The only way you can really appreciate the view of the entire downtown of Halifax – is to drive across the bridge. You can go on My Rocks to North Dartmouth. The view is very nice but you can see it only at an angle. If you want to snap a few pictures en face – the only and truly wonderful is to take the Trans Canada Trail from the Cove. The walk is splendid. There are benches to take a rest and … enjoy! Go ahead, take a few snaps. I stopped there this morning, on the way back from the hospital.
View of the Cove on Dartmouth side – where the Trail starts.
The shores of the Atlantic in Nova Scotia offer unparalleled vistas. Both: natural, not needing any augmentation or adjustments, and some that just beg to be transform into another realm of possibilities. What we see and what we imagine. Which is true?
In my walks, I never forget to take my camera. Not that we really need one these days – after all, we all have smartphones.
Many of these ‘travels’ are just under my nose, on My Rocks next to home. But even there – I always find something that is or seems to be different. Light? The hour of the day or night? The season? The variants are plentiful.
Plaże i lato. Pierwsze bez Ciebie. Tak, wiem. Nie byłeś ani plażowiczem ani amatorem opalania się i pływania. Jeżeli już to w basenie, a nie w miejscach z żywymi stworzeniami. Mimo to jeździłeś ze mną. Bo wiedziałeś, że to dla mnie ważne. Kocham morze i pływanie w nim. A ty kochałeś mnie. Braliśmy więc jakieś parasole i ochraniacze dla Ciebie, nigdy (prawie nigdy, LOL) nie namawiałem Cię do kąpieli. Ale czasem i to robiłeś kiedy woda była spokojna, przejrzysta i mogłeś widzieć, czy coś w niej nie pływa, nie czyha na Ciebie. I pod groźbą zabójstwa kategorycznie zabraniałeś robić mi zdjęć w tych momentach. Ale czasem zapominałeś się i spacerowaliśmy razem po pas w wodzie chodząc długo wzdłuż brzegu, zwłaszcza gdy nie było obok świadków tego przestępstwa. Kochałem te Twoje dziwactwa. Wobec moich występków były zaiste urocze. Ale kochałem jeszcze bardziej, gdy rzeczy robiliśmy razem: spacery, podróże, i tak – czasem nawet kąpiele w morzu razem. Bo gdy robiliśmy rzeczy razem było nam najlepiej, były najpiękniejsze, najciekawsze.
22 lipca byłem na plaży w Taylor’s Head Provincial Park. Skreśliłem siedząc na piasku kilka słów:
Tak, poznaję twój słony zapach, poznaje głęboki błękit wody, mieniące się niczym otwarta szkatuła dno twojej zatoki. Puszyste pierzynki chmur zawieszone nad skałami twych brzegów. Poznaję. Kiwam głową na przywitanie. Ze wszystkich moich miejsc tutejszej ziemi byłeś chyba mi najbliższe, najserdeczniejsze. Zawsze dawałeś spokój i ukojenie.
Tu zatrzymaliśmy się na odpoczynek wiosną w 22 roku. W czasie naszej ostatniej już długiej podróży z Halifaksu do uroczego Antigonish i potem szosą przez środek półwyspu, do Sheet Harbour. Nie wiem czy bardziej cieszyły mnie nowe widoki i miejsca, czy sam fakt długiej podróży z Tobą. Bo podróżowanie z Tobą było jedną z największych przyjemności mojego życia.
Więc tu, w Taylor’s Head Park, zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Nie było już nikogo na plaży. Tylko my, ja i Ty. I ona – woda wieczna, woda śpiewająca pieśń głębin. Dzięki Ci za to.
23 lipca pojechałem na Martynique Beach. Spisałem i tam myśli o Tobie.
Piękna , długa plaża. Chodzę po niej i raduje się wodą nadzwyczajnie w tym roku ciepłą. Fale przynoszą błogi chłód nagrzanej od słońca skórze. Kradnę radość życia.
Kradnę, bo wszystko we mnie krzyczy, że nie mam prawa. Że skoro nie ma Ciebie tu ze mną, nie powinienem. Bo chodziliśmy tu razem. Że kładąc się na ręczniku tak starałem się ułożyć, by dotykać Twojego ramienia. Taka śmieszna, dziecięco-szczenięca potrzeba dotyku ciała osoby bliskiej. która czyni świat bezpiecznym, znajomym, dobrym. A teraz nie mogę się do Ciebie przytulić, wiec świat nie może być dla mnie bezpieczny, znajomy.
Myślę często też (co mnie zaskakuje, że ku temu myśli biegną w czasach smutno-złych) o życiu ogólnie. Długie już dla mnie było, więc coś tam można wydedukować, zrozumieć. Szedłem onegdaj tymi wysokimi skałami koło Penant, tam gdzie trasa zaczyna się łagodnie od Crescent Beach, a potem idzie stromo w górę na głazy-olbrzymy i wąskie, zarośnięte ścieżki w kosodrzewinie. Gdzieś, na jakimś zakręcie-wykrocie potknąłem się. Agnieszka, która była ze mną, obsztorcowała mnie zaniepokojona: uważaj, patrz pod nogi, bo się potkniesz! No to się potknę, może nawet się wywrócę, i co z tego moja droga? To prawda, że patrząc stale pod nogi, w dół, idzie się bezpieczniej. Ale nie zauważysz nieba i pędzących po nim marzeniach. Więc warto iść z zadartą do góry głową, biec za marzeniami. Nawet kosztem stłuczonego kolana i siniaka na czole.
Kilka dni temu robiłem notatki z wyjazdu na Conrad Beach 2 sierpnia.
Przyjechałem sam. Wyjątkowo dziś trudno było w domu. Wszystko i wszędzie mi przeszkadzało, upokarzało złośliwością mebli, podłóg, przedmiotów. Nie mogłem sam z sobą rozmawiać, nie mogłem, rozmawiać z Tobą.
Zostałem tu z tysiącem papierów, dokumentów, które mnie świadomie oskarżały o to, że jestem, że przetrwałem. O to, że … żyję. Najdokuczliwsze w tym było uczucie masochistycznej satysfakcji: tak! Powinieneś źle się czuć. Powinieneś żałować, że nie poruszyłeś wszystkiego, co możliwe i nawet tego, co było niemożliwe, by nie dopuścić tej śmierci!
Mój dom stał się dziś więzieniem całej mojej beznadziejnej egzystencji. Celą skazanego na życie bez Ciebie. Życie, którego nie uratowałem.
Uciekłem więc na moją ulubioną plaże. Było już późne popołudnie, bez tłumów. Cała jej zachodnia część była pusta, bez ręczników, bez namiotów i parasoli. Rytmiczny huk fal rozbijających się na piaszczystym brzegu wyciszył wszystkie niepokoje. Mogłem z Toba spokojnie rozmawiać.
