Smutne zaułki

Bogumił Pacak-Gamalski

Część III

Temat nie prosty. Nie bardzo nawet wiem od której ‘strony’ do niego podejść. Początkowo miało być o złożonej i niełatwej stronie historii polskiego antysemityzmu, a bardziej jeszcze ściśle, o zaminowanym polu Holocaustu Żydów polskich na terenach polskich w czasie 2 wojny.

Jest też temat poboczny niejako ale uwagi wymagający – temat Wikipedii, jej wiarygodności lub nie, gdyż w tym wypadku Wikipedia ma z tym tematem zasadnicze znaczenie, co dalej wyraźnie wytłumaczę. I od tego zacznę (bo łatwiej i prościej), Z pozoru błahy, w istocie bardzo ważny.

Kto i kiedy ostatnio zaglądał do encyklopedii? Nie przez Googla ale do encyklopedii drukowanej przez jakieś znane i cenione (jakiekolwiek) wydawnictwo naukowe? Cisza? Ano tak – z tych drukowanych nic się w zasadzie nie ustało. Próbowały tu i ówdzie niektóre szacowne instytucje. I wszystkie prawie bez wyjątku poległy ‘na polu chwały’ próbując. Jedyną (z tych znanych i szanowanych na świecie) była Encyklopedia Britanica, która walkę podjęła. Nie, nie walną bitwę, bo przy ostatniej próbie edycji w druku też przegrała. Ale bitwa przegrana nie oznaczała klęski totalnej – Britanica potrafiła przekształcić się w wydanie elektroniczne (online), systematycznie aktualizowane. Upadek popularnych wydawnictw encyklopedycznych nie jest świadectwem zaniku rynku czytelniczego (w każdym razie nie wyłącznie) ile prędkością nowych odkryć, badań i stanu wiedzy, którym charakteryzuje się współczesny świat. Ta prędkość przekracza możliwość aktualizacji tradycyjnych, drukowanych wydań.

W takim nowym świecie zaistniała Wikipedia – bardzo zacny projekt łatwo dostępnej i czytelnej wiedzy na wszelkie możliwe tematy. Ale Wikipedia nie opiera się na tradycyjnym systemie opłacanych autorów, recenzentów i edytorów ze świata akademickiego (co nie oznacza, że naukowcy nie mogą i nie edytują Wikipedii indywidualnie, prywatnie). To Projekt wydawnictwa socjalnego, społecznego, gdzie każdy teoretycznie może nowe artykuły-tematy napisać i opublikować, a inni mogą te artykuły rozbudowywać, poszerzać. Naturalnie pewne zasady są twardymi prawami, których łamać nie wolno: temat (osoba, zagadnienie, wydarzenie, itd.) muszą być same w sobie ‘encyklopedyczne’, tzn. muszą już istnieć w świadomości i przestrzeni świata realnego. Osoba musi istnieć w jakiś opisach, zaznaczeniach istotnych medialnych, naukowych, bibliotecznych. Podobnie z wydarzeniami, produkcjami artystycznymi lub naukowymi. Słowem muszą mieć minimalną obecność publiczną. By stworzyć artykuł pt. ‘Jan Kowalski’ autor musi wykazać, że Jan Kowalski jest osobą, która istnieje w publicznym realu przez zauważoną publicznie lub naukowo działalność. By artykuł mógł być zatwierdzony do publicznej publikacji w Wikipedii musi być stworzony przez autora, który już ma uprawnienia edytorskie lub redaktorskie w Wikipedii (czyli osoby, która wykazała się umiejętnością publikacji takich tematów, szeregiem edycji innych artykułów i znajomością zasad). Nie jest to proces ani taki łatwy ani prosty. I generalnie rzecz ujmując Wikipedia jest w miarę dobrym i w miarę rzetelnym źródłem popularnej wiedzy. Nie jest natomiast źródłem wiedzy opartym na rygorystycznych badaniach akademickich. Fakt, że istnieje olbrzymia ilość językowych/narodowych Wikipedii sprawę komplikuje jeszcze bardziej. Oryginalna Wikipedia jest projektem opartym na języku angielskim. Nie oznacza to bynajmniej, że projekty innych języków są po prostu tłumaczeniami z angielskiej Wikipedii. Nie, każda Wikipedia posiada własną  niezależność edytorską. Co jest też plusem ale i minusem tego projektu. Temat encyklopedyczny w Polsce może nie mieć znamiona encyklopedycznego w świecie anglosaskim lub ogólnie międzynarodowym. Stąd te językowe wersje/projekty wikipedialne często różnią się bardzo i są w dużym stopniu ‘napiętnowane’ specyfiką narodową. W polskiej wersji jest nadmiar lub nadana jest waga najsilniejsza np. tematom związanym z wiarą i Kościołem katolickim; generalnie charakter pewnych artykułów socjalno-filozoficzno-światopoglądowych będzie bardziej nacjonalistyczny, z wyraźnym naciskiem na prawicowo-narodowościowe widzenie świata. Łatwiej jest napisać i opublikować temat  ‘Złoto’ lub ‘Planeta’ bądź ‘Dąb’ niż temat z dziedziny historii (zwłaszcza polskiej), biografie znanej i ważnej osobistości, tematy z dziedziny LGBTQ+. Wojny i spory edytorów, redaktorów i tzw. Administratorów (stosunkowo najwyższa i prawie ostateczna władza w Wikipedii) są w tych tematach ustawiczne, czego dowodem są czasem dziesiątki stron historii edycji, zmian, usuwania zmian, przywracania tych zmian, kolejnych zmian lub wręcz blokad redaktorów lub ostatecznie uniemożliwienie wprowadzenia jakichkolwiek zmian. Lub po prostu usuwania danych artykułów-tematów z przestrzeni publicznej. Najostrzejsze walki edytorskie są naturalnie wobec tematów światopoglądowych, z nauk socjalnych – bywa, że edycji i zmian (usuwanych i przywracanych) jest tysiące i historia edycji to książka sama w sobie o objętości wielokrotnie większej niż sam artykuł encyklopedyczny. Świadczyć to może o rygorystycznych zasadach i znaczeniu obiektywizmu, ale też świadczyć może o zjawisku przeciwnym: uleganiu popularnym tendencjom, spojrzeniu subiektywnym (upolitycznienie tematu, światopogląd edytora, itd.). Oczywiście normalny czytelnik ani tych wojen ani zmienianych wersji nie widzi – widzi jedynie zatwierdzoną na stan obecny oficjalną wersję. Co nie zonaczą, że jutro moga tam nastąpic kolejne zmiany. Czyli ‘gwarancja’ podanych informacji jest tylko na ten moment, gdy artykuł czytamy. Każdy ma też dostęp do hgistorii edycji i zmian i obejrzenie form poprzednich – tyle, że komu się chce godziny na to poświęcać? I słusznie – chyba, że własnie to nas interesuje bardziej niż sam artykuł. W olbrzymiej wiekszości wypadków zmiany i kolejne edycje są w istocie drobne merytorycznie, techniczne i zasadniczego tekstu i podanych informacji nie zmieniają.

