Rozmowa z Tobą

Bogumil Pacak-Gamalski

Synopsis in English: this is my Talk with my husband, who took off to the stars last November. As it touches to the core of my emotions, my soul, it is in Polish. The language of my most inner, most basic, child-like essence. Language of my childhood. An age, when we do not know proper expression of emotions. When we show them as they appear to us, not to the outside world.

I remember (with a warm smile) that sometime, while having long talks with John, he would interrupt me suddenly and said laughingly: you do realize that you just started speaking in Polish, don’t you? In short the ‘Talk’ is a copy of my actual talk with him a week or so ago, while I went to visit Dollar Lake Park. Place we went together on our lat longer travel, while he was already very sick and weak. I re-traced all the spots we stopped there, where we were sitting, what we were doing. What were we saying. Thus a strange letter-conversation started. First as my plea of help in finding myself in the empty world without him. Later, as I continued that talk at home, it lead me to deeper memories, to explaining, who he was; how we become to be. That lead to difficult times, sad times, and happy times. I will probably continue that talk some more, at another time. Maybe than, I will find the answer to my original question: what should I do? How should I live without his physical presence? It also explains his personal uneasy relations with our new home in Nova Scotia. Home that never become a home, despite the fact that it is the ancestral home of his family. The answer in many ways, as I see it now, is buried in the memory of his mother, Leona, and her untimely death here many years ago. An event that very much left a permanent scare in his heart.

BB

Maj 27. Dzień okrutny[1]. Więc pojechałem tam. Na naszą ostatnią wycieczkę daleko poza  miasto. Gdzieś w Dolinę[2]. Starą, wąską szosą Old Guysborough Road przy południowym końcu pasa startowego lotniska, wijącą się dalej wśród lasów, małych osad, farm. Do zagubionego w tych lasach uroczego Dollar Lake.

Tym razem nie zgubiłem zakrętu jak wówczas, kiedy musieliśmy nadrabiać blisko 30 kilometrów. Słonecznie, prawie upalnie, jak wtedy. Woda jeszcze mimo to zimna. Cóż – teraz jest maj, a wtedy był koniec lata, wszystko było rozgrzane. Pewnie bym popływał mimo to, gdyby nie ta przeklęta ułomność, którą mają  mi za dwa tygodnie zlepić-zszyć. Tak, tak. Ta sama. Wtedy był dopiero początek tego. Jeszcze przecież pływałem, drapałem się po skałach.  Teraz nici z tego. Nie martw się, nie szkodzi – zreperują w końcu. A i tak brodziłem po brzegu, wlazłem aż poza kolana.

Siadłem na każdym kamieniu, zatrzymałem się przy każdym miejscu, gdzie siedzieliśmy razem. Pojęcia nie masz, jak brak mi Ciebie. Dniami, nocami, rankiem … . Ale na nic bym tej naszej ponad trzydziestoletniej drogi nie zamienił. Mieliśmy, Najmilszy, przygodę, która nielicznym wygranym się zdarza. Łut szczęścia? Ręka boska? Nie wiem. Byłem szczęśliwy. Czasem nawet i bosko się czułem. Wiec może. Pojęcia nie mam, co knują na tym Parnasie i na Synaju ci bogowie. Ty nawet nie chciałeś się nad tym zastanawiać. Moje wieloletnie walki z tym, męczarnie intelektualne i emocjonalne – dla Ciebie były krótką konstatacją: jeśli jest lub są, no to są. Jeśli ich nie ma – to nie ma i koniec.  O czym tu myśleć?

Byliśmy tak różni. I to było fantastyczne. Co dla mnie było godzinnymi dyskusjami, sięganiem po długie traktaty filozoficzne i jeszcze dłuższe korytarze literackich analogii – dla Ciebie było krótkim potwierdzeniem rzeczywistości: jak jest zimno, to trzeba się ciepło ubrać. Ci, którzy uważają, że rzeczywistość jest tylko filozoficznym konstruktem mogą ubierać się zimą w krótkie spodenki i podkoszulek.

Uczyliśmy się od siebie. Wielu rzeczy. Ja Kanady i country music z Patsy Cline i jej przebojem „Crazy” , kanadyjskich Joni Mitchell i Gordona Lightfoot; Ty ode mnie Europy i moich miłości estrady: Edith Piaf, Aznavoura, Demarczyk.

Było nam dobrze. Nawet wtedy, gdy bywało źle. Może właśnie to, że było nam dobrze, było najważniejsze wtedy, gdy było źle. Bo gdy jeż źle kiedy jesteś sam, wtedy jest najgorzej.

Uśmiechasz się, że widzisz, że znowu ‘filozofuję’, bo to przecież takie proste, że nie trzeba wyjaśniać.  Ale ja teraz potrzebuję sobie sprawy proste wyjaśniać . Teraz, gdy nic nie jest proste … .

Pomogła mi, Babycake, ta wycieczka dziś. Pomogła mi nasza rozmowa. Łatwiej będzie te następne kilka trudnych dni przetrwać. Dni brzemiennych w daty, rocznice … . Musze to robić częściej, rozmawiać z Tobą. Co byś chciał abym robił? Zawsze to ja wiedziałem. A teraz już nie. Musisz mi, Kochanie, trochę pomóc. Coś mi w tym moim kompasie, w tej mojej niezawodnej orientacji w kierunkach się zepsuło, przestało działać. Zgubiłem swój azymut.

Kiedyś, gdy okazało się, że wyjazd do Nowej Szkocji był błędem i rozważaliśmy opcje jeszcze jednej przeprowadzki, zasugerowałem miejsca, gdzie moglibyśmy pojechać. Pytałem, które byś wybrał, gdzie byś czuł się najlepiej. I dałeś tą rozbrajającą w swej prostocie odpowiedź: tam, gdzie będziesz ty, będzie zawsze mój dom. Myślałem o trzech miejscach, gdzie moglibyśmy zacząć od nowa: Polsce lub Półwyspie Iberyjskim (może na Balearach) lub w Ekwadorze o umiarkowanym klimacie. Zacząłem rozczytywać się w opisach geografii, warunków społecznych, opiece zdrowotnej tych miejsc. I przyszła ta cholerna pandemia. Okazało się, że świat i ludzie nagle przestali być mobilni. Odwieczna wędrówka ludów zamarła w bezruchu. Gdyby nie pandemiczny bezruch, czy bym zrealizował te plany? Nie wiem, ale myślałem o tym intensywnie, poważnie. Chyba tak, bo dobijała mnie świadomość, że Domu tu, w Nowej Szkocji nie znalazłeś. Co było moją dość zaskakującą obserwacją. Pierwszy raz kompletnie źle Cię odczytałem. Sądziłem, że Nowa Szkocja będzie Twoim Domem niejako automatycznie, w sposób naturalny. Dużo szybciej niż stanie się moim.  Nigdy się nie stała. Dziś widzę bardzo jasno, Babycake, że jedynym Twoim domem tu, było … nasze mieszkanie. Innego nie znalazłeś.  To ja tu się w dużej części zadomowiłem. Lubiłem objeżdżać wszystkie dzielnice, hrabstwa tej prowincji. Odkrywać jej historię, historie jej mieszkańców. Zwłaszcza trudną, a jakże pasjonującą historię Akadyjczyków i Murzynów (najstarszą w całej Kanadzie i ciągle bardzo żywą, aktualną, liczną)[3].

Innym bardzo dziwnym – wówczas – zaskoczeniem był brak Twojego zainteresowania siedliskiem Twoich przodków. Może słowo ‘zainteresowanie’ nie jest tu najwłaściwsze.  Może była to pewna niechęć dotykania przeszłości, lęk przed pamięcią? Byłeś w zasadzie jedynym z Twojego rodzeństwa, którego z Nową Szkocją nie łączyły wspomnienia dzieciństwa. Nawet nie urodziłeś się tu, jak oni. Nigdy nie przyjeżdżałeś tu na wakacje. Z praktycznego i naturalnego punktu widzenia byłeś kalgaryjczykiem. Calgary i jego okolice w Albercie, to był Twój dom, dzieciństwo, dojrzewanie, szkoły, pierwsza praca. Tam poznaliśmy się my i zakochaliśmy z całą dziką pasją wielkiej miłości. A Vancouver i BC były od pierwszego dnia już tylko naszym domem. Nasz dom. Przez długie bardzo lata. Całe dojrzałe, aktywne życie spędziliśmy tam. Tam już ze świadomego wyboru zawieraliśmy przyjaźnie, które przetrwały dziesięciolecia.

