Natural Gallery of Art

by Bogumil Pacak-Gamalski (text in Polish, followed by English version; all pictures by author)

Kto z nas chodząc po górach nie zachwycał się kształtem niektórych grani, szczytów, skalnych nawisów? Inaczej patrzy się na panoramę Tatr z przełęczy na Krzyżnem podziwiając krajobrazowy widnokrąg tatrzański, a inaczej z bliska jego skalne detale. Widzimy wówczas głowy, paszcze, jakieś potwory, kły – wszystko, czego wyobraźnia zapragnie. Jak dziecko spoglądające w chmury o zaczarowanych kształtach.

Ale jest jeszcze inny świat zaczarowanych skał. To świat głazów i ich okruchów, odprysków, zwykłych kamieni, które w odpowiednim świetle, środowisku wydają się też być magiczne. Inne, skromne, są  wewnątrz lądu, na polach i łąkach, inne nad rzeką i strumieniem. Ale najpiękniejsze bodaj tam, gdzie stykają się dwa żywioły Ziemi: prastary ocean i wyrosły z niego ląd.

Te pogranicze światów potrafi stworzyć przepiękne galerie kolorów i kształtów. Wystarczy na moment wzrok zatrzymać, spojrzeć uważnie, wrócić w wiek dziecinny a ukaże się nam świat godny Luwru lub Ermitażu.

Na spacer fragmentami takich galerii i zgromadzonych tam naturalnych klejnotów natury zapraszam.  Trudno je znaleźć w znanych kurortach nadmorskich, na wyczesanych, ukształtowanych przez człowieka pięknych , piaszczystych plażach.  Ale wzdłuż dość jeszcze dzikich , skalistych wschodnich wybrzeży Nowej Szkocji – polecam bardzo.

If we ever go to truly high mountains, as we climb them, especially when we reach high passes – the views and vistas are unparalleled. The wide horizons of tall peaks, reaching clouds, the deep valleys below are breath taking. I was always taken by them, mesmerized. Be it in High Tatras in Poland, in Andes between Argentine and Chile,  even the peak of Mt. Cook in New Zealand or lush green, tropical volcanic peaks in French Polynesia. But none as beautiful as Canadian Rockies.  But when you look close at shapes of particular rocky formation next to you – to the detail – you could see faces of gargoyles, mythical creatures. Your imagination sets the limit. Try to remember childhood and watching clouds, their changing shapes. Then you would be able to notice the hidden mysteries of rocks.  

But there is another world of colours and shapes  that is particularly special. A place where two ancient worlds meet: the Ocean and the Land. To do that, it’s best to find not a popular touristy beach but more wild, natural, spot. Nothing could much the relatively unspoiled Eastern shores of Nova Scotia.

So let’s go for a short walk. I will try to take you to the amazing gallery of rocks tiny and huge, that are in constant battle with mighty ocean. The ocean that shapes and changes the land and rocks.

The first, I call ‘The Guardians of the Land’ / pierwsza galeria to ‘Strażnicy Lądu’

The second is ‘Things small and fluid’ / druga to ‘Rzeczy małe i zmienne’

The third one is ‘Ancient Art’ / trzecia to ‘”Sztuka antyczna’

Church towers

by Bogumil Pacak-Gamalski

In my very early youth, what would you call now teenagers’ age, I had a mythical place I have never been before but new very well.  Wilno or as Lithuanians call it, Vilnius. It has a very strong connection to Polish history and identity (which, of course, doesn’t take anything away from the rightfully special connection it has with Lithuanians, the founders of the city in late medieval period) but it has also very strong and immediate connection in my own family. On top of that, two of my most cherished – at that time – national heroes were, in many ways, identified with that magic city: great romantic poet Adam Mickiewicz and founder of modern Poland, Marshal Joseph Pilsudski.  Wilno was often called a Rome of northern Europe, as it was built on seven hills surrounding it. It was also called a City of Churches.  And it still remains one. Wherever you go in the proper, old Wilno, you can see  church towers. In a way, if you don’t know the city very well, you could be advised to study pictures of its churches and then just look around for a familiar church tower and you will know where you are.

We wczesnych latach nastoletnich Wilno było moim magicznym miejscem na długo za nim mogłem tam po raz pierwszy pojechać.  Z wielu względów: duża część rodziny z tym miastem miała swoje silne związki, nie było chyba szerszego spotkania rodzinnego, gdyby coś o Wilnie się nie mówiło; Mickiewicz i Piłsudski: dwóch moich wtedy bogów prawie a ani o jednym ani drugim trudno cokolwiek mówić bez wymieniania tego grodu Giedymina; no i naturalnie silny, atawistyczny niemal bunt przeciw moskiewskiej okupacji Wilna (tak przez całą młodość traktowano odebranie Polsce Wilna po Jałcie w moim środowisku, nie wiele się wtedy mówiło o Litwie, bo każdy z nas wiedział, że ani Ukraina ukraińska ni Litwa litewska, no i w 13 letniej patriotycznej, anty-partyjnej łepetynie nie pojawiała się nawet myśl, że Litwini nie chcieliby dalej kontynuować tego cudownego związku Rzeczypospolitej Obojga Narodów…).

A Wilno to mili moi Miasto Wież Kościelnych. Nie potrzeba mapy, wystarczy pooglądać album zdjęć kościołów starego Wilna a mowy nie ma zagubieniu się na dłużej (co po prawdzie wyjątkowo łatwo w wijących się zaułkach, wąskich uliczkach i licznych bramach): w perspektywie ulicy lub za pierwszym zakrętem zawsze zobaczysz jakąś wieże kościelną lub cerkiewną. Zdjęcia poniżej z mojej ostatniej wizyty w 2018.

But if Wilno churches represent northern gothic (St. Ann’s church is a an absolute gem of this architecture) and Polish renaissance and baroque – opposite is true to Nova Scotia sacral architecture.  But Nova Scotia, as Wilno in Lithuania, is truly a province of Church Towers.  No (with a very few special exception in Halifax, Pictou, Mahon Bay) classic examples of gothic, baroque or any other very specific period.  Nova Scotia’s churches are local, pastoral style.  Modest or even poor, full of warm and humility.  Like it’s early settlers, be it French or Scottish, Anglo-Saxon or from Holland and Germany. Not to mention exceptionally poor black settlers from XVII century onward.

No matter which route you take while travelling through this province – one of the first sites you will notice is little churches, usually on a little hill. Often white, wooden or simple masonry. They look like guardians of the village, town.  They are as silent keepers of the history of this place since European settlement. Mostly catholic (old French settlements), protestant (Presbyterian , Episcopalian, if from Scotland or Lutheran and Calvinistic if from continental Europe) and Baptist if in Black settlements.

Jeśli Wilno to północny gotyk, renesans i specyficzny barok Wielkiego Księstwa, o tyle architektura kościółków Nowej Szkocji nie ma z tym nic wspólnego. A jest tu ich masa. Każda osada, wioska, miasteczko posiada takie, widoczne z daleka, klejnociki lokalnej architektury sakralnej. Mówiąc po porostu: wiejskie kościółki. Urocze, stare, zadbane. Na ogół drewniane i większości malowane biała kredą. Są naturalnie wyjątki w Halifaxie, Pictou czy Mahon Bay, gdzie pokaźne budowle kościelne maja specyficzny i konkretny styl architektoniczny – ale reszta tej pięknej prowincji to właśnie one, te wiejskie kościółki są ciekawym i ciepłym miejscem turystycznej atrakcji. I zbiorem lokalnej historii. Więc bardzo polecam zatrzymania sie w podróżowaniu i obejrzenie ich dokładne. Warto. Zdjęcia poniżej to tylko nieliczne przykłady tych budowli w Halifax, Dartmouth, wzdłuż wschodniego wybrzeża w kierunku do Cape Breton, Mahon Bay i Lunenburgu na południu i z Middletown na zachodzie.

I do. Did you, Mr. Premier?

by Bogumil Pacak-Gamalski

This is the third article on almost identical subject.  First was published on  April 2nd. It summarized uneasy feeling: are we doing right by our seniors? Especially the ones totally helpless, confined to places called Long Term Care Centres.  How, as a society, we do really care about them?  Does what we preach reveals itself in what we do? And if it doesn’t – if our values have no meaning other than making us feel good about ourselves?

On the 16 of April, I published the second article. We were just beginning to understand the horrific scale of the tragedy that was going on behind the closed doors of many Long Term Care institutions. The ‘care’ was fully missing from them, the ‘long term’ was being shorten in a dramatic fashion.

In some provinces the percentage of all Covid-related deaths was in sixties, seventies and even higher percentage among the Long Term residents versus the entire provincial populations of Covid deaths. People were even dying not being infected but simply from lack of basic health. From abandonment.

There is a)moral culpability; b) political guilt and blame; and c) criminal negligence.

First (culpability) is the most important, although not punishable by law. In criminal cases the term ‘culpability’ is not the same as ‘guilt’. But we are not taking about law. We are talking about morals, ethics. An entire society (state) cannot punish itself. We can’t be a judge, a prosecutor, an accused, a defender and a jailer at the same time.  But it is the most important one. It does give credence to political and legal actions.  Moreover – it creates a path to action of all societal and state institutions.

Therefore without a tacit (at the very least) nod from us, from society – the state would not allowed things to disintegrate as much as they did. The state itself is void of morals. It professes them very often in its highest form, like Constitutions or Charts.  To a lesser degree in criminal and civil codes. But the state is not run by this high documents (except in very rare cases and most of the time it would be because of citizens appeal to a Court for remedy against actions the state) – a government and state is run every day by regular acts of parliaments, by decrees of government and (most often) by internal regulations of different ministries and state agencies. In that, the Government and Administration takes a clue from political measurement of the will or sympathies of electorate. Here comes point ‘b’: political guilt and blame.  What the government does in gauging the sympathies of electorate is a risky business. But you can’t govern without taking the risk. Generally speaking the government gets ‘away with a crime’ (in a manner of speaking) most of the time.  It is a game played in every state, democratic and authoritarian alike. In a democracy the government is more timid and careful with it. By judging the society feelings mistakenly – it would be judged severely by next election, which is never very far.  In dictatorships, the government can get away with a lot more – the only risk is a revolution, usually bloody and very dangerous, therefore very seldom taken up by society.

But the ‘guilt’ and ‘blame’ is something that every politician tries to avoid as much as possible. Careers and prospect of losing power is very real.

Last one is ‘c’ – criminal negligence. It happens very seldom in case of Government actions. But it can, by individual minister or high ranking administrator. In this case the price is political and criminal case, almost always supported by the State itself. This way the State (government) acts not as perpetrator but as a defender of morality of society and defender of the High Acts (Constitution, special Charts that are treated the same as the Constitution). But most of the time criminal negligence is a result of either private, individual citizens or private businesses, agencies. In both cases the peace of the state, the agreement between Society and the State is maintained. We, as a society, have manifested to the Government that such actions are not tolerated by us and the State instituted legislation and rules that prevent others from  breaking such rules. Under the duress of punishment, of course. Therefore we all can attest that there is ‘nothing rotten in the state of Denmark’. Or can we?