Generalnie jest to praca bardzo czasochłonna, gratisowa, często niewdzięczna, anonimowa i mój ukłon w stronę osób, które się tym zajmują. Sam mam pewien stopień uprawnień na Wikipedii ale od lat już nie jestem w niej aktywny (bardzo sporadycznie poprawiam jedynie znalezione przypadkiem ewidentne błędy w artykułach) z powodów i czasowych i braku cierpliwości wobec brania udziału w beznadziejnie długich i często bardzo nie merytorycznych wojenkach .  Ostatecznie ileż razy można być pytanym o udowodnienie, że Ziemia nie jest płaska?

Przy tych wszystkich niedoskonałościach Wikipedii nie zmieniłem zdania, że jest to Projekt bardzo pożyteczny. . Wydaje mi się, że ów szalenie niedoskonały, a przez to szalenie demokratyczny sposób powstawania haseł, jest w dużym stopniu obrazem rzeczywistego poziomu wiedzy ogólnospołecznej. Jest tak niedoskonała, jak sama demokracja.  A te ‘barwy’ narodowo-językowych edycji w pewien sposób są jej charakterystycznym kolorem: skoro Polacy (mimo wszystko) nie są społecznością empatyczną wobec np. tematów LGBTQ+, to taki a nie inny (ubogi dość i daleki od doskonałości) stan rzeczy jest może dobrym zwierciadłem i stanu wiedzy i społecznej akceptacji tego tematu w Polsce.

Podobne opinie można wydać o innych projektach językowo-narodowościowych. Ja opierałem się tu głównie na polskiej i anglojęzycznej, bo te Projekty znam najlepiej i przy nich pracowałem lata temu.

A teraz  wyciągnijmy ‘szydło z worka’ genezy tego artykułu. O co mi chodzi? Bynajmniej nie o Wikipedię. Ona po prostu w temat jest uwikłana.

Więc … ad rem – na swoim personalnym profilu na Facebooku mam ok. 600 znajomych. Naturalnie pewna część z nich nie była ani moimi przyjaciółmi ani nawet znajomymi przed Facebookiem – po prostu ludzie, którzy mnie zaciekawili lub których ja zaciekawiłem. Z tych dwóch kategorii dwie osoby tu wymienię i przepraszam ale bez tego nie byłoby tego artykułu. A post, o jakim tu pisać będę był opublikowany publicznie tzn. jest widzialny i czytelny dla wszystkich, nie tylko znajomych. Nosi więc znamiona artykułu publicznego, funkcjonującego w przestrzeni publicznej na tej samej zasadzie, jak jakikolwiek artykuł opublikowany w jakiejkolwiek gazecie, wydawnictwie prasowym – de facto jest esejem historycznym opublikowanym w znanym wydawnictwie naukowym.   Chodzi mi o Ryszarda Tylmana,  poety i grafika z Vancouveru oraz prof. Jana Grabowskiego, historyka Uniwersytetu Ottawy.  Autorem tekstu, który mnie do tego artykułu skłonił jest prof. Jan Grabowski. Obaj panowie są moimi znajomymi na Facebooku.

