O tajemnicach muzyków c.d.

W zasadzie nie chciałem rąbka tajemnic tych uchylać. Skoro jednak aż trzy koncerty wysokiej klasy w lutym nas czekają, a nie wszyscy muszą być melomanami bezustannie biegającymi do sal koncertowych kilka objaśnień.

Przede wszystkim jak muzyk klasyczny wygląda? Nosi strój często, jakiego w waszej szafie raczej na pewno nie znajdziecie. Tak zwany frak. Czyli przydługą marynarkę uszytą z czarnej sukni muślinowej po babci. Że muzyk na ogół (poza bardzo nielicznymi wyjątkami) krezusem (bogaczem – wyjaśniam tak na wszelki wypadek jeśli ani greki ani greckich mitów nie znacie) nie jest, na dobrego krawca go stać nie było. A kiepski zrobił co mógł: przód rozciął wzdłuż, z dolnej części wyciął dwa kawałki i doszył do krawędzi rozcięcia robiąc tzw. kołnierz i wyłogi. Babia była w biodrach szczupła, więc i tak zapiąć z przodu nie można, bo za ciasne, to wyłogi zrobił szerokie bardzo. Te kawałki co wyciął z dołu – były z przodu. I tak wygladało to na ani płaszcz ani marynarkę. No to rozciął też dolny tył i zrobił coś, co nazywa się połami po polsku a długim ogonem po angielsku (dosłownie: longtails). Jako, że marnować materiału nie lubił, pozostałe skrawki zwinął w dłuższy rulon (jak szalik) i zamiast paska lub szelek (kolejny, dodatkowy wydatek uniknięty) przewiązał spodnie przez brzuch, by nie daj boże w czasie koncertu nie opadły. Bardziej nowocześni (albo jeśli babcia była bardzo niskiego wzrostu) noszą tzw. smokingi. Różnią się tym, że nie maja poł (ogonów). Babcia była może krótka ale za to bardzo szeroka. Więc smokingi się zapinają. W Anglii też smokingi od dawna nosili. Ale nie na koncerty, bo strasznie śmierdziały tytoniem. Tam to byla kurteczka, którą (rano zwłaszcza) zakładało się na koszulę idąc do gabinetu wypalić fajkę. Stąd silny zapach tabaki z którym się na zewnątrz nie pokazywało. We Francji nazywali to tonżurkami. Ale odkąd Agent 07, jako Roger Moore zaczął używać smoking do przebrań szpiegowskich i erotycznych – muzycy to podchwycili myśląc, że i im się uda jakąś podeszłą w wieku za to bardzo bogata hrabiankę lub księżnę poderwać.

W Afryce, jak większość z was chyba wie (?) jest dość ciepło. Więc w salach koncertowych tak ubrani muzycy strasznie by się pocili. Jakby sie pocili to by mogły im nuty się rozmywać – no i jak tu grać?! Jeszcze Ci siedzący zaraz ze sekcją instrumentów dętych blaszanych mieliby dobrze, bo by im z trąb różnych trochę wiatru na plecy leciało. Ale samotny pianista, z dala od orkiestry? Lub pierwszy rząd skrzypiec? Makabra. Mówię dlatego byście zdjęciami nie byli zaskoczeni, że nie z ulicy Jasnej w Warszawie (Filharmonia) czy z nowojorskiej Carnegie Hall.   Z Południowej Afryki, dokładnie Przylądka Dobrej Nadziei. Nadzieję dobrze mieć, ale lepiej jakiś konkretny fach w ręku, na wszelki wypadek …. No bo np w Polsce teraz akademicki nauczyciel w wyższej szkole muzycznej to ok. 2000 na rękę weźmie. W szkole średniej muzycznej, ok. 1800. A hydraulik po studiach ok. 3-4 tysięcy. Bez studiów też. To tak na marginesie. By wiedzieć dlaczego do tanich krawców chodzą.

No to teraz fakty czyli zdjęcia – bo jak się na własne gały nie zobaczy, to ja se mogę gadać i gadać a i tak nikt nie uwierzy. Pierwsze to cała orkiestra symfoniczna. Od liku jest jej i na początku zawsze latają, jak dzieciaki w klasie zanim usiądą spokojnie. Dlatego, że każdy chce lepsze miejsce znaleźć, bliżej dyrygenta. Siądziesz za jakimś wielkim kontrabasem i jak będziesz widział, co chce dyrygent, nawet jeśli rękami macha na całego by twoją uwagę zwrócić!?penguins-boulders-beach-cape-town-south-africa-africa_main

Są jeszcze takie małe orkiestry. Nazywają się kwintety , sekstety lub kwartety. Tak po tajemniczemu, by nikt nie mógł zrozumieć o co chodzi. No bo to głupio powiedzieć: przyjdźcie na szóstkę, lub na piątkę. A na ćwiartkę to już zupełnie nie wypada. Każdy by co innego miał na myśli. Poniżej to piątka, pardon moi – kwintet. Po co te małe? To tacy, Boulders-Penguins1którzy podpadli dyrygentowi i się do normalnej orkiestry dostać nie mogli. Kompozytorzy za słabi na napisanie całej porządnej symfonii piszą dla nich takie mniejsze kawałki.

Ale są i indywidualne gwiazdy. Co to sami potrafią za całą orkiestrę grać! Trochę rozkapryszeni. Porządny muzyk, który raz na pół godziny uderzy w taki metalowy mały trójkącik na takie numery nie pójdzie. On wie, że cierpliwość i skromność ma swoje nagrody. Mnie się wydaje, że takie gwiazdy po prostu nie są lubiane przez resztę orkiestry i dlatego muszą grać sami. Tak, jak w szkole prymusi i pupile nauczycieli. Zawsze na akademiach musieli być na scenie i jakieś wiersze opowiadać! Że te gwiazdy rozkapryszone, zobaczycie zaraz. Na pierwszym zdjęciu widać było, jak się cała orkiestra spieszyła, zbierała, szukała tych dobrych krzeseł. A co robil pianista? Gdzie był? No tak, tak. Widać wyraźnie. Pławił się jeszcze na pięć minut przed w wannie. Penguin_swimming_at_boulders_beach_cape_town-1024x678

Tak więc teraz jak już wszystko z tych arkanów muzyki klasycznej wiecie, to się będziecie mogli czuć swobodnie na salach koncertowych w lutym i cmokać z zachwytem, gdy kawałek wam się jakiś spodoba. A, nie wiem czemu ale popcorn nie jest mile widziany w salach koncertowych (a przecież niektóre wcale nie lepsze od kinowych, więc nie wiem czemu?). Natomiast cukierki, landrynki – skolko ugodno. I koniecznie zawinięte w szeleszczące pazłotka. Podobno po tym poznaje się prawdziwego melomana. Zawsze takich z podziwem i szacunkiem oglądam – sam cukierków wstydzę się przynosić (choć slinka cieknie, jak patrzę na innych), bo do tej funkcji chyba nie mam wystarczającej godności. I muszę się pilnować w swej zazdrości, bo ręka sama świerzbi, żeby po takiego cukierka a w zasadzie całą torebkę sięgnąć i zabrać …

Więc porozmawiajmy o muzyce

4-23514599_292422237931977_425757405_o
Bogumił Pacak-Gamalski i pianista Łukasz Mikołajczyk

Więc porozmawiajmy. O muzyce można rozmawiać na wiele sposobów.  Można w gronie znajomych, po skończonym koncercie iść na kawę i dokończyć wieczór opisując własne i słuchając wrażeń innych. Może to być spotkanie profesjonalnych muzyków, którzy – o ile nie olśnieni wieczorem autentycznie zupełnie wyjątkowym – będą się spierać czy daną frazę  w drugiej części adagio z jakiejś sonaty artysta przekazał zgodnie z obowiązującym kanonem czy też jakąś oryginalność wykazał; czy dies irae było wystarczająco dostojne i wypełnione w pełni tajemnicą kresu wszystkiego, czy zwykłym klepaniem na klawiaturze; pewnie też (skoro muzycy) najzwyczajniejszym popisywaniem się zapamiętanych błędów, opuszczeń:  tu zgubił ósemkę, tam na bemole uwagi nie zwracał, zaczął forte co najmniej dziesięć sekund za szybko, na co te zbyt długie interwały, itd. itp.

Czasem (pewnie na ogół jednak) rozjeżdżamy się do domów i dopiero tam, w ciszy, pozwalamy sobie na przędzenie własnych myśli, emocji, przeżyć. I to chyba forma najlepsza. O ile dyrygent, pianista, skrzypek jakiejś niesamowitej gafy lub zaplanowanego ‘protestu’ nie zrobi – zdajemy sobie sprawę, że byliśmy świadkami czegoś niezwykłego, autentycznie sakralnego (czy jest w to włączony jakiś pierwiastek religijny czy nie jest tu drugorzędne, więc ‘sakralność’ tu rozumiem jako duchowość, przeżycie dotykające nas  w samo sedno naszego ego), wychodzącego poza ramy zwyczajnej codzienności, zajęć wypełniających monotonnie nasze życie.  Czasami wręcz nie sposób oprzeć się zdziwieniu dlaczego utwór lub choćby jego fragmenty tylko tak nas dotknęły, wstrząsnęły może nawet. Co przypomniały z zapomnianych już dawno emocji, marzeń, pasji? Jakie widoki wyobraźnia roztoczyła przed nami, jakie emocje? Skąd ten smutek jakiś głęboki lub radość szczera, jak u dziecka?

I może to najlepsze ‘rozmowy o muzyce’ … . Ostatecznie, żaden artysta nie komponuje, nie pisze, nie maluje dla tłumu. Robi to, w najintymniejszym momencie twórczym, gdy o świecie rzeczywiście zapomina – dla indywidualnego słuchacza, oglądającego. Dla drugiego człowieka.  A czy odtwórca: aktor, solista-muzyk, reżyser jest też artysta w rozumieniu twórczym? To pytanie bardzo skomplikowane i nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi.  A mimo to większość z nas nie ma najmniejszego problemu z odpowiedzią na to pytanie w zetknięciu z dziełem sztuki (poza pracami plastycznymi, które pośrednika nie potrzebują ze swej natury) odtwarzanym na scenie, ekranie, z głośnika radiowego, z płyty (z CD, byłoby dziś adekwatniej powiedzieć). A już zwłaszcza w żywym, nie mechanicznym odbiorze sztuki: ze sceny. Potrafimy bez problemu powiedzieć: ładnie zagrał. Lub wykrzyknąć głośno lub w myślach tylko: to było wspaniałe! Jakże on grał niesamowicie, ciarki czasem po plecach przechodziły! I to jest ta zasadnicza różnica miedzy dobrym muzykiem-odtwórcą, który zawsze prawie ładnie zagra a artystą interpretatorem, który nas porwie. I to jest też sztuka, też twórczość, choć faktycznie wtórna. Wtórna ponieważ jest to jednak tak bliska , jak jest to technicznie i emocjonalnie możliwe, do oryginału zapisanego przez kompozytora/poetę. Nie mogą to być wariacje na temat, tylko interpretacja utworu oryginalnego. Ale osiągać mogą poziom sztuki najwyższy.  By to osiągnąć najpierw trzeba samemu (prócz technicznej umiejętności) partyturę (orkiestra) lub nuty indywidualne wielokroć czytać, studiować. Trzeba się wcielić w ‘duszę’ tej muzyki, jak aktor wciela się w postać graną. Jakże smutek lub namiętność wykazać na strunie, klawiszu, przez ustnik jeśli nie potrafimy go odczuć sami? Prawda, że są kompozytorzy nad wyraz nieufni,  którzy każdą najmniejsza zmianę nastroju zapiszą na pięciolinii, każde najmniejsze przyspieszenie, zgłośnienie, wyciszenie. I są tacy, którzy oczekują by grający sam to wyczuł, zrozumiał niczym jakieś objawienie. Do tych trudniejszych należał Chopin.  Sam będą wirtuozem, pianista-artystą – wymagał tego od tych, którzy jego muzykę grać mieli. Stąd tyle szkól i tradycji, stylów grania Chopina.

