Rocznica Smoleńska, PiS, wybory prezydenckie 2025

Rocznica Smoleńska, PiS, wybory prezydenckie 2025

Mija właśnie piętnaście lat od tragicznej i strasznej katastrofy polskiego samolotu na lotnisku w Smoleńsku, blisko lasku katyńskiego. Wydarzenia samego w sobie o wyjątkowym znaczeniu dla państwa polskiego, dla układów polityczno-społecznych. Wydarzenia, które mogło i które zjednoczyło na krótko w głębokim żalu i smutku całe społeczeństwo. Poczym równie szybko rozdarło go na połowę skutkiem szatańskiej gry brata Prezydenta Polski, Jarosława Kaczyńskiego, wsparte późniejszym z piekła rodem ‘śledztwem’ i Podkomisją szaleńca Antoniego Macierewicza. Nie mogła nosić nazwy ‘Komisja”, gdyż brakowało w niej (sic!) przedstawicieli polskiego Lotnictwa wojskowego. Właściwie zorganizowaną Komisją kierował Leszek Miller.

Nie będę tu przypominał detali prac Komisji i Podkomisji, Millera i Macierewicza – pisałem o tym i badałem te dochodzenia i i ich raporty bardzo szczegółowo w ówczesnych czasach. Otwieranie ponowne tej puszki Pandory, może doprowadzić do szału każdego normalnego człowieka.

Tragiczny wypadek w Smoleńsku otworzył drogę do władzy Jarosławowi Kaczyńskiemu, Rasputinowi polskiej sceny politycznej od prawie początków całej historii suwerennej Polski od upadku komunizmu w Europie, czyli mniej więcej od 1991 roku. A jednym z filarów politycznej kariery Jarosława był właśnie przez długie lata Antoni Macierewicz. Macierewicz dziś to raczej komiczny pionek sceny politycznej, jego gwiazda już dawno zgasła. Nigdy nie miał sprytu i zimnej krwi gracza, jakim jest jego polityczny dowódca – Jarosław. W pamięci powszechnej pozostanie zabawnym pajacem od latającej brzozy i bomby barycznej. Ale dobry historyk doskonale i po stu latach zrozumie jego olbrzymią pracę na podziałem Polaków, nad niewymiernymi szkodami, jakie Polsce przyniósł.

Filarem, potęgą instytucjonalną władzy, zaplecza finansowego i politycznego jest przekształcona, przebudowana prawie od podstaw i zdyscyplinowana partia polityczna PiS. To szeregi nie tylko aktywu i członków partii – to rzesze jej wyznawców, nowy rodzaj religii narodowej. A jak w każdej religii: ziarno od plew trudno odróżnić, fakt od mitu niemożliwy do rozłączenia. I potęga finansowa przekraczająca składki członkowskie, daniny rzesz wyznawców. Kaczyński to wiedział, znał i rozumiał. I nad tym bardzo skutecznie pracował. Można się śmiać i żartować ze starszego pana wyglądającego niezaradnie w poplamionym, wymiętoszonym garniturze, z jego kota i ‘misiewiczów’ podsyłanych tajemnie dla starzejącego się homofoba-homoseksualisty. To już jednak tylko zabawne dla motłochu i satyryków tajemnice dworu imperialnego Jarosława Pisowskiego, który marzył nocami, by dodano mu przydomek, jeśli nie „Mądry”, to choć ‘Wspaniały”. Ale nie wyszło. Rzędy starych babć kościelnych nie mają na to wpływu.

Co wyżej pisałem, to zaplecze sprawnej organizacji politycznej. PiS na tym nie poprzestał, ani na daninach rzesz starzejących się z każdym rokiem i odchodzących powoli z aktywnej sceny politycznej i finansowej zasobności ‘bab kościelnych’.  Jarosław Kaczyński po objęciu pełnych rządów i przy zawładnięciu wymiarem sprawiedliwości, a głównie Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego, mógł zacząć budować jawną i bezprecedensową hierarchię finansowego imperium partii i jej członków. Usłużni prokuratorzy i sędziowie, którzy dostali od niego togi urzędnicze szybko podporządkowali sobie nawet służby policyjne. Nikt nie stał na przeszkodzie … robienia wielkiej kasy. Nie danin – Wielkiej Kasy polskiej gospodarki, przedsiębiorstw. Tu politycy, autentyczni wyznawcy idei politycznej, wizji Polski ‘pod sztandarami Chrystusa i Marii Panny’, byli zbędni. Nie, to zaplecze już istniało poprzez chojne, milionowe zasiłki ze Skarbu Państwa dla diecezji, etatów państwowych dla armii szkolnych katechetów, różnych duszpasterstw przy zawodowych i ochotniczych remizach strażackich, pensjach i pałacach dla kapelanów wojskowych (obleśny ksiądz-general Głódż tu przkładem wymownym). Trzeba było sięgnąć głębiej. Do polskiego przemysłu, polskiej gospodarki i aktywów państwowych. Znaleziono ‘Obajtków’ różnej maści, ale jednego rysu charakteru: pełna dyspozycyjność wobec centralnej władzy politycznej. Polski przemysł i aktywa gospodarcze od tego momentu były feudalną własnością rządu i dykasterii władz państwowych podległych PiSowi i Kaczyńskiemu. Działy się rzeczy niewyobrażalne w nowoczesnym państwie w środku Europy.

Jeszcze dziś nie wiemy wszystkiego, jeszcze toczą się śledztwa i procesy zwalniane uporczywie przez pozostałości PiS w Parlamencie, w Sądach Powszechnych, w Trybunale Konstytucyjnym. Nawet w czasach komunistycznego, z sowieckiej łaski systemu PRL, nikomu z ówczesnych ministrów, premierów czy sekretarzy PZPR przekręty finansowe na taką skalę się nie śniły. W porównaniu do PiSu i jego malwersacji i korupcji – tamci partyjniacy wyglądają, jak dziecinni złodzieje kieszonkowi. Pierwszoklasiści, a ci współcześni to już po jakiejś specjalnej akademii najwyższego sortu. Coś w rodzaju Colegium Humanum, LOL, które miało ich nobilitować. A skompromitowało wszystkich, którzy się o nie otarli.

Dochodzimy do wiosny 2025, do wyborów nowego prezydenta, który ma zastąpić ‘pieczątkę Kaczyńskiego’, jaką był pan Andrzej Duda.

               Jak wiemy z poważnych i bardziej znanych kandydatów zaakceptowanych przez Państwową Komisję  Wyborczą, to: Rafał Trzaskowski, Prezydent  Warszawy (reprezentujący program Platformy Obywatelskiej); Szymon Hołownia, Marszałek Sejmu RP, reprezentuje ruch Polska 2050 Szymona Hołowni; Sławomir Mentzen, doradca podatkowy, reprezentuję Konfederację Wolność i Niepodległość szerząca program faszystowski; Karol Nawrocki, urzędnik państwowy w niesławnym Instytucie Pamięci Narodowej (IPN to ‘dziecko’ Jarosława Kaczyńskiego, siedziba myśli faszystowsko-wielkopolskiej i katolickiej) mający naturalnie silne poparcie PiS; Grzegorz Braun, euro poseł, reprezentujący skrajnie prawicową Konfederację Korony Polskiej.

Nie kończą oni listy kandydujących, gdyż prawo startu w wyborach dostało łącznie trzynaście osób (tak, 13, o czym wiele osób już pewnie nie pamięta) – nie wymieniam nazwisk pozostałych, gdyż doprawdy tylko tzw ingerencja Opatrzności mogłaby im dać realne szanse, a w Opatrzność nie wierzę. Dodam tylko informacje o konstytucyjnym organie wyborczym, jakim jest Państwowa Komisja Wyborcza, niezależna od władzy politycznej, która wybory organizuje, kontroluje i zatwierdza.

Komisja Wyborcza jest jedynym ciałem mającym konstytucyjne uprawnienia zaakceptowania lub odmowy akceptacji proponowanych kandydatów. Warto przypomnieć, że odmówiła akceptacji na kandydatów aż czterem osobom: Pawłowi J. Tanajno, Dawidowi J. Jackiewiczowi, Romualdowi Starosielcowemu i Wiesławowi Lewickiemu.

Kto wygra, pytasz Czytelniku? Zły adres pytania. Powinieneś spytać siebie, bo ty będziesz głosować. Jedyny, wyjątkowy moment raz na kilka dobrych lat, gdy jesteś królem, władcą, decydentem. Tak, ty! Nie ja, nie Stach ani Elka. Nawet nie wszechpotężny Naczelnik Policji w twoim miasteczku. Nie, on ma tylko jeden głos. Jeden ma biskup i jeden ma pan wojewoda potężny. Tak, jak ty. A jeden głos to więcej niż dawniej jedna szabla. Bez tego jednego głosu wybory można unieważnić.

Ja mogę jedynie napisać kto i dlaczego moim zdaniem wygrać powinien, a kto stracił moralne i etyczne prawo do kandydowania nawet. Zdaniem jednej osoby. A że gębę mam niewyparzoną i opinii swoich nie kryję, to i tym razem się nimi podzielę. A nuż kilka osób się zastanowi? To dużo – pamiętajcie o tym jednym głosie.

Tylko machinacjami sił politycznych w Sejmie przy pełnym poparciu prezydenta Dudy, oddaniu wręcz służebnym pewnej sędziny (pożal się Boże) z Trybunału Konstytucyjnego i ciągle nie w pełni funkcjonującemu Sądowi Najwyższemu udało się Jarosławowi Kaczyńskiemu i całej partii Prawo i Sprawiedliwość uniknąć do tej pory rozwiązania i zakazu funkcjonowania (dla partii) oraz procesu z wysoką możliwością kary więzienia dla drugiego aktora – Jarosława Kaczyńskiego.

Gdyby tej partii nie było – nie mogłaby wystawić kandydatury Karola Nawrockiego. Musiałby dalej zaspakajać swoje ambicje otwieraniem drzwi dla swego wodza w budynku na Nowogrodzkiej. Funkcji, do której być może ma kwalifikacje.

Ze względu na olbrzymie zagrożenie demokracji i praw obywatelskich, ochrony wszelkich mniejszości (większość nigdy sobie samej nie zaszkodzi i nie zagrozi) – nie wolno pod jakimkolwiek względem oddawać głosu na kandydata faszystów (Konfederacja). To by było splunięciem w twarz naszej historii i wskrzeszeniem upiorów Dmowskiego i ruchów nacjonalistyczno-faszystowskich. Te ruchy były wówczas w Europie bardzo popularne – ale doskonale wiemy czym się skończyły: narodowym socjalizmem, który dał początek władzy Hitlera w Niemczech. Nie wolno zapominać lekcji historii. Inaczej skazani jesteśmy na popełnianie tych samych błędów.

Polska stoi na wąskiej miedzy dzielącej ostre zagrożenie od autentycznej wojny. O tej realności w jakikolwiek sposób zapominać nie można. Wysiłki nowej administracji amerykańskiej idą bardziej w kierunku misji ‘pokojowych’ Anglików i Francuzów w Monachium w 1938, które miały zapobiec dalszej agresji Niemiec hitlerowskich, a zakończyły się kompletnym fiaskiem. Tak się nie buduje trwałego pokoju. Nie przez układy z najeźdźcą, z agresorem. Putin nie jest partnerem do negocjacji. Należy kontynuować, zwiększyć wręcz wsparcie dla Ukrainy, która jest jedynym buforem między Polską z Europą Zachodnią a armiami rosyjskimi. To jest rzeczywistość namacalna, sprawdzalna. Trump może, co najwyżej, zostać drugim Chamberlainem lub Deladierem[i] – nigdy Rooseveltem ani Churchillem. Jego narcystyczne marzenia o Pokojowym Noblu są nieuleczalną chorobą maniaka nierozumiejącego otaczającej go rzeczywistości. To wymaga leczenia a nie nagradzania. Wszystko to zwiększa bezpośrednio zagrożenie granic Polski, jako najdalej wysuniętej flanki NATO. Pierwszą poważniejszą przeszkodą przed frontalnym atakiem armii rosyjskich na Europę Zachodnią.  Rok 1920 coś kogoś nauczył?

