Pride Parade in Ottawa

Pride Parade in Ottawa

Canadian Prime Minister Justin Trudeau has been known to be a friend and ally of LGBTQ+ community in Canada. In general, his personal and to a large extend political stance is in favor of inclusion and full participation in all aspects of private and public life of all segments of society. Long gone are old, somewhat paternalistic attitudes of tolerance. They have been rightfully relegated to history. The LGBTQ+ community does not need to be ‘tolerated’.  We need and are fully equal parts of all spheres of public life. It is those, who hold the disgusting attitude of homophobia that have finally become the true fringes of society in Canada.

But knowing very well our own, very long struggle against ostracism, against hatred and indeed physical violence, we (LGBTQ+ community) often sympathize with those, who face that hatred, scorn and ostracism for who they are. For many different reasons. None is more for the past months than Palestinian people, their children, the elderly being denied the most basic right – a right to their own country, on land they lived from time immemorial.

They are being slaughter right now, they have become a part of insidious and murderous way of shooting game: the Israelis tell them to move from one spot to the other and as they – terrified – try, the Israeli bombs are being dropped on their heads. As of now the number of massacred Palestinians stands at 40 000. They have no homes anymore, no hospitals, no shops to buy food, no schools. The other day an Israeli Jew (not even a military or police – no, private bandit) just came to a Palestinian home (far away from the Gaza executions of Palestinians) and shot dead the Palestinian owner of the home and declared it to be his now.

So there is no surprise that the LGBTQ+ community feels often and by large, as an ally for the Palestinians. They know the suffering, the persecution. That does not make as an ally of Hamas or advocating violence against Jews. But we will stand with the oppressed, the hunted, the ones, who are subject to the terror of state organized genocide.

This is not antisemitism. It is not hatred of Jews. This is pro-life, pro basic human rights, basic political rights. This is against creation of new Cambodian killing fields of Khmer Rouge.  I personally, a Canadian and a Pole, who is still traumatized of the history of Polish Jews during the second world war cannot fathom that their children, grand and great grandchildren, can do toward others the things that – at times – resembled, what was done to their forefathers during 2 world war. Maybe that comparison goes too far, probably it does. But emotions are hard to control, when you watch the news, see the terrified mothers trying to shelter their children, bodies of babies, people lining up to get some scraps of food.  

When I read the article in todays ‘National Post’ about Justin Trudeau and his government refusing to take part in Ottawa’s Pride Parade because the Parade organizers have a message of support for Palestinians in Gaza and that he did it because of pressure from Jewish organizations in Ottawa – it makes me mad as hell.  I don’t want MY prime minister to be an agent of Israel’s lobby. I want MY prime minister to be on the side of empathy, supporting the oppressed, the ones being slaughtered in thousands. The Justin Trudeau I remember and knew. Justin Trudeau the world fell in love with years ago for being such staunch supporter of the weak ones, the oppressed, persecuted.

And no, Prime Minister you have no right to co-organize another Pride Parade somewhere else in Ottawa by Israeli agents. The Pride Parade is organized by the organizers chosen by LGBTQ+ community in Ottawa. One parade. You are welcome as guest to that parade. You don’t have to come. You can even issue a statement why. But don’t dare to be the emperor, who will divide our community.

I will quote Liberal Party statement of that situation: “In light of recent decisions by the Capital Pride board, the Liberal Party has decided not to participate in Capital Pride events this year, and instead will host our own event to celebrate Ottawa’s 2SLGBTQI+ communities,” by Liberal party spokesperson Peter Lund.

Ottawa LGBTQI+ community organizes and hosts Pride event in Ottawa. One, done by us – not by the government and some Jewish activists in Ottawa. Period.

bill bisset i Tomasz Michalak – jak tłumaczyć nieskodyfikowane języki?

Ostatni tekst wiązał się bezpośrednio z literaturą. Literaturą przez duże L, bom pisał był o Gombrowiczu i Jeleńskim. Jednocześnie przypominałem mój cykl o literaturze tzw. emigracyjnej lat PRL-u.

W cyklu tym pominąłem jednego poetę i tłumacza poezji, z którym we wczesnych latach 90. nawiązałem kontakt, Tomasza Michalaka.  Opublikowałem w numerze drugim Rocznika Twórczości ‘Strumień’ kilka wierszy Michalaka, a że kontakt nam się w jakiś sposób potem urwał (nie sądzę by były ku temu jakiekolwiek ważne przyczyny, raczej zwykłe i prozaiczne towarzyskie – w tamtym okresie moje życie było ponad miarę wypełnione zajęciami, które pochłaniały więcej czasu niż oferowała go doba). Spotkałem go chyba w Simon Fraser University w Burnaby, gdzie wówczas studiował. Dziś zdaje się dalej tam jest, naturalnie jako wykładowca tym razem.

Opublikowałem wtedy pięć jego wierszy[i]. I wszystkie mi się podobały, podobał mi się sposób w jaki używał języka gramatyki.

Słowo ‘podobały’ nie jest określeniem używanym w krytyce literackiej – a przecież jest to najistotniejsza część łączności z czytelnikiem. Krytyk, badacz musi czytać wiersze, by je oceniać, recenzować.  Czytelnik nie musi i nie potrzebuje. Czytelnik czyta te, które lubi, które mu się podobają.

Gramatyczna kolejność i funkcyjność tej kolejności części mowy. Jeśli poeta trzyma się jej zbyt uparcie i sztywno – wiersz staje się klepanką, ogłoszeniem i traci wyraz poetycki. Nie będę wyliczał poetów, którzy to robią, bo zbyt długi ten tekst by być musiał. Im bardziej kodyfikujemy język, im bardziej sztywny gorset na niego nakładamy – tym bardziej staje się on językiem urzędowego obwieszczenia. W wierszu Michalaka „Rzeczy które wydarzyły się komuś” druga linijka brzmi tak: ze śmiechem kartki przewracają się papieru – naturalnie poprawnie brzmieć to winno: kartki papieru przewracają się ze śmiechu, tyle, że traci wtedy to zupełnie muzyczność frazy, staje się banalnym stwierdzeniem faktu. A przecież nie o to w poezji chodzi. Fakt jako taki jest w swej zasadzie kamieniem u szyi poety. Oczywistość oczywistości to jej śmierć.

Co tu chcę, w znanej mi spuściźnie Michalaka, przypomnieć, to jego praca tłumacza poezji anglojęzycznej. Mówię konkretnie o poezji billa bissetta (oficjalnie to Bill Bissett, forma której poeta w zasadzie nie używa, odrzucając, jak w swej poezji, wiele zastanych norm gramatyczno-ortograficznych). Jeden z najbardziej trwałych i tragicznych elementów kanadyjskiej poezji ostatnich siedemdziesięciu lat. Od dekad prześladowań rządowo-policyjnych, po międzynarodowe i krajowe akolady, nagrody, ordery. Od cel aresztów policyjnych, po salony Sztuki i ordery państwowe[ii].

Tomasz Michalak podjął się trudnego zadania przetłumaczenia tomiku wierszy Bissetta „żeczy ń pojęte”[iii]

Tłumaczenie poezji pisanej w dużej mierze w formie fonetycznej, języka mówionego, a nie pisanego, musi nakładać na tłumacza dodatkowy problem, gdzie sama znajomość języka oryginału i języka tłumaczenia to za mało. Trzeba poniekąd wgryźć się w sposób mówienia i dźwięku słowa.  W skodyfikowanym języku można to porównać do czytania nut. Proszę sobie wyobrazić koncert, gdzie nie ma żadnego muzyka ani instrumentu, miast tego jest lektor. Staje przed widownią i czyta utwór z kartki: tempo presto – crescendo, dwa bemole, 3 szesnastki na trzeciej linii, dwie połówki na czwartej, trzy półnuty w oktawie wyżej …. Ciekawym bym był, ile osób by na takie koncerty chodziło …

Trudno bardzo ocenić poziom tłumaczenia tego typu poezji i nie mam zamiaru tego tu robić. Zupełnie prywatnie musze powiedzieć, że Michalak bardzo przybliżył mi poezje bissetta, a sam bisset autoryzował te tłumaczenie. Co też trudno ocenić, gdyż bissett języka polskiego nie zna. Ale to są już dywagacje mało znaczące. Z punktu widzenia językowego jest to praca dobra i warto by było, gdyby jakieś wydawnictwo w Kraju to opublikowało. Może ktoś kiedyś to zrobił, nie mam pojęcia, bo badań jakichkolwiek nie robiłem w tej mierze.  

Tłumaczenie Michalaka przypomina mi bardzo formę walki futurystycznej z kodyfikacją języka prowadzoną przez Bruno Jasieńskiego i poetycką prozą Brunona Schulza – inność. Inność używania języka, jako formy, która ma służyć twórcy a nie kajdan, które mają go ograniczać. Do takiego ‘braku szacunku’ wobec formalnej kodyfikacji ortograficzno-gramatycznej nawiązywała też współcześnie Olga Tokarczuk podczas spotkania na 70-lecie Wydawnictwa Literackiego w Krakowie. Podkreślała, jak język ma być narzędziem giętkim w ręku pisarza a nie kajdanami sztywnej formy.

Więc wracając do tłumaczenia Michalaka wierszy bissetta przytoczę pierwszy z tego zeszytu poetyckiego. Bardzo zresztą oddający – abstrahując od sposobu zapisania – charakter poezji bissetta.

Czy fszystko jest dla sfiń

ona myśli ż jej gufno

               Jest sesłota swysacanego

rubinami

               on myśli ż jego jest perłostanem

i przeczystością łabęciej kfakfaducji

               co masz  im

mufić

                wiekuf owijają jh sny

               i pryfatne opinie

                              f befełnę

                              praciatofych

                              kultuf

               gufno

               jest gufnem

               ale ja

               fo tego

gufna

               dobiorę ś

               wam

               jeszcze[iv]

Ot, ciekawostka poetycka. Jedynej rzeczy, której sensu pojąć nie potrafię to właśnie tego niby-konstruktywizmem pachnącego układu graficznego strof i wersów. Chyba, że założeniem był jednak chaos. Tutaj tłumacz jest jednak bezbronny, ten układ stroficzny jest dokładnie taki w oryginale. Co w niczym mi w rozumieniu tegoż nie pomaga.  Naturalnie – chaos zrozumiany być nie może i z tym się zgadzam.

