Skojarzenia, pozornie tylko oderwane od rzeczywistości. Jasna biel pod stopami i ciemne niebo ponad. Też powinno być odwrotnie: czarna ziemia lub zielona łąka na dole i błękitne, jasne niebo ponad. A jednak. Wszystko łączyć się musi z własną pamięcią zmysłów, zdarzeń: zapach kiedyś zapamiętany, dźwięk znajomy, gwiazdy migocące tak samo przecież teraz jak kiedyś. Zwłaszcza gdy spacer nocny, samotny. Gdy nikt inny nie wadzi swoją, inną pamięcią przedwieczną. Bo każdy człowiek, to kosmos własny, sam w sobie zamknięty. Pełen światów podobnych, odmiennych jednak. Musisz sobie zawierzyć, objąć go, przytulić ten kosmos jedyny, niepodważalny i niepowtarzalny. Prawdziwy.
Rachmaninow napisał kiedyś piękną pieśń do wiersza Lermontowa:
głucha noc, nie spotkam tu nikogo. C’kwoś tuman kriemienistyj, put’ bljustit nocz’ ticha … Pragnę tylko ciszy i spokoju, niech beze mnie stąpa świat … .
I słyszę , jak śpiewał to pięknie Bernard Ładysz, jeden z najwspanialszych bas-barytonów, godny dziedzictwa wielkiego Szalapina. I śpiewał ją wiele lat wcześniej rówieśnik Rachmaninowa, Fiodor Szalapin. Zaraz otwiera się szufladka pamięci, mam może piętnaście lat, pewnie mniej: spaceruję z babcią alejką Parku Zdrojowego w Ciechocinku, jesteśmy blisko muszli koncertowej. Przechodzi obok starsza, korpulentna kobieta, babcia odwraca szybko głowę w drugą stronę i szepcze do mnie: patrz w drugą stronę, jak mnie pozna to będzie nudzić przez godzinę. Za późno, słyszymy: ach, pani Wandzio kochana! Babcia stara się krzywy uśmiech nałożyć na usta: o, co za niespodzianka, dzień dobry pani Wando (były imienniczkami). Korpulentna pani to Wanda Wermińska, wielka polska sopranistka epoki odeszłej. Ja już nigdy jej na scenie nie widziałem.
Babcia miała rację, niby krótkie, niespodziewane spotkanie zamienia się w długą historię i opowieści. Ja pytam stale o coś więcej, mimo ukrytych szturchańców babci. Babcia nie lubiła kobiet starszych, przypominały jej ją samą. No, ta była gwiazda światowych scen kradła jej ważny czas naszego spaceru, gdzie ona, babcia, była centrum mojej uwagi i ona mogła mi długie opowieści wieść. Niestety, babcia przegrywa. Ja chce tych opowieści, chłonę je. Jestem niewdzięcznym wnukiem. Ale babcię mam bardzo często. A Wandę Wermińską po raz pierwszy. I ostatni, bom nigdy więcej już jej nie zobaczył. Chyba, że w telewizji, podczas programu z Bogusiem Kaczyńskim, który stare, zapomniane gwiazdy muzyki pokazywał Polsce. Rozmawiałem po wielu latach o tym spotkaniu z Bogusiem, gdy był u mnie z wizytą z okazji koncertów z solistami Operetki krakowskiej, chyba na przełomie lat 80. i 90. Ale, wracajmy do spotkania w Ciechocinku. Pani Wermińska opowiada mi o jej spotkaniu z wielkim Szalapinem, legendą dawnej epoki opery. O Szalapinie naturalnie wiedziałem bardzo dużo, tak jak o Caruso. Więc słucham – jest początek lat 20. ubiegłego wieku, młodziutka Wermińska jest w Budapeszcie na jakimś konkursie. Jednym z głównych jurorów jest … tak, legendarny Fiodor Szalapin. Wermińska stoi na scenie na którą wchodzi Szalapin, jest struchlała z tremy. Nie może wydobyć głosu. Przecież on śpiewał na prywatnych koncertach dla carów, dla królów! Szalapin czeka chwile, wreszcie ryczy swoim basem na nią: nu, czego milczysz i stoisz, jak drąg? Ona odpowiada przerażona ale szczerze: patomu szto mienia nogi wrastut w ziemla. Szalapin śmieje się tubalnie. Ale konkurs wygrała. Docenił jej głos (gdy go w końcu odzyskała). Długa to opowieść, prawda? A w czasie mojego spaceru to był tylko momencik, zmysł pamięci przez sekundę-dwie. Takie są prawa pamięci zmysłowej, która istnieć nie może poza własnym, indywidualnym przeżyciem. I tylko wtedy następuje fuzja zamysłu twórczego i autentyzmu. Inaczej to tylko igraszki literackie, muzyczne. Różnica między literaturą a literackością. Między pisarzem a literatem.
Znaczenie tej opowieści (poza nocnym spacerem, echem wiersza Lermontowa do muzyki Rachmaninowa, który natychmiast w wokalnym wykonaniu Ładysza mi się przypomniał) o Wermińskiej to też zwykły fakt, że urodziła się na Ukrainie, niedaleko Kijowa. I jest to ważne dla natychmiastowego kojarzenia z rzeczywistością obecnej wojny na Ukrainie. Jej okrucieństwami ze strony rosyjskich marzeń wielkoruskich. Marzeń rosyjskich, a ukraińskich koszmarów.
Jest John ze mną na tym spacerze, pamięć jego najczulsza, zmysłowa; kształtu i dotyku jego dłoni, zapachu jego włosów. Wymieszana z moją pamięcią dumek ukraińskich, opowieści babci i ciotek o porohach na Dniestrze, o Zaleszczykach z wakacjami, o ciotce, młodej sanitariuszce, która opatruje w jakimś eszelonie ukraińskich żołnierzy obok żołnierzy polskich w latach pierwszej wojny. Kto po której stronie tej walki był? Kto bił się o polskie miasteczka a kto o ukraińskie chutory? Krew miała ten sam kolor: czerwony. Ukraińscy chłopcy bili się też miedzy sobą o różne, odmienne Ukrainy. Gdzieś tam byli też Hucułowie, gdzieś Rusini Zakarpaccy. Tych nikt o ich opinie się nie pytał ani o to za kogo chcieliby swoją czerwień wylewać. I nie ma to chyba dziś znaczenia praktycznego. Warto jednak pamiętać. Bo pamięć ma znaczenie. Pamięć mówi językiem ludzi, którzy żyli, byli. Politycy żyją jedynie ich współczesnością. A cmentarzyki z zapadniętymi grobkami nocą snują inne opowieści.
Stąd ten mój wiersz. Dziwna fuzja rzeczywistości teraz rzeczywistej, oczywistej przez to, namacalnej, dotykalnej. Z rzeczywistością pamięci zmysłowej, historycznej. Może niedotykalnej ale czy przez to nieistniejącej, nieważnej?
Idę sobie
1.
Śnieg cichy, sypki, lekki,
jak twój łagodny wzrok,
którym obejmowałeś
moją twarz, moje oczy.
Pamiętam spacery po
zaśnieżonym Holland Park,
wysokich brzegach górskich
potoków w Kananaskis.
2.
Cicho wokół. Tylko dźwięk
wody kamiennych progów
Dniestru. I nagle strzały.
Cisza umiera. I ty.
Mój kanadyjski sokole,
moje sny stepowe na
kanadyjskiej prerii – Ty,
mój Wernyhoro. Milczysz.
3.
Ale idę dalej cichą
nocą po cichym śniegu
wzdłuż brzegu Atlantyku
na drugim końcu świata.
Twoja dłoń w mojej dłoni
już na zawsze. Idziemy.
Do falujących stepów.
I sokołów nad nimi.
B. Pacak-Gamalski
by Bogumil Pacak-Gamalski
Zapach powietrza, kolory wokół już jesienne. Złote, ciemna czerwień, biel puszków gdzie wczoraj kwiecie było, wyschniete liście dywanem się kładą. Ale cieplutko niczym wieczorem sierpniowym od dni już kilku. Na trasę przed zmierzchem się więc z aparatem wybrałem. A co zebrałem w tym aparacie – pokażę. Rzeczy, jakie są, jak je widzimy. Lub rzeczy, jakie być mogą, jak chcemy je widzieć. W wałęsających się lekkich mgłach wszystko jest możliwe. Linie elektryczne – pięciolinią z zawieszonym na niej bemolem samotnym. Stalowe konstrukcje – grafiką trójkątów i kwadratów o nieznanym przeznaczeniu. Na szlaku zachodniego końca Dartmouth.
Nie wiem dokładnie, to było tyle lat temu. Miałem może pięć, może sześć lat. Na pewno nie siedem, bo wtedy mieszkałem już w okolicach Warszawy i tam zacząłem szkołę podstawową. Działo się to w starym Toruniu. Świat był tak inny. Wszędzie pachniało jeszcze wojną, która towarzyszyła moim zabawom: znajdowanie kul i fragmentów pocisków i ciągłe ostrzeżenia rodziców i dziadków, by kamieniami ich nie rozbijać, bo można stracić palce lub całą rękę, co stało się niedawno synkowi ‘pani X’ (zawsze było to ‘niedawno’ i zmieniały się tylko imiona tych znajomych, więc przestaliśmy też tak zupełnie w to wierzyć, w dodatku jeśli ‘pani Kasia’ miała synka, któremu urwało dwa palce, to dlaczego my nigdy tej pani Kasi na oczy nie widzieliśmy?); wojna towarzyszyła wszystkim podsłuchiwanym rozmowom taty, babci, dziadka, wujka, cioć. Zwłaszcza, gdy zbierali się na wspólny obiad lub kolację. Co prawda mówili srogo: nie słuchaj rozmów dorosłych, zajmij się czymś. Nie słuchaj! Dobre sobie. To były najciekawsze opowiadania!
