Terrence Bay

Bogumił Pacak-Gamalski

Tylu ich na tych skałach Północnego Atlantyku,

w tej zimnej wodzie, zginęło tego dnia .

Płynęli paro-żaglowcem zacząć nowe życie

w Nowym Jorku. Przygodę życia.  

W poszukiwaniu lepszego. W oczekiwaniu.

Marzeniu.

Młodzi, starzy, dzieci. Samotni i pary kochanków.

Nie dopłynęli. Nie zaczęli.

Pozostali tu, na małym cmentarzyku

w małej biednej osadzie rybackiej w Nowej Szkocji.

Terrence Bay. Blisko skalistej trasy wędrowniczej

miedzy Zachodnim i Wschodnim Pennant.

Widzę stąd, po drugiej stronie zatoki, tamte skały.

Zabierałem cię na długie wędrówki po tych wysokich gołoborzach

nad szalejącym w dole oceanem.

Lubiłeś te wędrówki.

Teraz stąd, po tej stronie zatoki, widzę wyraźnie

wysokie białe klify jej końca. Gdzie kosodrzewina

żyła śpiewem ptaków, które znalazły tam bezpieczny raj

kryjący małe łączki borówek, jagód i poziomek.

Zbierałem je i wsypywałem z dłoni w twoje usta.

Z dołu, dochodził huk rozbijających się o skały fal.

Pod koniec trasy, skąd było właśnie widać Terrence Bay

(wówczas nie wiedziałem. że tak się ta zatoka nazywa,

a osady stamtąd nie było widać – po prostu niekończąca się

potęga wody, skał i dziesiątki mniejszych i większych wysepek).

Nigdzie śladu człowieka.  Tylko ty i ja.

Dziś pierwsza moja samotna wycieczka.

Pierwsza od czasu, gdy cię nie ma.

Wycieczka, na którą nie mogłem cię wziąć.

Mimo, że ciągle, nieustannie jesteś ze mną.

 Ale nie mogę podać ci dłoni, gdy wdrapujemy się

 na skały, nie mogę się o ciebie oprzeć,

gdy siadam na kamieniu i patrzę w morze.

Nie mogę zebrać dla ciebie jagód i poziomek.

Patrzę długo siedząc nad morzem w Terrence Bay

na tamte skały, pod drugiej stronie zatoki.

Może jeszcze gdzieś tam zostałeś, przysiadłeś

na kamieniu? Gdybym zobaczył, to jak bym

dopłynął przez tą szeroką, zimną zatokę, jak bym

mógł wdrapać się na te ostre, pionowe klify,

jak uniknął porwania przez rozbijające się o nie

nieustannie wielkie grzywacze atlantyckie?

Ale nie widzę, nie mogę cię dopatrzyć.

Za daleko, by dostrzec maleńka sylwetkę człowieka.

Wstaje i idę na małe wzgórze porośnięte rachitycznym

 ale gęstym laskiem. Na szczycie drewniany kościółek,

gdzie pochowano we wspólnym grobie ponad pięćset

ofiar tej katastrofy morskiej w 1873.

W lasku zagubione stare mogiły, resztki grobów

drewnianych, niektóre zachowane w całości

murowane, kamienne. Tak, miedzy drzewami, krzakami,

bez alejek. Ale pamiętane, ktoś ciągle przynosi tu kwiaty.

Na małym cmentarzyku, ponad dwieście kilometrów stąd,

ponad wodami Pictou Harbour są twoje prochy u stóp rodziców.

Byłem tam niedawno. Postawiłem metalowy kwiat. Lilię.

Zatoka w Pictou jest spokojna, bezpieczna. Nie ma wysokich

skał ani potężnych grzywaczy rozbijających się o nie.

Mieliśmy tam spędzić zbliżającą się starość.

Naszą ostatnią wielką przygodę. Nowe życie.

Marzenie.

Jak tych pięćset sześćdziesiąt dwa z S.S. ‘Atlantic’.

Walk in the forest and opera

Bogumil Pacak-Gamalski

I’m in the woods, surrounded by trees. The sun filters through the leaves, creating a dance of light and shadow. The breeze caresses the branches, making them sway. They talk between themselves in the rhythm of that sway. The air is fresh and warm, but not too hot. It’s a perfect day … or it could have been.

But I’m not here to enjoy the scenery. I’m here to find you. You ran away from me, and I don’t know why. You didn’t say a word, just took off into the forest. I followed you as fast as I could, but you were always ahead of me. I called your name, but you didn’t answer. You didn’t even look back.

From the radio in my car I listen to Puccini’s La Boheme from Metropolitan Opera in New York. Last act. In Latin Quarters in Paris, the streets are dirty, buildings poor and cold. As the residents there. Clochards, cheap women and cheaper wine, poor artists (the bohemians). Little Mimi, overcome with consumption, is brought by friends to cold apartment rented by her lover, Rodolfo. She lays in bed but gathers her strength and sings to him about her love. Rodolfo responds with the same emotions. They sing together. Her singing brings hope to her lover. He starts to believe that Mimi will live, his hope gathers strength. But Mimi is dying. Hope and love can’t escape death.  

The terrain is rough and uneven. The ground is covered with dead wood, roots and rocks. I’m not as agile as I used to be. I’m not a young buck anymore, confident in my strength and speed. I stumble and fall, scraping my hands and knees. I get up and keep going, hoping to catch a glimpse of you.

But you are nowhere to be seen. You are hiding from me, or you have already gone too far. You are out of my sight and out of my reach. I don’t know where you are, or if you are safe. I don’t know what you are thinking, or what you are feeling. I don’t know if you still love me, or if you ever did. If you did, why can’t I find you in this forest, why are you hiding from me? Why have you forsaken me, my lover? Why you didn’t give me a chance to say goodbye. Why I didn’t know that the kiss was our last one? Have I known it, maybe I would have kiss you a moment longer, a second longer. Now the second , that precious moment is taken away from me. I don’t ask for much. Not for a year, nor a day even, or hour. Just that one second. Please come out from your hiding in this forest. Let me have that second.

The radio plays the sobbing anguish of Rodolfo in the final moments of last act of La Boheme. The curtain fells down.

Chasydyzm i odrodzenie nowej Rzeczypospolitej

Bogumił Pacak-Gamalski (cz. V)

Zakończył się okres Paschy żydowskiej i chrześcijańskiej Wielkanocy, która faktycznie jest niczym innym, jak ostatnią celebracją Paschy żydowskiej przez Jezusa z Nazaretu. Więc czas do powrotu do mojego cyklu o antysemityzmie polskim. Chciałbym już na ten temat w przyszłości nie pisać. Ale bym mógł nie pisać w przyszłości – muszę teraz starać się moje myśli na ten temat ułożyć.

Z notatek spisywanych  w marcu tego roku wynika, że nurtowało mnie to bardzo. Właśnie te pytanie: Czy kiedyś napiszę ostateczną, końcową wersję tej historii? Mojej, polskiej. I ich, żydowskiej, a wszak też polskiej.

I przyznaję, że jest to emocjonalnie wyczerpujące. Nie wiem, może profesjonalny historyk (podobnie, jak lekarz) potrafi okryć się pancerzem obojętnego obiektywizmu, szkiełka i oka. Mnie trudno. Więc wolałbym jednak na tym cyklu pozostać, zamknąć moje szperanie w ciemnych zakamarkach duszy polskiej. Z całą stanowczością jednak muszę podkreślić moją niewzruszoną pewność (a przez to jeszcze bardziej przykrą i nieznośną), że antysemityzm polski nie był/nie jest wyspą odosobnioną. To nie wyspa a olbrzymi kontynent religijnych waśni i nienawiści wszystkich religii Abrahamowych. Ale to już zupełnie osobny i inny temat.

Nikogo prawie już nie ma kto pamięta, kto widział, kto słyszał; był aktorem-ofiarą dramatu. Pozostaną dokumenty, archiwa. Martwe. Dokumenty nie mają etyki, nie płaczą, nie krzyczą. Nie mają też nienawiści, pogardy. Nie są nawet chciwe. To martwe formularze, kartki papieru. Z biegiem lat wyblaknie  z ich stron człowiek. Pozostanie tylko suchy fakt jakiegoś czynu, jakiegoś miejsca, może kilka nic nie mówiących nazwisk, które stracą swą łączność z tym człowiekiem, z jakimkolwiek człowiekiem.

Czy zdążę pojąć co i dlaczego się stało nim ten czas – w tym i mój czas kurczący się – nadejdzie? Wątpię. Ale będę się starać pojąc głębiej, zrozumieć, co do zrozumienia jest możliwe.

Przyszedłem na świat około dekadę od ostatniego pogromu i około dekadę przed ostatnią nagonką. Tą, która de facto unicestwiła marne resztki świata polskich  Żydów istniejące na ziemiach, które zamieszkiwali od setek lat. Wielu rzeczy, osób, miejsc, które były mi kulturowo bliskie emocjonalnie nigdy nie zobaczyłem, nie poznałem, nie dotknąłem. Spóźniłem się o epokę. Pamiętam smutek młodego chłopaka, kiedy przechodziłem  zakrętem małej uliczki przez Plac Grzybowski i mieszczący się tam budynek Teatru Żydowskiego. Zawsze chciałem zobaczyć wielką Idę Kamińską na scenie tego teatru. Nie zobaczyłem. Kamińska dobrowolnie wyjechała z Polski po nagonce w 1968. Teraz nie ma nawet w tym miejscu śladu po tym teatrze. Tym razem już z przyczyny decyzji samej warszawskiej Gminy Żydowskiej, która ten historyczny budynek sprzedała. Bardzo niefortunnej i złej decyzji. To było miejsce specjalne, o wartości historycznej. Za dukata czy miedziaka nie wszystko można kupić. I nie wszystko powinno się sprzedawać … .

Pogranicze, to takie dziwne terytorium ‘ni tu ni tam’, ‘naszych i ich’. Kimkolwiek ci ‘nasi’ i ci ‘tamci’ są. Cechą zasadniczą pogranicza jest biegnąca w jego środku niewidzialna linia granicy: przedziału, podziału.

Świat pogranicza, który nigdy nie wróci. Wielusetletnie pogranicze polsko-żydowskie, które wycisnęło się trwałą i niezniszczalną pieczęcią na historii Polaków i Żydów. Historii Polski. Polskiej i żydowskiej. Bez wątpienia ta historia ma swoją kontynuację (nie zawsze całkowicie świadomą) daleko poza Polską.  W Izraelu, w Nowym Jorku, w Montrealu. Wszędzie, gdzie istnieje żydowska diaspora i gdzie istnieje świadoma swej historii diaspora polska.

W dawnej Rzeczypospolitej szlacheckiej tereny były rozległe, olbrzymie. Więc i pogranicze – zwłaszcza kresowe, stepowe – było szerokie, jak owe niekończące się stepy. Na pograniczu wąskim, gęsto zaludnionym, ta biegnąca gdzieś nić graniczna zamazuje się. ‘Nasi’ i ‘tamci’ stają się coraz mniej różni, upodabniają się, asymilują.  Tak bywało w Polsce zachodniej, nawet centralnej, północnej. Na Podolu, w województwie Bracławskim  i dalej, ku Dnieprowi – przestrzeń była szeroka, mało zaludniona a miasteczka nieliczne i w zasadzie pozbawione specyficznej klasy mieszczaństwa.