Z tego względu i przede wszystkim świadomy sytuacji i zagrożeń międzynarodowych obywatel polski winien głosować przede wszystkim na Rafała Trzaskowskiego. Wydaje mi się, że prezydent Trzaskowski miałby najlepsze szanse ofensywy dyplomatycznej na świecie w celu wzmocnienia pozycji Polski, a jednocześnie skupiłby się na wspólnych z rządem Tuska planach wzmocnienia i modernizacji polskich wojsk. Trump będzie prezydentem USA dużo krócej niż Putin prezydentem Rosji. Z tej przyczyny, tego autentycznego zagrożenia wojną – winniśmy oddać głos na silnego i zdecydowanego polityka, który jednocześnie wykazał się znaczącym przywiązaniem dla praw człowieka i obywatela. Zagrożenie wojną i nieustanna erozja (choć w końcu z widocznym elementem zwartej kontrofensywy sił demokratycznych) nowoczesnej demokracji musi nas obudzić.   


[i] premierzy Wlk. Brytanii i Francji, którzy spotkali się z Hitlerem na konferencji w Monachium w 1938 dla ‘ratowania pokoju’ w Europie

Muzyka i Miłość – nasiona boskości

Muzyka i Miłość – nasiona boskości

Więc straciłem przez ten nieszczęsny wypadek kilka dni temu możliwość bycia na tak oczekiwanym koncercie w Bell Art Centre w Surrey. Bilet dawno już kupiony i kolejne (ileż to już razy?) spotkanie z Chopinem i jego Drugim Koncertem Fortepianowym z Orkiestrą. De facto pierwszym, tyle że numery opusów pomieszane przez różnice dat publikacji. To zresztą nie istotne. Kocham ten Koncert tak strasznie związany z ukochanym Chopina, miłością jego całego prawie życia. Tytus Woyciechowski – monumentalna postać w biografii, ale i twórczości Fryderyka.

Sztuka bez miłości, zwłaszcza miłości tragicznej, istnieć nie może. O, wariacje różne, ronda i fugi można pisać intelektem. Koncerty, ballady – domagają się duszy i serca. Naturalnie talentu i znajomości tej sztuki bezwzględnie. Fryderyk wszystkie te elementy miał, więc – voila!

Potem w domu, liżąc rany (nie dosłownie, brrr) słuchałem z mojej kolekcji kilku lubianych kompozytorów i wykonawców.

Dużą przyjemność sprawiły mi nagrania Praskiej Orkiestry Symfonicznej dzieł Szostakowicza[i]. Co prawda nie ma tam jego najsłynniejszej kompozycji, monumentalnej Symfonii z czasów obrony Leningradu w wojnie sowiecko-niemieckiej[ii] , ale jest to dość dobry przegląd całości kompozycji Szostakowicza. Zaskoczyło mnie bardzo, nie pamiętane z wcześniejszych czasów, allegro z Symfonii nr 9 – zupełnie jakbym słuchał fragmentów muzyki Gershwina z ‘Amerykanina w Paryżu’!  Zdumiewające powinowactwo. Nie będę tematu rozwijać, bo musiałbym jakiś badania tematu porobić, a … nie bardzo mi się teraz chce.  Marnie sobie za te teksty płacę, to mam prawo być czasem leniwy, LOL.

               Jak już słuchać muzyki z nagrań zacząłem, to i kontynuowałem te zajęcie nieco dłużej. Jest urocza, piękna płytka CD z nagrań wspaniałego koncertu na żywo zorganizowanego przez Luciano Pavarottiego w amfiteatrze w Modenie na rzecz pomocy dla dzieci w Bośni[iii] Pamiętam to niesamowite przedstawienie, z Dianą Księżną Walii, która bardzo poparła koncert. Wspaniali wykonawcy ze wszystkich rodzajów muzyki: od opery i pieśni religijnych, po rock, jazz, Negro spirituals. To było niesamowite z tą atmosferą czegoś niepowtarzalnego, ważnego.

I ciarki mnie przechodziły słuchając fragmentów tej muzyki. Zetknięcie z boskością.  Odczułem to wyraźnie w Ave Maria Schuberta w wykonaniu Pavarottiego i Dolores O’Riordan.  Przyznaję, że tą sama boskość znajduję w skomponowanych wiele lat później utworach poświęconych Marii matce Chrystusa przez[iv]Andrzeja Panufnika i jego córki, brytyjskiej kompozytorce Roxanie Panufnik.

Więc ta boskość dotykalna omal w Ave Maria Schuberta i boskość w słynnej arii z ‘Turandota’ Pucciniego – Nessum Dorma. Oba utwory w wykonaniu Pavarattioego (przyznać trzeba, że był genialny) ale ze znacznym współudziałem Meat Loafa, Michaela Boltona, Dolores O’Riordan, Bono i innych. I ta całość właśnie, te różne (jakże bardzo) głosy, skale tych głosów – stworzyły nie kakofonię, a jakąś jedność wielkiego chorału ludzkości do niebios. Zetknięcie z boskością.

Nie wiem czy jest Bóg, w mojej opinii Go nie ma. Ale bez najmniejszej wątpliwości istnieje boska sztuka. Sztuka, która przekracza nasze obszary transcendencji, percepcji, myślenia i widzenia świata racjonalnie..

Muszę koniecznie iść do opery w najbliższym czasie, bo inaczej oszaleję z głodu za piękną arią i historią, która jest tak beznadziejnie przerysowana, że aż groteskowa, a mimo to jest wielka i wspaniała. Tragizm. Tragedia grecka. Te wszystkie losy bohaterów, herosów i heroin Iliady i Odysei są przecież absurdalnie nienormalne. A są jednocześnie prawdziwe. Nie przez realizm, a przez niezbędne rozdmuchanie, wyolbrzymienie uczuć – naszego indywidualnego nasionka boskości i nieśmiertelności.

No bo inaczej, to wszystko naprawdę nie ma sensu.

               Przypomniałem sobie nagle podobne uczucia sprzed wielu laty: wracam samochodem (nie pamiętam już skąd) 108 ulicą do domu w Guildford, w Surrey. Z radia słychać początek arii Vissi ‘darte, Vissi d’Amore w wykonaniu równie boskiej Marii Callas. Widzę oszalałą z bólu Francescę Tosca, jej ukochanego Mario Cavaradossiego, obrzydliwego szefa policji, Scarpio usiłującego uwieść Toscę za cenę zaprzestania tortur Mario. Zwykła, codzienna i normalna historia … jeśli żyjesz w operze, LOL. Ale gdy słuchasz tych najpiękniejszych boskich arii w wykonaniu wielkich artystów sceny operowej – to tak, żyjesz w operze w tym momencie. To dla ciebie autentyczne, prawdziwe, szczere.

Pamiętam jak dziś, że gdy dojechałem samochodem do domu natychmiast zadzwoniłem do serdecznej przyjaciółki, filolożki Marysi Tylman. Wspaniała dziewczyna! (no, dorosła już bardzo wtedy kobieta, ale określenie ‘dziewczyna’ zawsze do niej pasowało najlepiej). Zachwycona moim zachwytem tych arii krzyczy do słuchawki: Boguś! pamiętam te arie doskonale i też je kocham. Gadamy potem z pół godziny, a ona nagle: przecież o takich pięknych sprawach Ne możemy mówić przez telefon. Przyjeżdżaj koniecznie. Nastawiam kawę.

No i pojechałem. Późnym już bardzo wieczorem, z Guildford w Surrey do Vancouveru w okolicach Granville Island, gdzie mieszkała. Coś jak z Żoliborza na Pragę Południe. Porozmawiać o dwóch ariach. Marysia była kobietą w średnim wieku, ja mężczyzną już w średnim wieku też. Nie pracowaliśmy nad żadnym tekstem ani o Tosce, ani operze czy nad czymkolwiek z tym tematem związanym. Po prostu – z pasji do sztuki i piękna. Jak byśmy mieli po szesnaście lat.

Co się stało z tymi ludźmi dziś? Gdzie są? Z którymi warto było noce nieprzespane spędzać i dyskutować, wertować jakieś strony w poszukiwaniu jakiegoś fragmentu tekstu, słuchaniu fragmentów symfonii o drugiej w nocy, przypominać zapomnianego poetę – zwykłe, normalne rzeczy, które budzą w tobie pasje i obiecują ziarno boskości. I nigdy, nigdy więcej nie brukać mysli i ust jakąś wulgarną dyskusją o jakimś malwersancie finansowym, jakimś handlarzem wielkich nieruchomości, ordynarnym mizoginistą i wulgarnym dziwkarzem, który po raz drugi został prezydentem wielkiego mocarstwa.  O tempora, o mores.

Więc co się stało z tą nasza klasą? Kaśka z Piotrkiem są w Kanadzie, bo tam mają perspektywy; Wojtek w Szwecji w porno-clubie …[v]


[i] Nagranie CD wyd. NAXOS”, nr. 8.556684, 1997

[ii] Symfonia Nr 7 C-dur, Op. 60; zwana też po prostu Symfonią Leningradzką

[iii] The Decca Record Co., London; Luciano Pavarotti &Friends, 1995

[iv] A. Panufnik, ‘Pieśń do Marii Panny’ (oratorio) i Roxanny Panufnik ‘Ave Maria’

[v] fragmenty popularnej ballady Jacka Kaczmarskiego „Nasza klasa:”

Świat Donalda Trumpa

Elon Musk czy Donald Trump?  Kto z nich jest głównym architektem największego zagrożenia pokoju światowego od czasów Kryzysu Kubańskiego?

Bez względu na wyjątkowo ohydną osobowość najbogatszego (jakby w tej grupie multimiliarderów miało to jakiekolwiek znaczenie) człowieka na świecie, ja uważam, że Trump, jako prezydent światowego mocarstwa, ponosi odpowiedzialność największą.  To on jest tym, który decyzje podpisuje, on dowodzi armią, on jest kapitanem tego statku nazywanego „Ameryka”. Niestety, jego megalomania nie zna granic. Porównać ją można jedynie do jego arogancji i ignorancji niespotykanej w skali do każdego obecnego dyktatora – z tych ważnych i istotnych dyktatorów (Chiny, India, Brazylia, i tak nawet Rosja). O mniejszych kacykach wspominać nie ma sensu, bo w skali ich znaczenia dla pokoju światowego, jest to bliskie lub poniżej zera. Być może z pominięciem tego potwora Północnej Korei, ale on może wywołać jedynie katastrofę w swoim rejonie Azji – o jego możliwościach pokonania (i w jakim celu?) Ameryki Północnej, Europy czy Ameryki Południowej szkoda nawet rozmawiać. Są żadne.  

Najlepszym przykładem kompletnej ignorancji Trumpa jest właśnie Kanada i jego kuriozalne, wręcz nienormalne, ‘propozycje’ wobec Palestyńczyków i budowa ‘riviery’ w Gazie.  I oczywiście skandaliczne ‘rozmowy pokojowe’ z Rosją o zakończeniu wojny w Ukrainie – bez udziału Ukrainy.

Zacznijmy od Kanady. Trump przegrał ‘wojne amerykańsko-kanadyjską’ w trakcie jego pierwszej kadencji. Można ten absurd amerykańsko-meksykańsko-kanadyjski nazywać i oceniać, jak się chce. Fakt pozostaje faktem, że Trudeau tamtą batalię wygrał i wygrał w spektakularnym stylu. A zadufany w sobie i arogancki pajac, jakim bez wątpienia Trump jest nigdy mu tego nie mógł darować.