Ryszarda znam sprzed wielu lat dobrze z Vancouveru, gdzie miałem z nim liczne kontakty tak profesjonalne (redaktorsko-edytorskie), gdy publikowałem jego twórczość poetycką na łamach rocznika, którego byłem naczelnym, jak i towarzyskie. Gdzieś przy końcu chyba pierwszej dekady XXI wieku kontakt nasz się urwał ze zwykłej przyczyny, że wycofał się z wszelkiej aktywności w środowisku polskim (choć miałem z nim jeszcze bardzo sporadyczne spotkania). W tym samym czasie byłem w bliskiej przyjaźni z jego byłą żoną, filologiem polskim, kobietą o niezwykłej wiedzy i inteligencji, z którą wiedliśmy bardzo długie dyskusje na tematy literackie i sztuki ogólnie. Muszę nadmienić, że w czasach gdy te kontakty mieliśmy oni nie byli już małżeństwem. Ale siłą rzeczy czasem mówiła ze mną też o Ryszardzie. Oboje pochodzili z Krakowa i tam ukończyli UJ. Pochodzili z rodzin zacnych i inteligentnych. Nie przypominam sobie bym kiedykolwiek na tematy żydowskie bezpośrednio z Ryszardem jakieś dyskusje prowadził. Z Anną Tylman – tak. Mieliśmy na ten temat zbliżone opinie i boleliśmy nad tragedią Holokaustu, zwłaszcza Holokaustu Żydów polskich, którzy byli tak nieodłączną częścią naszej wspólnej ojczyzny, że ich brak nawet dla nas, urodzonych już po wojnie, był ciągle boleśnie odczuwalny. Nie znosiliśmy tradycyjnego, niskiego i wulgarnego często antysemityzmu polskiego, z którym i na emigracji się spotykaliśmy. Ale też nie przypominam sobie, by Anna kiedykolwiek mówiła coś o jakimkolwiek antysemityzmie ze strony Ryszarda. Ja sam widziałem go jako człowieka światłego, nowoczesnego, socjalnie zaangażowanego i zakładałem, że miał na te tematy podobne poglądy i stanowisko. Tak do tej pory uważam i nie mam podstaw do zmiany mojej oceny.

Profesora Grabowskiego cenię bardzo jako wyjątkowego znawcę historii (zwłaszcza współczesnej) Żydów polskich. To historyk o znacznym dorobku naukowym a jego badania tego tematu bez wątpienia mają też często charakter pasji i zaangażowania emocjonalnego. Co łatwo zrozumieć, gdyż Jan Grabowski jest właśnie jednym z tych polskich Żydów. Tych, których rodzice i dziadkowie przeszli gehennę tamtego okresu. On sam przeszedł, jako młody chłopak, niechlubnie pamiętny rok 1967. Rok nagonki na jakże nieliczne już środowisko polskich Żydów i ich zmuszenie do opuszczenia Polski – ich ojczyzny od pokoleń. Nie mam i nie miałem z profesorem Grabowskim prywatnych kontaktów towarzyskich. Znam go z jego pracy, publikacji, sesji online.

Co się więc stało? Co ma Grabowski do Tylmana a Tylman do Wikipedii? Otóż inny mój znajomy z Facebooka (cóż my byśmy bez tego potwora fejsbukowego robili?!), socjalnie zaangażowany Kanadyjczyk polskiego pochodzenia w ostatnich dniach lutego wysłał mi z Vancouveru wiadomość: ‘Bogumil, it seems that Grabowski and Tylman are in conflict. It’s a shame that Polonia has such situations. … so much intrigue…’.  Nie zrozumiałem początkowo, pomyliłem nazwisko Gradowski z Grabowski, sądząc, że chodzi o syna prof. Anny Gradowskiej, historyka sztuki z którą wspólnie pracowałem i która miała syna w Vancouverze. Ale wyjaśnił, o co chodzi. Przesłał mi link do artykułu prof. Grabowskiego na ten temat. I przeczytałem. Potem przez wiele dni zastanawiałem się czy powinienem w ogóle w jakikolwiek sposób zareagować. Wydało mi się, że temat jest jednak nader ważny. Warty refleksji. I rozmowy. Sam w sobie, bez zaangażowania emocjonalnego wobec ani Tylmana ani Grabowskiego. Temat bardzo ważny i bardziej chyba jeszcze trudny. Temat polskiego antysemityzmu. Być może jednak też gdzieś, w jakimś podtekście, antypolonizmu? Bo jeżeli Tylman (załóżmy) podświadomie, z racji pochodzenia i miejsca urodzenia zakażony jest trucizną polskiego tradycyjnego antysemityzmu, czy może być, że Grabowski z podobnych przyczyn może być nieświadomie zarażony formą antypolonizmu? Jeżeli Byronowski Giaur powiada, że ‘walka o wolność, gdy raz się zaczyna, ze śmiercią ojca spada na syna’ nie jest li możliwym, że zbrodnia ojca też spada na syna?