Czas tam biegł inaczej. Dramatyczny okres ostatnich dwustu lat istnienia I Rzeczypospolitej wiązał się i z osiągnieciem przez nią potęgi na skalę olbrzymią i początku jej wewnętrznego i zewnętrznego rozpadu. Na dalekich kresach południowo-wschodnich był to też czas nie kończących się wojen i wojenek z Kozaczyzną, z Tatarami, z Turcją. Stabilne więzy administracji państwowej, rozwoju gospodarczego i politycznego rozpadały się, jak wywrócony kosz połatanej przędzy. Był to czas bardzo nieprzychylny dla osad i zbiorowisk biedoty żydowskiej, drobnych rzemieślników i drobnych handlarzy. Czas głodu, lęku. Tak zrodził się mesjanistyczny ruch chasydzki. Ludzi, których określić można  ruchem mesjanistycznym, zanurzonym nie w uczonych i przestrzeganych przez rabinów Rzeczypospolitej zapisach Talmudu, a w Kabale izraelskiej i we fragmentach często niezrozumiałej Tory. Przypominali nieco średniowiecznych mnichów chrześcijańskich wędrujących po grodach i leśnych trakach ówczesnej Europy. Trochę też muzułmańskich derwiszów spod skrzydeł Rumiego i jego oblubieńca, Szamsa z Tabrizu. Niewykształceni, pozbawieni opieki spirytualnej i prawnej, przemieszczali się od osady do osady, jako owi średniowieczni trubadurzy, jak grupy tańczących Derwiszy śpiewając znane im nieliczne hymny Tory i własne hymny radości życia i zespolenia z Jahwe. Ich Pana, który tak, jak z niewoli egipskiej i ich do krainy szczęścia wywiedzie. Dostawali od innych żydowskich biedaków w napotkanych osadach pożywienie, napitek. Ich mesjanizm był ratunkiem przed skrajną depresją, przed codziennością, która ich przerastała ogromem wezwań. Ruch ten w sposób omal nadzwyczajny rozrósł się do nieoczekiwanej popularności i masowości.  Niektórych  z nich widziano, jako osoby nawiedzone łaska bożą, świętych. Niektórzy z nich zaczęli siebie tak widzieć. Typowe procesy ruchu mesjanistycznego. Początkowo, gdy ich sława i mir, dotarły do szanowanych i znanych rodów rabinackich Rzeczypospolitej, ci świętobliwi adepci Talmudu, który stale tłumaczyli i uwspółcześniali nowymi komentarzami – oburzyli się na takie występki nieuczonych w piśmie, na jakieś tańce i śpiewy niczym w szynku a nie w domu pobożnego żyda. Ostrzegano przed nimi, grożono, a samych chasydzkich ‘odszczepieńców’  nawoływano do zarzucenia tych bezecności. Ale było już za późno. Ruch obrósł w siłę i popularność. Znani i szanowani rabinowie musieli się z faktem pogodzić, nawiązać kontakty. Z czasem powstała funkcja cadyka, a nieco później ta funkcja cadyka – podobnie jak tytuł rabinowski – stały się dziedziczne. Powstały rody i grody cadyków.

Mauzoleum Lewi Izaaka, słynnego cadyka z Berdyczowa (XVIII-XIX w)
(fot. by By Shybetsky – Own work, Wkipedia Commons)

Odnoszę wrażenie, że ruch chasydzki doprowadził do większego wyobcowania, szerszej alienacji Żydów chasydzkich z więzów obywatelskich, państwowych. Z więzów emocjonalnych z samą instytucją państwa, w jakim mieszkali. To do siebie ma wszelki ‘mesjanizm’ – nie tylko religijny ale i polityczny, narodowościowy, filozoficzny. Gdy nadeszły czasy walk o niepodległość Polski – te żydowskie miasteczka, osady, które wyrosły na gruncie chasydzkim nie wybuchły patriotycznym uniesieniem rezurekcji tej ukochanej Rzeczypospolitej. W dodatku na ziemiach polskich rozszumiał się głośną zawieją inny mesjanizm – polski, etnicznie polski. Nie, nie ten z czasów Wielkiej Emigracji Hotelu Lambert. Mesjanizm pana Dmowskiego i Narodowej Demokracji i jej bękarta – faszystowskiej Falangi. Te faszystowskie bękarty stały się zresztą modne w całej Europie. Nieszczęściem Żydów polskich był fakt, że w Polsce ich, Żydów, … było najwięcej. Nie bez znaczenia był tradycyjny  antysemityzm większości polskich hierarchów i zwłaszcza szerokiej rzeszy zwykłych księży katolickich.

Przy tym wyobcowaniu, wzajemnej nieufności, lęku z żydowskiej i agresywności z etnicznie polskiej strony – te sąsiedztwo w granicach jednego państwa nie było łatwe.

A były szanse na lepsze sąsiedztwo. Intelektualna i finansowo-gospodarcza elita Żydów polskich była z kulturą polską i państwem polskim emocjonalnie i intelektualnie silnie związana. Nie tylko Żydzi, którzy ulegli pełnej, dobrowolnej polonizacji i uważali się za ‘Polaków żydowskiego pochodzenia’. Również Żydzi ortodoksyjni świadomi swej odrębności kulturowo-etnicznej i chcący tą odrębność zachować czuli się z Polską silnie związani. Czuli się jej pełnymi obywatelami.

Były szanse. Bladły jednak wobec przeszkód. Już podczas Konferencji w Paryżu (gdzie Polskę reprezentował Dmowski i jego Stronnictwo Narodowe) tzw. problem mniejszości żydowskiej napotykał na ostre sprzeciwy strony polskiej. Podpisano co prawda tzw. ‘mały traktat’ dotyczący specyficznie ludności żydowskiej – ale Polacy nawet nie ukrywali, że nie mają zamiaru większości z jego zapisów realizować, podobnie, jak nie zrealizowaliśmy nigdy ustaleń Konferencji Państw Reprezentujących byłe mocarstwa, które przestały istnieć – Austro-Węgierskiego i  Cesarstwa Rosyjskiego   w sprawie Ukraińców. Polska przyjęła w zasadzie opcję tzw. faktów dokonanych. Problemy były też obiektywne. Żydzi nie byli w jakimkolwiek sposób jakąś jednolitą społecznością z tzw. tradycyjnego rozumienia mniejszości etnicznej. Co miałoby o należeniu do takiej ‘mniejszości’ decydować? Wiara? Etniczność? Język (hebrajski? aramejski? czy jidysz? byli obywatele pochodzenia żydowskiego, którzy mówili tylko po polsku)? Nie zamieszkiwali jakiegokolwiek specyficznego terytorium administracyjnego. Ba, zamieszkiwali na terenach historycznie należących do innych mniejszości Rzeczypospolitej (Podole, Wołyń, Białoruś, Wileńszczyzna).  Polska zgodziła się na prowadzenie przez Gminy Żydowskie szkół. Istniały zasadniczo (w zależności od wielkości i zamożności Gminy ) szkoły o charakterze religijnym (tzn. wykładano w nich religię mojżeszową i nauczyciele byli wyznania żydowskiego oraz szkoły generalnie świeckie. Najczęściej były to szkoły powszechne i gimnazjalne (do 7 klasy), były też szkoły gimnazjalno-licealne (do 9 klasy). Wykładowym były języki: hebrajski, jidysz i polski. W zależności od oferowanego programu i stopnia przygotowania zawodowego nauczycieli szkoły, ich świadectwa były formalnie uznawane na tej samej zasadzie, jak szkoły państwowe. Ale nie były opłacane i nie otrzymywały dotacji z budżetu miejskiego  (państwowego) i były szkołami prywatnymi. Stąd poziom ich był bardzo ścisłe związany z zamożnością danej Gminy i danego sąsiedztwa żydowskiego.  Warte odnotowania jest, że podobnie jak szereg polskich szkół państwowych, tak i żydowskie kontynuowały tajne komplety i naukę nawet w czasie okupacji hitlerowskiej. Ostatni tajny egzamin maturalny z Liceum Spójnia miał miejsce w getcie warszawskim w lipcu 1942.  Tylko w samej Warszawie wszelkiego typu i charakteru szkól żydowskich było ponad dwieście. Szkolnictwo wyższe było wyłącznie domeną państwową.  I tu spotykamy od razu poważne wyłomy w demokratycznym , ogólnym dostępie do nauki opartym jedynie na wiedzy kandydata. Wszystkie chyba wyższe Uczelnie w Polsce praktykowały większy lub mniejszy rodzaj rasizmu lub antysemityzmu. I nie mówię tu o wyczynach i akcjach studentów skupionych w szowinistycznych Korporacjach studenckich, zwłaszcza w tych  tzw. ‘młodych’, czyli powstałych w latach Dwudziestych. Mówię o formalnym, uczelnianym antysemityzmie. Przypominam sobie mała książeczkę  kupioną przed wieloma laty, wspomnienia dr. Jana Gellera, polskiego Żyda.

Geller młodość spędził w Krakowie w inteligenckiej rodzinie żydowskiej. W 1924 po zdanej maturze złożył aplikację na Uniwersytecie Jagiellońskim na Wydział Medyczny. Aplikacje odrzucony na podstawie ‘numerus clasus’: na 100 otwartych miejsc tylko 10 przeznaczono dla kandydatów żydowskich. Wyniki maturalne, listy polecające nie miały znaczenia. Tak, jak znaczenia nie miało obywatelstwo polskie. Dzięki uporowi i listowi polecającemu od byłego premiera Polski, przyjęto go na UJ w następnym roku.

W 32 ukończył bakałarz medycyny, w 1934 obronił prace doktorską. Po wiadomości, że zdał doktorat pośpieszył na swoją uczelnie odebrać papiery w Collegium Novum UJ. Niestety, nieświadomie wybrał niefortunny dzień. Dzień, w którym studenci i absolwenci żydowskiego pochodzenia mieli zakaz przychodzenia do najstarszego polskiego uniwersytetu. Co mu dość zdecydowanie wyjaśnili szybko studenci-Polacy … . („Through Darkness to Dawn” by dr. John Geller, Veritas Found. Publication Centre, London, 1989).

Cóż więcej dodać?  Może stronę  tytułową popularnej gazety tego zacnego grodu Piastów i Jagiellonów. Z tego samego mniej więcej czasu, co przytoczone wyżej wydarzenia Jana Gellera.

Link do cz.4

Halifax, Dublin, Ulysses i mewy

Bogumil Pacak-Gamalski

Jest ciepło. No, może nie w tej chwili gdy to pisze. Ale zdecydowanie było ciepło (jak na kwiecień nad Północnym Atlantykiem), gdy działo się to, o czym piszę.

Idę na ‘swoje’ kamienie. Moje kamienie, to takie głazy rozrzucone systematycznie u nabrzeża wąskiej cieśniny odgradzającej stary Halifax kanadyjski od marnego Dartmouth. Ja mieszkam w tymże marnym Dartmouth. W domu nad tą cieśniną, stąd na te głazy regularnie chodzę na spacery, o różnych porach dnia i nocy i roku. Tu, w tej cieśninie wąskiej, tuż obok gdzie chodzę, kiedyś zderzyły się dwa okręty wojenne. Jeden był załadowany prochem i amunicją na front  zachodni I wojny światowej.  Eksplozja była największym wybuchem w historii wojen aż do czasów Hiroszimy i bomby atomowej. W okamgnieniu zniknęły całe dzielnice Halifaksu, tysiące ludzi zginęło.  Gdybym siedział tak wtedy na tych kamieniach – pewnie bym nie siedział długo tylko leciał z fragmentami tych statków, tych pocisków, gdzieś w powietrze. Spory kawał małego działa żeliwnego leży do dziś po mojej strony cieśniny, jakieś kilka kilometrów od mojego domu, koło jeziora Abro, gdzie też lubię chodzić na spacery. Przeleciała sobie tak ta lufa armatnia, jak jaki dmuchawiec pod chmurami.