Kanada jest idealnym i najlepszym z możliwych partnerem USA. Była od XIX wieku bez przerwy. Nie tylko, jako przyjazny sojusznik – jako olbrzymie zaplecze bogactwa naturalnego Kanady, które bez problemów było zawsze łatwo dostępne głodnemu wiecznie olbrzymowi amerykańskiemu. Mało jest przykładów na świecie tak bliskiej współpracy gospodarczej, ekonomicznej i politycznej (w tym militarnej), jak współpraca amerykańsko-kanadyjska. Poza może wieloletnim problemem handlu drewnem, który od długich lat jest przedmiotem zatarć. Ze względów naturalnych zasoby drzewostanu, a już zwłaszcza tzw. ‘starego lasu’ (dużych, dorosłych i dorodnych drzew) sa o wiele większe i tańsze w Kanadzie niż w wysoko zurbanizowanych i uprzemysłowionych Stanach. Ostatecznie Kanada jest obszarowo większa od USA, a ludnościowo dużo mniejsza. Ale to tylko jeden niezbyt aż tak ważny przykład. Pod każdym względem jest partnerem niezwykle gospodarczo wartościowym dla USA. Bez specyficznego ciężkiego oleju bitumicznego – Ameryka byłaby w poważnych problemach energetycznych.  Mimo, ze sama ma tegoż duże zasoby też. Ale ani wystarczające dla energochłonnej gospodarki amerykańskiej, a z tych, które eksploatuje duża część nie nadaje się do rafinerii amerykańskich nastawionych właśnie na ten olej bitumiczny. To jedynie jeden z licznych (ale najbardziej newralgiczny dla gospodarki amerykańskiej) bogactw naturalnych niezbędnych dla przemysłu amerykańskiego. Naturalnie te więzy gospodarcze idą w obie strony. Kanada jest bardzo (zbyt zdaniem moim) chętnym i ustabilizowanym klientem produktów gospodarki amerykańskiej, czy to naturalnych (owoce, warzywa, wszelkie produkty żywnościowe – na ogół dużo gorszego gatunku niż kanadyjskie) czy przemysłowych (większość uzbrojenia armii kanadyjskiej, samoloty (tutaj wymiana jest w obie strony), samochody. Wymieniać można w nieskończoność. Trudno chyba znaleźć dwa państwa złączone specjalnym układem wymiany handlowej (umowa trio-państwowa USA- Kanada-Meksyk), tak intensywnie i organicznie złączonym, jak te gospodarki właśnie. Naturalnie elementem nierozłączne z tym związanym jest obopólna turystyka miedzy tymi narodami przynosząca setki milionów towarów dla tych partnerów.  Dla Trumpa jest to rozumienie zbyt skomplikowane. Kompletnie go takie stosunki nie interesują. On widzi to jedynie w pryzmacie uproszczonego układu Pryncypialnego Księcia (USA) i wasali (Kanada i Meksyk). Autentyczna historia i wnikające z niej szczególne uzależnienia, umowy, powiązania są czymś, co wykracza poza możliwości jego percepcji. Nie chce mieć partnerów, szuka poddanych. Nowy Habsburg, lub Kaiser. Naturalnie nieistniejąca dziś Korona Imperium Brytyjskiego też by go satysfakcjonowała. Gotów podzielić świat na strefy wpływów i bezustannej ingerencji między Chiny, USA i Rosję. Cała reszta (w tym Europa, której chyba kompletnie nie rozumie i jej nie znosi).

Trump-Gołąbek Pokoju. Temat na satyrę nie kończącą się. Wojny na Ukrainie w ogole by nie było, gdyby to on, a nie Biden był prezydentem. Ale to drobiazg. On ją i tak zakończy.  

Zacznijmy od Konferencji Pokojowej wojny rosyjsko-ukraińskiej. Na szczeblu ministrów spraw zagranicznych. Nie, nie – Ukrainy zapraszać nie będziemy do udziału i rozmów. I zwołamy ją w … Arabii Saudyjskiej. Czemu nie? Do Jałty nie wypada trochę teraz …  (jednocześnie może się jednak uda się z boku namówić Saudyjczyków na osiedlenie na ich rozległych piaskach kilku milionów tych durnych Palestyńczyków. Co, jak co, ale zimno im tam nie będzie), więc Rijad jak ulał. 

Była już kiedyś taka konferencja ministrów spraw zagranicznych. I pewne umowy podpisano. Rosja (wówczas ZSRR) brała w niej udział. Trump (sorry – Adolf Hitler oczywiście!) wyznaczył Joahima Ribbentropa, Putin (sorry – Stalin oczywiście!) Wiaczesława Mołotowa. Dla zabezpieczenia pokoju światowego (naturalnie z tymi wzniosłymi myślami)… i napadli wspólnie na Polskę. Nie, pokoju światowego nie uratowali, a na końcu sami się za łby też wzięli. I Stalin był cwańszy i Adolfa wykończył na końcu. Podobnie, jak Putin jest cwańszy i wyroluje Trumpa, bez cienia wątpliwości.

Jeszcze wcześniej nieco spotkali się w Monachium naiwny brytyjski premier Chamberlain, jeszcze bardziej naiwny francuski Daladier i oczywiści kompletnie neutralny Benittko, Mussolini zresztą. Zjechali się uratować Czechów przed wojną. Nie, Czechów nie zaproszono. Ten może fragment historii, Musk podsunął Trumpowi do przeczytania i stąd zrozumiałe, że Trump Ukraińców na rozmowy w Rijadzie nie zaprosił.

Można tak bez końca. Historia długa ludzkości pełna jest – niestety – takich oszalałych dyktatorów zapatrzonych w siebie i umiejętnych, a zdecydowanie cwańszych i inteligentniejszych doradców tronów, których najczęstszym testamentem są rzeki krwi i cierpienia ludzkiego. Narody wypędzone, przesiedlane, mordowane.

Ale średni poziom wiedzy o świecie, stosunkowy (porównywalnie) wysoki poziom życia i edukacji olbrzymiej masy wielu narodów od ostatniej dekady XX i dwóch pierwszych XXI wieków daje szansę na to, że przetrwamy, pokonamy i przeżyjemy Trumpów, Putinów i Musków (proszę wymawiać dokładnie: m-u-s-k-ó-w nie m-u-z-g-ó-w!).  Inaczej czeka nas zapaść nieopisywalna. Czarna chmura, która może pochłonąć każde światło, jak zapadająca się gwiazda. Nasza wysoko rozwinięta cywilizacja dała nam możliwości niemal globalnego samozniszczenia.

Wydaje mi się, że Europa specjalnie, a szerzej cały tzw. świat zachodniej kultury (tj. tych wyznających główne zasady – tenet – demokracji parlamentarnej) jest w stanie odrzucić te niebezpieczeństwo. Nie dąć się zastraszyć i odmówić udziału w tej niebezpiecznej grze.

Jedno w swej pysze, w swym zarozumialstwie i obrzydliwym samo zachwycie Donald Trump osiągnął. Świat o nim mówi i mówi z lękiem. Lękiem usprawiedliwionym. Ale świat musi i może go odrzucić.  Zadać mu klęskę najgorszą: uśmiechać się, jeśli nie ma możliwości uniknąć tego, to podać mu rękę, gdy sytuacja i protokół tego wymaga – i kompletnie ignorować w swoich własnych decyzjach i decyzjach własnych krajów i grup zrzeszających te kraje. Nec Hercules contra plures, mości Panowie i Panie Obywatele Demokracji.   

Szkice z tamtego brzegu. cz.2

Nota edytorska: wstęp drukowany mniejsza czcionką jest powtórzeniem wstępu do cz. 1 szkicu, poświęconej powieści Douglasa Couplanda “Hey Nostradamus!”. Czytelnik, który czytał tamten szkic, będzie więc z tym wstępem zaznajomiony i nie musi czytać ponownie.

Powiedzmy sobie, że jest rano. Czytasz gazetę (o ile czytanie gazety nie wydaje się aktem anachronicznym lub wręcz formą jakiegoś protestu intelektualnego) na szpaltach ostatnich stron. Coś, co kiedyś określano, jako kroniki towarzyskie: kogo z kim i w jakiej kawiarni widziano, kto z toastu zrobił manifest polityczny lub improwizację poetycką, kto się wstawił na przyjęciu, a kto w kogo objęciach tańczył na parkiecie w popularnym klubie. Takie tam ploteczki.

Powiedzmy teraz, ze autorem takich ‘kronik’ nie jest zwykły reporter na dole skali talentu literackiego, a ktoś, kto jest bardzo dobrym pisarzem, obserwatorem życia. Efekt opisu tych samych zdarzeń diametralnie inny od zwykłej ploteczki towarzyskiej.

Na przełomie lat 80. i 90. pojawili się pisarze bardzo przeze mnie i mojego męża lubiani (głównie przez mojego męża namówiony byłem do ich czytania, bo naturalnie moje apetyty literackie był z wyższej intelektualnie półki, LOL). Znaczenie bezwzględnie miał fakt, że byli to pisarze nieomijający, (choć nieskupiający się usilnie tylko na tej tematyce) tematów otwartej seksualności. Seksualności homo.

Nie, nie mówię o książkach erotycznych czy pornograficznych, które wówczas w środowisku LGB (ten skrótowiec miał wtedy tylko trzy litery) były masowe i wydawane masowo przez dziesiątki wydawnictw tej tematyce poświęcone. Były to wszak ciągle czasy przed wszelkimi aplikacjami telefonicznymi, przez monstrualnym Pornhubem, erotyką i pornografią wszechobecną w telefonach, komputerach, czatach i innych licznych aplikacjach.

Mam namyśli głównie Augustena Borroughsa, Davida Sedarisa i Douglasa Couplanda. Wiem, że Coupland może tu trochę nie pasuje, ale później wytłumaczę dlaczego jego jednak wymieniam.

            Zaczniemy od Sedarisa Let’s Explore Diabetes with Owls.[i]Powieść? Reportaż literacki? Zapiski z podróży?

Powieść jednak. Ale pisana chwilami, jak reportaż z podóży. Czy jak u Kapuścińskiego, mistrza reportażu literackiego? Niezupełnie. Sedaris to jednak fikcja literacka. Wsparta bardzo silnie elementem fotoreporterskim, ale powieść mimo wszystko. Są nawet duże fragmenty, które by można określić, jako zapiski z podróży autora i jego męża, a wiec też elementy pamiętnikarskie, biograficzne. To po prostu pisarz uciekający od ustalonych szablonów, w jakie w XIX wieku powieść wciśnięto. Myślę, że XXI wiek dał w końcu pisarzom carte blanche, jak chcą swój talent używać.

Od razu, bez pretensjonalności i skomplikowanych śrubokrętów myślowych, ale i bez jakiejkolwiek zarozumiałości (typu: Jestem gejem i noszę na sobie ciężar setek lat prześladowania przez społeczeństwa heteroseksualne!) robi rzecz widoczną sytuacyjnie i bez cienia wątpliwości, że opisuje podróże i perypetie typowe dla podróżujących lub mieszkających czasowo w innych krajach, a tymi podróżującymi jest para: on, David Sedaris i jego życiowy partner, Hugh.

Jest przezabawne (lub strasznie smutne) jak ‘powieści’ tego quasi reporterskiego stylu potrafią odzwierciedlać rzeczywistość ich czasów w kontekście rzeczywistości bieżącej czytelnika. Jak niemal groteskowo tą rzeczywistość faktyczną szkicują. Niczym profesor Zin węglem na tablicy (żyją jeszcze mam nadzieje ludzie, którzy pamiętają telewizyjne programy krakowskiego sympatycznego historyka-rysownika). Ot tak, bez moralizowania. Lub moralizując z tej strony niespodziewanej, przeciwnej widzeniu świata przez racjonalnych i etycznych ludzi.

Czytając ‘Think Differenter[ii] nagle znajdujemy się w republice MAGA dzisiejszego pana Trumpa (przecież jest to wszak prezydent żywcem wycięty z popularnych niegdyś komiksów horroru, powiedzmy z Gotham City – Trump to Black Mask wypisz-wymaluj) doby obecnej. Mężczyzna życiowo przegrany kompletnie i nienawidzący nowego, otaczającego go świata empatii i zrozumienia – swoimi niepowodzeniami obarcza kobiety (zwłaszcza swoje byłe żony, które porzucił), tych nowych ‘niby mężczyzn’, wszystkich wokół. Tylko nie siebie. I nagle przenosi się do stanu amerykańskiego (nie wymienia nazwy tego stanu, by broń Boże ‘ci nowi’ nie pozmieniali wszystkiego na nowa modę), gdzie stare zasady ciągle są norma. Zacytuję obszerny fragment końcowy tego rozdziału:

Nie powiem wam, gdzie to jest, bo chce by pozostało to niezepsute. Po prostu jeden z nielicznych stanów, gdzie chorzy psychicznie mają prawo nosić broń. Kiedyś to odnosiło się tylko do muszkietów, teraz mogą nawet ją nosić i mogą ją ukrywać pod kurtką lub płaszczem, jak każdy inny normalny mężczyzna. Jeżeli uważasz, że pacjent szpitala psychiatrycznego nie ma prawa przynieść dwururki z obciętymi krócej lufami do kościoła, gdzie jego była dziewczyna właśnie wychodzi za mąż, to ty jesteś częścią tego problemu. Prawda jest taka, że wariaci – którzy są faktycznie normalnymi ludźmi ale bardziej nierozumianymi – mają tyle samo praw do własnej obrony, jak my.  Żyj wolnością, a twoja imaginacja poszybuje wysoko. (….) tł. wł

Czy rzeczywiście nie przypomina ci to pewnych wystąpień, pewnej kampanii prezydenckiej kilka ledwie tygodni temu? Literatura to takie dziwne zwierze – snuje dzieje z przeszłości, a maluje tymi słowami teraźniejszość.