Były w Polsce 1918-1939 (a naturalnym i legalnym przedłużeniem historii 1918-1945/47, bo ostatecznie granice Polski uległy formalnym zmianom dopiero po wojnie, choć legalne władze polskie nie miały praktycznego wpływu na to w czasach okupacji rosyjskiej i niemieckiej) jakby dwa światy obywateli: ci, którzy się za Polaków uznawali i to było ich pierwsze samookreślenie i ci, którzy będąc obywatelami Polski widzieli siebie – i tak byli widzeni przez innych – wedle pochodzenia i narodowości innej niż polska. Często taką cezurę wyznaczało wyznanie religijne (chrześcijaństwo ortodoksyjne na wschodnich terenach, luteranizm na pólnocno-zachodnich, a najbardziej skomplikowaną była kwestia Żydów, z których dodatkowo nie wszyscy byli żydami, tj. wyznania juadaistycznego), co było testamentem starej, wielowyznaniowej i wielonarodowej Rzeczypospolitej, a w pewnym wymiarze też spadkiem po 123 latach zaborów, a więc trzech odmiennych nacji imperialnych i trzech odmiennych wyznań tzw. religii panujących: Moskwa i ryt bizantyjski, Wiedeń ryt rzymski i Berlin ryt protestancki.

Od czasu, gdy zacząłem pisać ten tekst, wiele dni temu, napotykałem wiecznie jakieś wewnętrzne hamulce i pytania etyczne: co dalej? jak do tego podejdziesz pisząc nie tylko o trudnym temacie, ale (w mojej intencji) wszak opartym na dwóch konkretnych osobach wobec których masz pewne zaufanie, szacunek?  I zmuszało mnie to do stale głębszego szperania po tekstach innych, po pracach historycznych, zagłębiania się w atmosferę bardzo bolesną tematyki. Zmusiło mnie to, do zaglądania do owych długich strasznie stron historii edycji na angielskiej Wikipedii idąc ścieżkami badań Grabowskiego i Shiry Klein z Wydz. Historii Uniwersytetu Chapman w Kalifornii. Nie jestem historykiem ani akademikiem więc nie sprawdzałem rzetelności ich badań (o jakiej nie wątpię), ale bym mógł własne opinie i refleksje z tych badań wyciagnąć. Wielu powiada, że historia (spisana) opiera się na faktach. Naturalnie jest to i prawda i błąd. Fakty opieraja sie na dowodach archiwalnych. Ale ich osąd już nie. Gdyby było inaczej ileż mniej badań historycznych doczekałoby książkowej formy druku. Dotyczy to zwłaszcza historii współczesnej w stosunku do badacza – powiedzmy w zakresie 100-200 lat. Badania współczesnej historii bliższe są metodom fenomenologii niż zasad kartezjańskich. Z czym – jestem przekonany – wiekszość historyków-akademików się nie zgodzi, a co nie zmienia mojej opinii.

Historycy wychodząc z założenia, że Wikipedia ma duże znaczenie i wpływ na popularne pojęcia antysemityzmu lub ukrywania tegoż antysemityzmu chcieli prześledzić tematy z tym związane na Wikipedii. A ścisłej jeszcze – przejrzeć te artykuły, które mogą mieć związek z polskim antysemityzmem i losem Żydów polskich w okresie tuż przed, w trakcie i po II wojnie światowej. Wynika to ze specjalizacji badań prof. Grabowskiego, który tym się głównie od wielu lat zajmuje. Specyfiką tych badań jest (tak wiele z nich ja rozumiem i oceniam) demistyfikacja roli etnicznych Polaków w próbach ratowania Żydów polskich od zagłady i budowanie bazy naukowej wydarzeń i sytuacji wręcz przeciwnych: szmalcownictwo, donosy do władz niemieckich, grabież dobytku żydowskiego, aż po wypadki mordu, gwałtu i pogromów. Drugim (związanym z tym bezpośrednio) są artykuły na Wikipedii (mówimy w tym wypadku głównie o Projekcie anglojęzycznym) opisujące przykłady antypolskich wystąpień żydowskich w tym samym okresie, głównie na ziemiach wschodnich ówczesnej Rzeczypospolitej. W tym wypadku autorzy dezawuują opis takich wydarzeń, wskazują na brak merytorycznych przypisów, lub podważają (domniemaną przez czytelnika Wikipedii zapewne) wiarygodność  żydowskiego przywództwa lub żydowskiego wpływu na te wydarzenia. Słowem odnosi się wrażenie (często wyraźnie tak przez Jana Grabowskiego nazywane po imieniu), że istnieje wręcz zorganizowana akcja edytorów Wikipedii ukierunkowana  w: 1) wyolbrzymiania roli Polaków (etnicznych) w ratowaniu i pomaganiu Żydom nie tylko przez indywidualne akty bohaterstwa ale też przez aktywną działalność Polski Podziemnej i Rządu Polskiego w Londynie i 2) usiłowania tłumaczenia aktów antysemickich ludności i organów państwa polskiego, wrogimi Polakom etnicznym aktom polskiej ludności żydowskiej. W tym drugim wypadku w dużej mierze mówimy o terenach okupowanych przez władze sowieckie. Miało to się wiązać z pro-sowieckimi i pro-komunistycznymi tendencjami żydowskimi. Stąd osobnym tematem jest pojęcie tzw. ‘Żydokomuny’, dość popularne w Polsce nie tylko w czasie wojny ale i do czasów współczesnych. Do tego tematu powrócę na krótko w kolejnym tekście.