Ta I wojna , a potem druga, zamieniły tą cieśninę i port w Halifaksie  w jakiś Kanał Sueski w najbardziej ruchliwej dla żeglugi porze dnia i roku. Okręty i statki dostawcze,  łodzie i kutry były tu tak gęsto cumowane i manewrowane, że ponoć na upartego mógłbyś suchą nogą przejść przez cieśninę ode mnie na brzeg Halifaksu. A teraz by trzeba było być dobrym pływakiem i silnym by przepłynąć.  Więc ja jeżdżę przez most. Samochodem. Ale wtedy, no wtedy to było inaczej. Jakby flota Greków płynęła do Troi by zmierzyć się z Priamem.

Na kamieniach mam ulubione miejsce. Głazy tak ułożone, że tworzą obszerną kanapę, niczym w Wersalu. Oparcie na plecy, wałeczek pod stopy, nawet wnęka na wsparcie ramienia. Leżę i gapię się w wodę. Myślę o tej armacie lecącej w powietrzu. A potem myślę o „Ulysessie” Joyce’a.  Widzę obok siebie jego bohatera Dedalusa, Mulligana i Hainesa siedzących przy wieży Martello w Dublinie i spoglądających na  wodę zatoki o kolorze zielonkawego gluta. Mistrz słowa i formy – Joyce – pisze tak silnym dialektem, że ciężko się chwilami połapać o czym oni tam gadają. Nigdy „Ulyssesa” nie lubiłem.  Jest mistrzowsko nudny, jak flaki w oleju. Podziwiać mogę dyscyplinę i warsztat pisarski, chwyt adaptacyjny „Odysei” Homera. Ale, jako czytelnik chce mi się wymiotować. Prosto do tej cieśniny. Może też nabierze koloru tego zielonego gluta, jak chusteczka Hainesa.  

A  lubię literaturę irlandzką. I lubię Joyce’a, jako autentycznego wielkiego modernistę i awangardzistę literatury. Nie lubię tylko  tego akurat dzieła, które uznaje się, jako szczyt jego talentu – „Ulysses’a” właśnie. Dla mnie to tylko ćwiczenia literackie a nie skończone dzieło.

Jakże inaczej pisze współczesny wielki pisarz irlandzki, Callil Toibin. Jego książki kocham.  Czytanie ich to uczta. Ale nie zabrałem ani jednej z nich na ten mój spacer. Szkoda.  Zbieram się więc do domu, zwlekam z tej kamiennej kanapy ( a nie jest to proste z moją niezbyt zdrową kondycja w oczekiwaniu wielomiesięcznym na operację), chwytam mój kijek podręczny, torbę z zeszytem. Spoglądam w niebo. O! Przeleciało coś! A jednak nie, to nie był kawałek armaty. Mewa. Biała z żółtym dziobem. Ciekawe czy mewom, które w wichurach sobie całkiem nieźle radzą (co obserwowałem często nie tylko tu, nad Atlantykiem ale i podczas wielu lat pracy na statkach na zachodnim Pacyfiku), ten wybuch  tego statku z amunicją też szkody przyniósł.

… we fragmentach zamknięte …

… we fragmentach zamknięte …

Bogumił Pacak-Gamalski

We fragmentach publikowanych przeze mnie  na przestrzeni lat i na najróżniejsze tematy (nie związane bezpośrednio z tym) znajduję takie wtrącenia właśnie. Niby nic. Jeden dotyczy wspomnień z pierwszej wizyty w Polsce od czasów emigracji, w pamiętnym roku pierwszych wyborów prezydenckich (Wałęsa contra Tymiński).  I przypadkowego spotkania wieczorem w Warszawie znajomego działacza i polityka polskiego.  Nie, nie 1890, nie 1940 i nawet nie 1967. Rok był 1990.

Drugi to fragment związany z rocznicą zamordowania przez nacjonalistę-narodowca polskiego … pierwszego prezydenta odrodzonej Polski, Gabriela Narutowicza. W ciągu kilku dni nagonki na Narutowicza, z potomka starego polskiego rodu szlacheckiego został … żydem i symbolem spisku międzynarodowego syjonizmu. Efekt znamy – strzał z pistoletu przy otwarciu wystawy na Zachęcie. Rok był 1922.

Frag. 1.

Jednego z tych popołudni, gdy zbierało się na wczesny wieczór szedłem wolnym spacerem z Nowego Światu na Krakowskie. Latarnie uliczne ledwo ćmiły, jakby to były lampy gazowe a nie elektryczne. Z daleka ujrzałem pochodnie. Pod św. Anną stały szeregi harcerzy w mundurach i pochodniach w dłoniach. Patriotyczna scena, jak z ram starych obrazów. Na małą mównicę wchodzi … Wojtek Ziembiński. Chciałem podejść i się przywitać. Ale nie podszedłem. Przypomniało mi się, jak się poznaliśmy i jak mnie od niego odpychało.

Ziembińskiego z Polski nie znałem, choć był działaczem anty-komunistycznym od wielu lat. Był starszy ode mnie sporo lat, prawie w wieku mojego ojca. To ‘prawie’ ma znaczenie, bo pozwala mi umieścić nieco wybujałe fragmenty jego własnej autobiografii w realnym kontekście. Czyli co mogło być realne a co, powiedzmy sobie, z lekka koloryzowane w odcieniach mitomanii. Cofnijmy się więc o dwa-trzy lata. W Calgary mieszkała od czasów powojennych Zofia Skarżyńska de domu hrabianka Zamoyska. Wdowa po Kazimierzu Skarżyńskim. Tym, który z ramienia polskiego PCK przeprowadził pierwsze badania zwłok oficerów polskich w lesie katyńskim. I sporządził pierwszy, niezależny raport z tych badań. Oczywiście do 1989 w Polsce oficjalnie Katyń dalej był robotą Niemców. Oryginał tego raportu Kazimierza Skarżyńskiego pani Zofia przechowywała w domu. W Bibliotece Kongresu USA istnieje oficjalna kopia Raportu, którą przekazał Kongresowi Skarżyński jeszcze w latach 50. podczas oficjalnych przesłuchań w Kongresie w czasie amerykańskiego dochodzenia na ten temat. Z panią Zofią znałem się bardzo dobrze (Kazimierz Skarżyński zmarł na długo przed moim zamieszkaniem w Calgary) choćby z racji tego, że była czynna i lubiana w Polonii ale też z faktu, że łączyły mnie bardzo bliskie stosunki z jej córką, Marią. De facto byłem wówczas prawie domownikiem w domku pani Zofii. Pewnego dnia pojawił się tam właśnie Ziembiński z misją uzyskania Raportu Kazimierza Skarżyńskiego i praw do druku tegoż. Był już co najmniej jeden (było wielu wcześniej) publicysta i pisarz, który o to samo zabiegał, Edward Zyman. Edwarda znałem od jego pierwszych dni na emigracji w Kanadzie. Pani Zofia prosi mnie do siebie na spotkanie-kolacyjkę z Ziembińskim. Maria (jej córka) ma nadzieję, że udzielę jakiejś dobrej (?) rady, która pomoże jej mamie podjąć decyzję. Jak w  starym ziemiańskim domu dyskusji być nie może bez dobrej kolacji (Zofia Skarżyńska gotowała świetnie i sporo tego było z jej własnych polowań – palce lizać) a gość mógł pić ile zechce. Ziembiński momentalnie przybiera pozę zażyłego szlachcica-sąsiada jaśnie pani hrabianki i zaczyna brylować skrapiając animusz suto gorzałką. Ja wówczas też zdecydowanie za kołnierz nie wylewałem i nie krygowałem się niby to wzbraniając się przed kolejną dolewką do kieliszka. Gość szybko proponuje bruderszaft. Mimochodem schodzimy na Piłsudskiego, mówię mu o spotkaniu z Wandą Piłsudską, o przyjaźni z generałem Tadeuszem Tarczyńskim, adiutantem Marszałka od czasów jeszcze Oleandrów. Ziembiński podnieca się tematem, peroruje jakim jest wielkim wielbicielem i ostatnim chyba z żyjących piłsudczyków w Polsce. Zapomina się w podnieceniu i irytuje mnie. Jeszcze chwila a okaże się, że jest legionistą, cholera, myślę.  Zaczynam patrzeć na niego uważniej. On bierze to za zachwycenie publiki i oracje jeszcze większe smali. W pewnej momencie używa zwrotu ‘jako stary żołnierz Marszałka…’. No, nie wytrzymuję i uderzam dłonią w stół: ‘co ty pierdzielisz Wojtek?! Przecież ty do 39 chodziłeś jeszcze w krótkich spodenkach, jesteś młodszy od mojego ojca o kilka lat, a ojciec nie miał nawet skończone 18 lat, gdy go Sowieci aresztowali pod Wilnem w akcji ‘Burza, w 1943. W 35, roku śmierci Marszałka, nosił bardzo krótkie spodnie, więc ty nosiłeś jeszcze krótsze’. Robi się cisza. Słychać chyba było jak nam wóda parowała z czupryn. By ratować niezręczność sytuacji dodaję, jako żart: ‘no, skończmy z Marszałkiem. Pani Zofia pamięta go jak przyjechał na rozmowy z jej ojcem, ordynatem Maurycym Zamoyskim, który był przecież przeciwnikiem Piłsudskiego, więc chyba to temat nie najlepszy na zyskanie jej przychylności’. Wszyscy oddychają z ulgą i śmieją się niby serdecznie. Ale Zofia puszcza mi oko z zadowoleniem. Dość miała też tego perorowania. A cel spotkania jednak bardzo ważny. I dochodzę jednak do wniosku, ze mimo niechęci jaką do niego personalnie odczułem – fakt, że jest antykomunistą jest niezaprzeczalny, że jest działaczem opozycji – też, że jest z Kraju i tam ma być „Raport” katyński opublikowany to argumenty, które przemawiają na jego korzyść. I tak w konsekwencji radzę pani Zofii, nie ukrywając personalnej niechęci do tromtadracyjności suplikanta. Tak też się stało. Raport się ukazał najpierw w ‘drugim obiegu’ w Kraju w 1988, potem w Paryżu nakładem Editions Dembinski w 1990. Zabrakło mi w tym wydaniu rzetelnej przedmowy historyka tamtych czasów, zabrakło solidnego przedstawienia sylwetki Kazimierza Skarżyńskiego. Zrobił to lata później w świetnych opracowaniach historycznych Andrzej Przewoźnik. W wydaniu ‘Raportu” przez Ziembińskiego jest jedynie jego własne posłowie, krótki i dość uproszczony (jak większość rzeczy, które Ziembiński robił) opis historii sowieckich zbrodni  na Kresach w 39. Bardziej do artykułu w gazecie niż do dość jednak historycznej publikacji.

Dość długie to wspomnienie ale jednocześnie dość charakterystyczne dla przemian, które następowały w Polsce po 1989 roku.  W 1981 roku, w dniu 13 grudnia, Polska i Polacy rysowani byli grubą, wyraźną kreską. Granica My-Oni była wyraźna. Na niuanse mało kto zwracał uwagę. Ani na dopatrywanie się, gdzie kreska jest węższa. Dopiero rok 1990 wykazał jak strasznie ważne i niedoceniane były te niuanse i obszary zacieniowane. Wszyscy chcieliśmy wolności. I nikt nie potrafił jasno zapytać: jakiej?