1-25591693_1659366637457403_6158182175201280251_nO tych, między innymi, perypetiach ‘szopenowskich’ gawędziłem z Łukaszem Mikołajczykiem. I o innych kłopotach, szczęściach i nieszczęściach młodego pianisty. Zawodu? Powołania? Twórczości?

Tu wracam do tematu rozmów już na moim, prywatnym podwórku. Zawsze pasjonowały mnie spotkania i rozmowy  (nawet jeśli robiłem to pod pozorem formalnego wywiadu – były to jednak rozmowy intymne a nie typowe kiedy, gdzie i dlaczego) z twórcami, artystami. Gdybym mógł i miał taką możliwość otwierania każdych drzwi – po każdym koncercie (chyba, że nudny i nader zwykły, co też bywa) byłbym biegł za kulisy na długą pogawędkę właśnie. I staram się z tej rozmowy, na różne czasem tematy prowadzonej, wyciągnąć ten rąbek tajemnicy: dlaczego grasz? Czy masz coś do powiedzenia i skąd ta chęć powiedzenia tego? Uchylenia tego rąbka, jak sam to określam, sacrum artysty.  Nie zawsze mi to się udaje. Może być, że po prostu bardzo dobry skrzypek, pianista, flecista – ale nie artysta w głębokim tego słowa znaczeniu. Czasem nie udaje nam się przebić z konwencjonalnej rozmowy-wywiadu i pozostaje ściana między rozmówcami, która tego elementu nigdy nie zdradzi. A czasem gdzieś, coś błyśnie na moment, co spowoduje, że od razu głos swój wyciszam i zaostrzam słuch. 3-19511484_1484582511602484_5195225389711353774_n

Tak wydało mi się nie tylko słuchając gry Mikołajczyka ale właśnie rozmawiając z nim. Coś jest w tym młodym pianiście bardzo bezpośredniego, świeżego, szczerego. I jest jakiś ledwie widoczny, może nawet skrywany lub nieuświadomiony w pełni głód. A jak jest głód twórczy to jest i apetyt. Beż tego ‘głodu i apetytu’ twórczego mowy być nie może o autentycznej sztuce muzycznej. Możesz zawsze nutę właściwą uderzyć palcami, zawsze tempo odpowiednie znaleźć, z pianissimo wejść w forte gdzie trzeba – słowem zbudować dźwiękami pałac piękny na lodzie … a będzie zimny i pusty.  Lub, zdarzyć się może i dobrym pianistom, błąd gdzieś zrobisz, nutę zgubisz, stopę zbyt śpiesznie z pedału zwolnisz – ale pałac wypełnisz gwarem, śmiechem lub płaczem cichym  w alkowie za sala balową… .

Mikołajczyk przyjechał do Vancouver bardzo niedawno. Młody chłopak, żądny świata i wrażeń, nade wszystko wrażeń muzycznych, artystycznych. Już z sukcesami w Polsce, niemal ‘z biegu’ zapisał się w muzycznej historii Vancouveru zdobywając 1 Diamentową Nagrodę w historycznej, pierwszej edycji Międzynarodowego Festiwalu Muzycznego  w Vancouver – pierwszej międzynarodowej kompetycji muzyki klasycznej w tym mieście. Cieszy się ze spotkań muzycznych z Polakami. Sprawiają mu radość dodatkową, poza samą radością grania.2-23319285_10101234077187425_3564683807383369591_n

Vancouver ma szczęście do polskich muzyków, szczególnie do pianistów.  Od samego Ignacego Paderewskiego poczynając, który przyjechał tu na koncerty swoją salonką kolejową ponad sto lat temu. Działające od długiego czasu Stowarzyszenie Muzyki Fryderyka Chopina (Fryderyk Chopin Music Society) ‘rozpieszcza’ Polaków (oczywiście nie tylko Polaków) tu zamieszkałych koncertami wielkich gwiazd klawiatury: Zimermana, Blechacza, Olejniczaka  (będzie tu znowu gościł na koncercie już 2 lutego). Stowarzyszenie ‘Pod skrzydłami Pegaza” zapoczątkowało muzyczne spotkania wschodzącej gwiazdy kanadyjskich pianistów, Jana Lisieckiego zapraszając go na jego pierwszy koncert gdy miał ledwie 15 lat. Bywała u nas często Katarzyna Musiał, jest na miejscu pianistka Krystyna Tucka, był Witold Wardziukiewicz. Kilkakrotnie koncertował inny, młody i znany w świecie muzyk-flecista, Krzysztof Kaczka. Vancouver i my, Polacy, mamy zaiste szczęście. Ale czy maja zawsze te szczęście, jeżeli chodzi o publiczność polską, sami muzycy? Nie jestem pewny. A warto o to zadbać. Dobrze mieć blisko pianistę tej klasy, co Mikołajczyk. Zwłaszcza jeśli jest jeszcze pełen zapału wobec kontaktu z polską publicznością.  Życie jest życiem. Pianista potrzebuje koncertować i potrzebuje tak, jak ryba powietrza, kontaktu ze słuchaczem. Nie znajdzie go tutaj – to prędzej czy później znajdzie gdzie indziej. Obyśmy nie musieli powtarzać do znudzenia starego wierszyka “cudze chwalicie, swego nie znacie – sami nie wiecie, co w domu macie”.

Na organizowanym przez Canada International Music Society 10 lutego, 2018 w Barnett Hall przy UBC School of Music reczitalu pianisty będziemy mieć możność posłuchać w jego wykonaniu kompozycji Chopina i Sergieja Rachmaninowa (Preludium B dur nr 2 i D dur  nr 4 z op. 23) oraz słynną, choć niezbyt często graną, suitę fortepianową Maurice’a Ravela “Gaspard de la nuit” skomponowaną, jako testament muzyczny autora “Bolera” do słów poematu prekursora symbolizmu francuskiego, Aloysiusa Bertranda.

Łukasz Mikołajczyk to pianista warty uwagi. Ze swoją energią i entuzjazmem jawi się prawie jak muzyczny ‘Superman’ na naszym firmamencie. Nie, nie żartuję i nie przesadzam:  udało mi się onegdaj zrobić mu  z ukrycia zdjęcie, które najwyraźniej ten ukrywany przez niego sekret wyłania – sami zobaczcie czy się mylę!

6-960300_704524619608281_262003952404457131_n

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Polska AD2018 – i co dalej?

 

Rok 2018. Rok wyjątkowy, bo to rok stuletniej rocznicy odzyskania niepodległości Rzeczypospolitej. Więc bez wątpienia obszerniej na tych łamach do tego tematu wrócę.

Zanim jednak spojrzymy w przeszłość – spojrzenie przez okulary Internetu, gazet, telewizji i innych mediów na dzień dzisiejszy w Rzeczypospolitej.  Rzeczypospolita Polska Anno Domini 2018.

Jak się zaczęła, jak wygląda? Zaczęło się pierwszą poważną zmianą na stanowiskach rządowych. Poprzedził to dziwny kontredans w okresie przedświątecznym, gdy zmieniono premiera. To znaczy przesunięto panią Beatę Szydło o jeden krok dalej i pana

B.Szydło
Beata Szydło (fot. Wikipedia Commons)

Mateusza Morawieckiego o jeden krok bliżej. Wicepremier został premierem, premier – v-ce premierem. W normalnej polityce świata realnego (demokratycznego oczywiście) rzecz raczej niespotykana. Ambicja i godność jakiegokolwiek polityka, który osiągnął szczyt lub prawie szczyt (chyba jednak szczyt, bo w Polsce większość realnej władzy jest jednak w rękach rządu a nie prezydenta) władzy nie dopuszcza możliwości dobrowolnego usunięcia się na pozycje niższą w Gabinecie. Może stracić pozycję tracąc zaufanie i swojego Gabinetu i większości sejmowej. Wtedy usuwa się właśnie w cień zupełnie, zostaje posłem lub nawet zrzeka się mandatu poselskiego i odchodzi na tzw. ‘honorową emeryturę’. Aby z szefa zgodził się zostać podwładnym – jest raczej niespotykane. Zwłaszcza w tym samym praktycznie rządzie. Ale posunięcia takie nie dziwią i są dość nagminne w dyktaturach. Król/książę/dyktator, w którego rękach spoczywa pełna władza, mianuje i wymienia swoje gabinety, jak chce. Personalia i ambicje polityczne są bez znaczenia, bo władza rządowa nie jest z nadania wygranej w wyborach, a łaską Panującego.

Mateusz_Morawiecki_i_Theresa_May_(cropped)
Mateusz Morawiecki (fot. Wikipedia Commons)

Co prawda pani Szydło w wyborach ostatnich właśnie prowadziła kampanię wyborczą, jako kandydat na premiera Polski, prawda? I te wybory wygrała ona, nie pan Morawiecki, prawda? Więc Polacy głosowali de facto na nią, prawda?  Eh, to już takie szczegóły banalne i mało istotne: wybory, przybory…., kogo te detale obchodzą ostatecznie na kogo głosowali!?  W Polsce widać wyraźnie mało kogo. A już zwłaszcza Wiecznie Żywego wodza.

2018 mimo to przyniósł poważne zmiany wprowadzone już przez samego nowego premiera (naturalnie za zgodą i przyzwoleniem – lub z nakazu bezpośredniego – Wiecznie Żywego). Odeszły (zostali zwolnieni) filary rządu poprzedniego. Z punktu widzenia praw fizycznych i budowlanych były to po prawdzie strasznie złe filary, które autentycznie groziły zawaleniem się całej budowli. Prawa fizyki a prawa polityki to jednak nie to samo.  Postanowiono niektóre (większość z tych mniej ważnych – poza jednym, który jest bardzo ważnym: Ministrem Sprawiedliwości i Prokuratorem Generalnym) filary pozostawić.  Filary pozostały niestabilne co prawda, ale są świeże lub odmalowane, więc jeszcze nie przegnite do cna.

101px-Antoni_Macierewicz_Sejm_2014
Antoni Macierewicz (fot. Wikipedia Commons)

Największym zaskoczeniem (i błogosławieństwem dla kraju!) było wyrzucenie Antoniego Macierewicza z Ministerstwa Obrony Narodowej.  To trochę złośliwo-zbójecki nóż pod żebra. Macierewicz tyle się napracował, wyrzucił prawie wszystkich wyższych dowódców wojskowych, włamał się nocą do biur NATO w Warszawie, groził Prezydentowi. A co najważniejsze stworzył i zaczął budować własną armię partyjną: Wojska Obrony Terytorialnej (mając na myśli oczywiści terytorium władzy a nie państwa – więc wszystkie z tego tematu żarty były kompletnie niewłaściwe: do walk ulicznych z obywatelami te wojska mogły być używane skutecznie a o jakichkolwiek walkach z Rosją lub Marsjanami Macierewicz nawet nie myślał poważnie w tym temacie). Jego oczko w głowie.  I być może właśnie ten projekt, te ‘wojska’  Macierewicza zadecydowały o jego upadku. Nieudolność w zakupie jakiegokolwiek sprzętu i coraz gorszy stan bojowy Armii Polskiej ( w tym mierność strategiczna nowych dowódców Sił Zbrojnych RP) raczej nie był tym powodem.  Wątpię by dużo w tej materii potrafił zmienić Policmajster Błaszczak. Ale ta prywatna armia – to, co innego. Kto wie, rok-dwa i Macierewicz sam by mógł zadekretować, że Wiecznie Żywy nie jest wiecznie?