Otóż grupa edytorów, którzy współtworzyli i przez lata zmian, poprawek, dopisków nadali taki a nie inny kształt artykułów z tym tematem związanych na angielskiej Wikipedii była niewątpliwie polskiego pochodzenia. Historycy mówią przede wszystkim o edytorach z pseudonimami: Piotrus, Volunteer Marek i Poeticbent. Ponieważ Poeticbent dokonał  sam objawienia własnego nazwiska, wiemy że był to Ryszard Tylman. Ważne jest zaznaczenie, że nie byli jedynymi edytorami tych haseł. Byli jednymi z wielu. Ale też jednymi z najbardziej i najdłużej aktywnych. I byli Polakami, co wynika dość jasno z ich istnienia i aktywności na pl.Wikipedia. Ale Poeticbent vel Ryszard Tylman nie jest jedynym, którego nazwisko Grabowski i Klein mogli łatwo odcyfrować. Piotrus jest wieloletnim (kilkanaście lat) edytorem i administratorem Wikipedii i jego pełne nazwisko jest na jego stronie edytorskiej. To prof. Piotr Konieczny (Uniwersytet Hanyang w Seulu), doktor nauk socjologicznych (specjalizacja w socjologii internetowej). Jeden z najbardziej dekorowanych (w systemie ‘orderów’ Wikipedii) wikipedystów. Ryszard Tylman nie jest aktywnym edytorem Wikipedii od szeregu lat – co nie zmienia faktu, że w edycji przytaczanych przez tandem Grabowski/Klein artykułów brał czynny udział.

Efektem tych szczegółowych badań merytoryczności artykułów wikipedialnych był zarzut o szerzenie antysemickich postaw. Zarzut ten – ze względów dość oczywistych – zaniepokoił Administratorów Wikipedii, którzy normalnie odpowiedzialni są za rozpatrywanie spraw kontrowersyjnych, sporów między wikipedystami. Ale sam mechanizm takich sporów, jak i trudność jego merytorycznego rozpatrywania zdawał się wykraczać poza kompetencje i zakres tego grona. Fakt, że opinie historyków przytoczono (opublikowano) na ważnym forum szanowanego żurnala akademickiego „Taylor & Francis Online” w sekcji ‘The Journal of Holocaust Research’  (9 luty, 2023) umożliwił też nacisk na środowisko wikipedialne, by sprawę rozważono na najwyższej formie  ‘Sadu Ostatecznego’ (nazwa moja) Fundacji Wikipedii. Sprawy w pierwszym podejściu nie rozwiązano. Kolejna jest w toku i jej wynik oczekiwany jest w końcu maja. W międzyczasie jednak szereg artykułów uzupełniono, poprawiono, edytowano. Istnieje też silna opozycja wśród samych użytkowników, tj. edytorów, administratorów a nawet wewnątrz samej Fundacji Wikipedia wobec uleganiu naciskom z zewnątrz i nie  korzystaniu z istniejących mechanizmów naprawy i rozwijaniu jakiegokolwiek tematu. Sam edytor Piotrus ( którym wspominałem wyżej i którego przytoczyli historycy, jako jednego z promujących antysemityzm) odpowiedział publicznie akademikom felietonem w „Gazecie Wyborczej” (12.03.2020) zarzucając im jednocześnie niechęć w bezpośrednim, zgodnym z regułami Wikipedii, uczestniczeniu w tworzeniu, poprawianiu i edytowaniu artykułów wikipedialnych. W istocie – nic nie stoi na przeszkodzie. Pozwolę sobie przytoczyć sam krótki początek tego felietonu, gdyż jest, zdaniem moim, wiele mówiącym:

Nie istnieje żaden spisek polskich nacjonalistów fałszujących historię w Wikipedii, niezależnie od tego, jak atrakcyjnie taka teza może brzmieć.