Wracając do jego powieści, tych elementów reportażu literackiego, polecam zabawny rozdział ‘Easy, Tiger’[iii]. Perypetie autora i jego partnera Hugha w poruszaniu się i porozumiewaniu używając popularnych wówczas kieszonkowych słowniczków. Pamiętam tą modę i te ‘bedekery’ doskonale. A opisują to na przykładzie Niemiec właśnie i Japonii. Przezabawne, ale i interesujące bardzo ich uwagi na temat wymowy i gramatyki niemieckiej. Jak ta twardość jezyka, jego pewna słuchowa interpretacja przypomina  … stukot butów niemieckiego żołnierza krzyczącego ‘Heil Hitler’. I ja w pierwszych wizytach w Hamburgu i Frankfurcie takie wrażenia miałem. Póki z językiem się nie osłuchałem. Na szczęście moje wizyty w Berlinie, który uwielbiam, bywały już po tym ‘osłuchaniu się’.

Z Berlina przenoszą nas w świat Dalekiego Wschodu – do Japonii. Dalej z tym słowniczkiem w kieszeni. Tam słowniczek bierze pod uwagę specyfikę Japonii dla turystów. I w zasadzie zaraz przenosi cię w świat gejsz, masaży i ewentualnego seksu. Naturalnie heteroseksualnego (to były jeszcze czasy, kiedy bez względu na prawa bardziej czy mniej postępowe – generalnie znały tylko jedną orientację: heteroseksualną naturalnie). Ale cały rozdział jest przezabawny. I jakże przestrzegający przed tymi kieszonkowymi słowniczkami. Zaprawdę dużo łatwiej jest po prostu spytać: czy pan/pani rozumie po angielsku. Łatwiej uniknąć niefortunnych nieporozumień. Przyznają w końcu, że te słowniczki to trochę typowy przykład zarozumiałości i infantylizmu turysty amerykańskiego.

Przenieśmy się w czasie i przestrzeni – jest okres lat 2012-2013. USA zezwala na związki cywilne, jednocześnie uznaje zawarte poza USA związki małżeńskie osób tej samej płci (pełna równość małżeńska nastąpiła w 2015 2w USA, już po napisaniu i wydaniu tej powieści-reportażu) a Sedaris z Hughiem przenieśli się z powrotem do USA.

Gdzieś, w jakimś ‘God’s fearing’ stanie wiele osób nie może tego pojąc. Sodoma i Gomora! Ich świat się wali, a bramy piekieł stoją otworem. Można znieść zniewieściałego fryzjera lub barmana w drogim klubie – ale małżeństwa?! To znaczy, że całe życie tego bogobojnego Amerykanina straciło jakąkolwiek wartość! A przecież nie było łatwe – nie rozwiódł się, znosił swoją gadatliwą i stale wydającą jego ciężko zarobione pieniądze żonę. Nie, nie dlatego, że ją kochał. Nienawidził jej. Ale była jego żoną, w kościele brali ślub i świat tak był ułożony. Albo jego córka- nieudacznicka, po latach i dwóch rozwodach wróciła do domu. Wstrętne, niewdzięczne stworzenie.  Ale jest znowu szansa, że wyjdzie za mąż ponownie i wyniesie się znowu z jego domu. A tu słyszy w telewizji, że ci zwyrodnialcy mogą teraz zawierać związki cywilne, mają prawie takie same prawa jak on! On! Bo ‘ich miłość jest równie ważna jak miłość między mężczyzną a kobietą’. Jaka miłość, co za miłość ma cokolwiek wspólnego z małżeństwem? Małżeństwo, to po prostu obowiązek. Pan Bóg tak przykazał, że trzeba mieć babę i płodzić dzieci. Więc siedzi w fotelu i patrzy, jak ten jego, jego przodków świat się wali. Bo każdy ma prawo do wyboru, wolności i szczęścia. Więc nie musi się więcej męczyć, nie musi patrzeć na tą podstarzała babę, która stale marnuje jego ciężko zarobione pieniądze, nie musi modlić się do Boga, by ta głupia córka znalazła jakiegoś kolejnego frajera i wyniosła się w końcu z jego domu, nie musi codziennie słuchać narzekania tej starej głupiej teściowej, która od niedawna zamieszkała w zamienionym z garażu pokoju. I rodzi się w nim postanowienie, że on z tej wolności skorzysta. Z tego ich ‘prawa do szczęścia’.

Przetłumaczę fragment i tej części, z rozdziału ‘I break for traditional marriage’:[iv]

‘Bonita,’ zawołałem ‘chodź tu’.

To leniwy babsztyl, moja córka, i w czasie zanim podniosła się w końcu z sofy i wdrapała po tych siedmiu schodach do kuchni, byłem już zupełnie gotowy.

‘Do cholery, tato, właśnie zaczynałam …’ i zanim skończyła, przestrzeliłem jej głowę. Ci ważniacy w Nowy Jorku zrobili śmieć z mojego małżeństwa, więc logicznie owoc tego małżeństwa był śmieciem też. To była przynajmniej jedna dobra strona tej ich decyzji.

Hałas wystrzału ściągnął z sypialni moja żonę. ‘Jezus Maria, co zrobiłeś naszej córce?’ spytała. I strzeliłem w jej głowę też tak, jak chciałem każdego dnia przez ostatnie trzydzieści dziewięć lat.

To może brzmieć niewytłumaczalnie, ale jeśli homoseksualizm nie jest więcej grzechem, to kto może powiedzieć, że nie jest nim morderstwo? Jeśli to daje ci przyjemność – rób to – ci legislatorzy, to zdają się mówić. Kogo może obchodzić, co myślą porządni ludzie?

Po zastrzeleniu żony i córki, wziąłem nóż do rąbania lodu i poszedłem w kierunku garażu. /…./

 Tegoż garażu, gdzie mieszkała jego schorowana teściowa. Naturalnie, że ją nienawidził. Tak, użył tego noża, a ciało teściowej wyciągnął na tyły posesji. Sedaris absolutnie nie narzuca tu jakiejkolwiek narracji autorskiej. Opisuje po reportersku reakcje wielu ‘bogobojnych’ ludzi. Czy akurat ten jeden przypadek miał gdzieś faktycznie miejsce? Nie mam pojęcia i nie chce mi się robić dokładnych poszukiwań. To bez znaczenia. Doskonale wiemy ile było w dziesięcioleciach powolnej emancypacji gejów i lesbijek morderstw, okrutnych pobić, tortur, gwałtów. Pamiętamy ‘bogobojną’ Anitę Bryant z Kalifornii i jej nawoływania, formowania omal szturmowych oddziałów przeciw ‘zarazie zboczeńców’.[v]

W kolejnych rozdziałach wraca do pamiętnikarsko-reportażowego opisu jego życia prywatnego z Hugho. To fragmenty ciepłe, urocze. Jego zażyłość z siostrą, jego starzejącym się ojcem.

Czytając tą reporterską, autobiograficzną powieść – bo powieścią jednak jest –  czytelnik darzy autentyczna sympatia bohaterów tej opowieści. Ich losy SA takie ludzkie, maja słabości i zalety. Ale w sumie są mądrzy i bardzo ludzcy. Chcielibyśmy mieć takich kolegów lub sąsiadów. Spotkać się z nimi na kawie i uciąć pogawędkę.

Formalnie, sam Sedaris nazwał to zbiorem esejów, a nie powieścią. Ale ponieważ ma to dość systematyczny i ściśle powiązany temat opowieści biograficzno-reporterskiej, z wyraźnymi fragmentami fikcji literackiej – powieścią jednak jest. Po prostu jej bohaterami jest autor i jego partner, siostra, ojciec. Powieść oparta na autobiografii? Można i tak. Ja wole to nazwać powieścia reporterską. Bohaterowie mogliby bez najmniejszej szkody nazywać się Joe i Bill.

Całośc kończy uroczym wierszykiem troche w stylu ‘zwyczajnej’ poezji Szymborskiej. Ot, takie taki tam zapis dnia lub życia. Na przykładzie piesków i ich właścicieli. Nader sympatyczny.

Bardzo polecam lekturę.


[i] “Let’s Explore Diabetes with Owls”, D. Sedaris, wyd. Little, Brown and Company, Nowy Jork, 2013; s. 275; ISBN 978 0 316 15469 7

[ii] ibid, s.21

[iii] ibid, s.77

[iv] ibid, s.167-173

[v] Save Our Children – Wikipedia

Wybory w Polsce – dziennikarze contra wyborcy

Dziwne mną targają uczucia w związku z wyborami prezydenckimi w Polsce. Od wczoraj zwłaszcza. A od początku było przeciwnie – byłem wielkim fanem (wiem, głupi anglicyzm – ale już się utarł, to niech zostanie) pana Rafała. Od czasów jego pięknej, radosnej prezydentury w Warszawie. To była taka świeżość nowoczesnego, postępowego Polaka! Oczywiście wielkie personalne zadowolenie z jego radosnego uczestnictwa w Marszach Równości. To też taka świeżość w tym kato-katolickim kraju. Kiedy premier Tusk przedstawił Sejmowi ten żałosny moim zdaniem ‘kompromis’ ustawy o związkach partnerskich – nie zdziwiłem się. Wiedziałem, że Donald Tusk jest ostatecznie nigdy nieukrywającym swych poglądów politykiem bardziej na prawo niż na lewo. I oczywiści koalicjanci też by mu na więcej nie pozwolili (zwłaszcza wiejskie PSL).

Ale ja polską politykę i polskich polityków znam ‘z widzenia i ze słyszenia’ – nie z bycia obok nich, mieszkania na stałe w Polsce. Oczywiście, że jestem zwierzęciem politycznym i interesuje się tym bardziej może nawet niż przeciętny mieszkaniec kraju. Mimo to – z daleka jednak i nie wszystkie niuanse znam.

Więc słuchałem na aplikacji programu radiowego TOK FM. To dość dobrze prowadzona stacja i sporo profesjonalnego, porządnego dziennikarstwa. Dziś była trójka znanych i poważnych dziennikarzy (wśród nich Wielowiejska z „Wyborczej”, którą cenię). Założyłem, chyba słusznie i zdania nie mam powodu zmieniać, że lepiej niż ja znają realia polityczne i osobowości polityków.

Dyskusja była o kandydatach do prezydentury RP. Pominę uwagi o innych (PiSowski, Konfederacji), zainteresowało mnie, co mówili na temat pana Rafała.

Otóż zwracając uwagę na jego wyraźny zwrot ‘na prawo’ od centrum i sporo dalej od ‘lewa’ – zastanawiali się, dlaczego i skąd. Naturalnie, ze kandydat na prezydenta Polski musi zdobyć zaufanie mieszkańców Polski. A mieszkańców Polski jest dużo więcej niż mieszkańców jej stolicy. Logiczne. W Warszawie można się swobodnie czuć, jak w Paryżu czy Londynie. To widać na każdym kroku i serce roście. Ale Siedlce, Rzeszów i Białystok, to nie Warszawa. Wrocław – tak! Pełną gębą. Miński Mazowiecki i Hajnówka lub Sochaczew – zdecydowanie nie. Na pewno nie Dziurka Większa lub Dołek Mniejszy pod Kałuszynem.

Tyle, że dyskutanci wyraźnie sugerowali, że to nie potrzeba wyborcza skłaniała Rafała Trzaskowskiego do wyjścia w kierunku oczekiwań tego dużego konserwatywnego bloku wyborczego w Polsce. Przypominając, że młody bardzo (ówcześnie) Trzaskowski krótkie spodnie polityczne nosił nawet nie w chadeckiej PO, ale … w bardzo konserwatywnym ugrupowaniu Saryusza Wolskiego – najpierw w chadeckiej PO, a potem bez zająknięcia w PiS. Saryusz-Wolski to dla mnie idealny przykład polityka-oportunisty. Obojętnie przed jakim ołtarzem klękać, byle był to ołtarz prowadzący do władzy. Na samym początku, w latach młodości posmakował i PZPR, ale ona biedaczka była już na łożu śmierci głodowej. Więc naturalnie przeniósł się do „Solidarności”.  

Mniejsza z nim jednak – chodzi o Trzaskowskiego. Dyskutanci przypomnieli ten fakt jedynie, by podkreślić, że to wskazuje też na schedę ideologiczną Trzaskowskiego. Ani razu nie używali jakichkolwiek sugestii dyskredytujących pana Rafała. Sugerowali jedynie, że nie następuje ‘zwrot na prawo’ Trzaskowskiego, a przeciwnie – to powrót na prawo. W kwintesencji dość jasno padała sugestia, że to właśnie Trzaskowski warszawski był politycznym zwrotem na nowoczesność, był chwytem wyborczym wobec postępowych mieszkańców stolicy. I wszyscy się z taką opinia zgodzili. Nie mogę z ich opinia się nie zgadzać. To są dobrzy i mieszkający na stałe w Polsce dziennikarze. Ja jestem bacznym, ale tylko obserwatorem. Obserwatorem, który wyjechał na stałe z Polski blisko pół wieku temu (choć sam się zdumiewam, że to już jednak tyle lat!) .