I tyleż na dziś.

  


[i] Rocznik Twórczy „Strumień”, nr 2; s. 31; Surrey, Kanada; rok 2000; ISSN 1488 8513

[ii] Bill Bissett – Wikipedia

[iii] Bill bissett; „żeczy ń pojęte”, wyd. Talon Books, Burnaby BC, Kanada, 1998

[iv] ibit

Gombro – rozmowy o literaturze

Jakiś czas temu publikowałem tu cykl artykułów o poezji polskiej powstającej poza granicami kraju. Ostatnie z tego cyklu dwa artykuły tyczyły poezji polskiej w latach już po ‘naturalnej śmierci’ podziału tej literatury na krajową i emigracyjną.

Przypomniała mi ten cykl i zagadnienia niedawna rozmowa moja z dr. Piotrem Sadzikiem, młodym a szalenie zdolnym docencie Uniwersytetu Warszawskiego, badaczem właśnie literatury. Zaczęliśmy mówiąc o mojej nowej ‘wersji’ średniowiecznego słynnego hymnu Des irae, sięgającego tradycją do wczesnych Ksiąg żydowskiej Tory. Mój (też tercyną spisany,LOL) hymn był jednak nie hymnem strasznej apokaliptycznej śmierci (zaraz Dostojewski na myśl przychodzi ze „Zbrodnią i karą”), a przeciwnie – wyzwoleniem i złączeniem przez Miłość. Ale jakoś tak mimowolnie zeszliśmy na temat dwóch postaci – za sprawą jakiejś analogii Piotra Sadzika – ze współczesnej epoki literatury: Konstantego Jeleńskiego i Witolda Gombrowicza. Więc ten Konstanty (Kot) Jeleński z Paryża i Witold Gombrowicz z Buenos Aires.   Nie powtarzajcie tego głośno, ale Gombrowicz to po prostu idée fixe Sadzika. Mówiąc po polsku: jest nim zafiksowany lub ma na jego punkcie bzika. Nie wypada o naukowcu tak mówić?  OK, to powiem bardziej elegancko – jest pod olbrzymim wpływem twórczości Gombrowicza (w zasadzie w rozmowie używa formy ‘Gombro’, co mi się podoba, LOL, bo tym samym usuwa te nawały brązu, narzucone na tego wspaniałego pisarza) i kopalnią wiedzy o nim. A Jeleński?  No cóż, odpowiem tak: jak można w ogóle mówić o Gombrowiczu nie wspominając Jeleńskiego?

Jeleński był ambasadorem kultury polskiej par excellence w Europie. A w Paryżu bezwzględnie, eurydytą pierwszej kategorii. W czasach szarzyzny i ugoru PRL.  A biedny Gombrowicz siedzący daleko za Atlantykiem miał wielkie problemy ze zrozumieniem w środowisku emigracyjnym, zwłaszcza z jego centrum w Londynie (u Grydzewskiego z jego „Wiadomościami’ niestety też) – bo cała Emigracja żyła tylko walką, patriotyzmem i wojną z komuną. A tu ten cholerny Gombrowicz, pisarz i dramatopisarz przecież dobry ze świetności Międzywojennej – upiera się z tym dziwnym ‘Transatlantykiem’. Jakieś aluzję, jakieś ironie, szyderstwa może nawet! Kto ma czas na takie zabawy literackie? Teraz, gdy trzeba szablę w dłoń i bolszewika goń, goń, goń! No, ale to był Polski Londyn, a Polski Paryż to już nie to samo. Polski Paryż, panie dzieju, to właśnie i Kot Jeleński, i wysoki do nieba Czapski i ta cała ich „Kultura” z Giedroyciem.

w Paryżu, widok na Sorbonę, 1986

Jako że byłem we wczesnych latach 80. w gościnie u Kota Jeleńskiego w Paryżu – to na te tematy nam się zeszło mimochodem. Bezpośrednio z tego Des irae, LOL. Nie pytajcie o logikę, nie mam czasu tak długo tłumaczyć.

Dlaczego o tym wspominam? Otóż mam po cichu własną teorię pewnych wyczuleń, pewnego rozumienia ludzi i ich aury. Kot Jeleński i Witold Gombrowicz, a i wspomniany Józef Czapski byli biseksualni lub po prostu gejami. Czy to ma znaczenie? Zdaniem moim ma. Następuje pewna nić porozumienia się, nawet bez słów. Nie, niekoniecznie oczekiwanie romansu lub przygody. Tu chodzi o emanowanie empatii, o mówienie zachowaniem: ja wiem i rozumiem. Jest to też rozumienie głodu miłości.  Miłości, która ciągle, jak za czasów Wilde’a, nie miała imienia. To okres lat 40tych, 50tych i 60tych (Gombrowicz zmarł w 1969). To był inny świat i inny sposób funkcjonowania w świecie zewnętrznym. Nie ma znaczenia, że kogoś własne, prywatne środowisko było bardziej otwarte, tolerancyjne. Świat nie był. I panował właśnie ten głód miłości. Ten głód spaceru ulicami trzymając się za rękę, pocałunku na ławce w parku. Nie rozumieją tego nawet młodsi gejowie, urodzeni powiedzmy już w późnych latach 70 lub 80. Ich świat nie jest światem Gombrowicza czy Kota Jeleńskiego. Nie jest nawet moim światem.

Czy jest możliwe, że Jeleński czuł pewną wewnętrzna chęć wsparcie Gombrowicza abstrahując nawet od uznania jego talentu pisarskiego?  Jest, absolutnie. Jeleński był szalenie inteligentnym człowiekiem. Rzekłbym – błyskotliwie inteligentnym  Ale jego pochodzenie i pewna klasa środowiska, z którego się wywodził nigdy mu tej inteligencji nie pozwalała używać w sposób arogancki lub nonszalancki. Gombrowicza talent mógł ocenić chłodno, bez emocjonalnego kolorytu. Ale z czysto człowieczego punktu widzenia jest bardzo możliwe, że miał wobec niego taką właśnie ciepłą potrzebę wsparcia, pomożenia, otworzenia drzwi.

To moje na ten temat dygresje, dysertacji robić nie będę. Ale badacze biografii i twórczości winni ten delikatny szczegół brać pod uwagę, jeśli chcą sedna pewnych zachowań lub wydarzeń dotknąć. Gombrowicz miał talent nie dlatego, że był bi czy gejem. Ale dlatego, że był pewne rzeczy widział w innym trochę świetle. Dostrzegał cienie tam, gdzie inni tylko światło oślepiające lub tylko nieprzenikalną czerń.

Ot, czasem niespodziewane refleksje po kulturalnej rozmowie z kimś sympatycznym nachodzą nas z wieczora i (też czasem, nie zawsze) warto je potem spisać.

   

The unsung Hero of Warsaw Uprising of 1944

August 1, 2024 – one of European capital cities stands still. At the prescribed hour (in that city called “The Hour W”) the sirens gave loud signal, and everything stopped: the cars, the transit, people on the streets, even in stores. The letter “W” contains two words: Warsaw and Fight (Warszawa and Walka). Yest, that city is Warsaw, capital of Poland. Happens to be also my city, the city of my most formative years – my youth.

What happened? Why? Did Warsaw pick up arms and went to war? No, of course it did not. Warsaw remembered. The entire country remembered. All major capitals of Europe remembered, too. The President of Germany came to Warsaw to remember, and to offered sincere apology and asked for forgiveness. The entire Diplomatic Corp in Warsaw took part in that event. I assumed the Canadian Embassy, also did. It is hard to say because not a single major newspaper or major TV Network in Canada did even mention it during their news. Really? This was not a news for Canadian CBC or CTV?  While giving us typical news of the day, little stories of this and that. But nothing of major event in major capital of Europe? Shame on CBC and on CTV, shame on ‘Globe and Mail”, ‘Toronto Star’ ‘Winnipeg Press”, ‘Montreal Gazette’ and others.

August 1, 1944. Eighty years ago.

After five long years of bloody terror of Nazi occupation, young men and women of Warsaw area hoped to take revenge on the occupiers, to exact a price for their daily executions, for the annihilation of Jewish ghetto, for years of indignity and suffering.

On the Eastern Front the Soviet Army was marching and bringing new form of occupation and territorial Anschluss of entire Eastern Poland. On the Western and Southern front, the US, the Brits and Polish armies with major help from Canadian divisions were liberating Italy, France, Belgium and Holland.  But the progress on the Western Front was slower than the advances of the Soviets. Originally the main puch of the armies of the West was going to be through the Balkans – making it a faster and better route. But Stalin demanded that their aim should concentrate of the Western, not southern advance. Through Normandy. He wanted to secure Poland as the future satellite of Soviet empire. Stalin knew that if these armies with Polish soldiers under the command of general Anders and Sosnkowski would enter Poland – the entire nation would stood with them and fight the Soviets. Churchill and Roosevelt capitulated and gave Stalin what he wanted.

Polish Government in London and the Polish Underground Home Army (AK) in Poland were hoping – against visible signs that it will not happen – that it will be able to use massive air bombardments of German forces in Poland, even sent to Warsaw Polish Airborne Brigade1 and aid the Warsaw fighters. Therefore, plans have been prepared for the underground forces in Warsaw to plan for the Uprising.