Mieszkania po wojnie były małe – salonik i pokoje co prawda duże, długie korytarze – ale tych pokoi było mało, bardzo mało, bo aż dwa: w jednym babcia z dziadkiem, a w salonie mama, tata, ja i siostra. A, i wielki fortepian koncertowy. No i wspaniały piec kaflowy. Kuchnia była bardzo duża i miała swój balkonik (w salonie był duży balkon) i spiżarnię. Ale ze spiżarni trudno zrobić pokoik, w dodatku bez okien. Co też nie było prawdą. Nad nami, na ostatnim, czwartym piętrze było jeszcze jedno mieszkanie, tylko jedne, bo drugie drzwi prowadziły na wielki strych. W tym mieszkaniu mieszkał wujek Wacek, dyrektor MHD w Toruniu. Niby dyrektor, a takie małe mieszkanie! Mieli tylko kuchnię i jeden pokój. A było ich … pięcioro: wujek Wacek-dyrektor; ciocia Irena, jego żona, kuzynka taty; ich córka Ewcia; kochana i pięknie śpiewająca po rosyjsku ciocia Jania, siostra babci i bardzo starsza pani, która była mamą wujka-dyrektora. Więc oni z tej spiżarni właśnie w swojej kuchni usunęli jedną ścianę i tak powstała wnęka z łóżkiem, gdzie na noc spała jedna z teściowych (nie pamiętam czy ciocia Jania czy ta druga bardzo elegancka pani). Ciocia Jania miała przed wojna wielki majątek Komarszczyzna na Mińszczyźnie, z wielkim drewnianym dworem, dwoma młynami, stodołami. Pamiętam, ze względu na wielki i szczery śmiech całej bez wyjątku rodziny, gdy na jakimś świątecznym, wspólnym obiedzie (więc robionym w naszym, dużo większym mimo wszystko mieszkaniu), gdy spytałem całkiem poważnie: ‘to czemu tam nie wrócimy, wszyscy na tym majątku się zmieścimy!’ Strasznie chciałem mieć własny pokój, by siostra mi stale nie przeszkadzała i nie stroiła żartów z moich poważnych planów. Więc ta wojna była jeszcze wszędzie. Choć zakończyła się ponad 10 lat przed moim przyjściem na świat.
Kilka razy w tygodniu chodziliśmy z naszego mieszkania na Mokrym (na ogół z mamą tylko, zwłaszcza już w tym ostatnim roku mego sześcioletniego życia, gdyż tato wyjechał na stałe do Warszawy ‘robić karierę’) do rodziców mamy na Jakubskim Przedmieściu. Szło się ulicą Batorego, przez Garbaty Mostek i wchodziło w świat dziwów. Po prawej wielki poligon, gdzie czasem strzelali żołnierze, po lewej niekończący się wysoki mur z czerwonej cegły koszar i szkoły wojsk artyleryjskich. Żołnierze w mundurach wyglądali dzielnie i bojowo, a że mama była piękną kobietą, często wyprężali się i salutowali oferując ponieść siatki z zakupami. Imponowało mi to bardzo. Wtedy zdecydowałem, że zostanę żołnierzem. Nie byłem tylko pewny czy artylerzystą, jak oni czy ułanem, jak dziadek (ojciec mamy). To była decyzja bardzo sumienna. A ponieważ od śmiejących się wujków i cioć wiedziałem, że zjadłem wszystkie rozumy – byłem pewny, że gdy nadejdzie ten czas, to zrobię wybór właściwy. Po latach okazało się, że wujkowie i ciocie się pomylili albo moje wartości się zmieniły – w wojsku żadnym nigdy w życiu nawet jeden dzień nie służyłem.
Za koszarami cofaliśmy się gdzieś w przełom wieków XIX i XX. Ulica gen. Pułaskiego (dziś należałoby powiedzieć – generała Kazimiery Pułaskiej, gdyż wiemy, po otwarciu grobu przez Amerykanów, bez żadnej wątpliwości, że generał mężczyzną być nie mógł a wtedy nawet w Ameryce operacji zmiany płci się nie robiło…): wzdłuż chodnika gazowe latarenki, które co wieczór zapalał pręcikiem pracownik elektrowni, po prawej olbrzymi stary cmentarz św. Jakuba, przylegający od tej strony do tych rozległych poligonów, po lewej gęste krzaki porosłe wysokimi trawami, wijące się wśród nich wąskie ścieżki i jakieś dziwne kamienne tablice. Wiedziałem już, że to groby. Niektóre stojące, inne leżały całe lub pęknięte na ziemi, jakby rozrzucone. Od zawsze miałem przykazanie od mamy i dziadków, że nie wolno tam chodzić. Czasami kręcili się tam jacyś pijaczkowie, podejrzane typy, były nawet resztki rozwalonego murku, który kiedyś widać ten cmentarz okalał. Pytałem o ten cmentarz dziadków, zasięgałem opinii kolegi, który mieszkał w tej samej, co dziadkowie kamienicy. Waldek (ten kolega) też nic nie wiedział i tam nie chodził, bo miał stracha i jego rodzice mu też zabraniali. Powiedziano mi, że tam chodzą tylko bandyci i kryminaliści, zakłócają spokój umarłych a to grzech i porządny chłopiec winien to miejsce uszanować i nigdy tam nie chodzić. Naturalnie, nie chciałem być, jak ci bandyci i nie chciałem też zakłócać spokoju umarłych. Byłem trochę łobuziakiem ale dość dobrym chłopcem mimo wszystko. Kamienica dziadków stała na ulicy Lampego (dzisiaj Antczaka), tuż przy tym drugim, olbrzymim cmentarzu. Cmentarzu, który dobrze znałem, bo chodziliśmy tam oczyszczać grobki bliźniaków, braciszków mojej mamy, którzy zmarli kilka dni po urodzeniu w 1945 (wówczas ta ulica Lampego, później Antczaka, nazywała się po prostu Przy Rzeżni. Nie widziałem wówczas, że Polska to taki dziwny kraj, gdzie zmiany nazw ulic, placów a nawet miast są dość popularne i częste …) . Ta moja ‘dobroć’ i poczucie sprawiedliwości były trochę Janosikowe lub Robinhudowe, bo z koleżanką z tej kamienicy często zabieraliśmy część kwiatów z grobów, gdzie były ich pęki i przystrajaliśmy nimi kompletnie zapuszczone i zapomniane groby innych. Znałem już nieźle alfabet i potrafiłem wydukać napisy, zwłaszcza imiona na grobach i daty śmierci. I ta sprawa tego zarośniętego cmentarza-chaszczy, mimo ostrzeżeń, niepokoiła mnie. Wydedukowałem, że musi być strasznie stary i nikt z rodzin już nie żyje i pewnie dlatego zapomniany i zarośnięty. Wpadłem na pomysł, że jeśli nazbieramy kwiatków z podwórka (zanoszenie kwiatów z tego naszego cmentarza na cmentarz inny wydawało mi się nieetyczne, nie mam pojęcia czemu) i pójdziemy na ten zakazany, to nie będzie to grzech i zakłócanie spokoju umarłych, przeciwnie – dobry i pożyteczny cel. Koleżanka nie była przekonana, że to dobry pomysł (jej, zwłaszcza dziewczynce, pod surową karą zakazano tam chodzić, ze względu na te zakazane typy tam myszkujące) ale byłem dość elokwentny i wytłumaczyłem jej, że to zacny uczynek i że nie grzech a przeciwnie – Bozia będzie nam za to wdzięczna. I tak zrobiliśmy. Była to krótka i dziwna wycieczka. Dwoje brzdąców ostrożnie skradających się wąskimi, zarośniętymi ścieżkami do przewróconych tablic grobowych, niektóre groby zapadnięte, inne zniszczone przez czas, pochylone. Serca waliły nam tak, że byliśmy pewni, że ci wszyscy ukryci w chaszczach bandyci nas słyszą. Na jednym z lepiej zachowanych grobów koleżanka ułożyła szybko bukiecik i powiedziała rezolutnie : ‘starczy. idziemy’. Ale ja musiałem przeczytać jeszcze choć jedno imię i te starożytne daty! Napisy były bardzo niewyraźne. Palcem rozcierałem mech aby je lepiej zobaczyć. Były bardzo dziwne, niezrozumiałe inne litery, których nie znałem. Wtedy przypomniałem sobie książki dziadka, wśród których było trochę niemieckich (dziadek niemiecki znał dobrze), przedwojennych. Wśród nich była pięknie ilustrowana powieść „Robin Hood”, którą dziadek mi czytał tłumacząc na polski, a ja pasjami potem przerzucałem jej kartki oglądając te piękne rysunki. Druk tej powieści był w stylu starego gotyckiego niemieckiego i litery były takie dziwne, trudno czytelne. I doznałem olśnienia – to musi być ten niemiecki alfabet, tylko jeszcze dziwniejszy, starszy widocznie! W tym momencie usłyszeliśmy szelest, ktoś szedł przez chaszcze. Koleżanka wrzasnęła i zaczęła uciekać. No to ja za nią. Nie, że się bałem. Skąd! Biegłem za nią, by w razie czego ją obronić, oczywiście. Ona pobiegła do swojego mieszkania na drugim piętrze, ja do dziadków na trzecim. Jeszcze zdążyła mi przypomnieć obietnice, że nikomu o tym nie powiem. Nie miałem czasu jej nic wytłumaczyć. A to takie proste! To musiał być cmentarz z wojny, żołnierzy niemieckich, którzy takie okrucieństwa nam zadawali, naszych wrogów śmiertelnych. My, jako Polacy nie możemy chodzić i dbać o cmentarz tych, którzy nas chcieli wszystkich zabić! W tym wieku to było takie logiczne. Etyka dziecka jest bardzo prosta, bez niuansów, czarno-biała.
Tego wieczora, po kolacji, zdecydowałem opowiedzieć moją wycieczkę babci, dziadkowi, cioci i wujkowi. Mamy już nie było, bo wróciła z siostrą do domu, a ja zostałem na noc u dziadków. Jak bywało często i co lubiłem. Powiedziałem z dumą: ‘rozumiem dlaczego nie chcecie żebym na ten zarośnięty cmentarz chodził. I nie ma czego ukrywać. Całkowicie się z tym zgadzam, że Polacy tam nie powinni chodzić. Przecież nie będziemy chodzić odwiedzać grobów bandytów, którzy chcieli nas zabić.’
Zapanowała cisza i konsternacja. Babcia pierwsza odzyskała głos: ‘co ty mówisz dziecko? Kto ci wsadził do głowy takie idee, że to byli bandyci? Jak można tak mówić o zmarłych? ‘.
