnice adaptacyjne i życiowe do podobnej fali emigranckiej w Kanadzie. Świat nam znany, narzędzia badawcze też, punkty odniesienia, wyznaczniki sukcesu lub porażki zrozumiałe. Świat kultury emigracyjnej: uchodźcy, uciekiniera, ale i strażnika, bojownika, świadka krzywdy narodowej. Polskiego inteligenta, intelektualisty – wyspianskiewiczowskiego Pana Poety .

Węgierskiego interesuje zgoła inne zagadnienie. I owszem, Pan Poeta polski, Pan Pisarz. Ale co dalej? Jaki ślad zostawił w kraju osiedlenia? Jaki przykład, oparcie, wzór dla Kanadyjczyków polskiego pochodzenia? Nie dla przejezdnych – dla stałych i świadomych tej stałości mieszkańców tego kraju. Pytania trudne, proponowane odpowiedzi nie zawsze miłe oku i sercu.

Stąd i w formie językowej w wydaniu tym odbiegam od przyjętych wcześniej założeń. Dużo materiału w tym numerze jest tylko w języku angielskim. Wielokrotnie sam i w gronie współpracowników nad tym zagadnieniem się zastanawialiśmy. Czy tylko po polsku; czy mieszane teksty, czy z tłumaczeniami, czy z krótkim streszczeniem tekstu oryginalnego? Lata temu, współpracując z profesorem Edwardem Możejko, wybitnym znawcą literatur wschodnioeuro-pejskich, przy kwartalniku „Dialogi”, (którego był redaktorem naczelnym) z niechęcią patrzyłem na podawane tam krótkie streszczenia polskiej eseistyki w języku angielskim. Nie tworzyło to, zdaniem moim, nawet namiastki dwujęzyczności, a dla czytającego dawało jakąś dziwną, quasi-encyklopedyczną ‘ściągawkę’ studencką. A ‘streszczane’ teksty w oryginale polskim były bardzo ciekawe i dobre. Z drugiej strony, w podtytule redagowanego przeze mnie Strumienia jest wszak napisane wyraźnie: rocznik twórczości polskiej, a więc po polsku. Pomny jednak, o czym pisałem wyżej, owej zmienności i płynności postrzegania i rozumienia zjawisk – robię tu wyjątek. Nie pierwszy raz, wszak pierwszy tak obszerny i w samej eseistyce.

Rozumiem też zaniepokojenie Marka Węgierskiego milczeniem lub szeptem ledwie słyszalnym polskich ech w literaturze kanadyjskiej. Język jest tu na pewno barierą wielką. Chyba jednak nie jest barierą nie do przebicia, a na pewno nie jedyną.

Być może główny jej powód jest zgoła poza lingwistyczny. Być może sednem tegoż jest hermetyczność właśnie tej starszej formuły twórczości emigracyjnej. Twórczości wygnańca, uciekiniera, który przez ten fakt nie może być do końca wolny. Nie jestem przekonany, że jest to możliwe dla mojego pokolenia. Ostatniego, które opuściło kraj w sytuacji zniewolenia. Ale jest to już widoczne wśród tych, którzy wyjechali, jako małe dzieci. A będzie nową normą dla tych, którzy wyjechali z kraju po 1989. Stąd i mój ukłon dla polskich Kanadyjczyków, których narzędziem tak twórczym, jak i poznawczym jest język angielski.

Natomiast bardzo pozytywnie i z wielka radością można zauważyć rosnące zainteresowanie badawcze nad twórczością polską w Kanadzie w ośrodkach naukowych w Kraju. Zwłaszcza wyjątkowo skuteczne i ciekawe prace podejmowane w Rzeszowie i Katowicach. Co dawniej było dość wyjątkową domeną nielicznych pism literackich („Fraza” i Akcenty”) stało się w ostatnich latach przedmiotem szerszych badań i opracowań. Duże zasługi położyli tu badacze literatury: Bożena Szałasta-Rogowska, Magdalena Rabizo-Birek i Janusz Pasterski.

Bogumił Pacak-Gamalski

Kwesta o miłość dla Fayeza Afzaala

Napięta, jak łuk wiatrem  z oceanu, flaga

kanadyjska faluje, unosi się i drży.

W pół masztu. Znowu w pół, jakby bała się szczytu.

Miała być dumna,  jest  smutna, zawstydzona cicho.

Obok, w płytkiej wodzie, po piaszczystym dnie biegają wesołe dzieci. Chlapią, tupią, nawołują się wzajem okrzykami,gestami, wiecznie niecierpliwe. Ale Fayez Afzaal nie biega z nimi. A tak bym chciał by tupał o dno, by krzyczał na całe gardło: tata! no chodź tu, patrz! Znalazłem muszlę! Mama, powiedz tacie, żeby przyszedł!

Wiatr na chwile milknie, znika, flaga na maszcie zwisa zmęczona, jakby oklapła z tego rwetesu. Nie lubię tych flag, które stale trzeba spuszczać do połowy. Tak, jakby maszt był za wysoki, jakby dziurawił chmury swym szczytem.

Chciałbym Fayeza otulić ramionami i sercem, jak szeroką peleryną. Przekonać, że go kocham i że kocha go świat i miliony ludzi. I że nigdy nie będzie sam, że nigdy więcej już … . I milknę pamiętając ilekroć już mówiliśmy: nigdy więcej.

Zbiegną się ludzie z sąsiedztwa, z regionów, ze świata na czuwanie i będą szli w marszach, protestach, będą zapalać świeczki w oknach i na skrzyżowaniach pełnych wiązanek kwiatów, pocztówek, manifestów. Mamy powiedzą dzieciom, by położyły obok tych kwiatów swoje pluszowe misie, swoje lalki. Dzieci zrobią to niechętnie, z pewnym żalem za ukochanym pluszaczkiem. No bo niby co zawiniły w tym ich zabawki?  Zostawią je tam jednak posłusznie, bezradne w tym strasznym dniu.

Potem ktoś rzuci kamieniem słowo: Rodezja;

ktoś oskarży innych o gwałt na Palestynie;

ktoś lament podniesie o Holokauście. Ściana

Płaczu zaszlocha, trąby zabrzmią pod Jerycho.

Przypomni się słoneczna Langwedocja, która spłynie niewinną krwią katarów, albigensów. Morduje się wszak  nie tylko obcych. Jeszcze krwawiej tępi się własnych, na ich nieszczęście nieco innych. Są jak ziarnka piasku w trzewiku. Niby nie zagrażające życiu ale jakże niewygodne, uparcie uwierające.

Satanael, spoglądając zza murów swego zamczyska na szczycie Arafatu, ściśnie w dłoniach wodze Eufratu i Tygrysu, łypnie okiem na zielone szczyty gór Küre i pomyśli: póki te lasy nie podejdą pod moje bramy, nic mi z waszych bratobójczych mordów. Cóż obchodzić mnie może nieszczęście jednego chłopca lub całych narodów? Nic. Łzy wasze  spuszczam z Anatolii warkoczem Eufratu, a wasz ślinotok klątw strumieniem Tygrysa. Ślę je ku wodom Perskiej zatoki. Namawiać was do niczego nie muszę ni chcę.  Sami usłaliście swe łoża, które nie są moim, a waszym przekleństwem.