When it become clear that none of the help would come – it was too late to stop the young men and women, that preparation went too far, the original victorious propaganda worked and people believed that victory and revenge was possible. At the end – the Polish Commander-in-Chief in London gave the underground commanders in Warsaw advice that they must make that decision themselves. To try to postpone the” W” hour, if possible, but otherwise it would be their decision. But things were too advanced, young people were ready and eager. A noticeable movement of people, armaments in days prior to the uprising did not go unnoticed by the German army intelligence and the SS. They started making preventive arrests, searches for arms and people.   In the meantime, the Soviet armies were gathering right outside of Warsaw and Poles did not want to change the Nazi occupation to Soviet occupation. Young people of Warsaw believed it was now or never. They wanted to establish rightful representatives of legal Polish Government and welcome the Soviets not to occupied Warsaw, but free democratic Warsaw with legal local governments and councils under the auspices of the legal Government and Polish Constitution.

On August 1. 1944, it started at 5 PM. It lasted two months. Lack of arms was the decisive factor in their inability to overcome massive German garrison in Warsaw, heavy bombardment by air, artillery. The unheard-of heroism of the freedom fighters and entire population couldn’t change the reality. The result was the total and meticulously planned full and complete destruction of the entire city. Street by street, district by district.  Whoever survived in the ruins were marched in columns out of the city.

Each one of the people who survived went through hell and deserves undying respect for their heroism. Now, eighty years later there are only a handful of them still alive.

I remember from my childhood, youth and early adulthood many of them. Back in Poland and those I met later in the Polish diaspora in England, Italy and Canada. They were my dear friends and I miss them a lot. Our talks, their stories. Remember by heart their poems of that time, sung their songs. My every visit in Poland includes my solitary (or with the youngest family) visits to special places on Warsaw streets, with special monuments (mostly the familiar little plaques or cement tableaus on buildings of people, who died there: poets, high ranking commanders, places od famous street battles or name of battalions and formations).

In the Wola District there are three places I’m thinking of right now: the Museum of the Warsaw Uprising; a little cemetery of Reformed Evangelical Church, and small two bedroom apartment on Szpitalna Street 1 in the center of Warsaw.  It is all connected to one very special person, very special to my heart. A small but always very fast-moving frame of an older woman. My aunt. Professor of Pediatrics (or, as she called herself ‘children’s doctor) Zofia Lejmbach. My Hero of the Uprising. True unsung hero.

Here is my story of that small-framed woman.

Must go back to the beginning of 1970ies: I am just entering my early teens, still before my high school. Don’t remember where exactly I met her the first time, at what family gathering. But I remember the years when I started visiting her on my own. Usually it had to do with either evening concert in the Warsaw Philharmonic (a short walking distance to Szpitalna Street) or theater performance in Atheneum Theater, or Polski Theater or Dramatyczny – all close to that apartment. At that time I lived with my parent in a small town about an hour’s drive by train from Warsaw. Neithe they nor myself wanted to travel on that train by night. Could stay with my grandma, who lived lived in Mokotów District. My excuse was that Mokotów is o far away from the center of Warsaw. So, Aunt Zofia volunteered that I should come and stay overnight with her anytime I want to. And I did. I loved it.

She always made sure I had a nice supper and breakfast in the morning but no fuss whatsoever. Supper and breakfast were when we talked. Otherwise, she was busy writing, studying books that were lying everywhere: on her desk, on shelves, on the floor.  Often there would be visits from some young doctors from the clinic asking for some advice or tutoring.  Once a week there was an elderly elegant woman, Auntie welcomed her cordially, asked me not to disturb them and that women would go to Auntie study and door would be closed. Once I asked her about the visits and she told me that she is an older French language teacher on a very meager pension and under the pretext that Auntie needs conversational lessons in French – she helps her to maintain financial stability and dignity. Soon, I started to suspect that they were simply old lovers, and the French lessons was just an excuse. Zofia spoke perfect French; I heard her many times over the phone using it.  Maybe I was wrong, but maybe not. But she was after all a single woman. Was her entire life. Both of her sisters married, had children and grandchildren. She never did. She gave me once some feeble romantic story from Kiev just before the Bolshevik revolution where she fell in love and her lover drowned in the ‘porohy of Dniepr’ (a fast running water with natural steps-falls in the bed of the river creating deep pools of whirling water). Maybe. It was a bit too bookish for me, at that time it was already over sixty years old story. But also – maybe down deep Aunt was very romantic. After all, she was from the old times, when stories like that were not out of sort. And she didn’t need a man to secure her material existence – she was well paid and renowned doctor.  On the other hand, Zofia’s demeanor was sort of of … manly? As we would say today  – lesbianish, LOL? I think so.  As I grew older I think she suspected that I was from the ‘other Parish’, too. But it was different time – no one talked about things like that. Not in family gatherings with the youngsters being present, Heavens forbid! 

My mind takes me back to that room I often occupied on Szpitalna 1. I was left to myself in that guest room, where I had an entire library full of amazing books. No idle talks.  If I went to grandma’s, I would have to devote all my time to her and we would talk all the time, nonstop. Sometimes it was OK – sometimes I just wanted to scream. With Aunt Zofia none of that applied. If I had a question about some of the books (there were a lot of non-literary titles) – I would ask her, and she would almost always reply: I am too busy right now but please come back in two- or three-days’ time and we will talk about it. Sure enough – at that time when I did, she had another two or three books that she suggested I should use as a reference and had her own short talk that explained the subject to me in a language more to my age and knowledge. Some of the books I started reading were seriously above my level. But never ever have I heard her saying the famous and dismissive: my dear, you are too young to understand it, it is not a book for you. I was a young adult, not a child. At least that was how she related to me. That was my Aunt I remembered personally and fondly.

But there was another Zofia Lejmbach I have learnt about later, from other family members and mostly from books and documents much later. She never talked about herself unless absolutely forced.

Zofia Lejmbach was born in 1901 in Minsk in Belarus (at that time all these territories of Lithuania, Belarus and Western Ukraine were part of an old Polish Commonwealth). My grandma’s mom and Zofia’s mom were sisters. In her early youth she was a member of Polish independence movement POW (Polish Military Organization) leading to the I world war. The front of that war found her in Kiev, where she was taking some nursing courses and tended to wounded soldiers coming from the battles. After the war she went to Warsaw and graduated from the Medical Faculty of Warsaw University. Later she worked in hospitals in Warsaw, Poznan, Paris, Rome and Strasbourg.   When she came back to Warsaw she decided to specialize in pediatrics and work closely in the famous Hospital Karola and Marii in Wola District under the tutelage of famous pediatrician, professor Władysław Szenajch – father of Polish pediatrics. She remained with that hospital her entire long life.  Including the years of German occupation and Warsaw Uprising. But of that later.

Part of the hospital became later (after the 2 world war) Działdowska Street Clinic for Sick Children, where for decades she was a Clinical Director. She was professor and pro-rector of the Warsaw Medical Academy in the 1960ties.

During the 2 world war she stayed in Warsaw with her hospital in Wola. Of course, early on she joined the Polish underground network of the Home Army (AK). Having not only high medical credentials but also military career during I world war, the Headquarters made her a Chief Sanitary Inspector for the District of Warsaw (that involved towns and villages near the capital) and during the Uprising – the Chief Sanitary Inspector of Warsaw proper. The Wola District was in a way the last stronghold of the Uprising and some of the bloodiest street battles took place there (of course apart from the worst and most gruesome fighting in the Old Town and the underground canals of Center Warsaw).

Prior to the start of the Uprising, she organized through Warsaw a string of small hospitals devoted to expected wounded fighters and the civilian population. She herself remained through the Uprising in the Wola District in the Hospital Karola and Marii. They were overwhelmed with heavy casualties, run out of medical supplies. The hospital itself was used as a target of German shelling and machinegun fire. Zofia Lejmbach was wounded herself but refused to step down from her position and tended to the wounded.  After receiving information that the Germans were executing wounded fighters found in other hospitals, she decided to evacuate the hospital and all the patients. But it was 1944 in Warsaw, not at the front lines of opposing armies with transportation and order. There was no available cars or anything. She scoured the neighborhood and commandeered a single horse drawn carriage and loaded it to the brim with all her wounded patients. All the streets were in flames and Zofia was wounded herself in her arm. She had a plan. Her father, also a medical doctor, had a manor in Skorosie, not far away from Wola and Warsaw. She knew the local roads.  Through the hellish streets of Warsaw, she led the carriage to the manor and saved all her patients. Not even one was killed. Later she learnt about the massacres the German and their allied right-wing Kamniski RONA Brigade2 perpetrated. The sheer barbarity and cruelty of the RONA soldiers shocked even the German SS Waffen. RONA Brigade consisted of Russian fascists.

And my mind takes again to that small room on Szpitalna Street no. 1. I am, let’s say 13 years old.  Just finished reading famous book by Bronislaw Malinowski3, whose voyages to Australia and Oceania and Micronesia in the early XX century gave birth to modern anthropology, understanding of sexuality; he was doctor honoris causa of Harvard and professor at Yale University. His books – at that time – caused shock and havoc among scientists and among educated classes.   Well, they did that time in my head – I was a 13-year-old boy! And it was 1970ties, not 2017, LOL. It was a different world. Aunt Zofia knock on the door to the room, I invite her, she smiles politely and says matter-of-fact: I noticed you are reading Malinowski’s book. Excellent choice.  My face becomes instantly red and I mumble something, putting that book away. She pays no attention to my discomfort and adds: good, it is a very important book. If you don’t mind, I can find you something more modern and maybe clearer on these subjects. But do continue reading him, he was such an excellent writer. Do you want me to make you a lemon tea? She closes the door quietly and goes to the kitchen. Wasn’t she a wonderful aunt for a young fellow like me? Again – I was a young adult, not a child. How I appreciated that. And how upset and revolted my old dear grandma would have been with her cousin, LOL.  

Zofia Lejmbach died in September 1995 in Warsaw. She was 94 years old. Her last few years were difficult as she fell down a ladder getting some books from a shelf and broke her hip.  She lived alone all her life after the war. But managed to crawl to the phone on the wall and call for help.  I left Poland in 1981 but kept in touch with her by way of letters. After the collapse of the Soviet system in Poland – things were very bad materially. Poland was broken by economic disaster of the system. Shelves were empty, no supplies of anything. That included medical institutions and the health system. With my friend I organized in Calgary some basic medical supplies, specifically for surgeries and for children’s health from the 3M Corporation. We packed everything in two large parcels and sent it off to Aunt Zofia. She was very thankful and told me how happy her working colleagues were at the clinic. Well, they all were her ‘children’.  