Co innego zmiana portretu pana Trzaskowskiego jednak, a co innego opinia dziennikarska na ten temat. Wydaje mi się, że właśnie rzetelność dziennikarska wymagałaby negatywnej oceny bycia taką ‘chorągiewka na wietrze’. To jest rola publicystów i dziennikarzy. Oni się nie musza martwić o losy polityków, tylko ich oceniać. Bo jeśli tylko ‘grą wyborczą’ była postępowość Rafała Trzaskowskiego w stolicy – chciałbym to wiedzieć, jako potencjalny wyborca. I ja wolałbym, aby mój wybrany polityk był jednocześnie osoba z silną etyka personalną.  Tych szczegółów, o jakich ci rozmówcy mówili nie musi i pewnie nie zna olbrzymia większość wyborców. A może powinna? I może to jest rola dziennikarzy, by nie określać tego, jako rzeczy normalnej, zwykłej. Absolutnie rozumiem, że jest niezbędna konieczność stania u steru i bezwzględnego rozkazu ‘wszystkie ręce na pokład”, bo jest zagrożenie, że statek demokracji może się niebezpiecznie przechylić na prawo na polskim morzu. To jest już jednak właśnie rola polityków – nie dziennikarzy.  Dziennikarze to ‘patrzenie na ręce polityków’. To wszystko. Rzetelność zawodowa.

Teraz ja się zastanowię, czy Rafał Trzaskowski jest najwłaściwszym kandydatem na prezydenta Polski i czy na niego oddałbym głoś. Teraz, kiedy mam te informacje o jego konserwatywniejszych niż przypuszczałem poglądach.  I nie,  nie zmieniam decyzji, ze jest to obecnie kandydat najlepszy. Co więcej, jest to tym razem decyzja dużo bardziej edukowana, posiadam pełniejszy obraz tego polityka. Nie jest to obraz lepszy – przeciwnie, trochę gorszy. Ale prawdziwy i dalej jego wybór popieram.

Co z tego wynika skoro i tak zdania nie zmieniłem? Właśnie to – drodzy dziennikarze, nie bójcie się, że wyborca jest idiotą i lepiej waszych ocen temu wyborcy nie przedstawiać.  Wyborca nie tylka ma prawo, ma wręcz potrzebę posiadania wszelkich informacji,  by podjąć edukowaną decyzję i wyboru. Nie, nie jest idiotą. A jeśli w większości jest – to co za różnica czy rządzi nim PiS, PO czy Konfederacja?  Dla idiotów nie powinno to mieć znaczenia.

Raz jeszcze więc powtórzę, by było jasne: waszą – dziennikarzy – rolą jest informowanie mnie o waszych odkryciach i waszej opinii. A decyzje ja wówczas już sam i tak podejmą. Niech to będzie decyzja oparta na wiedzy. To wszystko.

Szkice z tamtego brzegu

Powiedzmy sobie, że jest rano. Czytasz gazetę (o ile czytanie gazety dziś nie wydaje się aktem anachronicznym lub wręcz formą jakiegoś protestu intelektualnego) na szpaltach ostatnich stron. Coś, co kiedyś określano, jako kroniki towarzyskie: kogo z kim i w jakiej kawiarni widziano, kto z toastu zrobił manifest polityczny lub improwizację poetycką, kto się wstawił na przyjęciu, a kto w kogo objęciach tańczył na parkiecie w popularnym klubie. Takie tam ploteczki.

Powiedzmy teraz, ze autorem takich ‘kronik’ nie jest zwykły reporter na dole skali talentu literackiego, a ktoś, kto jest bardzo dobrym pisarzem, obserwatorem życia. Efekt opisu tych samych zdarzeń diametralnie inny od zwykłej ploteczki towarzyskiej.

Na przełomie lat 80. i 90. pojawili się pisarze bardzo przeze mnie i mojego męża lubiani (głównie przez mojego męża namówiony byłem do ich czytania, bo naturalnie moje apetyty literackie był z wyższej intelektualnie półki, LOL). Znaczenie bezwzględnie miał fakt, że byli to pisarze nieomijający, (choć nieskupiający się usilnie tylko na tej tematyce) tematów otwartej seksualności. Seksualności homo.

Nie, nie mówię o książkach erotycznych czy pornograficznych, które wówczas w środowisku LGB (ten skrótowiec miał wtedy tylko trzy litery) były masowe i wydawane masowo przez dziesiątki wydawnictw tej tematyce poświęcone. Były to wszak ciągle czasy przed wszelkimi aplikacjami telefonicznymi, przez monstrualnym Pornhubem, erotyką i pornografią wszechobecną w telefonach, komputerach, czatach i innych licznych aplikacjach.

Mam namyśli głównie Augustena Borroughsa, Davida Sedarisa i Douglasa Couplanda. Wiem, że Coupland może tu trochę nie pasuje, ale wytłumaczę dlaczego jego wymieniam. i od niego jednak zacznę, gdyż z formalnego punktu widzenia istotnie tematyką LGB w omawianej książce się nie zajmował. Poza tym – trudno szukać innych intelektualnych kombinacji usprawiedliwiających ten wybór – z prostego faktu, że jestem wankuwerianinem (wankuwerczykiem?). To w tym mieście spędziłem najdłuższy i najbardziej aktywny okres mojego życia. I najszczęśliwszy.

  • Hey Nostradamus! Coupland wydał w 2003 roku[i] Cała rzecz dzieje się na przestrzeni lat 1980-2000. W okolicach obu brzegów Iron Workers Memorial Bridge, który spina Północny Vancouver ze Wschodnim Vancouverem w przemysłowych okolicach Portu Zbożowego.

Tu właśnie wylądowaliśmy z Johnem (moim mężem) w styczniu 1994, na odległość ‘rzutu kamieniem’ od tych miejsc, na Capitol Hill przy Hasting Street.  Mówić, że znaliśmy te miejsca, uliczki i biznesy, jak własną kieszeń nie jest absolutnie przesadą. Nie tylko miejsca, ale i ówczesną atmosferę tych uliczek. Dość wtedy podłą. A jednocześnie … swojską. Nie pretensjonalną? Vancouver lat 80 i 90 niewiele miał wspólnego z Vancouverem lat XXI wieku. Szczególnie te dzielnice Vancouveru.

Cała, nietypowo skomponowana, powieść jest de facto peanem wielkiej miłości i wielkiej straty. Czegoś, co bardzo silnie do mnie przemawia. Nie, nie ma w niej stricte sensu wątku gejowskiego, lesbijskiego, ani niczego, co można by nazwać homo. Ale Vancouver tamtych lat to miasto wyzwolone, miasto wrzące od zbudzonych praw i akceptacji środowisk LGB. A miłość, romans i ich pragnienie leżały u podstaw tego przebudzenia. To właśnie kilka uliczek tylko wyżej od akcji powieści (po drugiej stronie Hastings Street) był już wówczas cały świat lesbijskiej emancypacji – Commercial Drive pełen ,męskich’ typów butch woman. To tutaj, w tymże Vancouverze, ja z Johnem oficjalnie byliśmy parą. Tutaj, jako common law para, a nie dla wygody dwóch razem mieszkających kolegów, zaczęliśmy istnieć legalnie: jako parę zatrudniono nas w dużej kompanii żeglugowej, jako para płaciliśmy wspólnie podatki federalne i prowincjonalne. Więc lata 90 w Vancouverze były prawie pełną emancypacją praw LBG i niejako legalnym zatwierdzeniem równoległości tych praw z prawami większości heteroseksualnej. Powiedzeniem – wasza miłość jest równie ważna, jak nasza. A to jest kwintesencja bytu. I stąd Hey Nostradamus! Couplanda jest też książką o nas. Książką o miłości.

Jest jednocześnie wielkim reportażem literackim wkomponowanym w kanwę literackiej fikcji. Szczegółowość detalu opisu domów, mieszkań, ulic, okolic całej Doliny Fraser River jest wręcz zadziwiająca. Co kilka stron ten opis był tak realistyczny, że natychmiast sam w nim się odnajdywałem. Każdy fragment nie tylko miasta, ale i kompletnie dzikich i odległych od tego miasta okolic był mi znany. Fragmenty rzeki Chilliwack, oślizłe kamienie na tym dopływie rzeki Fraser, krzaki, dzicz i religijny fanatyzm okolic Agassiz. Gdy autor opisuje potężne czarne lasy, gdzie głębokie mchy kryły równie głębokie nory, w które zapadało się po kolana a i wyżej – to były lasy, po których chodziłem. Dokładnie wiem, w którym miejscu to było (Coupland opisuje tu tylko sytuację, a nie podaje dokładnie położenia tego miejsca, być może nie znał go z osobistych wędrówek – ja mogę to miejsce ‘palcem’ na szczegółowej mapie wskazać – tuż przed zakładem karnym, nieco powyżej pędzącej Chilliwack River, około 6-10 kilometrów od jej początku: emeraldowego Chilliwack Lake), z kart powieści przenosiłem się w fotograficzną pamięć moich tam wędrówek.

Więc ta powieść Couplanda z jego fikcyjnymi, pasjonującymi charakterami jest jednocześnie literackim reportażem miejsc akcji. Ten opis miejsca nie jest tylko realistycznym, naturalistycznym tłem – sam w sobie jest esencją tego miasta i okolic, jest – w pewnym sensie – kanwą powieści, równoległą do historii bohaterów powieści. Fascynująca lektura.  Mógłbym sugerować, że Douglas Coupland w Hey Nostradamus! był literackim odpowiednikiem Bolesława Prusa i jego Lalki – portrecistą swego kochanego miasta.

W tym szkicu interesuje mnie u tego autora właśnie ten w tle ukazany reporterski portret miasta. Ale gwoli sprawiedliwości należy krótkie synopsis treści podać.

Zasadniczo mamy do czynienie z dwoma głównymi bohaterami: Jasonem i Heather. Drugoplanowe, ale bardzo ważne postacie to: ojciec Jasona, Reg i krótko ukazana, ale bardzo ważna postać Cheryl. Jest szereg innych postaci, dobrze zarysowanych i z ważnymi rolami, ale to już w tle tylko.

Cheryl jest tu młodą uczennicą szkoły średniej (faktycznie taka szkoła w tym miejscu istniała). Chodzi do ostatniej klasy. Jason jest tam też uczniem. Oboje ulęgają wpływom i naturalnym w tym wieku rodzącym się pasjom. Ale Jason ma silne, wyniesione z domu nakazy religijne, ma je też – być może silniejsze niż sam Jason – Cheryl, która ma związki ze szkolną quasi fanatyczną grupa religijną. Seks tylko w związku małżeńskim. Młoda para wyjeżdża w tajemnicy przed wszystkimi do Vegas i tam biorą ślub w jednym z popularnych wówczas kapliczek ‘drive through’. gdzie nikt o nic nie pyta, prócz tego czy nie są w innym związku małżeńskim.  Nikogo nie interesuje też czy mają legalne, niepodrobione dokumenty. O paszport w ogóle nikt nie pytał, co było wówczas naturalne. Sam do Seattle jeździłem z prawem jazdy, jako jedynym dokumentem tożsamości. Inne były czasy przed nine-eleven (zamach w Nowym Jorku).

Cheryl ginie w niespodziewanej, niesamowitej masakrze wywołanej przez chłopców z tej grupy religijnej w stołówce szkolnej. Jason zdążył ją tylko konającą uchwycić w swoje ramiona zanim oderwą go od niej policjanci i sanitariusze.  Po kilku latach ożeni się ze starsza od niego Heather. Ale cień Cheryl nigdy ich nie opuści. W pewnym momencie znika Jason, rozpływa się, jak we mgle. Heather, kochająca go bezgranicznie rozpoczyna własne postukiwania Jasona. W trakcie tych poszukiwań, poszukiwań nie tylko fizycznego Jasona, ale chociażby jakiegos powodu, jakiejś przyczyny jego zniknięcia następuje jej ponowne zbliżenie z mitem CXheryl, z rodzina Cheryl i bratem Jasona, jego dziećmi. Zbliżenie ze skomplikowaną, w zasadzie odpychającą, postacią Reginalda (Reg) – ojca Jasona. W pewnym momencie staje się ofiarą oszustki, podającej się za łącznika –medium ze światem umarłych.