Tak myślał Satanael zawarowany w boskiej twierdzy Araratu. Podobnie, jak królobójczy król Makbet w twierdzy na wzgórzu Dunsinane w Szkocji. Póki u bram jego twierdzy nie pojawił się rząd drzew z lasu Birnam.

I mnie was już nie żal. Ale żal mi tego chłopca. Dziewięcioletniego Fayeza. Z pięknymi, smutnymi oczami. Czy ten smutek też kiedyś zastąpicie nienawiścią?

Bogumił Pacak-Gamalski

Anioł Śmierci, Pomnik Zbrodni Katyńskiej
we Wrocławiu

od autora: ten krótki utwór pisałem przez kilka dni, zaczynając drugiego dnia po strasznym morderstwie w London, mieście prowincji Ontario w Kanadzie. Tego dnia młody, dwudziestoletni biały chłopak, powodowany nienawiścią w stosunku do mahometan, świadomie i celowo wjechał w spacerująca chodnikiem rodzinę Afzaal, rozpoznając w nich po ubiorze, ich wyznanie religijne. Na miejscu zginęli: babcia, małżeństwo Afzaal i ich dwie córki. Najmłodszy syn, dziewięcioletni Fayez, bardzo ciężko ranny, został zabrany do szpitala, gdzie lekarze uratowali go przed śmiercią. Jedyny, który pozostał z tej rodziny. Z całą Kanadą przeżywałem ten szok, poruszony do głębi okrucieństwem tego zamachu, a jednocześnie jego niezwykłą absurdalnością w objawieniu zła doskonałego. Ale nic mnie tak nie zasmuciło, jak wizja tego chłopca, Fayeza. Ci, którzy giną wydają się czasem (w porównaniu być może okrutnym) wybrańcami losu – ich już ból żaden nie sięgnie, żadna zbrodnia nie dotknie. Ci, którzy zbrodnie przeżyją, śmierci umkną – skazani są na cierpienia wielokrotne, na przeżywanie tej zbrodni, tego momentu setki, tysiące może razy. A cóż dopiero, gdy mówimy o dziecku? Dziecku wystarczajaco dorosłym, by mieć za sobą całe bogactwo ( w tym wypadku te bogactwo stać się może ciężarem niemożliwym do udźwignięcia) pamięci najbliższych i pamięci momentu zbrodni.

Niesamowity patos, tragedia na skalę mitologiczną omal, postaci tego chłopca i tej zbrodni stały się dla mnie syntezą zbrodni nienawiści człowieka w całym ciągu naszej wspólnej historii. Niemożliwym do opisania językiem innym niż język poezji. Ale każda forma tradycyjna wiersza też kłóciła się ze współczesnym spsobem opisu i odczuwania tragedii. Zgrzytała pod ołówkiem kreślącym litery na papierze. W sukurs (mam nadzieję) przyszła proza poetycka, z dwoma tylko ustępami trzynastozgłoskowca. Ten utwór, jak zreszta jasno wskazuje tytuł, jest niczym innym jak moją jałmużną kwestą o dar miłości dla Fayeza. Tylko ten jeden dar może chłopca i nas uratować.

Palestyna. O tym jak słuchać poetów, nie polityków; filozofów, nie ideologów; płaczu i śmiechu dzieci, nie okrzyków demagogów. Lamentu a nie hasła.

by Bogumił Pacak-Gamalski

Pierwszy raz z niechęcia dość sporą spoglądam na Prezydenta Bidena.  Ze względu na jego – delikatnie rzecz nazywając – powściągliwość wobec obecnego, krwawego i bezwzględnego konfliktu izraelsko-palestyńskiego.  Po raz kolejny amerykański prezydent zajmuje te samo stanowisko, jak wszyscy jego poprzednicy, będąc jedynym i państwem i jedynym mocarstwem uniemożliwiającym Radzie Bezpieczeństwa ONZ wydanie jedynego moralnie i etycznie możliwego stanowiska. Ze smutkiem stwierdzić trzeba, że w temacie ponad 60letniego konfliktu izraelsko-palestyńskiego USA w Radzie Bezpieczeństwa zachowuje się tak, jak Rosja Sowiecka w latach Zimnej Wojny. Obstrukcja lub veto. Co czyni samą Rade bezsilną ze względu na wymaganą w jej orzeczeniach jednomyślność.  Podczas gdy dzieci, kobiety, starcy, generalnie ludność cywilna – ginie.

Wielokroć na temat tego konfliktu i praw Palestyńczyków i Izraelczyków pisałem. Nie będę więc nad tym samym się rozwodzić.  Tak, jak apartheid Rodezji a potem Afryki Południowej był oskarżeniem świata i mocarstw światowych, tak był i jest nim problem wolnej, suwerennej i niezależnej Palestyny.  I nie ma on nic wspólnego z semityzmem czy antysemityzmem, z islamofobią czy islamofilią. Tak, jak wyraźny podział i niezależność trzech władz (wykonawczej, legislacyjnej i sądowej) jest papierkiem lakmusowym demokracji, tak prawo międzynarodowe i jego nadrzędność musi być respektowane i przestrzegane i egzekwowane. Bez względu na polityczne alianse. W sprawach zasadniczych nie ma niuansów. Nie ma ‘może’, ‘tak, ale’ i podobnych uników. Obowiązuje odwieczna zasada: nie można być trochę w ciąży.

Od wczesnej młodości ten temat mnie interesował, podłoża i konsekwencje tego permanentnego konfliktu. Uważam, że moja zawsze jasna i nieskrywana, publiczna i prywatna sympatia i szczere uczucia wobec  Żydów, wśród których mam szereg szczerych przyjaźni i sympatii, mój wręcz naturalny i automatyczny sprzeciw i niechęć wobec wszelkich odmian antysemityzmu nie jest i nie musi być tłumaczony ni wyjaśniany. Jest częścią mojego ‘ja’, tak jak niezwykle cenne i drogie jest mi wspólne dziedzictwo kulturowe żydostwa światowego, a już w sposób szczególny polskiego.

Z naturalnych też przyczyn bardzo egzotyczny i mało mi znany był temat eposu i mitologii Palestyńczyków. W sukurs przyszła mi tu sztuka i pasje literackie. I dwa szczególnie nazwiska: Jean Genet i Edward Said. W trakcie przygotowywania 8 wydania rocznika „Strumień” w 2012 dużo zgłębiałem się w biografie świetnego poety Andrzeja Buszy. Edward Said,  wychowanek najlepszych uczelni Zachodu i później tychże uczelni znany profesor i pisarz, młodość i dzieciństwo spędził w Jerozolimie w latach, kiedy przebywał tam generacyjnie mu bliźniaczy Andrzej Busza.

Jerozolima lat 40. przed powstaniem Izraela, miasto wielokulturowe, wielowyznaniowe. Miasto przed olbrzymim, trwającym już całe dziesięciolecia, konfliktem palestyńsko-izraelskim. Miasto, które bez wątpienia wywarło bardzo silny wpływ na kształtowanie się osobowości ludzi wrażliwych, myślących.