I think that all points (a, b and c) rise up to crimes (moral, political and criminal). Yes, it is true that we profess the dignity and care to all citizens; more than that – to all that reside even in a short period within our borders. We profess that the care of vulnerable and weak one among us deserve special care and help from the State. The tacit understanding is that the most important among them are the very young and the very old.

Then comes a test. Like a school exam. That test came to us in a form of pandemic of new, unknown and dangerous virus – coronavirus and an illness called Covid-19.

And we all failed miserably. But especially provincial governments. Of all and different political stripes: conservative, liberal and NDP alike.  I am not trying to absolve the federal government from all and any responsibility. But the simple truth is that these facilities and entire management of health system lies strictly at provincial doorsteps. With no exception. And it is guarded by them very jealously from interference of federal power.  After all, it costs enormous amounts of money that they must receive from federal coffers. And money is power in politics. Well, such is our constitutional devolution of power. 

But, specifically about long term care for seniors, our subject.  They too, like hospitals, fall under provincial jurisdiction, regulations and control. The institution itself is rather old. After the 2 world war they become regular part of our society. People lived much longer,  not only men but also women become regular part of workforce, therefore their time at home was very limited. More and more people moved to larger cities and old communal forms of help and looking after each other changed and become harder to come by. But the last 25 years skyrocketed in opening more and more of this institutions. Mainly because of the almost pandemic in itself spread of different types of dementia, with its most dangerous form: the deadly and untreatable Alzheimer disease.  We all become very familiar with them, if not our own mother or father, than someone we know ends up in these long term centres.  Something that a lot of us is not aware of, is the fact that there is growing number of residents there, who are much, much younger than typical seniors. Some in their late 30. or 40ies even.

Such a large number of this centres become a financial burden on provinces. As very intensive and specialized medical care is not really part of their operations, the governments decided to let them be owned and run by private businesses.  Of course, most of funds for the centres do come still from the provinces as the monthly rate usually is much higher than ordinary senior can afford. In most cases they do offer much safer and better setting for our seniors than would be possible, even under very  good conditions, at home.  Looked like we all stuck a good deal. Provinces still safe money than running their own care centres and we (society) had our parents and grandparents in safe place. Of course, over the course of many years we all have heard awful stories of bad care, lack of services, appalling conditions in some of them. That was not the norm, though.  Not uncommon, but not something we expected as a norm.  If we complained loudly and persistently enough – things get better. Maybe not for all, but at least for our close one.

My Mom spent last years of Her life in such a Centre. Can’t even imagine Her and mine horror if she would be in one right now. I dedicate this article to Her memory.

But we always believed that there is (perhaps not very rigorously applied) a strong provincial oversight.

Especially if something bad was going to happened. Like, let say, pandemic or epidemic for example.  How could there be not? Yes, there were signs. Remember, very recently, Baptist college educated nurse Elizabeth Wettlaufer, who murdered eight and seriously injured six (that we know of) senior residents in the long term centres she was employed by? Her murders went on for years. Yet, nor serious investigation was ever (until  the last one when police was called in) conducted. If not for her ‘bad luck’, maybe she would have been working still and continuing her murderous calling?

But back to Covid.  At least very early in February everybody federally and provincially knew, that the new strange coronavirus seem to be particularly deadly among old people. Everybody working in the field of medicine and care. And administration of such.  What type of plans were prepared and issued to the care centres? How many detailed and practical seminars were given to administration and employees of these centres? How many special provincial watchdogs were given orders to regularly oversee each and every one of such centres?  Check documents, staffing level and preparedness of staff? Offer them the same, or similar, PPE for use?  Made sure that regular testing for virus by mobile units were available more or less day and night if needed? Required a full and immediate death certificate on any death in facility to be examined if it could have been due to a coronavirus? Made preparations for supplementing and augmenting existing care workers in such facilities in case of shortages ? Any? Seriously?  O, yes. We locked them. This way no one could have seen … .

Let me make a confession. Being, as millions of others nowadays, at home I watch a lot of TV. Mostly news, as I always was a news addict. Political junkie almost.  So I watch, day after day, week after week daily conferences of Prime Minister and Premiers of all provinces (Yukon and Nunavut – thanks Almighty! – do not hold them on national news). And listen to them. And listen.  We are not doing, as far as the illnesses and deaths are concerned, too bad in Canada with the pandemic. Not so good economically, psychologically but not very bad in strictly medical terms. The governments seem to be doing actually a good job. Starting with the right approach by Prime Minister and by far by most premiers, also.  Generally speaking.  We, Canadians.  Unless we are not weaker, often confused, oldest generation locked in the Care Centres. If we are – we are doing absolutely awful. Tragically awful.

So when I listen to the conferences, every day I’m waiting for the premiers, any premier, to actually admit and say honestly: ‘we have failed our seniors and I, as a Premier of my province, am very sorry for failing to do the job that I was entrusted to do. And I promise you all that as soon as the pandemic will end or would become manageable, I will order a full review of all regulations and laws governing Long Term Care Centres for Senior and undertake serious overhaul of the current system. Because the system has failed you’.  So far – none was issued. Instead, I listen as the premier admonishes me to stay at home, maintain social distancing and to remember that I have to protect not even myself but the most vulnerable in our society: the sick and old ones.  And I do. But you didn’t, Mr. Premier.

Remembering – to Nova Scotia / w pamięci – dla Nowej Szkocji

(in English and Polish)

Yesterday was a very moving and touching Moment of Remembrance from Nova Scotia and from Canada for Nova Scotia. From us to the families and friends of 22 victims of terrible gun massacre last weekend.

From dignitaries, ordinary people, artists, religious leaders. And it was organized not by governments but by grassroots group of private citizens. We all had a time to held the memory of the Victims in our thoughts. Needed time. And helpful for their close ones, who must go through unspeakable terror of coming to terms with what just happened.

Because of the pandemic and very strong restriction on any movement of people and cars through the province and indeed entire country, world – many of us, who would have gone to their places , churches and halls to give them a hug, a good word and promise that they are not alone in their grief – did it that way. In front of our TV, radios.

I wen today to the place were the facts of the shooting is being gathered, analyzed. Place were people already made a quick memorial to fallen RCMP officer and by natural extension – to all the victims. Therefore, in a symbolic way, a Memorial to all victims, a place we can say goodbye to them and we can say ‘Im sorry’ to all the grieving families. To ourselves as a grieving community. Silence, respectful, individual visitors. A teddy bear, two red hats, plenty of flowers, signs, candles…

The pictures will give you a glimpse of it, hopefully the silent atmosphere of sadness and sorrow. The Provincial Headquarters of RCMP in Nova Scotia.

Right by the RCMP massive building is a small enclave of natural marches and little Spectacular Lake in the middle. I walked through the empty trail, surrounded by the eerie colours of the marshland, the green tops and branches of trees, the quite water of the pond. All in silence. It felt like a walking in a funeral march… Yet, tiny new buds on bushes, few birds surprised by my presence, a microscopic brook between trees – were alive. Or were waking up. So will we. And so will, in time, the Families of Victims. Life will go on. But we will remember.

(in Polish) Wczoraj nasza Prowincja wraz z całą Kanadą obserwowała wirtualny Moment Pamięci Ofiar strasznej zbrodni na 22 mieszkańcach małych wiosek i osiedli w północno-zachodniej części Nowej Szkocji. Czyjeś matki, żony, córki, mężowie, ojcowie, bracia, kuzyni, przyjaciele. Niepojęte i obezwładniające w czerni niezrozumiałego zła. Wszyscy w czasie tego Momentu Pamięci łączyliśmy się w smutku i obietnicy wsparcia z Rodzinami tych Ofiar. Bo zakazy pandemiczne nie pozwoliły nam na fizyczny dojazd do tych miejsc, do ich domów, kościołów, hal komunalnych.

Więc dziś pojechałem w miejsce , gdzie dojazd był możliwy, a które jest poniekąd symbolicznym centrum tej tragedii, miejsce gdzie ludzie od kilku dni zbudowali małe upamiętnienie ofiar. Do Głównej Komendy RCMP (Królewska Kanadyjska Policja Konna) w Nowej Szkocji. Na moment ciszy, skupienia. Trwania. Pluszowy miś, kwiaty, napisy, dwa czerwone stetsony (jedną z ofiar była oficer tej Policji), flaga …

Dzień był słoneczny, ciepły. Obok gmachu Komendy znajduje się mały dziki park bagienny z małym jeziorkiem w centrum. Z dala od budynków mieszkalnych. Cichy, samotny. Poszedłem tam na swój cichy spacer, na moment refleksji, na myśl o tych, którzy tak niepotrzebnie zginęli. Bagienne torfowisku sprawiało swym charakterystycznym rdzawym kolorem wrażenie jakiejś smutnej procesji orszaku pogrzebowego. Ale zaraz gdzieś pojawiał krzak świeżych bazi, ciemnozielona gałązka sosny i modrzewia, poderwał się z gałęzi zaskoczony moją obecnością ptak… Życie z ciepłem wiosennego słońca wracało na moczary. I wróci ono do bliskich tych ofiar, choc wydaje się to dziś niemożliwe. Ale nie zapomnimy.

Horror of Long Term Seniors Care Centres

by Bogumil Pacak-Gamalski

In my last article I have shared my reflections on the situation of seniors in our society during the coronavirus pandemic. How we, as a society, have to or ought to revise our responses to it; re-examine our ethical compass. More or less, I have challenged us to check if our own beliefs in our own societal, (but also individual) set of ethical and moral values holds the water. Or is it just a lofty goal fare removed from reality. The weakest are often the first ones we shamefully discard from our Decalogue of ‘do’s and don’ts’.

That was at the beginning of the epidemic and just on the edges of a serious crisis, when we heard of the tragedy in North Vancouver’s senior care home. And the full closure of all of them resulting in a practical lockdown.

But that was than. What followed in ensuing weeks, is just a full scale tragedy and collapse of the system. As Doctor Theresa Tam, our Chief Medical Officer, noted – almost half of our reported deaths were linked to care facilities or seniors homes.

In Quebec and Ontario we have learned of appalling, almost concentration camp-like lack of care and, practically speaking, an abandonment of the seniors by the operators of these centres.

There is no reason to hope that in other provinces the situation is very different and drastically better. To the contrary. Just today we learned of many cases and deaths in Nova Scotia seniors care centres.  There is very strong argument to expect the same everywhere in these type of centres. If not worse. Why? Because it didn’t happened in a vacuum. It happened on our collective watch. Under the eyes of provincial regulators and government. As we found out, but should have known much earlier, these controls and ‘eyes’ of public health were most of the time closed. Or wilfully blind by design. Don’t see – don’t know. Therefore: if I don’t know, I can’t do anything about it nor to feel guilty or at fault.

But they should feel guilty. They are at fault. We all are. 40 years ago seniors full care centres were little known and not very numerous.  But with the advance of modern medicine, extended life spans of all of us, that changed.  Some of us (before we die) in an advanced old age loose gradually a lot of physical abilities to be independent or to require only basic care and help from family and friends. Some loose  gradually mental capacity to take care of ourselves. That is even more dangerous.  Advanced age means also that all of our children (if we have any) are not young either, by the time we become very old and in need of help. Majority of advanced age seniors children are … seniors themselves.