In the red brick building on Obozowa Street in Warsaw Wola there is a huge Museum of the Warsaw Uprising. As you go from the Main Floor exhibition, using a large iron staircase there is a huge picture of young women running through the street during the Uprising. They all have the armbands of the Uprising. Zofia Lejmbach, their comandante, is the second from the front.

A little bit further, toward the Gdanski Train Station, on Żytnia Street is a small cemetery of the Protestant Reformed Church in Poland. Zofia Lejmbach and her family came from that old, historical  branch of the Protestant religion in the eastern borderlands (Kresy) of old Polish Commonwealth. Doesn’t matter of fact she was the very first woman in Poland that rosed to the top rank in that Church – the President of the General Consistory.  And that’s were, on that tiny cemetery, she was buried, in the same grave as her father, and her sister Natalia Wiśnicka. Her other sister, Irena Zakrzewska is buried ‘next door’, on much larger Protestant Augsburg Cemetery on Mlynarska Street.

Both of her sisters – Irena Zakrzewska (very distinguished and elegant older lady, who lived on Madaliński Street in a small bachelor connected to larger apartment of her son, Polish painter Leszek Zakrzewski, his wife and daughter) and Natalia Wiśnicka (lived on Krasicki Street in Żoliborz District) were also serving in Women Service battalions during the Uprising of 1944.

This is my story of a true hero of Warsaw Uprising. My Aunt Zofia Lejmbach. Freedom and independence fighter.


  1. https://en.wikipedia.org/wiki/1st_Independent_Parachute_Brigade_(Poland)
  2. https://en.wikipedia.org/wiki/Kaminski_Brigade
  3. https://en.wikipedia.org/wiki/Bronis%C5%82aw_Malinowski

Mulier et potentia – kobieta i moc

Zdumiewające jak jedna decyzja może pomieszać szyki całej plejady potężnych polityków na całym świecie. Jedna decyzja jednego polityka. Nie, nie decyzja wywołania jakiejś wojny lub podpisania jakiegoś pokoju. Nawet nie decyzja kandydowania do jakiegoś potężnego, ważnego stanowiska – wręcz przeciwnie. Decyzja jednego bardzo podeszłego wiekiem polityka, że właśnie kandydować nie będzie.

Naturalnie, aby takie rewerberacje decyzji kogoś bardzo starszego były – musi to być jakiś bardzo ważny człowiek. Z potężnymi wpływami i potężnymi możliwościami. Powiedzmy – Prezydent USA.

Nagle prawie nieuniknione widmo prawie zapewnionego fotela prezydenckiego w zbliżających się z końcem roku wyborach amerykańskich dla Donalda Trumpa przestało mieć charakter czegoś, co jest prawie nieuniknione. Odwrotnie – szanse kandydatury Trumpa w ciągu jednego dnia zmalały kosmicznie.

Nie twierdzę, że Trump nie ma szans. Ciągle może te wybory wygrać. Ma kompletnie przez siebie podporządkowaną maszynę wyborczą prawie całej Partii Republikańskiej. Ale tak, jak w Polsce żadna partia polityczna nie ma milionów członków, którzy swoją masą sami mogą wybrać kogo chcą i do czego chcą, tak samo w USA ani Demokraci ani Republikanie takiej szansy nie mają. A sam tzw. twardy elektorat Trumpa to w dzisiejszej Ameryce zdecydowanie za mało by mógł to zrobić.

Tak, jak pan Kaczyński nie ma na to szansy w Polsce tylko z elektoratem PiSu, ani pan Tusk nie ma tylko z elektoratem PO. Co ciekawe, to wydaje mi się, że tej regule nie podlega kandydatura Rafała Trzaskowskiego na Prezydenta RP. O ile nie nastąpi jakaś katastrofalna pomyłka – jestem przekonany, że wybory prezydenckie w Polsce wygra. Co by kolosalnie poprawiło sytuację polityczną i chyba przez to ekonomiczną w Polsce. Przede wszystkim zlikwidowałoby paraliż legislacyjny Sejmu i Senatu wprowadzony przez totalny obstrukcjonizm prezydenta Dudy, który jest niewyobrażalnym aktem sabotażu państwowego. Nagle Prezydent-marionetka poczuł potęgę prezydenckiej mocy. A jako że kwalifikacji męża stanu jakichkolwiek nie posiada – ta aktywność prezydencka bardzo Polsce szkodzi.

Ale – ani Duda, ani Trzaskowski takiego wpływu na świat nie mają i mieć nie będą, jak prezydent USA. Więc wróćmy do tej sprawy.

Kto więc (zamiast Bidena) taki ból głowy Trumpowi przysporzył? Podpowiem dla ułatwienia – ta sama płeć, jaka od kilku dobrych lat tyle kłopotów finansowych, sądowych i wizerunkowych Trumpowi przysporzyła. Tak, kobieta. Co gorsze – była Prokurator Naczelna największego stanu USA, Kalifornii. Jak sama powiedziała ostatnio w jednym z wystąpień – jej doświadczenie w prowadzenie spraw sądowych przeciw malwersantom, pasożytom unikającym płacenia podatków mimo statusu milionerów, patologicznym kłamcom, bardzo jej ułatwi prowadzenie kampanii przeciw takiemu właśnie przeciwnikowi, bo doskonale zna ich modus operandi

Tak, naturalnie, że wiecie. Mówię o Kamali Haris.

Po bardzo pewnie nerwowych dniach i nocach ostatnich tygodni, gdy rosło prawdopodobieństwo wygranej Trumpa w proporcji do co raz bardziej widocznego słabnięcia fizycznego i mentalnego Joe Bidena mogą teraz odetchnąć z ulgą przywódcy innych krajów, a z nerwowym zaniepokojeniem inni:

Wołodymyr Zełenski, Prezydent Ukrainy: nie ulegało jakiejkolwiek wątpliwości, po której stronie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego stoi Donald Trump. Dla tych, którzy nie są sto procent pewni, podpowiem: to nie była strona Ukrainy. Ulga dla niego.

Binjamin Netanjahu, Premier Izraela: oportunista, malwersant, populista par excellence i rasista, wedle wszelkich informacji i wstępnych wyroków Międzynarodowego Trybunału w Hadze uważany za ludobójcę. Urodzony w Izraelu ale … syn polskiego Żyda z Warszawy, Bencyjona Milejkowskiego, który w 1920 wyemigrował do Palestyny i przybrał nazwisko od miejscowości palestyńskiej – Netanja. Zaniepokojenie dla niego.

Jens Stoltenberg, Szef NATO, Norweg – bezwzględnie oddycha z wielka ulgą, że zwycięstwo Trumpa stoi teraz pod dużym znakiem zapytania. Ulga dla niego.

Mark Rutte Holender, będzie od października nowym Szefem NATO. To specjalnie silna ulga dla niego.

Władimir Putin, nie, nie będę przedstawiał. Tego niebezpiecznego wariata, bandytę, zabójcę, który niestety ma dostęp do tych szyfrów i śmiercionośnych pocisków – wszyscy znają. Na pewno szacunkiem Trumpa nie darzył, ale był mu wyjątkowo użyteczny w jego obłąkanych marzeniach rosyjskiego Samodzierżawia. Zaniepokojenie dla niego.

Nad Wisłę tylko na moment powróćmy do głównych politycznych graczy: premier Donald Tusk i prawie pewny przyszły Prezydent Polski, Rafał Trzaskowski – dla nich ulga bezwzględnie.  Obecny prezydent, który od składającego podpisy niemowy legislacyjnego zamienił się naglę w ‘chciałaby, ale nie może’ silnego pożal się Boże męża stanu, Andrzeja Dudy, to raczej żenujące zaniepokojenie. W tej prezentacji nie może naturalnie zabraknąć węgierskiego faszysty i oszusta, Victora Orbana. Ze względów nie wymagających uzasadnienia – zaniepokojenie dla niego.

Nie mogę oczywiście nie wspomnieć Kanady i jej premiera, Justina Trudeau. Jeden z najdłużej urzędujących premierów w całym demokratycznym świecie. Nie tylko – on był premierem naturalnie już za pierwszej (miejmy nadzieję – ostatniej) prezydentury Trumpa. I większość pojedynków z nim wygrał na korzyść Kanady. Czego pewny siebie Trump nie może mu zapomnieć. W dodatku Trudeau lubi się lansować jako feminista i przyjaciel środowisk LGBTQ+. Jaką opinię o kobietach ma Trump nie ma sensu wyjaśniać, podobnie o LGBTQ – jest mizoginem i cywilizacyjnym orangutanem. Więc informacja o kandydaturze pani Haris na prezydenturę USA to bez wątpienia dla niego ulga. Jeśli przypomnimy, że Kamala Haris chodziła do szkoły i uniwersytetu w … Montrealu, to cóż więcej można dodać? Ah, skoro Kanada, to trudno (choć naprawdę wolałbym na jego temat nic nigdy nie pisać) pominąć rozłoszczonego pajaca populistycznej sceny – Pierra Poilievre. Onże bardzo musi być nie tylko zaniepokojony, ale wręcz zagubiony. Jak mały lokalny łobuziak, którego doszła wiadomość, że może utracić silnego opiekuna gangsterskiego.

Kobiety, ach kobiety …

Nie każdego dnia oglądasz bogatą w tradycję ceremonię przekazania władzy, insygniów i dowodzenia Siłami Zbrojnymi państwa. Prowadzącym tą ceremonię, nadającym stopnie i uprawnienia i tzw. Patent Letters (oficjalne dokumenty potwierdzające to) jest formalny Główny Wódz (Wódż Naczelny lub Marszałek Wojsk, jako najbliższe odpowiedniki w polskiej nomenklaturze). W praktyce militarnej Naczelny Wódz to funkcja głownie honorowa w Kanadzie i wielu innych krajach nie będących w stanie wojny. Dowodzeniem wojska, planami dla całości wojsk zawiaduje Sztab Generalny pod dowództwem swojego Szefa. Tak jest też Kanadzie.  Poniżej są oczywiście generałowie-dowódcy wojsk lądowych (Armie), morskich (Navy).