Said, z którego piśmiennictwem przed laty nieco się zapoznałem, uciekł mi z biegiem tychże lat z horyzontów pamięciowych. Kompletnie nie znałem jakichkolwiek ‘uwikłań’ Saida z tematyką polską. Stąd ta mała perełka mojej długiej rozmowy-wywiadu z  Buszą o Saidzie wielką mi radość przyniosła. Otóż obaj intelektualiści znali się, kolegowali. Prowadzili rozmowy.  Ten watek biografii Buszy zainteresował mnie szczególnie ze względu na Geneta i to, co pisał o Genecie  w biografii „The last of Genet” Hadrien Laroche. Wszystkie te ‘odkrycia’ literacko-biograficzne i rozmowy z Buszem o Jerozolimie i o Saidzie nakładały się w czasie z pierwszym polskim wydaniem „Zakochanego jeńca” Geneta (wyd. W.A.B, 2012, tł. J. Giszczaka). „Zakochany jeniec” był ostatnim dziełem Geneta i jakby kluczem do fascynacji Geneta sprawą palestyńską.  Jednocześnie umożliwił mu samoanalizę własnej ewolucji i poszukiwań artystycznych i politycznych w latach 40. i 50. Ujął to pięknie w Przedmowie do „Zakochanego jeńca” Ahdaf Soueif, edytor wydania:

„… jeśli Palestyńczycy znaleźli w osobie pisarza wiernego przyjaciela i wnikliwego obserwatora, on sam odnalazł w nich temat, który pozwolił mu powrócić do kluczowych zagadnień przenikających jego dzieła z lat 40. i 50.: bohaterstwa ludzi wyjętych spod prawa, piękna niezłomnej postawy, świadomych prób obalenia ustalonego porządku, przemiany erotyzmu w niewinność, mocy życia duchowego niezwiązanego z religią, nieważkości śmierci, trwania uczucia poza życiem jednostki oraz twórczej i elastycznej relacji miedzy obrazem a rzeczywistością.”

Edward Said to kosmopolityczny erudyta i ceniony filozof, a jednocześnie (podobnie, jak Genet) zaangażowany emocjonalnie i intelektualnie w dyskurs polityczny w konflikcie izraelsko-palestyńskim. Był też znanym i cenionym muzykiem i krytykiem dzieła muzycznego. Jako ciekawostkę ( a jednocześnie zbieżny punkt zainteresowań i badań z Andrzejem Buszą) warto przypomnieć, że pierwszą książką Saida była wydana w 1966 „Joseph Conrad and the fiction of Autbiography”. W wydanej przez Uniwersytet Cambridge w 2010 pracy zbiorowej „The Cambridge Introduction to Edward Said”, badacz A Hussein posunął się nawet do stwierdzenia, że „Jądro ciemności” Conrada leży u podstaw całej kariery i działalności Edwarda Saida.

W jego jednej z ostatnich książek, przepięknej biografii  „Out of Place” Said wraca do miejsc i idei kształtowanych przez te miejsca. Miejsc dzieciństwa i młodości: od Jerozolimy lat 40., przez Kair, Damaszek, aż po młodość studencką i naukowa w USA. Zwłaszcza czasy Palestyny i jej centrum – Jerozolimy (lata tuż przed powstaniem Izraela) są tu szczególnie ważne. Nic tak, jak ta książka, nie zbliżyło mi klimatu i emocjonalnej architektury tego miejsca zakotwiczonego w bardzo konkretnym czasie historycznym. Czasie gdzie prastara przeszłość historyczna zetknęła się z tektonicznymi zmianami epoki i miejsc.  

Stare, rozgałęzione i znane rody palestyńskie, tych których szanowano w Jerozolimie, Damaszku, Kairze i Watykanie. Stare, pamietające czasy Krzyżowców kamienice jerozolimskie i domki letniego odpoczynku, gdzieś na prowincji, miedzy światem upartej zieleni i światem pustyni. Starsi ciągle emocjonalnie związani tytułami i obowiązkami z dworem istambulskim i jego wyszukaną, wręcz dziecinną formalnością, ci w wieku średnim już nawykli do protektoratu brytyjskiego i nieudolności egipskiego tronu Fauduka. A wszystko w tyglu wielkich zmian, żołnierzy i ich rodzin mówiących po angielsku, po francusku, po polsku. I jakimś dziwnym języku, który mimo pewnych podobieństw – nie był językiem niemieckim.  Jidysz. Żydzi a nie mówili, jak Żydzi, którzy w Palestynie ‘od zawsze’ byli. Dziwny ten świat.

Czytając ta książkę, napisana pięknym, eleganckim angielskim, chcąc nie chcąc łapałem się na własnych pauzach z tej lektury przenosząc wyobraźnie, gdzieś na Kresy polskie. Na czasy, powiedzmy pierwszego dwudziestolecia XX wieku. Na domy imperialne austriackie i rosyjskie, na rody starożytne, rycerskie, jeszcze związane tytułami i szarżami honorowymi nie tylko imperialnymi ale ciągle żywymi nieistniejącego już przecież ponad 100 lat królestwa Rzeczypospolitej.  Na języki żywe i wszędzie słyszalne: na bitych uliczkach miasteczek kresowych, pod kościółkiem parafialnym, pod cerkwią, pod zborem ewangelickim, pod bożnicą: polski, różne dialekty ruskie (ukraiński, poleski, białoruski), rosyjski, niemiecki i jidysz. Wszyscy tu się znali od pokoleń. Zmieniali się królowie w Warszawie, imperatorzy w Moskwie i Widniu. A miejscowi pozostawali miejscowi.  W ciągu następnych 25 lat cały ten świat uległ zagładzie.  Zabrało to kolejne 70 lat, by ukształtował się nowy ład i porządek polityczny. Ten, który znamy dzisiaj.

Genet zmarł w 1986, Said w 2003. Nie ma tamtej Jerozolimy, tamtej Palestyny. Sułtanów, króli i emperatorów. Nie ma ładu wersalskiego, ładu jałtańskiego. Nie ma Habsburgów, Romanowych i Hohenzollernów. Ale jest i Polska, i Ukraina, i Białoruś i Litwa.

Odwiedzając litewskie Wilno kilka lat temu czułem się świetnie, na nowo odżyła miłość do tego pięknego grodu. Kiedy byłem poprzednio, jeszcze w czasach ładu jałtańskiego, obcy, sowiecki but, był dla mnie butem okupanta. Nie czułem nic takiego w 2018 kiedy zanurzyłem się z rozkoszą w nurty Wilii. W europejskiej rodzinie litewskie Wilno jest czymś naturalnym.

W starej Palestynie zasłużenie i sprawiedliwie zrealizowały się marzenia pokoleń tułaczy żydowskich. Maja swój dom, są u siebie. Ale nowy , powstały na bazie ONZ ład światowy nie zrealizował tego, co zapowiadał i co do dziś jest bazą prawa międzynarodowego – w starej Palestynie, obok Izraela, nie powstała nowa, niezależna i sprawiedliwie do nich należąca nowa Palestyna: dom Palestyńczyków. Bezpieczny, wolny, niezależny.