Ale nasz wyjazd z Calgary wiązał się też z decyzją Twoich rodziców powrotu do Nowej Szkocji. Do ich młodości, rodzinnej ziemi. Byłeś ‘ostatnim ptakiem’, który z rodzinnego gniazda pod Calgary wyfrunął. W dużym, starym domu na farmie u podnóża gór Kananaskis zrobiło się pusto. Nie było już dla nich sensu ten duży dom utrzymywać. Nawet tradycyjne niedzielne wielkie rodzinne obiady tam – po naszym wyjeździe – już  nie były te same. Zdążyli jeszcze przyjechać przez Góry Skaliste, by się upewnić, że jesteś bezpieczny, że wszystko jest dobrze. I wyjechali nad Atlantyk. Rodziców kochałeś bardzo ale z Mamą łączyła Cię nić wyjątkowa, specjalna. Rozumiałem i czułem to doskonale, bo taka sama łączyła mnie z moją. I stała się tragedia, która pozostała długim cieniem reszty Twojego życia. Tego bólu nie mogłem Ci osłodzić ani zatamować. Na pewno pomogło, że bardzo kochałem Twoja Mamę też. Leona była dla mnie wyjątkowo bliską i specjalną osobą.  Śmiesznie przyznać ale miałem chwilami dziwne uczucie, że zrobiłem jej szkodę niezamierzoną wykradając Ciebie spod jej skrzydeł. Dużo z niej – widziałem w Tobie. Nie często o tym bólu mówiliśmy. Ale wiedzieliśmy, że jest. Bezustanny. Wkrótce po ich wyjeździe Leona ciężko zachorowała.  Na bezlitosną i bezwzględną chorobę. Śmiertelną. Wiedziałem, że musisz tam pojechać. To nie ulegało najmniejszej kwestii. Nowa praca jeszcze nie na stałe, nowe życie – musiałeś wszystko odłożyć i jechać do mamy. Zrobiłem wszystko, co mogłem byś przez chwile nawet nie myślał, że może ten wyjazd nie jest w tym momencie naszego życia najważniejszy. Bo był najważniejszy. Nie mógł nie być. I poleciałeś pierwszy raz w swoim życiu do Nowej Szkocji. Do Pictou, tego rodowego gniazda waszego klanu. Byliście jedną z tych rodzin, która przybyła tu pierwszym żaglowcem ze Starego Kontynentu, ze Szkocji[4]. Następne  kilka miesięcy żyłeś w zasadzie w małym szpitalu w pobliskim New Glasgow. Do domu w Pictou wracałeś na noc, czasem zgodziłeś się pojechać na obiad. Czasem zostawałeś w szpitalu na noc. Sytuacja nie polepszała się a pogarszała. W pewnym momencie mama straciła mowę, nie reagowała na kontakt z nikim. Bałem się o Ciebie. Nie, nie przyszło mi przez moment do głowy namawiać Cię do powrotu. Musiałeś tam być. Ale bałem się o Ciebie. W tym samym  czasie do Vancouveru przyjechała z Polski moja mama. Na stałe. Była jeszcze trochę zagubiona, z mniej niż podstawowym angielskim. Ale musiałem do Ciebie pojechać. Bałem się, że nie znajdziesz tyle siły w sobie. Wytłumaczyłem swojej, że muszę tam pojechać. I tak znalazłem się po raz w pierwszy w Nowej Szkocji. Przyjechałeś po mnie samochodem z Pictou. Pierwszego wieczora ‘wypędziłem’ Cię ze szpitala zmuszając żebyś pojechał do domu na obiad. Ja zostałem z Leoną. Miałem jej sporo do opowiedzenia. Patrzyła w sufit, nie reagowała. Siadłem tuż przy jej głowie i długo jej wiele rzeczy mówiłem. Powoli, wyraźnie. Zakończyłem przyrzeczeniem żeby się nigdy nie martwiła o Ciebie, że nigdy nie będziesz sam. Do mojego ostatniego tchu. Pierwszy raz spojrzała na mnie z uwagą, jakby zmuszała się do poznania mnie. Poznała. Starała się coś powiedzieć, lekko ścisnęła mi rękę. Nie mogłem zrozumieć słów, bo były bardzo niewyraźne, urywane, chropowate. Następnego dnia miała wielu gości, rodzinę i przyjaciół. Z trudem ale mogła już się z nimi porozumieć.  Nigdy nie będę wiedział czy było to skutkiem mojej rozmowy i przyrzeczenia, jakie jej dałem, czy też po prostu nastąpiła poprawa i okres regeneracji. Po kilku dniach przywieźliście ją z tatą do domu, dostaliście specjalne łózko, gdzie mogła spać. Była u siebie. W gronie kochanych, u siebie. I stałe wizyty siostry, brata, kuzynek i kuzynów.  Wróciłem do Vancouveru.

Byłem o Ciebie spokojniejszy. Nawet wówczas, gdy – mimo niespodziewanej poprawy – straszna choroba upomniała się bezwzględnie o cenę tej chwilowej poprawy.  Kiedy Leona odeszła.

Tamten czas nałożył ten długi cień na Twoje życie. Myślę, że właśnie dlatego wizyty nasze w Pictou, z ostatnich lat już tutaj, nie były dla Ciebie przyjemne. Że te miasteczko nie kojarzyło Ci się z niczym innym tak silnie, jak z tamtym strasznym czasem. Nie znajdowałeś tam uliczek dzieciństwa, znajdowałeś uliczki smutku i bólu, jaki wtedy tam odczułeś.  Czasu straty.

Nie chciałem i tego wszystkiego w tej rozmowie poruszać. Miało być o naszych podróżach. Naszym szczęściu bycia razem.  Ale to była tak ważna część Twojego – a przez to i mojego – życia, że jakże pominąć ją milczeniem?  Wszak za to, że byłeś taki właśnie a nie inny też Cię kocham. I kiedy myślę o Twoim smutku, to mniej ważny wydaje mi się mój. Rodzi się znowu potrzeba troski o Ciebie. Objęcia ramieniem, przytulenia, ukojenia Twojego smutku. Moje sine qua non.


[1] tego dnia odszedł John.

[2] Dolina (Musquodoboit Valley) – tak określa się w środkowej Nowej Szkocji obszerne tereny lesisto-farmerskie na północ od Halifaksu, między Eastern Coast (Wschodnie Wybrzeże) a szosą Nr 2

[3] historię Murzynów w Kanadzie, zwłaszcza w Nowej Szkocji, opisałem na swoim Blogu w lutym 2020 (https://kanadyjskimonitor.blog/2020/02/04/historia-murzynow-kanadzie/)

[4] na statku ‘Hector’ w 1773 przybyły tutaj 23 rodziny i 25 niezamężnych mężczyzn ze szkockich Highlands – tylko jedna osoba mówiła po angielsku, reszta posługiwała się jedynie gaelickim. Tak powstało miasteczko Pictou.

IT

The day is, the day is, today is …

it is, it is cold, it is foggy, IT is …

like my soul, is soulless. IT is.

Went for a walk with IT sitting

like a bird on my shoulder.

There was no wind. Like IT,

the air was motionless, silent.

The date is coming, the date,

that changed everything. IT came

and took my soul. It was a cold day,

end of November. A month that

starts with the Day of All Souls and

ends with no souls, ends with IT.

I still go through the motions

of living, I go for walks, I raise

my head to watch the stars,

cook dinners for no one,

stare at the walls watching IT

moving slowly across like a spider.

I still write, read books halfway

only, to the point that I realize – and

I always do – that it is the same

story over and over again. Writers

have to write something, despite

the fact that everything was said,

 everything happened at some time.

The Epilog ends with IT. The last vowel,

the last syntax is perfectly broken up.

IT is.

B. Pacak-Gamalski, May 24, 2023

Terrence Bay

Bogumił Pacak-Gamalski

Tylu ich na tych skałach Północnego Atlantyku,

w tej zimnej wodzie, zginęło tego dnia .

Płynęli paro-żaglowcem zacząć nowe życie

w Nowym Jorku. Przygodę życia.  

W poszukiwaniu lepszego. W oczekiwaniu.

Marzeniu.

Młodzi, starzy, dzieci. Samotni i pary kochanków.

Nie dopłynęli. Nie zaczęli.

Pozostali tu, na małym cmentarzyku

w małej biednej osadzie rybackiej w Nowej Szkocji.

Terrence Bay. Blisko skalistej trasy wędrowniczej

miedzy Zachodnim i Wschodnim Pennant.

Widzę stąd, po drugiej stronie zatoki, tamte skały.

Zabierałem cię na długie wędrówki po tych wysokich gołoborzach

nad szalejącym w dole oceanem.

Lubiłeś te wędrówki.

Teraz stąd, po tej stronie zatoki, widzę wyraźnie

wysokie białe klify jej końca. Gdzie kosodrzewina

żyła śpiewem ptaków, które znalazły tam bezpieczny raj

kryjący małe łączki borówek, jagód i poziomek.

Zbierałem je i wsypywałem z dłoni w twoje usta.

Z dołu, dochodził huk rozbijających się o skały fal.

Pod koniec trasy, skąd było właśnie widać Terrence Bay

(wówczas nie wiedziałem. że tak się ta zatoka nazywa,

a osady stamtąd nie było widać – po prostu niekończąca się

potęga wody, skał i dziesiątki mniejszych i większych wysepek).

Nigdzie śladu człowieka.  Tylko ty i ja.

Dziś pierwsza moja samotna wycieczka.

Pierwsza od czasu, gdy cię nie ma.

Wycieczka, na którą nie mogłem cię wziąć.

Mimo, że ciągle, nieustannie jesteś ze mną.

 Ale nie mogę podać ci dłoni, gdy wdrapujemy się

 na skały, nie mogę się o ciebie oprzeć,

gdy siadam na kamieniu i patrzę w morze.

Nie mogę zebrać dla ciebie jagód i poziomek.

Patrzę długo siedząc nad morzem w Terrence Bay

na tamte skały, pod drugiej stronie zatoki.

Może jeszcze gdzieś tam zostałeś, przysiadłeś

na kamieniu? Gdybym zobaczył, to jak bym

dopłynął przez tą szeroką, zimną zatokę, jak bym

mógł wdrapać się na te ostre, pionowe klify,

jak uniknął porwania przez rozbijające się o nie

nieustannie wielkie grzywacze atlantyckie?

Ale nie widzę, nie mogę cię dopatrzyć.

Za daleko, by dostrzec maleńka sylwetkę człowieka.

Wstaje i idę na małe wzgórze porośnięte rachitycznym

 ale gęstym laskiem. Na szczycie drewniany kościółek,

gdzie pochowano we wspólnym grobie ponad pięćset

ofiar tej katastrofy morskiej w 1873.

W lasku zagubione stare mogiły, resztki grobów

drewnianych, niektóre zachowane w całości

murowane, kamienne. Tak, miedzy drzewami, krzakami,

bez alejek. Ale pamiętane, ktoś ciągle przynosi tu kwiaty.

Na małym cmentarzyku, ponad dwieście kilometrów stąd,

ponad wodami Pictou Harbour są twoje prochy u stóp rodziców.

Byłem tam niedawno. Postawiłem metalowy kwiat. Lilię.

Zatoka w Pictou jest spokojna, bezpieczna. Nie ma wysokich

skał ani potężnych grzywaczy rozbijających się o nie.

Mieliśmy tam spędzić zbliżającą się starość.

Naszą ostatnią wielką przygodę. Nowe życie.

Marzenie.

Jak tych pięćset sześćdziesiąt dwa z S.S. ‘Atlantic’.

Walk in the forest and opera

Bogumil Pacak-Gamalski

I’m in the woods, surrounded by trees. The sun filters through the leaves, creating a dance of light and shadow. The breeze caresses the branches, making them sway. They talk between themselves in the rhythm of that sway. The air is fresh and warm, but not too hot. It’s a perfect day … or it could have been.

But I’m not here to enjoy the scenery. I’m here to find you. You ran away from me, and I don’t know why. You didn’t say a word, just took off into the forest. I followed you as fast as I could, but you were always ahead of me. I called your name, but you didn’t answer. You didn’t even look back.

From the radio in my car I listen to Puccini’s La Boheme from Metropolitan Opera in New York. Last act. In Latin Quarters in Paris, the streets are dirty, buildings poor and cold. As the residents there. Clochards, cheap women and cheaper wine, poor artists (the bohemians). Little Mimi, overcome with consumption, is brought by friends to cold apartment rented by her lover, Rodolfo. She lays in bed but gathers her strength and sings to him about her love. Rodolfo responds with the same emotions. They sing together. Her singing brings hope to her lover. He starts to believe that Mimi will live, his hope gathers strength. But Mimi is dying. Hope and love can’t escape death.  