Tak, wiem – tego typu ‘zmiany warty’ odbywają się regularnie w większości krajów świata. Na ogół skutkiem wyborów parlamentarnych, a co się tym wiąże i rządu.

Tylko tu, w Kanadzie  w 2024 mieliśmy sytuację wyjątkowo specjalną:  Naczelnym Wodzem od 2021 jest kobieta, Mary Simon. Też rzecz w Kanadzie nie niezwykła, po 2 wojnie światowej mieliśmy wiele kobiet Generał Gubernatorów (Generał Gubernator jest konstytucyjnie Naczelnym Wodzem). Ale Mary Simon, nasz Naczelny Wódz wręczał te nowe Patent Letters i mianował pełnym generałem nowego Szefa Sztabu Generalnego … kobietę. Jennie Carignan dowodziła wieloma jednostkami wojskowymi od kompanii poczynając, po pełną dywizję, była dowódcą jednostek kanadyjskich w Afganistanie, w Iraku, brała udział w walkach w Bośni-Herzegowinie. W ostatnich czasach miała stopień generała brygady. Ale dziś pełnego generała.  W Kanadzie nie ma tych dodatkowych stopni generalskich (brygady, dywizji i armii) poza wstępnym generała brygady  – potem już tyko pełny generał, bez przyrostków. Ciekawe jak by tu się miały feminitywy (odmiany nazw stopni, tytułów, zawodów na forme żeńską): generałka? pułkowniczka? kapitanka, majorka? Generałową by być nie mogła, bo to  nazwa żony generała.

Abstrahując od tych pytań-żartów lingwistycznych – generał Jennie Carignan jest pierwszą w G7 i G20 kobietą głównodowodzącą narodowymi Siłami Zbrojnymi. I pierwszą w NATO.

Tak więc kobieta Naczelny Wódz wręczała kobiecie nominację generalską i czyniła ją Szefem Sztabu Generalnego Kanady. Imponujące. Faceci mogli przemawiać dopiero później, po tych dwóch paniach (premier Kanady Justin Trudeau i Minister Obrony). Politycznie naturalnie, że Premier był tym, który to zainicjował i chwała mu za to. Ale z formalnego punktu widzenia to właśnie Gubernator Simon musiała to zatwierdzić i tylko ona mogła tą ceremonie przeprowadzić. Panowie politycy byli gośćmi honorowymi.

W wojnie o niepodległość USA jednym z ważniejszych bohaterów-dowódców był też – generał kawalerii Kazimierz Pułaski, jakby wówczas powiedziano – hermafrodyta. Ale nie wiedziano, więc nie powiedziano. A dziś wiemy, że był/a osobą transpłciową, gender-queer. Był/a drobny, porywczy i od kobiet stronił. Rysy miał zdecydowanie kobiece. Kawalerzystą świetnym i w fechtunku doskonały. I był/a dobrym sztabowcem i organizatorem wojsk. Tak więc i my Polacy nie gorsi. Nie tylko jednej i drugiej płci dowódców mieliśmy (Emilia Plater na przykład), ale poszliśmy dalej – wysokiego rangą dowódcę, który obie płcie reprezentował. I czemu nie?

Ecce homo – to jest ten człowiek, rzekł Piłat

Wojny, zagrożenia, a przede wszystkim olbrzymia zmiana klimatu Ziemi i wielkie przeludnienie zachwiały kilkutysięczny relatywny spokój rozwoju ludzkości. Nawet niewyobrażalne dziś wstrząsy 2 i 1 wojen światowych, krwawego pochodu osiemset lat temu z mongolskich stepów wielkich armii Gingis-hana, jego synów i wnuków nie zagroziły ludzkości tak, jak współczesne niebezpieczeństwa. Bo jak porównać możliwość prawdziwej hekatomby ogniem i mieczem wobec możliwości setek głowic nuklearnych, atomowych zmagazynowanych przez co raz większą ilość państw?

Wszystko to nie nastraja optymistycznie. Być może do zmian klimatycznych, których odwrócić nie jesteśmy w stanie – bylibyśmy jednak zdolni się dostosować. Nasz gatunek wykazał niesamowitą inteligencję i umiejętności przetrwania, dostosowania się w ciągu ostatnich 300 tysięcy lat. Jak wyjdzie jednak z potrzasku przeludnienia? Głodu? Tak, wiem – przemysłowa produkcja żywności, fabryki mięsa hodujące dziwne stworzenia, które nigdy w życiu nie widziały łąki, lasu, rzeki, morza… Ale nie wszędzie i nie dla wszystkich. Przeludnienie jest prekursorem wyjałowienia terenów agrarnych, spustoszenia naturalnych zasobów mórz i wielkich rzek. Efektem jest głód. A głód naturalnie w naszej historii powoduje wędrówkę ludów. Za jedzeniem, za szansą przeżycia. Ten lebensraum. Tym razem dosłowny – przestrzeń do życia. Jest nas po prostu niebezpiecznie za dużo. A wszyscy prawie przywódcy państw i narodów ciągle krzyczą o niskim przyroście naturalnym. Jak ten przyrost może być niski, jeśli jest nas każdego roku nieustannie więcej? Jakaś nowa arytmetyka. Dla przetrwania ludzkości, człowieka, nie ma znaczenia jakim językiem on mówi ani jaki ma odcień skóry. Nie ma podgatunku człowieka o nazwie ‘Polak’, ‘Amerykanin’, ‘Rosjanin’, ‘Niemiec’ czy ‘Hindus’. Nawet ‘Chińczyk’ nie istnieje w tej kategoryzacji gatunkowej. To są wszystko konstrukty kulturowe. Miłe, przyjemne, wygodne. Ale do przeżycia człowieka potrzebny jest chleb a nie „Pan Tadeusz” czy „Hamlet”. Gdy nas wszystkich szlag trafi, kto je będzie czytał? Szczury i karaluchy (one ponoć wszystko przetrwają, LOL)?

Więc byśmy mogli dalej poematy o miłości, powieści o losach człowieka pisać, malować słoneczniki i pejzaże, rzeźbić Dawida i komponować Eroiki -musimy wpierwej zadbać by człowiek przetrwał. Jako gatunek biologiczny, a nie szczegół etniczny. Nie mordować się z takim zawzięciem, nie budować wszędzie zasieków i murów chińskich.

Tak mało zostało czasu. Ta smutna myśl, co spotkać może moich kochanych najbliższych i najmłodszych w Polsce, moich kochanych przyjaciół w Kanadzie, wiele nocy i godzin za dnia mi pochłania. I ten lęk ogólny, egzystencjalny. Tyle wspaniałych mimo wszystko rzeczy stworzyliśmy przez te tysiące lat, tyle siódmych cudów świata. Dajmy sobie szansę.

Kiedyś, w latach 90. ubiegłego wieku ulegając prośbom znajomych czytelników wydałem w maleńkim nakładzie autorskim zeszyt poetycki zatytułowany „I nie zapomnisz swojego Czasu’. Składał się z cyklu historiozoficznych Rozmów (4) i ośmiu wierszy. Nie rejestrowałem tego w jakimkolwiek systemie archiwizacyjnym, po prostu dla tej grupki czytelników miłych. Nie pamiętam nawet ile było tych egzemplarzy. Jeden zachował się u mnie w różnych szpargałach. Całość jest właśnie takim świadectwem tego leku egzystencjalnego. I smutku. Dwa tu (bez jakichkolwiek późniejszych edycji) przytoczę.

●●●

Stoimy na skraju –

Za nami kurzawa rydwanów Azji,

Przed nami krań otchłani zapomnienia.

Tak dobiega kresu nasz

zwycięski marsz piękna i pożogi.

Od kolumn doryckich do Ameryki.

Oto przychodzi czas

Robienia rachunków za przeszłość

I decyzji ostatecznej na dzisiaj.

Przyszłości już nie ma –

Nie z tarczą a na tarczy nasza droga

Gościńcem z gazonami róż i gruzu.

Piękno i pożogi,

Róże i gruz –

Historii wóz

Dobiegł kresu drogi.

 Epilog

Na oszalałych rumakach wojny

Pędzą gościńcem dziejów zwycięzcy.

Kopyta wzbijają tumany kurzu

Zmieszanego z grudami tratowanej ziemi,

Z pysków i boków lecą płachy piany,

Na tarczach dumne: ‘Bóg z nami’

A proporce łopocą: ‘Allach jest wielki’.

Szyszaki skrzą się w blasku chwały

Objawionej Prawdy i Słuszności.

Łopoczą białe płaszcze z czarnym krzyżem

I lśnią złote kordelasy w kształcie półksiężyca.

Oto gna stukołowy wóz chodnikiem historii,

Obity złotą blachą dyszel skrzy się

W blasku księżyca niczym białe śniegi Alp,

Gdy deptały je potężne jak dębowe pnie

Nogi armii Hannibala.

Dojechał już do bram Rzymu,

Już mija opłotki Zatybrza i nie zwalniając

Biegu przeprawia się przez rzekę

Na wprost Warowni Świętego Anioła.

Od stukołowego huku pękają szyby

I wala się z łoskotem na bruk Imperium.

Za odłamkami szkła lecą porozrywane

Wory z juchtowej skóry pełne

Mamony złożonej w ofierze odkupienia.

‘Panie zmiłuj się’ i ‘odpuść nam

Jako i my (nie)odpuszczamy.

Ze szczytów ziguratów zawodzą kapłani

W szatach z krwawej purpury.

            A darowane będzie tylko tym, co za myśl złą

            W dwójnasób opłacili bezinteresownym darem,

            W trójnasób miłowali oblubieńca, który nim nie był,

             A w sześciokroć opłacili złe czyny.