Jest więc rok 1990, stoję przy szeregach harcerzy z pochodniami, na mównicy z megafonem stoi Wojciech Ziembiński i zaczyna rzucać hasła. Niebezpieczne. Dziwne. Jakiś spisek znowu żydowski, jakieś anty-polskie zagrożenia i jak z nich Niepodległą, Wspaniałą, Katolicką Ojczyznę wykuć w głazie marmuru. Harcerze z pochodniami falują w szeregach, oczy im się skrzą. Niby jest nawiązanie do harcerzy lwowskich broniących grodu przed hordą bolszewicką w 1918, niby są cienie Szarych Szeregów Powstania w 1944. Może i ojca mojego bym się dopatrzył, bo przecież formalnie był w grupie harcerskiej a nie żołnierskiej, gdy dostał rozkaz dotarcia z kolegami i bratem do oddziałów AK w lesie pod Wilnem w 1943. Ale nie widzę tych cieni. Widzę młodych ludzi, bardzo młodych, którzy tylko tą mało skomplikowaną historię znają, którym nagle w tempie przyspieszonym dano wykłady i broszurki tylko jednej wersji tej historii, bardzo zbliżonej do wersji Dmowskiego, do radykałów domowego faszyzmu lat 20. i 30. XX wieku. Wersji, która całkiem dobrze przetrwała czasy komuny ale kto wówczas na szczegóły zwracał uwagę? Przecież wszyscy byliśmy po tej samej stronie barykady. Wszyscy? Tej samej? I zastanawiam się, czy gdyby nie było roku 1968, masowej i wymuszonej emigracji resztek Żydów polskich do Izraela i innych krajów Zachodu, gdyby akurat z jakiejś modlitwy w bożnicy lub spotkania towarzyskiego grupka takich Żydów szła teraz np. do kawiarni na Starówce – to czy ci harcerze by ich bili? Rękoma czy po prostu tymi pochodniami płonącymi biało-czerwonymi ognikami? I mam ochotę podejść do mównicy i wrzasnąć na Ziembińskiego: stul mordę, bo ci przy…lę idioto! Ale nie robię tego, bo Ziembiński by mnie i tak w tej ciemności nie poznał a harcerze (lub zebrani obok gapie), by mnie wzięli za komunistę i niezłe mi manto spuścili. Podchodzę jednak tuż do pierwszego szeregu tych zuchów i ze smutkiem mówię bardzo głośno: ‘straszne, co wy robicie, chłopcy’. Patrzą, jak na dziwaka. I odchodzę ze spuszczonym łbem kierując się na Plac Teatralny i Ogród Saski. Czas wracać do domu z tego (nie)tryumfalnego spaceru miasta mojej bujnej młodości.

Frag. 2

Gabriel Narutowicz, ku zdumieniu obozu prawicy polskiej, wygrał pierwsze wybory prezydenckie w Rzeczypospolitej Polskiej w grudniu 1922. Fala nienawiści, jaka wylała się na niego z prasy, wystąpień publicznych działaczy narodowców i faszystów polskich była niesamowita. Od absurdalnych po katastroficzne. W przeciągu kilku dni Narutowicz, potomek starego rodu szlacheckiego z Litwy, stał się Żydem i symbolem spisku żydowskiego. Popularny prawicowy publicysta, ksiądz i poseł Kazimierz  Lutosławski pisał na łamach „Gazety Porannej” 11 grudnia: ‘Co się stało? Jak śmieli żydzi narzucić Polsce swojego prezydenta!’ a kończył tekst wezwaniem do bezpardonowej walki z ‘żydowskim zamachem stanu’ i ratowaniem Polski.


Pewnie było takich fragmentów więcej. Nie mam czasu na czytanie co kilka lat wszystkich swoich tekstów. Niektórych z pewnością nie mam w domu i pojęcia nie mam, gdzie każdy publikowałem. Zdarza się, gdy ma się kilka krzyżyków na karku (choć jeszcze nie pochylonym) i nie jest się, no jak to się dziś nazywa … influencerem ?

Ah, wrócę jeszcze na moment do tej mojej ulubionej książki Agaty Tuszyńskiej, która wybrała się na poszukiwania śladów Isaaka Baszewisa Singera (tak, tegoż noblisty). Na s. 39  wspomina, że jeszcze w Leoncinie (miasteczko-osada założona koło Zakroczymia przez Żydów po tym, jak Rosjanie wypędzili ich z Biłgoraja w czasach wojny 1905) któryś z Żydów lokalnych przeczytał w gazecie o pogromie Żydów w Białymstoku. Tuszyńska pisze: Powtarzano sobie doniesienia o okropnościach, jakie spotkały dzieci i starców, których porąbano siekierami na śmierć, mówiono o ciężarnych kobietach, którym otwierano brzuchy. Rok był 1906.

Popiersie wielkiego myśliciela Gaona z Wilna (na placu, gdzie kiedyś była Wielka Synagoga wileńska – zdjęcie autora)

Te daty wytłuszczałem naturalnie w pewnym celu. Bo to szmat czasu. Można je pewnie wydłużyć, znaleźć przykłady wcześniejsze i bliższe dnia dzisiejszego. Ale te, wyżej wytłuszczone przy kolejnych akapitach-fragmentach, są klamrą dość zasadniczą obejmującą ostatnie sto lat naszej historii. Historii polsko-żydowskiej. W 1910 urodził się mój młodszy dziadek; drugi, starszy, w 1906 był już młodym mężczyzną. Więc jestem już trzecim pokoleniem tej klamry czasowej, za mną są już kolejne dwa pokolenia mojej rodziny. Chciałbym by dalej ta historia już się nie toczyła. By był to czas zamknięty. Jedynym sposobem by tak się stało jest kolejne, raz jeszcze trudne ale niezbędne otworzenie kart tej steranej księgi naszej przeszłości. Każdej karty, każdego świństwa, każdego pogromu, każdej szkody wyrządzonej naszym żydowskim braciom i siostrom. Raz na zawsze zamknąć usta propagandzie, a otworzyć okna dla prawdy historycznej. Tylko wtedy dojrzymy te całe pokłady piękna, braterstwa i wspólnoty ojczyźnianej jaką przez ponad siedemset lat z naszymi żydowskimi współobywatelami tworzyliśmy. Czy to jest możliwe? Oczywiście, że tak. Jest nawet dość proste. To wymaga odwagi politycznej rządów polskich ale i ich zrozumienia niezbędności utrwalania i zachowania prawdy.  Przede wszystkim wymaga jednak naszego zrozumienia tej historii. Mówiąc ‘naszego’ nie myślę już o rządach, politykach. Myślę o nas – ludziach, którzy uznają się i uważają za Polki i Polaków. Jeśli z dumą należną wspominamy jakieś wielkie zwycięski bitwy polskie, jakieś osiągnięcia naukowe, artystyczne, to nie możemy zakrywać oczu i uszu wobec obszarów wstydu narodowego. Jeśli w Dzień Zaduszny zwyczajem naszym chodzimy z momentem zadumy na Powązki, na Rossę wileńska, na Cmentarz Orłów we Lwowie, na niezliczone stare cmentarzyki z prostymi krzyżami żołnierzy, których nie znaliśmy, lub osób wyjątkowo zasłużonych Polsce, to równie naturalnym jest pójść na jakiś stary, zapomniany cmentarzyk żydowski. Oni też ten kraj, tą ziemię budowali, rozwijali. Tu się rodzili, tu się żenili i tu umierali. U siebie. W swoim kraju od pokoleń. Nie ma nic złego pójść na taką cichą cmentarną wizytę z dzieckiem i dwa słowa wytłumaczenia dlaczego ten cmentarzyk zapomniany, zaniedbany.  To może być wartościowsze dla takiego dziecka niż późniejsze suche lekcje historii w szkołach. I tam, na tym cmentarzu, bez fanfar i kamer telewizyjnych cicho szepnijmy: przepraszam.

poprzedni tekst cyklu

Smutne zaułki

Bogumił Pacak-Gamalski

Część III

Temat nie prosty. Nie bardzo nawet wiem od której ‘strony’ do niego podejść. Początkowo miało być o złożonej i niełatwej stronie historii polskiego antysemityzmu, a bardziej jeszcze ściśle, o zaminowanym polu Holocaustu Żydów polskich na terenach polskich w czasie 2 wojny.

Jest też temat poboczny niejako ale uwagi wymagający – temat Wikipedii, jej wiarygodności lub nie, gdyż w tym wypadku Wikipedia ma z tym tematem zasadnicze znaczenie, co dalej wyraźnie wytłumaczę. I od tego zacznę (bo łatwiej i prościej), Z pozoru błahy, w istocie bardzo ważny.

Kto i kiedy ostatnio zaglądał do encyklopedii? Nie przez Googla ale do encyklopedii drukowanej przez jakieś znane i cenione (jakiekolwiek) wydawnictwo naukowe? Cisza? Ano tak – z tych drukowanych nic się w zasadzie nie ustało. Próbowały tu i ówdzie niektóre szacowne instytucje. I wszystkie prawie bez wyjątku poległy ‘na polu chwały’ próbując. Jedyną (z tych znanych i szanowanych na świecie) była Encyklopedia Britanica, która walkę podjęła. Nie, nie walną bitwę, bo przy ostatniej próbie edycji w druku też przegrała. Ale bitwa przegrana nie oznaczała klęski totalnej – Britanica potrafiła przekształcić się w wydanie elektroniczne (online), systematycznie aktualizowane. Upadek popularnych wydawnictw encyklopedycznych nie jest świadectwem zaniku rynku czytelniczego (w każdym razie nie wyłącznie) ile prędkością nowych odkryć, badań i stanu wiedzy, którym charakteryzuje się współczesny świat. Ta prędkość przekracza możliwość aktualizacji tradycyjnych, drukowanych wydań.