The terrain is rough and uneven. The ground is covered with dead wood, roots and rocks. I’m not as agile as I used to be. I’m not a young buck anymore, confident in my strength and speed. I stumble and fall, scraping my hands and knees. I get up and keep going, hoping to catch a glimpse of you.

But you are nowhere to be seen. You are hiding from me, or you have already gone too far. You are out of my sight and out of my reach. I don’t know where you are, or if you are safe. I don’t know what you are thinking, or what you are feeling. I don’t know if you still love me, or if you ever did. If you did, why can’t I find you in this forest, why are you hiding from me? Why have you forsaken me, my lover? Why you didn’t give me a chance to say goodbye. Why I didn’t know that the kiss was our last one? Have I known it, maybe I would have kiss you a moment longer, a second longer. Now the second , that precious moment is taken away from me. I don’t ask for much. Not for a year, nor a day even, or hour. Just that one second. Please come out from your hiding in this forest. Let me have that second.

The radio plays the sobbing anguish of Rodolfo in the final moments of last act of La Boheme. The curtain fells down.

Alors – encore une fois, s’il vous plaît

by: Bogumil Pacak-Gamalski

These words often came to mind, seriously and in a playful mode, during my last Saturday visit to venerable Music Conservatory in Halifax.

First of all – finally something different than baroque music that seem to be in a bloodstream of Maritime musicians (or Cecilia Concerts –   most popular,  almost singularly exclusive organizer of  musical performances). Who doesn’t love Vivaldi and Bach? We all do! No, not so much. Not all and not all the time, anyway. Specially in my case. The same canons and styles repeated thousand times with slightly different arrangement and these funny rococo dresses, white powder and astonishing wigs  – could make you bit nauseating  … .

Halifax venerable Conservatory of Music

No this time, no. That was the music at its most glorious times. The times of Beethoven and Brahms. An ornamental intermezzo with less known (for a good reason) English composer Frank Bridge separated the German giants of great music. Immortal music. 

Whenever I am in Berlin and walk through the Tiergarten (Berlin’s Hyde Park), I like to go and sit on bench near the monuments of German’s giants of music: Haydn, Mozart, Beethoven. Only a short distance further is monument of Wagner. Never saw any of Brahms in Berlin. His famous and wonderful monument is in Vienna and modern, symbolic style sculpture in his native Hamburg –  that one I have seen many times as it is located just a stone throw away from my favored walking park in Hamburg – Planten un Blumen.  But enough of cities, monuments and parks I like to walk in. Back to music. In Halifax, not in Germany.

Let’s start with absolutely wonderful and musically very mature Gryphon Trio of Annalee Patipatanakoon (violin), Roman Borys (cello), Jamie Parker (piano). With addition of equally talented and very energetic  Ryan Davis (viola) it made brilliant quartet.

It is such an immense pleasure to listen to musicians, who effortlessly play with such unison and harmony! Each could be and indeed is a soloist in her/his right. But as member of an musical ensemble they become one. All the strings combined sounded like they were played by one soul with many hands. No unnecessary showmanship but unity in sound, tempo and tone.

Pianist Jamie Parker and his style of playing was very familiar to me. By no accident, of course. Parker studied in Vancouver under the tutelage of no one other than Lee Kum Sing. I recalled many long chats with Lee Kum Sing about his method of preparing young pianists to stage career. And the many traps and very insidious mannerism that lurks for musicians hungry of applause.  In early middle and conservatory level musical schools, teachers tend to tech how to play an instrument. But are very oblivious to the teachings of public expressions and stage unforgivable atmosphere. It is only in later years, if they are lucky enough, that they might found someone, who would teach them that. Someone, who has a stage/soloist experience. Typical music teacher in a conservatory or even an university is good theorist, good musician – but failed or couldn’t even begin a soloist career. It takes stamina, courage, perseverance and clear vision to become one.

In Halifax Conservatory the  hall was full. I was pleasantly surprise that a large section of the audience was below the typical here custom of silvery hair covering age of substantial life experience.  Not that there is nothing wrong with it. Especially if that composure still hides an eternal youth! No, it simply saddens me often that so many young people avoid such experience of good music. Chances are that if you don’t get that shot early in your life – you will never discover the beauty of so called classical music (I despise the term myself – music has only two genres: good and bad, period). And it is, for most part, a good music. Music that expands your horizons, your emotionality.

Anyhow – my luck this evening resulted in choosing my seat – between two empty seats. Alas, empty not for long. Just before the music started playing – two very young men sat on both sides of me, LOL. Probably below the age of twenty. 

Music. How to begin? A good suggestion would be: play most likely the absolute god of all music. The incomparable Ludwig van Beethoven.  And why not a composition, when The Great One was founding his totally unique, own musical style. The Piano Trio No.5 in D major, opus 70.

That composition (also known simply as a “Ghost’ – often combined with Macbethian origin) is superb on many levels. And is has been many years since I heard it full in a concert hall.

They began. The strings play the Allegro vivace wonderfully. Every note is essential, not replaceable.  The cello seems to lead dancing guests, the tempo and direction of the troupe. You can see the dancing group of guests in some forest, some meadow.  Very diminutive, quite sound of piano is somewhere, far away, only in moments yet it seems so constant. The sound of air around.

Then comes the Largo. Totally different in every aspect from I and 2 part. Ghostly indeed. My mind for split second jumps to memory of Ravel’s ‘Gaspar the la Nuit’.  Naturally, my comparison would have been absolutely alien to Beethoven as he died many years before Ravel composed ‘Gaspar’.   But the atmosphere is there. Specially in the piano parts. The piano plays here the leading part, the strings follow.

Presto returns to the happy  yet,  majestically vibrant procession like in Allegro, albeit in different melody and  more robust tempo.

After that trio I was sold fully. Uncanny-funny  side note: large city surroundings offer sometime surprises even for much more solid stages. It did during this concert in a perfect moment – during Largo. Distant noise of flying nearby helicopter.  I noticed some listeners were petrified. I found it very amusing and … interesting. In Largo, that distant monotonous sound was like a military drums of funeral march.  It fit the music very well.

After a short intermezzo the stage is taken by our pianist and the youngest but not lacking in talent, viola soloist, Ryan Davis. They both played a two short pieces of British composer from the turn of XIX and XX century, Frank Bridge. Bridge was , at his time and place, very well-known player of viola. These two compositions (Pensiero and Allegro Appossionato) are a good testament of his knowledge of the instrument. I see it mostly as an ornamental music, what we would call today: popular music. And I am sure it was popular in London’s salons of that time. It certainly allowed Davies to shine as an exceptionally musical viola player. In Allegro he was brilliant.

In music, the term pensiero  would be closer to largo in character and meaning. It represents  a heavy, uneasy thought, longing. The most brilliant representation of it would be, of course, no other than the music of Verdi in his unforgettable choir in NabuccoVa , pensiero, sull’ali dorate . Frank Bridge composition definetly is not sull’ali dorate (… on golden wings). But it is pleasant to listen to.  

Last but by any means not least, comes Johannes Brahms complicated Piano Quartet No. 1 in G minor. Brahms was so absorbed in his own prestige, in his almost neurasthenic fear of not living up to the greatest of greats in music, that he worked on his pieces over and over for years at a time. Changing note here, tempo there or even scale. The end was mostly brilliant composition but, at times (I think) it lacks soul. Music must be a story. A story of epic proportions, human story of struggle: in grief and in joy, despair and happiness.  It is very original construction of musical subjects unfinished, un-ended. As sentence ending many times without a period. Sentence beautiful, nonetheless.

I think that it must pose a challenge for musicians to play it, to find the right pace and continuity. I thought that the Gryphon Trio with Ryan Davies played it splendidly.

You truly start to like it, to have sort of understanding of the music, in the middle of part two (Intermezzo – Allegro) and 3rd part (Andante con moto) brings some continuity and lyrical story to follow, to imagine.

Finally comes Rondo alla Zingarese. One of the most intense finale of the entire period in music. Let me use more precise, elegant terminology:  it is insane, it is crazy. And it is wonderful.  How does it end? It doesn’t! When you are sure that a powerful finale stopped playing and you are just about to jump to your feet with applause – the musicians play another finale, almost identical but not exactly. And again, and again … .

Even if you are not the greatest fun of the serious music – please go once to a concert of Johannes Brahms Piano Quartet N.1 in G-major, op. 25. And if you absolutely can’t stand this type of music – stay away for the first 3 parts – but, for Heaven’s sake, come back to listen to Rondo alla Zingarese.  It will change your opinion of so called ‘classical music’! I guarantee it. You might even scream at the end:  encore une fois, s’il vous plaît !

The Gryphon Trio with Ryan Davis concert in Halifax, April 29, 2023

Chasydyzm i odrodzenie nowej Rzeczypospolitej

Bogumił Pacak-Gamalski (cz. V)

Zakończył się okres Paschy żydowskiej i chrześcijańskiej Wielkanocy, która faktycznie jest niczym innym, jak ostatnią celebracją Paschy żydowskiej przez Jezusa z Nazaretu. Więc czas do powrotu do mojego cyklu o antysemityzmie polskim. Chciałbym już na ten temat w przyszłości nie pisać. Ale bym mógł nie pisać w przyszłości – muszę teraz starać się moje myśli na ten temat ułożyć.

Z notatek spisywanych  w marcu tego roku wynika, że nurtowało mnie to bardzo. Właśnie te pytanie: Czy kiedyś napiszę ostateczną, końcową wersję tej historii? Mojej, polskiej. I ich, żydowskiej, a wszak też polskiej.

I przyznaję, że jest to emocjonalnie wyczerpujące. Nie wiem, może profesjonalny historyk (podobnie, jak lekarz) potrafi okryć się pancerzem obojętnego obiektywizmu, szkiełka i oka. Mnie trudno. Więc wolałbym jednak na tym cyklu pozostać, zamknąć moje szperanie w ciemnych zakamarkach duszy polskiej. Z całą stanowczością jednak muszę podkreślić moją niewzruszoną pewność (a przez to jeszcze bardziej przykrą i nieznośną), że antysemityzm polski nie był/nie jest wyspą odosobnioną. To nie wyspa a olbrzymi kontynent religijnych waśni i nienawiści wszystkich religii Abrahamowych. Ale to już zupełnie osobny i inny temat.