Tak – o politykach (niestety) znowu …

Dawno w publicystykę polityczną tu się nie bawiłem. Jakoś ot, takie rzeczy zwykłe, człowiecze, bardziej czas i myśli zaplątały. Uczucia, strata, miłość, ba – nawet taka cichutka, skromna czułość. Tematy, do których opisania język publicystyczny słabo się nadaje.

Ale świat, zbiorowość toczy się dalej. Ponad indywidualną troską i radością. Człowiek pomnożony przez tysiące staje się społeczeństwem. I grupowo inne często stosuje miary niż wedle drogowskazu jednostkowego.

Dwie sprawy, dwa zasadnicze zagadnienia są absolutnie priorytetowe we wszystkim innym: wojna i pokój. Zdecydowanie nie w Tołstojowskim wydaniu. Raczej w takim uproszczonym na współczesność: kula w łeb, śmierć lub życie.

Wojny toczą się wszędzie i bez przerwy. O tych małych, lokalnych prawie nie wiemy nic, zwłaszcza gdy oddalone o tysiące kilometrów, na innych kontynentach. Aby o nich coś powiedzieć należy zgłębić kontekst historyczny miejsca, przyczyny, racje stron. Bywają wojny czysto obronne, przed obcym najazdem – te są usprawiedliwione, są broniącym się narzucone. Pomijając wszak wszystkie te racje, to mimo to kosztują życia indywidualnych ludzi. Ich marzeń, pragnień.

Znam natomiast dość dobrze podłoża dwóch obecnie wielkich wojen. Jedna zagraża wręcz pokojowi światowemu, druga poważnemu konfliktowi regionalnemu. Naturalnie mówię o najeździe rosyjskim na Ukrainę i izraelskiej masakrze Palestyńczyków w Strefie Gazy.

Trzeba jasno powiedzieć, bez bycia zbędnie delikatnym, bo przy mordercach w delikatność bawić się nie uchodzi: tacy mordercy jak Netanjahu i Putin winni być możliwie błyskawicznie wysłani do piekła, ich pobyt w tym wymiarze rzeczywistości ziemskiej jest kontynuowaniem zbrodni. Więc niech tam się znajdą tak szybko, jak możliwe. Trump może ich tam odwiedzać i mogą w przerwach między sauną w gorącej smole robić sobie rundki golfa, jak w Mar-a-Lago.

A do dobrego dziadka z Białego Domu mam szczery apel: Joe, you have done enough. I mówię to szczerze i z wdzięcznością, na którą zasłużyłeś. Odejdź w nimbie mędrca, augura, a nie błazna i upartego starca. Wierz mi, że oficjalna kawalkada limuzynowa w honorowej asyście Marine Corp jest o wiele lepsza niż taczka. A jak się będziesz upierał, toś cep stary i to wszystko. A taczka czekać na ciebie będzie na Konwencji Demokratów. Nie uchodzi byś tak z tej Konwencji wyjeżdżał.  

To zdumiewające, jak politycy państw demokratycznych ubzdurali sobie, że są panującymi, a nie rządzącymi z dobrej woli społecznej. Nagle zaczęły się im śnić korony i kadencje od pierwszego wyboru do … grobowej deski. Wszędzie. Jak ta władza cholera kusi. Mądrzy też temu ulegają i się psują kompletnie. Zapomnieli, że te panowanie ‘z Bożej Łaski’ nie zawsze takie szczęśliwe. A to szafoty po drodze, a to gilotyny i rewolucje, a potem strzały z nagana … .  Nawet prześwietny Szach nad Szachami 2.5-tysiącletniej Persji, Mohammad Reza Pahlawi ledwie z życiem uciekł w czasach już bardzo współczesnych. A powinno być zdecydowanie dwie kadencje i nie więcej – i dla prezydentów i dla premierów, bez pardonu. Nie trzeba nam zbawców ojczyzny, dosyć się na niej przejechaliśmy równo w dół nie raz.

Co to za partia polityczna, której lider uważa, że nie ma w niej w każdym momencie kilku zdolnych i uczciwych, którzy go na funkcji mogą zastąpić? Chcecie rządzić w państwie demokratycznym, a we własnej partii uprawiacie zamordyzm i autokratyzm. Dziwne zaiste.  Jedynym odstępstwem od takiej żelaznej reguły może być jedynie stan wojny. Okres wojny do ilości i długości kadencji winien się nie liczyć.

Dla zbyt wielu polityków (w skali lokalnej też) – polityk stał się zawodem. Tak de facto widział to Arystoteles w swoim dziele „Polityka”[i]. Chcesz należeć do klasy obywatela, to musisz mieć środki i czas na zajmowanie funkcji publicznych. Tylko w starożytnych greckich Polis nie płacono politykom za pełnienie funkcji publicznych, musieli sami mieć na to środki. Słowem szlachetność kosztowała. A dziś ‘szlachetność’ daje szansę na nabicie własnej kiesy.

Naturalnie, że trochę to refleksje naiwne. Wszak tyle razy nam wmawiano, że aby najzdolniejszych pozyskać, musimy im godziwie płacić – inaczej najlepsi pójdą do biznesu lub będą w rządzie kraść. Lub rządzić będą niedorajdy. Dwa na to świetne są antidota: tych, co kradną, bez względu za zasługi inne, karać bezlitośnie i osadzać w więzieniach. I sądzić nie w jakiś beznadziejnych Trybunałach Stanu (jak w Polsce choćby) ale w normalnych Sądach karnych. Czy tylko słabi bez ambicji będą się więc do polityki pchać?  No cóż, jeśli będzie to kraj, gdzie tzw. godny i mądry obywatel będzie stronił od służenia dobru tego państwa i narodu – to takie państwo zasłużyło na niedorajdów, którzy będą nimi rządzili. I koniec. Lub może inni, z zewnątrz, winni takim państwem zarządzać. Jakiś balans w naturze być musi.

I to by było chyba na tyle, uraziłem pewnie wystarczająco wielu. Na dziś w każdym raziemnie


            Aliści, aliści dobrodziejko i dobrodzieju-czytelniku, rzecz wczoraj jedna uderzyła mnie nieco przeglądając różne strony wszechmocnego Fejsbuka:  

Pewien bardzo uznany badacz-historyk Uniwersytetu w Ottawie, ale i członek szanownych instytucji naukowych w Polsce specjalizujący się w gehennie tragicznych losów Żydów w Polsce (nie tylko w Polsce, ale tam głównie) w latach Holocaustu zamieścił na swoim profilu zdjęcie jakiegoś tam oświadczenia niejakiego Matuszka (Morawieckiego zresztą), w którym tenże Mateuszek brał w obronę dzielny Naród Polski wobec oskarżeń o masowe szmalcownictwo i brak aktywności Polaków etnicznych w ratowaniu większej ilości naszych współobywateli wyznania Mojżeszowego. Mateuszek podpisał się w tym Oświadczeniu jako ‘historyk’. A nawet dodał (czort wie po co) w tymże piśmie, że historykiem jest też Donald Tusk[ii]. Kompletnie mnie nie interesuje bohaterska obrona Polaków przez tegoż Matuszka-Kłamczuszka. Ci, którzy ratowali Żydów – nie robili tego, by oczekiwać od niego takiej ‘obrony’. I on to oświadczenie wydał tylko w jednym celu – podlizaniu się swojemu twardemu elektoratowi twardogłowych, a nie z szacunku dla tych, którzy ryzykowali życie swoje i swoich najbliższych za pomoc Żydom polskim. Ale pod tym postem tegoż pana profesora wywiązała się dziwna dyskusja. Chwilami bardzo dziwna. Ktoś np. napisał, że statystycznie łatwiej było przeżyć obóz koncentracyjny niż żyć wśród Polaków … Czyli logicznie konkludując Niemcy budowali Auschwitz by ratować Żydów przed krwawymi represjami zdziczałych Polaków. Hitlerowcy ratowali Żydów przed Polakami. Nie wiem w ogóle w jakiej kategorii tego typu ‘refleksję’ zaliczyć: szaleństwa czy odrażającego kłamstwa? Inny uczestnik dyskusji napisał: „Pan premier Morawiecki zapomina, że dziesiątki tysięcy Żydów nie przeżyły wojny dzięki Polakom i niestety więcej dzięki Polakom ich nie przeżyło niż przeżyło. „ Oj, słów by wiele użyć można. Nie użyję, bo temat zbyt bolesny, tragiczny by głupie dyskusje prowadzić. Ale jedno tym dyskutantom szczerze mogę zaproponować: jeśli wy wiecie, co wówczas należało robić, jakiego heroizmu sięgać to proszę kupić bilet do Strefy Gazy i pojechać tam (nie w czołgu a z plecakiem pełnym opatrunków sanitarnych) by udzielać pomocy umierającym od bomb, pocisków i ze zwykłego głodu dzieciom palestyńskim. Giną codziennie w setkach (jeśli dzień dobry to tylko w dziesiątkach). Sam wówczas posadzę wam drzewko oliwkowe Sprawiedliwego i uznam wasze moralne prawo do wymagania od innych bezprzykładnego heroizmu i poświęcenia.

Tym razem kończę. A wcale nie tak kończyć ten tekst chciałem.


[i] Aristotle; ‘The Politics’;  wyd Penguin Classics, s.506; 1981 (tł. T.A. Sinclair)

[ii] (7) Polish former PM Mateusz Morawiecki has… – Jan Zbigniew Grabowski | Facebook

Niebezpieczne czasy

Prawda, że dziwna wyliczanka? Dwóch nazwisk mogłoby tu nie być, bo Trudeau i Poillievre wpływu większego ni znaczenia w temacie zasadniczym nie mają i mieć nie będą (choć byliby aktorami i uczestnikami politycznymi, tylko że w trzecim, powiedzmy, rzędzie). Ale koszula ciału bliższa … .