W takim nowym świecie zaistniała Wikipedia – bardzo zacny projekt łatwo dostępnej i czytelnej wiedzy na wszelkie możliwe tematy. Ale Wikipedia nie opiera się na tradycyjnym systemie opłacanych autorów, recenzentów i edytorów ze świata akademickiego (co nie oznacza, że naukowcy nie mogą i nie edytują Wikipedii indywidualnie, prywatnie). To Projekt wydawnictwa socjalnego, społecznego, gdzie każdy teoretycznie może nowe artykuły-tematy napisać i opublikować, a inni mogą te artykuły rozbudowywać, poszerzać. Naturalnie pewne zasady są twardymi prawami, których łamać nie wolno: temat (osoba, zagadnienie, wydarzenie, itd.) muszą być same w sobie ‘encyklopedyczne’, tzn. muszą już istnieć w świadomości i przestrzeni świata realnego. Osoba musi istnieć w jakiś opisach, zaznaczeniach istotnych medialnych, naukowych, bibliotecznych. Podobnie z wydarzeniami, produkcjami artystycznymi lub naukowymi. Słowem muszą mieć minimalną obecność publiczną. By stworzyć artykuł pt. ‘Jan Kowalski’ autor musi wykazać, że Jan Kowalski jest osobą, która istnieje w publicznym realu przez zauważoną publicznie lub naukowo działalność. By artykuł mógł być zatwierdzony do publicznej publikacji w Wikipedii musi być stworzony przez autora, który już ma uprawnienia edytorskie lub redaktorskie w Wikipedii (czyli osoby, która wykazała się umiejętnością publikacji takich tematów, szeregiem edycji innych artykułów i znajomością zasad). Nie jest to proces ani taki łatwy ani prosty. I generalnie rzecz ujmując Wikipedia jest w miarę dobrym i w miarę rzetelnym źródłem popularnej wiedzy. Nie jest natomiast źródłem wiedzy opartym na rygorystycznych badaniach akademickich. Fakt, że istnieje olbrzymia ilość językowych/narodowych Wikipedii sprawę komplikuje jeszcze bardziej. Oryginalna Wikipedia jest projektem opartym na języku angielskim. Nie oznacza to bynajmniej, że projekty innych języków są po prostu tłumaczeniami z angielskiej Wikipedii. Nie, każda Wikipedia posiada własną  niezależność edytorską. Co jest też plusem ale i minusem tego projektu. Temat encyklopedyczny w Polsce może nie mieć znamiona encyklopedycznego w świecie anglosaskim lub ogólnie międzynarodowym. Stąd te językowe wersje/projekty wikipedialne często różnią się bardzo i są w dużym stopniu ‘napiętnowane’ specyfiką narodową. W polskiej wersji jest nadmiar lub nadana jest waga najsilniejsza np. tematom związanym z wiarą i Kościołem katolickim; generalnie charakter pewnych artykułów socjalno-filozoficzno-światopoglądowych będzie bardziej nacjonalistyczny, z wyraźnym naciskiem na prawicowo-narodowościowe widzenie świata. Łatwiej jest napisać i opublikować temat  ‘Złoto’ lub ‘Planeta’ bądź ‘Dąb’ niż temat z dziedziny historii (zwłaszcza polskiej), biografie znanej i ważnej osobistości, tematy z dziedziny LGBTQ+. Wojny i spory edytorów, redaktorów i tzw. Administratorów (stosunkowo najwyższa i prawie ostateczna władza w Wikipedii) są w tych tematach ustawiczne, czego dowodem są czasem dziesiątki stron historii edycji, zmian, usuwania zmian, przywracania tych zmian, kolejnych zmian lub wręcz blokad redaktorów lub ostatecznie uniemożliwienie wprowadzenia jakichkolwiek zmian. Lub po prostu usuwania danych artykułów-tematów z przestrzeni publicznej. Najostrzejsze walki edytorskie są naturalnie wobec tematów światopoglądowych, z nauk socjalnych – bywa, że edycji i zmian (usuwanych i przywracanych) jest tysiące i historia edycji to książka sama w sobie o objętości wielokrotnie większej niż sam artykuł encyklopedyczny. Świadczyć to może o rygorystycznych zasadach i znaczeniu obiektywizmu, ale też świadczyć może o zjawisku przeciwnym: uleganiu popularnym tendencjom, spojrzeniu subiektywnym (upolitycznienie tematu, światopogląd edytora, itd.). Oczywiście normalny czytelnik ani tych wojen ani zmienianych wersji nie widzi – widzi jedynie zatwierdzoną na stan obecny oficjalną wersję. Co nie zonaczą, że jutro moga tam nastąpic kolejne zmiany. Czyli ‘gwarancja’ podanych informacji jest tylko na ten moment, gdy artykuł czytamy. Każdy ma też dostęp do hgistorii edycji i zmian i obejrzenie form poprzednich – tyle, że komu się chce godziny na to poświęcać? I słusznie – chyba, że własnie to nas interesuje bardziej niż sam artykuł. W olbrzymiej wiekszości wypadków zmiany i kolejne edycje są w istocie drobne merytorycznie, techniczne i zasadniczego tekstu i podanych informacji nie zmieniają.

Generalnie jest to praca bardzo czasochłonna, gratisowa, często niewdzięczna, anonimowa i mój ukłon w stronę osób, które się tym zajmują. Sam mam pewien stopień uprawnień na Wikipedii ale od lat już nie jestem w niej aktywny (bardzo sporadycznie poprawiam jedynie znalezione przypadkiem ewidentne błędy w artykułach) z powodów i czasowych i braku cierpliwości wobec brania udziału w beznadziejnie długich i często bardzo nie merytorycznych wojenkach .  Ostatecznie ileż razy można być pytanym o udowodnienie, że Ziemia nie jest płaska?

Przy tych wszystkich niedoskonałościach Wikipedii nie zmieniłem zdania, że jest to Projekt bardzo pożyteczny. . Wydaje mi się, że ów szalenie niedoskonały, a przez to szalenie demokratyczny sposób powstawania haseł, jest w dużym stopniu obrazem rzeczywistego poziomu wiedzy ogólnospołecznej. Jest tak niedoskonała, jak sama demokracja.  A te ‘barwy’ narodowo-językowych edycji w pewien sposób są jej charakterystycznym kolorem: skoro Polacy (mimo wszystko) nie są społecznością empatyczną wobec np. tematów LGBTQ+, to taki a nie inny (ubogi dość i daleki od doskonałości) stan rzeczy jest może dobrym zwierciadłem i stanu wiedzy i społecznej akceptacji tego tematu w Polsce.

Podobne opinie można wydać o innych projektach językowo-narodowościowych. Ja opierałem się tu głównie na polskiej i anglojęzycznej, bo te Projekty znam najlepiej i przy nich pracowałem lata temu.

A teraz  wyciągnijmy ‘szydło z worka’ genezy tego artykułu. O co mi chodzi? Bynajmniej nie o Wikipedię. Ona po prostu w temat jest uwikłana.

Więc … ad rem – na swoim personalnym profilu na Facebooku mam ok. 600 znajomych. Naturalnie pewna część z nich nie była ani moimi przyjaciółmi ani nawet znajomymi przed Facebookiem – po prostu ludzie, którzy mnie zaciekawili lub których ja zaciekawiłem. Z tych dwóch kategorii dwie osoby tu wymienię i przepraszam ale bez tego nie byłoby tego artykułu. A post, o jakim tu pisać będę był opublikowany publicznie tzn. jest widzialny i czytelny dla wszystkich, nie tylko znajomych. Nosi więc znamiona artykułu publicznego, funkcjonującego w przestrzeni publicznej na tej samej zasadzie, jak jakikolwiek artykuł opublikowany w jakiejkolwiek gazecie, wydawnictwie prasowym – de facto jest esejem historycznym opublikowanym w znanym wydawnictwie naukowym.   Chodzi mi o Ryszarda Tylmana,  poety i grafika z Vancouveru oraz prof. Jana Grabowskiego, historyka Uniwersytetu Ottawy.  Autorem tekstu, który mnie do tego artykułu skłonił jest prof. Jan Grabowski. Obaj panowie są moimi znajomymi na Facebooku.

Ryszarda znam sprzed wielu lat dobrze z Vancouveru, gdzie miałem z nim liczne kontakty tak profesjonalne (redaktorsko-edytorskie), gdy publikowałem jego twórczość poetycką na łamach rocznika, którego byłem naczelnym, jak i towarzyskie. Gdzieś przy końcu chyba pierwszej dekady XXI wieku kontakt nasz się urwał ze zwykłej przyczyny, że wycofał się z wszelkiej aktywności w środowisku polskim (choć miałem z nim jeszcze bardzo sporadyczne spotkania). W tym samym czasie byłem w bliskiej przyjaźni z jego byłą żoną, filologiem polskim, kobietą o niezwykłej wiedzy i inteligencji, z którą wiedliśmy bardzo długie dyskusje na tematy literackie i sztuki ogólnie. Muszę nadmienić, że w czasach gdy te kontakty mieliśmy oni nie byli już małżeństwem. Ale siłą rzeczy czasem mówiła ze mną też o Ryszardzie. Oboje pochodzili z Krakowa i tam ukończyli UJ. Pochodzili z rodzin zacnych i inteligentnych. Nie przypominam sobie bym kiedykolwiek na tematy żydowskie bezpośrednio z Ryszardem jakieś dyskusje prowadził. Z Anną Tylman – tak. Mieliśmy na ten temat zbliżone opinie i boleliśmy nad tragedią Holokaustu, zwłaszcza Holokaustu Żydów polskich, którzy byli tak nieodłączną częścią naszej wspólnej ojczyzny, że ich brak nawet dla nas, urodzonych już po wojnie, był ciągle boleśnie odczuwalny. Nie znosiliśmy tradycyjnego, niskiego i wulgarnego często antysemityzmu polskiego, z którym i na emigracji się spotykaliśmy. Ale też nie przypominam sobie, by Anna kiedykolwiek mówiła coś o jakimkolwiek antysemityzmie ze strony Ryszarda. Ja sam widziałem go jako człowieka światłego, nowoczesnego, socjalnie zaangażowanego i zakładałem, że miał na te tematy podobne poglądy i stanowisko. Tak do tej pory uważam i nie mam podstaw do zmiany mojej oceny.

Profesora Grabowskiego cenię bardzo jako wyjątkowego znawcę historii (zwłaszcza współczesnej) Żydów polskich. To historyk o znacznym dorobku naukowym a jego badania tego tematu bez wątpienia mają też często charakter pasji i zaangażowania emocjonalnego. Co łatwo zrozumieć, gdyż Jan Grabowski jest właśnie jednym z tych polskich Żydów. Tych, których rodzice i dziadkowie przeszli gehennę tamtego okresu. On sam przeszedł, jako młody chłopak, niechlubnie pamiętny rok 1967. Rok nagonki na jakże nieliczne już środowisko polskich Żydów i ich zmuszenie do opuszczenia Polski – ich ojczyzny od pokoleń. Nie mam i nie miałem z profesorem Grabowskim prywatnych kontaktów towarzyskich. Znam go z jego pracy, publikacji, sesji online.

Co się więc stało? Co ma Grabowski do Tylmana a Tylman do Wikipedii? Otóż inny mój znajomy z Facebooka (cóż my byśmy bez tego potwora fejsbukowego robili?!), socjalnie zaangażowany Kanadyjczyk polskiego pochodzenia w ostatnich dniach lutego wysłał mi z Vancouveru wiadomość: ‘Bogumil, it seems that Grabowski and Tylman are in conflict. It’s a shame that Polonia has such situations. … so much intrigue…’.  Nie zrozumiałem początkowo, pomyliłem nazwisko Gradowski z Grabowski, sądząc, że chodzi o syna prof. Anny Gradowskiej, historyka sztuki z którą wspólnie pracowałem i która miała syna w Vancouverze. Ale wyjaśnił, o co chodzi. Przesłał mi link do artykułu prof. Grabowskiego na ten temat. I przeczytałem. Potem przez wiele dni zastanawiałem się czy powinienem w ogóle w jakikolwiek sposób zareagować. Wydało mi się, że temat jest jednak nader ważny. Warty refleksji. I rozmowy. Sam w sobie, bez zaangażowania emocjonalnego wobec ani Tylmana ani Grabowskiego. Temat bardzo ważny i bardziej chyba jeszcze trudny. Temat polskiego antysemityzmu. Być może jednak też gdzieś, w jakimś podtekście, antypolonizmu? Bo jeżeli Tylman (załóżmy) podświadomie, z racji pochodzenia i miejsca urodzenia zakażony jest trucizną polskiego tradycyjnego antysemityzmu, czy może być, że Grabowski z podobnych przyczyn może być nieświadomie zarażony formą antypolonizmu? Jeżeli Byronowski Giaur powiada, że ‘walka o wolność, gdy raz się zaczyna, ze śmiercią ojca spada na syna’ nie jest li możliwym, że zbrodnia ojca też spada na syna?