Czy pamiętasz te śmieszne uczucie, gdy idziesz boso brzegiem morza i nadpływające fale wypłukują spod twych stóp piasek? Jakbyś spacerował po jakiejś pustyni z ruchomymi piaskami, które mogą cię pochłonąć. Tak dziś się czułem. Ziemia usuwała mi się spod nóg. Miałem nawet cichą nadzieję, że mnie pochłonie. Oczywiście – nie pochłonęła. Ale miałem nadzieję. A nadzieja to takie miłe uczucie. Takie, jakie się ma stojąc na peronie oczekując na kogoś. Spodziewając się, że ten ktoś za chwile wysiądzie i rzuci ci się na szyję. Chciałbym pojechać na taką stację, chodzić po takim peronie wypatrując w dali czy pociąg już nie nadjeżdża…
Są dni, że bycie samemu w naszym domu jest jak puchar ambrozji w gorące popołudnie. Słyszę i widzę Cię wszędzie. Wszystko mi Ciebie przypomina. Każda szklanka ma odciski Twoich palców. Poduszki ciągle pachną Twoja skórą. W pudełeczku dziesiątki karteluszek z Twoimi zapisami różnych przepisów kulinarnych. Staram się tak rzeczy uprane, wymyte, wyprasowane lub odkurzone układać i ustawiać, jak Ty je ustawiałeś i układałeś. Uśmiechasz się do mnie ciepło, gdy to robię. W takie dni nie lubię ani telefonów, ani odwiedzin, ani wychodzenia na spacery. Ledwo mogę ścierpieć wtedy te codzienne jeszcze moje wizyty w szpitalu. Chce być wtedy w domu, który jest w te dni ciągle naszym Domem.
I są dni, gdy te same ściany, te same przedmioty zieją pustką, wrogością, obcością. Gdy mnie duszą ciszą nie do zniesienia. Wtedy nasza sypialnia to cela, a mieszkanie – więzieniem.
Od młodości wczesnej miałem dziwne zauroczenie śmiercią. Jakieś romantyczne, poetyckie wizje Starszej Dobrej Pani, która sen przynosi znużonym, lub pięknego Skrzydlatego Anioła otulającego muskularnym skrzydłem znużonego.
Dziś nią gardzę. Jest nieczuła i obojętna wobec nas. Jej żniwo nie ma nic z troski i dbania. Nie oczekuje jej ale i jest mi też zupełnie obojętnie kiedy stanie przy moim oknie. Może przyjść jutro i nie zrobi na mnie żadnego wrażenia. Teraz, gdy zabrała mi prawie wszystko – fakt że pozostawiła mnie jest jakimś makabrycznym żartem pijanej ladacznicy, która drwi z napotkanych o zmroku przechodniów.
W swoim słynnym tomiku „Pan Cogito” Herbert w wierszu ’Matka’ kończy go samotnym wersem:
Wyciągnięte ręce świecą w ciemności jak stare miasto.
Visitors coming from afar to Halifax are familiar with typical marching routes: the Waterfront, of course, next to it is the core of old historic Halifax stretching from the Citadel, all the way down to Morris Street (which is more or less the length of the pedestrian waterfront). Uphill, it goes not much further than South Park Street or Public Gardens. There is typically few short excursion if you use a taxi or other private transportation: likely the Fort Needham Memorial Park commemoration of the great Halifax Explosion, next to the cemetery with gravesites of Titanic passengers and possibly (in the same neighborhood) the Africville Park. Frankly, there is not that much more to see (from the tourist point of view).
One that should be seen much more and should be mentioned in all tourist info is the wonderful Point Pleasant Park. It offers beautiful trails and few very historical (like Prince of Wales Tower) stops and a visit to the shoreline with important monuments to those, who perished at sea. To get there would likely require also some sort of public or private transport, although it is not an impossible feat to walk to it using comfortable South Park Street, starting right from under the gate to Public Gardens.
But one most often forgotten is a pearl of architectural designs, a maze of walkways, and very historical on a continental, or even international scale. Many visitors see small tidbits of it throughout Downtown Halifax. But it truly should be viewed as a whole, separate excursion.
I am talking about the main campus of Dalhousie University. The west side starts alongside Coburg Road, the east on South Road, the south ends on Oxford Street, and the north side ends on Robbie Street. And between them are many smaller streets and pathways. All of it is well designed, well visible, and offers a unique perspective.
There are not many universities in any city in the world that are grouped altogether, in one large spot, tight in the center of a city. Usually, you would have the main campus (often behind some sort of wall or fence) near downtown, and the rest scattered all over the city in separate buildings.
In Halifax, it seems that the entire university, being almost a town of its own, is all in one spot. I often think of Oxford as a similar (bigger and older) comparison. But, of course, Oxford in… Oxford. Not in London. A much closer example and more alike is Boston with Cambridge and Harvard Universities. Much larger and more internationally renowned but being concentrated in a condensed part of a city. In some ways, it actually is a separate city next to Boston.
As far as Halifax is concerned – I would strongly recommend it to anyone to explore. It could be a lovely and leisurely stroll. You could easily start it from either end: either from a little park opposite the Public Gardens, right where there is a nice statue of the famous Scottish poet Robert Burns. Don’t forget to enjoy the wonderful architecture of Anglican Cathedral in front of it and pay attention to its enormous stained glass neo-gothic windows. From there take College Street and just continue. You are now in the middle of Dalhousie. My preferable starting point is from the other end. Starting at the corner of Coburg and Oxford streets. It also marks the historical beginning of Dalhousie University – Kings College (or more accurately – Kings University, the first university in what now is USA and Canada).
That walk and exploration could be done in less than two hours or it could be easily your entire afternoon. Depending on how much time you have.
Wywlokłem dziś swe zwłoki na Moje Kamienie. Napatroszony niczym przepiórka na świątecznym stole. OK, nie przepiórka a świąteczny indyk. Niech już będzie – stary indor. Napatroszyli mnie niezbyt atrakcyjnie, muszę powiedzieć. Nie kolorowymi jabłkami, śliwkami z żurawiną, a metrami jakiejś białej tasiemki. Zostałem więc tasiemcem. Lekarze w lokalnym szpitalu zamienili się w kucharzy. Kiepskich niestety w sztuce kulinarnej. Kręcili mi w brzuchu tak długo, aż wykręcili dziurę. Potem na ratunek zawołali jakieś Pogotowie Kulinarne i powiększyli dziurę tak, by można było włożyć tam ręce. Wypatroszyli mnie i wpakowali, co się dało. Teraz – widać już po świętach – pakują tam zwykłe tasiemki. I obiecują solennie mi to robić przez kilka następnych miesięcy. Codziennie. Pytam nieśmiało: to po co tą dziurę drążyliście, skoro tyle pracy sobie tym nadaliście? Naturalnie, zbywają to wzruszeniem ramion i porozumiewawczym mruknięciem oka – amator! Więc co potem, nie wiem. Może się znudzą? Brzuch zaszyją? Albo powiedzą: o! pan pisarz, Pan Poeta! To może pan używać dziurę, jako portfela obszernego lub torby. Karteluszki różne, zapiski i zeszyciki może tam wygodnie zmieścić. No, niby jakaś logika w tym jest, trzeba przyznać. Jak ma być miesiące, to trzeba się przystosować. Nie mogę tak po prostu obijać się o meble w mieszkaniu. Ostatecznie brzuch można zakryć gaciami kolorowymi, jedną ręką go przycisnąć, w drugą wcisnąć kijek-włóczykijek i na Kamienie, w trasy. Albo na most i siup! Zwłaszcza, że mosty mam aż dwa pod ręką, zamykają niczym bramy granice Moich Kamieni. Ale na most zawsze zdążę A powłóczyć się i patykiem poszperać jeszcze chce się. Więc na przekór wszelkim konowałom – Lato, lato, lato czeka, razem z latem czeka rzeka! Do widzenia wam canto cantare.
Dosyć macie o mnie? Nie dziwię się, ja też.