O jakim wydarzeniach więc mówię? O wojnie w Europie, która jak każda wojna ogólno-europejska od czasów wielkiej wojny francusko-hiszpańsko-angielskiej o sukcesję – zawsze decydowały o wojnie lub pokoju całego Nowego Świata, czyli kontynentu dzisiejszych USA, Kanady i Meksyku. Czyli całego Zachodniego Świata. Czyli wielkie konflikty całej cywilizacji okcydentalnej, a od czasów 2 wojny – też cywilizacji orientalnej. Słowem – Europa nauczyła się podpalać cały świat.

No ale dość tej zabawy w terminologię antropologiczno-historyczną i czasy wojen wielkich dynastii. Z tych dynastii ostała się dziś tylko jedna – właśnie ta, o losy której zaczął tą wojnę o Sukcesję Ludwik Słońce: dynastia Burbonów, która (po krótkiej przerwie dyktatury Franco) do dziś panuje w Hiszpanii. Gdyby Ludwik francuski przebudził się, to by z zadowoleniem potwierdził, że jego słońce nigdy nie zgasło. Nie ma dynastii angielskiej z tamtych czasów, nie ma ani jednego panującego Habsburga, choć są ciągle panujący w Niderlandach (Holandia) kontynuatorzy linii Orańskiej-Nassau.

          Temat zasadniczy więc to, pytanie czy będzie wojna na skalę europejską? Nie musi być. Ale jest to realne w kilku wariantach. Przede wszystkim wojny rosyjsko-ukraińskiej nie może wygrać Rosja. Czytelnik wzrusza tu ramionami – ależ autor tego tekstu nowość nam powiedział. Wszyscy o tym wiemy, to rozumiemy i dlatego wszyscy Ukrainy nie pozostawimy samej i tak jak wspieraliśmy, tak dalej wspierać wszyscy będziemy. Wspieramy, prawda. Do jakiego czasu? Aż jej faktycznie zabraknie żołnierzy? Tak, tego okrutnie, ale adekwatnie używanego terminu: mięsa armatniego. Bo zasoby ludzkie Ukrainy są ograniczone, dużo bardziej niż te zasoby po stronie rosyjskiej. Ani jej nie uzbrajamy na tego typu wojnę (która dałaby jej szansę na wypchnięcie Rosji, poza oryginalne granice ukraińskie sprzed najazdu rosyjskiego) ani dużo bardziej możemy bez zbytniego osłabienia wojsk własnych i ich zasobów. Wszystkim zaczyna brakować takiej głupiej i prostej rzeczy, jak … naboi i prochu do tych naboi. Bez względu czy to naboje do ręcznego karabinu maszynowego czy ‘naboje’ pocisków rakietowych, artylerii, czołgów i innych pojazdów opancerzonych. Brakuje też naboi dla samolotów. Z czasem, mogą się też – mimo wszystko – zmienić postawy samych Ukraińców (zwłaszcza, że spora ich część ma jeśli nie pełne to częściowe pochodzenie rosyjskie). Straty w ludności cywilnej – zwłaszcza w porównaniu do niewyobrażalnego ludobójstwa ludności palestyńskiej w Strefie Gazy – nie są olbrzymie, są jednak wystarczająco uciążliwe i dotkliwe. Gospodarka rosyjska już się przestawiła na gospodarkę stanu wojennego. Europejska jeszcze jest od tego daleko. I nie tylko, że nie chce, ale w demokracjach przestawić państwo na gospodarkę wojenną w czasie, gdy to państwo nie jest bezpośrednio w stanie wojny z jakimkolwiek najeźdźcą tak po prostu nie można. Ani konstytucyjnie, ani przez porozumienia polityczne. W całej Europie tylko Koalicja rządowa Donalda Tuska podjęła ten wysiłek. Tylko … podjąć wysiłek budżetowy i ustawowy (mimo wielu przeszkód) jest o wiele łatwiej niż wybudować czołg, wyprodukować samoloty i zapełnić magazyny tymi ‘nabojami’.  Nie ma w zasadzie krajów eksportujących uzbrojenie, gdzie można ot tak, przyjechać z walizką pieniędzy i wrócić z wielkim kontenerowcem pełnym czołgów i samolotów.

Ale plany w Warszawie już są formułowane. Jest plan umocnienia i przygotowanie bardzo starego traktu, którym na Polskę wszystkie agresje ze wschodu szły: tzw. Brama Brzeska.  Przygotowania obronnego, tj. budowa fortyfikacji, skierowanie na stałe odpowiedniej formacji wojskowej tam operującej, budowa tam spiętrzających wody rzek, które można otworzyć i zalać duże tereny czyniąc je bardzo trudnymi do przebycia przez ciężkie wozy bojowe (czołgi) i inne odpowiednie fortyfikacje. Droga inwazyjna przez historyczną Bramę Przemyską jest dużo trudniejsza i uciążliwsza dla wielkich jednostek wojskowych i daje dużo większe możliwości obrony i kontrataku wojsk polskich. I daje to, co zawsze było dla nas ważne – czas. Czas na odsiecz i wsparcie od naszych sojuszników w NATO i Europie.

Ta droga przez Bramę Brzeską daje nam ok. 7 dni na dotarcie mas rosyjskich pod Warszawę.  O ile wojska rosyjskie będą skuteczne. No i niestety – będzie musiało dojść do walnej bitwy. Znowu pod Warszawą. Tak jak w czasach średniowiecznych, te zasady się nic tu nie zmieniły. O pełnej wygranej decyduje na końcu walna bitwa – wszystko albo nic. Tędy szedł Tuchaczewski. Tędy przypuszczalnie będzie chciał iść Putin, o ile kiedykolwiek to wielkie ryzyko podejmie.

          W ten sposób wracamy do nazwisk polityków z tytułu tego tekstu. Ta opcja wojenna dla Putina jest możliwa tylko, gdy padnie Ukraina i nie będzie musiał prowadzić wielkiej wojny wielofrontowej. Opcja druga to wywołanie zamieszania w krajach bałtyckich i atak na Litwę i Estonię. Do tego będzie mógł wykorzystać Okręg Królewca, gdzie ma potężną bazę wojskową. Nie mówię nawet o jego Flocie Bałtyckiej, która może być pozbawiona możliwości manewru – zwłaszcza po wejściu do NATO i Szwecji i Finlandii. Ale baza w Królewcu to przecież nie tylko okręty – to wojska rakietowe, piechota morska. Nie mówiąc o tym, że współczesny okręt nie musi wychodzić z portu by użyć salw swoich pocisków rakietowych. Nie sądzę by do tego doszło bez bardzo silnej akcji dywersyjnej Rosjan mieszkających w dużych ilościach w Estonii. Tylko, że zdesperowany Putin może podjąć decyzję szaleńczą. Jego marzenia wielkorosyjskie stały się obłędem. Nie chce pogodzić się z faktem, że Rosja przestała być drugim graczem na arenie międzynarodowej. Kolos na glinianych nogach.

To jest niewiadoma pod nazwą ‘Putin’, któremu ciągle marzą się czasy bicia, jak Chruszczow, butem w mównicę na forum ONZ. Bez salwy śmiechu ze strony słuchaczy.

Teraz bardziej realne i oparte na polityce i rzeczywistości politycznej opcje.

Wspominałem o Tusku i jego Koalicji, który w przygotowaniach wojennych raczej na pewno liczyć może na silne poparcie (choćby z przygryzioną do krwi wargą) opozycji tak PiSowskiej, jak i Konfederacji.

Naturalnie naszą tarcza największą jest NATO i państwa członkowskie NATO. Czyli de facto cała Europa Turcja, poza obszarem na wschód od Bugu. Ale państwa członkowskie mogą skorzystać z jednej, bardzo jednak skutecznej, opcji obejścia reguły ‘atak na jednego członka Sojuszu jest atakiem na wszystkich członków Sojuszu‘. Ta opcja to … wystąpienie z Sojuszu. Nikt nie może nikomu zabronić złożenia deklaracji przedstawionej nawet w formie błyskawicznej i niezapowiedzianej: przykro nam ale od dnia dzisiejszego rezygnujemy z członkostwa w tej grupie, bye bye. A kandydat (i to bardzo prawdopodobny, niestety) na kolejnego prezydenta USA dość wyraźnie zaznaczył, że każda opcja jest przez niego rozpatrywana. To jest coś absolutnie niewyobrażalnego – ale jest. Nic nie jest niewyobrażalne w głowie tego osobnika. O ile taka zaiste nuklearna opcja jest mało prawdopodobna ze względu na Kongres, który ma wielką władzę, jak i służby wywiadowcze (słynne CIA i FBI) – o tyle Trump może zrobić wiele złego dla Ukrainy w jego prerogatywach egzekucyjnych. Może powstrzymać lub zatrzymać poważnie dostawy broni i amunicji dla Ukrainy i wpłynąć tym zasadniczo na możliwości wojenne wojsk ukraińskich. Bardzo zasadniczo. I co najbardziej prawdopodobne, to robota krecio pro-Putinowska. Może zmusić Ukrainę tym szantażem do konferencji pokojowej (którą sam może zwołać i zainicjować, co jakże by jego megalomanię połaskotało i już widzę, jak ustawia się w jednym szeregu do portretu z uczestnikami konferencji teherańskiej, jałtańskiej i poczdamskiej, które ustanowiły nowy porządek świata u schyłku 2 wojny światowej. Ot, taki portrecik trzech wielkich prezydentów: Roosvelta, Trumana i Trumpa wiszący na biurkiem w Oval Office w Białym Domu …).

Wstępne rysy tego nowego ‘traktatu pokojowego’ między Rosją a Ukrainą przesuwałyby granice obecne na zachód o paręset kilometrów. Naturalnie Lugańsk i Donieck, oczywiście cały Krym, pewnie i Cherson. Czy Odessa by była uratowana dla Ukrainy? Nie wiem. Zależy czy Putin by się zgodził. Bo wtedy byłby to już dyktat i Żeleński zbyt wiele by do powiedzenia nie miał.