Była wyraźnie poruszona i zaszokowana. Jej oburzenie zabolało mnie bardzo. Jak babcia może ich bronić, przecież wyrządzili jej i całej rodzinie tyle krzywdy?! W dodatku zarzucić mi, że powiedziałem coś złego, niedobrego? Krzyknąłem: ‘przecież to cmentarz hitlerowców, babciu!’ I opowiedziałem szybko, jednym wydechem, cała moją wizytę tam. Widziałem na ich twarzach zdumienie. Dziadek spojrzał na mnie poważnie, spokojnie. Długo. I powiedział dobitnie:
‘to nie jest cmentarz hitlerowski ani niemieckich żołnierzy. To cmentarz żydowski i w tych grobach leżą ludzie niewinni żadnych zbrodni, leżą ci, którzy wycierpieli więcej nawet niż my w tej wojnie. Żydzi.’
Od tego momentu poznałem te słowo. Na pewno słyszałem je wcześniej, pewnie w rozmowach, w zwrotach. Ale od tego momentu zamieszkało we mnie emocjonalnie. Nabrało kształtu człowieka. Słowo, które potem odziało się w szatę wielkiego smutku. I braku. Braku, który do dziś nie jest i nigdy już nie będzie wypełniony. Poznałem potem, w dość już długim życiu, wielu Żydów. Polskich też. Innych też. Zagadnienia, komplikacje, pogromy od ponad tysiąca lat, poczynając od portugalskich, pojęcia syjonizmu, anty syjonizmu, komplikacje izraelskie. Przekleństwa religii, szowinizmu, faszyzmu. W niczym to nie pomaga. Nie wypełnia tego braku. Mieszkałem przez kilka młodych lat szkoły podstawowej w małym, starym miasteczku mazowieckim. Blisko naszego domu były uliczki zabudowane szeregiem parterowych drewniaków, zniszczonych czasem domków zamieszkałych przez biedotę tego miasteczka. Przed wojną te domki to była dzielnica żydowska, biegały po tych uliczkach żydowskie dzieciaki, ich matki krzyczały na nich po polsku, w jidysz. W czasie wojny pewnego dnia spędzono ich wszystkich na rynek przy kościele, blisko dużego parku. Musieli tam klęczeć przez kilka dni na bruku. Kto się wywrócił – zastrzelono na miejscu. Nikt z nich do tych domków nigdy nie wrócił.
Z własnej pamięci i wiedzy przypominam tylko dwóch, z miasteczka, które liczyło wtedy ok. 25 tysięcy mieszkańców. Może było więcej, nie wiedziałem. Jeden to był starszy, wyprostowany i elegancko ubrany mężczyzna, który spacerował główną ulicą miasta; drugą była kobieta nazywana ‘wariatką’. Nie bez przyczyny. Znałem ją, bo pracowała, jako kontrolerka biletowa dwóch kin w miasteczku, „Wrzos” i „Bałtyk”. Była w średnim wieku, mała, szczupła. Ubierała się w dziwnie, nieco wojskowe w kroju czarne spódnice i bluzy, chodziła szybkim krokiem, truchtem w zasadzie i w kinach trzymała w ręku grubą gumową rurkę i goniła między rzędami chłopaków, którzy weszli na seans ‘na gapę’. Waląc ich tą pydą po ramionach i głowie. Kiedyś opowiadałem o niej ojcu i użyłem tego określenia ‘wariatka’. Ojciec powiedział: to ja cię z nią poznam , zaprowadzę do jej mieszkania. Tylko nie zadawaj żadnych pytań na temat dużych zdjęć, jakie w jej pokoju zobaczysz.
Tata krótko pracował wówczas, jako plastyk, w największym zakładzie przemysłowym w tym miasteczku. Na terenie tego zakładu było kino „Wrzos”, nad tym kinem tata miał olbrzymią pracownię, a blisko tej pracowni miała maleńkie mieszkanko służbowe właśnie ta dziwna kobieta. Poszliśmy. Prowadzili bardzo ożywioną i ciekawą rozmowę na wiele tematów. Byłem zdumiony jej oczytaniem i dość szeroką wiedzą. Ale czasami jej tok myśli jakby się przerywał, zatykał i mówiła przez moment trochę bez sensu. Mimo to byłem oszołomiony jej … normalnością. Tak, te fotografie widziałem. I starałem się nie zauważać, jak słonia w składzie porcelany. Na stołem wisiały dwa duże portrety: Hitlera i Himmlera. Wtedy jeszcze chyba Kafki nie czytałem, ale atmosfera wizyty miała właśnie taki charakter. Po wyjściu miałem naturalnie masę pytań. Tata opowiedział mi jej historię. Była więźniarką Ravenscbruck. Nie miała piersi, obcięto je jej (nie dwie jednocześnie, a po jednej, w odstępach czasowych) w eksperymentach ‘medycznych’. Po wyzwoleniu obozu wróciła do Polski, do tego miasteczka, gdzie miała liczną rodzinę i masę znajomych, przyjaciół. Przed wojną Żydzi stanowili tam większość ludności. Ona przeżyła, więc była pewna, że przeżyli choć niektórzy z bliskich, z przyjaciół. Nie mogła być sama. Ale została sama, nikt nie przeżył. Może jednostki, jak ten starszy, elegancki pan. Ale nikt, kogo znała. Nikt. Miała częste napady lęku, silny (jakbyśmy dziś nazwali) postraumatic disorder. A te portrety? Proste. W jej świecie, świat stary, który w takiej czy innej formie trwał przez stulecia – istnieć przestał. Węc to, co trwało było nietrwałe. Mogło się zmienić w każdej chwili. Kiedy tata pierwszy raz był u niej w mieszkaniu, z rozbrajającą szczerością wyznała: czy pan myśli, że oni nie wrócą? Oczywiście, że wrócą. Drugi raz obozu przeżyć nie mogę. Wiec ich zaproszę do siebie i udowodnię, że jestem największą zwolenniczką Wielkiej Rzeszy w całym mieście. I będę główną kapo kobiecego na całe miasto.
Starałem się potem kolegom wytłumaczyć aby nie krzyczeli za nią: wariatka.
To miasteczko w dwudziestoleciu po kolejnym odzyskaniu suwerenności rozbudowano i odbudowano z rozmachem. Odwiedziłem je w 2018, po raz pierwszy od lat 70. Nie do poznania. Piękne, czyste, nowoczesne. Śladu po domkach po-żydowskich. W ich miejsce zbudowano nowe bogate posesje, pawilony handlowe. Nie mam pojęcia czy mieszkają tam jacyś Żydzi. Może tak. Dziesięciu? Stu? Nie mam pojęcia. I jest to bez znaczenia. W tym miasteczku na zawsze też został brak. I smutek. Czy ktoś pamięta o klęczących na bruku, w palącym słońcu, Żydach polskich? Sąsiadach.
Sześć miesięcy wojny na Ukrainie. I jednocześnie święto Niepodległości Ukrainy. Wielka ofensywa rosyjska w zasadzie na całej linii frontu na południu (na inne fronty Armii rosyjskiej już nie stać) weszła w fazę wojny pozycyjnej o wgórze, o wioskę, o przejście na rzece. Putin stracił sporo zębów. Tak, ma jednak ciągle olbrzymią armię.
Ale w wojnie, w której olbrzymie znaczenie ma nowoczesna i skomplikowana broń niezbędny jest twardy i dobrze wyszkolony żołnierz zawodowy a nie ‘urrra! za rodinu, za Stalinu, za mateczku Rasiju!’. I nie czasy wielkich, decydujacych bitew. Ukraina takiej bitwy nie przyjmie. Nie wyglądają na samobójców, kozackich kamikadze. Nie będzie Kurska ani Stalingradu.
Wołodymyr Zelensky mówi, że Ukraina nie oczekuje pokoju, że oczekuje zwycięstwa. Sugeruje w ten sposób nie pertraktracje pokojowe a przyjęcie aktu kapitulacji. Życzyłbym im tego. Ale to raczej mało realne.
Rosja nie tylko Putina ale i w mentalności bardzo wielu Rosjan jest imperium. I chce być, jako imperium uznana. Nie oczekuje sympatii i polubienia. Domaga się uznania jej imperialnej roli. Nie jestem nawet pewny czy zbrojne (zamach stanu, morderstwo itp) usunięcie Putina by to zmieniło. Tak, Putin to autokrata – wszak całkowitym autokratą był każdy car rosyjski – mieli to nawet w oficjalnym tytule: Samodzierżawca. I tak władcę widzi przeciętny Rosjanin.
Zamach w Moskwie na popularną rosyjską dziennikarkę, która gloryfikowała Rosję i była tubą ultranacjonalistycznej, szowinistycznej i wielkorosyjskiej ideologii, Darię Duginową był bardzo wyraźnym przykładem, jakie znaczenie ma ta ideologia. Pewne jest zresztą, że głównym celem zamachu był jej ojciec, Aleksander Dugin – popularny od lat faszysta rosyjski znany nie tylko w prasie ale w życiu akademickim. Ceniony niemiecki znawca Wschodniej Europy, Andreas Umland w wywiadzie dla szwajcarskiego wydawnictwa medialnego SRF pisze wprost o Duginie: “To jest rosyjska wersja faszyzmu. Dugin zapożycza z Zachodnich myślicieli faszystowskich we Włoszech i Niemczech i buduje swoją własną wersję neo-faszystowskiej ideologii, nazywając ją czasami Czwartą Teorią, czasami neo-euroazjanizmem lub po prostu tradycjonalizmem. Jest autentycznym rosyjskim faszystą.” Jest szanowanym w Rosji i jej kręgach akademickich. I bardzo popularnym w szerokich kręgach społecznych. Stąd jego wpływ na Kreml i Putina – jest to jednak wpływ pośredni, wpływ jego teorii wielkorosyjskich i popularności w społeczeństwie. Sam do polityki bezpośrednio się nie pcha i w pewnym stopniu politykami pogardza, jako jedynie narzędziami a nie twórcami. Niektórzy porównują go do roli i postaci Rasputina w Rosji carskiej.
Czemu piszę o ojcu i córce Duginach? Bo to jest najwieksze niebezpieczeństwo dla Europy, a nie były, niezbyt wysokiego stopnia, oficer KGB – Putin. Putina można wieloma sposobami usunąć ze sceny. Duszy rosyjskiej – nie sposób. Nie zapominajmy, że wielki, pisarz i myśliciel, noblista Aleksander Szołżenicyn, kategorycznie nie uznawał niepodległej i suwerennej Ukrainy i Białorusi. Uważał te dwa kraje i narody, jako integralną część wielkiej Rosji. I to jest ‘dusza rosyjska’ dużo silniejsza niż jakikolwiek przywódca polityczny.