And let us not forget the various types of dementia, with Alzheimer being the most dangerous of them, that seem to spread like a wild fire in recent decades. These conditions and ailments require a specialized, non-stop medical and household care. The word ‘medical’ is paramount. Dementia and Alzheimer are medical ailments that require medical treatment. Not just the mundane cooking and laundry and help with personal hygiene.  A progressive disease with no cure. Lethal.  But the length of it often is very long – from mild form to  almost  vegetative state in some cases.  Ugly. Robing the person of almost every shred of personal dignity. Shall I go on? No. A lot of you knows it, because someone close to you is going through it or went through it before dying, when one by one, every organ of your body stops working. Not like in a heart attack. That would be considered almost merciful.  A majority of you, who never encounter it in a family setting – will know it.

Why am I writing about it in painful detail almost? To make you understand, that if not majority, a very sizable number of full care Centres they are there because they have no other choices. Not because it is just more convenient for them. You know – the food that someone else shops for and cooks, the plates and dishes that someone else cleans after you, the laundry, the cleaning of your room, changing of bedding, doing your hair, your nails, your showers and baths  (at the end it is just wet sponge and wipes ), the moving you from bed to wheelchair and back. The list goes on. It is medically necessary. Like a hospital is not a hotel we choose to go to for fun. Like a hospital. That is another term I want you to remember.

 So we have two terms now to pay attention to: 1) the reason  for senior being in a centre like that is of medical nature, not simply an age or convenience;

2) the care, nurse and doctors check offs, adjusting and giving out medicine (pills, shots and the likes), medical treatment in general. At the end it also serves as a palliative care institution.

Again – as in hospitals. The difference is that hospital is an active medical trauma treatment centre, with vast array of diagnostic tools, and possibility of very decisive medical intervention. By nature designed for relatively short  stay.  Full care senior’s centres are designed to be a residence. Usually extending beyond one year, or close to it. Regular hospitals would be absolutely way too expensive to operate under such conditions. Hospitals offer acute treatment, with a goal of a cure for patient. Seniors homes offer light medical treatment (with no practical nor even idealistic goal for curing residents), safer environment and at the end of resident’s stay – palliative care. Unless when there is an unexpected accident that require hospital intervention or specific family’s requests for transfer to a hospital for more active intervention.

But let’s not make any wrong distinctions: both are of medical nature.  One short term and expectation of curing patient (hospital); the other very long term stay (by nature – final) and no expectation of curing patient – just making her/him safer and relatively comfortable.  Neither is an extension of home.   They try to be as much as possible – but they are not.  Governments spent huge amount of money to subsidize most residents stays there. Some can afford to pay it themselves, but it would be a minority as the costs are in thousands of dollars every month.  All provinces decided many years ago that it is more economical to let the centres be in private hands, run as businesses, then in governments hands.  And we let them.  Yes, it would have been more expensive to run them by government.  Just the labour cost by itself – in hospitals professionally trained staff is paid much higher rate, than similar staff in the centres. Of course other costs, too. For example continuing training and education of hospital staff versus very limited training of similar staff in the privately run centres. Hospitals are not run on a business model. And they shouldn’t be.  The Centres – are. The operators/owners are running a business, not a charity.

The results, in an emergency situation of even lesser magnitude than the pandemic, are the way they are. Tragic. Shameful. Incomprehensible.  Existing model is wrong and is not working under stress. Barely under normal circumstances.  We are left powerless, not even knowing what is happening to our parents, aunts, family members and friends, who are locked behind these walls.

This can not be put squarely at the operators feet. It is a fault by design and if not equal, at least a partial blame is on the side of the government.  The regime set-up to control and supervise the centres by province’s Health Authorities failed. Again – be design. By not making it robust and strong enough. By not following own rules, which by themselves are minimalist and weak.

If the provinces can’t guarantee a fast and permanent fixing of the oversight – it should take over the running of the establishments under its own umbrella and ownership. It is an extension of medical care.

If the model of having them in private hands is honestly believed as a more efficient one and better – than an extensive overhaul of the Health Authorities effective control and oversight needs to be undertaken almost immediately. With the public being clearly informed of the process, it’s goal and timetable for conclusion.  Proper staff-resident ratio must be established by the province and remuneration for employees should mirror the importance and the professionalism that is expected of them.  You can’t expect the staff to be paid near minimum wage and do properly the extremely hard work they do. Extremely hard and difficult – of that I know, for I have spent hundreds of hours in such facility. During daytime, at night, mornings, evenings. On purpose, as I wanted to make sure that ‘good’ things are not happening only during typical visiting hours. Helped them wash residents, change them, feed them. I can’t say: I wouldn’t do it for any money. No, I have done it for free. But if I was to work there, I wouldn’t under any circumstance be paid less than minimum twice as much as they were paid.  None of the blame could be placed under their feet.  Of that I’m certain.

The pictures in my mind of the neglected and left to their own inability to do almost anything residents in some of the Homes in Ontario and Quebec (I am also certain that they are like that in every other province) are seared in my brain and heart.  Most of you probably listened or read the recent stories. I will not repeat the details here. Sufficient to say, they are horrific, inhuman pictures.

Something must be done and we (that means you too, dear Reader) must make sure that it will. Call, write to you MP, to your premier, minister of health, minister of social services, senior’s advocate. Please, do.  Our mothers, fathers, aunts, uncles, cousins, grandparents, our friends – deserve better. You deserve better in the future, when you might (which is becoming increasingly common) become a resident in one of them.

Memento mori in pandemic or uneasy times

In North Vancouver, in Lynn Valley  Seniors Care facility we heard it first. First sample of what was going to come. Covid-19 infections among staff and residents. Later came other Homes like that. In Ontario, Nova Scotia, New Brunswick, Quebec.  Vancouver was first, before the epidemic spread all over Canada. We were still innocent, still reading about far away places. Life was to a large extend normal. Comparing to today—life was as nothing was happening. We were still innocent … .

People at the end of their long life. People, who’s life expectancy, at best, was maybe three years, maybe five. If they were lucky maybe 7 or 8. A lot of them wouldn’t last even the three years.

We all are going to die, if we are lucky at an old, ripe age. But for some of us, increasingly more, as society evolves, that wont be the worse. Some of us will not only be old and weaker. We are going to be in a state of health, mental and physical, that will rob us of independence. We will become dependent on others, not only in tasks but also in decision making. And it will rob us off a large portion of our dignity. And it is a lie, that those of us who will have dementia, advanced Alzheimer, will not feel it, recognize it. They will. And they are. In different way, but they are.  They know that they are constantly being told what and how to do, being washed, dress, undressed, whether they want to or not. They are being moved to places and spots they don’t want to be moved at that moment.  I know that. My Mom was one of them.  I spent  most of my free time with her at a Home like that for almost five years. That’s a long time.  She wasn’t abandon or ‘dump’ in there. I couldn’t provide her the absolute care and safety, she needed.  Even if I was a very rich person, it would require a non stop 24 hours care, special facilities.  She wasn’t a nuisance in my life, nor inconvenience. To the contrary—she enriched our life every day.  There was just no other option. And it was a right decision. She felt almost right away safer and comfortable . I could see it in her eyes. The fear disappeared. The fear that that she needs to go and do something and wont be able to find her way back.  That there were people around her all the time. And there was no demands on  her to do anything, to remember anything. Somehow she sensed it and it must have been a relief.  She didn’t have to pretend anymore  that she is OK. She knew she wasn’t.  And that was OK. Of course, her situation was very different from many other residents—we still were spending many, many hours together. I was almost a resident there, myself. We used to go still for long walks, long drives, to familiar parks. Sometimes, as in older times, we wouldn’t come back until very late, as she used to laugh about it: ‘in indecent hours’.  A lot of dinners, suppers were still at my place were she felt comfortable.  She even slept sometime in our home. But she didn’t like it too much. She preferred to go to ‘her place’, back to the new Home, were she always had a separate room and everything become very familiar. Home.  It become her home.  And, after years in this new home, her time has come to say goodbye.  I was with her the last few days and nights constantly. Touching her, talking to her.  I don’t know for sure whether that made a difference  for her in the last hours. I would like to think it did. She seem to be relaxed while I touched her, she tried to squeeze my hand, open her blue eyes.  I didn’t see any panic in her, paralyzing fear. But that is what I think. She wasn’t able to communicate with me anymore.  What I know is that it was extremely important to me.  That I couldn’t leave her in that moment, that she shouldn’t be alone. 

That was in a different world. That was a time before the pandemic.  What would I have done today? I don’t know.  It is a horror. Horror to try to think about it.  A time when we, as a society, allow ourselves to make such a terrifying decisions.  And we find for it every possible rationale, every lofty ideas. But it doesn’t make it right. We know it doesn’t.  Yet, our safety mechanism  tries to protect our sanity and our sense of morality by invoking such explanations, such excuses.  Few for the benefit of entire group; individual for the good of society.  This heroic choices we read about in books, in myths, in legends.  Sacrifice.  The word does have a powerful, uplifting, albeit tragic, feeling.  Except … except when someone else makes that decision for us. When the sacrifice is given as an order, as a decision taken not by the individual, but by some mysterious collective.  Society. As in the case of this pandemic.

I listened the other day to a doctor, who was commenting standing in front of one of these Senior Care facilities, where the virus spread. She was sad,  and probably uneasy about it.  And simply stated: “I hope they will not all die’.  That was all she could offer: I hope they will not all die.  The way she said it, the entire situation and a way we comment about it, report it, struck me. It sounded like we are all standing in front of burning library, we are all resigned that there is nothing we can do but just let it burn. And with a natural sadness we take a sigh and say: we hope that not all of the books will burn.

Yesterday it would have been, I think, possible to expect that someone, one of us, maybe even entire group of bystanders, would rush to the inferno trying to safe the books. Risking their own life. And that would have been seen as a nobler action.  Not common perhaps, but noble nonetheless. These thoughts, this ideas about society and individual are becoming the silent victims of the new world in pandemic. They are very disturbing victims.  It will take a while to assess the impact of such actions, such permissions.  I would rather not have been a witness to these choices, these re-evaluations of human condition and humanity. 

There were crazy times in Western (not only) Civilization, when the common motto was a Latin saying ’memento mori’. Remember about death. Remember that you will die.  Sort of apotheosis of death. More important and more powerful than life, which had no other meaning but to lead us to that threshold. Recent centuries led us to abandoning this concept. To the opposite. Remember that you are living. Life is the most precious thing.  The new omnipresent god. Are we starting to burn on the altar of this new god new sacrifices?  Have we given it a deep thought and ethical exam?

These are the disturbing thoughts that have given me first sleepless nights since the pandemic begun. The lonely, tragic deaths in facilities that are being call “Seniors Care’. Care.  Is it  always in the new world? Or the meaning of ‘care’ become ambivalent, not set in stone, changing? How far are going to change these notions? At what cost to the society? What is decency? Sacrifice?

I don’t know the answers. But it makes me very uncomfortably, when the answers are provided ad hoc, as an edict, by some Administration Body, some centre of local administrative power. No matter how good the intentions are. Because I am not sure that the Administration knows the meaning of the word “good”. It is  much more than ‘good car’ or ‘good dinner’.  The word has immense value, is a cornerstone of our foundation.