Nikogo prawie już nie ma kto pamięta, kto widział, kto słyszał; był aktorem-ofiarą dramatu. Pozostaną dokumenty, archiwa. Martwe. Dokumenty nie mają etyki, nie płaczą, nie krzyczą. Nie mają też nienawiści, pogardy. Nie są nawet chciwe. To martwe formularze, kartki papieru. Z biegiem lat wyblaknie  z ich stron człowiek. Pozostanie tylko suchy fakt jakiegoś czynu, jakiegoś miejsca, może kilka nic nie mówiących nazwisk, które stracą swą łączność z tym człowiekiem, z jakimkolwiek człowiekiem.

Czy zdążę pojąć co i dlaczego się stało nim ten czas – w tym i mój czas kurczący się – nadejdzie? Wątpię. Ale będę się starać pojąc głębiej, zrozumieć, co do zrozumienia jest możliwe.

Przyszedłem na świat około dekadę od ostatniego pogromu i około dekadę przed ostatnią nagonką. Tą, która de facto unicestwiła marne resztki świata polskich  Żydów istniejące na ziemiach, które zamieszkiwali od setek lat. Wielu rzeczy, osób, miejsc, które były mi kulturowo bliskie emocjonalnie nigdy nie zobaczyłem, nie poznałem, nie dotknąłem. Spóźniłem się o epokę. Pamiętam smutek młodego chłopaka, kiedy przechodziłem  zakrętem małej uliczki przez Plac Grzybowski i mieszczący się tam budynek Teatru Żydowskiego. Zawsze chciałem zobaczyć wielką Idę Kamińską na scenie tego teatru. Nie zobaczyłem. Kamińska dobrowolnie wyjechała z Polski po nagonce w 1968. Teraz nie ma nawet w tym miejscu śladu po tym teatrze. Tym razem już z przyczyny decyzji samej warszawskiej Gminy Żydowskiej, która ten historyczny budynek sprzedała. Bardzo niefortunnej i złej decyzji. To było miejsce specjalne, o wartości historycznej. Za dukata czy miedziaka nie wszystko można kupić. I nie wszystko powinno się sprzedawać … .

Pogranicze, to takie dziwne terytorium ‘ni tu ni tam’, ‘naszych i ich’. Kimkolwiek ci ‘nasi’ i ci ‘tamci’ są. Cechą zasadniczą pogranicza jest biegnąca w jego środku niewidzialna linia granicy: przedziału, podziału.

Świat pogranicza, który nigdy nie wróci. Wielusetletnie pogranicze polsko-żydowskie, które wycisnęło się trwałą i niezniszczalną pieczęcią na historii Polaków i Żydów. Historii Polski. Polskiej i żydowskiej. Bez wątpienia ta historia ma swoją kontynuację (nie zawsze całkowicie świadomą) daleko poza Polską.  W Izraelu, w Nowym Jorku, w Montrealu. Wszędzie, gdzie istnieje żydowska diaspora i gdzie istnieje świadoma swej historii diaspora polska.

W dawnej Rzeczypospolitej szlacheckiej tereny były rozległe, olbrzymie. Więc i pogranicze – zwłaszcza kresowe, stepowe – było szerokie, jak owe niekończące się stepy. Na pograniczu wąskim, gęsto zaludnionym, ta biegnąca gdzieś nić graniczna zamazuje się. ‘Nasi’ i ‘tamci’ stają się coraz mniej różni, upodabniają się, asymilują.  Tak bywało w Polsce zachodniej, nawet centralnej, północnej. Na Podolu, w województwie Bracławskim  i dalej, ku Dnieprowi – przestrzeń była szeroka, mało zaludniona a miasteczka nieliczne i w zasadzie pozbawione specyficznej klasy mieszczaństwa.

Czas tam biegł inaczej. Dramatyczny okres ostatnich dwustu lat istnienia I Rzeczypospolitej wiązał się i z osiągnieciem przez nią potęgi na skalę olbrzymią i początku jej wewnętrznego i zewnętrznego rozpadu. Na dalekich kresach południowo-wschodnich był to też czas nie kończących się wojen i wojenek z Kozaczyzną, z Tatarami, z Turcją. Stabilne więzy administracji państwowej, rozwoju gospodarczego i politycznego rozpadały się, jak wywrócony kosz połatanej przędzy. Był to czas bardzo nieprzychylny dla osad i zbiorowisk biedoty żydowskiej, drobnych rzemieślników i drobnych handlarzy. Czas głodu, lęku. Tak zrodził się mesjanistyczny ruch chasydzki. Ludzi, których określić można  ruchem mesjanistycznym, zanurzonym nie w uczonych i przestrzeganych przez rabinów Rzeczypospolitej zapisach Talmudu, a w Kabale izraelskiej i we fragmentach często niezrozumiałej Tory. Przypominali nieco średniowiecznych mnichów chrześcijańskich wędrujących po grodach i leśnych trakach ówczesnej Europy. Trochę też muzułmańskich derwiszów spod skrzydeł Rumiego i jego oblubieńca, Szamsa z Tabrizu. Niewykształceni, pozbawieni opieki spirytualnej i prawnej, przemieszczali się od osady do osady, jako owi średniowieczni trubadurzy, jak grupy tańczących Derwiszy śpiewając znane im nieliczne hymny Tory i własne hymny radości życia i zespolenia z Jahwe. Ich Pana, który tak, jak z niewoli egipskiej i ich do krainy szczęścia wywiedzie. Dostawali od innych żydowskich biedaków w napotkanych osadach pożywienie, napitek. Ich mesjanizm był ratunkiem przed skrajną depresją, przed codziennością, która ich przerastała ogromem wezwań. Ruch ten w sposób omal nadzwyczajny rozrósł się do nieoczekiwanej popularności i masowości.  Niektórych  z nich widziano, jako osoby nawiedzone łaska bożą, świętych. Niektórzy z nich zaczęli siebie tak widzieć. Typowe procesy ruchu mesjanistycznego. Początkowo, gdy ich sława i mir, dotarły do szanowanych i znanych rodów rabinackich Rzeczypospolitej, ci świętobliwi adepci Talmudu, który stale tłumaczyli i uwspółcześniali nowymi komentarzami – oburzyli się na takie występki nieuczonych w piśmie, na jakieś tańce i śpiewy niczym w szynku a nie w domu pobożnego żyda. Ostrzegano przed nimi, grożono, a samych chasydzkich ‘odszczepieńców’  nawoływano do zarzucenia tych bezecności. Ale było już za późno. Ruch obrósł w siłę i popularność. Znani i szanowani rabinowie musieli się z faktem pogodzić, nawiązać kontakty. Z czasem powstała funkcja cadyka, a nieco później ta funkcja cadyka – podobnie jak tytuł rabinowski – stały się dziedziczne. Powstały rody i grody cadyków.

Mauzoleum Lewi Izaaka, słynnego cadyka z Berdyczowa (XVIII-XIX w)
(fot. by By Shybetsky – Own work, Wkipedia Commons)

Odnoszę wrażenie, że ruch chasydzki doprowadził do większego wyobcowania, szerszej alienacji Żydów chasydzkich z więzów obywatelskich, państwowych. Z więzów emocjonalnych z samą instytucją państwa, w jakim mieszkali. To do siebie ma wszelki ‘mesjanizm’ – nie tylko religijny ale i polityczny, narodowościowy, filozoficzny. Gdy nadeszły czasy walk o niepodległość Polski – te żydowskie miasteczka, osady, które wyrosły na gruncie chasydzkim nie wybuchły patriotycznym uniesieniem rezurekcji tej ukochanej Rzeczypospolitej. W dodatku na ziemiach polskich rozszumiał się głośną zawieją inny mesjanizm – polski, etnicznie polski. Nie, nie ten z czasów Wielkiej Emigracji Hotelu Lambert. Mesjanizm pana Dmowskiego i Narodowej Demokracji i jej bękarta – faszystowskiej Falangi. Te faszystowskie bękarty stały się zresztą modne w całej Europie. Nieszczęściem Żydów polskich był fakt, że w Polsce ich, Żydów, … było najwięcej. Nie bez znaczenia był tradycyjny  antysemityzm większości polskich hierarchów i zwłaszcza szerokiej rzeszy zwykłych księży katolickich.

Przy tym wyobcowaniu, wzajemnej nieufności, lęku z żydowskiej i agresywności z etnicznie polskiej strony – te sąsiedztwo w granicach jednego państwa nie było łatwe.

A były szanse na lepsze sąsiedztwo. Intelektualna i finansowo-gospodarcza elita Żydów polskich była z kulturą polską i państwem polskim emocjonalnie i intelektualnie silnie związana. Nie tylko Żydzi, którzy ulegli pełnej, dobrowolnej polonizacji i uważali się za ‘Polaków żydowskiego pochodzenia’. Również Żydzi ortodoksyjni świadomi swej odrębności kulturowo-etnicznej i chcący tą odrębność zachować czuli się z Polską silnie związani. Czuli się jej pełnymi obywatelami.