Ten sposób myślenia, taka wizja kulturowa państwa-imperium w węzłach faszystowsko-etniczno-religijnych jest największym zagrożeniem europejskiego modelu, który oparty jest na pewnej stałej płynności ideii, metodologii i społeczeństwa. Płynności, w której centrum od kilku już stuleci jawił się Człowiek indywidualny i Człowiek-obywatel, jako potężny wariant niezależności wobec wschechwładzy państwa- wodza. Państwa-wodza, które urzyczywistnia właśnie Samodzierżawca. Nie był to proces ani łatwy ani krótki. Jest to też proces trwający in perpetuum mobile, to zaś zakłada też pewien chaos, niestałość i niepewność. Ale własnie ten chaos, ta niestałość struktur i mechanizmów umożliwia korekty, zmiany, dostosowywanie się.
Herb Wielkiego Księstwa Ruskiego z krótkiego okresu Rzeczypospolitej Trojga Narodów
Każde duże państwo europejskie u swych zaranii kształtowało się przez setki lat. Nie polega to tylko na podboju silniejszego szczepu, ale na długotrwałej budowie nowego organizmu wielo lub panetnicznego, nadrzędnej wspólnej rzeczy (rzeczy pospolitej, res publica).
W samych Niemczech ten proces trwał prawie do lat 20. ubiegłego wieku! Od czasów Świętago Cearstwa Rzymskiego Nartodu Niemieckiego. Polska nie jest dziś (jak za wczesnych Piastów) państwem Polan. Nie możemy powiedzieć (i nie mówimy), że Pomorze, Warmia, Podlasie lub Rzeszowszczyzna są polskie, bo to tereny Polan. Bo nie były. To ziemie szczepów słowiańskich, ale żaden z tych szczepów nie był Polanami. Mieli swoją odbrębna świadomość. Spokrewnioną – ale odrębną. Rosjanie zaś tego nie rozumieją. Dla nich te wszystkie wczesne i osobne, często wojujące ze sobą szczepy i grupy Słowian Wschodnich to nagle jacyś jedyni i niepodzielni Rusowie. Całe szczęście (w perspektywie historii), że plemiona białoruskie, a na południe od nich plemiona rusińskie przez setki lat (różne tereny w różnych okresach i przedziałach czasu) były pod silnymi wpływami i panowaniem Królestwa Polskiego z jednej strony, a Wielkiego Ksiestwa Litewskiego z drugiej. Od późnego średniowiecza były to już wspólne tereny jednej wielkiej Rzyczypospolitej Obojga Narodów. Szczcie nie dlatego, że ten ‘pan’ polski lub litewski był aż tak dobry i sprawiedliwy. Nie – dlatego, że w silny sposób zakorzeniły w tej I Rzeczypospolitej mimo wszystko zachodnio-europejskie idee i sposoby myślenia kulturowego i politycznego. I że król Polski (na dobre i na złe) nie był i być nie mógł Samodzierżawcą.
Nie sądziłem jeszcze dziesięć lat temu, że te ziarno tak silnie na Białorusi i Ukrainie zakiełkuje. Wśród nich samych. Białoruś jest rosyjskim klientem tylko na zasadzie pełnych więzień politycznych i terroru Łukaszenki. Dyktatora na glinianych nogach. Z ciekawych i zaskaujących względów i z diametralnie przeciwnych powodów do fali anty-rosyjskości nikt tak się współcześnie nie zasłużył na Ukrainie i w Białorusi, jak jej dwaj prezydenci.
Dlatego tak niezbędnym jest kontunuowanie pomocy dla Ukrainy aż do czasu uzyskania najbardziej korzystnego z możliwych rozwiazań. To jest wyzwanie naszych czasów wobec Historii. To jest wojna europejska o europejskie wartości. Jako, że Ameryka Północna i Autralia z Nową Zelandią (to bardzo ogólnikowa i tylko przykładowa lista cywilizacji europejskich) są dziećmi tej cywilizacji (ze wszystkimi pro i contra) – sa w tą wojnę zaangażowane. Bo jest to walka o ich wartości. Leży w naszym, świata zachodniego, interesie istnienie dużej, suwerennej Ukrainy byśmy z Putinem czy innym Putinowiczem rosyjskim graniczyć nie musieli. Tak długo, jak nie ulegnie zmianie, uleczeniu ‘rosyjska dusza’. A to proces bardzo długi i skomplikowany.
I pamietajmy, że to nie wojna ważna lub istotna dla całej wielkiej reszty świata. Afryka, a zwłaszcza Azja tego tak nie widzą. To ich politcznie-kulturowo nie dotyczy. Gotowi są na układy z każdą ze stron. Ktokolwiek wyjdzie z tego zwycięsko. Układy zresztą dalej z Rosją mają i zakładaja ciągle nowe.
Więc cieżar tego wysiłku wsparcia Ukrainy spada (i słusznie) głównie na nas: państwa NATO (z pominieciem Turcji, która w NATO jest z własnych, osobnych interesów i ambicji). A cena tego wsparcia może być tej zimy wyjatkowo trudna ekonomicznie. Brak wsparcia lub osłabnięcie naszej woli – może być katastrofalny. Z biegiem miesięcy spada emocjonalne zaangazowanie wielu indywidualnych osób. Najbardziej oddanym społecznikom i ratownikom Ukraińców zaczynaja tez opadać ręce i skrzydła. Są tym ciężarem uchodźców przygniecieni i nie wszystkie państwa ten ciężar równomiernie dźwigają i równomiernie wspomagają. Sankcje ekonomiczne, kontrakcje rosyjskie spowodowały wielki kryzys energetyczny i olbrzymi wzrost kosztów energii. Naciskajmy jednak na nasze rządy, gdy możemy wspierajmy sami akcje i zbiórki pro-ukraińskie. Rosja tą wojnę musi przegrać. Nie musi być upokorzona jakąś wielką kapitulacją. Ale nie może z niej wyjść zwycięska.
Ostatnimi tygodniami kilka publikacji, do których po latach wróciłem. Polskie wszystkie (co cześciej mi się teraz zdarza – oznaka starzenia się i bliska temu sentymentalność ckliwa? 😅) i polskich autorów. Gdzieś od kilku lat ostatnich częściej po polskie książki sięgam. Jeszcze sześć-siedem lat temu było zdecydowanie odwrotnie (rzadko na moich rękach, niech ręka moja wystęka, jawi się druk Smętka 🤣), wiekszość była obcojęzyczna. Choć zwrot ‘obcojęzyczność’ brzmi kuriozalnie, gdy używa go ktoś, kto spędził trzykrotnie więcej życia poza macierzą domową… . Ale wynika to (te czytanie polskich książek teraz) z prostej przyczyny: szukanie pewnych odpowiedzi, pewnych dróg umożliwiajacych zrozumienie czegoś, co mnie akurat absorbuje. Bardzo generalizując i uproszczając te pytanie-zagadnienie brzmi: kim do cholery tak naprawdę jesteśmy? My – Polacy. Nie, niech kochani Ślązacy i Kaszubi najmilsi nie protestują. Nie trzeba. Nie chodzi o ścisłe więzy krwi , genetyki i antropologie kulturowe. Chdzi o to, że gdzieś mieszkaliśmy, pewne normy, drogowskazy kulturowo-historyczne mieliśmy i je wchłoneliśmy z ‘matczynej piersi’ (lub z butelki ze smoczkiem). Sam mam w sobie całe cysterny krwi nie tylko nie plemiennej, to jeszcze nawet (pssst) nie słowiańskiej w małej części (zdaje się, jakaś niemiecka niższego rzędu arystokratka była moją praprababką, zaś dalej jeszce w kolejności pra-pra sięgają ślady luksembursko-belgijskie, inny prapradziad był Madziarem, jedna z prababć i prapradziad z Czech – wiecej grzechów nie pamietam, LOL). Ale ni do Niemiec, ni do Wielkiego Księstwa Luksemburskiego lub niziny panońskiej ani pretensji nie mam ani związany z nimi się nie czuje – choć lubię – z małym wyjatkiem: w Pradze czuję się, jak w domu i kocham to miasto. A do Polski i owszem pretensje wszelkie mam i związany jestem z nią na dobre i złe. Kanada zaś to zupełnie inny orzech. Zgryziony, strawiony świadomie i z wyboru. Tu żadnych czarów-marów nie było ani genetyczno-kulturowej zaprawy do fundamentów. Więc te fundamenty moje w 100% polskie (cokolwiek pod tym rozumiemy) i męczą czasem w rozumieniu, w rozsupływaniu tego tobołka ponad 1000-letniego.
Stąd te kilka tytułow ostanio przeglądanych. Bardzo różnych i z bardzo różnych czasów. A na różne pytania pomagają szukać odpowiedzi. Znanych wielkich i bardzo mało lub w ogóle nie znanych (wielka sława to żart, książę błazna jest wart – tak, tak panie baronie cygański), którzy w pewnych pytaniach coś mi podpowiadali.
Stanisław Kowalczyk, młody bardzo poeta, który ginie tragicznie bardzo wcześnie. Zostaje więc tylko okrzyk młodości (i to w okropnym otoczeniu wojny i zniszczenia) szczery, jeszcze nie zmanierowany możliwymi laurami wieku dojrzałego, może starości nawet. Co zostawił, co mi wytłumaczył? Młodość właśnie, zapis uczuć i przeżyć poetyckich in statu nascendi. By ich nie zapomnieć, nawet gdy formą lekko młodopolską szfankują – bo te wczesne są ważniejsze od wszystkich traktatów mędrców wieku późnego. Pamietaj więc siebie wieku młodego – to byłeś ty. To nauka bardzo trudna do – wbrew pozorom – do zapamietania. (“Osty kwitnace”, wyd. I, Pruszków, 1943- przedruk całkowity z oryginału w 2005 w Pruszkowskiej Książnicy)
Mikołaj Rej we wspaniałym I wydaniu “Człowieka poczciwego” (Zakład Ossolińskich, 1956) z doskonałym, 60-stronicowym wstępem (sam Wstęp taki to wszak prawie osobna praca naukowo-krytyczna) kochanego Juliana Krzyżanowskiego. Co za gratka czytać Reja nie jako obowiazkową lekturę a człowieka polskiego Odrodzenia par excellance – budzenie Polski z długiego snu średniowiecznego, przywracanie korzeni przed-chrześcijańskich (klasyki greko-rzymskiej), budowanie na nowo rodziny europejskiej. Ale wszystko zakotwiczone bardzo silnie w tej chrześcijańskiej, rzymsko-chrześcijańskiej sielankowości Polski Rejtana. Jeśli czytane z tym kluczem Krzyżanowskiego – jakże na nowo odkrywcze. Tu sporo żem był sobie przypomniał, może na nowo odkrył lub zauważyłem czegom wcześniej niekoniecznie zauważył. To pomogło.