Dom izraelski, za kłębami drutów kolczastych, za lufami uzbrojonej po zęby potężnej armii, nigdy nie może być nazwany wolnym i wolny de facto nie będzie bez prawdziwie wolnego i bezpiecznego tego drugiego – palestyńskiego.

Jeden jeszcze cytat, zamykający ten wywód. Któż był ‘winny’ mojej przygody z Saidem? Kto, jako chłopak biegał ulicami starego Jeruzalem? No właśnie, mój drogi i serdeczny poeta, który z chaosu porządku jałtańskiego wypłynął, niczym stary list w butelce z rozbitego żaglowca, u brzegów Stanley Park w Vancouverze. Tak, tenże Andrzej Busza. I był w „Kohelecie’ (jego najbardziej bodaj znany poemat) napisał:

„(…) ja Eklezjastes byłem królem

izraelskim w Jeruzalem

i umyśliłem w sercu swoim

szukać i dowiadywać się

mądrze o wszystkim

i widziałem pod słońcem

na miejscu sądu bezbożność

a na miejscu sprawiedliwości bezprawie

i ujrzałem uściski i łzy niewinnych

a żadnego pocieszyciela

i chwaliłem więcej umarłych niźli żywych

a za szczęśliwego uważałem tego

który się jeszcze nie narodził

i nie widziałem złego

które się dzieje pod słońcem „

(z tomiku „Atol”, wyd. PFW, Toronto i „Fraza” Rzeszów, 2016)

Arabeska nr 2 – Karol Szymanowski

7 marca opublikowałem na gorąco (?) wystukiwany na klawiaturze Facebook’a wiersz  ‘Parlez moi d’Amour, mon cher Paris’.  Wspomnienie nie odbytego (jeszcze) spaceru paryskiego do Ogrodów Luksemburskich i długiej rozmowie o miłości. I platonicznej i zmysłowej. Ostatecznie trochę już tych krzyżyków mam na plecach, więc sporo na ten temat powiedzieć mógłbym. Tylko osobie wyjątkowo bliskiej.  W obecnym stadium swojego życia dwie tylko takie osoby są. Wyjątkowo – i w wyjątkowo inny sposób – mi bliskie. A teraz wygrzebałem gdzieś stary erotyk Micińskiego „Noc majowa”:

Efemerydy,

lećcie w tan –

o kwiaty jezior, nereidy!

na multankach w dąbrowie gra Pan.

Czemu Micińskiego zapomniany jakiś wierszyk (jak i Miciński zapomniany dziś)? Ano, słuchałem dziś pana Karola Szymanowskiego I Koncert Skrzypcowy w wykonaniu Konstantego Kulki. Bajka. Zapomniałem, jakie cudowne poematy miłosne komponował Szymanowski. Właśnie takie poematy o miłości. Tenże koncert dedykował Pawłowi Kochańskiemu, genialnemu skrzypkowi tamtej epoki, który mu wiele tajników wirtuozerii skrzypcowej wyłuszczył. Potem zresztą Kochański grał ten koncert Karola Szymanowskiego w Nowym Jorku, w 1923 bodajże, z orkiestrą pod batutą samego Leopolda Stokowskiego. Szymanowski był dość kochliwym człowiekiem i młodzieńcowi żadnemu nie przepuścił. Więc gdy sam był jeszcze bardzo młody, w Zarudziu pod Zamościem, gdzie gościł we dworze Jaroszyńskiego, skomponował to cudeńko muzyczne. Wymaga delikatnego dotyku smyczka, który pieści jeno struny skrzypek. Tak, jak zrobił to Kulka na tym nagraniu, którego słuchałem. Pod bardzo dobrą dyrekcją Jerzego Maksymiuka i Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. Ileż w tym pasji, ile tęsknoty. I ślady rozległego stepu dalekiego Podola, dzieciństwa i wczesnej młodości pana Karola i jego pełnej przygód późniejszej podróży po Północnej Afryce. Przygód i doznań, które dzielił z towarzyszem tej podróży Stefanem Spiessem, niewątpliwie jego ówczesnym kochankiem i mecenasem finansowym.

Karol Szymanowski w portrecie Witkacego (1930)

Ach, a czemu Miciński? Ponoć (nie ma pewności) pod wpływem tegoż wiersza Szymanowski ten brylancik muzyczny stworzył. Czemuż by i nie? Wieczory długie w starym dworze, może księżyc przez okno zaglądał, a w bibliotece dworskiej wykształconego przyjaciela pewnie bez problemu tomik Micińskiego ciągle jeszcze młody Szymanowski mógł znaleźć i czytać. Może i słyszał świerszcze za oknem otwartym i myślał, że to Pan na fujarce-multance gra … . Czy myślał o tym swoim wczesnym koncercie siedząc pod fontanna w Taorminie i podziwiając ciała młodych Sycylijczyków figlujących nieprzystojnie w tejże fontannie? Jak wspomina w swojej biografii Artur Rubinstein, ta wizja pięknych młodzieńców wprawiała Szymanowskiego w zachwyt.

Warto to pamiętać słuchając tegoż koncertu skrzypcowego.  Kontekst i odrobina wiedzy nie szkodzą, a przeciwnie – pomagają dzieło lepiej odebrać, rozumieć. Bo sztuka prawdziwa nie jest wysiłkiem jedynie intelektu i techniki. Tenże na nic bez wielkiej emocji i bez wielkiej miłości. I tej osobistej do człowieka i tej filozoficznej do Człowieka. Pasja jest wszystkim, co czyni sztukę autentyczną.  A nie znać lub ukrywać pod kluczem archiwalnym homoseksualizmu twórcy (zwłaszcza twórcy z lat dawno przeszłych)  jest po prostu gwałtem i zbrodnią na tej twórczości. Ona nie powstała z niczego, nie powstała w próżni. Te dzieła tworzyli ludzie żyjący. Kochający, tęskniący, cierpiący i zwycięscy.  A to wszystko miało wpływ na ich twórczość.  Ot, i arabeska druga. Arabeska – płochy, nietrwały rysunek, krótki utwór literacki lub muzyczny. I nazwa arabskiej prostytutki. Hmm… .  Jakby Tuwim zakończył filozoficznie: człowiek się jednak na niej rodzi i na niej umiera.

Inni czy swoi? Na pograniczach kultur i tradycji

B. Pacak-Gamalski

Sztuka. Artysta. Najwyższa kwintesencja człowieczeństwa. Bzdurą kompletną jest stawianie tegoż w opozycji do wiedzy. Wiedza jest częścią sztuki, jest bramą, która umożliwia artyście twórczość. Poniekąd służy sztuce. I odwrotnie – sztuka budzi głód wiedzy, zadaje pytania, na które wiedza stara się odpowiedzieć i otworzyć tym drogi do nowej twórczości.  Wiec Art i Logos, wiedza obiektywna, zewnętrzna i sztuka, jako wiedza wewnętrzna, emocjonalna, subiektywna. Wzajem się uzupełniające i wspierające.  Myślałem o tym jadąc kilka dni temu samochodem i słuchając w radio uroczej kompozycji ‘Da geht ein Bach’. Nie znałem wcześniej tego utworu.  I kto skomponował? Ano, kawaler Fryderyk Nietzsche. Tenże sam, filozoficzny król (lub ojciec) współczesności, modernizmu. No OK, może bardziej adekwatnie by było nazwać go Ojcem Chrzestnym.  Tak, tym ze słynnego amerykańskiego filmu Coppoli.