Były w Polsce 1918-1939 (a naturalnym i legalnym przedłużeniem historii 1918-1945/47, bo ostatecznie granice Polski uległy formalnym zmianom dopiero po wojnie, choć legalne władze polskie nie miały praktycznego wpływu na to w czasach okupacji rosyjskiej i niemieckiej) jakby dwa światy obywateli: ci, którzy się za Polaków uznawali i to było ich pierwsze samookreślenie i ci, którzy będąc obywatelami Polski widzieli siebie – i tak byli widzeni przez innych – wedle pochodzenia i narodowości innej niż polska. Często taką cezurę wyznaczało wyznanie religijne (chrześcijaństwo ortodoksyjne na wschodnich terenach, luteranizm na pólnocno-zachodnich, a najbardziej skomplikowaną była kwestia Żydów, z których dodatkowo nie wszyscy byli żydami, tj. wyznania juadaistycznego), co było testamentem starej, wielowyznaniowej i wielonarodowej Rzeczypospolitej, a w pewnym wymiarze też spadkiem po 123 latach zaborów, a więc trzech odmiennych nacji imperialnych i trzech odmiennych wyznań tzw. religii panujących: Moskwa i ryt bizantyjski, Wiedeń ryt rzymski i Berlin ryt protestancki.

Od czasu, gdy zacząłem pisać ten tekst, wiele dni temu, napotykałem wiecznie jakieś wewnętrzne hamulce i pytania etyczne: co dalej? jak do tego podejdziesz pisząc nie tylko o trudnym temacie, ale (w mojej intencji) wszak opartym na dwóch konkretnych osobach wobec których masz pewne zaufanie, szacunek?  I zmuszało mnie to do stale głębszego szperania po tekstach innych, po pracach historycznych, zagłębiania się w atmosferę bardzo bolesną tematyki. Zmusiło mnie to, do zaglądania do owych długich strasznie stron historii edycji na angielskiej Wikipedii idąc ścieżkami badań Grabowskiego i Shiry Klein z Wydz. Historii Uniwersytetu Chapman w Kalifornii. Nie jestem historykiem ani akademikiem więc nie sprawdzałem rzetelności ich badań (o jakiej nie wątpię), ale bym mógł własne opinie i refleksje z tych badań wyciagnąć. Wielu powiada, że historia (spisana) opiera się na faktach. Naturalnie jest to i prawda i błąd. Fakty opieraja sie na dowodach archiwalnych. Ale ich osąd już nie. Gdyby było inaczej ileż mniej badań historycznych doczekałoby książkowej formy druku. Dotyczy to zwłaszcza historii współczesnej w stosunku do badacza – powiedzmy w zakresie 100-200 lat. Badania współczesnej historii bliższe są metodom fenomenologii niż zasad kartezjańskich. Z czym – jestem przekonany – wiekszość historyków-akademików się nie zgodzi, a co nie zmienia mojej opinii.

Historycy wychodząc z założenia, że Wikipedia ma duże znaczenie i wpływ na popularne pojęcia antysemityzmu lub ukrywania tegoż antysemityzmu chcieli prześledzić tematy z tym związane na Wikipedii. A ścisłej jeszcze – przejrzeć te artykuły, które mogą mieć związek z polskim antysemityzmem i losem Żydów polskich w okresie tuż przed, w trakcie i po II wojnie światowej. Wynika to ze specjalizacji badań prof. Grabowskiego, który tym się głównie od wielu lat zajmuje. Specyfiką tych badań jest (tak wiele z nich ja rozumiem i oceniam) demistyfikacja roli etnicznych Polaków w próbach ratowania Żydów polskich od zagłady i budowanie bazy naukowej wydarzeń i sytuacji wręcz przeciwnych: szmalcownictwo, donosy do władz niemieckich, grabież dobytku żydowskiego, aż po wypadki mordu, gwałtu i pogromów. Drugim (związanym z tym bezpośrednio) są artykuły na Wikipedii (mówimy w tym wypadku głównie o Projekcie anglojęzycznym) opisujące przykłady antypolskich wystąpień żydowskich w tym samym okresie, głównie na ziemiach wschodnich ówczesnej Rzeczypospolitej. W tym wypadku autorzy dezawuują opis takich wydarzeń, wskazują na brak merytorycznych przypisów, lub podważają (domniemaną przez czytelnika Wikipedii zapewne) wiarygodność  żydowskiego przywództwa lub żydowskiego wpływu na te wydarzenia. Słowem odnosi się wrażenie (często wyraźnie tak przez Jana Grabowskiego nazywane po imieniu), że istnieje wręcz zorganizowana akcja edytorów Wikipedii ukierunkowana  w: 1) wyolbrzymiania roli Polaków (etnicznych) w ratowaniu i pomaganiu Żydom nie tylko przez indywidualne akty bohaterstwa ale też przez aktywną działalność Polski Podziemnej i Rządu Polskiego w Londynie i 2) usiłowania tłumaczenia aktów antysemickich ludności i organów państwa polskiego, wrogimi Polakom etnicznym aktom polskiej ludności żydowskiej. W tym drugim wypadku w dużej mierze mówimy o terenach okupowanych przez władze sowieckie. Miało to się wiązać z pro-sowieckimi i pro-komunistycznymi tendencjami żydowskimi. Stąd osobnym tematem jest pojęcie tzw. ‘Żydokomuny’, dość popularne w Polsce nie tylko w czasie wojny ale i do czasów współczesnych. Do tego tematu powrócę na krótko w kolejnym tekście.

Otóż grupa edytorów, którzy współtworzyli i przez lata zmian, poprawek, dopisków nadali taki a nie inny kształt artykułów z tym tematem związanych na angielskiej Wikipedii była niewątpliwie polskiego pochodzenia. Historycy mówią przede wszystkim o edytorach z pseudonimami: Piotrus, Volunteer Marek i Poeticbent. Ponieważ Poeticbent dokonał  sam objawienia własnego nazwiska, wiemy że był to Ryszard Tylman. Ważne jest zaznaczenie, że nie byli jedynymi edytorami tych haseł. Byli jednymi z wielu. Ale też jednymi z najbardziej i najdłużej aktywnych. I byli Polakami, co wynika dość jasno z ich istnienia i aktywności na pl.Wikipedia. Ale Poeticbent vel Ryszard Tylman nie jest jedynym, którego nazwisko Grabowski i Klein mogli łatwo odcyfrować. Piotrus jest wieloletnim (kilkanaście lat) edytorem i administratorem Wikipedii i jego pełne nazwisko jest na jego stronie edytorskiej. To prof. Piotr Konieczny (Uniwersytet Hanyang w Seulu), doktor nauk socjologicznych (specjalizacja w socjologii internetowej). Jeden z najbardziej dekorowanych (w systemie ‘orderów’ Wikipedii) wikipedystów. Ryszard Tylman nie jest aktywnym edytorem Wikipedii od szeregu lat – co nie zmienia faktu, że w edycji przytaczanych przez tandem Grabowski/Klein artykułów brał czynny udział.

Efektem tych szczegółowych badań merytoryczności artykułów wikipedialnych był zarzut o szerzenie antysemickich postaw. Zarzut ten – ze względów dość oczywistych – zaniepokoił Administratorów Wikipedii, którzy normalnie odpowiedzialni są za rozpatrywanie spraw kontrowersyjnych, sporów między wikipedystami. Ale sam mechanizm takich sporów, jak i trudność jego merytorycznego rozpatrywania zdawał się wykraczać poza kompetencje i zakres tego grona. Fakt, że opinie historyków przytoczono (opublikowano) na ważnym forum szanowanego żurnala akademickiego „Taylor & Francis Online” w sekcji ‘The Journal of Holocaust Research’  (9 luty, 2023) umożliwił też nacisk na środowisko wikipedialne, by sprawę rozważono na najwyższej formie  ‘Sadu Ostatecznego’ (nazwa moja) Fundacji Wikipedii. Sprawy w pierwszym podejściu nie rozwiązano. Kolejna jest w toku i jej wynik oczekiwany jest w końcu maja. W międzyczasie jednak szereg artykułów uzupełniono, poprawiono, edytowano. Istnieje też silna opozycja wśród samych użytkowników, tj. edytorów, administratorów a nawet wewnątrz samej Fundacji Wikipedia wobec uleganiu naciskom z zewnątrz i nie  korzystaniu z istniejących mechanizmów naprawy i rozwijaniu jakiegokolwiek tematu. Sam edytor Piotrus ( którym wspominałem wyżej i którego przytoczyli historycy, jako jednego z promujących antysemityzm) odpowiedział publicznie akademikom felietonem w „Gazecie Wyborczej” (12.03.2020) zarzucając im jednocześnie niechęć w bezpośrednim, zgodnym z regułami Wikipedii, uczestniczeniu w tworzeniu, poprawianiu i edytowaniu artykułów wikipedialnych. W istocie – nic nie stoi na przeszkodzie. Pozwolę sobie przytoczyć sam krótki początek tego felietonu, gdyż jest, zdaniem moim, wiele mówiącym:

Nie istnieje żaden spisek polskich nacjonalistów fałszujących historię w Wikipedii, niezależnie od tego, jak atrakcyjnie taka teza może brzmieć.

Chciałbym odnieść się do tekstu „Wrzuć brednię na Wikipedię. Polscy nacjonaliści wciskają kit zagranicznym czytelnikom” prof. Grabowskiego, zarówno jako wieloletni wikipedysta i osoba wzmiankowana w tym tekście, ale też jako profesor socjologii ze specjalizacją w nowych mediach, który Wikipedii poświęcił znaczną część swojej pracy badawczej i edukacyjnej.

Nie jest moją rolą ani nie podejmuję się wydawać jednoznaczną opinię czy Wikipedia (lub ściślej – polscy wikipedyści)  została użyta dla celów antysyjonistycznej lub antysemickiej nagonki. Czy istniał istotnie zorganizowany ‘spisek’ grupy edytorów w celu fałszowania historii. Ale nie wydaje mi się. To środowisko bardzo zróżnicowane. Jest natomiast możliwe (raczej pewne), że istnieje wielu edytorów polskich (nie tylko) o silnym prawicowo-szowinistycznym nastawieniu. I świadomie czy nawet podświadomie edytują specyficzne teksty pod kątem ich widzenia i rozumienia świata. Na Wikipedii określa się to POV (Point of View) i przestrzega przed tym. Ale w takim zróżnicowanym środowisku edytorów są to zasadzki nie do uniknięcia. Natomiast mam przekonanie, że wielu z nich uważało, że są ‘ekspertami’ z racji bycia Polakiem spraw polskiej historii. Pamiętać należy, że przez szereg lat były środowiska, gdzie ‘polskość’ była widziana pejoratywnie, gdy ci, którzy Polskę zawiedli i w początkach 2 w.ś. i w jej finale zdradzili kompletnie – szerzyli wiele nieusprawiedliwionych lub wręcz historycznie błędnych wątków. Gdzie używanie określenia „Polish concentration camp” traktowano za wymienne  z „hitlerowski obóz koncentracyjny’. I tłumaczono to absurdalnym argumentem, że ‘przecież wszyscy i tak wiedzą, że w tamtym okresie Polska była pod okupacja niemiecką… .  Nie będę tego tematu rozwijał. Znamy zbyt dobrze. Był ohydny.

Czy polski antysemityzm istniał i czy istnieje? Tak. Był i jest obrzydliwy. Ale to będzie temat kolejnego tekstu.