Poeta polsko-kanadyjski Ryszard Tylman i jego wydany wiele lat temu w Krakowie tomik “Koty marcowe”. Z prozaicznej przyczyny: podobne losy, czasy i miejsca. Zwłaszcza, że przypomniał mi w wierszach z ich pobytu we Włoszech (był tam z małżonką, z którą później w Vancouverze łączyła mnie serdeczna przyjaźń, a z nim współpracowałem, jako redaktor), jako polscy uchodźcy. To były te same miejsca, ulice i czasy, gdy ja tam byłem z identycznej przyczyny. W krótkich stosunkowo odstępach czasu tam byliśmy. Ja zajęty byłem pracą doraźnego aktywisty życia obozowego i jeśli sięgałem po pióro to raczej pisząc publicystykę i memoriały polityczne niż wiersze. A wiersze są prawdziwszym zapisem momentu. Momentu kolosalnie ważnego, przełomowego. Decyzja opuszczenia ojczyzny jest nie porównywalna do zmiany zamieszkania, emigracji do innego kraju. To dwa różne, kompletnie do siebie nie podobne zwierzęta-smoki. Zwłaszcza z emocjonalnego punktu widzenia. Więc czytałem te jego wiersze (cz.I pt. ‘W drogę’) i pamietałem, przypominałem. Nie, chyba nie porównywałem, bo to bezsensowne – Ryszard to on, a ja jestem Bogumił, też dwa różne zwierzaki. Ale proces emocjonalno-twórczy musiał i był podobny, zbliżony. Więc te wiersze mi przypomniały ten moment właśnie, nie w refleksji historycznej a ulotności chwili właśnie. Tamtej chwili w jej trwaniu, a nie pamięci tej chwili. Zamknąć czas chwili potrafi tylko poezja (lub rzetelne Dzienniki). To różnica kolosalna.
Wielki dla polskiej myśli niepodległościowej i dla przetrwania niezależności polskiej literatury był naturalnie przez cały okres mazi PRLowskiej Jerzy Giedroyc. Sam pisał bardzo mało. Literatem nie był. Był Redaktorem-Organizatorem. Szarą Eminencją. Ta jego “Autobiografia na cztery ręce” (wyd. Czytelnika, 1996) jest tego potwierdzeniem w pełnej mierze. Ale nie szukałem tego potwierdzenia. Nie szukałem też śladów moich prywatnych z nim kontaktów ani jego klucza do rozumienia wagi literatury emigracyjnej. Chodziło mi o dość rzecz prozaiczną czasowo a związaną z wojną na Ukrainie. Tą wojną teraz, nie tamtymi w latach 1918-20. W końcówce Miedzywojnia Giedroyc już był własnie taką szarą eminencją, takim organizatorem, który zapalał pewne iskry pomysłów politycznych. Dużym problemem w II Rzeczypospolitej była naturalnie kwestia mniejszości narodowych w Polsce. I pomógł mi jaśniej to zobaczyć, bez sentymentu rodzinnego i literacko-poetyckiego. Więc wygladało to słabo. W zasadzie nie wygladała w ogóle. Z winy – może lepiej by było napisać: z zaniedbania? – Polaków i polskich władz. Pojedyńcze osoby starały się coś w terenie zrobić ale skutecznej polityki zabrakło. Można nawet zaryzykować, że (bez ujęcia jej w ramy systematyczne) polityka, która istniała i działała była szowinistyczna i przeciwna temu. A wielka szkoda. Podejście Polski było paternalistyczne a nie partnerskie. Niestety (dla Polski) wiek był XX a nie XVIII.
Czy coś to tłumaczy (np. Rzeź Wołyńską)? Tak. Zresztą nie chodzi o tłumaczenie (zbrodni wytłumaczyć nie sposób) a o zrozumienie pełniejsze. Widzenie dalej niż krawędź własnego nosa. Pespektywę historyczną zajść, zachowań.
Czytanie się więc przydaje ciągle. I to by było na tyle.
Każda wojna, każda rewolucja, każde powstanie jest brzemienne w mity, legendy chwały i bohaterstwa. Cmentarze ze szczerniałymi od starości krzyżami, z białymi brzozowymi krzyżami, małe kapliczki i tabliczki po lasach, na rogach ulic, tynkach kamienic. I wielkie pominiki z marmuru, granitu, stali. I nazwiska-symbole dowódców, żołnierzy. Ma też bardów. Zwłaszcza tych, którzy polegli w walce, jak Baczyński lub Gajcy. Każda wojna, walka na śmierć i życie ma też setki nieznanych lub bardzo mało znanych młodych poetów, twórców sztuki, którzy tej wojny, tej walki nie przetrwali, a przedwczesna śmierć uniemożliwiła im rozwój talentu, publikacje. Twórcze zaistnienie w historii swojego kraju. Więc, gdy rocznica już siedemdziesiata ósma Powstania Warszawszkeigo nadeszła – nic nie pisałem na jakichkolwiek forach i w jakimkolwiek formacie. Dajmy im już usnąć, bo ten ciągle powracający szmer i walka słów o sens tej hekatomby już zbyteczny. Historia. Teraz zwłaszcza, gdy nikt prawie z tch, co o tym opinie wydają w tamtym czasie nie istniał. Nawet w zamysle rodziców. Nawet Powstania Styczniowego i jego przywódców tak nie szarpano, jak tych z tego 1944.
Teraz, blisko dziesięć dni od tej daty wybuchu Powstania, od jego obchodów chcę jednak przypomnieć, poniekąd symbolicznie tych, o których w tych obchodach nie wspominano. Tych nie znanych lub prawie nieznanych, bardzo młodych żołnierzach-poetach Armii Krajowej. Skłoniła mnie do tego wymiana zdań z dyrektorem Książnicy Pruszkowkiej, który w tych obchodach w Pruszkowie pod Warszawą brał udział. Bo przypomniało mi to postać Stanisława Kowalczyka, wyjątkowo uzdolnionego poety, o którym bez wątpienia, gdyby tą wojne i ten rok 1944 przeżył, byśmy usłyszeli dużo więcej, a literatura polska miałaby nowy, piękny rozdział. 23 sierpnia 1944 ta nadzieja, ta szansa na nowe publikacje, nowe wiersze – zgasła.
Poniżej publikuję zdjęcie ze stron rocznika “Strumień” (wydanie z 2007) z moim esejem na temat jego twórczości.
Sam, w latach gdy w Pruszkowie mieszkałem (sypiałem raczej, bo mieszkałem de facto w Warszawie, gdzie żył cały mój świat) lubiłem tą drogę do Pęcic. I od tegoż, 2007 roku, na zawsze już mi się z Kowalczykiem będzie ona kojarzyć. Więc: non omnis moriar – dla mnie, Polaka całe życie z literaturą związanego, Stanisław Kowalczyk na zawsze tej literatury ważnym fragmentem pozostał.
Na Facebooku pędzi od kilku dni rozwichrzone stado Pegazów. Grzywy skrzą się niczym perły na firmamencie nieba, skrzydła furkoczą unosząc się ku szczytom Parnasu. U wrót świątyni twórców oczekuje ich westalka Apolliona, Olga.
O, szczęście wymarzone! Serce uniesione! Cóż padoły wyklęte niewiernych, cóż dziady nieczyczate spod strzech Adamowych? Oni są princami i princesami ogrodów Samarkandy, kędy się tanecznym krokiem, wśród piękna niedościgłego – zaiste objawionego – przechadzają. Oni! Ci którym Olga sama powiedziała, że pisze przepowiednie dla nich, wniebowziętych rodaków ojczyzny piękna i wdachnownienia, którego doznał ongiś Puszkinowski Eugeniusz.
W. Podkowiński “Szał uniesień”
Piękny ten widok, ten obraz rozwianych, niczym u Podkowińskiego, grzyw Pegazowskich, tych nazwisk osób znajomych i tych, których tylko z tekstów wrażliwych znałem. Ze szczytów Tomaszowej Góry Czarodziejskiej ku dolinom poglądającym, z zasłużoną wyższością. O ludy i narody niecne, wszeteczne, które światła dostąpić nie chcą – biada wam, powiadam. Wam i waszym dziatkom, że w strumieniu, o którym Jan z Czarnolasu w Pieśniach boskich pisał, że spod Parnasu bieży, kapać się dla orzeźwienia nie pozwoli.
Więc takoż w uniesieniu, w pełnej ekstazie, rozwiane grzywy mieszają się z perlistym ślinotokiem, który nie płynie ku dolinom – o! nie – a ku szczytom zmierza. ‘Nam jedna szarża – do nieba wzwyż’ poprowadzi nas subtelny (oczywiście, że subtelny a nie gburski) Krzysztof Kamil.
Leon Bakst “Elisium”
I tak odrodziło się nam, po tysiącleciach westchnień próżnych, Elizyjum. W sposób tak łatwy i prosty, że aż zdumiewające, że nikt na pomysł wcześniej nie wpadł. Za jednym słowem prostym, znanym, częściej niż trzeba może używanym: idiota.