Chodzi mi o taką właśnie kombinację, te złączenie artysty i filozofa. Jeśli genialny Wittgenstein zadał śmierć filozofii (tak, jak Nietzsche uśmiercił Boga), to Nietzsche był ostatnim królem-filozofem, filozofem-alchemikiem duszy. Tym, który Boga szuka, a po odnalezieniu zabija go. A więc twórcą jednak, nie naukowcem, badaczem. Bo któż zabić Boga potrafi, jeśli sam nie jest też twórcą, sprawcą stwarzania?

Ot, takie myśli nachodziły, gdym słuchał tej doprawdy uroczej, lekkiej a jednocześnie bardzo kunsztownej muzycznie kompozycji. Polecam serdecznie pianistom, zwłaszcza młodym (choć młodość dla artysty jest pojęciem bardzo elastycznym) grać to. Nie, nie dla ćwiczeń. Najlepiej na koncertach, jako miłą popisówkę na bis. Gwarantuję, że bardzo publiczności (nawet tej nadętej, bo jakże by mogli achów i ochów nie pokazać wobec samego wielkiego Fryderyka Nietzsche?!) się spodoba.

Do tematu wracam jednak. Ustaliliśmy, że Arte to kwintesencja człowieczeństwa. Artysta więc zostaje poniekąd demiurgiem. Trzeba go nie tylko poznać ale i wyczuć, lub wczuć się w jego przesłanie, utwór, natchnienie. Tak, jak muzyka właśnie – musi w nas grać. Inaczej szkoda czasu chodzić na koncerty. A artyści są tacy różni, tacy inni. Jest w nich cały wszechświat. Nie jakieś schematy, jakieś uproszczenia, sprowadzanie do wspólnego mianownika lub mierzenie jedną miarką.  Nie chodzi tylko o to, co jest. Chodzi w mierze równie ważnej o to, co być może, a także co być mogło. Co się skrywa czasem za półsłowem, krótkim spojrzeniem, gestem z pozoru od niechcenia. Nawet jeśli boisz się wyjść na ulice, to przynajmniej otwórz okno i popatrz na świat zewnątrz, spoza własnych czterech zdań. Tak, jak Zofia Nałkowska, gdy w dobie okupacji pisząc „Dzienniki” otwierała okno dodawała reflektując zaraz : ‘i znowu zaszła zmiana w polu mojego widzenia’.

Gdy pisałem  w poprzednim felietoniku-bajeczce o Baczyńskim i Kocie-Jeleńskim, o Baczyńskim i Jerzym Andrzejewskim i o „Zośce’ i „Burym” (naturalnie, że celowo – choć nie bez podstaw – wybrałem  tak symbolicznie brzemienne postacie), to wszak o tym pisałem. O tych możliwościach, o tych półcieniach i innych kolorach tej samej rzeczywistości.  O drzewie, które żyje a nie o drewnie. O bogactwie inności.

Ciekawym papierkiem wszelkiej inności w tym kontekście twórczym, jest literacka twórczość  (ta zwłaszcza, bo najbardziej prosto rozpoznawalna, czytelna – w przeciwieństwie np. do muzyki lub sztuk plastycznych, które wymagają większej znajomości z arkanami sobie specyficznymi, z ikonografią gatunku) bieżeńców wszechczasów:  Żydów.

Teraz natknąłem się na tą tematykę dzięki wydanej właśnie monografii (?), zbioru eseistyki, badań, biografii związanej z mało u nas znanym terminem ‘maran’.  A to odsyła bezpośrednio do wielkiej diaspory żydowskiej na Półwyspie Iberyjskim w wiekach średnich, pierwszego poważnego pogromu i ucieczki Żydów. Ale, co z tym – choć nie tylko z pogromem i nieszczęściem – się wiąże, to z właśnie z ludźmi-twórcami, którzy wtopili się w nowa kulturę, nowy język, czasem nową wiarę (w Polsce popularne było pojęcie ‘przechrzty’, na ogół o pejoratywnym zabarwieniu). Ale coś z tej starej, ojczystej żydowszczyzny w nich zostało.  I jak to na ich twórczość wpływało?  Jak wpływało na kształt literatury i kultury szeroko rozumianej tych nowych obszarów etnicznych, kulturowych? Podróż w obie strony jednocześnie.

Z samą tematyką (w formie beletrystycznej, z elementami kryminału) maranów zetknąłem się przed wielu laty czytając świetną powieść Richarda Zimlera „The last kabbalist of Lisbon”.  Teraz z niecierpliwością czekam, gdy wpadnie w moje ręce to wydanie „Maranów” – dzieło wielu badaczy i znawców tematyki skupionych wokół Uniwersytetu Muri im Franza Kafki (sam uniwersytet jest znowu ciekawostką niemałą i rzeczą tyleż symboliczno-legendarną, co mityczną, ale to temat osobny). Wydawcą jest krakowska ‘Austeria’.

Tak, jak do wspomnianego już tu poprzedniego tekstu-arabeski o Baczyńskim i jego przyjaciołach wracających z Gimnazjum Batorego, tak i do tej książki skłonił mnie kontakt z Piotrem Sadzikiem, literaturoznawcą z Instytutu Lit. Polskiej UW, bo z pracą nad „Maranami” związany był de facto organicznie. Do pewnego stopnia jest to też mały fragment mojej własnej pracy nad przygotowywaną książką o plemiennym (wręcz szczepowym) ‘genie’ społeczności LBTQ+. Genetyka kulturowa versus genetyka etniczna.

Siadając więc nad notatnikiem, z kawą i ciastkiem obok, w ulubionej kawiarence-antykwariacie w Halifaksie pisałem kolejny fragmen/t/cik do tejże książki.:

… przypomina mi się kultowy balladysta studenterii lat 70. i 80. ub. wieku, Marek Grechuta. Trubadur zbliżony do wyobrażeń mistrala, poety-śpiewaka-aktora wieków średnich, antycznych i pewnie archaicznych. Powtarza w balladzie młodzieńcze zwrotki polskiego wieszcza Adama Mickiewicza. Adam Mickiewicz – cóż bardziej polsko-patriotycznego być może? A cóż młodzieńczy (czy w jakimkolwiek wieku biologicznym) Mickiewicz może mieć wspólnego ze szczepową społecznością LGBTQ ? Nic. Ale młody Adam ma te same emocje, pytania , pasje, jak każdy Adam, gej czy straight. Więc Grechuta śpiewa te pytanie „I znowu sobie zadaje pytanie, czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?”.  Naturalnie ani autor, ani trubadur, ani też czytelnik i słuchacz nie ma najmniejszej wątpliwości z wyborem odpowiedzi.  Jest jasny i prosty. Nie być pewnym może być tylko ktoś, kto nie kochał. Czy obiektem był przyjaciel, który jeszcze kochankiem nie był, czy świadomy romantycznego kontekstu obiekt adoracji.  Konsumpcja tej adoracji lub jej brak nie mają tu jakiegokolwiek znaczenia. Zadawanie sobie tego pytania jest już odpowiedzią na nie. Ale to pytanie uległo dziwnej rekonstrukcji w całej prawie współczesności, gdy homofobia stała się modna. Gdy rycerz-bohater nie miał prawa być gejem. Nawet jeżeli był. A w rzeczy samej jest wszak kompletnie bez znaczenia czy faktycznie był.  Dla takiej konstrukcji samo przypuszczenie, sam argument takiej możliwości (że rycerz-bohater, owszem mógł być) odrzucane są z zacietrzewieniem i emocją wartymi lepszej sprawy. Na jakąś ‘platoniczną miłość przyjacielską’ jeszcze ze zgrzytem zgodzić się mogą. O kochaniu mowy być nie może. Skąd ta idiotyczna argumentacja i te dantejskie argumentowanie contra – nadziwić się nie mogę. Tebańscy wojownicy by pewnie nie mogli pojąć też, a młody Aleksander Macedoński spytałby się Arystotelesa, zanosząc się śmiechem,  o co tu w ogóle chodzi?

Arabeska w tutu

obraz Ine Veen przedstawiający Annę Pawłową w jej legendarnej roli z Jeziora Łabędziego (ze zbiorów Wikimedia Commons)

Nie wiem już nawet który jest rok dokładnie. Lata są 30. ubiegłego wieku. Warszawka. Paryż Północy. Kocik Jeleński, młodziutki, szczupły z charakterystycznym noskiem, idzie pod rękę z Krzysztofem Kamilem, też młodziutkim, romantycznym. Śmieją się jak typowi gimnazjaliści w tym wieku. Za nimi mała grupka przyjaciół wśród których są i „Zośka” (Tadeusz Zawadzki) i „Rudy” (Jan Bytnar). Potem zasiadają razem w szkolnych ławkach Gimnazjum Batorego. 

W klasie siedzą też inni koledzy szkolni.  Bractwo na ogół inteligenckie. Na przerwie ktoś rozpoczyna popularne wówczas wśród młodzieży nacjonalistycznej przepychanki i głupie antyżydowskie dowcipy i obelgi wobec chłopców wyznania mojżeszowego.

Twarz Krzysia Baczyńskiego oblewa się szkarłatem gniewu. Krzyczy żeby się zamknęli. Od słowa do słowa dochodzi do przepychanek.  Gimnazjum, chłopcy, temperamenty. Ale Krzysiu nie jest przykładem chłopca-osiłka i Kocik, pomny swego rycerskiego pochodzenia, pierwszy wymierza ostry cios pięścią w podbródek jakiegoś patrioty-antysemity.  Reszta wiadomo – popchnięcia, bijatyka szkolna, komuś pękła warga, komuś poleciało czerwonką z nosa … .   Woźny podbiegł z dzwonkiem w ręku, zrobił głośny raban, przyszedł nauczyciel i chłopców rozdzielono.

Po szkole wracają do domu zwartą paczką. Na wszelki wypadek, gdyby rozjuszeni dbaniem o etniczną czystość koledzy-patrioci, chcieli im spuścić odwetowe lanie.  

Kamil wkłada swoje ramię pod ramię Kocika, a „Zośka” śmiejąc się obejmuje ramieniem „Rudego”. Rozchodzą się na wysokości Alei Ujazdowskich. „Rudy” odchodząc woła do Kamila ze śmiechem: ‘uważaj żeby cię Konstanty nie uwiódł, bo bronił cię, jak lew!’. Krzyś rumieni się i sam siebie zaskakując odpowiada: ‘wiesz, że nie lubię, jak go nazywasz Konstanty, mów do niego Kot’. “Zośka” z zalotnym, filuternym uśmiechem wtrąca jeszcze na odchodnym: ‘no, Kot to taki mały lew, niby się łasi ale ma pazurki, uważaj’. Wszyscy wybuchają śmiechem i się rozstają. Jeleński i Baczyński idą jeszcze, przed pożegnaniem, na spacer  alejkami Parku Ujazdowskiego.

Siadają na ławce blisko pomnika ‘Gladiatora’ Welonskiego.  Kocik mówi niby do siebie, niby do nikogo ale bacznie obserwuje reakcję przyjaciela: ‘lubię patrzeć na tą rzeźbę, Welonski świetnie ujął w niej proporcje i piękno ciała męskiego’.  Młody Baczyński nie odpowiada, zapada milczenie. Ale po chwili jego głowa spocznie na ramieniu Kota. Nic nie powiedzą do siebie. Będzie im miło i dobrze ale będą się bać ten moment zepsuć jakimkolwiek słowem lub ruchem zbytecznym lub zbyt natarczywym.

Kilka lat później Baczyński będzie o tym momencie myślał, gdy tym samym gestem oprze swą głowę na ramieniu przystojnego, o kilka lat dojrzalszego od niego, Jurka Andrzejewskiego. Czy jeszcze kilka lat później wspomni ten moment Konstanty Jeleński składając swoją głowę w objęcia szczupłego i chłopięcego, jak jego szkolny przyjaciel, Stanislao Lepri?

Kto to wie. I czy tak było? Kto to wie? Sam pewnie o tym właśnie nie myślałem, gdy którejś nocy letniej, tuż przed świtem,  w 1978, poszedłem z przyjacielem złożyć kwiaty pod tablicą u wylotu ulicy Miodowej. Miejscu, gdzie Krzysztof Kamil zginął.  Byłem chłopakiem ledwie. Kochałem jego wiersze, więc kochałem jego. Wydawało mi się, że dostrzegałem go spoza tej tablicy cementowej, spoza tej zbroi kutej w spiżu polskiego patriotyzmu.  Ale czy to wszystko mogłem zrozumieć? Czy tylko przeczuwałem?

Czytałem tygodniowe zapiski “Dziennika” Andrzejewskiego w „Literaturze” Putramenta. Ale przecież mimo, że wolno mu było dziecinny prawie spór o ‘wielkość” z Miłoszem prowadzić – nie wolno mu było odbrązawiać tego nacjonalistycznego puklerza Baczyńskiego z Powstania Warszawskiego.

A pisał o tych sprawach mądrze bardzo młody badacz literatury onegdaj, wczoraj ledwie, w sierpniu 2019, Piotr Sadzik na łamach polskiego Newsweeka. Odłożyłem ten jego artykuł, by kiedyś wrócić. Ten jego tekst mi o tym przypomniał. Więc wodze fantazji spuściłem lekko, i dałem się samemu na ten spacer warszawski wybrać. W czasie i przestrzeni.

W latach 80. byłem w gościnie u Kota Jeleńskiego, mieliśmy długie rozmowy. Ale nie o Baczyńskim. To były lata 80. przecież. Tyle się działo w naszym, polskim świecie.  Tyle tematów bieżących. Trwała też właśnie wielka wystawa retrospektywna Leonor Fini, jego żony.  Były rzeczy ważniejsze. Jak zawsze w życiu. Wkrótce po moim wyjeździe z Paryża, Konstanty Jeleński zmarł. Już z nim nie porozmawiam. I czy jest mi to potrzebne i czy on więcej wiedział? Chyba tak.