Były szanse. Bladły jednak wobec przeszkód. Już podczas Konferencji w Paryżu (gdzie Polskę reprezentował Dmowski i jego Stronnictwo Narodowe) tzw. problem mniejszości żydowskiej napotykał na ostre sprzeciwy strony polskiej. Podpisano co prawda tzw. ‘mały traktat’ dotyczący specyficznie ludności żydowskiej – ale Polacy nawet nie ukrywali, że nie mają zamiaru większości z jego zapisów realizować, podobnie, jak nie zrealizowaliśmy nigdy ustaleń Konferencji Państw Reprezentujących byłe mocarstwa, które przestały istnieć – Austro-Węgierskiego i  Cesarstwa Rosyjskiego   w sprawie Ukraińców. Polska przyjęła w zasadzie opcję tzw. faktów dokonanych. Problemy były też obiektywne. Żydzi nie byli w jakimkolwiek sposób jakąś jednolitą społecznością z tzw. tradycyjnego rozumienia mniejszości etnicznej. Co miałoby o należeniu do takiej ‘mniejszości’ decydować? Wiara? Etniczność? Język (hebrajski? aramejski? czy jidysz? byli obywatele pochodzenia żydowskiego, którzy mówili tylko po polsku)? Nie zamieszkiwali jakiegokolwiek specyficznego terytorium administracyjnego. Ba, zamieszkiwali na terenach historycznie należących do innych mniejszości Rzeczypospolitej (Podole, Wołyń, Białoruś, Wileńszczyzna).  Polska zgodziła się na prowadzenie przez Gminy Żydowskie szkół. Istniały zasadniczo (w zależności od wielkości i zamożności Gminy ) szkoły o charakterze religijnym (tzn. wykładano w nich religię mojżeszową i nauczyciele byli wyznania żydowskiego oraz szkoły generalnie świeckie. Najczęściej były to szkoły powszechne i gimnazjalne (do 7 klasy), były też szkoły gimnazjalno-licealne (do 9 klasy). Wykładowym były języki: hebrajski, jidysz i polski. W zależności od oferowanego programu i stopnia przygotowania zawodowego nauczycieli szkoły, ich świadectwa były formalnie uznawane na tej samej zasadzie, jak szkoły państwowe. Ale nie były opłacane i nie otrzymywały dotacji z budżetu miejskiego  (państwowego) i były szkołami prywatnymi. Stąd poziom ich był bardzo ścisłe związany z zamożnością danej Gminy i danego sąsiedztwa żydowskiego.  Warte odnotowania jest, że podobnie jak szereg polskich szkół państwowych, tak i żydowskie kontynuowały tajne komplety i naukę nawet w czasie okupacji hitlerowskiej. Ostatni tajny egzamin maturalny z Liceum Spójnia miał miejsce w getcie warszawskim w lipcu 1942.  Tylko w samej Warszawie wszelkiego typu i charakteru szkól żydowskich było ponad dwieście. Szkolnictwo wyższe było wyłącznie domeną państwową.  I tu spotykamy od razu poważne wyłomy w demokratycznym , ogólnym dostępie do nauki opartym jedynie na wiedzy kandydata. Wszystkie chyba wyższe Uczelnie w Polsce praktykowały większy lub mniejszy rodzaj rasizmu lub antysemityzmu. I nie mówię tu o wyczynach i akcjach studentów skupionych w szowinistycznych Korporacjach studenckich, zwłaszcza w tych  tzw. ‘młodych’, czyli powstałych w latach Dwudziestych. Mówię o formalnym, uczelnianym antysemityzmie. Przypominam sobie mała książeczkę  kupioną przed wieloma laty, wspomnienia dr. Jana Gellera, polskiego Żyda.

Geller młodość spędził w Krakowie w inteligenckiej rodzinie żydowskiej. W 1924 po zdanej maturze złożył aplikację na Uniwersytecie Jagiellońskim na Wydział Medyczny. Aplikacje odrzucony na podstawie ‘numerus clasus’: na 100 otwartych miejsc tylko 10 przeznaczono dla kandydatów żydowskich. Wyniki maturalne, listy polecające nie miały znaczenia. Tak, jak znaczenia nie miało obywatelstwo polskie. Dzięki uporowi i listowi polecającemu od byłego premiera Polski, przyjęto go na UJ w następnym roku.

W 32 ukończył bakałarz medycyny, w 1934 obronił prace doktorską. Po wiadomości, że zdał doktorat pośpieszył na swoją uczelnie odebrać papiery w Collegium Novum UJ. Niestety, nieświadomie wybrał niefortunny dzień. Dzień, w którym studenci i absolwenci żydowskiego pochodzenia mieli zakaz przychodzenia do najstarszego polskiego uniwersytetu. Co mu dość zdecydowanie wyjaśnili szybko studenci-Polacy … . („Through Darkness to Dawn” by dr. John Geller, Veritas Found. Publication Centre, London, 1989).

Cóż więcej dodać?  Może stronę  tytułową popularnej gazety tego zacnego grodu Piastów i Jagiellonów. Z tego samego mniej więcej czasu, co przytoczone wyżej wydarzenia Jana Gellera.

Link do cz.4

Halifax, Dublin, Ulysses i mewy

Bogumil Pacak-Gamalski

Jest ciepło. No, może nie w tej chwili gdy to pisze. Ale zdecydowanie było ciepło (jak na kwiecień nad Północnym Atlantykiem), gdy działo się to, o czym piszę.

Idę na ‘swoje’ kamienie. Moje kamienie, to takie głazy rozrzucone systematycznie u nabrzeża wąskiej cieśniny odgradzającej stary Halifax kanadyjski od marnego Dartmouth. Ja mieszkam w tymże marnym Dartmouth. W domu nad tą cieśniną, stąd na te głazy regularnie chodzę na spacery, o różnych porach dnia i nocy i roku. Tu, w tej cieśninie wąskiej, tuż obok gdzie chodzę, kiedyś zderzyły się dwa okręty wojenne. Jeden był załadowany prochem i amunicją na front  zachodni I wojny światowej.  Eksplozja była największym wybuchem w historii wojen aż do czasów Hiroszimy i bomby atomowej. W okamgnieniu zniknęły całe dzielnice Halifaksu, tysiące ludzi zginęło.  Gdybym siedział tak wtedy na tych kamieniach – pewnie bym nie siedział długo tylko leciał z fragmentami tych statków, tych pocisków, gdzieś w powietrze. Spory kawał małego działa żeliwnego leży do dziś po mojej strony cieśniny, jakieś kilka kilometrów od mojego domu, koło jeziora Abro, gdzie też lubię chodzić na spacery. Przeleciała sobie tak ta lufa armatnia, jak jaki dmuchawiec pod chmurami.

Ta I wojna , a potem druga, zamieniły tą cieśninę i port w Halifaksie  w jakiś Kanał Sueski w najbardziej ruchliwej dla żeglugi porze dnia i roku. Okręty i statki dostawcze,  łodzie i kutry były tu tak gęsto cumowane i manewrowane, że ponoć na upartego mógłbyś suchą nogą przejść przez cieśninę ode mnie na brzeg Halifaksu. A teraz by trzeba było być dobrym pływakiem i silnym by przepłynąć.  Więc ja jeżdżę przez most. Samochodem. Ale wtedy, no wtedy to było inaczej. Jakby flota Greków płynęła do Troi by zmierzyć się z Priamem.

Na kamieniach mam ulubione miejsce. Głazy tak ułożone, że tworzą obszerną kanapę, niczym w Wersalu. Oparcie na plecy, wałeczek pod stopy, nawet wnęka na wsparcie ramienia. Leżę i gapię się w wodę. Myślę o tej armacie lecącej w powietrzu. A potem myślę o „Ulysessie” Joyce’a.  Widzę obok siebie jego bohatera Dedalusa, Mulligana i Hainesa siedzących przy wieży Martello w Dublinie i spoglądających na  wodę zatoki o kolorze zielonkawego gluta. Mistrz słowa i formy – Joyce – pisze tak silnym dialektem, że ciężko się chwilami połapać o czym oni tam gadają. Nigdy „Ulyssesa” nie lubiłem.  Jest mistrzowsko nudny, jak flaki w oleju. Podziwiać mogę dyscyplinę i warsztat pisarski, chwyt adaptacyjny „Odysei” Homera. Ale, jako czytelnik chce mi się wymiotować. Prosto do tej cieśniny. Może też nabierze koloru tego zielonego gluta, jak chusteczka Hainesa.  

A  lubię literaturę irlandzką. I lubię Joyce’a, jako autentycznego wielkiego modernistę i awangardzistę literatury. Nie lubię tylko  tego akurat dzieła, które uznaje się, jako szczyt jego talentu – „Ulysses’a” właśnie. Dla mnie to tylko ćwiczenia literackie a nie skończone dzieło.

Jakże inaczej pisze współczesny wielki pisarz irlandzki, Callil Toibin. Jego książki kocham.  Czytanie ich to uczta. Ale nie zabrałem ani jednej z nich na ten mój spacer. Szkoda.  Zbieram się więc do domu, zwlekam z tej kamiennej kanapy ( a nie jest to proste z moją niezbyt zdrową kondycja w oczekiwaniu wielomiesięcznym na operację), chwytam mój kijek podręczny, torbę z zeszytem. Spoglądam w niebo. O! Przeleciało coś! A jednak nie, to nie był kawałek armaty. Mewa. Biała z żółtym dziobem. Ciekawe czy mewom, które w wichurach sobie całkiem nieźle radzą (co obserwowałem często nie tylko tu, nad Atlantykiem ale i podczas wielu lat pracy na statkach na zachodnim Pacyfiku), ten wybuch  tego statku z amunicją też szkody przyniósł.

Fog, walk, talk and poetry

Bogumil Pacak

Day of fog. Day of walk and talks with You. Perched above the Atlantic in Lawrencetown in Nova Scotia. Unedited, raw poetry in Polish, simultaneously translated in he same raw form to English. Exactly as many our talks, using words of both languages in the same sentence. Our crazy parlance. Day was nineteen of March, in 2023.

Dzień w opończy mgieł. Rozmowy z Tobą. Zawieszony na krawędzi zalesionego wzgórza, z Atlantykiem w dole i dali. Surowa poezja spisywana równocześnie po polsku i angielsku. Jak nasze wspólne rozmowy wymieszane zwrotami, słowami obu języków. Dzień był dziewiętnasty w marcu, 2023.

Cruel are days of emptiness:

shoe shuffling

washing dishes

cooking dinner

cleaning, laundry…

No, it isn’t true

that it will get better.

You were lying,

when you wrote a note:

you will get used to it,

you have so many passions,

will have time to write more,

have time to travel,

time for your books.

Time?

Time is my worst foe,

most cruel and unforgiving.

In its methodical chronology

of days and nights,

weeks and months.

Yes, I do have a bad day

– and please, don’t tell me

banal wisdoms of life.

They do not stop

the comings of bad days.

Days of empty pages

form wall calendar.

Thinking, understanding in silence,

you approached me and softly

placed your hand

on my shoulder:

go to the shore,

to the beach.

There is beautiful fog.

You won’t be able to see

neither the beginning nor the end

of things and thoughts, of edges.

I was getting ready,

when you reproached me:

but don’t go

to big rocks,

to tall stony giants.

Go to hills

covered by forest,

shrubs and grass.

The rocks are treacherous.

Wilderness of dark forces

and strangulators.

They will whisper

bad words to you,

will lure you with

 tight noose under

the guise of peace.

But forest, meadow and grass

will protect you.

You say that you

want me to come back.

I will drive there.

Will come back to our home.

I am at peace, now.

When no one could,

when I was in a duel

with the world and people,

with giants and dwarfs

(the dwarfs are most dangerous)

– only you could

quell the thoughts,

silence the uproar.

I was in the embrace of thick fog

on the trail of meadows

and pine trees

perched high, above

the sharp edge of land.

Listened to song of sea.

I listened to the sound

of your monotonous goodness.

And came back. At peace.

Okrutne są dni pustki:

szuranie kapciami

mycie naczyń

gotowanie obiadu

sprzątanie, pranie …

Nie, nie prawda,

że będzie lepiej.