List do Senatu

Stół Rozmów Polaków

by: Bogumił Pacak-Gamalski

Z inicjatywy Polek i Polaków spotykających się wirtualnie w grupie Facebook’a pod nazwą “Stół Rozmów Polaków’ powstał List do Marszałka Senatu, Tomasza Grodzkiego w sprawie terminu wyborów prezydenckich w Polsce. Ponieważ termin tych wyborów ustalany jest zgodnie z Konstytucją i stosownymi w tym zakresie Ustawami, takoż samo zmiana tego terminu ustalona jest wyraźnie w stosownym paragrafie konstytucyjnym i nie może być, poza nieprzewidzianymi w tym paragrafie sytuacjami, zmieniana, odkładany w czasie. Pomijając szczegóły tego paragrafu, w olbrzymi skrócie sprowadza się to do faktu, że aby zmienić termin w kraju musi być wprowadzony Stan Wyjątkowy. Jedynym odstępstwem może być wycofanie się z kandydowania wszystkich bez wyjątku kandydatów. Czyli wszystkich jednoczesna i identyczna decyzja publicznie zgłoszona. Pozostanie choćby jednego, choćby najmniej wiarygodnego kandydata – sprawie, ze taki kandydat siła rzeczy wybory wygra nie jako walkowerem: na Liście Wyborczej poza jego/jej nazwiskiem nie będzie nikogo innego! Prawo jest ślepe i czasem takie sytuacje się zdarzają. Treść Listu (podpisanego też przez szereg osób z innych ośrodków w Kanadzie, jak i też z Europy i USA) znajdziecie Państwo na końcu tego artykułu.

Stąd opór rządu Morawieckiego i Prezydenta Andrzeja Dudy (za naciskiem Jarosława Kaczyńskiego, de facto dowodzącego i rządem i prezydentem) by Stanu Wyjątkowego nie wprowadzać, a przez to zasłaniać się klauzula konstytucyjną uniemożliwiającą zmianę terminu wyborów. Sprowadza się to do zwykłej rachunkowości statystycznej. I wyrafinowania politycznego.

Opozycja w Polsce, mimo bohatersko reklamowanej na zewnątrz jedności w sprzeciwie wobec jawnie dyktatorskich i łamiących prawo rządów PiS, nie potrafiła wypracować i uzgodnić jednego tylko kandydata na Prezydenta. Mamy więc kandydata centrowego (PO i Kidawa-Błońska); kandydata Lewicy (Biedroń), prawicowej partii chłopskiej (PSL i Kosiniak-Kamysz). Do tego jeszcze kandydat (Bosak) partii faszyzujących skupionych w Konfederacji. Po stronie ultra-prawicy chrześcijańskiej PiS i jego drobne nadbudówki: partia ‘Porozumienie’ J. Gowina i partia ‘Solidarna Polska’ Zbigniewa Ziobry wystawiają naturalnie tylko jednego, wspólnego kandydata – Andrzeja Dudę.Pomijając Bosaka, który nie ma większego znaczenia ani szansy, mamy więc sytuacje podzielonego wyraźnie społeczeństwa na obóz rządowy i obóz demokratyczny. Tylko strona rządowa ma jedną tylko opcję: Duda, a strona demokratyczna aż trzy.

Matematycznie jest prawie niemożliwe by z tych trzech kandydatów w pierwszej turze ktokolwiek mógł zdobyć 51 procent głosów i wygrać wybory. Zakładając, że nikt – więc i Duda też – pierwszej tury nie wygra, 2 tura to już zupełnie inna para kaloszy. Na boisku zostanie tylko dwóch graczy: Duda i Kidawa-Błońska (wszystkie sondaże raczej taką tylko opcje na 2 turę przewidują). A wtedy sondaże mówią rzecz zaskakującą: Duda (nawet przy poparciu Bosaka z Konfederacji) przypuszczalnie wybory przegra.

I oto nagle w sukurs przychodzi … zaraza. Tak, pandemia koronawirusa Covid-19. Premier Moraczewski (podobnie, jak prezydent Duda, wierny bez zająknięcia władzy i poleceń Prezesa PiS) wprowadza faktyczny stan wyjątkowy używając dostępnych mu dyrektyw i rozporządzeń sanitarnych, epidemiologicznych, socjalnych – bez formalnego wprowadzenia Stanu Wyjątkowego przez Prezydenta. Więc (formalnie) zasłaniają się brakiem możliwości przesunięcia wyborów, bo wszak Stanu Wyjątkowego nikt nie wprowadził. A bez tego nie można.

A Jarosław Kaczyński, odwieczny manipulator i kombinator III RP od czasów jej powstania, nie do końca wierzy swojemu elektoratowi. I słusznie chyba, bo wyborcy PiS są wyborcami w większości koniunkturalnymi, tzn patrzą kto im da więcej i za mniejszą (lub żadną) pracę. Mówiąc językiem handlowym, transakcyjnym, to elektorat … łatwo przekupny. Ten ścisły, religijny prawie elektorat PiS jest tak naprawdę bardzo nieliczny. Więc pan Prezes wykombinował, że najlepszą szansą są jednak wybory 10 maja. Kwarantanny, rosnące przerażenie i lęk przed zakażeniem się, nakazy izolacji i nie zbierania się razem – skutecznie zlikwidowały jakąkolwiek kampanię wyborczą. Dla pozostałych kandydatów. Pan prezydent jeździe, pokazuje się stale w telewizji, spotyka z obywatelami. Przecież jest prezydentem, więc powinien być widoczny w czasie zarazy i pomoru, by ludziom dać otuchę! Nawet gdyby inni kandydaci zawiesili swoje kandydatury – pan prezydent tego nie zrobi. A jeden kandydat wedle prawa to liczba wystarczająca. Przecież nie można nikogo zmusić, by kandydował, więc o co chodzi?

10 maja jest prawie za miesiąc tylko. Epidemia dopiero nabiera w Polsce pędu. Jest prawie nierealne by do tego czasu uległa wyraźnemu zahamowaniu, by więcej nie zagrażała. W kwietniu może dojść do sytuacji (co zdarza się już w krajach o dużo silniejszym systemie medycznym i szpitalnym niż w Polsce) w której lekarze będą zmuszeni grać role boga decydując, komu dać szansę na przeżycie a kogo de facto skazać na śmierć. Zabraknie po prostu aparatów tlenowych. Tak się dzieje we Włoszech, w Hiszpanii i powoli w innych krajach. Tak się może zdarzyć szybko w bogatej Kanadzie, w Niemczech, raczej na pewno w USA, które przekroczyły już liczbę zachorowań w Chinach. Pierwszymi ofiarami takich drakońskich decyzji będą osoby po 60 roku życia. Czysta, zwykła (choć okrutna) kalkulacja. Dać szansę komuś 30-letniemu czy 60-latkowi, jeśli jest tylko jedna maszyna dla nich obu? Jak ty, gdybyś był lekarzem, byś wówczas zadecydował, gdyby ta osoba 60-letnia była twoją mamą, tatą? Może przy babci, dziadku byłoby trochę lżej … . Ta makabryczna wizja jest już realnością w niektórych krajach, gdzie ten wirus dotarł wcześniej.

I czy w takiej sytuacji ktokolwiek trzeźwy spodziewać się może, że wystarczająca ilość osób na wybory pójdzie i te ryzyko złapania wirusa i wrócenia z nim do domu podejmie? A wówczas ta własnie mała, religijnie wierna grupka zwolenników PiS może zadecydować o tym, kto będzie prezydentem Polski na następne cztery lata. I to jest kalkulacja pana Prezesa. Szarego Posła Rzeczypospolitej.

Kanada, 25 marca, 2020  

Do Pan Marszałek Senatu Rzeczypospolitej Polskiej Tomasz Grodzki

Pan Przewodniczący Komisji Spraw Emigracji i Łączności z Polakami za Granicą, Senator Kazimierz M. Ujazdowski

 Szanowny Panie Marszałku

My, niżej podpisani Polki i Polacy zamieszkali na stałe poza granicami Kraju, wyrażamy głębokie zaniepokojenie nieprzerwanymi przygotowywaniami Władz i czynników politycznych Rzeczypospolitej Polskiej do powszechnych wyborów na Urząd Prezydenta RP w dniu 10 maja 2020. Polska, podobnie jak większość krajów świata, jest w trakcie pandemii koronawirusa powodującego ciężką chorobę dróg oddechowych COVID-19.

Kraj jest dopiero w początkowej fazie epidemiologicznej i wszelka wiedza profesjonalnych środowisk naukowych wskazuje wyraźnie, że w krótkim czasie należy się spodziewać pogorszenia sytuacji, zanim nastąpi jakiekolwiek polepszenie.

Rząd i Samorządy Lokalne w Kraju wydały już stosowne przepisy kryzysowe, które w sposób drakoński – aczkolwiek słuszny – ograniczają wiele podstawowych funkcji normalnego, wolnego społeczeństwa.  Fundamentalnym przekazem tych przepisów jest maksymalne ograniczenie mobilności i kontaktów obywateli polskich, nakaz etyczny i prawny izolowania się od innych i przebywania w domach. Jest zrozumiałe, że tego typu obostrzenie bez względu na fakt, jak je formalnie określimy w przepisach i zarządzeniach i czy oficjalnie wprowadzi się określony konstytucyjnie stan wyjątkowy – uniemożliwia swobodne prowadzenie jakiejkolwiek kampanii wyborczej  i skutecznie ogranicza prawa wyborcze i polityczne obywateli, ich kandydatów na Urząd i partii politycznych.  Ma to też legalne znaczenie dla Polaków  mieszkających poza granicami Polski, którzy w miejscach zamieszkania podlegają lokalnym przepisom uniemożliwiającym lub bardzo ograniczającym czynny udział w wyborach. Wszystko to stawia pod dużym znakiem zapytania wyniki wyborów, ich akceptację przez społeczeństwo.

Te fakty same w sobie w sposób oczywisty winny wpłynąć na przełożenie terminu wyborów na czas po ustaniu zagrożenia epidemiologicznego. Ale ponad te zasady zdrowego funkcjonowania Państwa wyłania się rzecz wagi wyższej i najistotniejszej: bezpieczeństwo życia i zdrowia obywateli.  Dążenie do wyborów w niezmienionym terminie wydaje się być jakimś makabrycznym nieporozumieniem,  zagrożeniem zdrowia i życia osób, ich rodzin i znajomych, którzy w wyborach by udział wzięli.

Apelujemy przeto do Pana, Panie Marszałku i Pana Senatora Ujazdowskiego, który nas w Senacie reprezentuje, abyście podjęli wszelkie sposobne i możliwe kroki do powstrzymania tego procesu. Szczególnie Senat, Izba Parlamentu kojarzona ze spokojem, równowagą i refleksją godną senatorów Najjaśniejszej, winien mieć ku temu wyjątkowe znaczenie i usytuowanie w randze Instytucji demokracji polskiej.