Czasami czytelnik wie już rzeczy , o których ona jeszcze pojęcia nie ma lub jest ledwie u skraju odkrycia pewnych fragmentów jego przeszłości. Struktura poszczególnych części jest chwilami męcząca i wymaga koncentracji przez wtrącanie nowych wątków lub nowych spojrzeń na znane już (lub właśnie znanych niewłaściwie) na ocenę kogoś lub czegoś. Gdy to zauważymy … jesteśmy już zbyt zaangażowani w całą powieść, by książkę odrzucić. A to dowód talentu pisarza. Trochę to przypomina wspinaczkę na jakiś szczyt: gdzieś, na którejś półce skalnej lub załomie skalnej ściany mamy w zasadzie dosyć. Wspinamy się już długi czas twarzą zwróceni do tego samego zbocza, a szczyt z obiecaną wizją horyzontu ciągle wydaje się tak daleko, wysoko. To się chyba nigdy nie skończy! Ale zainwestowaliśmy już zbyt wiele wysiłku w tą wspinaczkę, by się poddać i wracać z uczuciem pokonania i klęski. Tak, jak w tej powieści. Już chcemy odłożyć zmęczeni, że na kolejnej stronie nie ma oczekiwanego rozwiania wątpliwości, bo ileż razy można bez przerwy iść dwa kroki do przodu i trzy do tyłu? A nie odkładamy, bo chcemy jednak wiedzieć, zbyt się w ta historie i losy jej bohaterów zaangażowaliśmy emocjonalnie. To dowód talentu pisarza i świadomości, jak konstruuje powieść.

Wszystko to ma silne elementy świetnie napisanego kryminału o wielu wątkach. Ale kryminałem nie jest, jest powieścią o wiele głębszej wymowie, tkance. I jest – abstrahując od tkanki literacko-prozatorskiej – analogicznie pisanym świetnym reportażem tamtego miasta. Vancouveru i mojej młodości. Polecam serdecznie wszystkim, którzy kiedykolwiek w tym mieści lub okolicach mieszkali, zwłaszcza w tamtych czasach.

post scriptum:

reporterska potrzeba opisania rzeczywistości, jak ją się faktycznie postrzega naturalnie nie musi iść w parze z artystyczną wizją pisarza. Wydarzenie (masakra w szkole), które było genezą powieści – nigdy w Vancouverze nie miało miejsca. Coupland posłużył się tu straszną masakrą w szkole amerykańskiej w Columbine w Colorado, USA w 1999.


[i] „Hey Nostradamus”, Douglas Coupland; wyd. Vintage Canada (Random House), Toronto.Kanada; s.244

Epistemologia Smutku

Epistemologia smutku

Epistemologia zajmuje się filozoficznym wymiarem wiedzy na temat pewnych procesów. Pojęcie ‘smutku’ jakkolwiek niewymierne, jest bardzo silną emocją istniejącą ponad wszelką wątpliwość. Skąd się bierze, co jest jego przyczyną, jakie jest jego natężenie – to pytania dość racjonalne, nawet, jeśli podłoża jakiegoś konkretnego ‘smutku’ są irracjonalne. Irracjonalność pewnego zachowania lub emocji nie przekreśla faktu ich istnienia. A co istnieje można starać się zbadać, wytłumaczyć.

            Więc rozważanie smutku, jako efektu straty jest rozważaniem epistemologicznym, pomagającym znaleźć odpowiedź bez oceny przydatności lub zbędności takiegoż.

Jako że smutek jest od dwóch lat pewnym constans mojej egzystencji – czemu miałbym się nie zająć jego rozumieniem inaczej trochę niż zwykłą opisowością moich emocji?

I.

Gombrowicz nie dla zabawy samej, dla wygody zwykłej pisarskiej, używał w większości wypadków pierwszej osoby, jako narratora. Nie przez czystą zarozumiałość (której mu naturalnie nigdy nie brakowało), a przez umiejętność własnej wiwisekcji, poznanie świata przez poznanie siebie. Rozumienie świata zewnętrznego poprzez własne intelektualne i cielesne doświadczania go pozwala nam zrozumieć lepiej samego siebie. Robił to błyskotliwie w swoich „Dziennikach”, jak i dzienniku prywatnym, w „Kronosie”[i].  Zresztą zamiarem jego było opublikowanie tej ‘obrazobórczej’  auto-wiwisekcji. Jest genialna i jest nużąco-nudna chwilami, jak flaki w oleju. Trudno doprawdy oceniać jej wartość literacką. Ze względu na nazwisko autora uzyskała od razu status bliski genialności. Zupełnie zdaniem moim niezasłużenie. Ale może być genialnym studium samego Gombrowicza-człowieka. Niekoniecznie Gombrowicza-pisarza. Czasami te osobowości (twórcza i prywatna) się zazębiają, łączą – ale generalnie nie powinno się nigdy ich kompletnie scalać. Jedna jest kreacją, druga jest po prostu byciem, życiem.

Czemu od Gombrowicza zacząłem? Jedną część wyjaśniłem (mam nadzieję) powyżej. Ale jest jeden jeszcze, bezpośrednio z tytułem złączony element – „Kronos” właśnie, który jest też autoportretem strachu, lęku kulminującego się przed starzeniem się cielesnym, przed utratą nie żądzy a kurczącymi się możliwościami jej zaspokojenia. I poprzez kurczenie się własnej atrakcyjności cielesnej i przez kurczenie się własnych możliwości fizyczno-erotycznych. Fakt homoseksualności Gombrowicza uwielokrotnił ten lęk. To taki emocjonalny odpowiednik okresu przekwitania. Zresztą sama ta terminologia ‘przekwitanie’ jest idealnym obrazem tego procesu u mężczyzn – zwłaszcza mężczyzn homo i biseksualnych. Szczególnie, gdy mówimy o czasach, gdy orientacje seksualne inne od tej typowej były bardzo skomplikowane i otoczone kokonem tajemnicy szeptanej po cichu w rogu salonów kawiarnianych.

U osób nieco neurastenicznych, a jednocześnie przekonanych o swojej wyjątkowości pisarskiej, ale i zwykłej życiowej (ładny, jako młodzieniec; przystojny, jako dorosły mężczyzna), jak u Gombrowicza, istnieje w jego pisarstwie pewien pociąg do intelektualnego ekshibicjonizmu swojej osobowości prywatnej. „Kronos” tego ekshibicjonizmu jest idealnym przykładem. Z biegiem lat, z zauważalnym przez niego samego procesem zmniejszania się aktywności i atrakcyjności fizycznych – opanował go pewien egzystencjalny smutek, lęk nawet. I tutaj ‘epistemologia smutku’ wydaje się być świetnym narzędziem do głębszego poznania Gombrowicza prywatnego. Zwłaszcza, że z momentem publikacji „Kronosa’’– prywatnym być przestał.

Kiedy zmarł (nota bene śmierć przyszła do niego uroczo, ciepło), był w moim wieku. Zabawne skojarzenie i niepokojące dla piszącego te słowa. Ileż razy w ostatnich dwóch latach wołałem ją by już przyszła, że jestem zmęczony zasypianiem w łóżku z Panią Śmiertką siedzącą cicho na brzegu tego łóżka. Ileż razy nakłaniałem ją, namawiałem by się w końcu położyła obok i przytuliła do mnie? Do dziś nie jestem przekonany, że postąpiła słusznie nie ulegając moim prośbom. Ale ten temat pomińmy w tym momencie, bo to zupełnie inna ścieżka rozważań.

II.

Jest koniec 2024, ostatnie tygodnie. Przejechałem kontynent, by szukać naszych (moich i mojego Johna) śladów. W prowincji i mieście, gdzie się poznaliśmy i zakochaliśmy bez pamięci tego dnia, gdy pierwszy raz się spotkaliśmy; i dalej jeszcze, na kraniec kontynentu: do Vancouveru, który był naszym najpiękniejszym i niezapomnianym domem przez długie lata. Chodziłem pod te adresy, jak na jakiejś pielgrzymce, którą musiałem odbyć. Taka droga pątnicza?  Pisałem już bodaj w swoim blogu, iż wydawało mi się nawet, że go znalazłem, że szedł obok mnie, trzymał mnie za rękę. Było to bardzo miłe wrażenie, ucieszyło mnie. Ale smutek, strata są zazdrosne. Nie uznają takich nostalgicznych spotkań, takich wyimaginowanych spacerów. I w pewnym momencie, gdy już bardzo miło mi się moim Johnem chodziło spacerując po Stanley Parku, po uliczkach centrum w Vancouverze – ten smutek chwycił mnie silnie za gardło i rzucił na bruk. Tak po prostu, jakby mówił: czas się obudzić i spojrzeć rzeczywistości w twarz. Co jest też pewnym oszustwem, bo jeśli coś odczuwamy naprawdę to – choć nie jest to rzeczywistość materialna – wszak jest rzeczywistością emocjonalną.  Niestety, strata nie ma jakichkolwiek inklinacji do wdawania się w dyskusje lub targi uczuciowe. Moja odpowiedź na ten gwałt zadany mi była prosta, zwięzłą, jak spowiedź. Słowa wyszły same szeregiem krótkim, nielicznym. Były silne do tego stopnia, że siadłem na pobliskiej ławce i zapisałem je w notesie bez zastanowienia się, bez jakiejkolwiek formy. Bez literatury, choć literatura umożliwiła to i bez wątpienia w jakiś sposób miała wpływ na ich kształt, ilość i dźwięk.

.

Tak mi ciebie brak

i tak brak mi słów

by to opisać

nazwać dotknąć

pozostał tylko krzyk

dziurawiący ciemność

rozpostartej nocy

sięgający ostrzem noża

w zakamarki zmarłej duszy

uparcie żyjącego ciała

po co?

            Naturalnie, że żyję. Przejechałem przecież ponownie cały kontynent, by to życie życiu przywrócić. Odnaleźć nasze ślady. Ślady naszej miłości. Ślady Ciebie, twojego uśmiechu, twojej dobroci. Chciałbym napić się z Twoich ust tej dobroci, takiej zwykłej, bezceremonialnej, takiej po prostu. Spić z Twoich ust pełną czarę mojego szczęścia jeszcze niedopitą, jeszcze niewypróżnioną do dna. Nawet w dni niepogody wiedziałem, że jest słonecznie, w dni zimowej zawieruchy, że jest ciepło.

Teraz wszystko, co robię pozostaje niedokończone. Trwała jest tylko pustka. Przeraźliwa, obezwładniająca. Wszyscy wokół są mili i dobrzy, ale mówią nieznaną gwarą, niezrozumiałymi metaforami. Monette[1] mi to przypomniał.

III.

Od kilku lat nosiłem się z zamiarem przetłumaczenia trudnego tomiku wierszy Monette’a na język polski. Kilka pojedynczych zrobiłem, ale nigdy wystarczającej ilości czasu, ciszy i skupienia znaleźć nie mogłem. Dodatkowym problem jest forma, jakiej używa bardzo rygorystycznie i bez uwzględnienia (dość zasadniczej zdaniem moim) innej reguły: naturalnej płynności toku myśli i budowy zdania. Łamanie zdania w pól i we czworo tyko po to, by utrzymać format dziesięciozgłoskowca moim zdaniem jest gwałtem na poezji. I pewnie efektem zbyt długich i rygorystycznych studiów filologicznych. Po napisaniu tego, co wyżej rodzi się pytanie: dlaczego Monette ma być wybrany przeze mnie, jako idealny przykład poezji Bólu i Straty?  Zwyczajnie – bo był świetnym poetą, który jak nikt potrafił w poezji swojej pokazać pełną panoramę tych uczuć, emocji i refleksji. Bez ubierania togi tragika greckiego.  Jak te dwie sprzeczne z pozoru opinie pogodzić?  Nie mam zamiaru tego robić. Bywali i bywają poeci, którzy formie kłaniali się jeszcze niżej, ale sam ten tylko fakt głębi ich poezji nie umniejszał.

Wróćmy do tematu jednak, do poezji bólu. W pewnym czasie, okresie nie tak odległym i bardzo dobrze przez mnie pamiętanym, miliony młodych głównie mężczyzn poddano okrutnej próbie przetrwania mimo masowego żniwa śmierci. Triumwirat Zła ‘Reagan-Thatcher-Jan Paweł II”, przy pełnej zmowie milczącego przyzwolenia większości społeczeństw zdecydował, że nowa plaga była naturalną formą selekcji osobników. Że tak długo jak ,zdrowa’ większość (czyt. heteroseksualna) nie jest zagrożona – po co obciążać budżet badaniami i szukaniem antidotum?  Niech umierają. I umierali. Masowo. Na oczach wszystkich i wszędzie: w mieszkaniach, w szpitalach (w okrutnej izolacji), na ławkach w parkach, na ulicy.