Kłamałeś, gdy napisałeś

w zostawionej mi nocie:

przyzwyczaisz się,

masz tyle zainteresowań.

Będziesz więcej pisać,

będziesz miał czas

na podróże,

na książki.

Czas?

Czas jest moim wrogiem

najgroźniejszym, okrutnym

i bezwzględnym w swojej

monotonnej chronologii

dni i nocy,

tygodni i miesięcy.

Tak, mam zły dzień.

Nie powtarzaj mi banalnych

mądrości życia.

Banały i truizmy

nie powstrzymują

tych złych dni

pustych kartek

ściennego kalendarza.

Podchodzisz i kładziesz

mi dłoń na ramieniu.

Myślisz , rozumiesz.

Mówisz szeptem:

jedź nad morze.

Piękna opończa mgły.

Nie widać końca ni początku

rzeczy, spraw, brzegu.

Gdy już wychodziłem,

zatrzymałeś mnie:

tylko nie jedź

na wysokie skały.

Jedź na wzgórze

porośnięte lasem,

kosodrzewiną i trawami.

Skały są zimne, zwodne.

To uroczyska złych

wodnic i dusicielek.

Będą ci szeptać słowa złe,

będą kusić kłamstwem

obietnicy spokoju,

który jest pętlą dusiciela.

A las, łąka i trawy

obiecują, że wrócisz

z ich ścieżek.

Tam więc pojadę,

gdzie mówisz. I wrócę

do naszego domu.

Uspokoiłeś mnie,

wyciszyłeś, gdy nikt nie potrafił.

Gdy ścierałem się

ze światem i ludźmi.

Z olbrzymami i karłami

(karły są najgroźniejsze).

Tylko ty potrafiłeś

te walki przerwać,

myśli uspokoić.

Byłem tam, w gęstej mgle,

na szlaku łąk i gajów świerkowych

zawieszonych wysoko

nad morskim urwiskiem.

Słuchałem szumu fal w dole.

Słuchałem twego monotonnie

dobrego głosu. Spokojniejszy.

I wróciłem. Do naszego domu.

Smutne zaułki

Bogumił Pacak-Gamalski

Część III

Temat nie prosty. Nie bardzo nawet wiem od której ‘strony’ do niego podejść. Początkowo miało być o złożonej i niełatwej stronie historii polskiego antysemityzmu, a bardziej jeszcze ściśle, o zaminowanym polu Holocaustu Żydów polskich na terenach polskich w czasie 2 wojny.

Jest też temat poboczny niejako ale uwagi wymagający – temat Wikipedii, jej wiarygodności lub nie, gdyż w tym wypadku Wikipedia ma z tym tematem zasadnicze znaczenie, co dalej wyraźnie wytłumaczę. I od tego zacznę (bo łatwiej i prościej), Z pozoru błahy, w istocie bardzo ważny.

Kto i kiedy ostatnio zaglądał do encyklopedii? Nie przez Googla ale do encyklopedii drukowanej przez jakieś znane i cenione (jakiekolwiek) wydawnictwo naukowe? Cisza? Ano tak – z tych drukowanych nic się w zasadzie nie ustało. Próbowały tu i ówdzie niektóre szacowne instytucje. I wszystkie prawie bez wyjątku poległy ‘na polu chwały’ próbując. Jedyną (z tych znanych i szanowanych na świecie) była Encyklopedia Britanica, która walkę podjęła. Nie, nie walną bitwę, bo przy ostatniej próbie edycji w druku też przegrała. Ale bitwa przegrana nie oznaczała klęski totalnej – Britanica potrafiła przekształcić się w wydanie elektroniczne (online), systematycznie aktualizowane. Upadek popularnych wydawnictw encyklopedycznych nie jest świadectwem zaniku rynku czytelniczego (w każdym razie nie wyłącznie) ile prędkością nowych odkryć, badań i stanu wiedzy, którym charakteryzuje się współczesny świat. Ta prędkość przekracza możliwość aktualizacji tradycyjnych, drukowanych wydań.

W takim nowym świecie zaistniała Wikipedia – bardzo zacny projekt łatwo dostępnej i czytelnej wiedzy na wszelkie możliwe tematy. Ale Wikipedia nie opiera się na tradycyjnym systemie opłacanych autorów, recenzentów i edytorów ze świata akademickiego (co nie oznacza, że naukowcy nie mogą i nie edytują Wikipedii indywidualnie, prywatnie). To Projekt wydawnictwa socjalnego, społecznego, gdzie każdy teoretycznie może nowe artykuły-tematy napisać i opublikować, a inni mogą te artykuły rozbudowywać, poszerzać. Naturalnie pewne zasady są twardymi prawami, których łamać nie wolno: temat (osoba, zagadnienie, wydarzenie, itd.) muszą być same w sobie ‘encyklopedyczne’, tzn. muszą już istnieć w świadomości i przestrzeni świata realnego. Osoba musi istnieć w jakiś opisach, zaznaczeniach istotnych medialnych, naukowych, bibliotecznych. Podobnie z wydarzeniami, produkcjami artystycznymi lub naukowymi. Słowem muszą mieć minimalną obecność publiczną. By stworzyć artykuł pt. ‘Jan Kowalski’ autor musi wykazać, że Jan Kowalski jest osobą, która istnieje w publicznym realu przez zauważoną publicznie lub naukowo działalność. By artykuł mógł być zatwierdzony do publicznej publikacji w Wikipedii musi być stworzony przez autora, który już ma uprawnienia edytorskie lub redaktorskie w Wikipedii (czyli osoby, która wykazała się umiejętnością publikacji takich tematów, szeregiem edycji innych artykułów i znajomością zasad). Nie jest to proces ani taki łatwy ani prosty. I generalnie rzecz ujmując Wikipedia jest w miarę dobrym i w miarę rzetelnym źródłem popularnej wiedzy. Nie jest natomiast źródłem wiedzy opartym na rygorystycznych badaniach akademickich. Fakt, że istnieje olbrzymia ilość językowych/narodowych Wikipedii sprawę komplikuje jeszcze bardziej. Oryginalna Wikipedia jest projektem opartym na języku angielskim. Nie oznacza to bynajmniej, że projekty innych języków są po prostu tłumaczeniami z angielskiej Wikipedii. Nie, każda Wikipedia posiada własną  niezależność edytorską. Co jest też plusem ale i minusem tego projektu. Temat encyklopedyczny w Polsce może nie mieć znamiona encyklopedycznego w świecie anglosaskim lub ogólnie międzynarodowym. Stąd te językowe wersje/projekty wikipedialne często różnią się bardzo i są w dużym stopniu ‘napiętnowane’ specyfiką narodową. W polskiej wersji jest nadmiar lub nadana jest waga najsilniejsza np. tematom związanym z wiarą i Kościołem katolickim; generalnie charakter pewnych artykułów socjalno-filozoficzno-światopoglądowych będzie bardziej nacjonalistyczny, z wyraźnym naciskiem na prawicowo-narodowościowe widzenie świata. Łatwiej jest napisać i opublikować temat  ‘Złoto’ lub ‘Planeta’ bądź ‘Dąb’ niż temat z dziedziny historii (zwłaszcza polskiej), biografie znanej i ważnej osobistości, tematy z dziedziny LGBTQ+. Wojny i spory edytorów, redaktorów i tzw. Administratorów (stosunkowo najwyższa i prawie ostateczna władza w Wikipedii) są w tych tematach ustawiczne, czego dowodem są czasem dziesiątki stron historii edycji, zmian, usuwania zmian, przywracania tych zmian, kolejnych zmian lub wręcz blokad redaktorów lub ostatecznie uniemożliwienie wprowadzenia jakichkolwiek zmian. Lub po prostu usuwania danych artykułów-tematów z przestrzeni publicznej. Najostrzejsze walki edytorskie są naturalnie wobec tematów światopoglądowych, z nauk socjalnych – bywa, że edycji i zmian (usuwanych i przywracanych) jest tysiące i historia edycji to książka sama w sobie o objętości wielokrotnie większej niż sam artykuł encyklopedyczny. Świadczyć to może o rygorystycznych zasadach i znaczeniu obiektywizmu, ale też świadczyć może o zjawisku przeciwnym: uleganiu popularnym tendencjom, spojrzeniu subiektywnym (upolitycznienie tematu, światopogląd edytora, itd.). Oczywiście normalny czytelnik ani tych wojen ani zmienianych wersji nie widzi – widzi jedynie zatwierdzoną na stan obecny oficjalną wersję. Co nie zonaczą, że jutro moga tam nastąpic kolejne zmiany. Czyli ‘gwarancja’ podanych informacji jest tylko na ten moment, gdy artykuł czytamy. Każdy ma też dostęp do hgistorii edycji i zmian i obejrzenie form poprzednich – tyle, że komu się chce godziny na to poświęcać? I słusznie – chyba, że własnie to nas interesuje bardziej niż sam artykuł. W olbrzymiej wiekszości wypadków zmiany i kolejne edycje są w istocie drobne merytorycznie, techniczne i zasadniczego tekstu i podanych informacji nie zmieniają.

Generalnie jest to praca bardzo czasochłonna, gratisowa, często niewdzięczna, anonimowa i mój ukłon w stronę osób, które się tym zajmują. Sam mam pewien stopień uprawnień na Wikipedii ale od lat już nie jestem w niej aktywny (bardzo sporadycznie poprawiam jedynie znalezione przypadkiem ewidentne błędy w artykułach) z powodów i czasowych i braku cierpliwości wobec brania udziału w beznadziejnie długich i często bardzo nie merytorycznych wojenkach .  Ostatecznie ileż razy można być pytanym o udowodnienie, że Ziemia nie jest płaska?

Przy tych wszystkich niedoskonałościach Wikipedii nie zmieniłem zdania, że jest to Projekt bardzo pożyteczny. . Wydaje mi się, że ów szalenie niedoskonały, a przez to szalenie demokratyczny sposób powstawania haseł, jest w dużym stopniu obrazem rzeczywistego poziomu wiedzy ogólnospołecznej. Jest tak niedoskonała, jak sama demokracja.  A te ‘barwy’ narodowo-językowych edycji w pewien sposób są jej charakterystycznym kolorem: skoro Polacy (mimo wszystko) nie są społecznością empatyczną wobec np. tematów LGBTQ+, to taki a nie inny (ubogi dość i daleki od doskonałości) stan rzeczy jest może dobrym zwierciadłem i stanu wiedzy i społecznej akceptacji tego tematu w Polsce.

Podobne opinie można wydać o innych projektach językowo-narodowościowych. Ja opierałem się tu głównie na polskiej i anglojęzycznej, bo te Projekty znam najlepiej i przy nich pracowałem lata temu.