Pogadajmy więc o kim innym, o Rafale Trzaskowskim. Lubię tego faceta. Jest jakiś taki, no, jakby to powiedzieć – nie polski na polskich polityków patrząc. Chyba właśnie tak. Dlatego mi się podoba. Bez siermięgi, bez kosy, ba! nawet bez karabeli! Taki no, europejski, co? Jakby uosobieniem wszystkiego, czego, jako naród nie lubimy, prawda? Dlatego go lubię. Pierwszego polskiego polityka od – bo ja wiem – chyba osiemdziesięciu laty, który mi się podoba. Na skalę właśnie europejskiego państwa. Nie na europejskiej miedzy, ale solidnie wewnątrz. Nie trochę tu-trochę tam. Niby Biedroń mógł kiedyś taki być. Miał zadatki. W Słupsku, jako młody prezydent miasta radził sobie nieźle. Będąc otwartym gejem, o zgrozo! Niestety, okazało się, że Słupska na cały kraj przerobić się nie da. To jednak tylko mała kaszubska mieścina. Może gdyby Wrocław, lub Gdański? Może Warszawa … . Ano właśnie – Warszawa. Stolica kraju. I prezydentuje jej nie kto inny, jak właśnie pan Rafał. I okazuje się, że nawet nie musi być gejem, jest zwykłym straightem, z żoną i dziećmi. Czyli można być straight bez bycia tumanem. Chodzenia w Paradach LGBTQ bez uszczerbku dla tzw. tradycyjnej męskości. Ci, co zgrzytają na to zębami, coś dziwnie kruchą tą swoją orientację heteroseksualną mają… . Tak tylko myślę. I wcale nie o to chodzi. Poboczny tylko to komentarz podkreślający jego inność. Czyli zwykłą normalność europejską.
Gdybym miał (dla przykładu tylko tą uwagę piszę) głosować na Tuska lub na Trzaskowskiego – bez najmniejszego zawahania się nawet głosowałbym na Trzaskowskiego. Nie, no proszę sobie żartów nie stroić. Kogóż bym innego, miał jako przykład podać? Pana Andrzeja Dudę? Ja mówię o stosunkowo normalnych kandydatach i ludziach, którzy mają i kompetencje i szacunek wobec Konstytucji, wobec trójpodziału władzy, niezależnego sądownictwa. Zwykłe takie abecadło demokracji, rzeczy podstawowe. A wy mi tu o panu Dudzie. Dajcie spokój. Wiem, że Donald Tusk nie będzie kandydował na prezydenta – ale to jedyny obok Trzaskowskiego obecnie polityk, który mógłby. Tylko Tusk to wczoraj, a Trzaskowski to jutro. Jutro Polski. Wczorajszych bitew się na nowo nie wywalczy. A nowa wielka się szykuje. Bez czołgów i bez samolotów.
Podział społeczeństwa jest już przerażająco widoczny. Jeszcze rok, dwa a może sami sobie zgotujemy nowy dobrowolny podział na Kongresówkę i Polskę północno-zachodnią? W jednej będzie samodzierżawie i pleban, w drugiej jakiś Komitet Obywatelski? Granice jak wtedy, gdzieś nad małą rzeczką w okolicach Aleksandrowa Kujawskiego. Niemożliwe? Historia uczy, że tak. Rów między nami już coraz głębszy. Niedługo ziemi nie starczy by go zakopać. A nawet jak zakopiecie, to będziecie dalej sypać, aż wyrośnie wysoki wał.
A może po prostu wybierzcie jednak Rafała Trzaskowskiego. Nic nie ma do stracenia. Za kosy i pałki zawsze możecie chwycić. A jak go wybierzecie, to może nie będzie trzeba. Spróbujcie. Dajcie sobie szansę. Słowo honoru wydaje mi się, że to facet normalny. Normalny facet w nie normalnych czasach. To się nieczęsto zdarza.
Pomyślcie. A ja międzyczasie pójdę dalej patykiem grzebać w różnych zakamarkach między kamieniami. Nie, nie tych na szańce. Zwykłych kamieniach na brzegach rzek i mórz, na polach i łąkach. Trzymając się ręką za dziurawy brzuch. Mostów, póki co, będę unikał. Ale wy, jak je znajdziecie – to nie palcie. Mogą się przydać.
Młody Czesław Miłosz kończąc swój okres wileński – choć w sobie specyficzny sposób Miłosz do końca poetą wileńskim pozostał i ten atrybut prowincjusza bardzo mu pomógł nie zatonąć wielkim światem, w którym przyszło mu żyć – pisał w eseju ’Radość i Poezja’ : Źródła poezji ulegają skażeniu, na równi ze źródłami wszelkiej działalności ludzkiej, i łatwo podszepty diabelskie brać za głos aniołów. Teoria nowej poezji stała się rzeczą najnudniejszą pod słońcem, bo tworzy recepty na zdobycie dobrych wyników, daje rady jak sporządzać poetyckie preparaty, ale nie pomaga odróżnić, czy w dziełach tych krąży krew, czy woda, czy też trucicielski napój, rozdymający elephantiasis formy. [1]
Dwadzieścia pięć lat później sztyletem ugodzi śmiertelnie w wierszu z tomiku ‘Miasto bez imienia’:
Kryje się w tym stary banał (skryty świadomie czy podświadomie – jest rzeczą obojętną), że poetą się bywa, a nie jest. Wiersze dobre się zdarzają, ale w tłumie wierszy zbytecznych. Niekoniecznie złych lub słabych – ale zdecydowanie niczego nie mówiących, bo pisanych intelektem a nie duchem, emocją. Od zawsze mówiłem, że szczerość absolutna poety jest jedyną miarą uczciwości poetyckiej. Wszystko inne to zabawy literackie. Rymowanki, składanki, tercyny i tercety, alegorie i antrakty to ćwiczenia poetyckie a nie tworzenie wiersza. Jeśli ośmielasz się mówić szeptem w rozmowie intymnej z czytelnikiem – musisz być nagi i pozbawiony piórek, nawet tych w dupie, jakkolwiek atrakcyjne ci by się wydawały. Można (kompletnie odrzucić nie sposób) zapożyczać i z krwotoku-baroku, z Sumeru aż, z oceanu burz romantyczności, z przybyszewszczyzny i turpizmu – ale tylko na tyle na ile to jest część twojej własnej, indywidualnej pamięci. Jest fragmentem twojego ego. Samo tylko popisywanie się znajomością formy czy aluzji jest gadatliwością a nie rozmową z przyjacielem. Bo czytelnika za przyjaciela uważać należy. Takim, który cię zna i przed którym sztuczek pokazywać nie musisz. Możesz być sobą. I nie musisz niczego tłumaczyć. Po prostu mów, co czujesz. Najkrótsza droga. I najtrudniejsza.
Leżą na moich półkach dziesiątki różnych tomików wielu poetów. Bardzo dobrych, dobrych i słabych. Nazbierało się przez lata. Kupione, otrzymane w prezencie od autorów lub bliskich. Czytałem wszystkie – a przyznać muszę, że powieści, które na moich półkach leżą nie czytałem wszystkich. Z biegiem lat co raz mniej. Wszystkie zaczynałem i sporo po iluś tam kartach odkładałem. Z westchnieniem: no tak, ale ja to znam, już kiedyś u kogoś innego to czytałem. Inne imiona bohaterów i anty-bohaterów, inne tło antropologiczno-kulturalne, ale historia ta sama. „Przeminęło z wiatrem” można oglądać na ekranie więcej niż raz, ale nie częściej niż raz na dziesięć lat. Przeminęło z wiatrem, no właśnie. A tomiki wierszy czytałem wszystkie. I patrzę teraz na grzbiety tych tomików (cieniutkich lub pokaźnych) i z wielu nie mogę przypomnieć ani jednego konkretnego wiersza. Czasem nazwisko oszukuje pamięć i krzyczy – no, to ja, ten właśnie wiersz! A okazuje się, że nie, akurat w tym tomiku tego wiersza nie było, autor wydał go w innym.