Warto by chyba przypomnieć sobie powieść pod tym tytułem Fiodora Dostojewskiego. Jest zajmująca. Być może wiele mówiąca. Czy ‘idiotą’ jest tak określony, tak nazwany, czy są nimi tak go określający, nazywający? Kurosawa, sam twórca pierwszej wielkości, tak reflektował przy pracy nad adaptacją dzieła Dostojewskiego: Prawdziwie dobry człowiek bowiem w oczach innych jest uznawany za idiotę. To jest tragedia tej historii. Historii zrujnowanego, czystego człowieka”. Naturalnie, nie sugeruję iż domyślny adresat (PiSowski wyborca, zakładać można), tego słowa użytego przez Olgę Tokarczuk, jest przykładem dobrego, czystego człowieka. Ale, gdy się publicznie pewne oceny wyraża na spotkaniu, które było filmowane i w czasie współczesnym, gdy wiadomo, że takie opinie osoby bardzo znanej – noblistki, wybitnej pisarki – natychmiast ukażą się wszędzie i wobec wszystkich – pewne niuanse (?) rozmydlą się. Gdybym ja tak powiedział do moich czytelników – nikt by uwagi (poza garsteczką tych czytelników, LOL) na to nie zwrócił. Przez to, że osoba autentycznie wybitnej pisarki nie ma tego samego przywileju zacisza własnego pokoiku, który mam ja – konsekwencje są inne. A z reszty wypowiedzi skierowanej owszem, do zebranych przyjaciół i wielbicieli talentu pisarki – wyszło jeszcze większe nieporozumienie i błąd. Po prawdzie ‘idiotami’ zostali wszyscy, którzy większości jej twórczości nie czytali. Lub tylko we fragmentach. A takich jest dziś sporo. Inne czasy, niezbyt przychylne dla literatury słowa pisanego dłuższego od jednego arkusza. Możemy nad tym ubolewać (powinniśmy) ale trudno tego trendu, nie tylko polskiego, nie zauważać. Na nagrywanym spotkaniu z fanami noblistki nastąpiło mrugnięcie porozumiewawcze okiem: wiecie, to między nami, wy rozumiecie wysoką literaturę, wy jesteście inni od ‘nich’. I najgorsze, w zasadzie niewybaczalne: piszę tylko dla was. A to już arogancja. Zbyteczna. Oczywiście w Polsce dzisiejszej, Polsce podzielonej bardzo ostro, gdzie obowiązuje zasada: kto nie z nami ten przeciw nam – obywatel przeciwny kato-faszyzującego obozu władzy jest niejako zmuszony stanąć po stronie pisarki. Nawet jeśli w duszy czuje się dość skrepowany, bo wie, że nie czytał wszystkich wydań Tokarczuk lub nie czytał nawet w ogóle. Czyli wie, że jest … idiotą. Ale wie też, że to nie zupełnie sprawiedliwe, za idiotę się nie uznaje. I mnie też się wydaje, że taki obywatel nie jest idiotą. W tym wypadku wole już być tym Myszkinem Dostojewskiego, niż dołączyć do ślinotoku wyznawców religii skądinąd fantastycznej pisarki. Kultura nie wysoka a kultura celebrycka, ot co.
Najazd rosyjski i wynikła z tego wojna rosyjsko-ukraińska ma dwa różne wymiary. Dwa zasadnicze, bo w tym starciu dwóch odmiennych światów naturalnie tych wymiarów i płaszczyzn jest bardzo wiele.
Wymiar niesprowokowanej i wyjątkowo brutalnej agresji Rosji Putina na niepodległe państwo;
wymiar geopolityczny ze względu na stabilność Europy , jako spuścizny tzw. porządku jałtańskiego, który od lat 1945-47 utrwalił obecny kształt państw europejskich.
Wymiar pierwszy zasadniczo określa reakcje większości świata demokracji, a szczególnie tzw. demokracji zachodnich. Jest napaścią na ukształtowany system europejski, który stanowi o trwałości granic i powstrzymywania się od wszelkich ingerencji militarnych w obszarze atlantyckim Europy i Ameryki Północnej. Zwłaszcza ze strony mocarstw nuklearnych (USA, Wielka Brytania, Francja i Rosja). Obszar Azji i Pacyfiku to konkurencja innych mocarstw (Chiny, USA głównie). Afryka to też odrębny obszar innych sił, konkurencji i zagrożeń, kompetycji militarno-polityczno-ideologiczno-surowcowych zarówno Azji, jak i USA i Europy.
Wymiar drugi jest wyzwaniem rzuconym porządkowi jałtańsko-poczdamskiemu po II wojnie światowej w Europie. Można ryzykować tezę, że porządek ten został odrzucony na przełomie lat 88. i 90. ubiegłego wieku. Ale to teza fałszywa, gdyż te kolosalne zmiany miały charakter pokojowy, bez jakiejkolwiek ingerencji militarnej mocarstw (USA lub Związek Radziecki/Rosja) i państw nuklearnych. Poza dwoma państwami niemieckimi, które się zjednoczyły (każde ze swoimi post-jałtańskimi granicami) drogą naturalną i pokojową. Powstałe niepodległe byłe republiki sowieckie (Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś, Ukraina) zyskały niepodległość też w granicach swoich, wyznaczonych zresztą jeszcze przez Związek Radziecki w latach 1945-47. Nie spowodowało to jakichkolwiek zmian terytorialnych w innych państwach ościennych ani nie wywołało jakiegokolwiek konfliktu zbrojnego. Obecny najazd rosyjski na Ukrainę podwala cały ten porządek granic narodowych ustalonych w latach 1945-47. Podwala w związku z tym legalność i prawne międzynarodowe podstawy legalne tego porządku, vide tych granic.
Wymiar (1) nie wymaga de facto tłumaczenia. Od początku inwazji putinowskiej przywództwo polityczne i militarne strony rosyjskiej wykazuje się wzrastającym wręcz z tygodnia na tydzień wyjątkowym okrucieństwem wobec ludności cywilnej; nie przestrzeganiem zasadniczych ustaleń i konwencji prowadzenia działań wojennych (bombardowanie miast, osad i wiosek bez odróżniania celów militarnych od ludności i zabudowań cywilnych; celowe i świadome terroryzowanie ludności cywilnej, bombardowanie szpitali i obiektów medycznych, przesiedlanie ludności miejscowej na tereny Rosji właściwej; ostrzeliwanie konwojów cywilnych uchodźców z terenów bezpośrednich operacji wojskowych). Ta lista jest wyjątkowo długa i nie ma sensu jej kontynuować. Jest też rejestr tych zbrodni prowadzony przez niezależne komisje, przedstawicieli organizacji międzynarodowych i z krajów ościennych, relacje niezależnych reporterów i dziennikarzy nie rosyjskich i nie ukraińskich. Mnożą się śledztwa i dochodzenia konkretnych zbrodni wojennych żołnierzy rosyjskich na ludności cywilnej. Wszystko to na terenach europejskich, u granic Unii Europejskiej. Bledną wobec tego nawet zbrodnie dokonywane w czasach wielkiego konfliktu bałkańskiego po upadku Jugosławii. Zwłaszcza wobec realnego niebezpieczeństwa przelania się tego konfliktu na resztę Europy i naturalny lęk nie tylko o wojnę nuklearna ale i możliwość doświadczenia podobnego terroru w państwach bezpośrednio graniczących z Ukrainą lub Rosją (Polska, Kraje Bałtyckie, Litwa, Rumunia, Mołdawia, być może nawet Węgry wbrew ugodowej wobec Putina postawie Orbana). Efektem tego jest kompletnie niewyobrażalne kilka miesięcy temu złożenie oficjalnej deklaracji Szwecji i Finlandii o wstąpienie do NATO. Wszystko to powoduje polityczne, militarne i popularne wśród społeczeństw europejskich sympatie i wspieranie Ukrainy w tym konflikcie. Masowość, rozmiar tego wsparcia i konkretne (zwłaszcza militarne) akcje Europy, USA i Kanady są pierwszą niekwestionowaną klęska Putina i Rosji. Klęską, której rezultaty Rosja będzie odczuwać długo po zakończeniu tej wojny ( jakimkolwiek jej zakończeniu).
Wymiar (2) nie jest ani taki prosty ani tak jasny, jak się w pierwszym momencie wydaje. Zacznijmy od początku, czyli od tzw. porządku jałtańsko-poczdamskiego tryumwiratu Roosevelt/Truman (USA) – Churchill (Wlk. Brytania) – Stalin (Związek Radziecki).
Miedzy 4 a 11 lutego 1945 w Jałcie spotkali się przedstawiciele tzw. Wielkiej Trójki (Stalin, Roosevelt i Churchill) by uściślić rozmowy Konferencji w Teheranie w 1943. De facto było to uśmiercenie II Rzeczpospolitej Polskiej, które de iure nastąpiło w 1947. Utrata olbrzymich terytoriów polskich na wschodzie zmieniła diametralnie charakter państwa i społeczeństwa polskiego, a utracenie tak ważnych centrów historyczno-kulturowych, jak Lwów i Wilno, wręcz zachwiało historyczną ciągłość tworu zwanego Rzeczypospolita Polska. Zwłaszcza utrata Ziemi Lwowskiej będącej częścią Krony Polskiej od czasów prastarych, to przerwanie ciągłości historycznej państwa najbardziej charakteryzowała. Ta Konferencja wywracała porządek historyczny i polityczny całej Europy na linii od Bałtyku, wzdłuż Karpat, aż do Morza Czarnego. Najbardziej diametralna zmiana granic i utraty historycznych terytoriów dotknęła dwa państwa, gdzie II wojna światowa się rozpoczęła: w równym stopniu agresora, jak i ofiarę agresji: Niemcy i Polskę. Zlikwidowano tym samym niepodległe przed 2 wojną państwa bałtyckie (Łotwa i Estonia) i Litwę. Świadomie nie piszę tu o Ukrainie, gdyż nie można postawic znaku równości między republikami radzieckimi a państwami byłego Układu Warszawskiego, które quasi suwerenność i niepodległość posiadały. Granice wewnętrzne i zewnętrzne Ukrainy radzieckiej były de facto i de iure granicami Związku Radzieckiego.