A teraz  wyciągnijmy ‘szydło z worka’ genezy tego artykułu. O co mi chodzi? Bynajmniej nie o Wikipedię. Ona po prostu w temat jest uwikłana.

Więc … ad rem – na swoim personalnym profilu na Facebooku mam ok. 600 znajomych. Naturalnie pewna część z nich nie była ani moimi przyjaciółmi ani nawet znajomymi przed Facebookiem – po prostu ludzie, którzy mnie zaciekawili lub których ja zaciekawiłem. Z tych dwóch kategorii dwie osoby tu wymienię i przepraszam ale bez tego nie byłoby tego artykułu. A post, o jakim tu pisać będę był opublikowany publicznie tzn. jest widzialny i czytelny dla wszystkich, nie tylko znajomych. Nosi więc znamiona artykułu publicznego, funkcjonującego w przestrzeni publicznej na tej samej zasadzie, jak jakikolwiek artykuł opublikowany w jakiejkolwiek gazecie, wydawnictwie prasowym – de facto jest esejem historycznym opublikowanym w znanym wydawnictwie naukowym.   Chodzi mi o Ryszarda Tylmana,  poety i grafika z Vancouveru oraz prof. Jana Grabowskiego, historyka Uniwersytetu Ottawy.  Autorem tekstu, który mnie do tego artykułu skłonił jest prof. Jan Grabowski. Obaj panowie są moimi znajomymi na Facebooku.

Ryszarda znam sprzed wielu lat dobrze z Vancouveru, gdzie miałem z nim liczne kontakty tak profesjonalne (redaktorsko-edytorskie), gdy publikowałem jego twórczość poetycką na łamach rocznika, którego byłem naczelnym, jak i towarzyskie. Gdzieś przy końcu chyba pierwszej dekady XXI wieku kontakt nasz się urwał ze zwykłej przyczyny, że wycofał się z wszelkiej aktywności w środowisku polskim (choć miałem z nim jeszcze bardzo sporadyczne spotkania). W tym samym czasie byłem w bliskiej przyjaźni z jego byłą żoną, filologiem polskim, kobietą o niezwykłej wiedzy i inteligencji, z którą wiedliśmy bardzo długie dyskusje na tematy literackie i sztuki ogólnie. Muszę nadmienić, że w czasach gdy te kontakty mieliśmy oni nie byli już małżeństwem. Ale siłą rzeczy czasem mówiła ze mną też o Ryszardzie. Oboje pochodzili z Krakowa i tam ukończyli UJ. Pochodzili z rodzin zacnych i inteligentnych. Nie przypominam sobie bym kiedykolwiek na tematy żydowskie bezpośrednio z Ryszardem jakieś dyskusje prowadził. Z Anną Tylman – tak. Mieliśmy na ten temat zbliżone opinie i boleliśmy nad tragedią Holokaustu, zwłaszcza Holokaustu Żydów polskich, którzy byli tak nieodłączną częścią naszej wspólnej ojczyzny, że ich brak nawet dla nas, urodzonych już po wojnie, był ciągle boleśnie odczuwalny. Nie znosiliśmy tradycyjnego, niskiego i wulgarnego często antysemityzmu polskiego, z którym i na emigracji się spotykaliśmy. Ale też nie przypominam sobie, by Anna kiedykolwiek mówiła coś o jakimkolwiek antysemityzmie ze strony Ryszarda. Ja sam widziałem go jako człowieka światłego, nowoczesnego, socjalnie zaangażowanego i zakładałem, że miał na te tematy podobne poglądy i stanowisko. Tak do tej pory uważam i nie mam podstaw do zmiany mojej oceny.

Profesora Grabowskiego cenię bardzo jako wyjątkowego znawcę historii (zwłaszcza współczesnej) Żydów polskich. To historyk o znacznym dorobku naukowym a jego badania tego tematu bez wątpienia mają też często charakter pasji i zaangażowania emocjonalnego. Co łatwo zrozumieć, gdyż Jan Grabowski jest właśnie jednym z tych polskich Żydów. Tych, których rodzice i dziadkowie przeszli gehennę tamtego okresu. On sam przeszedł, jako młody chłopak, niechlubnie pamiętny rok 1967. Rok nagonki na jakże nieliczne już środowisko polskich Żydów i ich zmuszenie do opuszczenia Polski – ich ojczyzny od pokoleń. Nie mam i nie miałem z profesorem Grabowskim prywatnych kontaktów towarzyskich. Znam go z jego pracy, publikacji, sesji online.

Co się więc stało? Co ma Grabowski do Tylmana a Tylman do Wikipedii? Otóż inny mój znajomy z Facebooka (cóż my byśmy bez tego potwora fejsbukowego robili?!), socjalnie zaangażowany Kanadyjczyk polskiego pochodzenia w ostatnich dniach lutego wysłał mi z Vancouveru wiadomość: ‘Bogumil, it seems that Grabowski and Tylman are in conflict. It’s a shame that Polonia has such situations. … so much intrigue…’.  Nie zrozumiałem początkowo, pomyliłem nazwisko Gradowski z Grabowski, sądząc, że chodzi o syna prof. Anny Gradowskiej, historyka sztuki z którą wspólnie pracowałem i która miała syna w Vancouverze. Ale wyjaśnił, o co chodzi. Przesłał mi link do artykułu prof. Grabowskiego na ten temat. I przeczytałem. Potem przez wiele dni zastanawiałem się czy powinienem w ogóle w jakikolwiek sposób zareagować. Wydało mi się, że temat jest jednak nader ważny. Warty refleksji. I rozmowy. Sam w sobie, bez zaangażowania emocjonalnego wobec ani Tylmana ani Grabowskiego. Temat bardzo ważny i bardziej chyba jeszcze trudny. Temat polskiego antysemityzmu. Być może jednak też gdzieś, w jakimś podtekście, antypolonizmu? Bo jeżeli Tylman (załóżmy) podświadomie, z racji pochodzenia i miejsca urodzenia zakażony jest trucizną polskiego tradycyjnego antysemityzmu, czy może być, że Grabowski z podobnych przyczyn może być nieświadomie zarażony formą antypolonizmu? Jeżeli Byronowski Giaur powiada, że ‘walka o wolność, gdy raz się zaczyna, ze śmiercią ojca spada na syna’ nie jest li możliwym, że zbrodnia ojca też spada na syna?

Były w Polsce 1918-1939 (a naturalnym i legalnym przedłużeniem historii 1918-1945/47, bo ostatecznie granice Polski uległy formalnym zmianom dopiero po wojnie, choć legalne władze polskie nie miały praktycznego wpływu na to w czasach okupacji rosyjskiej i niemieckiej) jakby dwa światy obywateli: ci, którzy się za Polaków uznawali i to było ich pierwsze samookreślenie i ci, którzy będąc obywatelami Polski widzieli siebie – i tak byli widzeni przez innych – wedle pochodzenia i narodowości innej niż polska. Często taką cezurę wyznaczało wyznanie religijne (chrześcijaństwo ortodoksyjne na wschodnich terenach, luteranizm na pólnocno-zachodnich, a najbardziej skomplikowaną była kwestia Żydów, z których dodatkowo nie wszyscy byli żydami, tj. wyznania juadaistycznego), co było testamentem starej, wielowyznaniowej i wielonarodowej Rzeczypospolitej, a w pewnym wymiarze też spadkiem po 123 latach zaborów, a więc trzech odmiennych nacji imperialnych i trzech odmiennych wyznań tzw. religii panujących: Moskwa i ryt bizantyjski, Wiedeń ryt rzymski i Berlin ryt protestancki.

Od czasu, gdy zacząłem pisać ten tekst, wiele dni temu, napotykałem wiecznie jakieś wewnętrzne hamulce i pytania etyczne: co dalej? jak do tego podejdziesz pisząc nie tylko o trudnym temacie, ale (w mojej intencji) wszak opartym na dwóch konkretnych osobach wobec których masz pewne zaufanie, szacunek?  I zmuszało mnie to do stale głębszego szperania po tekstach innych, po pracach historycznych, zagłębiania się w atmosferę bardzo bolesną tematyki. Zmusiło mnie to, do zaglądania do owych długich strasznie stron historii edycji na angielskiej Wikipedii idąc ścieżkami badań Grabowskiego i Shiry Klein z Wydz. Historii Uniwersytetu Chapman w Kalifornii. Nie jestem historykiem ani akademikiem więc nie sprawdzałem rzetelności ich badań (o jakiej nie wątpię), ale bym mógł własne opinie i refleksje z tych badań wyciagnąć. Wielu powiada, że historia (spisana) opiera się na faktach. Naturalnie jest to i prawda i błąd. Fakty opieraja sie na dowodach archiwalnych. Ale ich osąd już nie. Gdyby było inaczej ileż mniej badań historycznych doczekałoby książkowej formy druku. Dotyczy to zwłaszcza historii współczesnej w stosunku do badacza – powiedzmy w zakresie 100-200 lat. Badania współczesnej historii bliższe są metodom fenomenologii niż zasad kartezjańskich. Z czym – jestem przekonany – wiekszość historyków-akademików się nie zgodzi, a co nie zmienia mojej opinii.

Historycy wychodząc z założenia, że Wikipedia ma duże znaczenie i wpływ na popularne pojęcia antysemityzmu lub ukrywania tegoż antysemityzmu chcieli prześledzić tematy z tym związane na Wikipedii. A ścisłej jeszcze – przejrzeć te artykuły, które mogą mieć związek z polskim antysemityzmem i losem Żydów polskich w okresie tuż przed, w trakcie i po II wojnie światowej. Wynika to ze specjalizacji badań prof. Grabowskiego, który tym się głównie od wielu lat zajmuje. Specyfiką tych badań jest (tak wiele z nich ja rozumiem i oceniam) demistyfikacja roli etnicznych Polaków w próbach ratowania Żydów polskich od zagłady i budowanie bazy naukowej wydarzeń i sytuacji wręcz przeciwnych: szmalcownictwo, donosy do władz niemieckich, grabież dobytku żydowskiego, aż po wypadki mordu, gwałtu i pogromów. Drugim (związanym z tym bezpośrednio) są artykuły na Wikipedii (mówimy w tym wypadku głównie o Projekcie anglojęzycznym) opisujące przykłady antypolskich wystąpień żydowskich w tym samym okresie, głównie na ziemiach wschodnich ówczesnej Rzeczypospolitej. W tym wypadku autorzy dezawuują opis takich wydarzeń, wskazują na brak merytorycznych przypisów, lub podważają (domniemaną przez czytelnika Wikipedii zapewne) wiarygodność  żydowskiego przywództwa lub żydowskiego wpływu na te wydarzenia. Słowem odnosi się wrażenie (często wyraźnie tak przez Jana Grabowskiego nazywane po imieniu), że istnieje wręcz zorganizowana akcja edytorów Wikipedii ukierunkowana  w: 1) wyolbrzymiania roli Polaków (etnicznych) w ratowaniu i pomaganiu Żydom nie tylko przez indywidualne akty bohaterstwa ale też przez aktywną działalność Polski Podziemnej i Rządu Polskiego w Londynie i 2) usiłowania tłumaczenia aktów antysemickich ludności i organów państwa polskiego, wrogimi Polakom etnicznym aktom polskiej ludności żydowskiej. W tym drugim wypadku w dużej mierze mówimy o terenach okupowanych przez władze sowieckie. Miało to się wiązać z pro-sowieckimi i pro-komunistycznymi tendencjami żydowskimi. Stąd osobnym tematem jest pojęcie tzw. ‘Żydokomuny’, dość popularne w Polsce nie tylko w czasie wojny ale i do czasów współczesnych. Do tego tematu powrócę na krótko w kolejnym tekście.