Harold Bloom, amerykański teoretyk literatury i krytyk, w swoim dziele życia poniekąd „The Western Canon. The Books and School of the Ages” omawiając Beatricze Dantego pisze, że ‘Boska Komedia’, jako historia Beatricze jest w tym samym rzędzie prawie , co ‘J’[3] opisujący Jahwe lub Ewangelia wg św. Marka o Chrystusie; że sam Dante stawiał się w rzędzie największego psalmisty, króla Davida, protoplasty Chrystusa. Więc Dante uznał się za poetę boskiego, a Beatricze, Włoszka z Florencji, została zrównana z początkiem powstania człowieka. Sugeruje, że sama Beatricze była reinkarnacją Racheli, żony patriarchy Jakuba. [4] Co się więc tu dzieje, co sugeruje międzynarodowej sławy krytyk i filolog? Otóż nic innego, jak tworzenie postaci poety-kapłana. A treść jego zapisu (wiersza) staje się głosem boga. Uściślijmy, odsuńmy pokłady ezoteryczne, co praktycznie w moim opisie roli poety i wiersza może to oznaczać? Oznacza kapłaństwo. Zakon.
Od samego zarania zresztą. Najstarszy dokument zapisany na glinianych tabliczkach, dokument literacki, poetycki „Gilgamesz” – najpierwszy spisany przez pisarzy sumeryjskich z legend i opowieści znanych jeszcze wcześniej, zapewne przed 34 stuleciem p.n.e. .[5] Przez długi okres utrzymywał się błąd, że autorem był jakiś pisarz-naukowiec z Ur w dobie babilońskiej w języku akadyjskim. Aliści – był spisał, ale była to tylko kopia tekstów dużo starszych, sumeryjskich. Wszystko, co wiemy to spisane fragmenty z rożnych okresów przez kopistów. Z treści samej jasne zresztą staje się zaraz, że dzieje Gilgamesza i jego dzikiego męża Enkidu są autorstwa w dużej części samych bogów. Zwłaszcza matki Gilgamesza, która dla niego stworzyła Enkidu, by Gilgamesz zajął się sprawami godnymi syna bogini, a nie rozpustnym życiem erotycznym wywołującym zgorszenie i przerażenie czcigodnych mieszkańców tego grodu. Sama Isztar – bogini Ur, małżeństwo ukochanego Gilgamesza z Enkidu zasądziła. Jak typowa matka od zawsze i do końca pewnie myśląc: wyjdziesz za mąż, to się uspokoisz, ustatkujesz. Wiec mamy, jak w przypadku Dantego, starszą od izraelickiej (czas archeologiczno-historycznie licząc, a nie magicznym liczydłem Tory i Biblii) Świętą Księgę autorstwa nie J, ale bogów starszych. A jak bogowie – to kapłani. Rzecz naturalna. Bez kapłaństwa życie bogów jest niebytem. Kapłan to pośrednik między Niebiosami a Ziemią. Taki kurier-Hermes. Zanosisz modlitwę do boga lub bogini, żalisz się, opowiadasz swoje występki prawo boskie łamiące, żałujesz za nie i błagasz o wybaczenie. Robisz to oczywiście przez pośrednika, czyli kapłana. Bo niby jakim sposobem ty, nieborak, sam do bogów możesz się zwracać? A więc spowiednik. Przyjaciel. Możesz mu mówić szczerze, bez udawania.
Nic tylko togę powiewna a ciemną przybrać, kostur w rękę i na bulwary sekwańskie z rozwianym włosem i błyskiem w oku pędzić. Pędzić tak długo … ‘aż i nie ma, ni nas ni Marlyli’.
Poeta, jako kapłan jest bliski, równoznaczny z innym konceptem twórców poezji. Równie wielkim, jak porównanie z bogiem – causa sui. Ja tworzę wiersz tylko z siebie! Ergo – moja twórczość jest boska. No tak, ale od Gilgamesza minęło parę tysięcy lat, od Dantego siedemset. W międzyczasie przyszedł Nietzsche i uśmiercił Boga w „Tako rzecze Zarathustra”. Ale po cichu napisał zaraz rzecz inną nieco, dużo mniejszą i stosunkowo mało znaną, „Poza Dobrem i Złem. Wstęp do Filozofii Przyszłości”. Tamże, w rozdziale o uprzedzeniach (przesądach?) filozofów pisze wprost: causa sui jest najlepszą sprzecznością, jaka była do tej pory wymyślona, jest swego rodzaju gwałtem i perwersją logiki, ale ekstrawagancka duma człowieka umożliwiła mu uwikłanie się w ten splot nonsensu głęboko i straszliwie. (tł. własne)[6]
Więc czarna jednak rozpacz! Już nie szukać Maryli, a rzucić się prosto z bulwarów w nurty Sekwany.
Aliści ratunek jest. Chodzi wszak o poetów w sporze o samo zaistnienie, a nie o wiersz sam w sobie. Jeden. Konkretny. OK, poeta kapłanem-spowiednikiem być nie może. Lub nie powinien, nie wypada.
Na szczęście poeta sam z siebie uśmiać się potrafi. Ważne by to umiał. Dawniej poeci byli kanonikami. Współcześnie (bardzo współcześnie) prawie wszyscy są akademikami. Może dlatego tak poważnie się traktują. Zbyt poważnie. Okazuje się, że nie piórko w dupce im zawadza a dziekańska długa listwa, którą połknęli. Aliści, liści drodzy humaniści z wysokości Wieży z Kości Słoniowej dopatrzyć się na bruku nie sposób. Już chyba lepsze te piórko … .
Współczesność. I czasowa i prąd literacki. Jak zauważył słusznie Konwicki w swoim świetnym tomie „Agonia i Nadzieja” [7] polskie prądy w literaturze nie wynikały z nowych kierunków estetycznych lub filozoficznych, a z dat przemian politycznych. Przez dziesięciolecia długie. Taki dziwny kraj jesteśmy. Nam filozofowie nie będą dyktować, że świat i człowieka trzeba opisywać inaczej. Nam szaleńcy nie będą Manifestów pisać (no, chyba, że Lipcowe … ). Nam dyktować będą wydarzenia polityczne o zmianie ducha poezji. Jak Manifest Lipcowy w 1944 właśnie (ostatecznie i moja ukochana i największa bodaj czarodziejka słów prostych – Wisława Szymborska) lub mowa Chruszczowa grzebiąca stalinizm w Polsce na lutowym Zjeździe PZPR w 1956, co dało narodziny w tymże roku pierwszego nowego ‘pokolenia’ poetyckiego od czasów Międzywojnia – pokolenia Współczesności. W sumie były to pokolenia a nie pokolenie. Generacje całe. Jedyną wspólną poetyką Współczesności było – poszukiwania nowych sposobów opisywania rzeczywistości. Byli tam i poeci starsi , wyznawcy Skamandra, i poeci spod znaku Awangardy Przybosia, jak i liczna grupa młodych, z których jeden chyba tylko własny, specyficzny styl poetycki wypracował – Stanisław Grochowiak. Ale owa kakofonia dźwięków stworzyła miejsce dla wielu bardzo ciekawych indywidualnych instrumentów poetyckich. I w tym chyba Współczesności największa zasługa. Zdecydowanie zrezygnowali ze stanowiska kanonika-kapłana. Raczej chcieli być kumplami podrzucającymi rano pod drzwi czytelnika świeże wiersze. I chwała Poecie.