Morawiecki, jako premier –  na tyle na ile jakikolwiek premier (poza Wiecznie Żywym, gdyby nabrał odwagi oficjalnie ster państwa wziąć w swoje ręce) w Polsce PiSu może cos zrobić samodzielnie – wydaje się być i mądrzejszy i inteligentniejszy i bardziej świadom świata i norm politycznych w Europie i poza Polską.  Pani Szydło – nie oszukujmy się – mogłaby nie tylko w gminie rządzić a nawet i w powiecie i pewnie dobrze. No ale nie żartujmy, nie w państwie…  Wiec (tu pewnie niektórych zaskoczę) tą zmianę uważam za pozytywną. Podobnie – pomijając niską opinie jaką mam o ministrze Błaszczaku – jak usuniecie Macierewicza. To był i jest szalenie niebezpieczny człowiek. Krypto-faszysta od dziesiątków lat (nawet z czasów zasłużonej działalności anty-komunistycznej) miał jedną wizję Polski: katokatolickiego kraju o silnym zabarwieniu szowinistycznym. Taka współczesna wersja wczesno dwudziestowiecznego faszyzmu hiszpańsko-włoskiego lub węgiersko-portugalskiego. W odpowiednim momencie i czując się odpowiednio silny zdaniem moim nie cofnąłby się przed niczym. W przeciwieństwie do Wiecznie Żywego – nie jest tchórzem. Jest człowiekiem odważnym.

112px-HAND_SHAKE_2016-09-02_(croped)
Witold Waszczykowski (fot. Wikimedia Commons)

Bez satysfakcji (bo było to wesołe, trzeba przyznać) zgadzam się tez, że z punktu widzenia rządowego plusem było pozbycie się nieudacznika Waszczykowskiego.  Nie pamiętam tak nieudolnego ministra SZ nawet z czasów PRL-u. Zaprawdę (tu się musze zgodzić z anty-elitarystami) zdobycie wykształcenia nie daje jakichkolwiek gwarancji na inteligencję, rzutkość, umiejętność rozwiązywania problemów i dostrzegania ich przede wszystkim. Bardzo to (wykształcenie) pomaga tym, którzy te naturalne zdolności posiadają. Ale tylko tym. U Waszczykowskiego to była prawdziwa tabula rasa…

Mam głęboką nadzieję, że zmiana w ministerstwie odpowiedzialnym za lasy pozwoli Polsce i PiSowi wycofać się z tej strasznej gospodarki leśnej stosowanej wobec Puszczy Białowieskiej.  To jest autentyczny dramat na skalę europejską. Zupełnie niezrozumiały w XXI wieku, gdzie wszyscy wiemy, jak kolosalne znaczenie ma ratowanie ostatnich fragmentów oryginalnego, prastarego lasu niziny europejskiej. Zbrodnia niewybaczalna. I grożąca Polsce w każdym momencie kolosalnymi karami pieniężnymi, które już są zasądzone wyrokiem niepodważalnym i niemożliwym do kasacji oraz poza możliwościami ominięcia go przez Polskę (Trybunał Sprawiedliwości i jego wyroki nie podlegają rządom państw unijnych) – do egzekucji kar potrzebna jest jedynie oficjalna nota Komisji Europejskiej do Trybunał o wprowadzenie wyroku.  Samej Komisji, nie zgromadzenia posłów europejskich, tutaj już żadne głosowanie nie wchodzi w grę. Ale wysokie kary finansowe nie są największym nieszczęściem. Dziury budżetowe można załatać, podnieść podatki, zmniejszyć ulgi podatkowe. Kto w ciągu czterech czy dziesięciu nawet lat wyhoduje drzewostan i jego biologiczną otokę, która powstawała przez setki lat?

97px-Jan_Szyszko_2008
Jan Szyszko (fot. Wikimedia Commons)

Wiele osób znających i obserwujących byłego (na szczęście) ministra Jana Szyszko uważa, że pan minister autentycznie opiera się w swoich decyzjach na niezachwianej wierze w biblijne stanowisko, że Pan Bóg dał człowiekowi przyrodę w kompletne władanie i używanie dla własnych potrzeb. Gdybym nawet biblijne opowieści traktował tak dosłownie i z taką wiarą, jak pan Szyszko, to mimo wszystko w XXI wieku  bym chyba trochę dystansu i niedosłowności używał.  Ostatecznie cudzołóstwo też jest biblijnym nakazem karane kamieniowaniem, jak i wiele innych rzeczy dużo mniej moralnie odrażających.  Przecież byliby katolicy siłą rzeczy dziś najmniejszą chyba grupką religijną na świecie, gdybyśmy tak dosłownie Biblię traktowali, panie Janie. Nam samym by kamieni na nas samych nie starczyło …  Wiem, że ten akapit traktowany będzie, jako satyra.  Ale, mimo satyrycznego może tonu tu i tam, proszę mi wierzyć, że nie w kategorii żartu to napisałem i nie dla śmiechu. To, co dzieje się z Puszczą Białowieską uważam za zbrodnię najwyższego kalibru.

Po pierwszych dwóch pełnych latach opozycji demokratycznej w Polsce rzeczy też ulegną zdaje się dużym przeobrażeniom. I w tej formalnej, politycznej, sejmowej opozycji i w tej obywatelskiej, z ulic miast i miasteczek. Od czasów zrywu solidarnościowego chyba nie widzieliśmy takiego zaangażowania Polaków w politykę. Pro i contra. Być może nawet zbyt ostro miedzy sobą, co jest niebezpieczne, bo rządy zmienić dużo łatwiej (nawet krwawo – czego Polsce nie życzę) niż naród.

Początkowa masowa skala demonstracji setko i dziesięciotysięcznych zamieniła się w liczne, prawie ‘etatowe’ protesty mniejsze lub wręcz małe. Ale grupka kilku ludzi stale na ulicy oznacza poważną grupę, która ich wspiera gdzieś. Więc kalkulacje rządowe, że protest osłabł są bardzo błędne.  Nie sądzę zresztą by autentyczna czołówka intelektualno-polityczna PiS w takie marzenia wierzyła. Podaje to się do rządowej prasy, TV i innych środków propagandy partyjnej dla uspokojenia swojego elektoratu i szerzenia defetyzmu wśród niezaangażowanych w konflikt. Typowa propagandowa papka nie mająca znaczenia pomiędzy prawdziwymi graczami. Zdecydowany (z własnych błędów i ze sprytnie prowadzonej akcji sterowanej przypuszczalnie przez organa  podległe ministrom Błaszczykowi i Ziobrze) spadek popularności lub wręcz załamanie się Komitetu Obrony Demokracji (KOD) mógł częściowo przyczynić się do zmniejszenia (poważnego) liczebności protestujących na ulicach.  Ale to okazać się może zwycięstwem PiSu prawdziwie pyrrusowym.  Do tej pory skutkuje powstawaniem licznych, bardziej zdyscyplinowanych i lepiej zorganizowanych ośrodków protestu społecznego, politycznego, obywatelskiego.  Grupy mniejsze, lokalne są lepiej zorganizowane, nastawione często na specyficzne tematy i w tych tematach dobrze zorientowane.  Następuje wyraźne zróżnicowanie obszarów protestu. Młodzi organizują się samodzielnie. Już nie stoją i nie patrzą z zaciekawieniem na tłumy 40, 50 i 60-latków na ulicach ze sztandarami. Kobiety nie patrzą z ciekawością na protestujących mężów i innych panów. Tworzą wielkie i silne koalicje kobiece – z bardzo silnym zapleczem wśród współczesnej emigracji polskiej.  Przeliczono się myśląc, że miliony Polek i Polaków, którzy w ostatniej dekadzie wyjechali do Europy Zachodniej będą typową emigracją zarobkową, która prócz ciułania pieniędzy niczym innym nie będzie zainteresowana.  Wyjechało wszak wśród nich tysiące ludzi przygotowanych profesjonalnie i nie mających dużych łopotów ze znalezieniem pracy poza tradycyjnym sektorem usługowo-wykonawczym (gastronomia, hotelarstwo, prace budowlano-remontowe, opieka domowa) – i ci poza karierą (autentyczną) mają inne nieco zapotrzebowania i aspiracje. I łatwiej wchłaniają etos bycia „Europejczykiem”. A to wiąże się z wyraźnym niezadowoleniem ze zwrotu jaki władze polskie przeprowadzają w kraju. Dla tej emigracji (oraz dla dość mimo wszystko licznej, choć ciągle mało widocznej emigracji polskiej roczników dekad 1950-60-70) prosty chwyt propagandowy stosowany dość skutecznie wobec Polonii, który polegał na podstawieniu słów: naród, narodowość, duma narodowa w miejsce słów: szowinizm, ksenofobia – nie działa tak łatwo ani prosto. Im bardziej nachalnie i prostacko przedstawiony – z tym większym oporem i protestem się spotyka. To są też ludzie, którzy ze względu na swój poziom wykształcenia i profesjonalizm mogą i maja największy wpływ na środowiska opiniotwórcze w ich krajach zamieszkania.  Dla rządów PiSu nie wróży to na dłuższą metę nic dobrego.

Osobną kwestią związaną z emigracją polską jest wielki problem demograficzny.  Żadne 500+ nie jest w stanie wyrównać ubytku mieszkańców Polski. Tu już matematyka i statystyka nie może operować propagandą i chciejstwem.  Jeżeli ten proces się nie tylko nie zatrzyma, ale wręcz odwróci – Polsce grozi wielki kryzys demograficzny.  Od roku 2011 stale maleje liczba ludności Polski. Ponad dwa lata istniejące finansowe ulgi dla rodzin wielodzietnych (500+ i inne) tego trendu nie zmieniły. Rok 2016 , mimo minimalnego wzrostu urodzeń, tez tej nie dobrej passy nie zmienił. Liczba ludności Polski ponownie zmalała w stosunku do roku 2015. O wyborze zamieszkania decydują nie tylko (najwyraźniej) same ulgi finansowe.  Nie mówimy tu o typowych, okresowych wyjazdach ‘na saksy’. Mówimy o emigracji wieloletniej, która im dłuższa, tym mniej skłonna wracać na stałe do starego kraju.  Bardzo dużo z nas, emigracji solidarnościowej, wyjechała tez ‘na chwilę’. Blisko 40 lat temu.  To zjawisko bardzo niebezpieczne i nie może być zrekompensowane pozwoleniami na prace dla cudzoziemców w Polsce (tzw. tania siła robocza: Czeczeńcy, Ukraińcy, Białorusini itd.).  Te pozwolenia, o ile nie są legalną i formalną drogą do ubiegania się skutecznego o prawo zamieszkania i obywatelstwo są de facto minusem dla Polski. jej rozwoju gospodarczego i nic nie zmieniają w problemie demograficznym. Przyjdzie moment (oczywiści o tym obecnie rządzący nie myślą, gdyż nastąpi to długo po ich odejściu) kiedy jedynym ratunkiem będzie masowa emigracja do Polski. Wątpię by na to zaproszenie odpowiedzieli Niemcy, Francuzi lub Włosi. Na pewno nie Amerykanie. Wiemy dokładnie skąd tylko może ona nastąpić. Albo z Ukrainy i Białorusi (jeśli jeszcze będą istniały, jako państwa suwerenne i wolne) albo z Azji i Afryki.  Masowa emigracja z Białorusi i Ukrainy może być dla Polski niebezpieczna. Przez sam fakt, że graniczą z nami, że ciągle są powiązania bardzo silne historyczne i mimo, że oficjalnie nie poruszane: pretensje emocjonalne do dużych obszarów terytorialnych po obu stronach granicy. Co by było teoretycznie możliwe gdyby od Przemyśla aż po Rzeszów zamieszkało setki tysięcy ludności ukraińskiej? Nawet etnicznie nie mogliby się czuć trochę obco, w końcu to Rus Czerwona …. Gdyby na Podlasiu w okolicach Hajnówki, Siedlec, aż pod Białystok wróciło tysiące wnuków i pra-prawnuków tych, którzy tam kiedyś mieszkali? Może nic. Może byłoby im w Polsce dobrze.  Tylko, jak byśmy im tych ‘żołnierzy wyklętych’ wytłumaczyli?  Hmmm.  Oczywiście zachodzi możliwość, że Ukraina i Białoruś za iks lat będą częścią państwa rosyjskiego. I granice będą dużo szczelniejsze niż teraz. Chyba, że sami będziemy w tej sferze wpływów. Ale wówczas ani jedni ani drudzy nie będą mieli czego u nas szukać, bo będzie bardzo podobnie. ..