Otóż grupa edytorów, którzy współtworzyli i przez lata zmian, poprawek, dopisków nadali taki a nie inny kształt artykułów z tym tematem związanych na angielskiej Wikipedii była niewątpliwie polskiego pochodzenia. Historycy mówią przede wszystkim o edytorach z pseudonimami: Piotrus, Volunteer Marek i Poeticbent. Ponieważ Poeticbent dokonał  sam objawienia własnego nazwiska, wiemy że był to Ryszard Tylman. Ważne jest zaznaczenie, że nie byli jedynymi edytorami tych haseł. Byli jednymi z wielu. Ale też jednymi z najbardziej i najdłużej aktywnych. I byli Polakami, co wynika dość jasno z ich istnienia i aktywności na pl.Wikipedia. Ale Poeticbent vel Ryszard Tylman nie jest jedynym, którego nazwisko Grabowski i Klein mogli łatwo odcyfrować. Piotrus jest wieloletnim (kilkanaście lat) edytorem i administratorem Wikipedii i jego pełne nazwisko jest na jego stronie edytorskiej. To prof. Piotr Konieczny (Uniwersytet Hanyang w Seulu), doktor nauk socjologicznych (specjalizacja w socjologii internetowej). Jeden z najbardziej dekorowanych (w systemie ‘orderów’ Wikipedii) wikipedystów. Ryszard Tylman nie jest aktywnym edytorem Wikipedii od szeregu lat – co nie zmienia faktu, że w edycji przytaczanych przez tandem Grabowski/Klein artykułów brał czynny udział.

Efektem tych szczegółowych badań merytoryczności artykułów wikipedialnych był zarzut o szerzenie antysemickich postaw. Zarzut ten – ze względów dość oczywistych – zaniepokoił Administratorów Wikipedii, którzy normalnie odpowiedzialni są za rozpatrywanie spraw kontrowersyjnych, sporów między wikipedystami. Ale sam mechanizm takich sporów, jak i trudność jego merytorycznego rozpatrywania zdawał się wykraczać poza kompetencje i zakres tego grona. Fakt, że opinie historyków przytoczono (opublikowano) na ważnym forum szanowanego żurnala akademickiego „Taylor & Francis Online” w sekcji ‘The Journal of Holocaust Research’  (9 luty, 2023) umożliwił też nacisk na środowisko wikipedialne, by sprawę rozważono na najwyższej formie  ‘Sadu Ostatecznego’ (nazwa moja) Fundacji Wikipedii. Sprawy w pierwszym podejściu nie rozwiązano. Kolejna jest w toku i jej wynik oczekiwany jest w końcu maja. W międzyczasie jednak szereg artykułów uzupełniono, poprawiono, edytowano. Istnieje też silna opozycja wśród samych użytkowników, tj. edytorów, administratorów a nawet wewnątrz samej Fundacji Wikipedia wobec uleganiu naciskom z zewnątrz i nie  korzystaniu z istniejących mechanizmów naprawy i rozwijaniu jakiegokolwiek tematu. Sam edytor Piotrus ( którym wspominałem wyżej i którego przytoczyli historycy, jako jednego z promujących antysemityzm) odpowiedział publicznie akademikom felietonem w „Gazecie Wyborczej” (12.03.2020) zarzucając im jednocześnie niechęć w bezpośrednim, zgodnym z regułami Wikipedii, uczestniczeniu w tworzeniu, poprawianiu i edytowaniu artykułów wikipedialnych. W istocie – nic nie stoi na przeszkodzie. Pozwolę sobie przytoczyć sam krótki początek tego felietonu, gdyż jest, zdaniem moim, wiele mówiącym:

Nie istnieje żaden spisek polskich nacjonalistów fałszujących historię w Wikipedii, niezależnie od tego, jak atrakcyjnie taka teza może brzmieć.

Chciałbym odnieść się do tekstu „Wrzuć brednię na Wikipedię. Polscy nacjonaliści wciskają kit zagranicznym czytelnikom” prof. Grabowskiego, zarówno jako wieloletni wikipedysta i osoba wzmiankowana w tym tekście, ale też jako profesor socjologii ze specjalizacją w nowych mediach, który Wikipedii poświęcił znaczną część swojej pracy badawczej i edukacyjnej.

Nie jest moją rolą ani nie podejmuję się wydawać jednoznaczną opinię czy Wikipedia (lub ściślej – polscy wikipedyści)  została użyta dla celów antysyjonistycznej lub antysemickiej nagonki. Czy istniał istotnie zorganizowany ‘spisek’ grupy edytorów w celu fałszowania historii. Ale nie wydaje mi się. To środowisko bardzo zróżnicowane. Jest natomiast możliwe (raczej pewne), że istnieje wielu edytorów polskich (nie tylko) o silnym prawicowo-szowinistycznym nastawieniu. I świadomie czy nawet podświadomie edytują specyficzne teksty pod kątem ich widzenia i rozumienia świata. Na Wikipedii określa się to POV (Point of View) i przestrzega przed tym. Ale w takim zróżnicowanym środowisku edytorów są to zasadzki nie do uniknięcia. Natomiast mam przekonanie, że wielu z nich uważało, że są ‘ekspertami’ z racji bycia Polakiem spraw polskiej historii. Pamiętać należy, że przez szereg lat były środowiska, gdzie ‘polskość’ była widziana pejoratywnie, gdy ci, którzy Polskę zawiedli i w początkach 2 w.ś. i w jej finale zdradzili kompletnie – szerzyli wiele nieusprawiedliwionych lub wręcz historycznie błędnych wątków. Gdzie używanie określenia „Polish concentration camp” traktowano za wymienne  z „hitlerowski obóz koncentracyjny’. I tłumaczono to absurdalnym argumentem, że ‘przecież wszyscy i tak wiedzą, że w tamtym okresie Polska była pod okupacja niemiecką… .  Nie będę tego tematu rozwijał. Znamy zbyt dobrze. Był ohydny.

Czy polski antysemityzm istniał i czy istnieje? Tak. Był i jest obrzydliwy. Ale to będzie temat kolejnego tekstu.

Tu zająłem się jedynie jednym ze sporów.  I robiłem też to  zdając sobie sprawę z narastającej narracji , która budzi we mnie opór i zaniepokojenie. Narracji, która polskiemu antysemityzmowi nadaje wymiar powszechnego, omal etnicznego spisku morderczego pędu wobec wzniecenia ogólnoświatowej, a już bezwzględnie ogólnopolskiej histerii antyżydowskiej.  Nie zgadzam się z tym. Nie w moim środowisku rodzinnym i przyjaciół. Spotykałem się i znałem ludzi o bardzo niechętnej Żydom postawie. W Polsce i później w Kanadzie też (ale dalej mówię tylko o polskim środowisku, mimo, że jak wiemy antysemityzm istnieje tez wśród innych grup etnicznych w Kanadzie – głównie tych ultra prawicowych). W większości wypadków moje jednak środowisko (na szczęście sami wybieramy swoje grono znajomych) nie było tym skażone.  Światopogląd religijno-polityczny jest to na ogół dobrym (choć nie jedynym) drogowskazem i ostrzeżeniem.

Są też środowiska, które w swym zapale zwalczania i potępiania tego antysemityzmu tą nowa narrację wręcz kierują w stawianiu omal znaku równania polskiego antysemityzmem z hitleryzmem. Polacy stają się w niej sojusznikami Hitlera i Himmlera. Biorą bezpośredni udział w piekielnym dziele Zagłady. I z tą narracja zgodzić się nie mogę.

Chylę, jako Polak i jako człowiek, głowę ze wstydem i z wielkim bólem serca, przed pamięcią ofiar zbrodni i pogromów, jakie Polacy w Jedwabnem, w Kielcach, w Krakowie i innych miejscach  popełnili. Wierzyć mi się nie chce, że potrafili tak nisko upaść. Że zapomnieli, że są ludźmi. Nie, nie ma i być nie może na to żadnego wytłumaczenia.

Ale są miejsca, są osoby (nikt już prawie z żyjących), były akcje i działania tych, którzy człowieczeństwo nasze uratowali, unieśli z tej pożogi. I pozwala mi to oddychać. I mieć nadzieję, że autentycznie ‘nigdy więcej’. Że wbrew grupom oszołomów nie zapomnimy i nie pozwolimy.

Tym ludziom, Polakom i polskim Żydom, za ten dar dziękuję.     

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zapominamy słowa, refleksje, wspomnienia tych, którzy Zagładę przeżyli, przetrwali. Tych, którzy wiedzieli. Którzy rozumieli. I spoglądam na książkę Ireny Tomaszewskiej i Teci Werbowskiej (pierwsza dziecko niewoli sowieckiej, druga – nieco starsza – dziecko czasów Zagłady w Polsce) „Żegota – the Council for Aid to Jews in Occupied Poland 1942-45”. Irena jest Polką etniczną, Tecia była Polką żydowską. Napisały książkę-dokument, książkę-świadectwo. Kolejne pokolenia, urodzone już po wojnie z czasem jakby straciły historyczną perspektywę tamtych okrutnych czasów. Warto o tym pamiętać, gdy się na te tematy pisze, a zwłaszcza ocenia.

link do części 2 https://kanadyjskimonitor.blog/2022/10/07/smutek-i-brak-cisza-ktora-trzeba-wypelnic-prawda/: Smutne zaułki