By odczarować te wszystkie mgły wałęsające się po moczarach dziejów Człowieka i Bogów, ich zmagań ze sobą i między sobą, wrócę na moment do wspomnianej książki Kuncewicza o Poezji Polskiej od 1956. Sami poeci tamtego czasu (autorem był Bogusław Choiński), czasu wychodzenia z pomroków cmentarzyska stalinizmu, w świetnej parodii rozprawili się i z poetyką heroiczną i poetyką Majakowskich:
Naturalnie, wierszy nie można tylko pisać do odurzonej butelczyną wolności studenterii w klubie studenckim „Stodoła”. Pisze się je zawsze – identycznie, jak listy – do czytelnika jednego. Tylko jednego. Bacz więc na słowa pierwej niż baczyć będziesz na stelaż stancy. Nie martw się zbytnio, gdy ściana jedna nieco krótsza od drugiej, że gdzieś cegła lud dachówka odpadła. Stare domy rodzinne mają czasem takie ubytki. Życie ich, jak ich mieszkańców, nieco naruszyło, przygarbiło. Ale nie mają ochoty z tych domów do szklanych się przeprowadzić. Bo w szklanych domach jest zimno, ściany milczą. Nowe są przy szerokich, ruchliwych arteriach. Gdy starasz się w oknie powiedzieć chłopakowi lub dziewczynie, że ich kochasz – huk pędzących poniżej samochodów zagłusza twe wyznanie. A stare, stare przycupły, gdzieś przy małych skwerach, w starych uliczkach, gdzie na podwórkach przez lata wyrosły gęste i wysokie drzewa. Gdzie na ławce, ot tak, ad hoc, możesz zwykły wiersz napisać. O tym, ze słońce pod dniach powodzi spotkałeś, że dymy opadły. Mimochodem tylko myśl rzucisz, która zapląta się na sekundę, z echem pamięci początku, genezy życia. Na sekundę, bo wiesz, że życie jest takie krótkie, tak ulotne.
Czy wiersz jest sztuką? Doprawdy nie wiem. Zapewne. Ale po cichu myślę, że prawdziwy wiersz jest zapisem dziecka, więc skoro filolog ma go rozbierać i ubierać niechże będzie takim estetycznym dadaizmem. Bo ma być szczery przede wszystkim. Piszesz go do jednego człowieka. Nie dbaj o cokoły. Tyle ich już wzniesiono i tyle potem obalono. Niektórych wręcz na nie nie wznoszono a żywcem nabijano niczym na tatarskie pale. Ten kłopot zostaw potomności. Nie martwiąc się , czy do niej trafisz. Martw sie o tego jednego czytelnika teraz. Twojego przyjaciela, którego imienia nawet nie znasz. A jest. Bez niego byś tych wierszy nie pisał.
[1] Cz. Miłosz, Poszukiwania; Wyd. CDN, Warszawa 1985; s. 16
Polska to dziwny kraj, zaiste. Piękny geograficznie i sentymentalnie. Ta piękność geograficzna naturalnie ma się nijak do oszałamiającego piękna Kanady, mojego obecnego kraju – ale Kanada ma niewiele więcej niż 2.5 miliona mieszkańców od Polski, a powierzchnia Kanady jest większa o … 9671000 km kwadratowych. Bagatelka. Tylko 30 razy większa. Więc na jedno ładne jezioro – w Kanadzie jest 100 takich ładnych. Na jeden szczyt – w Kanadzie jest pięćset takich, na kawałek brzegu małego morza – w Kanadzie są tysiące kilometrów wybrzeża trzech … oceanów (gdy ma się trzy oceany, kto sobie będzie głowę zawracał morzami? LOL).
Ale sentyment właśnie nie patrzy na ilość i wielkość: rzeczkę znajomą w Polsce mogę tylko do jednej rzeczki w Kanadzie porównać, Orlą Perć tylko do tych szczytów i grzbietów, którymi w Kordylierach kanadyjskich ponad czterdzieści lat temu łaziłem (głównie w ich paśmie Gór Skalistych). Prawda mimo to trochę to bogactwo (jak w banku wspomnień) pod uwagę brać musi. Wiec tego piękna geograficznego jest w Polsce sporo mniej niż w Kanadzie.
Piękno sentymentalne? Poza pięknem dzieciństwa i kilkoma laty ledwie wczesnej młodości, które są niepowtarzalne jakiekolwiek by nie były (a były) trudne – i tu Kanada pierwszeństwo bierze. Cóż, kochani – całe życie dorosłe, dość już długie, w Kanadzie przeżyłem. Większość przyjaźni wspaniałych, miłość mego życia i małżeństwo wieloletnie, szczęśliwe z tym mężczyzną. Ano właśnie – z mężczyzną. Gdybym był pozostał w Polsce i gdybym wygrał loterię życia po raz drugi i znalazł w niej miłość mojego życia – o jakim małżeństwie moglibyśmy mówić? O żadnym. Nie istnieje coś takiego w Polsce. Więc tak czy inaczej z tej Polski musiałbym schrzaniać do jakiejś Francji, czy Hiszpanii, do jakiegokolwiek normalnego kraju. Bojownikiem o Sprawę trudno być całe życie. Bo obok jest życie normalne właśnie, które biegnie dość szybko, mija. Namaszerowałem się i pobiłem o co trzeba w końcówce lat 70 i pierwszych kilku tych znamiennych osiemdziesiątych. W 1990 okazało się, że większość rodaków, która ze mną maszerowała – biła się o inną Polskę. Moją mieli w dupie.
A jednak. Mimo wszystko. Tak, przyznaję – mam do tego małego kraju nadwiślańskiego serdeczne uczucia. Gdyby tylko tak trochę wymieszać, trochę tamtych gdzieś przenieść, trochę tych tam zawieźć … . Ech, leży chłopak na łące w leniwe popołudnie, w gębie żuje jakiś kwiat mleczu lub chabru i gapi się w obłoki i marzy. Wypisz-wymaluj, jak u Chełmońskiego. I tyle z tego.
Może jednak wrócę, tak na pół tu – pół tam. Może. I znowu trzeba będzie tumanom w jakimś Urzędzie tłumaczyć, że nie, nie mam ‘stanu wolnego’, że jestem wdowcem. Nie, nie po żonie a po mężu. I tak w koło Macieju. Ale raz już im kilka lat temu w Urzędzie Wojewódzkim tłumaczyłem, wykład zrobiłem. To mnie nawet trochę bawi, gdy trzeba oczywistą rzeczywistość biedakom tłumaczyć: nie, Słońce nie kręci się wokół Ziemi, proszę pana. Trzeba tylko pomyśleć, niech pan spróbuje, to tylko na początku wydaje się straszne.
Więc jaka jest lub niedługo jaka będzie ta Polska, do której mógłbym się ewentualnie częściowo przenieść? Ano popatrzmy, zbadajmy.
Pamiętacie ledwie wczoraj ten wspaniały Marsz w Warszawie zwołany na prośbę Donalda Tuska, te falujące tłumy uśmiechniętych twarzy od Ogrodu Botanicznego aż do Placu Zamkowego? Naturalnie, że pamiętacie. A przecież za kilka miesięcy, tuż-tuż, będą wybory parlamentarne. Notowania PO i Tuska wzrosły, notowania ‘ciemniaków, spadły. Niewiele, ale spadły w końcu. Polska 2050 (tak, tej grupy nazwanej przez warszawiaków – od nazwiska założyciela *ujownią …) w zasadzie poza poprzeczką wyborczą, tzn. raczej bez jednego nawet mandatu. Nawet PSL podobnie – partia chłopska w Polsce, kraju chłopów! Witos się chyba w grobie przewraca. Cóż – lokalny klecha wiejski ważniejszy niż polityczny zmysł dumy włościanina-chłopa. Okazało się, ze ten chłop nie taki dumny. Za to chytry i przekupny. Oj, pozmieniał ludzi ten PRL. A te ‘chłopstwo’ dzisiejsze to nikt inny, jak dzieci chłopów PRL.