Gdyby we Francji stała się tragedia i faszyści by doszli do władzy skomplikuje to sprawy jeszcze bardziej. A wielki zwolennik Putina, pan Orban, pomarzy znowu o Zakarpaciu. Pokonana i bardzo okrojona Ukraina mogłaby być zmuszona do obudzenia starych majaków historycznych. Brzmi to jak z powieści fantastycznej ale nie jest kompletnie poza realnością polityczną. Np. Ukraina w granicach piłsudsko-petlurowkich? Naturalnie bez Podola, Zaleszczyk i Pokucia dla Polski. Ale korytarz lwowski? Nie by jakikolwiek realny apetyt w Polsce na to istniał. Ale nie jest nierealne, że to lwowiacy ukraińscy i te resztki etnicznych Polaków zwróciliby się do Polski z taką prośbą. Bo tego typu Ukraina musiałaby być siłą rzeczy po wielkiej przegranej w wojnie z Putinem, zdewastowana ekonomicznie, socjalnie, finansowo, być może i kulturowo. No i taka Ukraina musiałaby się zgodzić na wycofanie z planów członkostwa w NATO i Unii Europejskiej.  To by zmieniało wszystko.  Pomijając już zupełnie prawdziwe historyczne związki państwa polskiego z całymi tzw. Grodami Czerwieńskimi. Lwów był częścią tego państwa prawie od zarania. Jeżeli nie ma znaczenia to żadnego dzisiaj, to dlaczego zachowaliśmy ziemie rzeszowskie?  Lwowszyzna nie ma też nic wspólnego z Rzeczpospolitą Obojga Narodów (jak Litwa, Wileńszczyzna, Polesie). Tu mówimy o czasach piastowskich i Królestwie Polskim. O wczesnych wiekach naszej państwowości.

Polska nie może i pewny jestem, że nie chce tego typu rozwiązań nawet sugerować. Natomiast nie jest niczym niewłaściwym w niektórych kręgach (raczej oddalonych od jakiejkolwiek władzy politycznej w Polsce) akademicko-socjalnych zastanawiać się nad takimi teoretycznymi rozwiązaniami i czy byłyby dla Polski i dla ludności ukraińskiej korzystne w reakcji na najgorsze rozwiązanie obecnego konfliktu w Ukrainie. Tzw. porządek jałtański nie może być kulą u nogi bezpieczeństwa europejskiego, być może światowego. De facto został i tak pogrzebany rozkładem Jugosławii i powstaniem na olbrzymich przestrzeniach bałkańskich państw, jakie w porządku jałtańskim nie istniały. O casusie Kosowa nawet nie wspomnę. Zresztą cały ten porządek legł z gruzami Muru Berlińskiego.

Ta wtyczka o ‘korytarzu lwowskim’ to zresztą tylko wtrącenie pobocznej uwagi, bo bardzo by mi było żal, jako Polakowi i potomkowi kresowiaków, upadku tej bardzo starej dzielnicy wyjątkowo w kulturze i nauce polskiej zasłużonej.

Wracając na moment do samej Hameryki : szczerze uważam, że Biden jest za stary i z widocznym osłabieniem fizycznym i intelektualnym, by kandydować w następnych wyborach. Winien ustąpić sam z kandydowania i zrobić to bardzo szybko by dać szansę Demokratom na znalezienie najlepszego kandydata- kandydatki do stanięcia w nieuniknione szranki z Trumpem. Republikanie jako stara, dumna partia nie istnieją.  Ci co są w Kongresie, to po prostu posługacze Trumpa. Łącznie z tymi, którzy w tym Kongresie byli na lata zanim ktokolwiek o Trumpie, jako polityku usłyszał. Jest dla mnie niezrozumiałe jak mogli tak nisko upaść – ale upadli i już się nie podniosą przed tymi wyborami.

Niektórzy znani komentatorzy amerykańscy i kanadyjscy wysuwali tezę, że oglądalność tej debaty nie była aż tak wysoka, że Biden tylko ten jeden raz zrobił tą ‘gafę’ , Żałosne aby poważny komentator coś takiego mówił. Tym mówieniem na ten temat ad nausea – spowodowali, że wszyscy przez kilka dni na wszystkich kanałach oglądali właśnie ten tylko jeden fatalny fragment wystąpienia Bidena. I teraz wszyscy ten tylko właśnie fragment widzieli w USA.

Uwaga jeszcze jedna – USA mają tradycyjne bloki stanów, które są albo bardzo pro-demokratyczne, albo bardzo pro-republikańskie. W sytuacjach wyrównanych szans obu kandydatów(tek) decydują nie te bloki, a mała grupa tzw. swing States – stanów, które nie są ani zdecydowanie demokratyczne ani zdecydowanie republikańskie. Taki języczek u wagi. I to w tych stanach właśnie Biden stracił po tej debacie najwięcej.

I powiedziawszy prawdę, gdyby miało dojść do bezpośredniej wojny Polski, a więc i Europy, z Rosją – wolałbym, aby Naczelnym Wodzem wojsk amerykańskich nie był Biden. On już się na to nie nadaje. I nie ma w tym wstydu. To wieloletni i bardzo mądry polityk amerykański. Ale już nie Wódz Naczelny. Naturalnie, że w chwili obecnej jego alternatywa jest jeszcze gorsza: podejmowanie decyzji bardzo szybko, ale bez zaplecza wiedzy i mądrości polityki wojskowej i dyplomatycznej. I to sam Biden winien docenić i dać szansę wygrania wyborów przez innego znanego i cenionego polityka. Błędem było też oświadczenie Prezydenta, że spotka się z rodziną, a zwłaszcza swoją żoną i spyta ich o radę, jak winien postąpić. Pierwsza Dama, pani Biden, to urocza i bardzo mądra osoba. Ale tytuł Pierwszej Damy nie jest tytułem konstytucyjnym a zwrotem grzecznościowym. Wolałbym, aby Pierwsza Dama nie była w sytuacji, w której tego typu radę winna udzielać (choć były i wielka Eleanora Roosvelt i mniej wielka ale bardzo skuteczna – niestety – pani Reagan). Po radę Prezydent winien się udać do swojego Gabinetu, może nawet Służb amerykańskich, do grupy zaufanych i szanowanych polityków partii Demokratycznej. 

Wybory amerykańskie będą już w listopadzie tego roku. Czasu jest bardzo mało. Prezydent Biden winien jasno określić swoje stanowisko bardzo szybko. Gdyby zdecydował stanąć w kolejne szranki wyborcze, czy ma szansę wygrać? Oczywiście, że ma. W polityce nie istnieje pojęcie niemożliwości. Jak realna jest ta szansa? Mało.

Jeśli Trump wygra należy się spodziewać ostrej krytyki kanadyjskiego Justina Trudeau i wyraźnego poparcia dla szefa konserwatystów kanadyjskich, Pierra Poillievre. Trumpisty i populisty extraordinaire. Wybory kanadyjskie dopiero za dwa lata. Ale obecne sondaże wykazują na dziś wielką przewagę Poillievre. Czy Trudeau zmobilizuje siły na poparcie dla siebie? Mam nadzieję, bo czekałyby nas w Kanadzie trudne czasy. Odstąpienie od wszystkich prawie istotnych programów progresywnych, nowoczesnych, socjalnych. Być może jest szansa na kolejne rządy mniejszościowe.

W Polsce zwycięstwo Trumpa wzmocniłoby pozycję PiS. Nie w jakiś spektakularny sposób – ale by wzmocniło. Zważywszy, że to partia mająca i tak najwięcej posłów w Sejmie, a rząd Tuska to bardzo szeroka koalicja wielu partii o bardzo szerokim (a więc i oddalonym od siebie ideologicznie) wachlarzu poglądów – nie jest to koalicją wyjątkowo silna i trwałą. Najsłabszym jej ogniwem wydaje się być PSL, ludowcy. Najsłabszym, bo najbardziej konserwatywnym. Nawet chyba bardziej niż PiS. Spektakularny jest upadek w Polsce partii socjalistycznych, całej lewicy. A przecież polski socjalizm to kolebka polskiego ruchu wyzwoleńczego w latach przed i w trakcie I wojny światowej. To nikt inny tylko Piłsudski, jako towarzysz Wiktor składał czcionki „Robotnika” w tajnej drukarni, to on prowadził akcje napadów na ośrodki rosyjskie w ramach Organizacji Bojowej PPS. Nie potrafię tego zrozumieć. Jedyne autentyczne resztki tego ruchu obecnie to partia ‘Razem’ Zandberga. Głośne założenie ‘Wiosny’ Biedronia okazało się niewypałem. Nowa Lewica, której twarzą są ciepłe kluski zabawnego ‘wujcia” Włodzimierza Czarzastego w roli v-ce Marszałka Sejmu – to smutny żart polityczny.

Kończą kilka uwag bardzo ważnych, mimo, że z tematem zasadniczym prawie nie związanym. O prawach człowieka. Tak jak żartem politycznym i de facto obrażaniem milionów kobiet i milionów osób LGBTQ+ jest debata na temat aborcji i na temat związków partnerskich i praw rodzicielskich w tych związkach. Ja, jako osoba LGBTQ+ (ale już poza wiekiem w którym rodzicielstwo i nowy związek formalny by mnie interesowały) powiedziałbym czcigodnym politykom i panu Tuskowi, słynnym zwrotem Aliny Janowskiej w popularnym skeczu z lekarką: pocałujcie się w d… . I tam mam i wasze związki i wasze obrzydliwe dyskusje na temat praw rodzicielskich małżeństw jednopłciowych. A tym osobom LBTQ+ mówię – olejcie to i wyjeżdżajcie do innego kraju w Europie by zawierać normalne małżeństwa i być rodzicami normalnymi. To wszystko, co rząd Tuska obiecuje dla tych raczej na pewno kilku milionów a nie kilkuset tysięcy Polek i Polaków to o epokę za późno i za mało. To po prostu żałosne. Praw człowieka się nie dawkuje w kroplówce. Wszystkie zwierzęta są równe – Orwell nie pisał „Folwarku zwierzęcego’, jako żartu, ale jako przestrogę.