Chciałbym odnieść się do tekstu „Wrzuć brednię na Wikipedię. Polscy nacjonaliści wciskają kit zagranicznym czytelnikom” prof. Grabowskiego, zarówno jako wieloletni wikipedysta i osoba wzmiankowana w tym tekście, ale też jako profesor socjologii ze specjalizacją w nowych mediach, który Wikipedii poświęcił znaczną część swojej pracy badawczej i edukacyjnej.

Nie jest moją rolą ani nie podejmuję się wydawać jednoznaczną opinię czy Wikipedia (lub ściślej – polscy wikipedyści)  została użyta dla celów antysyjonistycznej lub antysemickiej nagonki. Czy istniał istotnie zorganizowany ‘spisek’ grupy edytorów w celu fałszowania historii. Ale nie wydaje mi się. To środowisko bardzo zróżnicowane. Jest natomiast możliwe (raczej pewne), że istnieje wielu edytorów polskich (nie tylko) o silnym prawicowo-szowinistycznym nastawieniu. I świadomie czy nawet podświadomie edytują specyficzne teksty pod kątem ich widzenia i rozumienia świata. Na Wikipedii określa się to POV (Point of View) i przestrzega przed tym. Ale w takim zróżnicowanym środowisku edytorów są to zasadzki nie do uniknięcia. Natomiast mam przekonanie, że wielu z nich uważało, że są ‘ekspertami’ z racji bycia Polakiem spraw polskiej historii. Pamiętać należy, że przez szereg lat były środowiska, gdzie ‘polskość’ była widziana pejoratywnie, gdy ci, którzy Polskę zawiedli i w początkach 2 w.ś. i w jej finale zdradzili kompletnie – szerzyli wiele nieusprawiedliwionych lub wręcz historycznie błędnych wątków. Gdzie używanie określenia „Polish concentration camp” traktowano za wymienne  z „hitlerowski obóz koncentracyjny’. I tłumaczono to absurdalnym argumentem, że ‘przecież wszyscy i tak wiedzą, że w tamtym okresie Polska była pod okupacja niemiecką… .  Nie będę tego tematu rozwijał. Znamy zbyt dobrze. Był ohydny.

Czy polski antysemityzm istniał i czy istnieje? Tak. Był i jest obrzydliwy. Ale to będzie temat kolejnego tekstu.

Tu zająłem się jedynie jednym ze sporów.  I robiłem też to  zdając sobie sprawę z narastającej narracji , która budzi we mnie opór i zaniepokojenie. Narracji, która polskiemu antysemityzmowi nadaje wymiar powszechnego, omal etnicznego spisku morderczego pędu wobec wzniecenia ogólnoświatowej, a już bezwzględnie ogólnopolskiej histerii antyżydowskiej.  Nie zgadzam się z tym. Nie w moim środowisku rodzinnym i przyjaciół. Spotykałem się i znałem ludzi o bardzo niechętnej Żydom postawie. W Polsce i później w Kanadzie też (ale dalej mówię tylko o polskim środowisku, mimo, że jak wiemy antysemityzm istnieje tez wśród innych grup etnicznych w Kanadzie – głównie tych ultra prawicowych). W większości wypadków moje jednak środowisko (na szczęście sami wybieramy swoje grono znajomych) nie było tym skażone.  Światopogląd religijno-polityczny jest to na ogół dobrym (choć nie jedynym) drogowskazem i ostrzeżeniem.

Są też środowiska, które w swym zapale zwalczania i potępiania tego antysemityzmu tą nowa narrację wręcz kierują w stawianiu omal znaku równania polskiego antysemityzmem z hitleryzmem. Polacy stają się w niej sojusznikami Hitlera i Himmlera. Biorą bezpośredni udział w piekielnym dziele Zagłady. I z tą narracja zgodzić się nie mogę.

Chylę, jako Polak i jako człowiek, głowę ze wstydem i z wielkim bólem serca, przed pamięcią ofiar zbrodni i pogromów, jakie Polacy w Jedwabnem, w Kielcach, w Krakowie i innych miejscach  popełnili. Wierzyć mi się nie chce, że potrafili tak nisko upaść. Że zapomnieli, że są ludźmi. Nie, nie ma i być nie może na to żadnego wytłumaczenia.

Ale są miejsca, są osoby (nikt już prawie z żyjących), były akcje i działania tych, którzy człowieczeństwo nasze uratowali, unieśli z tej pożogi. I pozwala mi to oddychać. I mieć nadzieję, że autentycznie ‘nigdy więcej’. Że wbrew grupom oszołomów nie zapomnimy i nie pozwolimy.

Tym ludziom, Polakom i polskim Żydom, za ten dar dziękuję.     