Lewica swoja działkę (poniżej 10 mandatów) dostanie. Więc wedle badan ostatnich PiS ma autentycznie szansę … przegrać! O włos ledwie lub na równi z PO. Ale wtedy Lewica bez wątpienia poprze PO i zrobią rząd koalicyjny. Demokracja to demokracja. Pan Duda (oby tylko nie robił żartów po angielsku …) będzie musiał zaprzysiąc. Wola parlamentu. Prawda? Guzik.
Tusk (choć nie z winy Tuska, LOL) rządu nie powoła, premierem nie będzie. Jak? Skąd? Dlaczego?! Popatrzcie na sondaże. Jednej partii dotąd nie wymieniłem. A ta partia ma wyraźna szansę na ponad 20 mandatów. Której? Naprawdę nie wiecie, czy rżniecie durnia? Faszystów. Tak, Konfederację Wolność i Niepodległość. Ta od Falangi, od Młodzieży Wszechpolskiej, od Korwin-Mikkiego, od Bosaka (ten, jak był młodszy zawsze przypominał mi czysto aryjskiego chłopca, gdzieś w Bawarii w mundurku harcerskim Hitlerjugend …). Otóż ta partia, w Polsce (sic!) ma poważne szanse zebrać dobrze ponad 20 mandatów, może i trzydzieści kilka. Jak sądzicie – będą niezależni w Sejmie czy wejdą w koalicję z PiSem? Albo inaczej – pozwolą Lewicy (sic?) współrządzić z PO czy też natychmiast wejdą w układ koalicyjny z Kurduplem? Tajemnica niezbadana … nie. Równanie bardzo proste. Cuda są może na koncie bankowym księdza Rydzyka – w polityce cudów nie ma. Nawet w polityce partii bardzo katolickich. W polityce są układy i długie noże (szczerzonego pan bóg szczerze).
Le Pen nie udało się we Francji, Konfederacji udać się może w Polsce. I w Polsce może być gorzej, bo demokracja francuska jest dość stara i zakorzeniona. I nawet wygrana pani Le Pen, by tego nie potrafiła zmienić. A na ile Kaczyński w takiej ewentualnej koalicji pozwoli liderom Konfederacji? Na bardzo dużo. Bo Kaczyński szczerze, od serca, serdecznie nienawidzi Tuska. Polaków chyba też (ale nie aż tak silnie), bo nigdy mu serca i miłości na jaką zasłużył nie okazali. A przecież on mógłby był tyle dla Polski zrobić! A nie zrobił, bo mu niewdzięczni rodacy nie zaufali. Wiec niech teraz maja Korwina i Bosaka, zasłużyli na to.
To tyle mili moi na dziś. Powodzenia życzę. Tak tylko, mimochodem jedynie podszepnę: to przewidywania. Bardzo realne, ale przewidywania. Sondaże to ciągle nie wybory. Na kartce sondażowej (lub przez telefon) można różne dawać odpowiedzi. To nic nie kosztuje. Dopóki karta wyborcza nie wpadnie do skrzynki wyborczej. O ile wszyscy będziecie głosować (w tym najmniej elektoralnie czynne a największe środowisko ludzi w wieku 18-30 lat) to nawet jest szansa zniwelować ilość głosów na Konfederacje i jednak rząd PO i Lewicy wprowadzić. Ale musielibyście rzeczywiście stanąć na wysokości zadania. Wszyscy. Czy potraficie? Nie wiem, historia współczesna udowadnia, że nie potraficie, że macie to wszystko w dupie. Miejcie, OK. Ale wierzcie mi, że jest zasada od jakiej do tej pory nikomu się uciec nie udało – jeśli masz w dupie polityków i na nikogo głosować nie będziesz, to ci politycy rządząc będą ciebie mieli w dupie też. A ten, który rządzi ma dużo większe możliwości spieprzyć ci życie, niż ty jemu.
Czy to wszystko i czy ci wszyscy się mylili? Po co to było, jeśli tego nie obronimy, nie odbudujemy?
Kilka tygodni temu, na zaproszenie rządu kanadyjskiego, przybył do Ottawy premier Polski, Mateusz Morawiecki. Naturalnie, tematem zasadniczym była sytuacja na Ukrainie, obronność wschodniej flanki NATO i Europy (Poland), pomoc Ukrainie. Może to niesmacznie lub dwuznacznie (może jedno i drugie) napisać … ale napiszę: agresja Rosji na Ukrainę spadła PiSowi, jak prezent od Mikołaja na Gwiazdkę. Nagle reżym PiSowski z czarnej owcy europejskiej zamienił się hinduską Świętą Krowę, której nie wypada krytykować. Przeciwnie – należy wspierać zbrojnie, politycznie, finansowo. Co wiele krajów (zwłaszcza USA i Kanada, tj. kraje, które aż tak nie są zaangażowane w szczegóły problemów Unii Europejskiej) czyni skwapliwie. I ta pomoc bezwzględnie jest Polsce bardzo potrzebna. Ale jeszcze bardziej PiSowi. Niestety, znaleźliśmy się w sytuacji patowej, gdzie zmuszeni jesteśmy wybrać mniejsze zło. A Kaczyński bezwzględnie jest złem o wiele mniejszym niż bandzior Putin. Nie tylko mniejszy, ponieważ jest kurduplem, bo i Putin do zbyt wysokich nie należy, ale przede wszystkim Kaczor i PiS władzę dostali z rąk społeczeństwa polskiego. Z rąk wyborców w wyborach generalnie rzecz biorąc wolnych i nie fałszowanych. Czyli Polacy w Kraju mają rząd taki, na jaki zasłużyli.
To nie znaczy jednak, że mamy wszyscy kłamać. Od kłamania jest premier Mateuszek. Jednym z pytań zadanych premierowi Trudeau na konferencji prasowej z Mateuszkiem, było pytanie o sytuację osób LGBTQ w Polsce – w kontekście pytania zawisła oczywista wiedza, że ta sytuacja do najlepszych nie należy.
Tu trzeba nieco światła rzucić o postawie Justina Trudeau wobec społeczności LGBTQ. Nie tylko jego rząd (poprzednie od wielu już lat i każdego koloru ideologicznego – konserwatystów i liberałów, socjaldemokracji i Zielonych) uznawany jest za czempionów pełnego równouprawnienia wszystkich obywateli Kanada bez względu na orientację seksualną. Ale szczególnie młody Trudeau sam wykreował z siebie postać sztandarowego przyjaciela i sojusznika gejów, lesbijek i osób transpłciowych. Nie ma parady Pride w której każdego roku by nie szedł w czołówce: jeśli nie w Ottawie to w Montrealu, nie w Montrealu to w Toronto, nie w Toronto to w Vancouverze. A od kilku lat w miesiącu Pride (tak, w Kanadzie mamy cały miesiąc, w którym odbywa się tysiące takich marszy, spotkań, wystaw, projekcji filmowych i teatralnych) w otoczeniu innych ministrów Gabinetu, przed Parlamentem w Ottawie wciąga na maszt wielką Tęczową Flagę, obok flagi kanadyjskiej. Jeśli dodać jeszcze, że jest przystojnym i stosunkowo młodym mężczyzną ubierającym się i zachowującym z dość dużym sex appeal’em, to jawi się postać prawie pocztówkowa całego LGBTQ. Co mu kompletnie nie przeszkadza, a podejrzewam, że łechce to jego męską próżność faceta świadomego swej atrakcyjności.