Niżej podpisani nie reprezentują jednej, konkretnej organizacji lub zgromadzenia polonijnego. Reprezentujemy razem i z osobna szereg profesji, szeroki zakres aktywnego współuczestnictwa w polskim i lokalnym życiu kulturalnym, artystycznym, naukowym. Idea Listu powstała w kręgach Polonii kanadyjskiej, ale znalazła szerokie poparcie wśród naszych przyjaciół w innych krajach osadnictwa polskiego. Niektórzy z nas działają tu aktywnie od dziesięcioleci, inni od lat kilkunastu lub kilku. Co nas łączy to serdeczna nić z Krajem i wspólna troska o jego losy i dalszy rozwój.  I zaniepokojenie losami naszych rodzin i przyjaciół , których wybory w maju tego roku naraziłyby na niedopuszczalne i całkowicie możliwe do uniknięcia ryzyko.  Nie wyrażamy poparcia lub potępienia dla takiej czy innej opcji ideologicznej, politycznej lub wręcz filozoficznej.  Natomiast mamy głębokie przywiązanie do zasad zdrowej demokracji, pluralizmu i współuczestnictwa w procesach rozwoju społeczeństw, w których mieszkamy i społeczeństwa w Polsce.

Z wyrazami głębokiego szacunku

Anna Bocheńska, St. Catharines, Ontario; Agnieszka Bylicka, Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Iko Bylicki, Vancouver, Kolumbia Brytyjska (b. wieloletni Prezes Vancouver Chopin Society); Lena Chorobik, North Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Bożenia Chudzińska, Seattle, USA;  Christian S. Ciesielski, Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Mieczysław Czarski, Ottawa, Ontario;  Jola Drożdżeńska, Port Moody, Kolumbia Brytyjska; Jerzy Goliski, Königs Wusterhausen, Niemcy; Kazimierz Klimek, Calgary, Alberta;Janusz Kowalski, Galiano Island, Kolumbia Brytyjska; Anna Krenz, Berlin, Niemcy (kurator non-conform art projects w Europie): Tadeusz Orłowski, Coquitlam, Kolumbia Brytyjska; Maja Urbanski, Toronto, Ontario; Bogumił Pacak-Gamalski, Dartmouth, Nowa Szkocja (b. red. naczelny Rocznika twórczości Polskiej w Kanadzie „Strumień”); Agata Pilitowska, Toronto, Ontario (aktorka, producent teatralny); Izabella Sobieska, North Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Jacek Surma, Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Tamara Szymańska-Golik, Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Mark Tucholski, Montreal, Quebec; Anna Wiaczek-Fustik, Bremen, Niemcy; Jolanta Woźniak, Surrey, Kolumbia Brytyjska; Marcin Żmudzki, Falls Church, USA (social media editor-coordinator)

Historia murzyńska Kanady

cz. 1 / part 1 (English summary at the end)

by: Bogumil Pacak-Gamalski

ewolucja społeczeństw/evolution of society; by B. Pacak-Gamalski

Największe imperia starożytnego i archaicznego świata przetrwały setki, czasem tysiące lat, głównie dzięki temu, że nie opierały się na etnicznej (lub, jak wielu by dziś powiedziało –  narodowościowej) asymilacji podbitych ludów.  Wielokulturowość nie jest więc, jak błędnie zakłada się dziś, wymysłem XX wieku. Były –naturalnie – odosobnione  wypadki siłowej próby pełnej asymilacji – na ogół kończyły się albo na biologicznej zagładzie tych podbitych ludów (co dziś określa się mianem ludobójstwa w prawie międzynarodowym), ewentualną pełną asymilacja i utratą związków z własnym językiem i tożsamością etniczno-kulturową albo stosunkowo szybkim upadkiem takiego imperium.

Z tak rozumianą ‘wielokulturowością’ w kontekście historycznym nierozłącznie wiąże się kwestia tzw. rasowości, czyli koloru skóry. O asymilację pełną i powolny zanik wszelkich tradycji kulturowych łatwo przy integracji ludzi do siebie fizycznie podobnych, niemal identycznych.  Kwestie religijne są tu mniej istotne, bo można nie tylko tolerować wieloreligijność (politeizm), może być ona de facto polityką władcy/państwa, jak miało to przykład w większości imperiów i terytorialnych podbojów świata antycznego (kultura hellenistyczna, staro-rzymska i wcześniejsze lub im czasowo zbliżone kultury basenu rzek Eufratu i Tygrysu). Religijność można też zmienić zdecydowaną i bezkompromisową akcją karno-policyjną poprzez fizyczną likwidację kapłanów, spalenie świątyń i miejsc kultu i zakaz świętowania takiej religii – tu przykładem najlepszym jest chrystianizacja Europy Środkowej, Północnej i Wschodniej. Konsekwencją będzie po latach albo owa pełna asymilacja albo pełna fizyczna (ludobójstwo) likwidacja ludów podbitych (przykładem znowu posłużyć może historia ludów bałtyckich: Prusów, Galindów, Sambów i in.). Wszystkie te procesy możliwe są jednak jedynie wśród ludów identycznych lub bardzo podobnych fizycznie.  Po jakimś czasie proces asymilacji uniemożliwia odróżnienie oryginalnych ‘swoich’ od ‘innych’.  A potomkowie ‘innych’ tracą sami świadomość ich ‘innego’ pochodzenia, obce są im też i nieznane tradycje, religie i odrębne języki ich przodków. Co stało się generalnie wśród ludów celtyckich, germańskich i słowiańskich.  Słowem – jakkolwiek okrutne to zjawisko – taka asymilacja jest możliwa i jest doświadczeniem większości grup dziś nazywających się Polakami, Francuzami, Włochami czy Niemcami.  I większością innych narodów świata, które u zarania były luźnymi, często zwalczającymi się plemionami,  na ogół zbliżonymi jakąś prastarą jednotą i pra-kulturą. Ale też i zlepkiem grup etnicznie sobie kompletnie obcych już od pra-dziejów.

Ale jak taką asymilację, taką ‘nową jednotę’ stworzyć przy kompletnie odmiennych i jaskrawych różnicach zewnętrznych? To pytanie daje początek koncepcji rasizmu. I choć historia starożytna rasizmu nie znała, a z geograficznych przyczyn (pierwsze imperia powstawały na skrzyżowaniach ras żółtych, białych i czarnych) różne kolory mieszkańców i sąsiadów ówczesnych państw i imperiów były stanem naturalnym – późne czasy nowożytne i współczesność stworzyły rasizm, jako jedną z najpotężniejszych motywacji w formacji państwowości, rozwoju (grabieży) ekonomicznym na szczeblu państwowym i jednostkowym.

Stąd, dla jasności wywodu i ze względów leksykalnych używać będę typowego i dla historii i dla lokalizacji określenia ‘rasy ludzkiej’ i pochodnego od tego słowa pojęcia ‘rasizm’ – mimo, iż są biologicznie i filozoficznie błędne – de facto istnieje tylko jedna rasa w naszym gatunku, a kolor skóry (odcień raczej) jest drobiazgiem genetycznie nieistotnym.

Kończąc ten wstęp warto oddać się kilku refleksjom.  Nie ma bodaj kraju na świecie, ani współcześnie ani w przeszłości, który nie ma ciemnych plam, gdy chodzi o prześladowania mniejszości rasowych, religijnych, społecznych. Czy będzie to głęboko zakorzeniony antysemityzm narodów cywilizacji europejskiej i jej przedłużeń w Amerykach (tam zwłaszcza, gdzie biali koloniści stanowili i stanowią większość) i Australii i Nowej Zelandii; dyskryminacja wobec tzw. rasy żółtej (głównie Chińczyków, Japończyków i Hindusów) i kolosalna dyskryminacja wobec ludności autochtonicznej, nazwanej z czystej arogancji i ignorancji ‘indianami’. Do tego włączyć należy cała masę uprzedzeń i prześladowań w historii wszystkich państw i narodów wobec lokalnych, specyficznych mniejszości: religijnych, etnicznych, seksualnych. Nie brakło tego bez jakiejkolwiek wątpliwości w historii Polski – starej i bardzo współczesnej. Nawet okres świetności Rzeczypospolitej Obojga Narodów (właściwiej by było określić tamtą Rzeczpospolitą – Rzeczpospolitą Obojga Państw, bo narodów było w niej zdecydowanie więcej niż dwa, zwłaszcza na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, które etnicznie zdecydowanie nie było litewskie) mimo stosunkowo dużej tolerancji i uprawnień wobec różnych grup – był okresem licznych dyskryminacji, a nawet prześladowań wobec ‘innych’.  II Rzeczypospolita (1918-39) była tyglem niesprawiedliwości etnicznych, religijnych. Okres straszliwej wojny totalnej to przykład szlachetnych i heroicznych ofiar etnicznych Polaków i instytucji Podziemnego Państwa dla ratowania żydowskich współobywateli. Niestety to też przykład, gdy stare potwory antysemityzmu wykorzystały hitlerowski aparat przemocy w aktach najgorszego okrucieństwa i barbarzyństwa (często związanego z chęcią ordynarnej kradzieży i grabieży mienia żydowskiego) wobec żydowskich sąsiadów.

Ze względów oddalenia geograficznego i – nolens  volens – politycznej niemożliwości (zabory) ominęły Polskę fale rasizmu wobec Afrykańczyków i sam tragiczny okres niewolnictwa murzyńskiego. Nie ominęło jednak generalne, eurocentryczne, poczucie wyższości cywilizacyjnej, kulturowej, rasy ‘Białych’ wobec rasy ‘Czarnych’.

Dziś, w XXI wieku, Kanadę uznaje się generalnie, jako jedno z najsprawiedliwszych państw świata, jako przykład sukcesu wielokulturowości, wielorasowości. Jako przykład dla przyszłości państw i ludzi. I to chyba słuszna (nawet jeśli trochę przesadzona i oparta na prostych mitach) ocena. Choćby dlatego, że pojęcie „Kanadyjczyk” nie zakłada z góry pewnej etniczności.  W każdym razie od końca XX wieku Kanadyjczyk to już nie synonim Anglosasa/Szkota lub Francuza. A od początków XXI nie jest to już nawet synonim potomka Europejczyków. To po prostu obywatel Kanady.

Ale by kraj ten stał się jednocześnie krajem autentycznej równości, zgody społecznej i wysoko zakorzenionej tolerancji wobec wszelkich mniejszości (a takim dziś jest uważam) musiał przejść przez trudny kurs własnej historii. Własnych uprzedzeń, niesprawiedliwości. I zbrodni. To kurs trudny. Wiele narodów się go podjęło. I nie wszystkie zdały egzamin. Polska usiłowała po 1999 ten kurs zacząć. Niestety, nie tylko egzaminu nie było, kurs definitywnie zamknięto po 2015. Z tym większą stratą dla Polski, z rosnącym zapóźnieniem kulturowym, cywilizacyjnym. I z ceną, jaką bez wątpienia trzeba będzie w przyszłości zapłacić.  

Pisałem już kilkakrotnie na tym blogu i w innych wydawnictwach o prześladowaniach i rasizmie Kanady wobec jej ludów autochtonicznych, tzw. Pierwszych Narodów (First Nations).

Dzisiaj o rasizmie i dyskryminacji rasowej wobec kanadyjskiej ludności czarnej, murzyńskiej. Wiąże się to w Kanadzie z lutym, Miesiącem Historii Murzynów ustanowionym przez Parlament w 2008 i powiązanym z tym Miesiącem Afrykańskiej Historii w Nowej Szkocji.