Więc chyba Azja i Afryka, jako źródła tej emigracji są nieuniknione. Może lepiej zacząć to robić bardziej planowo i wolniej już teraz. To by była mądra i dalekowzroczna polityka demograficzna. Dawała większą szansę na kulturową ‘polonizację’ nowych obywateli. Bo modlić się o cud to trochę nie fair. Zwłaszcza w polityce. Kościół może to lubi – Pan Bóg wątpię. Ostatecznie, nie biblijne co prawda a ludowe, nasze polskie porzekadło mówi: Pan Bóg pomaga tym, którzy pomagają sobie …

Dobrego roku 2018 życzę miłej Czytelniczce i szanownemu Czytelnikowi.

 

 

 

wyciągnięte ze szpargałów…

Kilka late temu prowadziłem regularny blog na portalu, który już zamknąłem.  Było tego sporo i przez wiele lat, zanim WordPress i inne formaty powstały. Pierwszym była bodaj sfera blogowa założona przez Yahoo, w czasach gdy Yahoo było w zasadzie głównie tylko w Brytanii. Nazywało to się Yahoo360. Tam stawiałem pierwsze kroki blogera i – ze względu na publikę i innych blogerów – było to chyba wyłącznie po angielsku. Będzie chyba blisko (o ile nie więcej, nie chce mi się teraz sprawdzać) 11-12 lat. Potem założyłem blog na własnej domenie i przez około 10 lat prowadziłem go dość regularnie. Po pierwszych kilkunastu tysiącach czytelników – przestałem liczyć ile było wejść w tym czasie. Nic nie trwa wiecznie. Nudzimy się lub tracimy sympatie do projektów, które sami zakładamy. Przez 10 lat wydawałem drukowany rocznik twórczości polskiej w Kanadzie “Strumień’. Też w 2012 wydałem ostatni – choć ciągle się przymierzam, że do tego wrócę. Ale jeśli to już w innej formie. By nie wypaść z trybu tego ‘elektronicznego gadulstwa’  trochę teraz tu (niezbyt już regularnie) pisuję.

Otóż szukając pewnego starego tekstu, znalazłem w elektronicznych szufladach pamięci ostatni tekst, jaki pisałem (lub jeden z ostatnich) dla poprzedniego blogu. Zdaje się nie opublikowałem wówczas a teraz wydaje mi się ciekawy. Z historycznego punktu widzenia. Bo tekst dotyczył wyboru Andrzeja Dudy na Prezydenta RP. Ale jeszcze przed wyborami parlamentarnymi, tj. przed rządową większością PiS w Polsce. I ciekawe miałem, wydaje mi się, spostrzeżenia wówczas na ten wybór Dudy. O ile się zmieniły? Czy miałem racje i czy dobrze to oceniałem? Jedno jest pewne: trudno być prorokiem we własnym kraju, ha ha ha.

Zamiast tytułu ówczesnego artykułu, posłużę się cytatem z jego epilogu, który najbardziej charakteryzuje moje wówczas do tego podejście: “Prezydent Duda też bez wątpienia nie jest jakimś opętanym  Savonarolą.  Zapewne prawa człowieka i obywatela nie będę czołówką jego prezydentury ale nie będą też nią stosy na Krakowskim Przedmieściu.  Gorzej będzie, jeśli najbliższe wybory parlamentarne PiS też wygra. “

(Wybory prezydenckie, lato 2015)

Zmiany. Bywają dobre, bywają złe. Ale zmiany są niezbędne, choć często boimy się ich, ukrywamy, udajemy, że nie następują,  Dziś siedzę w małej kawiarence i słucham jakiegoś nieznanego zespołu jazzowego i słucham stare przeboje . Jak dziesiątki lat temu. Starszy facet w kapeluszu i krótkich spodniach śpiewa po francusku europejską odmianę tej czarnej, amerykańskiej muzyki z Południa. Mogło to by być czterdzieści lat temu, gdzieś w klubie na warszawskiej  Starówce, mogłoby to być  lat temu w Paryżu, gdzieś koło Halle lub na Montparnasse lub gdzieś koło Sorbony, mogło być w Montrealu dwadzieścia  pięć lat temu.  Jest dzisiaj, nad Pacyfikiem, w New Westminster.  Nawet ci sami muzycy mogli tam być. Ostatecznie ci sami muzycy mogli tam być, bo (plus minus) w tym samym wieku, co ja. Ale jest tu i teraz. Tam być nie mogło, bo  zmiany. Zmiany jak w Dziennikach Zofii Nałkowskiej. Jak w jej życiu. Jak w moim. I twoim. Zmiany są niezbędne. Wydaje mi się. A nawet jeśli nie są niezbędne—są nieuniknione. Życie. Ten drobiazg. Więc obserwując je, zauważając, powiadamy : C’est la Vie. Na tym polega, na ustawicznych zmianach.

Nie, niekoniecznie jest to temat filozoficznych refleksji, poetyckiej zabawy literackiej. To całkiem praktyczne spojrzenie na życie. Teraz właśnie słucham samby (zmiana zespołu w klubie). Ale  tej samby autentycznej. Wyzbytej z artystycznych świecidełek, samby zakurzonych, spoconych kawiarenek Południowej Ameryki. Gdzie po wielogodzinnej, beznadziejnie nisko płatnej pracy, spotykają się sąsiedzi. Na szklankę rumu, kufel piwa, na seks, na pocałunek. Wiedzą, że ich życia nic nie zmieni. Mimo to, przy tym rumie, w ramionach tej kobiety czy tego mężczyzny – marzą. O czym? O zmianie. Może …

Jazz, ballada, opowieść jest jak życie. Nie ma w tym zbyt wielkiej przesady. Po prostu się zdarza. Każdemu z nas. A potem przemija. Też każdemu z nas.  Ale ile wspaniałych (lub strasznych) zmian w międzyczasie!

I w takiej, nietypowej może ale bardzo racjonalnej perspektywie trzeba widzieć ostatnie wybory prezydenckie w Polsce. Potrzeba zmiany. Dość naturalne. Nie wszystkie zmiany są korzystne bezpośrednio, od zaraz. Są nawet takie, które nieco nas cofają. Wydaje mi się, że tak (w krótkiej perspektywie najbliższych czterech lat) stało się w Polsce. Większość stolic europejskich tak to też odczytało. Zwłaszcza tych stolic liczących się poważniej.  Prezydenta Dudę widzą (lub obawiają się, że jest) jako rodzaj transformatora, który będzie emanował energią prezesa Jarosława Kaczyńskiego.  Czyli, jako ostry zwrot na prawo. A zważywszy, że prezydent Komorowski związany był też z partią prawicową (PO) – no, to już dalej za tym ‘zwrotem na prawo’ chyba tylko faszyzm.   Wątpię aby to nam groziło, na szczęście. Nie żeby faszyzmu polskiego nie było, nawet na ławach sejmowych. Ale nie wyobrażam sobie sytuacji by kiedykolwiek Polacy dali faszystom szansę na jakiekolwiek rządy (choć w rządzie byli, za czasów premierostwa właśnie Jarosława Kaczyńskiego).

Wybory podkreśliły od lat już istniejący wyraźny podział Polski: zachód i północ bardziej centrowe; wschód i południe bardziej arcy-konserwatywne, wyznaniowe. Podobny rozdział istnieje w grupie poziomu wykształcenia (im  wyższe tym niższe poparcie dla PiS-u i partii skrajnych) i podział między Polska wielkomiejską contra Polską wiejską i małomiasteczkową.

Ale jakkolwiek by tego nie analizować—fakt jest niezmienny: Polacy wybrali na prezydenta kraju reprezentanta PiS-u,  Andrzeja Dudę. I jest to zmiana.  Najwyraźniej potrzebna. Sugeruję, że w dłuższej perspektywie dla sił i środowisk postępowych, świeckich  to zmiana pozytywna.  Być może obudzi to kręgi na lewo od centrum do lepszej organizacji, do aktywności politycznej.  Nic tak ludzi nie łączy, jak wspólny przeciwnik.  Zwłaszcza nas, Polaków.  Prezydent Duda też bez wątpienia nie jest jakimś opętanym  Savonarolą.  Zapewne prawa człowieka i obywatela nie będę czołówką jego prezydentury ale nie będą też nią stosy na Krakowskim Przedmieściu.  Gorzej będzie, jeśli najbliższe wybory parlamentarne PiS też wygra.  Ale i wówczas ( choć szkody byłyby o wiele wyższe i kosztowniejsze) Polska ani nie padnie ani się nie zawali. Ostatecznie mieliśmy już  dwuwładzę Lecha i Jarosława Kaczyńskich.  I nikt na szubienicach nie zawisł.  Więc nie taki diabeł straszny—zwłaszcza, że PiS od diabła lubi się odżegnywać i egzorcyzmy przeciw temuż organizować.

Więc może i ta zmiana będzie w konsekwencji nawozem na przebudzenie się z letargu i rozbicia prądów oświeceniowych na polskiej scenie politycznej. Czas już, oj czas najwyższy.  Trzeba nam na nowo Kołłątajów, Stasziców i Bohomolców. Nie można stale pałętać  się w ogonie postępowej Europy.

 

Musical ‘first’ – “Van Duo” premiere

5-IMG_3593
Łukasz Mikołajczyk with Canadian-Polish composer R. Wrzaskala and the author B. Pacak-Gamalski

 

I did write here in Polish already about new Polish musical talent emerging on Vancouver scene, Łukasz Mikolajczyk (pronounced: Lookash Mikolaytchick) in a post from October 25.  So just very briefly an express summary of his bio: Mikajczyk came to Vancouver recently to further his musical studies and concert piano performance  in broad sense of the subject. Almost immediately he become a persona musica in Vancouver entering the very first edition of new Canadian international music festival: 2017 International Music Competition in Vancouver.  Where he came out as … no less than the grand award winner (‘Diamond 1st Prize’) in the piano section of the Competition.  It is worth noting that very recently this young pianist was able to compete in the quarter- finals of the renowned and prestigious International Chopin Competition in Warsaw, Poland, being often called the  Holy Grail of any talented pianist in the world and definitely Chopin’s music interpreters.