Pan Trudeau odpowiedział, że spytał się o to swego rozmówcę. A rozmówca – Mateuszek – dodał, że w Polsce absolutnie nie ma polityki prześladowania osób LGBTQ, wszyscy obywatele są równi wobec prawa. Ale skwapliwie dodał, że jego rząd prowadzi aktywną politykę pro-rodzinną i pro-wielodzietną. Nie, nie zająknął się ani razu, ani nie wybuchł histerycznym śmiechem. I to był koniec tego tematu na Konferencji. Trochę mi szczęka opadła, przyznaję. Rozumiem, że Mateuszek nie może konkurować z Justinem o ochy i achy gejów kanadyjskich – ani polskich – a jego sex appeal jest zbliżony do nieheblowanej dechy sosnowej ale … . Mateuszku biedny, jak możesz chrzanić o polityce pro-rodzinnej wykluczając z tego rodziny LGBTQ w Polsce, jak możesz pieprzyć (lub solić) zupę o dzieciach wyłączając z tych przypraw dzieci LGBTQ lub rodziców gejów i lesbijki z dziećmi? I spodziewałem się, że Justin-przystojniak doda kilka słów po durnej odpowiedzi Mateuszka. A nie dodał. Bał się, że co? Że Polska zamknie swoje terytorium dla dostaw broni dla Ukrainy? Że sojusznika się nie krytykuje? Perfuma francuska ci do głowy przesiąkła, Justin?! Gejowie i lesbijki (‘+’ naturalnie też) nie mają w Polsce żadnych praw. Żadnych. Podstawowe obywatelskie – tak (głosowanie, płacenie podatków, służba w wojsku, dostęp do szkół średnich i wyższych, itd). Ale aby stworzyć system dwóch kategorii obywateli – równych i równiejszych – trzeba by było kolosalnych zmian konstytucyjnych i kolosalnych hałasów i finansowych kar z Brukseli. Wiec obywatel jest jeden, z równymi prawami. I jest bezpłciowy. Czyli bez jaj i bez pochwy, wykastrowany. To, Justin, powinieneś powiedzieć. Nie musiałeś obrażać, wystarczył język dyplomatyczny ale jednoznaczny. A nie powiedziałeś. Nosisz dalej obcisłe, seksowne spodnie i dbasz o fryzurę, masz seksowny swagger w chodzeniu – ale ja cię z mojego różańca gejowskiego odczepiłem. Równouprawnienie i jednakie wszystkim prawa człowieka są dla mnie ważniejsze niż układność sojusznicza. I pamiętaj, że prawdziwym sojusznikiem Kanady jest Polska, kraj, nie –obecny rząd quasi-faszystowski.
Wracając do agresji rosyjskiej na Ukrainę i pozycji Polski. W świetle mojego zwrotu, że to prezent gwiazdkowy dla PiS. Nie dla Polski ale dla PiS. Po upadku Trumpa rząd PiSowski stracił prawie wszystkich sojuszników zachodnich. Nie formalnie naturalnie – Polska jest i w NATO i w UE. Ale, jako bliskich przyjaciół, z którymi w przyjacielskiej i życzliwej atmosferze ubija się ekonomiczne interesy, korzystne dla obu stron. Którzy w kłopotliwych sytuacjach (w jakich każdy, nawet najzacniejszy kraj, czasami się znajdzie) poprą, podadzą dłoń. Macierewicz (ten od fruwającej sosny i bomb barycznych) ośmieszył i publicznie upokorzył całe dowództwo polskich Sił Zbrojnych. I ta Armia była chyba w gorszej sytuacji niż Armia polska w 1939. Nie, nie żartuję. Proszę spojrzeć do Googla i spytać, jak długo broniły się kraje Beneluxu i kiedy Francja pocałowała Hitlera w dupę. I nie zapominać, że u ich granic nie stanęły z przeciwnej strony armie sowieckie. Tak tylko przypominam.
Więc ta Armia Macierewicza i Błaszczaka wyglądała marnie. Pewnie, że mogli liczyć (w razie czego) na pełne wsparcie NATO. Nie sądzę, że NATO mogło liczyć na znaczące wsparcie Polaków w jakiejkolwiek wojnie w Europie. A nasz udział wcześniej w walkach w zrujnowanym przez Amerykanów i Brytyjczyków Iraku uważam za hańbę i wstyd – nie za chwałę oręża polskiego. Czym by niby NATO mieli wesprzeć, sowieckimi czołgami i samolotami? Wystawiliby kilka dywizji Rosomaków (niezła samobieżna haubica rodzimej produkcji)? Nie bardzo, z zamówień i mocy produkcyjnej jedną by było trudno wyposażyć wtedy. Co za okazja z tą nieszczęsna Ukrainą, przecież Ukraińcom te samoloty i czołgi tak by się przydały! I z taką skwapliwością, nim Amerykanie i Niemcy zrozumieli, że ta pomoc w sprzęcie jest Ukrainie niezbędną, forsowaliśmy i oferowaliśmy te czołgi i samoloty. Wyglądaliśmy na bohaterów, niezłomnych przyjaciół Ukrainy. I wiedzieliśmy, że będąc krajem NATO i UE o najdłuższej i najgorętszej granicy wschodnio-centralnych flank NATO – nasi formalnie sojusznicy zrobią wszystko, by Polską Armię uzupełnić o nowoczesne środki bojowe. Co zrobili. A Ukrainie te samoloty i te czołgi T50 też się przydały. Nam też by się przydały w 39 francuskie tankietki i angielskie samoloty. Darowanemu koniowi nikt w zęby nie zagląda.
Czołgi i samoloty, rodziny heteronormatywne i rodziny LGBTQ, co to ma wszystko wspólnego ze sobą? Wszystko. Wojna na Ukrainie nie powinna fałszować obrazu sytuacji politycznej w Polsce – ani w Europie ani w Ameryce Północnej. Jakikolwiek będzie rezultat tej wojny. Nie wyobrażam sobie, by Ukraina tę wojnę kompletnie przegrała. Mam też – i smuci mnie to bardzo i mam nadzieję, że się mylę – obawy, że nie wygra jej kompletnie. Zasoby ludzkie Ukrainy są wielokroć mniejsze niż Rosji. Początkowe klęski Rosjan były efektem wprost dziecinnych błędów taktycznych wojsk rosyjskich. Może faktycznie wyobrażali sobie, że to będzie wręcz spacer i będą witani z kwiatami? Zima na froncie południowym należała do Rosjan. W dodatku Rosjanie prowadzą wojnę totalną – wojnę, w której nie ma różnicy między walką przeciwnych armii a ludnością cywilną. Bombardowanie i ogień artyleryjsko-rakietowy wobec miast i obiektów cywilnych jest nieustanny. Jak i stałe i systematyczne zamienianie w gruzy infrastruktury przemysłowo-gospodarczej. Miliony Ukraińców (w tym bardzo dużo mężczyzn w wieku, w którym w wojsku mogliby służyć) opuściło Ukrainę. Jak sądzicie – ilu z nich teraz, gdy rozpoczęła się ofensywa ukraińska wróciło do Ukrainy? Batalion udałoby się wystawić? Nie wiem. Nie sądzę by wielu. To ludzkie i naturalne zachowanie. Ale i o tym trzeba myśleć, rozumieć. Ci wszyscy uchodźcy, którzy w wielu krajach – w samej Kanadzie już chyba blisko 200 tysięcy – znaleźli schronienie, to wielka strata dla Ukrainy. Oni nie siedzą w jakichś obozach dla uchodźców. Są normalnymi emigrantami, pracują, chodzą do szkoły, rodzą na emigracji dzieci. Wrastają w nowy kraj. Ilu z nas, Polaków, wróciło po 1982? A chcieliśmy, myśleliśmy. I wrośliśmy w nowy kraj. Założyliśmy rodziny, nasze dzieci pokończyły tu szkoły. Tak, trochę nas wróciło, ale bardzo mało. Teraz, po 40 latach wraca więcej. Bo są już emerytami z kanadyjskimi emeryturami. Będą żyć w Polsce nie z ZUSu a z Canada Pension Plan. Dostatnie i wygodnie. Do działalności gospodarczej nie wrócą, nie muszą. Kupią ładne mieszkania lub domki i będą czekać na miejsce na rodzinnym cmentarzu … . Życie. Polska na tym straciła bardzo przez te aktywne lata po 1990. Ile straci Ukraina? Obawiam się, że podobnie.