Chronologicznie temat ujmując można powiedzieć, że historyczne centra osadnictwa murzyńskiego w Kanadzie to Nowa Szkocja i Górna Kanada (dzisiejsze Ontario). Mówimy głównie o okresie XVIII i XIX wieku. W dużo mniejszej części Dolna Kanada – Nowa Francja, dzisiejszy Quebec. Pozostałe skolonizowane tereny były miejscem bardzo nielicznego i sporadycznego osadnictwa uciekinierów-niewolników ze Stanów Zjednoczonych (Victoria i Esquimalt na Wyspie Vancouver i jeszcze mniej liczne grupy w Albercie (m.in. w Edmonton). Niewątpliwie nieliczni Murzyni pojawili się już w samych początkach w Nowej Francji i w Acadii (dzisiejsza Nowa Szkocja i Nowy Brunszwik), tak jak tłumacz kilku wypraw francuskich, Mario da Costa. Byli to zarówno wolni, dobrze płatni urzędnicy francuskiego monarchy, jak i niewolnicy na służbie europejskich kolonizatorów. Ale o autentycznych ‘falach emigracyjnych’, które miały wpływ na kształtowanie si Kanady i jej społeczeństwa można mówić dopiero od roku 1775 – wojny amerykańsko-brytyjskiej o niepodległość i osadnictwie tzw. lojalistów (zwolenników monarchy brytyjskiego) i niewolników z Ameryki, którym obiecano lepsze życie w Nowej Szkocji, pod panowaniem brytyjskim. Tą historię i reportaż fotograficzny zamieszczę w cz. 2, w kolejnym poście tutaj.

Short summary in English:

The most powerful imperia of the ancient world lasted hundred, if not thousands of years, because they did not try to forcefully assimilate ethnically conquered people. One would say that their concept of good governance and stability laid solidly in the form of (as we would say today) multiculturalism. There were those, who tried quickly assimilate the smaller (or weaker) groups, but it would mean always either total annihilation of such group by genocide; military displacement/banishment beyond borders of the empire state or partial genocide (cultural genocide) by killing the political and religious establishment and destroying material witnesses of former, conquered territories. The assimilating version usually proved short-lived and the new empire did not last for very long. There are, of course, exemptions to this scenario – but, as often in life – exemptions are just that – exemptions, not a rule.

The second form (cultural genocide) is the most common and lies at the foundation of most modern states, specially in the Old Continent. There is no factual anthropological reasons for existence of Poles, Germans or French and English (British) nations – they all are modern concepts and result of cultural destruction of former and separate entities. What was left from the original Slavs, Galls, Celtic or Germanic people after forceful christianization become a building stone of today’s nation. It wasn’t by any means a natural process or some form of evolution. It was a skilful political and military process.

That process is possible only if you are faced with different culturally but similar physically population. And by large extent the entire population of Europe in the entire Middle Ages looked very similar – white (or whitish, if you will). So after merely few generations you can create a new ‘ethnic’ construct: a people, who pray to the same god/s, speak the same (with regional variants) language. Beginning of a nation. In processes like that it is hard to developed racist attitudes, or hatred based on race. Hence the first objects of persecution in Christian Europe was two-fold: Jews, as recognizable minority and always living communally (in groups, not as individuals) and remnants of non-Christian Europe: tribes and people belonging to a group called Balts, in the north-east corner of Europe. As religion was, from archaic times, the fundament of laws and behaviour – they couldn’t be tolerated or fully accepted. Unless they agree to condemn and leave their old religion. Hence some old Baltic tribes were fully annihilated by German Order of Knights of Holy Mary, with the support of Polish Prince of Masovia. The Jews in Europe, from the times they moved to Iberia (today’s Spain), were not really of such threat, as they never own or rule over any territory. Their annihilation was not necessary – nonetheless, they were very much an affront to Christian faith for not accepting Jesus as the Messiah. And so antisemitism was born. And survived to this day. Reaching it’s monstrous apogeum during Holocaust.

Racism, in a form we understand today, had no place in the ancient empires, neither. All of them were based on territories more or less straddling lands between the valleys of Tigris and Euphrates, Asia Minor, southern tips of Europe and Northern Africa – a land of all three races. In imperial courts of Babylon, Persepolis or in Egypt you could daily see black, white and brown faces. It was normal, common. After the collapse of ancient order, specially in the Western Holy Roman Empire, Europe cut itself off common borders and neighbourhoods with Asia and Black Africa for all practical purposes. It wasn’t really until the end of Middle Ages and beginning of European colonial expansion into Africa and Asia that it begun. Specially toward the black Africans, who were by large technologically at a huge disadvantage and mostly pagans. The fact that slavery among Blacks was more popular than slavery among whites (there was such a thing in Europe but it related mostly to captured during warfare combatants and by the time of Renaissance – almost non-existent and, lets be honest, servitude of own peasants was enough to substitute the need for slaves) helped to sharpen the appetite for cheap labour among white masters. To build the case for buying humans as a property in Africa, Europeans begun to dehumanize Black Africans a bit, make it almost a subspecies, a subhuman. That’s how a true racism was born. That’s how it all begins. Bit by bit, word by word, joke by joke. By the end of XVII century slavery was fully accepted, flourished and in high demand. In continental Europe there wasn’t even really a high demand for cheap labour. Even after industrialization. There was plenty of cheap labour from countless underprivileged class. One could argue that it would have been more expensive actually to fill the factories and fields with actual slaves than with destitute free working class. But in the new colonies, especially one sparsely populated – the need was great. Hence – North America and West Indies. Slave owners paradise.

The first documented Black person, in what is known as Canada today, was Mathieu Da Costa, official and well paid translator for French rulers in their colonial expedition to New France (today’s Quebec) at the onset of XVII century. Certainly there were others, at that time probably free people. But that is only of historical concern. The actual Black immigration and settlement didn’t start here until XVIII century, while gaining strength in the following one. It contained both free people and slaves. Originally the main centres of Black settlements were in Nova Scotia and Upper Canada. Some in Lower Canada. Instances in Vancouver Island or Alberta were not until decades later and not very large as to make a social difference.

But that pivotal settlement of Black people on Atlantic shores and in Lower Canada is a very important part of Canadian history. And the history of racism and oppressive attitude by both, government and society at large, in Canada.

Canada today and Canadians are not the same as Canada 100 or even 50 years ago. We know ourselves as people living in a country that is the envy of the world, as far as being tolerant and equal in treatment of all Canadians. But it wasn’t always the same. In order to be the way we are now – it was necessarily to deal with the difficult history, difficult past. Every nation inspiring to be better, to grow – must take that hard lesson, swallow that bitter pill. To own our own mistakes and, yes, crimes even. As in treatment of many minorities – and none worse than that of Aboriginal People and Black people in Canada. I think that, to a large extent, we – Canadians – have done it in the past 20-30 years. Specially since the dawn of XXI century. The road is not finished , yet. But we are well on the way.

In the next , second part, I will write here more about the history of Black Canadians. Specially the one in Nova Scotia.

Katastrofy i konteksty

by Bogumił Pacak-Gamalski

sprowadzenia zwłok gen. W. Sikorskiego (Plymouth, 1943)

Dziwna sprawa z tymi wypadkami lotniczymi.  Specjalnie tymi katastrofalnymi. I na ogół tak do końca nigdy nie wyjaśnionymi w pełni. Polska miała w tym udział dość ważny i wyjątkowo brzemienny w skutkach udział.

Wiemy, że w 1943, już po odkryciu Katynia przez Niemców i pisemnej relacji polskiej Komisji PCK pod przewodnictwem zaufanego i godnego wiary Kazimierza Skarżyńskiego  (nota bene zięcia hrabiego Zamoyskiego, który był głównym kandydatem w pierwszych wyborach prezydenckich w Polsce i przegrał do Narutowicza ledwie kilkoma głosami), Sikorski i jego rząd stawali się co raz bardziej niewygodni dla Churchilla i Stanów. Pomoc kolosa militarnego stalinowskiej Rosji stawały się ważniejsze niż wierność dla najważniejszego do tej pory alianta. Sikorski wyjeżdża z Londynu na objazd jednostek polskich na Bliskim Wschodzie. Bazą wypadową jest brytyjski Gibraltar. Używa oddanego do jego dyspozycji amerykańskiego Lancastera B-24, maszyny dość dobrej i skutecznej. Samolot w 16 sekund po starcie woduje awaryjnie na morzu.  Ale wodowanie nie jest kontrolowane, raczej wymuszone i nagłe. W krótkim czasie maszyna tonie. Giną wszyscy (choć do dziś nie odnaleziono ciał ani Zofii Leśniewskiej – córki Premiera – ani jego cywilnego adiutanta Kołakowskiego). Przeżył jedynie pilot, Czech, Eduard Prchal. Jedyny z załogi i pasażerów, którym miał założoną kamizelkę ratunkową. Łącznie zginęło 16 osób – w tym naturalnie Premier RP Sikorski i doradca v-ce Króla Indii , brygadier John Whiteley.  To liczba najczęściej podawania i oficjalnie przyjęta.

Szybko po wypadku rozeszły się pogłoski, że był to zamach: a)polsko-brytyjski; b) akcja sowiecka – w tym samym czasie w Gibraltarze przebywał Majski, Komisarz Spraw Zagranicznych Moskwy i – co ciekawsze – wysoki oficer brytyjskiego kontrwywiadu Philby, który wiele lat po wojnie okazał się podwójnym szpiegiem moskiewskim. Odnosi się wrażenie, że nikomu tak naprawdę nie zależało na dogłębnym zbadaniu sprawy i przyczyn katastrofy samolotu i śmierci tych osób.  Po dziesiątkach lat nawet polskie specjalne śledztwa przeprowadzone w latach 1993 i 2008 nie były już w stanie precyzyjnie ustalić ani powodów ani rozwiać wszystkich kontrowersji. Poza jedną – głośno było kiedyś, że Sikorskiego i jego przybocznych zamordowano już w wilii Gubernatora Gibraltaru z udziałem zabójców polskich i brytyjskich, a ciała umieszczono w samolocie  i celowo spowodowano katastrofę. Sekcje zwłok dobrze zakonserwowanych szczątków Sikorskiego przeprowadzone w Polsce wykluczyły tą możliwość. Sikorski zginął/zatonął w samolocie.   Losy Polski, Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i znaczenie polskich władz państwowych w Londynie uległy po tym wypadku zdecydowanie pogorszeniu. Skala ustępstw wobec Stalina przechyliła się wyraźnie na stronę rosyjską. Czy stało się to efektem tragicznego, niezaplanowanego wypadku/katastrofy? Raczej nie. Nie byliśmy ani tak ważni, ani tak militarnie niezbędni – zwłaszcza od momentu załamania się ofensywy niemieckiej w Rosji. Po tym wypadku bez wątpienia było jednak wygodniej aliantom pomijać rząd polski w decyzjach najważniejszych. Niewygodny i szanowany aliant zniknął ze sceny politycznej świata. Polscy przeciwnicy polityczni Sikorskiego ( a było ich wiele, na obozie piłsudczykowskim poczynając ale wcale nie kończąc) mogli być z tego po cichu (i nie tylko) zadowoleni; Brytyjczycy odetchnęli z ulgą a Stalin mógł się szczerze uśmiechnąć i wypić toast wódki.