Ze wszystkich bodaj granic tzw. porządku jałtańsko-poczdamskiego, to właśnie granice Ukrainy są najbardziej skomplikowane. Niepodległa, dzisiejsza Ukraina, ogłaszając swą niepodległość w grudniu 1991 r. powstała na terenach Ukraińskiej Republiki Radzieckiej. Nie była ciągłością ani Hetmanatu Ukraińskiego, ani Ukraińskiej Republiki Ludowej ani Ukraińskiej Ludowej Republiki Rad. Wszystkie te twory istniały w różnych okresach od 1917 do wybuchu 2 wojny i napaści Związku Radzieckiego (a więc i Ukraińskiej Republiki Radzieckiej w ramach tego imperium sowieckiego) – w sojuszu z hitlerowskimi Niemcami – na Polskę. Każdy z tych tworów państwowych posiadał umowy i traktaty graniczne z Rzeczpospolitą uznające istniejące granice Rzeczypospolitej Polskiej. Ukraińska Republika Radziecka, obok federalnych władz Związku Radzieckiego oficjalnie sygnowała i potwierdzała ustalone w Traktacie Ryskim ostateczne granice polsko-ukraińskie. Granice obecne Ukrainy są więc efektem gwałtu zbrojnego (lub szantażu zbrojnego) na międzynarodowo uznanych granicach szeregu państw: głównie Polski ale też Węgier, Czechosłowacji, Rumunii. Najpóźniejsze tego przykłady miały miejsce (wbrew wcześniejszych obietnic i zapewnień Stalina) po zakończeniu 2 wojny. Było to szczególnie widoczne na terenie Zakarpacia, znanego też jako Ruś Zakarpacka. Przez blisko 1000 lat Ruś Zakarpacka była w granicach Królestwa Węgier ( również w latach Cesarstwa Austro-Węgierskiego zaliczana była do Korony węgierskiej). Po rozpadzie Austro-Węgier, międzynarodowym traktatem przyłączona do Czechosłowacji, jako trzeci region federacyjny (po Słowacji). To jedyna kraina, gdzie ludność miejscowa określała się, jako Rusini, nie Ukraińcy. Do dziś duża grupa Rusinów nie uznaje narzucanej z Kijowa nomenklatury (i etniczności) ukraińskiej. W południowej części Ruś Zakarpacka zamieszkiwana jest przez ludność węgierskojęzyczną i Węgrzy przez cały okres wolnej Ukrainy (po 1991) domagali się od Kijowa większego wpływu na ich losy, autonomii. Być może jest to jeden z powodów rusofilstwa premiera Węgier Orbana, który (gdyby Rosja przeważyła w obecnym konflikcie zbrojnym) możliwe, że liczy na odzyskanie kilku graniczących z Węgrami regionów Zakarpacia?
nota uściślająca: podkreślam w temacie Zakarpacia kwestie językowo-etniczne inne od ukraińskiej dla podkreślenia złożoności wielu terytoriów, ich historycznej przeszłości. Nie jest moim celem stwierdzenie braku jakiejkolwiek łączności lub poczucia ukraińskości całej ludności Rusi Zakarpackiej. Obecnie, ponad 70 lat po przyłączeniu Zakarpacia przez Rosje sowiecką do Ukrainy i tyleż lat trwającej ukrainizacji, większość ludności uznaje się za ukraińską. Ale ciągle silne są tradycje i poczucie odrębności, osobności, poczucia bycia Rusinem. W ostatnich latach caratu, silna była na Zakarpaciu opcja moskalofilska dążąca do wspólnoty etniczno-państwowej z Rosją i Rosjanami, nie z Ukrainą. Być może właśnie Zakarpacie jest najbardziej klasycznym przykładem historycznie skomplikowanych i wielorodnych etnicznie i kulturowo terenów, które dziś leżą w granicach Ukrainy. Wyjątkowym też tego przykładem jest Półwysep Krymski, opisany poniżej.
Najpóźniejsza zmiana terytorialna Ukrainy, w ramach republiki związkowej Rosji Sowieckiej, nastąpiła w 1954. Otóż w rocznicę Umowy Perejasławskiej, w której Kozacy pod wodzą Chmielnickiego oddali Rosji w ‘wieczyste władanie’ południowo-wschodnią Ukrainę, Nikita Chruszczow, ówczesny Sekretarz Generalny KC KPZR (czyli faktyczny dyktator Związku Radzieckiego) przekazał Krym w prezencie dla Radzieckiej Republiki Ukrainy. Oczywiście, Chruszczowowi w 1954 nawet do głowy przyjść nie mogło, że blisko 40 lat później nie będzie … Związku Radzieckiego. Więc ten szczodry prezent był dla Rosji bez znaczenia. O niepodległym, tatarskim Krymie już nikt z Tatarów myśleć nie mógł. Postarał się o to sam Stalin dokonując masowych zsyłek ludności tatarskiej na Zakaukazie. Takich samych, jakich dokonał w Zachodniej Galicji i na Wołyniu wobec ludności polskiej (potem kontynuowanych przez ludobójstwo dokonywane na pozostałych Polakach na Wołyniu przez ukraińskie oddziały Bandery).
Ostatnią szansą Krymu na odzyskania tatarskiej niepodległości i odtworzenia własnego, należnego im państwa, stworzył generał carski, polski Tatar z Wileńszczyzny (urodził się w majątku pod Lidą), Maciej (Sulejman) Sulkiewicz. Stworzona przez niego Krymska Republika Ludowa istniała od czerwca 1917 do kwietnia 1919, kiedy została zajęta przez wojska Armii ‘Białej’ Rosji generała Denikina. Denikin początkowo był przychylny koncepcji niezależnego Krymu, ale jego następca, generał carski Piotr Wrangel uznał Krym, jako część Imperium Rosyjskiego i o niezależnym Krymie słyszeć nie chciał. W kwietniu 1919, ostatni minister Republiki Krymskiej, Dżafar Sejdamet zażądał od Ligii Narodów przekazanie mandatu nad Krymem Polsce. Niestety, losy tej części Europy były już przesądzone. Po wkroczeniu na Krym oddziałów bolszewickich marzenia o tatarskim, niepodległym Krymie zostały pogrzebane a terror sowiecki wymordował tysiące patriotów krymskich.
Jeszcze w czasach Chanatu Krymskiego półwysep zamieszkiwany był przez różne grupy etniczne – Greków, Niemców, Turków. Później, w latach panowania rosyjskiego, osiedliło się tam też sporo Rosjan. Od czasów bolszewickich Krym ‘oczyszczono’ z wielu elementów etnicznych. Pozostali coraz mniej liczni Tatarzy i ciągle rosnąca w sile ludność rosyjska. Przez długi okres czasu nawet Sowieci uznawali, przynajmniej w sposób symboliczny, tatarską historię Krymu i kolejne nazwy administracyjne tego regionu zawierały nadawały mu status osobnej republiki w ramach Związku Radzieckiego. Po przyłączeniu przez Chruszczowa Krymu do Ukraińskiej Republiki Radzieckiej, Krym utracił prawa republiki i określano je jedynie jako ‘obwód krymski. W momencie rozkładu Związku Radzieckiego miejscowa ludność (Rosjanie tworzyli wówczas już zdecydowana większość na Krymie) powstała Krymska Autonomiczna Republika Radziecka, która dążyła do powrotu Krymu w granice Rosji. W ramach umów z nowym państwem rosyjskim Ukraina rozwiązała ten twór i stworzyła na Krymie Autonomiczną Republikę Krymu. Kolejna zmiana nastąpiła w 2014 po ponownym zajęciu Krymu przez wojska rosyjskie i referendum, które ogłosiło niepodległość Krymu, a następnie włączenie Republiki Krymskiej do Federacji Rosyjskiej. Ten stan faktyczny istnieje do dziś. Ukraina nie uznaje tej aneksji i ma w tym poparcie minimalnej kwalifikacyjnej większości krajów-członków ONZ (100 państw na 197 członkowskich). W momencie aneksji Ukraińcy stanowili 24% mieszkańców Krymu, wobec blisko 58% Rosjan. Rdzenna ludność Tatarów krymskich i Tatarów z innych rejonów (w tym polskich) wynosi już tylko niecałe 13%.
Warto też zwrócić uwagę na Bukowinę i ludność zamieszkującą ten historyczny region. Usilna polityka ukrainizacji prowadzona już od wczesnych lat Ukraińskiej Republiki Radzieckiej, kontynuowana przez niepodległa Ukrainę, komplikuje etniczność wielu ludów. Zwłaszcza tych, którzy uznają się (i są przez wielu badaczy za takie uznawane) za osobna grupę Rusińską, niezależną od Rosjan i Ukraińców. Należy tu głównie wymienić Hucułów, Bojków i Łemków, ale też inne, mniejsze grupy. Mówimy głównie o plemionach Rusińskich z terenów górskich, tzw. Grupa Karpatorusińska.
Wszystkie te odcienie lub wręcz inne kolory mapy etnicznej historycznych terenów nowego, terytorialnie bardzo obszernego tworu politycznego, jakim jest powstała w 1991 roku Ukraina, umyka jednoznacznej i zgodnej z rządowa propagandą opisowości tego, co i kto jest ‘ukraińskie’. Zwłaszcza w czasie i okresie straszliwej wojny, jaka zagraża istnieniu i państwa i narodu ukraińskiego. A to, że i państwo i naród ukraiński (jako osobna i wyraźna grupa etniczna) istnieje wątpliwości być nie może. Więc absurdalne stwierdzenia dyktatora Rosji, że państwo i naród ukraiński to sztuczny twór nie może być nawet dyskutowany. O tym czy naród istnieje … decydują tylko i wyłącznie ludzie z tych terenów. I od kilkuset lat zdecydowali bez wątpliwości. Proces scalania etnicznego, syntezy narodowej, trwa bardzo długo. To zabrało długie setki lat kształtowania się wszystkim państwom Europy od czasów Karolingów. Prawie całe Średniowiecze. A niektóre różnice pozostały do dziś, nawet w granicach jednolitego państwa. Choćby Ślązacy i Kaszubi w Polsce, którzy z uporem (i słusznie, bo tylko oni mogą o tym kim są decydować) podkreślają swoją osobność i własną świadomość językowo-etniczną. Nie piszę tu ludziach z różnych, odległych kulturowo i etnicznie części świata, którzy osiedlili się, jako emigranci, w danym kraju. To jest zupełnie inne i naturalne zagadnienie, nie mające nic wspólnego z tzw. matecznikiem narodowej etniczności. I tożsamości narodowej.