Fabiusz Makismus ‘Kunktator’
Tak oczekiwana ofensywa ukraińska na południu w zasadzie ugrzęzła w wojnie pozycyjnej. Rosjanie mieli czas i okopali się bardzo silnie. Zachód też prowadził cały czas niezrozumiałą i kunktatorską politykę. Oby to kunktatorstwo nie było celową i konsekwentną strategią Fabiusza Maksimusa, użytą w wojnie punickiej z Hannibalem (to Fabiusz wprowadził wówczas to określenie cunctari, jako taktykę). Każdy nowy i niezbędny rodzaj broni dla Ukraińców był najpierw odrzucany, aby po miesiącu lub dwu jednak przyznać to im. Na wojnie miesiąc czasu to wieki. Zwłaszcza współczesnej, bardzo mobilnej wojnie. I te bezsensowne zakazy używania jakiejkolwiek broni na terenach przygranicznych Rosji właściwej. Rosjanie stamtąd mogą wysyłać samoloty bombardujące szpitale i szkoły ukraińskie. Ukraińcom nie wolno ostrzelać kolumn wojskowych lub lotnisk rosyjskich po drugiej stronie granicy z Ukrainą. Bezsens. Wobec przeciwnika, który łamie wszystkie międzynarodowe normy prowadzenia działań wojennych. Jest de facto i de iure wojennym przestępcą.
Wracając do PiS i Polski. Te dwie sprawy: wojnę na Ukrainie i łamanie praworządności w Polsce, brak (ciągnący się od zawsze, a więc i od czasów Platformy Obywatelskiej i nawet rządów socjaldemokratycznych) ochrony praw mniejszości LGBTQ+ nie wolno łączyć. Jakikolwiek rząd w Polsce będzie dalej sojusznikiem Zachodu w walce o pokonanie rosyjskiej inwazji na Ukrainie. Wolna i niezależna Ukraina to sine qua non każdej formacji politycznej w Europie Wschodnio-Centralnej. Oczywiście, nawet i te stwierdzenie nie ma mocy niepodważalnej. Ostatecznie Węgry też są w Europie Centralnej. Czy Orban by płakał, gdyby Putin wygrał? Pytanie retoryczne?
Wystarczy na jeden dzień. Może za kilka dni poobrażam innych. Albo skłonię do myślenia niezależnego, wyjętego z ramek wygodnych szablonów. Nigdy nic nie wiadomo – to wiemy. Zwłaszcza wtedy, kiedy wiadomo.
Yesterday was Canada’s birthday. A country set between three oceans. Amazing in size and in natural glory. A country now covered in a thick and dense fog of smoke. Smoke from huge fires from coast to coast. Just one generation and so much has changed. It makes me sad. I remember Canada from many years ago: splendid in its natural glory.
The monumental Rocky Mountains with glaciers feeding three rivers ending in three different oceans – there is no other country in the world that one huge glacier does it, the Columbia Icefields. It was immense – and my last journey through it with my husband about eight years ago, it was so much smaller. In one generation …
Calgary, the Rockies was my first home here. I was mesmerized by its majesty. The swaying fields of the prairies in Saskatchewan and the antelopes jumping over the fences along the highway. Eventually, we moved across the Rockies to Vancouver, to the shores of the Pacific.
What can I say? The city, the ocean with many islands and islets – it was just magic. And I worked on the sea, crossing every day for over twenty years the Salish Sea (it used to be called Georgia Strait prior to the just policy of returning to old native names existing before the white man arrival) on the way to Victoria. Vancouver Island. Tofino and Long Beach, the holy grail of cedar giants and Sitka spruce, and my magic tree – the poetic arbutus. How I mourned, when an old arbutus tree in front of the monumental Empress Hotel in Victoria, died…
From there, from the unique Stanley Park in Vancouver, we took the journey of our life and cross the continent to the shores of the Atlantic. The beginning of Canada, it’s birthplace.
Everywhere I had my secret places of magical force, places I went to gather thoughts, to sing joy and grief.
Stanley Park in Vancouver – popular tourist (and locals, too) attraction, yet it was so big, so dense in foliage, had so many little creeks, its own lake, unknown to many narrow trails, lost in the bushes – that you could spend the entire day there feeling like you are alone, far away from civilization. Pure magic. I went there just a few days before we left Vancouver to say goodbye to the trails and trees – my friends.
In Alberta’s Rockies, it was the Paradise Valley leading from Lake Louise to Moraine Lake and a much higher hike, from Lake Louise to Lake O’Hara, on the other side of Lake Agnes. The hike to Lake O’Hara takes you to an elevation of about 2300 meters – that is only 200 meters less than the highest peak of Rysy, the tallest mountain in Poland, my old homeland, where I climbed as a very, very young man.
In Halifax, my magic spot is just steps away from my home. Much smaller, and not as adventurous. Of course – all these travels and hikes from Long Beach, Alberta’s Rockies to the Atlantic take time. A few decades more or less. But that’s OK. Every season in nature and life alike offers different possibilities. That smaller place here I call My Rocks. The good thing is that I can go there any time of the day or night. I know probably every rock, its shape, and colour between two huge bridges: MacDonald and MacKay that span the length of the trail. I think they know me, too. And so I went today there. First time in many days, as my health took a severe beating recently. Probably I shouldn’t. But I could not to go. In many ways, my story in Nova Scotia is the story of rocks. I fell in love with them during my travels there. I know them, I remember where they are, and how they look at different times of day and seasons. They are my friends.
The walk today was full of memories: of places. And of people, who are no longer with me. It was also sad – the air and sky were full of smog-filled fog. But in that fog, I saw their faces very clearly. Felt very alone and yet, very grateful that I had them all, and that I loved them dearly.
That’s a gift one can’t shrug off. Them and Canada. And I smiled again.
From top to bottom, left to right: first four pictures are from My Rocks in NS; me and my husband in Long Beach, Vancouver Islan; me and my sister visiting my very first apartment in Canada (Calgary, the building no longer exists); Dartmouth rocks, NS; My Rocks in Dartmouth, Canada Day walk; me and my sister in the Rockies (Spiral Tunnel near Field, in 2005); view of the McDonald Bridge connecting Halifax and Dartmouth.