Tu zająłem się jedynie jednym ze sporów.  I robiłem też to  zdając sobie sprawę z narastającej narracji , która budzi we mnie opór i zaniepokojenie. Narracji, która polskiemu antysemityzmowi nadaje wymiar powszechnego, omal etnicznego spisku morderczego pędu wobec wzniecenia ogólnoświatowej, a już bezwzględnie ogólnopolskiej histerii antyżydowskiej.  Nie zgadzam się z tym. Nie w moim środowisku rodzinnym i przyjaciół. Spotykałem się i znałem ludzi o bardzo niechętnej Żydom postawie. W Polsce i później w Kanadzie też (ale dalej mówię tylko o polskim środowisku, mimo, że jak wiemy antysemityzm istnieje tez wśród innych grup etnicznych w Kanadzie – głównie tych ultra prawicowych). W większości wypadków moje jednak środowisko (na szczęście sami wybieramy swoje grono znajomych) nie było tym skażone.  Światopogląd religijno-polityczny jest to na ogół dobrym (choć nie jedynym) drogowskazem i ostrzeżeniem.

Są też środowiska, które w swym zapale zwalczania i potępiania tego antysemityzmu tą nowa narrację wręcz kierują w stawianiu omal znaku równania polskiego antysemityzmem z hitleryzmem. Polacy stają się w niej sojusznikami Hitlera i Himmlera. Biorą bezpośredni udział w piekielnym dziele Zagłady. I z tą narracja zgodzić się nie mogę.

Chylę, jako Polak i jako człowiek, głowę ze wstydem i z wielkim bólem serca, przed pamięcią ofiar zbrodni i pogromów, jakie Polacy w Jedwabnem, w Kielcach, w Krakowie i innych miejscach  popełnili. Wierzyć mi się nie chce, że potrafili tak nisko upaść. Że zapomnieli, że są ludźmi. Nie, nie ma i być nie może na to żadnego wytłumaczenia.

Ale są miejsca, są osoby (nikt już prawie z żyjących), były akcje i działania tych, którzy człowieczeństwo nasze uratowali, unieśli z tej pożogi. I pozwala mi to oddychać. I mieć nadzieję, że autentycznie ‘nigdy więcej’. Że wbrew grupom oszołomów nie zapomnimy i nie pozwolimy.

Tym ludziom, Polakom i polskim Żydom, za ten dar dziękuję.     

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zapominamy słowa, refleksje, wspomnienia tych, którzy Zagładę przeżyli, przetrwali. Tych, którzy wiedzieli. Którzy rozumieli. I spoglądam na książkę Ireny Tomaszewskiej i Teci Werbowskiej (pierwsza dziecko niewoli sowieckiej, druga – nieco starsza – dziecko czasów Zagłady w Polsce) „Żegota – the Council for Aid to Jews in Occupied Poland 1942-45”. Irena jest Polką etniczną, Tecia była Polką żydowską. Napisały książkę-dokument, książkę-świadectwo. Kolejne pokolenia, urodzone już po wojnie z czasem jakby straciły historyczną perspektywę tamtych okrutnych czasów. Warto o tym pamiętać, gdy się na te tematy pisze, a zwłaszcza ocenia.

link do części 2 https://kanadyjskimonitor.blog/2022/10/07/smutek-i-brak-cisza-ktora-trzeba-wypelnic-prawda/: Smutne zaułki

Geneza wiersza

Bogumił Pacak-Gamalski

Skojarzenia, pozornie tylko oderwane od rzeczywistości. Jasna biel pod stopami i ciemne niebo ponad. Też powinno być odwrotnie: czarna ziemia lub zielona łąka na dole i błękitne, jasne niebo ponad. A jednak. Wszystko łączyć się musi z własną pamięcią zmysłów, zdarzeń: zapach kiedyś zapamiętany, dźwięk znajomy, gwiazdy migocące tak samo przecież teraz jak kiedyś. Zwłaszcza gdy spacer nocny, samotny. Gdy nikt inny nie wadzi swoją, inną pamięcią przedwieczną. Bo każdy człowiek, to kosmos własny, sam w sobie zamknięty. Pełen światów podobnych, odmiennych jednak. Musisz sobie zawierzyć, objąć go, przytulić ten kosmos jedyny, niepodważalny i niepowtarzalny. Prawdziwy.

Rachmaninow napisał kiedyś piękną pieśń do wiersza Lermontowa:

głucha noc, nie spotkam tu nikogo. C’kwoś tuman kriemienistyj, put’ bljustit nocz’ ticha … Pragnę tylko ciszy i spokoju, niech beze mnie stąpa świat … .

I słyszę , jak śpiewał to pięknie Bernard Ładysz, jeden z najwspanialszych bas-barytonów, godny dziedzictwa wielkiego Szalapina. I śpiewał ją wiele lat wcześniej rówieśnik Rachmaninowa, Fiodor Szalapin. Zaraz otwiera się szufladka pamięci, mam może piętnaście lat, pewnie mniej: spaceruję z babcią alejką Parku Zdrojowego w Ciechocinku, jesteśmy blisko muszli koncertowej. Przechodzi obok starsza, korpulentna kobieta, babcia odwraca szybko głowę w drugą stronę i szepcze  do mnie: patrz w drugą stronę, jak mnie pozna to będzie nudzić przez godzinę. Za późno, słyszymy: ach, pani Wandzio kochana! Babcia stara się krzywy uśmiech nałożyć na usta: o, co za niespodzianka, dzień dobry pani Wando (były imienniczkami). Korpulentna pani to Wanda Wermińska, wielka polska sopranistka epoki odeszłej. Ja już nigdy jej na scenie nie widziałem.

Babcia miała rację, niby krótkie, niespodziewane spotkanie zamienia się w długą historię i opowieści. Ja pytam stale o coś więcej, mimo ukrytych szturchańców babci. Babcia nie lubiła kobiet starszych, przypominały jej ją samą. No, ta była gwiazda światowych scen kradła jej ważny czas naszego spaceru, gdzie ona, babcia, była centrum mojej uwagi i ona mogła mi długie opowieści wieść. Niestety, babcia przegrywa. Ja chce tych opowieści, chłonę je. Jestem niewdzięcznym wnukiem. Ale babcię mam bardzo często. A Wandę Wermińską po raz pierwszy. I ostatni, bom nigdy więcej już jej nie zobaczył. Chyba, że w telewizji, podczas programu z Bogusiem Kaczyńskim, który stare, zapomniane gwiazdy muzyki pokazywał Polsce. Rozmawiałem po wielu latach o tym spotkaniu z Bogusiem, gdy był u mnie z wizytą z okazji koncertów z solistami Operetki krakowskiej, chyba na przełomie lat 80. i 90. Ale, wracajmy do spotkania w Ciechocinku. Pani Wermińska opowiada mi o jej spotkaniu z wielkim Szalapinem, legendą dawnej epoki opery. O Szalapinie naturalnie wiedziałem bardzo dużo, tak jak o Caruso. Więc słucham – jest początek lat 20. ubiegłego wieku, młodziutka Wermińska jest w Budapeszcie na jakimś konkursie. Jednym z głównych jurorów jest … tak, legendarny Fiodor Szalapin. Wermińska stoi na scenie na którą wchodzi Szalapin, jest struchlała z tremy. Nie może wydobyć głosu. Przecież on śpiewał na prywatnych koncertach dla carów, dla królów!  Szalapin czeka chwile, wreszcie ryczy swoim basem na nią: nu, czego milczysz i stoisz, jak drąg? Ona odpowiada przerażona ale szczerze: patomu szto mienia nogi wrastut w ziemla. Szalapin śmieje się tubalnie. Ale konkurs wygrała. Docenił jej głos (gdy go w końcu odzyskała). Długa to opowieść, prawda? A w czasie mojego spaceru to był tylko momencik, zmysł pamięci przez sekundę-dwie. Takie są prawa pamięci zmysłowej, która istnieć nie może poza własnym, indywidualnym przeżyciem. I tylko wtedy następuje fuzja zamysłu twórczego i autentyzmu. Inaczej to tylko igraszki literackie, muzyczne.  Różnica między literaturą a literackością. Między pisarzem a literatem.

Znaczenie tej opowieści (poza nocnym spacerem, echem wiersza Lermontowa do muzyki Rachmaninowa, który natychmiast w wokalnym wykonaniu Ładysza mi się przypomniał) o Wermińskiej to też zwykły fakt, że urodziła się na Ukrainie, niedaleko Kijowa. I jest to ważne dla natychmiastowego kojarzenia z rzeczywistością obecnej wojny na Ukrainie. Jej okrucieństwami ze strony rosyjskich marzeń wielkoruskich. Marzeń rosyjskich, a ukraińskich koszmarów.

Jest John ze mną na tym spacerze,  pamięć jego najczulsza, zmysłowa; kształtu i dotyku jego dłoni, zapachu jego włosów. Wymieszana z moją pamięcią dumek ukraińskich, opowieści babci i ciotek o porohach na Dniestrze, o Zaleszczykach z wakacjami, o ciotce, młodej sanitariuszce, która opatruje w jakimś eszelonie ukraińskich żołnierzy obok żołnierzy polskich w latach pierwszej wojny. Kto po której stronie tej walki był? Kto bił się o polskie miasteczka a kto o ukraińskie chutory? Krew miała ten sam kolor: czerwony. Ukraińscy chłopcy bili się też miedzy sobą o różne, odmienne Ukrainy. Gdzieś tam byli też Hucułowie, gdzieś Rusini Zakarpaccy. Tych nikt o ich opinie się nie pytał  ani o to za kogo chcieliby swoją czerwień wylewać.  I nie ma to chyba dziś znaczenia praktycznego. Warto jednak pamiętać. Bo pamięć ma znaczenie. Pamięć mówi językiem ludzi, którzy żyli, byli. Politycy żyją jedynie ich współczesnością. A cmentarzyki z zapadniętymi grobkami nocą snują inne opowieści.

Stąd ten mój wiersz. Dziwna fuzja rzeczywistości teraz rzeczywistej, oczywistej przez to, namacalnej, dotykalnej. Z rzeczywistością pamięci zmysłowej, historycznej. Może niedotykalnej ale czy przez to nieistniejącej, nieważnej?

Idę sobie

1.

Śnieg cichy, sypki, lekki,

jak twój łagodny wzrok,

którym obejmowałeś

moją twarz, moje oczy.

Pamiętam spacery po

zaśnieżonym Holland Park,

wysokich brzegach górskich

potoków w Kananaskis.

2.

Cicho wokół. Tylko dźwięk

wody kamiennych progów

Dniestru. I nagle strzały.

Cisza umiera. I ty.

Mój kanadyjski sokole,

moje sny stepowe na

kanadyjskiej prerii – Ty,

mój Wernyhoro. Milczysz.

             

3.

Ale idę dalej cichą

nocą po cichym śniegu

wzdłuż brzegu Atlantyku

na drugim końcu świata.

Twoja dłoń w mojej dłoni

już na zawsze. Idziemy.

Do falujących stepów.

I sokołów nad nimi.

B. Pacak-Gamalski

     

My Rocks

by: Bogumil Pacak-Gamalski

My rocks. Rocks that were placed many, many years ago alongside the shore of a narrow channel separating Halifax and Dartmouth and connecting Bedford Basin with the ocean. Massive rocks, powerful, buttressing the shore against natural erosion.  Making the narrow but very deep waterway safe to navigate by small and humongous boats, ships of commerce and ships of war. When I moved to Nova Scotia with my amazing husband, we started living right on the edge of these rocks. That’s how they become ‘my’. Silent and soothing companions of my hundreds of walks, short and long ones, during day and at very late evenings, some right into the night.