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zapominamy słowa, refleksje, wspomnienia tych, którzy Zagładę przeżyli, przetrwali. Tych, którzy wiedzieli. Którzy rozumieli. I spoglądam na książkę Ireny Tomaszewskiej i Teci Werbowskiej (pierwsza dziecko niewoli sowieckiej, druga – nieco starsza – dziecko czasów Zagłady w Polsce) „Żegota – the Council for Aid to Jews in Occupied Poland 1942-45”. Irena jest Polką etniczną, Tecia była Polką żydowską. Napisały książkę-dokument, książkę-świadectwo. Kolejne pokolenia, urodzone już po wojnie z czasem jakby straciły historyczną perspektywę tamtych okrutnych czasów. Warto o tym pamiętać, gdy się na te tematy pisze, a zwłaszcza ocenia.

link do części 2 https://kanadyjskimonitor.blog/2022/10/07/smutek-i-brak-cisza-ktora-trzeba-wypelnic-prawda/: Smutne zaułki

Geneza wiersza

Bogumił Pacak-Gamalski

Skojarzenia, pozornie tylko oderwane od rzeczywistości. Jasna biel pod stopami i ciemne niebo ponad. Też powinno być odwrotnie: czarna ziemia lub zielona łąka na dole i błękitne, jasne niebo ponad. A jednak. Wszystko łączyć się musi z własną pamięcią zmysłów, zdarzeń: zapach kiedyś zapamiętany, dźwięk znajomy, gwiazdy migocące tak samo przecież teraz jak kiedyś. Zwłaszcza gdy spacer nocny, samotny. Gdy nikt inny nie wadzi swoją, inną pamięcią przedwieczną. Bo każdy człowiek, to kosmos własny, sam w sobie zamknięty. Pełen światów podobnych, odmiennych jednak. Musisz sobie zawierzyć, objąć go, przytulić ten kosmos jedyny, niepodważalny i niepowtarzalny. Prawdziwy.

Rachmaninow napisał kiedyś piękną pieśń do wiersza Lermontowa:

głucha noc, nie spotkam tu nikogo. C’kwoś tuman kriemienistyj, put’ bljustit nocz’ ticha … Pragnę tylko ciszy i spokoju, niech beze mnie stąpa świat … .

I słyszę , jak śpiewał to pięknie Bernard Ładysz, jeden z najwspanialszych bas-barytonów, godny dziedzictwa wielkiego Szalapina. I śpiewał ją wiele lat wcześniej rówieśnik Rachmaninowa, Fiodor Szalapin. Zaraz otwiera się szufladka pamięci, mam może piętnaście lat, pewnie mniej: spaceruję z babcią alejką Parku Zdrojowego w Ciechocinku, jesteśmy blisko muszli koncertowej. Przechodzi obok starsza, korpulentna kobieta, babcia odwraca szybko głowę w drugą stronę i szepcze  do mnie: patrz w drugą stronę, jak mnie pozna to będzie nudzić przez godzinę. Za późno, słyszymy: ach, pani Wandzio kochana! Babcia stara się krzywy uśmiech nałożyć na usta: o, co za niespodzianka, dzień dobry pani Wando (były imienniczkami). Korpulentna pani to Wanda Wermińska, wielka polska sopranistka epoki odeszłej. Ja już nigdy jej na scenie nie widziałem.

Babcia miała rację, niby krótkie, niespodziewane spotkanie zamienia się w długą historię i opowieści. Ja pytam stale o coś więcej, mimo ukrytych szturchańców babci. Babcia nie lubiła kobiet starszych, przypominały jej ją samą. No, ta była gwiazda światowych scen kradła jej ważny czas naszego spaceru, gdzie ona, babcia, była centrum mojej uwagi i ona mogła mi długie opowieści wieść. Niestety, babcia przegrywa. Ja chce tych opowieści, chłonę je. Jestem niewdzięcznym wnukiem. Ale babcię mam bardzo często. A Wandę Wermińską po raz pierwszy. I ostatni, bom nigdy więcej już jej nie zobaczył. Chyba, że w telewizji, podczas programu z Bogusiem Kaczyńskim, który stare, zapomniane gwiazdy muzyki pokazywał Polsce. Rozmawiałem po wielu latach o tym spotkaniu z Bogusiem, gdy był u mnie z wizytą z okazji koncertów z solistami Operetki krakowskiej, chyba na przełomie lat 80. i 90. Ale, wracajmy do spotkania w Ciechocinku. Pani Wermińska opowiada mi o jej spotkaniu z wielkim Szalapinem, legendą dawnej epoki opery. O Szalapinie naturalnie wiedziałem bardzo dużo, tak jak o Caruso. Więc słucham – jest początek lat 20. ubiegłego wieku, młodziutka Wermińska jest w Budapeszcie na jakimś konkursie. Jednym z głównych jurorów jest … tak, legendarny Fiodor Szalapin. Wermińska stoi na scenie na którą wchodzi Szalapin, jest struchlała z tremy. Nie może wydobyć głosu. Przecież on śpiewał na prywatnych koncertach dla carów, dla królów!  Szalapin czeka chwile, wreszcie ryczy swoim basem na nią: nu, czego milczysz i stoisz, jak drąg? Ona odpowiada przerażona ale szczerze: patomu szto mienia nogi wrastut w ziemla. Szalapin śmieje się tubalnie. Ale konkurs wygrała. Docenił jej głos (gdy go w końcu odzyskała). Długa to opowieść, prawda? A w czasie mojego spaceru to był tylko momencik, zmysł pamięci przez sekundę-dwie. Takie są prawa pamięci zmysłowej, która istnieć nie może poza własnym, indywidualnym przeżyciem. I tylko wtedy następuje fuzja zamysłu twórczego i autentyzmu. Inaczej to tylko igraszki literackie, muzyczne.  Różnica między literaturą a literackością. Między pisarzem a literatem.