Czasami zastanawiałem się, jak by zachował się Sikorski, gdyby to nie Mikołajczyk a on był premierem i ciągle Naczelnym Wodzem w 1945 roku. Jaką decyzję by podjął? Niewątpliwie gdyby – podobnie jak Mikołajczyk – wrócił, jego status i pozycja tak w Kraju jak i Zagranicą by była o wiele silniejsza niż Mikołajczyka. Historii by nie zatrzymał i nie cofnął ale być może nasz system i samowładztwo PPR/PZPR by nie były tak silne. Gdybanie.

sprowadzenie ciał ofiar wypadku pod Smoleńskiem (Warszawa, 2010)

Ciągle przy Polsce pozostając. Jest 67 lat później. Samolotem TU154 MLux leci do Katynia (na małe lotnisko pod Smoleńskiem) olbrzymia delegacja Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z udziałem większości (poza stroną rządową, która oficjalną delegację przygotowała osobno i wpływu na decyzje Prezydenta i jego Kancelarii nie miała) wyższych dowódców wojskowych, senackich i ważnych gości. W jakimś niezrozumiałym pędzie do glorii i chwały na pokładzie samolotu jest zebrana duża grupa jednych z najważniejszych osób w państwie. Szaleństwo polityczne czy zwykła głupota wyższych urzędników? Też do dziś nikt na to prawdziwie i zgodnie z faktami nie odpowiedział. Można nawet pewną nic wysnuć łączącą Polski Rząd w Londynie z obecnymi władzami w Kraju – na pokładzie jest też Prezydent Kaczorowski z małżonką, ostatni Prezydent RP na Uchodźstwie. 20 kwietnia tego roku (2010), o godzinie 8.41 rano samolot rozbija się w tysiące kawałków i wszyscy pasażerowie z załogą giną na miejscu.

Powstaje, jak  po Gibraltarze, natychmiast szereg teorii spiskowych, obwiniających różne strony o ten tragiczny i w skali niewyobrażalny wypadek (w skali szoku dla struktur państwa). I olbrzymi konflikt miedzy stroną rządową a stroną opozycji PiS. Po miesiącach badań i latach następnych wyjawia się raczej dość zwięzły, sumienny opis wydarzeń, skutków i przyczyn. W atmosferze współoskarżeń, podejrzeń i awantur politycznych. Jest chyba (dla osób rozsądnych i logicznych) jednoznacznie dziś widoczne, że główna wina spada na stronę polską, załogę i przygotowanie lotu. Bez wątpliwości jest też fakt złego przygotowania lotniska, fatalnych warunków pogodowych i zbyt chyba mało zdecydowanej postawy rosyjskich dowódców lotniska, którzy winni kategorycznie odmówić przyjęcia samolotu, nie pozostawiając tej decyzji Polakom.

Oczywiście w Polsce bardzo szybko rośnie teoria spiskowa. Jakiś polski naukowiec ze Stanów wysuwa twierdzenia, że doszło do wybuchu na pokładzie samolotu, wybuchu, który nie był skutkiem awarii maszyny a ładunku wybuchowego umieszczonego w samolocie, bądź z pocisku/rakiety skierowanej w samolot. Jakkolwiek teoria ta (pomijając jej poważne luki dowodowe) wydaje się być absurdalna w samym założeniu (dla Rosji byłby to niewyobrażalny wręcz w skutkach międzynarodowych skandal, którego koszty by były nieporównywalnie wyższe od jakichkolwiek wątpliwych zysków politycznych). Jest to jeszcze bardziej nieprawdopodobne niż teoria jakiegoś groteskowego mordu Sikorskiego na przyjęciu w Pałacu Gubernatorskim w Gibraltarze. Ale … fakty w Polsce i w polskiej debacie politycznej są tylko niewygodnym niuansem, przeszkadzają a nie pomagają. Do dziś, mimo upłynięcia blisko 10 lat od tego tragicznego wydarzenia – nie ma pełnego i kompletnego zakończenia tej sprawy, nie ma oficjalnego, końcowego i podpisanego wspólnie przez rosyjską i polską stronę Protokołu zamykającego dochodzenia.  A były komisje międzynarodowe, były komisje polskie i podkomisje pana Macierewicza. Zbadano wszystkie prawie możliwe wersje, szczątki, niuanse, badania teoretyczne, naukowe, medyczne, techniczne. Nauka i wiedza w sprawie takich badań jest nieporównywalna do czasów z roku 1943.

Ten wypadek pod Smoleńskiem miał dla Polski znaczenie wielokroć większe niż przypuszczalne, ale teoretyczne jedynie, dywagacje na temat skutków katastrofy Sikorskiego. Pięć lat trwająca nieustanna praca nad rozbudowywaniem teorii spiskowych/zamachowych TU 154 MLux przyniosła nieoczekiwane efekty wiosną i latem 2015 roku i zaowocowała wielkim zwycięstwem partii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który zginął pod Smoleńskiem. Stworzono de facto quasi religijny kult wokół tej sprawy, tzw. religię smoleńską, która wykorzystała elementy katolickie do wprzęgnięcia je w propagandę czysto polityczną. Więcej – ideologiczną.  Głównym (choć nie jedynym) sprawcą i zwycięzcą upolitycznienia tej katastrofy był i jest sam bliźniaczy brat Lecha Kaczyńskiego, Jarosław. Można wręcz zaryzykować twierdzenie, na wskroś makabryczne, że Jarosław Kaczyński przez tragiczną śmierć swego brata otrzymał największy prezent polityczny swej kariery publicznej.  I wykorzystał go wręcz bezbłędnie. 

Nie wiadomo kiedy i czy w ogóle doczekamy się całkowitego i ogólnie przyjętego zamknięcia sprawy katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem. I – w tych rozważaniach – nie ma to już większego znaczenia praktycznego. Cele polityczne osiągnięto.  Politycznie ale też społecznie, socjologicznie.  Polska anno domino 2020 jest innym krajem niż Polska anno domino 2010, roku katastrofy smoleńskiej.

Dziesięć lat temu w tym wypadku zginęło 96 osób. Bez względu na ważność tych osób w państwie jest zdumiewające, jaki kolosalny wpływ na losy państwa 40 milionowego blisko, miała śmierć mniej niż stu osób.

zestrzelony nad Ormuzem w 1988 samolot irański

Cofnijmy się znowu nieco w czasie w okolice Bliskiego Wschodu. Nie nad Gibraltar, a do cieśniny Ormuskiej. Nie polski samolot a irański. Jest rok 1988, 30 lipca. Między Iranem a USA (podobnie, jak teraz) trwa niewypowiedziana i nieoficjalna wojna podjazdowa. Z lotniska Baandar-e-Abbas startuje pasażerski samolot Airbus300 z 290 ludźmi na pokładzie. Celem lotu jest Dubaj, po drugiej stronie cieśniny. W tym samym czasie w cieśninie, na irackich wodach terytorialnych znajduje się amerykański krążownik USS Vincennes. Okręt wyposażony jest naturalnie w wyrzutnie rakietowe i nowoczesny system wykrywania i naprowadzania  AEGIS.

Samolot pasażerski Iran Air startuje z 20 minutowym opóźnieniem, o godzinie 10.17. Siedem minut później z okrętu USS Vincennes odpalono w jego kierunku dwie rakiety. Rozbity na dwie części samolot spada do morza, załoga i pasażerowie giną na miejscu.

Strona amerykańska przez długi czas nie chciała się przyznać do winy określając katastrofę, jako zbieg nieszczęśliwych wypadków, okoliczności i braku doświadczenia obsługujących system AEGIS oficerów i żołnierzy. Odmawiali przyjęcia pełnej odpowiedzialności za tą tragedię samolotu Iran Air.  Zgodnie ze stanowiskiem amerykańskim, dowodzący systemem naprowadzanie pomylili duży samolot pasażerski Airbus300 z myśliwcami bombowymi F14, jakie posiadali Irańczycy. Dopiero osiem lat później Amerykanie wypłacili odszkodowania dla rodzin ofiar tej katastrofy w wysokości ponad 62 milionów dolarów. Odszkodowania za samolot Iranowi nie wypłacono. Do dziś USA oficjalnie nie przyjęło odpowiedzialności i winy za tą katastrofę.

Pozostańmy w tym terenie. I przy Iraku i USA.  Tym razem jest też trzeci główny podmiot: Ukraina.

Sytuacja polityczno-militarna między USA a Iranem jest podobna , jak w 2008. Zamachy, ataki polityczne, kampania międzynarodowa przeciw sobie. Budowanie koalicji, oskarżania się wzajem o najgorsze z przestępstw i najniecniejsze cele dalekosiężne w tej niewypowiedzianej wojnie podjazdowej.

zbieranie szczątków ludzkich po zestrzeleniu samolotu ukraińskiego (Teheran, 2020; agencja FARS)

Cały ten krąg geograficzny oparty jest na trójkącie trzech dużych państw: Syrii, Iraku i Iranu. Ścierają się tam też od stuleci dwa najważniejsze odłamy islamu (sunnici i szyici), a od XX wieku imperializm ekonomiczny Europy i USA wpatrzony w dostęp do ‘złotego runa’ XX wieku: ropy naftowej. Dodatkowym i bardzo aktywnym elementem jest amerykańsko-izraelski sojusz militarno-ekonomiczny wspierający terytorialną zaborczość Izraela. To tygiel niemożliwy do ciągłego kontrolowania i zabezpieczania.

Ten zarys dodałem po to tylko, by zrozumieć skomplikowane powiazania każdej akcji politycznej, ekonomicznej i militarnej każdego kraju tego trójkąta.

8 maja 2018 roku Prezydent Trump oficjalnie kończy udział Ameryki w międzynarodowym Porozumieniu Nuklearnym z Iranem. Porozumienie działało bardzo dobrze i zgodnie z międzynarodowymi obserwatorami Iran dotrzymywał umowy. Zaczyna się okres gwałtownych i wyniszczających amerykańskich sankcji ekonomicznych na Iran. Rośnie atmosfera wrogości, napięcie polityczne i militarne. Na wody cieśniny Ormuskiej wpływają jednostki marynarki wojennej USA. Dochodzi do akcji, bez wątpienia wspieranej lub bezpośrednio prowadzonej przez Iran, ataku na tankowce i kilkakrotnego zamknięcia cieśniny dla swobodnego ruchu statków handlowych. Świat stoi znowu na granicy poważnego konfliktu u wrót do Bliskiego Wschodu. Zakończyła się właśnie wieloletnia, straszna wojna z Daesem/ISIS, który przez długi czas opanował całe połacie Iraku i Syrii. Pokonanie ISIS było możliwe w dużym stopniu dzięki militarnemu wsparciu sił Iraku i paramilitarnych grup irackich szyitów przez Iran i dowodzone było głównie przez generała Sulejmaniego. Sulejmani jest też, ze strategicznego punktu widzenia i organizacji polityczno-militarnej, jednym z czołowych sojuszników prezydenta Assada w Syrii – wspieranego też bardzo wydatnie przez Rosję. To nie wysiłek militarny USA w Syrii – a decyzje Putina i Sulejmaniego umożliwiają praktyczne zakończenie wojny domowej w Syrii i umocnienie pozycja Assada.