Of course – as any young and energetic musical performer he is eager to play almost anytime and anywhere. Hopefully with wise voice trying to temper him a bit and not to fall for the typical traps awaiting many young talents before him. Alas, youth has it’s own privileges and right to make mistakes, ha ha ha.

Very recently I received an invitation from him to attend premiere concert of just formed, new musical duo of him and Serb-born clarinetist,  Marko Ivkovic. It was rather smartly organized in a small, familiar venue of one of the training rooms of Vancouver Music Academy – smartly, for it allowed them to ‘test the waters’ on familiar, not too official grounds.

It is not very often that we do see in classical music a piano and woodwind instrument and even less common a clarinet. Which is too bad, as clarinet makes amazing and interesting sound, a bit rasp one could say. So I was very glad of this ‘instrumental marriage’. They have chosen solo pieces intertwined with duet plays.

23483053_292422307931970_1905774662_o
(from left) Marko Ivkovic and Lukasz Mikolajczyk

 

First was  the Great Polonaise A-flat, op.53, Chopin’s masterpiece and one of his most played composition.  It gives a pianist the ability to woe the audience and show his bravado, showmanship, so to speak. And it is the very composition Lukasz played during the finale of the 2017 Vancouver Music Competition! Obviously he decided to have the audience right on his side from the very beginning, ha ha ha. And the powerful grand Steinway filled every cranny of this old room of the Academy. The charge was done almost in cavalry style and the audience was won! There is, of course, few schools of how to play Chopin. Mostly it oscillates between a more robust and energetic , the other keen on the lyrical aspect of his music. Sometimes it even changes drastically within a lifetime of one player. The perfect example of it was no one else but the ultimate Chopin interpreter, Arthur Rubinstein.  From the dramatic earlier style to later much more demure, lirical.  I think that both are very valid and often it depends on external, in a way independent of soloist own style of play, circumstances. Sometime the atmosphere of the audience, atmosphere ‘of the street’, if I can use the term. I suppose, age of the pianist has something to do with it, too. It saddens me that we no longer have in Vancouver the original concert piano of great Ignatius Paderewski from his concerts in Vancouver at the turn of previous century. For a while it was in Faculty of Music on UBC (at the Cecil House), than confined to same dusty warehouse it was rescued from oblivion and slow death by the Polish Vancouverites and given temporary home at the Polish Consulate. At the end the only viable solution was gifting it to California, to town devoted to the memory of this great pianist where it is today in a local museum and is being still used for concerts. Would love to hear Mikolajczyk playing on this instrument. The funny thing is that the very Steinway Mikolajczyk was playing on was gift to the Academy by professor Lee – the very same musician and pedagogue, who was very instrumental in saving the Paderewski’s piano from slow death at UBC…

The second piece was 1st movement of Johannes Brahms Clarinet Sonata No 2, op. 120. Both soloists complemented each other very well. I was a bit afraid the sound of clarinet could be drown by the powerful piano. Not so. Not even in the second part of the movement, when they play the familiar, recurring subject together in forte. I was later telling Lukasz how that particular fragment almost simultaneously forced me to thing of much later music of Gershwin – there is a certain cacophony of sounds (both in clarinet and piano) in Gershwin compositions (“American in Paris” as a prime example) that evokes the echos of Brahms sonata. In nature nothing passes without leaving a mark. And so in culture, especially in culture …

The Prelude for solo Clarinet by Krzysztof Penderecki, another giant of contemporary music, gave an opportunity to show his mastery to Marko. The young Serbian soloist came out of it with flying colours (or sounds, more appropriately). This prelude is not particularly easy piece. As most of Penderecki’s compositions. And yet, the player kept our attention intakt and under control. And was able to produce notes and sounds we were surprise to hear.

The next composition was own work of Marko Ivkovic, played very nicely on an electric organs by young master of the keyboard, Lukasz Mikolajczyk. What a sweet composition, the one from the onomatopoeic variety, where musical notes mirror nature’s sounds. Ivkovic called it “Vancouver Rain Drops”.  And, again the brain always doing it’s own, independent from mind, research – I was listening to it and at the same time comparing it to “Claire de lune” (famous movement form Suite bergamasque) by Debussy.

23483171_292423337931867_973305600_o
author and Marko Ivkovic

Later I inquired about some similarities of these two compositions (more in spirit than formally) and to his (not mine, ha ha ha) surprise, Marko recalled that he was working on Debussy just about the same time he composed his “Vancouver rain drops’.  After we left the concert – the rain drops truly gave us a typical Vancouver shower, true to norm…

The last formal piece was ‘Fantasie for clarinet solo’ by Jorg Widman.

And this was the end. But we (the audience) would have none of it. We wanted more of this talented and energetic duo. And they obliged. With a wonderful rendition of none other than George Gershwin. They couldn’t have chosen more appropriate piece for the biss. After difficult and intellectual/philosophical Penderecki – Gershwin is like a glass of cool, refreshing Chardonnay! Now I wan to listen to them again and perhaps a small, limited edition of CD? Sometime it is nice to listen to good music not only in concert halls, but solo, by one’s own fireplace. With a glass of cool chardonnay in hand, of course…

 

 

 

 

 

An Ordinary Citizen

Few weeks ago a tragic event happened in the very center of Warsaw. A middle aged, ordinary person, not known to really anyone outside of his family and friends set himself ablaze as a protest against the government policies. But, having spent a lot of time thinking about it and analyzing his letter left at the scene I came to the conclusion, that that letter and his action represent much more than just a political act. Just a political albeit tragic, protest.  This might explain to some of my English-speaking friends my preoccupation recently with certain events. I was moved by it very powerfully and it had strong effect on my emotional and intellectual psyche. Still do. It speaks volumes on one’s ability or inability to deal with things in life that are so overwhelming that you feel totally defenseless, void of any hope for the future. We always accepted that deep personal emotion (love, friendship, betrayal, addiction, rejection, bullying) can push us to actions like that- but this was different. It arose from the feeling of state, political actions that were profoundly opposing to your own moral compass, your own sense of minimum justice, ethics, sense of goodness versus evil, right versus wrong. Not even economical at all. And so, tragic on an ancient, Greek scale of personal heroism, decision was taken. I call it ‘heroic’ for it did not involve any violence against the state, the government side. That would be an ideological terrorism.

His, chosen by himself, moniker (‘Szary Obywatel’ in Polish) should be translated not literally but in a sense that it represents in Polish: ‘Ordinary citizen’ . It sums up an overwhelming feeling of rejection of morally askewed reality. He was not a political activist by any stretch of imagination. The democratic opposition in Poland or large part of it, does not seem to understand the depth of such despair, either (the Government, of course, is not able to understand the profound power of such statement) – the grievances against the government are just the surface of the tragedy.

The true despair lies in the soul of his nation. The dark part of it, the egotistic, chauvinistic part of that soul. The, let say it loudly, ‘American’ type of ‘patriotism. ‘American first’ ideology was pervasive in Polish history for long time (of course, we called it ‘Poland first’ as we tend to believe that all things ‘Polish’ must be first). It is rooted in in our history of a state and nation edged between two very opposing civilizations: Western and Eastern , therefore a need to be a ‘guardian’ of sort of the dangers facing the Western (Occidental) set of values versus the Eastern (Oriental) set. But Polish values in that conflict were also mired in a very strong believe that it included (or is based on) a messianistic adherence to the Roman Catholicism dominancy. The great Reformation movement never really took a deep root in Poland. From ideas like that is a very short distance to feelings of being unique, special. Exactly the feeling of a mission of a lone Guardian.

556px-Poland_1634-1660_map
Polish Commonwealth in XVII centry – a huge multinational state stretching from Baltic to Black Sea

Yet, there was always (and growing over time) strong opposition to such a strange and confined values. An opposition that believes that the world evolves, that different set of cultures and values do not need to be in a constant battle, deathly struggle. That living in harmony is possible. And that humanism extends to all – not only to your own. Modern Poland is a ‘child’ of many traditions, multiple parents, so to speak. The most recent one was of course that of a Polish People Republic, a Soviet-dominated quasi sovereign state in very unfamiliar international borders. Poland, for the first time really in history, was confined more or less to ethnic borders. Hence was removed from all problems and blessings of co-existing with other cultures.  Not on a serious scale anyway. It resembled very little the 1st Republic of Polish-Lithuanian Commonwealth that for hundreds of years, since the Jagiellonian dynasty that begun in XV century, formed the essence of Polish state and it’s values. By the end of XVIII century Poland lost its independence for over a hundred years. To be re-born from the ashes of I World War in 1918. But what lead to the re-establishment of 2nd Polish Republic was of paramount importance. It was the deadly battle for the shape and soul of the nation and it’s state.

On one side was the grand idea of Jozef Pilsudski – the almost mythical hero of Polish independence, who imagined new Poland as a multi-national federacy of former parts of the old 1st Republic, the continuation of the old Jagiellonian idea. On the other side, the father of strictly ethnically Polish state, Roman Dmowski and his movement of Greater Poland (Wielka Polska).

These two ideas could not be further apart. Although, politically speaking, Pilsudski, at least for his lifetime, came out victorious (by large part because he was very skilled military strategist and did command the military forces and was highly respected on international scene) – his victory for restoring Jagiellonian state failed.  For two main reasons: Ukrainians and Lithuanians did not want to be part of renewed Polish Commonwealth and the Dmowskis’s Polish nationalists, supported strongly by the Church hierarchy, did everything possible not to allow it to happened. Jagiellonian ideas and state would never allow them to achieve superiority and uncontested power. They would much rather give up thousands of square kilometers of old Polish state territory than allow for a multinational federacy. The fait accompli was achieved after great and total Polish victory in the Polish-Soviet War of 1920 (of which Pilsudski was the main architect) – the Peace Treaty  was negotiated from Polish side by Stanislaw Grabski, very skilled politician. But a fervent believer in Dmowski, not Pilsudski ideas. To the astonishment of the defeated party, the Soviets – Polish delegation gave them huge swaths of land on Polish eastern frontiers.

Rzeczpospolita_1922
II Republic, 1918-1945

Poland become by a large margins an ethnically Polish state. First time since medieval times, when nationality was really not an important concept at all. There were relatively big pockets of national minorities  (today’s most western Ukraine , Belarus and Wilno district of Lithuania), a bit of spread German minority and relatively large Jewish population. But none of them could compete for political dominance or importance against huge majority of ethnic Poles. Hence the true long term victory belonged to the Grater Poland movement. Not total, but a measured one.  The rest was done due the infamous Yalta and Potsdam agreements by end of 2nd World War that for all practical reasons confined Poland to strictly ethnic borders, with the exception of old Prussian state in northern Poland (presently Masuria region). That part was ethnically cleansed right at the end of the war by both German and Polish forces and consequently re-populated by ethnic Poles, often escaping the Soviet clutches in the lost Polish territory on the eastern side.