Wojna trwająca na Ukrainie i przybierająca z każdym tygodniem (po pierwszym, początkowym militarnym blamażem Putina i jego armii) gorsze wyniki dla Ukrainy, nie jest dobrym czasem na tego typu refleksje. Ale warto nawet w czasie wojny pomyśleć, że kiedy czas pokoju nastanie trzeba te skrywane lub celowo niedostrzegane zagadnienia rozwiązać. Nie jest tak, że gdzieś jakiś mierniczy (sowiecki, niemiecki, wersalski czy rosyjski) linijką na mapie zaznaczył, że tu są Ukraińcy, tu Polacy, a tam Węgrzy czy Rumuni. Panslawizm jest mrzonką szkodliwą (główna zabawa historiozoficzna Rosjan, bardzo niebezpieczna dla sąsiadów), tak jak był nią pangermanizm i inne wypaczenia. Iść tą drogą to na końcu utknąć, gdzieś by trzeba w Rogu Afryki chyba. Lub na stepach mongolskich.
Ale grupy etniczne i narodowościowe, nawet w formalnie do dziś istniejących granicach Ukrainy, zawsze mieć będą lepszą przyszłość, szanse na zapewnienie ustawowe większych wolności, być może autonomii, niż miałyby w jakiejkolwiek formie pod butem putinowskiej Rosji. Może nawet prawo do samostanowienia – które ostatecznie winno być ciągle fundamentalnym prawem cywilizacji zachodniej i porządku światowego. To są już inne jednak kwestie. Na jutro, którego kształtu dziś jeszcze nie znamy.
Ukraina, która wyłoni się z tej wojny winna też zmusić się do spojrzenia na własną historię ostatnich stu lat. Trzeźwe, spokojne. Niektóre rzeczy działy się zapewne głównie z rozkazów z Moskwy lub z Berlina (w różnych okresach tych stu lat). Nie wszystkie jednak można tylko na te czerwone lub brunatne barki zrzucić. Im bardziej sumienne będzie te spojrzenie, tym łatwiej będzie się zmierzyć z tą przeszłością. Polacy wkroczyli na ta drogę ponad dwie dekady temu. Była bardzo trudna ale już powoli przynosiła wyniki. Tylko po to, by od 2015 zacząć to niweczyć i upiory ksenofobii i ultra nacjonalizmu na nowo obudzić.
Niemieckie szanowane światowe konsorcjum medialne Deutche Welle powtórzyło za portalem Tagesschau ciekawe spostrzeżenie niemieckiej historyczki, Franziski Davies, która pisząc o stosunkach i przeszłości polsko-ukraińskiej powiedziała znamienne słowa w odniesieniu do bolesnej rocznicy masakry Polaków na Wołyniu, podkreślając, że Polacy określają to, jako ‘Rzeź Wołyńska’, a Ukraińcy, jako ‘Tragedia wołyńska’. Historyczka reflektuje: „Ale tragedia dzieje się wtedy, gdy nikt nie jest w stanie niczego zrobić. W rzeczywistości masakry z 1943 i 1944 roku były celową czystką etniczną Wołynia i Galicji Wschodniej z ludności polskiej”. To jeden z najboleśniejszych fragmentów wspólnej, blisko 1000 letniej historii. Są inne. Zawsze pamiętam w takich momentach o zdumiewającym oświadczeniu Prymasa Tysiąclecia, zwracającego się w latach 60. do Niemców: ‘wybaczamy i prosimy o wybaczenie’ (faktycznym autorem tekstu był arcybiskup wrocławski – co też było symboliczne – Bolesław Kominek).
Warto je pamiętać po obu brzegach Bugu i Sanu.
Raz jeszcze zreasumuję owe przytoczone we wstępie dwa wymiary agresji Rosji na Ukrainę:
wymiar skutków bezpośrednich niezwykle brutalnej wojny już teraz jest porażający. Nawet nie w samych stratach ludności i żołnierzy (i rosyjska i ukraińska propaganda są to mało realistyczne), którzy bezpośrednio zginęli w wyniku działań wojennych, które są, wydaje mi się, zadziwiająco niskie biorąc pod uwagę nieustanne bombardowania rosyjskie. W niewyobrażalnym, konsekwentnym niszczeniu jakiejkolwiek infrastruktury. Każde zajęcie kolejnego miasta poprzedzane jest wielodniowym lub wielotygodniowym barażem artyleryjskim, rakietowym, lotniczym. Pretekst ‘niszczenia obiektów militarnych’ używany przez Rosjan jest kompletnym kłamstwem. Chyba, że każda ulica, każdy dom, szpital, kościół lub cerkiew są ‘obiektem militarnym’. Rosjanie łamią wszystkie postanowienia konwencji haskiej i innych praw wojny. To jest bez przesady strategia ‘spalonej ziemi’. Obojętnie kto z konfliktu wyjdzie zwycięską ręką – spustoszenie kraju, tam gdzie linie frontu przebiegają, jest niewyobrażalne. Jeżeli dalej utrzymywana jest przez nas zasada silnego wsparcia dla Ukrainy – wysiłek zbrojny (dostarczanie dużej ilości broni artyleryjskiej, rakietowej, pancernej) musi być natychmiast wzmożony. Musimy skończyć z koniunkturalnym i wygodnym traktowaniem sankcji ekonomiczno-gospodarczych. Te sankcje muszą być żelazne i bez ustępstw – co wiązać się musi z kosztami dla społeczeństw naszych, zachodnich. Niestety, wojny bezpośredniej ani pośredniej (by proxy) bez wysokiej ceny prowadzić nie można. Wojny z wielkim państwem i doskonale uzbrojonym, jakim jest Rosja. Dla Rosji straty w ludziach własnych są mało istotne. Nigdy problem nie były. Ale Ukraina traci prawie z dnia na dzień miliony. Nie w zabitych, ale ludności, która znalazła schronienie w Polsce, Rumunii, Mołdawii – sporo z nich udało się już tymczasowo przesiedlić do dalszych krajów, niektórych aż za ocean. Tymczasowo? Nie, nie wszyscy wrócą. Ale nikt z nich teraz nie może zasilić szeregów sił zbrojnych Ukrainy. Miliony zostały zajęte przez Rosjan, tysiące przesiedlonych w głąb Rosji. Jak zastąpić poległych lub rannych żołnierzy na froncie?
Im dłużej ta wojna trwać będzie – tym trudniej będzie naszym społeczeństwom koszty tej wojny przez nas ponoszone wytłumaczyć. Tylko zdwojenie wysiłku teraz i umożliwienie podjęcia przez Ukrainę kontrofensywy może to zmienić.
Geopolityczne skutki dla tzw. porządku jałtańsko-poczdamskiego? Ten porządek został już kilka razy podważony. Był narzucony zbyt wielu narodom, by zbyt wielką nabożność do niego przykładać (nie zapominajmy Bałkan i casusu Kosowa). Ale nie wolno zgodzić się kategorycznie na zbrojne, przez agresję militarną, jego druzgotanie. To stworzy sytuacje wybuchową dla całej Europy. A więc zagrozi również pokojowi na innych kontynentach. Musimy być otwarci na ewentualne negocjacje – ale nie na czołgi i deszcz rakiet. Nie wolno teraz zwłaszcza zapomnieć, że ten porządek był też kontynuacją aliansu stalinowskiej Rosji i hitlerowskich Niemiec. Ustępstwo wobec Putina jest pluciem w twarz wszystkich ofiar 2 wojny światowej. Rosja nie była ofiarą Hitlera – była ofiara własnej chciwości terytorialnej. To słabość Europy i USA zmusiła Zachód do przyjęcia Stalina w poczet Aliantów. Ten zaś po pokonaniu Hitlera zniewolił blisko połowę Europy. Czy chcemy powtórzyć ten sam kardynalny błąd strategiczny wobec Putina?
W poprzednim, dość obszernym tekście pisałem o moim ‘spotkaniu z aniołami’. Nie, nie tymi niebiańskimi – tymi ziemskimi. Ludźmi, którzy bez jakiś nadzwyczajnych predyspozycji, koneksji lub układów z ‘wielkimi’ lub możnymi tego świata podjęli się niebezpiecznej i bardzo trudnej akcji niesienia pomocy Ukraińcom – bezpośrednio do Ukrainy. Nie czuli się bohaterami. Za bohaterów uznają tych, którzy tam, na Ukrainie, mieszkają. W swojej ojczyźnie. Przedstawiłem tych aniołów na przykładzie Moniki Brząkały i Pawła Cichonia. Monika mieszka na stałe w Holandii, Paweł w Mielcu. Teraz wspólnie organizują konwoje z żywnością, lekarstwami i wszelkimi innymi środkami niezbędnymi do przeżycia, do ratowania życia ludzi tam. I do transportu, w drodze powrotnej tych, którzy uchodzą do Polski przed pogromem, śmiercią, przed rosyjskimi bombami i pociskami.
Tamten tekst, po angielsku, był dłuższy, z osobistą refleksją, nakreśleniem szerszym tła. Skierowany głownie do czytelnika innego, stąd w tej współczesnej lingua franca napisany. Polakom, którzy chyba lepiej niż większość innych narodów, tą tragedię znają i rozumieją – takiego wyjaśnienia nie potrzeba.
Nie zmienia to jednak faktu, że tym aniołom pomoc z nieba nie spada. A ich własne fundusze dawno się wyczerpały. Nie wyczerpała się jedynie chęć i upór niesienia tej pomocy.
W 1575 Rzeczpospolitą wstrząsnęły wieści o napaści na Podole hordy tatarskiej. Najwybitniejszy twórca literatury narodowej doby Odrodzenia, Jan Kochanowski, napisał wówczas Pieśń ‘O spustoszeniu Podola”. Niejako proroczą na czasy obecne napaści hordy moskiewskiej. Tyle, że już nie polski rycerz i piechur ma Podola bronić a Ukraiński, który jakże niedawno, wymarzoną od długiego czasu, suwerenność zyskał. Z tejże Pieśni Jana Czarnoleskiego wiele nauk na sytuację obecną płynie. Ale zasadniczym hasłem utworu (i przestrogą wobec skutków nie skorzystania z wezwania poety) jest zawołanie: ‘dajmy, a naprzód dajmy!’. O przesyłki i dostawy broni, środków militarnych dla Ukraińców martwią się (skutecznie, miejmy nadzieję) współcześni ‘królowie’ wielu państw. My pomóżmy tym, którzy niosą pomoc humanitarną. Serdecznie więc zachęcam wszystkich, którzy chcą i mogą, o dotację każdego ‘grosika’ na akcję tych ‘aniołów’.. Wiem, że nie jedynych. Ale zdecydowanie wartych wsparcia.