Wszystko to jest sprzeczne z interesami Izraela i zwiększa ich presje wobec USA na ostrzejsze militarne wsparcie przeciw Iranowi, a personalnie – przeciw Sulejmaniemu. Sulejmani widziany jest w Tel Avivie, jako główny organizator i strateg nie tylko wywiadu  samego Iranu ale przede wszystkim Hezbollah – największego zagrożenia dla polityki ekspansji terytorialnej Izraela. Cała ta sytuacja destabilizuje jeszcze bardziej zrujnowany Irak, który znowu staje się teatrem rozgrywek politycznych i militarnych świata arabskiego i interesów Ameryki i Europy, w tym głównie Wielkiej Brytanii, która z historycznych przyczyn kolonialnych kształtem i charakterem Bliskiego Wschodu i Mezopotamii jest najbardziej zainteresowana. Ostatecznie to Wielka Brytania ukształtowała granice i państwa arabskie i Doliny Eufratu i Tygrysu po upadku Imperium Otomańskiego. A tendencje otomańskiego panowania też na nowo ożyły w głowie obecnego prezydenta Turcji, co stwarza kolejne zagrożenie i konflikty . Uff. W głowie się kręci – a to dopiero lekki tylko i niepełny zarys sytuacji, przyczyn i skutków w tym rejonie.

27 grudnia 2019 paramilitarna grupa iracka (szyicka i współpracująca z Sulejmanim) ostrzelała bazę iracką z amerykańskimi żołnierzami. Zginęła jedna osoba (amerykański kontraktor w tej bazie) a kilka osób zostało rannych. Dwa dni później Amerykanie zbombardowali bazę Szyitów w Iraku zabijając 25 Irakijczyków i raniąc 55. Powoduje to silny wzrost nastrojów anty-amerykańskich w Iraku.  Kolejne dwa dni to masowe demonstracje pod silnie ufortyfikowaną ambasadą USA w Bagdadzie, próby jej podpalenia i zdobycia. Cały personel dyplomatyczny ambasady jest ewakuowany do Kuwejtu. USA staje w obliczu pamięci dnia wstydu, kiedy parędziesiąt lat wcześniej, w 1979, Irańczycy zdobyli szturmem ambasadę amerykańską w Teheranie i uwiezienie 55 dyplomatów USA przez blisko 1.5 roku.

Parlament i rząd Iraku co raz głośniej mówią o konieczności wyproszenia z Iraku wojsk amerykańskich, które uczyniły z ich kraju poligon niekończących się starć USA z Iranem.

3 stycznia amerykański dron bombarduje  i niszczy pod lotniskiem w Bagdadzie samochód z generałem Sulejmanim. Irański dowódca ginie razem z irackim przywódcą szyickim. Świat staje wobec perspektywy niechcianej i bardzo niebezpiecznej otwartej wojny amerykańsko-irańskiej.

Jeszcze jedno tło polityczno-historyczne tych wydarzeń o którym nie wolno zapominać, to sytuacja domowa prezydenta Trumpa i ajatollaha Chamenei. Prezydent Trump  od ponad miesiąca uwikłany jest w największe zagrożenie jego prezydentury, które teoretycznie może (jako pierwszego w historii USA) pozbawić go prezydentury. Kongres USA (Izba Reprezentantów) oficjalnie oskarżył go o popełnienie dwóch przestępstw, które będą  powodem procesu senackiego o pozbawienie go funkcji.   Ajatollah Chamenei , Przywódca Iranu, stoi wobec rosnącego oburzenia i protestu Irańczyków zagrażającego jego pozycji w Iranie.

Obaj przywódcy mogą więc skorzystać z atmosfery wojennej i jednoczenia swoich narodów pod banderą wojennego zagrożenia. Nic politykom tak nie pomaga, jak atmosfera wojny i patriotycznego uniesienia …

A teraz stan obecny, powrót do tematu zasadniczego tego artykułu: zestrzelenie ukraińskiego samolotu pod Teheranem.

Samolot Boeing 737-800 ukraińskich linii UTA startuje z Teheranu 8 stycznia rano. Po godzinnym opóźnieniu wznosi się w powietrze o 6.15. Na pokładzie, łącznie z załogą jest 176 osób, głównie Irańczyków i Kanadyjczyków. Dwie minuty później spada na ziemię w niekontrolowanym upadku i rozbija się w wiele fragmentów.  Jest jasne, że nikt tego nie mógł przeżyć.

To jest niecałe 5 dni po zamachu na Sulejmaniego i trwających od paru dni gróźb irańskich i amerykańskich o odwetach i zemstach niechybnych.  Czy tym razem to początek wojny otwartej? Czy samolot z jakichś nieznanych przyczyn rozbija się skutkiem awarii maszyny czy też skutkiem zestrzelenia przez Irańczyków lub Amerykanów?

Ze względów polityczno-propagandowych celowe zestrzelenie samolotu przez USA lub Iran byłoby zbrodnią całkowicie absurdalną.  Ale … no właśnie. Jest wojna nie tylko słów, jest wojna czynów. Nie szkodzi, że nie wypowiedziana. Giną ludzie po obu stronach. Wszyscy są napięci, w stanie ustawicznego pogotowia, zdenerwowania. Wiedzą, że sekunda w reakcji może znaczyć różnice między życiem a śmiercią.  Parę godzin wcześniej z tego samego lotniska wystartowały różne samoloty i nikt ich nie ostrzelał. Tylko, że samolot ukraiński startuje z godzinnym opóźnieniem. Czy wszyscy o tym wiedzieli? Czy wiedzieli o tym dowódcy baterii przeciwlotniczych w bazie irańskiej? Może kiedyś się dowiemy. Tylko w czym ta wiedza szczegółowa pomoże?

Iran początkowa absolutnie zaprzecza możliwości zestrzelenia samolotu ukraińskiego przez irańskie rakiety. Dopiero, kiedy premier Kanady, Justin Trudeau, jako pierwszy z polityków, oficjalnie oświadcza publicznie, że ma poważne dowody na możliwość irańskiego ataku rakietowego na samolot i że już odbył odpowiednie rozmowy z szefami innych rządów na ten temat – Iran po krótkim czasie przyznaje się do tego. Bez względu pomocny mu był fragment oświadczenia Trudeau, w którym sugerował, że bardzo możliwe iż nastąpiło to skutkiem tragicznej pomyłki.

Dla mnie zastanawiające jest dlaczego nie ma międzynarodowego protokołu wymagającego niemal natychmiastowego i automatycznego kontaktu między samolotami pasażerskimi a każdą jednostką militarnej obrony powietrznej (z lądu, morza czy powietrza) zanim ktoś naciśnie przycisk „fire”? A nie ma. Mimo, że takich wypadków była już masa.  I dlaczego w sytuacji tak wysokiego napięcia i gotowości bojowej najwyższego rzędu w wojskach obrony powietrznej natychmiast nie jest zamknięta przestrzeń powietrzna dla lotnictwa cywilnego w danym kraju? To powinno też być regulowane międzynarodową konwencją. A nie jest.

Odpowiedzialność prawna i kryminalna? Na pewno będzie. Iran już aresztował ileś osób mundurowych. Bez wątpienia w jakiś sposób (pomyłka, nieporozumienie, źle zrozumiany rozkaz lub pytanie, itd.) odpowiedzialnych. A wszak odpowiedzialne są dwie osoby tylko: prezydent USA Donald Trump i prezydent Islamskiej Republiki Iranu, ajatollah Chamenei.  Może i oni staną przed sądem. Trump de facto symbolicznie już bardzo prędko, przed sądem Senatu USA. Ale nie będą to oskarżenia o spowodowanie tego wypadku.

Jest wszak możliwe, że ten wypadek lotniczy – podobnie, jak wypadek polskiego samolotu wojskowego z prezydentem Lechem Kaczyńskim – wpłynie bardzo poważnie na losy obu przywódców tych państw: USA i Iranu.  Politycznie, nie kryminalnie. Jeśli tak się stanie, to – w odróżnieniu od Polski – ten wypadek i ofiara tych ludzi, którzy w nim zginęli nie pójdzie na marne. Dla dobra milionów ludzi. Zwłaszcza na Bliskim Wschodzie. Choć na pewno też w USA.

Miałem jeszcze wspomnieć  o trzech innych katastrofach, które maja pewne wspólne cechy z tymi już wymienionymi. Ale już to pominę. To nie książka historyczna ani dochodzenie reporterskie.

Chodziło raczej o spojrzenie z innej, nie mechaniczno-inżynieryjnej, strony na badania przyczyn i skutków dziwnych katastrof lotniczych. Katastrof, które były całkowicie do uniknięcia i nie były spowodowane jakąś nagłą awarią całego systemu na pokładzie. Komisje lotnicze tych przyczyn innych nie są w stanie badać ani nie są do tego przygotowane profesjonalnie, merytorycznie. To pytania polityczne i etyczne.

Żołnierze irańscy (oficerowie), którzy bezpośrednio i fizycznie nacisnęli ten przycisk „fire” są bez wątpienia odpowiedzialni za niezamierzona katastrofę i śmierć załogi i pasażerów samolotu ukraińskiego. Czy są głównymi winowajcami? Wątpię by jakakolwiek Komisja badania tego wypadku potrafiła na to odpowiedzieć. Wiemy, że fizyczną przyczyną katastrofy polskiego samolotu pod Katyniem były błędy nawigacyjne i operacyjne załogi wojskowej, pilotów. Czy byli zamachowcami, których celem było zabicie pasażerów samolotu? Oczywiście, że nie. Ale ktoś wcześniej już stworzył atmosferę, że ten samolot musi lecieć i MUSI dolecieć, bez względu na trudności. Może nawet ktoś na pokładzie. Słuchając godzinami, słowo po słowie, nagrania z taśmy z „Czarnej skrzynki” z tego TU154 MLux, i te słowa i zdania po polsku i te po rosyjsku – ogarnęła mnie wówczas przerażająca świadomość, że ci piloci i ci nieświadomi pasażerowie nie mieli jakiejkolwiek szansy. Chyba, że jakimś cudem samolot by się bezpiecznie wzniósł jeszcze z niemożliwej wysokości poniżej pasa lądowania, że nie rosłaby tam jakaś brzoza ani inne drzewo, że … Cuda się jednak w lotnictwie nie zdarzają a fizyka ma swoje prawa.

Powinna je mieć też polityka i polityczna odpowiedzialność.  Tylko ten sąd może się odbyć tylko w mózgach i sercach obywateli danego kraju. Tutaj sędziowie praw kryminalnych, administracyjnych, konstytucyjnych nie pomogą. Nie pomogą opinie rzeczoznawców od aerodynamiki, od siły stali, stopów, naprężenie powietrza, ciśnienia wewnątrz i zewnątrz, zaworów, otworów.  Jak politycy nawalą ekonomicznie i ludzi bardzo uderzy to po kieszeni – to wybierają innych. Jak zginie parędziesiąt lub paręset ludzi skutkiem aroganckiej gry politycznej ale potem rozegrają to umiejętnie na instrumentach emocji wyborców – często zostają nagrodzeni.  A przecież zginęli ludzie.  Czasem prezydenci, czasem murarze, lekarze, nauczyciele, uczniowie szkól, staruszkowie, młodzi.  Ile to kosztuje? Jak obliczyć cenę za życie? Lub za etykę i moralność?