Te hufce narodowe, te sztandary, te puklerze ciągle kładą się cieniem długim na pamięć i znajomość osobowości twórców kultury polskiej. Nie osobowości twórczej (te łatwiej badać w oderwaniu od rzeczywistości) ale twórcy właśnie.

Przecież i mnie, bezwiednie i bez trudu prawie, te puklerze, te napierstniki nacjonalizmu nałożono. Tez zatruto nimi moją młodość. Tak, jakby słowo patria musiało się łączyć ze słowem oszustwo lub milczenie.

Więc na moją, prywatna potrzebę, taką sobie arabeskę stworzę, skomponuję. Z rzeczy i spraw, których fragmenty znamy i rzeczy i spraw, które przeczuwamy jedynie. Będą w strojach baletowych tańczyć w tejże arabesce-choreografii i młodzi Baczyńscy i Jeleńscy, i „Zośki” z „’Rudym”, będzie wirować z wiankiem na głowie Narcyza Żmichowska, a nawet Marysia Konopnicka, będzie Andrzejewski z Gombrowiczem i jeszcze Białoszewski podpity. Za nimi cały zespól taneczny prowadzony przez Stasia Szymańskiego i Wacka Niżyńskiego.  Wszyscy będą młodzi, chłopcy ledwie. Muzykę napisze oczywiście dwudziestoletni Chopin. Czy przejdą korowodem roztańczonym, roześmianym z Opery Narodowej do Parku Ujazdowskiego?  Naturalnie! W końcu to moja arabeska. Kobiety będą w spodniach tańczyć i kapeluszach z wielkim rondem, a młodzi mężczyźni w tutu romantycznych, z tiulu białego.

Niech tych innych chłopców, tych narodowych, aryjskich, czystych, krew zaleje, gdy na ten kolorowy korowód patrzeć będą. Oni się już przez wieki  napili wystarczająco dużo cykuty zapomnienia, oszukania, zakrywania, fałszowania. I nas nią poili. Czas na tutu. Czas na spacer z Batorego do Parku Ujazdowskiego. Tym razem już nawet nie pod pomnik Gladiatora, a prosto pod kształtną figurę ‘Perseusza’ Gruyera. Niech się niewinne przyjaźnie i romanse platoniczne rumienią bez kolczugi kłamstwa.

Old Poland – building blocks of modern Europe

text by B Pacak-Gamalski; photographs of Jola Drozdzenska and B. Pacak-Gamalski

  • Warsaw, J. Drozdzenska, 2020;
  • Wroclaw, B. Pacak-Gamalski, 2018
  • Lublin, J. Drozdzenska, 2020
  • Wilno, B. Pacak-Gamalski, 2018

Henrik Ibsen, great Scandinavian play writer, said “A thousand words leave not the same deep impression as does a single deed”. In ensuing years, the sentence become known as “a picture is worth thousand words’.  Perhaps not always true or oversimplified (as any popular sayings) – it does hold popularity and often serves its purpose.

Many of you have become familiar with my own likes of using camera to build an image of place, happening or even a feeling of familiarity, something that touches our common memory or imagination.

So let me take you on a journey of four cities in present or former Poland, which have a tremendous effect on shape of Central and Eastern Europe in the past one thousand years.

First Warsaw (Warszawa in Polish), capital of Poland since XVI century, when moved there from Cracow, the old capital. Then Lublin – very old  and definitely not large city, in the last 300 years slightly forgotten and not as prominent as before. Wroclaw – very old and powerful city in Lower Silesia of early Poland, than equally powerful city of kingdoms and empires of Bohemia, Hungary, Austria and Germany. It returned to Poland in 1945. Wilno (Vilnius in Lithuanian) – originally an old capital of Duchy of Lithuania, than Polish major city for hundreds of years in northeastern part of the Kingdom.  Since 1945 become again capital of modern independent Lithuania.

These cities, perhaps (apart from the medieval city and first Polish capital of Cracow) more than any other, shaped or witnessed for hundreds of years the type and extend of borders and policies of major powers of Europe until the end of XVIII century.

Once Christianity and Papacy become the force that created what is known today as Europe, a new era begun on this continent. It lasted for hundreds of years. And is still visible and recognizable in today’s European states and alliances. After all, the EU (European Union) is nothing more than re-emergence of old goals of early Western Christianity Europe of Holy Empires, popes, Christian dukes and kings. No, it no longer adheres to Papacy and it’s moral or political authority, to a large extend it doesn’t adhere at all to any religious order or vision. It is modern, cosmopolitan and based on equality of rights of its citizen’s, who can pray to any god they wish to or not pray at all. It is secular to the core.  The unity it aspires to project is of cultural, not simply religious, heritage. Cultural and civilizational. But the Europe of first modern states after the collapse of earlier pagan Roman Empire, lasted for more than thirteen hundred years ( approx. until XVIII century). It wasn’t Europe of Italian, French, Spanish, German or  Polish nation states. It wasn’t Europe of nations at all. It was Europe of dynasties, of Crowns. Yes, it is true that most of these dynasties started somewhere, in some very small and concrete territory, were locals spoke one dialect.  But just a stone throw away people were speaking different dialect.  It took hundreds of years for national languages and national mythology to emerge. Of what is Britain today, what is France or Germany, or Poland  was decided by chances lost and won by the dukes and kings. From very few families. Local population had little sway or interest for these families.  Land and opportunity to expand it and keep secured was the major interest. The most decisive years were these between XII and XV century. They shaped or paved the way for today’s states. The monumental three hundred years saw the decline of small, local feudal dukes (France, England and Scotland, Poland) and emergence of powerful Houses:  of France, Spain, England, Scotland, Poland, Germany and Hungary ( for a shorter, earlier period until year 1200 – Bohemia, todays lands of Moravia, Czech and Slovakia and Silesia). In Poland, which was the most powerful kingdom and major driving political force east of Oder and Carpathian Mountains, ruled the House of Jagiellonian kings. Comparable in strength and influence to the Habsburgs, the House of Anjou and Valois, the Bourbons on the continental side and Tudors and Stuarts on the Island.  More or less  all of them intermarried at some time with each other and to a large extend the remaining Royal Houses of Europe (including the –  German in origin – Windsor House of our Queen) comes from a mix of these medieval royal families of France, Germany, Poland and Spain.

But enough of history.  I stop before the ‘thousand words”. Only eight hundred so far.

Warsaw, (Warszawa in Polish) – a city that lies in the middle of Poland, on both sides of main Polish river, Vistula (Wisla in Polish), since 1596 capital of Poland. Frist gallery is the most recent, photographed in last days by North Vancouver’s photographer, Jola Drożdżeńska. Second, from 2018 by the author.