My rocks. As they were. My support, my anchors; indeed my rocks. Perhaps witnesses to my last stage of my beautiful Canadian journey.  From the blue skies of the Prairies  and towering peaks of Rocky Mountains, through amazingly beautiful Pacific Coast and equally amazing city of Vancouver – home to many exhilarating years of my life journey with John, my husband and lover – to the old shores of where Canada begun. Atlantic shores of Nova Scotia, it’s Acadian past, it’s Celtic and Scottish past, it’s Black settlement past. As Vancouver is an epitome of future and rapid change, Halifax is it’s opposite: anchored in the past. And it would be sad and detrimental if it would change. The past is the most important jewel of Halifax, alongside the rugged beauty of the province’s nature.

My beautiful Canadian journey, or  journey through my beautiful Canada. Country that grew and aged , as I grew and aged. Don’t know – other that from talks with older Canadians and many, many historical books and accounts of history – any other Canada, neither colonial nor Dominion years. The country was born exactly as I came to it. At the beginning of the 1980’, when the late Pierre Trudeau finally brought the North America Act (basis of Canadian Constitution) from London to Ottawa. We become a new fully sovereign and independent nation and state. It’s hard to imagine and fully comprehend today – but all my Canadian compatriots of my age (and many thousands younger two decades) were not born in sovereign and independent state. They were born in British Dominion. I know only free Canada, independent. My home that never belonged to any other country. I belongs only to us: Canadians.

Canada – my rock. Country were I found my life’s love just few years after landing on a snowy evening in Calgary. My love to young Canadian with rich Canadian history reaching hundreds of years of his family’s roots exactly in Nova Scotia. I forgave him that he was born as a Dominion subject of foreign country, ha, ha.  We never suspected at that time, that we would ever end up in Nova Scotia. The West was his and my home. And the West was a force at that time. It was growing, expanding. We had the Rockies, powerful rivers that were originating right in our background, in the ancient icefields of Athabasca. These rivers – the only place in the world – fed three oceans! Pacific, Arctic and Atlantic.

From Alberta we went across the marvelous Rockies to Vancouver and lived there for quarter of a century. In the meantime I travelled all over Canada, eager to get to know my new homeland and its people. From Newfoundland to Yukon. I liked what I saw. I liked the people. They were warm and hardworking. Respectful. Tolerant.  For a guy, who came here from a Soviet-dominated country, who was openly gay (at that time being gay was not the most ‘convenient’ way of being …) – that meant a lot. I know what it means being persecuted or not tolerated. What it means trying to hide your own self or face scorn, perhaps violence. Canadians were not perfect, sometimes they were a bit … how to say … parochial? But they were trying to understand. They were good folks. All these years – they were. Good folks. Changing, learning along the way. Keeping up with changing times  and world oscillating from good ol’ tolerance to much more powerful and encompassing empathy. After all – tolerating someone is really not the same as accepting someone as equal.

Pictures above from years before 2022

Suddenly something happened. Something we didn’t expect. None really, nowhere.

In the United States – our neighbour and powerful cousin – Americans elected new president. Donald Trump. The world will never be the same. The world, not only US or (because of our proximity) Canada. Suddenly everything was possible. Every sewer, every swindle, lie, every vulgarity become something normal. The gutter moved to the bedrooms and the salons. To the highest Office.

America is said to have changed after 9/11. That’s true. But not as much as it has changed during and after Trump. 9/11 – as tragic and painful as it was – brought Americans together. Trump divided Americans.

Every self-serving ignorant, every self-absorbed arrogant, every fascist climbed out from under the rock and become important, loud, demanding. Or simply taking ‘his’ by force, with gun, with the power of a heavy boot. His and her freedom. No, not Freedom per se. His freedom and her freedom.

And what is freedom? Political and personal freedom? Why was it important for Canadians in the 1980 to take the full and total responsibility of Canada in Canadians hands? Why the same Americans (really at that time absolutely the same as those settling in Nova Scotia, Upper  and Lower Canadas) rebelled against the British Crown in 1812? Why in 1980 the Poles rebelled against the Soviet ‘care’ (I am proud to have taken small, but important in my region, part for that early rebellion of Solidarity)? Did we all and separately wanted to establish our own Polands, Canadas, Americas? Built on our own, personal and individual visions? No. It doesn’t work like that. Unless you are living on unpopulated island. No, we wanted to build a country based on modern democracy with fundamental rights and responsibilities. Rights and responsibilities based on the wishes of majority. Not a majority in a village, or town, or province. Majority of the entire country.  We have established Offices and Institution independent of political parties to supervise these elections. We have agreed that yes, each election time there will be victorious groups and , yes – groups of losers. Until the next election, when every political Seat of Power could be won again (or lost again). We have also established ways that each one of us can contest the results as unfair or skewed.  Again – there are non-political bodies and Offices that will look into our grievances if they merit any action. Up to and including making the entire election void and fraudulent and calling a new one. We can’t guarantee that an armed and well organized group would not organized a coup and take political and military power in their hands. Just tried to be mindful and ready for it. The same as we can’t guarantee that anyone of us would never be robbed or even murdered. Generally speaking that’s how Canadas, Polands and Americas work.  In a democratic world.  In the America they had one big hiccup at the beginning – the South wanted to leave the Union and Civil War begun. The South lost. The Union prevailed. Period.

Huge majority of Poles, Canadians, Americans, French and others accept it. I guess, one could run a lottery for government and parliamentary seats. But majority (again the bloody inconvenient majority …) decided that the risk is too big and we are stuck with the elections. That’s how it works. Or how it worked.

Until that day. The day Trump won. But especially the day Trump lost.

Because trumps don’t like to lose. They will lie, they will cheat, they will kick and scream and never accept a defeat. Churchill once roared to the Brits: we shall never surrender! But it was a war with a foreign aggressor. And Churchill won last election, was not running for new one. He was leading his entire, not divided, nation to arms against a mortal enemy.

Trump did not faced invasion of foreign armies. He faced his own nation. A nation that told him: no, thank you. Enough. He did try all the possible legal and lawful ways to claim fraudulent election. And lost in every instance as the election was fair. But trumps accept rules only when they suit them, help them. Otherwise rules  are simply an obstacle. Obstacle that needs to be destroyed. He knew that during the past four years he has awaken the self-serving ignorant, every self-absorbed arrogant, every fascist  from under the rock. He told them so many times: f..k the establishment! you are the ruler of your own dominion, you are the master (master! – their favorite name). He gave rise to the sewers and the sewers overflowed on the Capitol Hill.  Caesar Nero burned Roman Capitol Hill. Trump covered Washington’s Capitol Hill with excrement.  

If it happened in some other small country, the world would only shrugged its collective arms. And would continue going as a day before. But it was America. Country with enormous persuasion. The ignorant/arrogant sewer was awaken everywhere in North America, in Europe, in South America. Few years later that sewer spilled in Ottawa, on our Capitol Hill. Because people didn’t like wearing masks and taking vaccines! Yes, seemingly normal people (plus highly paid US-supported trumpists) decided that they are not going to be held hostage to some inconvenient sanitary rules to save thousands of lives of other fellow Canadians. That they don’t give a s…t if they spread the virus to someone, who will die. It wasn’t their problem. It was the self-arrogant and self-ignorant Canadian. The one, who listened to the conspiracy theories instead of the best medical and scientific minds of the world. No, they were not going to be some ,Muslim terrorists’ wearing masks!  I will not comment on that awful (that I have heard personally)  racist ‘Muslim’ argument. Besides – they are suffocating in these masks! Although not a single reported incident of anyone suffocating to death in these masks was reported, but … . But it was against their freedom.

What were we saying about the freedoms and responsibilities? That one exist only in tandem with the other? Hmmm. The sewer in Ottawa flew for much longer than the sewer in Washington. It ended with Canadian version of Martial Law.  Most of the cases of arrested leaders and conspirators have not gone through courts yet. Some Canadian established political leaders wanted even to capitalize on that stench of sewer and mingled among the Brigade of Destruction soldiers. Soldiers of self-righteousness, arrogance.

There was one more element introduced by Trump to the relatively normal and civil discourse. It was greed. Achieving financial gains not as a result of work, talent, prudence, but as a result of being void of any ethics – personal greed.

The pandemic has overblown it and inflation resulted from the pandemic and war in Ukraine followed. But not only. Almost all large corporations, private and public , decided to face and combat the inflation for their personal gain. Prices went up everywhere almost automatic. Well above any inflationary rates. If an owner of rented apartment paid five dollars more for a pound of carrots – next month the owner charged the tenant two or three hundred more for the rent. Just in case the carrots went up again by a dollar or two … .  Big grocery chains made millions of profits above the pre-inflationary profits. The list goes on and on.  

Canada today is not the same Canada I knew. Not the one I love.  Maybe other countries changed for the worse, too. I don’t know. If they did, it doesn’t give me any solace. I suspect not all did as much as Canada, though. The social/welfare state is much stronger in majority of European countries. Always was. Therefore I suspect the  poorest one there are still being looked after better than here. I see homelessness and downtrodden everywhere in Halifax. Much more than three or four years ago. Almost left totally to their own devices, which they have very little for obvious reasons.  With rise of poverty – other vices rise too. They affect the more fortunate also. It affects all of us. Mentally, physically. At a time, when help is very scarce.

What it has to do with my rocks? A lot. They changed too. Often, I pretend I don’t notice it. Turn my head the other way. Pretend they are as supportive as before. That they are still my buttress against the forces of nature.

I used to go on my walks always with my camera ready. Hence, on my social portals you probably have seen hundreds of photos of similar views of Halifax, bridges and Bedford taken from My Rocks. Always a bit different angle, light, detail.  But from the same trail. Summer, Fall, Winter and Spring. Five years.

Well, today the camera took different pictures. From the same trail. Post-trump time. Time of self-indulgent arrogance, ignorance. Time of poverty, homelessness. And time of simply: I don’t give a s…t, it isn’t my problem. Sad.

Until it becomes your problem, until you start again giving a s…t, until you notice that personal greed does not make you richer but poorer as a person – it will not get better. There is not enough money in all of Canada to satisfy completely everyone. Just as there is only one winner in every election. 

I miss my Canada I fell in love with many decades ago.  Can we please  try to bring some of it back …

I just lost my most precious, personal love of my life. It is hard to wake up every day. But when I do get up, it would be so nice to go to my Rocks for a nice walk.  To admire the rugged beauty of the shore, the vistas of Halifax, our bridges, to reminiscence the beauty of Pacific and Vancouver, the peaks and valleys of the Rockies. Most of all to remember and admire the good people of Canada, our Canada. My folks, good folks.

by Bogumil Pacak-Gamalski

Zapach powietrza, kolory wokół już jesienne. Złote, ciemna czerwień, biel puszków gdzie wczoraj kwiecie było, wyschniete liście dywanem się kładą. Ale cieplutko niczym wieczorem sierpniowym od dni już kilku. Na trasę przed zmierzchem się więc z aparatem wybrałem. A co zebrałem w tym aparacie – pokażę. Rzeczy, jakie są, jak je widzimy. Lub rzeczy, jakie być mogą, jak chcemy je widzieć. W wałęsających się lekkich mgłach wszystko jest możliwe. Linie elektryczne – pięciolinią z zawieszonym na niej bemolem samotnym. Stalowe konstrukcje – grafiką trójkątów i kwadratów o nieznanym przeznaczeniu. Na szlaku zachodniego końca Dartmouth.