To były czasy dżumy Camusa[ii] – z tą różnica, że ta ‘dżuma gejowska’ opanowała cały prawie glob. W przypadku Paula Monette’a ten glob, to było jego mieszkanie, ulice i miasto. Nie musiał, jak Camus’, uciekać się do absurdalności, do wyolbrzymień. Sytuacji bardziej absurdalno-tragicznej niż ta, która go autentycznie otaczała wyobrazić sobie nie można. Tak, to był wiek poprzedni, ale to był już jego schyłek, u progu obecnego. Świat był bardzo podobny do dzisiejszego.

Wiara Galileusza była przeciwna

Boskiej karzącą za mówienie prawdy

współwięźniom.  W Itali nie ma światka

gejowskiego, wszyscy chcą wyjechać

do Nowego Jorku, nie wiedząc jeszcze,

że już go tam nie ma. /…/

/…/    …….               w 1348 zaraza

pochłonęła trzecią część Florencji,

aż czterech z pięciu w Sienie i

nie było łaźni do zamykania.[iii]

(B.P-G, tł. własne, fragmenty)

IV.

            Doszliśmy do zasadniczej części tej epistemologii Smutku i Straty. Do „Last Watch of the Night” Paula Monette’a[iv]. Zbioru autobiograficznych esejów dekady AIDSA w USA. Dekady niewyobrażalnej dzisiaj, a przecież z równym okrucieństwem zmowy milczenia powtórzonej w Domach i Ośrodkach Starości  na początku ostatniej ‘dżumy’ – Covida. Wystarczy dotkniętych ‘dżumą’ zidentyfikować, jak grupę. Grupę do której nie należy większość. Żydzi, Czarni, Gejowie, bardzo starzy… Ktokolwiek, tylko nie większość. Nie ‘my’. Okazuje się, że dużo łatwiej wtedy manipulować społeczeństwem. Może nawet sugerować, mimochodem wskazywać, że np. pewne miejsca odosobnienia, izolacji nie są nieetyczne. Nie, broń boże obozy! To straszne słowo i koncepcja! Przecież my – społeczeństwo- po prostu chcemy zapobiec masowym infekcjom, nowych transformacji bakterii czy wirusa. Nic w tym złego nie ma, prawda? No, a poza tym każda choroba musi przejść swój kurs.

W latach 80. zidentyfikowano taką grupę. Zwłaszcza w ośrodkach, centrach, gdzie było ich wielu, gdzie zyskiwali sympatię i trochę cywilnych praw (choćby mieszkaniowe). Nowy Jork, Paryż, San Francisco, Los Angeles. Niezbyt dużo równouprawnienia faktycznego, nie – ale zmiany społeczne w tym kierunku podążały. A tu AIDS. Jak manna z nieba prosto w fartuszki religijnych maniaków, hochsztaplerów, siewców nienawiści z ambon telewizyjnych, prasowych i kościelnych. Krzyczeli: a nie mówiliśmy wam! To kara boska, że pozwalamy na takie zezwierzęcenie!

Dość jednak przypominania. Jedynie krótko to wspomnam dla tych, którym łatwo było zapomnieć ‘takie drobiazgi’. Większość ludzi niezbyt lubi rozpamiętywać sprawy i sytuacje przykre. To ludzkie i naturalne.

            Paul Monette nie mógł. On tym żył, w tym żył, na to umarł. Ale zanim umarł, chodził stale do szpitali, odwiedzać tam umierających kolegów i znajomych. Przede wszystkim opiekował się do ostatnich chwil umierającym przyjacielem i kochankiem. Potem drugim. Też do chwil ostatnich, do pogrzebu. Ale zanim był pogrzeb trzeba było ich myć, karmić, do ostatnich fizycznie możliwych chwil wyprowadzać na spacer, Trzeba było ich podmywać, zmieniać pieluchy, pościel. Wiedząc (choć ciągle mając promil nadziei, że ktoś coś odkryje, jakieś antidotum, ratunek), że ratunek nie przyjdzie.

Monette pisze o sobie. Podaje czyste, nieadornowane fakty, szczegóły, momenty codziennej rutyny dbania przez miesiące o kogoś, kto umiera. I w końcu tej śmierci. Kogoś, kto dziś byłby pewnie jego mężem, na pewno wieloletnim partnerem. Najbliższą z możliwych osób. Kiedy brat jego partnera (Rogera), który przyjechał z wizytą narzeka, że legowisko ich psa (Pucka) jest brudne i śmierdzi, Monette przypomina sobie ten moment i dodaje: Nie, tam faktycznie cuchnęło jak śmierć, gdy nazwiesz rzeczy po imieniu. Cały dom. I po prawdzie tylko Puck mógł z tym smrodem żyć, ze smrodem pola bitwy z płytkimi nieznanymi grobami. Ci, którzy sugerowali nową tapicerkę, jako sposób na trzymanie śmierci z daleka odwiedzali nas coraz rzadziej. I chwała Bogu.[2]

Kiedy przytacza ostatnie dni i godziny Rogera – pies jest bardzo ważna postacią w tej epopei przerażenia. Wiedzy, rozumienia – a jednak przerażenia bezsilnością i nieuniknionością. Pies swoja obecnością pomógł mu uciekać momentami od obezwładniającego smutku. Pies i … pisanie. Wspomina:

Przetrwałem ten niemożliwy do przetrwania pierwszy rok żałoby zmuszając się do zejścia z łóżka, bo ktoś musiał tego psa wyprowadzić; pisząc  aby nie myśleć.[3]

I zaraz wraca przed moje (piszącego te słowa) oczy obraz mojego pierwszego roku. Moim ratunkiem nie był pies, były wielogodzinne wałęsanie się po plażach, morskich bezludziach i notes, pisanie. Wymuszane, bolesne – a niezbędne, jak woda do przetrwania.

Monnette rozdział po rozdziale, przeprowadza właśnie takie studium, taką pracę epistemologiczną  Bólu Straty. Nie robił tego z potrzeb filozoficznych, badawczych. Nie. To wiwisekcja siebie. Próba zrozumienia, jak można było to przeżyć. Co pomagało, co hamowało przed nieobliczalnymi skutkami. Ale robiąc to pomagał nie tylko sobie, pomagał innym. Bo wymiar bólu, ciężar straty jest dla każdego trochę inny.

Monette przeszedł kawalkadę śmierci na AIDSA (Steve był jego kolejnym partnerem, który tak odszedł w szpitalu) łącznie z własną, nadchodząca powoli, ale nieuchronnie. Oczywiści nie zostawił zapisów ostatnich godzin i chwil. Mimo, że był świetnym pisarzem – nie był bogiem. Trudno nam samym opisywać własną śmierć po fakcie.

Ciekawym bardzo jest rozdział, gdy pisze o Kościele Katolickim i o sytuacji przyjaciół i znajomych, którzy z tym mieli wielki związek będąc czynnymi lub byłymi księżmi, zakonnikami. W tamtych czasach, w latach 80. O tym jak Ratzinger (późniejszy następca Wojtyły na tronie watykańskim) nakazywał biskupom i przeorom amerykańskim, by tępili i torpedowali wszelkie zamiary udzielania jakichkolwiek praw cywilnych homoseksualistom w USA. W Kościele pełnym nie tylko pedofilów, ale przede wszystkim homoseksualistów.[4]  Ten wątek w epistemologii Straty i Bólu mało ma do wniesienia, więc rozwijać go tu nie będę.

Głęboki ból utraty kogoś najbliższego, zwłaszcza gdy poprzedzony długim okresem spodziewania się jej (nieuleczalna choroba) i długim trwaniem opiekowania się tą osobą, aż do momentu zgonu, jest doświadczeniem nieporównywalnym. Zmienia tą osobę, która pozostaje przy życiu. Często ktoś taki próbuje różnych sposobów zewnętrznych i wewnętrznych (terapie), aby to zrozumieć. Ale terapia jest powiązana ściśle z leczeniem, leczy się zaś sprawy i ciała chore. Nie sadzę by żałoba była chorobą. Właściwszym jest rozumienie tego bólu, nie negowanie go lub reperowanie plastrem i pigułką. Być może właśnie badanie filozoficzne jest najbardziej właściwym dla zrozumienie tego procesu. Właśnie podejście epistemologiczne. I zagłębianie się w opisy innych, w sytuacjach zbliżonych. Oswoić ból Straty. Warto.

Paul Monette najpierw swoją poezją, potem tym pamiętnikiem-dziennikiem pomógł mi niezmiernie.


[1]Paul Monette | LGBTQ+ Activist, Poet, Biographer | Britannica

[2] ibid. s12

[3] ibid. s 14

[4] rozdział ‘My Priets’ zaczynający się na str. 54


[i]“Kronos” w pigułce, czyli wszystko, czego nie wiesz o Gombrowiczu | #literatura | Culture.pl

[ii] Albert Camus, „Dżuma”; napisana w 1947 opisuje lata pandemii dżumy w Oranie, w Algerii.

[iii] P. Monette, „West of Yesterday. East of Summer”, s. 19, frag. wiersza ‘Do GB z Tuskanii’ (wyd. z 1994)

[iv] Paul Monette, „Last watch of the night”; wyd. HarcourtBrace&Company; 1994, s.310

Prosecutor of ICC issues arrest warrants in case against PM of Israel and it’s Defense Minister for war crimes against humanity.

Today, on 21 November 2024, Pre-Trial Chamber I of the International Criminal Court (‘Court’), in its composition for the Situation in the State of Palestine,unanimously issued two decisions rejecting challenges by the State of Israel (‘Israel’) brought under articles 18 and 19 of the Rome Statute (the ‘Statute’). It also issued warrants of arrest for Mr Benjamin Netanyahu and Mr Yoav Gallant.

Decisions on requests by the State of Israel

The Chamber ruled on two requests submitted by the Israel on 26 September 2024. In the first request, Israel challenged the Court’s jurisdiction over the Situation in the State of Palestine in general, and over Israeli nationals more specifically, on the basis of article 19(2) of the Statute. In the second request, Israel requested that the Chamber order the Prosecution to provide a new notification of the initiation of an investigation to its authorities under article 18(1) of the Statute. Israel also requested the Chamber to halt any proceedings before the Court in the relevant situation, including the consideration of the applications for warrants of arrest for Mr Benjamin Netanyahu and Mr Yoav Gallant, submitted by the Prosecution on 20 May 2024.

As to the first challenge, the Chamber noted that the acceptance by Israel of the Court’s jurisdiction is not required, as the Court can exercise its jurisdiction on the basis of territorial jurisdiction of Palestine, as determined by Pre-Trial Chamber I in a previous composition. Furthermore, the Chamber considered that pursuant to article 19(1) of the Statute, States are not entitled to challenge the Court’s jurisdiction under article 19(2) prior to the issuance of a warrant of arrest. Thus Israel’s challenge is premature. This is without prejudice to any future possible challenges to the Court’s jurisdiction and/or admissibility of any particular case.

Decision on Israel’s challenge to the jurisdiction of the Court pursuant to article 19(2) of the Rome Statute

The Chamber also rejected Israel’s request under article 18(1) of the Statute. The Chamber recalled that the Prosecution notified Israel of the initiation of an investigation in 2021. At that time, despite a clarification request by the Prosecution, Israel elected not to pursue any request for deferral of the investigation. Further, the Chamber considered that the parameters of the investigation in the situation have remained the same and, as a consequence, no new notification to the State of Israel was required. In light of this, the judges found that there was no reason to halt the consideration of the applications for warrants of arrest.

Decision on Israel’s request for an order to the Prosecution to give an Article 18(1) notice

Warrants of arrest

The Chamber issued warrants of arrest for two individuals, Mr Benjamin Netanyahu and Mr Yoav Gallant, for crimes against humanity and war crimes committed from at least 8 October 2023 until at least 20 May 2024, the day the Prosecution filed the applications for warrants of arrest.

The arrest warrants are classified as ‘secret’, in order to protect witnesses and to safeguard the conduct of the investigations. However, the Chamber decided to release the information below since conduct similar to that addressed in the warrant of arrest appears to be ongoing. Moreover, the Chamber considers it to be in the interest of victims and their families that they are made aware of the warrants’ existence.

At the outset, the Chamber considered that the alleged conduct of Mr Netanyahu and Mr Gallant falls within the jurisdiction of the Court. The Chamber recalled that, in a previous composition, it already decided that the Court’s jurisdiction in the situation extended to Gaza and the West Bank, including East Jerusalem. Furthermore, the Chamber declined to use its discretionary proprio motu powers to determine the admissibility of the two cases at this stage. This is without prejudice to any determination as to the jurisdiction and admissibility of the cases at a later stage.