Yet the dreams of progressive, open to the world and not inward looking Poland did not die. Many Poles felt confined and suffocating in ‘one nation, one faith, one ruler’ concept. And wish to re-join the rest of Western Europe – the one we, as a ‘Guardian’, defended for so long in the old times. That posed a new hope. It got a huge boost when Poland was accepted as a full member of European Union. If we can’t have a Jagiellonian, multinational Poland than why not join a Union that is based one very similar pillars – a federacy of equals based on common goals and rules. It looked for a while that Pilsudski’s concept , decades after his death, was reborn in new form. But the nationalistic, paternalistic and bordering on fascist ideology (not Hitlerism – there is a long stretch between European fascism and it’s extreme end, Nazism) of Greater Poland did not give up. Due to many mistakes and lack of steadfastness of former center-right liberal government the last election was won by populist Law and Justice Party. That party, although not ideologically part of some grand coalition of Greater Poland – attached itself to many slogans of the nationalistic movement of Roman Dmowski. And the fruits of permanently loosing Polish Jagiellonian legacy in that infamous Polish-Soviet Peace Treaty of 1921,  become very visible. Open, multicultural, progressive Europe scared many Poles. It wasn’t romantic Paris of XIX and early XX century, it wasn’t Italy attached as an obedient child to Vatican. It was a Union of mostly nation-states but very much open to multiculturalism, to immigration, equal rights for minorities of all sorts: ethnic, religious, sexual, gender-based. More or less it was a Union of modern, XXI century democracy. They had time to build it and get used to it in the past 70 years since the end of the 2nd World War. Poland did not. And it scared many of them. Many Poles felt better in their mythical role as a Guardian of Europe, of the West. When you are a guard of the fortress, you cannot allow yourself the delicacies of an ordinary citizen – you are a soldier who must be disciplined. It was just sad that … Europe no longer needed such a devout guard.  Europe was doing rather fine without a fortress of tall walls. But we, Poles, knew better than Europe what Europe needed! Africa is for Africans, Asia for Asians and Europe for Europeans.  White and Catholic. Never you mind the Lutherans and other Protestants or silly Anglicans. Of course, one day they will come back to the Mother Church. It has been only 500 years – that’s nothing in the face of eternity! LOL.

It might sound silly at the end of previous paragraph. But it is not. It is very crude and simplistic generalization of today’s Polish society – but a true one, nonetheless. It is very tribal at its core, still enslaved by the chains of it’s painful history, still unsure of it’s own inner strength.  And – in a country where history plays such an important role in everyday life – very ahistorical.

Not to continue and changing it into a long essay: the “Ordinary Citizen’, who set himself ablaze in Warsaw could not live any longer in a country that rejects these lofty, humanistic ideas of coexistence. He was tired of being forced to be a guardian. And therefore his conflict, the essence of it, was not solely with the current, chauvinistic populist government. Governments come and go. It was with his countrymen. With his nation. I am neither sure nor know if he spent much time thinking of differences between concepts of Pilsudski or Dmowski for Poland. But I am certain that these two conflicting concepts lay at the very base of Polish society problems today. The difference of remaining oneself while fully respecting the ‘otherness’ of different opinions and rights and being just a soldier, a guard, who simply follows orders.   And that’s why it was so profound. So heroic on an ancient Greek scale. And so terribly sad, chilling to the core.

ZADUSZKI

by: Bogumił Pacak-Gamalski

Dzień Zaduszny, Wszystkich Świętych mają w Polsce wymiar głównie indywidualny, rodzinny. Jedziemy na groby najbliższych, wspominamy ich, zapalamy ‘lampkę pamieci’, kładziemy gałązke zielonego jedliwia, kwiat chryzantemy.  Często spotykamy się przy grobach z rodzina bliższa i dalszą, która też odwiedzić mogiłę przyjechała.

Często zdarza się, że część domowników, na ogól Tata lub Mama nie idą z nami na cmentarz pobliski a wyjeżdżają do innych miast, wsi daleko położonych by tam w imieniu rodziny ten gest pamięci spełnić. Taką rolę w naszej rodzinie pełnił mój Tata i jego brat – rodzina była rozrzucona po całym kraju, groby też – efekt wojennych tułaczek i repatriacji powojennych: groby w Warszawie, Toruniu, Nidzicy, Brodnicy, Szczecinie, Sławnie koło Słupska, Gdańsku, Bydgoszczy …

Ale są też inne groby lub miejsca śmierci, które odwiedzamy. Specjalne. Nie rodzinne a ważne, bliskie. Bez namawiania, bez organizacji – z potrzeby serca. To groby w nekropoliach narodowych: na Wawelu, na Powązkach, na Rakowcu krakowskim, na Rossie w Wilnie, cmentarzu Orląt Lwowskich i Łyczakowskim we Lwowie. Czujemy potrzebę refleksji w tych miejscach. W latach młodości warszawskiej każdego listopada i sierpnia dla mnie takim miejscem szczególnym była tablica u wylotu ul. Miodowej lub grób na Powązkach nie generała, wielkiego dowódcy, prezydenta, premiera.  Miejsce, gdzie zginął i gdzie jest pochowany młody chłopak de facto. Tak, zginął jako żołnierz  ale przecież żołnierzem żadnym wielkim nie był. Tak potoczyły się losy. Był poetą.  640px-Tablica_Krzysztof_Kamil_Baczyński_pałac_Blanka_01

Krzysztof_Kamil_Baczynski_grave

 

 

 

 

 

Krzysztof Kamil Baczyński. I choć od lat już tylu mieszkam na innym kontynencie – tego dnia zawsze go wspominam, jak kogoś bliskiego.

Są też jeszcze inne, specjalne groby – mogiły po lasach, często bez nazwisk. Własnie te osoby, znane z nazwiska czy nie – ale nie wielcy przywódcy są nam szczególnie bliscy. Bo jakimś gestem, tragicznym na ogół, w momencie śmierci zrobili coś, co utożsamiało nas z nimi. Stali się w tej chwili strasznej, jakby naszym alter ego. Do tych postaci, takich “żołnierzy nieznanych’ de facto, ‘żołnierzy tragicznego momentu’ i w ledwie dni klika przez Dniem Zadusznym dołączył dziś Piotr S. Szary Obywatel. Nie żołnierz. Nie polityk. Nie działacz. Autentycznie szary obywatel. I o nim też nie zapomniano. W tej ciszy nad tym smutnym miejscem na Placu Defilad w Warszawie podajmy sobie dziś wszyscy ręce. Ręce gotowe do narodowej zgody. Do rozmawiania, jak sąsiad z sąsiadem. A drobe świetliki płomieni lampek wotywnych niech nam drogę do tych rozmów wyznaczą.

(zdjęcia poniżej z Placu Defilad 1 listopada 2017 i z St. Catherines w Ontario tego samego dnia)

Październik był muzyczny w Vancouverze

by: Bogumił Pacak-Gamalski

Zaczęło się Galowym Koncertem  pierwszego w Vancouverze Międzynarodowego Konkursu Muzycznego (2017 International Music Competition). Konkurs ma trzy kategorie: fortepianu, skrzypiec i wokalną. W klasie fortepianu pierwsze miejsce (Diamond 1st Prize) zdobył młody pianista z Polski, Łukasz Mikołajczyk. W klasie skrzypiec zwycięzcą był Takumi Taguchi reprezentujący USA i Japonię; w klasie wokalnej mezzo-soprano Yeeun Lee z Południowej Korei. Dla ciekawostki warto zaznaczyć, że laureatka 1 miejsca  w kategorii ‘cash prize’, Tiffany Yeung z Kanady grała Poloneza Wieniawskiego z Koncertu Skrzypcowego D-dur.

img_0487
Koncert Galowy 2017 VIMC. Przy fortepianie Ł. Mikołajczyk

Pianista na koncercie Galowym wykonał Poloneza A-dur, op 53 Fryderyka Chopina. Dojrzałość muzyczna pianista i jego skala poziomu technicznego gry spotkała się z zasłużonym uznaniem Jury i publiczności. Co dziwić nikogo nie powinno, choćby z tego ‘drobiazgu’, że Łukasz jest ćwierćfinalistą ostatniego Konkursu Szopenowskiego w Warszawie. Drobiazg, prawda?  Nie bez kozery określanego, jako najtrudniejszy konkurs muzyki Chopina na świecie … . Nasze gratulacje dla pana Łukasza.

Nazwisko to będzie jeszcze w tym tekście kilkakrotnie powtarzane. A podejrzewam, że nie raz w przyszłości, gdyż Łukasz nie stroni od Polonii w Lower Mainland, czego dał już, w tak krótkim okresie pobytu, kilkakrotnie dowód.

14 października 2017,  Vancouver Chopin Society zaprezentowało  w sali koncertowej Vancouver Playhouse fantastyczny zespół muzyczny Marii Pomianowskiej z Warszawy.

Maria Pomianowska, profesor w Krakowskiej Akademii Muzycznej i solistka starych polskich instrumentów muzycznych przygotowała nie lada ucztę i niespodziankę muzyczną dla słuchaczy. Postanowiła przybliżyć nam genezę i źródła natchnienia  muzycznego Chopina. I zrobić to nie tyle stylizowaną współczesną wersją muzyki ludowej (mazurków, kujawiaków, oberków, chodzonych) do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni, ile muzyką taką, jaka najprawdopodobniej grana była za jego dzieciństwa i wczesnej młodości w Polsce. I na instrumentach, jakie wówczas były używane. A nie wszystkie nawet do czasów naszych przetrwały. Swoją godną mnisiej cierpliwości pracą i badaniami dokumentów historyczno-etnograficznych odtworzyła te instrumenty i znalazła mistrzów lutników, którzy na nowo przywrócili je do życia.  Jednym z tych instrumentów była przecudownie brzmiąca ‘suka biłgorajska’, na której grały Maria Pomianowska i Aleksandra Kauf. Paweł Betley grał na duduku i flecie drewnianym, Hubert Giziewski na akordeonie, Patrycja Napierała na bębnach (perkusja) a świetny muzyk jazzowy (soul), Gwidon Cybulski zachwycał nas śpiewem, harmonijką, balafonem i digeridoo.  Ach – i naturalnie djembe (nie będę tłumaczyć – ale brzmiał bardzo fajnie, ha ha ha). Na fortepianie akompaniował … Łukasz Mikołajski. No właśnie, mówiłem, że jeszcze z nim się tu spotkamy.

To było oryginalne i ciekawe, aliści (jakby mistrz recenzji muzycznych Waldorf, ongiś powiedział) nie zaskakujące. Przenieśliśmy się w świat muzyki, która fascynowała młodego Fryderyka w Polsce.

IMG_3504
(Kapeli M. Pomianowskiej (pierwsza z prawej) nastrój muzyki tamtych lat wspomagali odtworzyć tancerze lokalnego zespołu “Polonez” z Vancouver)

Niespodzianka czekała nas po przerwie. Chopin na pięciu kontynentach. Profesor Pomianowska (tu już odezwała się silnie badacz muzyki, naukowiec) założyła, że jeżeli tak silny wpływ na Chopina miała muzyka ludowa w Polsce to niewątpliwie nie można odrzucić, że w tej muzyce przetrwały też elementy muzyki azjatyckiej z czasów najazdów tatarskich, mongolskich. Badacz łatwo odnaleźć może echa tej muzyki w muzyce ludowej. A co by się stało, gdyby Chopin żył w latach współczesnych? Gdyby, mieszkając w Paryżu – ostatecznie ciągle ważnym centrum kultury światowej (nie tylko francuskiej czy nawet europejskiej) – słuchał na przykład muzyki afrykańskiej, południowo-amerykańskiej, z innych regionów Azji? Czyż nie byłby nią zafascynowany, czy jest poza prawdopodobieństwem, że mógłby pod wpływem muzyki folklorystycznej gdzieś z Afryki skomponować utwór, który by zachował jej ducha, rytm, melodię?