Lublin – old and not a very significant nowadays, but prominent Polish city by the end of medieval period, often Seat of the Sejm (Polish Kingdom House of Commons). In 1413 was a place were the most important (apart from accepting Christianity by early Polish Dukes in 966) political moment of Polish history happened: the Union of two powerful states: Kingdom of Poland and Grand Dutchy of Lithuania. It gave rise to huge imperium stretching at times from Baltic Sea to Black Sea, that lasted until it’s collapse in 1795. (all photos by J. Drożdżeńska, 2020)

Wroclaw (Breslau in German, Vratislav in Czech) – very prominent and old city in Silesia. Originally established and govern by early Polish dukedoms of the Piast dynasty and Bohemian king Vratislaw (hence the name). But from the onset it often changed hands between Polish and Bohemian states.  Since XIV century the city often fell under German Emperors and Dukes; at times even under the rule of Hungarian kings. It was perhaps the most multicultural and multiethnic city in this part of Europe, including an early medieval settlement of Wallons from Belgium.  By the end of XIV century the Polish Kingdom lost practical and even legal control of the city and it became part of Hapsburg’s Empire, followed much later by Prussian rule. Since 1945 it is part of Poland again. No other city in Poland (perhaps with the exception of Gdansk on the Baltic Sea) symbolizes the early European mix of cultures, feudal interests and intersections of major political cooperation and wars, as Wroclaw. (photos by B. Pacak-Gamalski, 2018)

Wilno (Vilnius in Lithuanian) – the only city in this story that is not a part of Poland today, but returned , as its capital, to independent Lithuania in 1945. It’s here because one can’t even begin to talk about Polish Kingdom by the end of medieval epoch and the great dynasty of the House of Jagiellons without that city. It is, after all, from here that the great European dynasty of Jagiellonans emerged after signing first a personal union (1385), and then full union of two states unification: Polish Crown and Lithuanians Grand Dutchy. And, as Wrocław far to southwest border of Poland, Wilno was, through most of its days in the Polish Commonwealth and the Second Polish Republic (1918-1945), an amazing mixture of cultures, religions, even civilizations (starting with two very different types of early division of Christianity – Orthodox (Constantinople Eastern Roman Empire) and Roman Catholic (Western Holy Roman Empire).  In times it became important centre of Jewish faith and studies;  protestant Christianity (mainly Calvinism), there were pockets of Tatars and Muslim faith. You name it – it was European Toronto of late Middle Ages.  (photos by B. Pacak-Gamalski, 2018) 

By the XIX century the old Europe of multinational dynasties, for all practical reasons, was gone, replaced by national, ethnic states. The final ‘nail to the coffin’ of the old Europe, was the I world war. But the shape of these states, the language and mythology of these national states was formed by these dynasties and the old Europe.

Church towers

by Bogumil Pacak-Gamalski

In my very early youth, what would you call now teenagers’ age, I had a mythical place I have never been before but new very well.  Wilno or as Lithuanians call it, Vilnius. It has a very strong connection to Polish history and identity (which, of course, doesn’t take anything away from the rightfully special connection it has with Lithuanians, the founders of the city in late medieval period) but it has also very strong and immediate connection in my own family. On top of that, two of my most cherished – at that time – national heroes were, in many ways, identified with that magic city: great romantic poet Adam Mickiewicz and founder of modern Poland, Marshal Joseph Pilsudski.  Wilno was often called a Rome of northern Europe, as it was built on seven hills surrounding it. It was also called a City of Churches.  And it still remains one. Wherever you go in the proper, old Wilno, you can see  church towers. In a way, if you don’t know the city very well, you could be advised to study pictures of its churches and then just look around for a familiar church tower and you will know where you are.

We wczesnych latach nastoletnich Wilno było moim magicznym miejscem na długo za nim mogłem tam po raz pierwszy pojechać.  Z wielu względów: duża część rodziny z tym miastem miała swoje silne związki, nie było chyba szerszego spotkania rodzinnego, gdyby coś o Wilnie się nie mówiło; Mickiewicz i Piłsudski: dwóch moich wtedy bogów prawie a ani o jednym ani drugim trudno cokolwiek mówić bez wymieniania tego grodu Giedymina; no i naturalnie silny, atawistyczny niemal bunt przeciw moskiewskiej okupacji Wilna (tak przez całą młodość traktowano odebranie Polsce Wilna po Jałcie w moim środowisku, nie wiele się wtedy mówiło o Litwie, bo każdy z nas wiedział, że ani Ukraina ukraińska ni Litwa litewska, no i w 13 letniej patriotycznej, anty-partyjnej łepetynie nie pojawiała się nawet myśl, że Litwini nie chcieliby dalej kontynuować tego cudownego związku Rzeczypospolitej Obojga Narodów…).

A Wilno to mili moi Miasto Wież Kościelnych. Nie potrzeba mapy, wystarczy pooglądać album zdjęć kościołów starego Wilna a mowy nie ma zagubieniu się na dłużej (co po prawdzie wyjątkowo łatwo w wijących się zaułkach, wąskich uliczkach i licznych bramach): w perspektywie ulicy lub za pierwszym zakrętem zawsze zobaczysz jakąś wieże kościelną lub cerkiewną. Zdjęcia poniżej z mojej ostatniej wizyty w 2018.

But if Wilno churches represent northern gothic (St. Ann’s church is a an absolute gem of this architecture) and Polish renaissance and baroque – opposite is true to Nova Scotia sacral architecture.  But Nova Scotia, as Wilno in Lithuania, is truly a province of Church Towers.  No (with a very few special exception in Halifax, Pictou, Mahon Bay) classic examples of gothic, baroque or any other very specific period.  Nova Scotia’s churches are local, pastoral style.  Modest or even poor, full of warm and humility.  Like it’s early settlers, be it French or Scottish, Anglo-Saxon or from Holland and Germany. Not to mention exceptionally poor black settlers from XVII century onward.

No matter which route you take while travelling through this province – one of the first sites you will notice is little churches, usually on a little hill. Often white, wooden or simple masonry. They look like guardians of the village, town.  They are as silent keepers of the history of this place since European settlement. Mostly catholic (old French settlements), protestant (Presbyterian , Episcopalian, if from Scotland or Lutheran and Calvinistic if from continental Europe) and Baptist if in Black settlements.

Jeśli Wilno to północny gotyk, renesans i specyficzny barok Wielkiego Księstwa, o tyle architektura kościółków Nowej Szkocji nie ma z tym nic wspólnego. A jest tu ich masa. Każda osada, wioska, miasteczko posiada takie, widoczne z daleka, klejnociki lokalnej architektury sakralnej. Mówiąc po porostu: wiejskie kościółki. Urocze, stare, zadbane. Na ogół drewniane i większości malowane biała kredą. Są naturalnie wyjątki w Halifaxie, Pictou czy Mahon Bay, gdzie pokaźne budowle kościelne maja specyficzny i konkretny styl architektoniczny – ale reszta tej pięknej prowincji to właśnie one, te wiejskie kościółki są ciekawym i ciepłym miejscem turystycznej atrakcji. I zbiorem lokalnej historii. Więc bardzo polecam zatrzymania sie w podróżowaniu i obejrzenie ich dokładne. Warto. Zdjęcia poniżej to tylko nieliczne przykłady tych budowli w Halifax, Dartmouth, wzdłuż wschodniego wybrzeża w kierunku do Cape Breton, Mahon Bay i Lunenburgu na południu i z Middletown na zachodzie.