With regard to the crimes, the Chamber found reasonable grounds to believe that Mr Netanyahu, born on 21 October 1949, Prime Minister of Israel at the time of the relevant conduct, and Mr Gallant, born on 8 November 1958, Minister of Defence of Israel at the time of the alleged conduct, each bear criminal responsibility for the following crimes as co-perpetrators for committing the acts jointly with others: the war crime of starvation as a method of warfare; and the crimes against humanity of murder, persecution, and other inhumane acts.

The Chamber also found reasonable grounds to believe that Mr Netanyahu and Mr Gallant each bear criminal responsibility as civilian superiors for the war crime of intentionally directing an attack against the civilian population.

Alleged crimes

The Chamber found reasonable grounds to believe that during the relevant time, international humanitarian law related to international armed conflict between Israel and Palestine applied. This is because they are two High Contracting Parties to the 1949 Geneva Conventions and because Israel occupies at least parts of Palestine. The Chamber also found that the law related to non-international armed conflict applied to the fighting between Israel and Hamas. The Chamber found that the alleged conduct of Mr Netanyahu and Mr Gallant concerned the activities of Israeli government bodies and the armed forces against the civilian population in Palestine, more specifically civilians in Gaza. It therefore concerned the relationship between two parties to an international armed conflict, as well as the relationship between an occupying power and the population in occupied territory. For these reasons, with regards to war crimes, the Chamber found it appropriate to issue the arrest warrants pursuant to the law of international armed conflict. The Chamber also found that the alleged crimes against humanity were part of a widespread and systematic attack against the civilian population of Gaza.

The Chamber considered that there are reasonable grounds to believe that both individuals intentionally and knowingly deprived the civilian population in Gaza of objects indispensable to their survival, including food, water, and medicine and medical supplies, as well as fuel and electricity, from at least 8 October 2023 to 20 May 2024. This finding is based on the role of Mr Netanyahu and Mr Gallant in impeding humanitarian aid in violation of international humanitarian law and their failure to facilitate relief by all means at its disposal. The Chamber found that their conduct led to the disruption of the ability of humanitarian organisations to provide food and other essential goods to the population in need in Gaza. The aforementioned restrictions together with cutting off electricity and reducing fuel supply also had a severe impact on the availability of water in Gaza and the ability of hospitals to provide medical care.

The Chamber also noted that decisions allowing or increasing humanitarian assistance into Gaza were often conditional. They were not made to fulfil Israel’s obligations under international humanitarian law or to ensure that the civilian population in Gaza would be adequately supplied with goods in need. In fact, they were a response to the pressure of the international community or requests by the United States of America. In any event, the increases in humanitarian assistance were not sufficient to improve the population’s access to essential goods.

Furthermore, the Chamber found reasonable grounds to believe that no clear military need or other justification under international humanitarian law could be identified for the restrictions placed on access for humanitarian relief operations. Despite warnings and appeals made by, inter alia, the UN Security Council, UN Secretary General, States, and governmental and civil society organisations about the humanitarian situation in Gaza, only minimal humanitarian assistance was authorised. In this regard, the Chamber considered the prolonged period of deprivation and Mr Netanyahu’s statement connecting the halt in the essential goods and humanitarian aid with the goals of war.

The Chamber therefore found reasonable grounds to believe that Mr Netanyahu and Mr Gallant bear criminal responsibility for the war crime of starvation as a method of warfare.

The Chamber found that there are reasonable grounds to believe that the lack of food, water, electricity and fuel, and specific medical supplies, created conditions of life calculated to bring about the destruction of part of the civilian population in Gaza, which resulted in the death of civilians, including children due to malnutrition and dehydration. On the basis of material presented by the Prosecution covering the period until 20 May 2024, the Chamber could not determine that all elements of the crime against humanity of extermination were met. However, the Chamber did find that there are reasonable grounds to believe that the crime against humanity of murder was committed in relation to these victims.

In addition, by intentionally limiting or preventing medical supplies and medicine from getting into Gaza, in particular anaesthetics and anaesthesia machines, the two individuals are also responsible for inflicting great suffering by means of inhumane acts on persons in need of treatment. Doctors were forced to operate on wounded persons and carry out amputations, including on children, without anaesthetics, and/or were forced to use inadequate and unsafe means to sedate patients, causing these persons extreme pain and suffering. This amounts to the crime against humanity of other inhumane acts.

The Chamber also found reasonable grounds to believe that the abovementioned conduct deprived a significant portion of the civilian population in Gaza of their fundamental rights, including the rights to life and health, and that the population was targeted based on political and/or national grounds. It therefore found that the crime against humanity of persecution was committed.

Finally, the Chamber assessed that there are reasonable grounds to believe that Mr Netanyahu and Mr Gallant bear criminal responsibility as civilian superiors for the war crime of intentionally directing attacks against the civilian population of Gaza. In this regard, the Chamber found that the material provided by the Prosecution only allowed it to make findings on two incidents that qualified as attacks that were intentionally directed against civilians. Reasonable grounds to believe exist that Mr Netanyahu and Mr Gallant, despite having measures available to them to prevent or repress the commission of crimes or ensure the submittal of the matter to the competent authorities, failed to do so.

Background

On 1 January 2015, The State of Palestine lodged a declaration under article 12(3) of the Rome Statute accepting jurisdiction of the Court since 13 June 2014.

On 2 January 2015, The State of Palestine acceded to the Rome Statute by depositing its instrument of accession with the UN Secretary-General. The Rome Statute entered into force for The State of Palestine on 1 April 2015.

On 22 May 2018, pursuant to articles 13(a) and 14 of the Rome Statute, The State of Palestine referred to the Prosecutor the Situation since 13 June 2014, with no end date. 

On 3 March 2021, the Prosecutor announced the opening of the investigation into the Situation in the State of Palestine. This followed Pre-Trial Chamber I’s decision on 5 February 2021 that the Court could exercise its criminal jurisdiction in the Situation and, by majority, that the territorial scope of this jurisdiction extends to Gaza and the West Bank, including East Jerusalem. 

On 17 November 2023, the Office of the Prosecutor received a further referral of the Situation in the State of Palestine, from South Africa, Bangladesh, Bolivia, Comoros, and Djibouti, and on 18 January 2024, the Republic of Chile and the United Mexican State additionally submitted a referral to the Prosecutor with respect to the situation in The State of Palestine.

Nikolay Khozyainov in Kelowna – Beethoven Monument

Nikolay Khozyainov in Kelowna – Beethoven Monument

This was one opportunity I didn’t want to miss. Last night piano concert of Nikolay Khozyainov in Kelowna, British Columbia. Have heard of this young pianist few times and his fame proceeded him.  Was wary, though. Big fame and being a child prodigy (he started playing in  … Siberia – in all of forbidden places – at an early age of six and as a child already performed in Russian cities, including Moscow, a city with earned reputation of being very strict in offering the stage to no one but the best as far as music is concerned) can be misleading and sometimes such career is cut short and musician falls into obscurity.

But Nikolay is no longer a child, and no longer a prodigy of anyone but his own talent and hard work. Bought the tickets well in advance while I was still in Halifax so as not to risk missing the concert.

A fact that he was a finalist in 2015 famous Warsaw’s International Chopin Piano Competition certainly cemented his statue as a pianist, and opened the doors of many international stages to him.

The auditorium in Kelowna’s Waterfront Art Centre is an elegant venue but not a very large one. But the seats are well arranged, and it looked like you could see the stage from every row and corner. In a small venue like that I usually choose either an isle seat or a seat at the very back (best for making quick notes without disturbing anyone).

Day was cold and being next to the huge lake added to that unpleasant coldness of late November. But inside the atmosphere was pleasant. My surprise was that there was not a printed program. In a concert where many pieces of many composers will be played it is helpful to have one. That was a serious minus on the side of the venue administrators. That was not the end of surprises, though. LOL.

When the virtuoso appeared on the stage I was – to say it elegantly – amused. Long gone are the days when longtails were the only accepted attire. Slowly they were replaced by afternoon elegant jacket, even black sweaters (Oh, Mon Dieu!). But pants remained elegant, sharply pressed. And shoes. Ah, the shoes –  they are actually important, as they play, too  – alongside hand and fingers. Something has to touch the pedals, LOL. Therefore shoes were elegant leather, shiny.

When Maestro Khozyainov entered the stage – he wore non of it. Pardon, except the light but elegant jacked. No, no. He wasn’t half naked! Just the rest of the attire really does not belong on a stage in a concert hall. Even in Kelowna. I was wondering how his cozy and warm winter shoes will feel the pedals …

I know, a bit long introduction – but I was truly amused by all of it.

Alas, back to music. Khozyainov begun with Chopin’s Nocturn D Flat Major, Op. 27. I thought it was a bit rough at times. The beautiful melodies few times were missing a note, or a note fell off the order. Which was sad since that Nocturne is one of the most beautiful nocturnes of Chopin. And yes, the pedals were not used as smoothly and as consistently as they should have.

Next was fantastic Prelude Op.45. Chopin himself said it was best prelude. I think the pianist did very good job in showing the elegant nature of this composition. Following with Ballade No. 4 in F minor, Op. 55  he brought peace to musical order. It is such a beautiful, poetic music. Khozainov fully regained his mastery of the instrument. I enjoyed it very much. It takes you for such a nice walk, memories of romance, of youth, of longing. Could be almost sentimental but still retains the deep feelings, the poetry of the soul. It remained me at times of the way incomparable Kristian Zimerman plays it. Use your inner feeling but stay close to the score seem to be the magic and don’t rush, allow the music to sink in.

After the Ballade, there was a short intermission and suddenly I felt like being back in Carnegie Hall or on Jasna Street in Warsaw’s Philharmonic. Back to great concerthalls of the world. Khozainov appeared in beautiful attire (with very shiny and elegant shoes, LOL) and things seemed all in place. Just waiting for the music to do the rest. It did.

Liszt and his delicate Impromptu Valse set the stage for musical fluidity, elegance. Following different feelings and pictures was Liszt Spanish Raphsody S.254. The Hungarian musical genius composed it in 1858, shortly after his visit to Spain. It has cascade of full octaves, rapid cords. A time to shine and awe,  as Khozainov did. I wouldn’t have been surprised if suddenly a solo ballet dancer would appear and did some pirouettes to the music. It didn’t, but it felt like it could. That was certainly a grand finale to the first part.

During the short break I had a nice chat with a fellow, who sat right in front of me, and we exchanged few impressions. It was pleasant conversation to fill the free time (and not missing any equally pleasant innuendos, LOL). Music and romance? That never happens! Or was it just me, who forgot that it does indeed?

However – the time for truly great romance awaited us back in the hall. Ludwig van Beethoven – the towering giant of classical music.

Nikolay played masterly transcribed by Liszt Allegretto from Beethoven’s Seventh.

For a triumphant finale he played probably the most difficult and unusual piano music of the great composer – his Sonata No.23 Op. 57 known as Appassionata. I could easily see it more as a full Piano Concert with orchestra. It is long piece (it is a sonata after all, therefore not too long) but the difficulty lays in its structure, abrupt changes of tempo, emotion, almost loosing melodic motifs. In a way, the Appassionata should habe been composed fifty or seventy years later. It is very much not a mirror of tastes and styles in Herr Ludwig times. But Herr Ludwig was not a man of a’la mode – Beethoven was a man of musical genius. Timeless. I suppose, it must be very difficult and not easy to memorize it to play without the aid of printed score. Because the Appassionata has distinctive long intervals it is very wise for the pianist to remain in full control as some people would not start to clap, thinking it was the finale. Khozainov had it all in check.

I am not surprised that (although not part of this concert repertoire) that he has played and recorded the arch-difficult Gaspar de la nuit by Ravel.

Of course, every musician is prepared for a a short bis after a concert. Nikolay was too. However – none were prepared for almost an entire third part of the concert! It was a sheer bravado which ended in an amusing and happy cavalcade on the keyboard.

Scriabin, Chopin, Rachmaninov, you name it! All the virtuosic pieces that shine and wants the audience to stand up and dance to it. We almost did. Applause did not stop. Just when we thought it is over, done, when we thought that it is almost impolite to demand more … Nikolay played his own impromptu fantasy. And everyone went crazy. What a bravado, gusto with a touch of showmanship. A pure joy of the music. I loved it.

In a chat afterwards we used simultaneously three languages, as both of us knew them: Russian, Polish and English. And he signed my notebook with name I have not seen in a very long time – with ‘otchestvo’ – a Russian peculiarity of using one’s name and the name of one’s father. Because I have the same name , as my father – it is of course: Bogumil Bogumilowitz, LOL. I like it.