I w taki własnie świat muzycznych peregrynacji nas Maria Pomianowska poprowadziła. Tym razem przy, bardzo wzbogacającym muzyczne doświadczenie, udziale Canada West Chamber Orchestra pod dyrekcją Kena Hsieha. Była to podróż niesamowita. Kiedy słuchałem zapowiedzi tej części programu – przyznaję, że opanowały mnie wątpliwości. Ileż to już razy słuchałem nadmiernych udziwnień muzycznych, które poza arte pro arte nic nie wnosiły i niczemu po prawdzie nie służyły. Maria Pomianowska przygotowując aranżacje muzyki Chopina do charakterystycznych rytmów wybranych regionów świata przekonała mnie do swego pomysłu w stu procentach. Fantastyczne widowisko muzyczne, z udziałem tancerzy, solistów oryginalnych instrumentów z danego kraju a nawet wokalisty throat singer. Jaką przyjemnością było odnajdywać echa znajomych kompozycji Chopina w rytmach afrykańskich, iberyjskich i południowo-amerykańskich, perskich, z głębokiej Syberii! Publiczność była tym wyraźnie zachwycona.

 

I pomyśleć, że gdy wchodziłem do Playhouse, z pewną zazdrością patrzyłem na długą kolejkę obok na “Turandota” w Queen Elizabeth Theatre … Chopina wszak tak często się słucha a “Turandota” nie oglądałem od parudziesięciu lat! Tylko gdybym uległ sentymentowi – to pewnie nigdy w życiu bym takiej wersji muzyki Chopina i takiego ‘muzycznego wykładu’ o jego twórczości nigdy nie zobaczył. Ze szkodą dla siebie. Marii Pomianowskiej, jej muzykom i gościom muzycznym z Vancouver jestem ogromnie wdzięczny za ten wieczór. A Vancouver Chopin Society oklaski za odnalezienie tej perełki muzycznej i udostępnienie jej słuchaczom nad Pacyfikiem.

Ledwie cztery dni później miałem znowu przyjemność słuchać Mikołajczyka i odbyć serdeczną rozmowę z kompozytorem Ryszardem Wrzaskałą. Tym razem dzięki przemiłemu wieczorowi muzycznemu w restauracji ‘Rodos’, za sprawa organizatora, Jana Sowińskiego. Fortepian, muzyka klasyczna i lżejsza (utwory wokalne Ryszarda Wrzaskały), znajomi od dawna nie widziani. Rzecz cała pomyślana właśnie, jako hołd i podziękowanie dla naszych muzyków znanych i mniej znanych. Z bogatą , kilkudziesięcioletnią karierą muzyczną (mistrz Ryszard), z krótką a jakże cenną (Łukasz) i początkującą mile (Monika Sowińska, sopran), z udziałem gościa, wokalistki Deany Zhdanowej.

5-IMG_3593
Łukasz Mikołajczyk, Ryszard Wrzaskała, Bogumil Pacak-Gamalski

Powiadają, że muzyka łagodzi obyczaje. Dodam też, że podnosi na duchu.

 

 

Opcje władzy i opozycji i ich efektywność

by Bogumil Pacak-Gamalski

Jakiś czas temu, gdzieś około dwóch lat temu, społeczności dziś określane jako środowiska opozycyjne: stara polska inteligencja (nie cała, ale wystarczająco duża w swej uśpionej masie) i tzw. elity (nikt tak do końca nie potrafił mi tego pojęcia wytłumaczyć, bo wszak elitą władzy jest dziś PiS, co jest logiczne i jasne) bawiły się ślinotokiem i parą odwetu płynąca z uszu i nozdrzy nowej władzy Prezesa Wielkiego Choć Niskiego. Wszędzie przypominano niezapomniany przebój Wiesia Gołasa “W Polskę idziemy drodzy rodacy, w Polskę idziemy …” (co było jednocześnie ironizowaniem narodowo-katolicko-patriotycznego nurtu kaczystów). I to był błąd. Może było to słuszne odzwierciedlenie dużej masy elektoratu pisowskiego – ale nie głównych liderów tego ruchu (PiS w istocie nie jest partią polityczną a ruchem społeczno-ideologicznym, ale bez jasno określonej wizji – partia to tylko ich ramię polityczne). Kaczyński nie jest wystraszonym, nie rozumiejącym nowoczesnego świata starym kawalerem z Żoliborza, zgryźliwym dziadkiem do orzechów.  Albo inaczej – może i nie rozumie, jest starym kawalerem (cokolwiek to dziś oznacza) ale to wytrawny i sprytny gracz polityczny. Partię swoją ustawiał zawsze dość hierarchicznie: on u szczytu, poniżej tylko porucznicy. Pewnym wyjątkiem wydaje się być Antoni Macierewicz, ma jakby dużo wyższy stopień. Stad może dlatego u władzy nad armią … Jest zupełnie możliwe, że Macierewicz wie o Kaczyńskim wiele więcej niż pozostali – ostatecznie zawiadywał i rozgryzał polskie służby wywiadowcze już u zarania III Rzeczypospolitej i miał dostęp i do danych i archiwum dla większości (nawet wysoko postawionych polityków) niedostępnych. Być może jest to sytuacja pata politycznego: chwycił Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma… Być może jest to po prostu zwykła, typowa z czasów manipulacji KGB, sieć seksualno-erotyczna: faceta (najczęściej) lub facetkę wikła się w dwuznaczne sytuacje erotyczne, najlepiej homoseksualne i ma się takiego palanta w łapie na całe życie. Może taką sieć zastawili kiedyś na Trumpa towarzysze generalissimusa Putina? Może. Może coś takiego zrobił (lub wykrył) Macierewicz u Kaczyńskiego? Byłby się zdziwił szalenie, gdyby tą kartę odkrył i większość młodych Polaków wzruszyłaby ramionami…  Ale dla nich to nieistotne, co myślą młodzi (chyba, że z kręgów narodowościowo-faszystowskich) – tego raczej na pewno ani Kaczyński ani Macierewicz pojąc nie są w stanie. Współczesność obeszła ich obok. Nie rozumieją jej i jest im przez to wroga. Teraz więc tu i ówdzie ujawniają się szemrania, podchwytywane chętnie przez prasę, o jakiejś homoseksualnej przeszłości Prezesa. Nieszczęśliwej ponoć. Tu i ówdzie określa się go, jako geja. Co jest zupełnym absurdem. Jakkolwiek każdy gej jest homoseksualny, to niestety, zdarzają się przypadki osób homoseksualnych, które gejami nijak nie są. Nie jest gejem na pewno pan Jarosław z Żoliborza. Może być typowym przykładem medycznego określenia homofoba – kiedy jest to istotnie fobia psychiatryczna, tj. nieracjonalny lęk przed i nienawiść do osób homoseksualnych. Występuje rzadko i prawie w 100% u ukrywających się homoseksualistów. Opozycja i przeciwnicy PiS usiłowali to rozegrać na stronach wirtualnych i drukowanych różnych tabloidów i na stronach społeczności internetowej (Facebook itp.).  I też nie wyszło za bardzo. Znowu ta współczesność stanęła okoniem. Może większość starszych polityków i politykierów straciła w Polsce (nie tylko) kontakt z tą współczesnością? Straszak geja-polityka przestał działać. Ludzie z tego wyrośli. Mało tego – w wielu miejscach opozycyjnych wobec PiS znalazłem komentarze, że to nie fair argument i nic nie ma do rzeczy czy Kaczyński jest czy nie.

Skąd więc u mnie aż tyle miejsca temu poświęciłem?! By wykazać niemoc obecnej formalnej (parlamentarnej) opozycji w Polsce. Z bardzo nielicznymi wyjątkami. Zamarli w polityce sprzed 10-15 lat. A w międzyczasie dorosło i dojrzało kolejne pokolenie. Obce metodom takiej gry. Nie rozumiejące ‘liderów’, którzy nie potrafią do niczego wieść, prowadzić. Nie mają cienia charyzmy. Nie ma ich bezwzględnie jakikolwiek pierwszo-szeregowy polityk PiS – ale ma bezwzględność, zaciętość i nieustępliwość. A to w polityce też się liczy, zwłaszcza jeśli się jest u władzy. Zresztą zdecydowana większość chorążych PiSu to głównie karierowicze oczekujący (na ogół  dość skutecznie) na intratne interesy, posady, dorobienia się (a przy okazji dokopania swoim przeciwnikom, odegrania się).  Nie jest to kompania doborowa i gotowa ‘iść w ogień’ za przywódcę – ale zdyscyplinowana i nie zadająca pytań.

skrzyneczkaZ ideologów wymienić chyba tylko można samego Kaczyńskiego (nie jestem w stu procentach pewny, czy ideologia jego jest spójna i jedna), Macierewicza (zdecydowanie po stronie polskiego faszyzmu, już od bardzo, bardzo wielu lat, jeszcze z doby PRL i KOR tu niewiele zmienia), Dudę (ściśle pro Kościelna) i chyba Terleckiego. Inni, nawet jeśli mają jakąś ideologię polityczno-filozoficzną są z PiSem związani jedynie koniunkturalnie. Wierząc, że przy okazji im też coś kapnie. Jest to więc kompania dość osobliwa. Łączy ich niechęć do współczesnej, XXI wiecznej demokracji, do globalizmu ekonomicznego, który bezwarunkowo musi nieść globalizm kulturowy, niechęć do struktur poziomych w społeczeństwie a obstawanie przy hierarchicznych strukturach pionowych (stąd tendencja sprzyjania zasadzie wciągania się po drabinie stąpając na ręce tych poniżej). I zdecydowane rozumienie patriotyzmu, jako trybalizmu, plemienności. Przeciwieństwo obywatelskości. Aby taka ‘kompania’ mogła wygrać władzę w demokratycznych (sic!) wyborach musi oprzeć się na kampanii negatywnej. Idealnym tego przykładem i wzorem była kampania Trumpa w USA. Tani patriotyzm plemienny („America first”) i oskarżenie wszystkich z wewnątrz i zewnątrz o spisek przeciw takiej „Ameryce”. I polityka historyzmu ahistorycznego. Odwołania do ‘świetnej przeszłości’, zwłaszcza tej, której nikt z żyjących pamiętać już nie może. Próbowano, co prawda, użyć (w Polsce) też elementu bohaterskiej przeszłości nie aż tak odległej. Państwo Podziemne i AK. Po bardzo znamiennych porażkach (niestety, żyli jeszcze i ciągle nieliczni niestety żyją i teraz) – nagle Polskie Państwo z Rządem w Londynie i Armia Krajową jakby zniknęło z trybun propagandowych a wyłoniły się z grobów, nieliczne co prawda, szeregi cieni ‘żołnierzy wyklętych’. I kolejne narodowe widowiska i msze żałobne z okresu II wojny światowej i pierwszych lat po jej zakończeniu. Gdzie ni stąd ni zowąd wiodąca siłą zbrojnego ruchu oporu były nie tysiące żołnierzy AK i BCh ani regularni żołnierze Polskich Sil Zbrojnych – a kilkuset watażków, straceńców i zdaje się kilku zbrodniarzy wojennych. Czyli nawet w przypominaniu i gloryfikowaniu historii stosuje się tą konwencję negatywną, nie pozytywną. Konwencję ludzi i społeczeństw przegranych. Mesjanizm polski, encore! s’il vous plaît. Chrystus Królem Polski (mimo, że to bluźnierstwo teologiczne), różańcem otoczymy granice (w rocznicę zwycięstwa nad Turkami pod Lepanto, nie przez przypadek – ha ha ha – wiec o wyraźnym zabarwieniu anty-muzułmańskim. To święto Matki Boskiej Różańcowej było wprowadzone przez papieża właśnie, jako votum zwycięskiej bitwy z Imperium Osmańskim.) – a więc ponownie: zagrożenie, poświęcenie się. Niby wzniosłe cechy – ale negatywne, nie pozytywne. To nie jest memento vitae, to memento mori. Trudeau w Kanadzie zastosował dokładnie odwrotną taktykę w wyborach. Pozytywną na wskroś. Może aż nazbyt. Harper prowadził negatywną, a NDP ostrożną. Trudeau na starcie miał daleką, trzecią pozycję. Wygrał miażdżąco, pozostawiając innych w głębokim tyle. Uwierzyliśmy mu, że jesteśmy lepsi. Nie lepsi od innych. Lepsi od siebie. I mu uwierzyliśmy bez względu na fakt czy było to racjonalne i logiczne. Ale argumenty pozytywne ludziom dodają skrzydeł. Negatywne przypominają o naostrzeniu szabli, naładowaniu pistoletu.

Kaczyści (tak to możemy , jako pewien specyficzny ruch określić, ponieważ nie mając wspólnej i spójnej ideologii łączy ich głównie przywódca: Jarosław Kaczyński) , podobnie, jak Trump w USA, Erdogan w Turcji mają pewną wspólną cechę: nie zadawalają się zwycięstwem i nie uznają wspólnej pracy nad dobrem wszystkich po tym zwycięstwie. Wygrać to za mało. Po zwycięstwie trzeba ukarać pokonanych, trzeba im pokazać ‘ich miejsce’, zniszczyć wszystko prawie, co przed nimi ‘tamci’ dokonali. Nie szukać wspólnego mianownika a przeciwnie: od sumy odciąć, odjąć minusem tą część, która była im przeciwna. csm_rzeplinski_3875aa1ff3Nastały czasy, jak to określił wybitny konstytucjonalista europejski, prof. Andrzej Rzepliński, systemu posibilistycznego w Polsce. Posybilizm to taka potoczna od łacińskiego (possibilis) i angielskiego zwrotu ‘possible’. Czyli – możliwy, możliwe. Konstytucja może pewnych rzeczy w państwie zabraniać: ale w państwie realistycznym, racjonalnym. W państwie posibilistycznym – wszystko jest możliwe. Obecny Trybunał Konstytucyjny jest zorganizowany w sposób poza konstytucyjny. Formalnie nie można było tego tak zrobić. Ale zrobiono – i to bez ogłaszania, że Konstytucja jest nieważna. Następuje pewien dualizm lub wielowymiarowość rzeczywistości. Everything is possible. I znowu porównanie do ‘twitterowej dyplomacji’ prezydenta Trumpa: coś jest ujęte w prawo federalne, do pewnych rzeczy prezydent USA nie może wprowadzać zmian samodzielnie (dekretami). Ale konstytucja nie przewidziała, że kiedyś będzie Twitter! I stąd miast dyplomacji departamentu Stanu, miast konwencji międzynarodowych wynegocjowanych latami w pocie czoła – tweat tweat, tweat i wszystko jest do góry nogami. Atmosfera niepewności, niestałości. Też broń z arsenału polityki negatywnej.

Ale nie tylko Jarosława Kaczyńskiego można porównać do Donalda Trumpa (w narzędziach politycznych, nie w osobowościach! Trump to sybaryta, a Kaczyński raczej asceta,). Podobnego porównania można użyć wobec opozycji  tu i tam. Zawiodła. Jest bez wizji przeciwstawnej. I nie ma (oj, jak nie lubię tego określenia – ale jest w polityce czasem niezbędne) przywódcy, lidera.  Dawniej można by użyć jeszcze zwrotu ‘wodza’ ale dziś to raczej archaiczne i wręcz ośmieszające określenie. Chodzi o osobę, która pod pewnym ogólnym sztandarem pozytywnych odwołań i wizji potrafi skupić wokół siebie ludzi o odmiennych poglądach, zapatrywaniach, celach. Ale z jedną wspólna chęcią powrotu rzeczywistego czasu historycznego. Czasu dnia dzisiejszego. Chcących wysiąść z pociągu, który jedzie do tyłu. Polski wszystkich obywateli. Bez wyraźnych lub ustawowych praw nadzwyczajnych.  I trochę pozytywnie podniecającej. Ciekawszej. Weselszej. Nie nastawionej ustawicznie contra a raczej pro.  Zawiodła też trochęZakodowani_007 (bez niedoceniania olbrzymich zasług dla ratowania demokracji i porządku konstytucyjnego w Polsce) główna siła społecznej, spontanicznej opozycji: Komitet Obrony Demokracji. Być może tej masy nie można było utrzymać w ryzach pewnej dyscypliny i stałego zaangażowania. Nikt (poza politykami, oczywiście) nie chce być ‘zawodowym’ demonstrantem, manifestantem. Każdy chce po prostu normalnie żyć. No i konflikt personalny na szczeblach najwyższych KOD poważnie zranił ten ruch i wyrosłą z niego organizację. Bardzo sprytnie wykorzystany przez całkowicie zawłaszczony przez państwo aparat propagandowy. Wielkim zwycięstwem KOD było jednak pokazania Polakom, że protest jest możliwy. Czasem nawet skuteczny. Że Polska, mimo wszystkich ograniczeń, jest ciągle państwem o ustroju demokratycznym i jest członkiem Unii Europejskiej, która te podstawowe prawa gwarantuje i potrafi ich dociekać. Nie jestem pewny, czy bez KOD byłoby możliwe osiągnąć tak silne i masowe protesty ograniczania praw kobiet (tzw. Czarny Protest), czy nawet obecny, dramatyczny Protest Głodowy młodych medyków-rezydentów doszedłby do skutku, nie wspominając o walce w obronie niezależności polskich sądów – od Trybunału Konstytucyjnego poczynając – co było główna zasługą KOD w Polsce i na świecie.  I cała masa innych grup aktywnie dziś zaangażowana w walkę o prawa obywatelskie. To wszystko pośrednio a czasami bezpośrednio jest pokłosiem działalności KOD właśnie. Kolejnej legendy polskiego społecznikostwa.

Łatwo, przyznaje, jest ulec wizji negatywnej. Nie wymaga to specjalnej pracy i wysiłku. Ulec gorzkiej konstatacji, że jesteśmy społeczeństwem niskim, zapyziałym, zacofanym, sobkami i egoistami zapatrzonymi tylko we własny garnek (‘…niech na całym świecie wojna, byle polska wieś spokojna …”), nie wymaga to wysiłku intelektualnego. Ale gdyby to była prawda nie byłoby POW w latach przed i trakcie I wojny światowej, nie byłoby polskiej szkoły spółdzielczości  w Międzywojniu, nie byłoby Żegoty, nie byłoby KORu i „Solidarności” w 1980-1989, nie byłoby KOD też. Nie wymieniam ani AK ani ruchów partyzanckich i wojskowych – bo to walka o życie, o przetrwanie. Mówię o ruchach społecznych, których celem było dobro wszystkich a nie siebie i najbliższych. Nie trzeba może stale ‘niezłomnych’, wielkich, tragicznych, nawet ‘wyklętych’. Trzeba po prostu ludzi poczciwych, dobrych.

A takich jest najwięcej. I potrzebują dziś liderów, potrzebują kogoś, jakąś grupę, która poprowadzi ich nie na szaniec a do urny wyborczej. I zaproponuje im: nie głosujcie na Polskę wielką; nie głosujcie na Polskę małą. Spróbujmy raz zagłosować na Polskę normalną. Sympatyczną dla Polaków i dla sąsiadów. Nie przeciw czemuś lub komuś. Dla.

  • Ale tego nie można osiągnąć używając wszystkich dostępnych środków walki politycznej. Przede wszystkim trzeba w słowniku opozycji demokratycznej wymazać wszelkie odniesienia do ‘dobrego” i ‘gorszego sortu’. Jest jeden sort: obywatele Polski. Odróżniać satyrę od argumentu racjonalnego, politycznego. Pani Pawłowicz nie jest złą posłanką ponieważ jest samotna lub mało atrakcyjna. Jest złą poprzez to , co robi w Sejmie, jako posłanka. Kaczyński nie jest fatalnym liderem dla Polski, bo wygląda śmiesznie na skrzynce na Krakowskim Przedmieściu ponieważ jest niski, ani dlatego, że może jest osobą homoseksualną (na 100% nie jest gejem, co już wyjaśniłem) – jest fatalnym, bo Polskę cofa a nie prowadzi do przodu, bo ją izoluje na arenie międzynarodowej, pozbawia solidnych sojuszników. A przede wszystkim dlatego, że Polaków dzieli. I to jest jego wada największa. Koronnym argumentem winna być kwestia wręcz ‘być albo nie być’ Polski w przyszłości. W każdym razie takiej Polski, jaką chcielibyśmy, by nasze dzieci i wnuki odziedziczyły. Tą kwestią jest członkostwo Polski w Unii Europejskiej. Nie ma znaczenia, że nikt z przywódców PiSu nie powiedział jasno, że dążymy do wyjścia z Unii.  Cała działalność polityczna i ustawodawcza przeprowadzana przez PiS jest w dużej części w sprzeczności z duchem Karty Atlantyckiej a często i z literą prawa Unii. To nie może trwać w nieskończoność. Jestem pewny, że nie będzie.   Gdy tylko jako-tako wypracują się zasadnicze punkty negocjacji z Wielka Brytanią – Europa zwróci się w kierunku powstrzymania erozji traktatów i konwencji europejskich w państwach członkowskich. Dwa kolce to głównie tylko Węgry i Polska. Z czego Polska dużo ważniejsza i dużo przez to niebezpieczniejsza dla Unii. Status quo Unia zostawić sobie samemu nie może. Wszelkimi metodami będzie chciała Polskę, jako członka utrzymać. Ale nie wszystkimi i nie za każdą cenę.  Sojusz francusko-niemiecki na to nie pozwoli. I większość innych krajów też. Nawet za cenę wymuszonych zmian traktatowych. Ostatecznie dla Polaków najważniejsza jest Polska – takie wrażenie odnosi się w Brukseli i większości stolic europejskich. Dla Berlina i Paryża, raczej też dla większości innych stolic: najważniejsza jest Europa. Młode pokolenie Niemców, Francuzów, Hiszpanów, Holendrów, Włochów nie wyobraża sobie świata w zamkniętych granicach krajowych. Oni są już Europejczykami. Z moich rozmów i obserwacji tego samego pokolenia w Polsce odnoszę wrażenie, że ma podobne aspiracje. To im trzeba wyraźnie powiedzieć. Niech mają świadomość wyborów.13001294_1080214845404011_8774310758556996483_n Tak – Europa to jedność kulturowo-cywilizacyjna. Ale to też jedność polityczna. A jedność polityczna nie jest dana raz na zawsze. To decyzje polityczne i ich konsekwencje. Polska ma duży potencjał gospodarczy, ekonomiczny i polityczny. Ma go w Unii. Samotnie jej potencjał jest tak mały, że znaczenia żadnego mieć nie będzie.