Znaczenie tej opowieści (poza nocnym spacerem, echem wiersza Lermontowa do muzyki Rachmaninowa, który natychmiast w wokalnym wykonaniu Ładysza mi się przypomniał) o Wermińskiej to też zwykły fakt, że urodziła się na Ukrainie, niedaleko Kijowa. I jest to ważne dla natychmiastowego kojarzenia z rzeczywistością obecnej wojny na Ukrainie. Jej okrucieństwami ze strony rosyjskich marzeń wielkoruskich. Marzeń rosyjskich, a ukraińskich koszmarów.

Jest John ze mną na tym spacerze,  pamięć jego najczulsza, zmysłowa; kształtu i dotyku jego dłoni, zapachu jego włosów. Wymieszana z moją pamięcią dumek ukraińskich, opowieści babci i ciotek o porohach na Dniestrze, o Zaleszczykach z wakacjami, o ciotce, młodej sanitariuszce, która opatruje w jakimś eszelonie ukraińskich żołnierzy obok żołnierzy polskich w latach pierwszej wojny. Kto po której stronie tej walki był? Kto bił się o polskie miasteczka a kto o ukraińskie chutory? Krew miała ten sam kolor: czerwony. Ukraińscy chłopcy bili się też miedzy sobą o różne, odmienne Ukrainy. Gdzieś tam byli też Hucułowie, gdzieś Rusini Zakarpaccy. Tych nikt o ich opinie się nie pytał  ani o to za kogo chcieliby swoją czerwień wylewać.  I nie ma to chyba dziś znaczenia praktycznego. Warto jednak pamiętać. Bo pamięć ma znaczenie. Pamięć mówi językiem ludzi, którzy żyli, byli. Politycy żyją jedynie ich współczesnością. A cmentarzyki z zapadniętymi grobkami nocą snują inne opowieści.

Stąd ten mój wiersz. Dziwna fuzja rzeczywistości teraz rzeczywistej, oczywistej przez to, namacalnej, dotykalnej. Z rzeczywistością pamięci zmysłowej, historycznej. Może niedotykalnej ale czy przez to nieistniejącej, nieważnej?

Idę sobie

1.

Śnieg cichy, sypki, lekki,

jak twój łagodny wzrok,

którym obejmowałeś

moją twarz, moje oczy.

Pamiętam spacery po

zaśnieżonym Holland Park,

wysokich brzegach górskich

potoków w Kananaskis.

2.

Cicho wokół. Tylko dźwięk

wody kamiennych progów

Dniestru. I nagle strzały.

Cisza umiera. I ty.

Mój kanadyjski sokole,

moje sny stepowe na

kanadyjskiej prerii – Ty,

mój Wernyhoro. Milczysz.

             

3.

Ale idę dalej cichą

nocą po cichym śniegu

wzdłuż brzegu Atlantyku

na drugim końcu świata.

Twoja dłoń w mojej dłoni

już na zawsze. Idziemy.

Do falujących stepów.

I sokołów nad nimi.

B. Pacak-Gamalski

     

Emergencies Act use – a year later. Why did we have to go through it?

by Bogumil Pacak-Gamalski

A year ago Canadians went through a gut-wrenching exercise.

Overwhelming majority  (for a much smaller minority it happened second time –as in 1970, P.E. Trudeau was forced to do similar things during October Crisis in Quebec) for the first time ever the  Emergencies Act was invoked.  

Comparing to many other countries, the Act is very measured and limited in its application. It must comply with the Canadian Charter of Rights and other international treaties (for example prohibition of use of torture) to which Canada is a signatory. It also covers only areas that are listed in the proclamation – in this case a huge majority of Canadians were not affected by it in their daily lives. For all practical reasons it affected only Ottawa and it’s vicinity. I’m sure the Army was (must have been) on some sort of alert but was not on the streets (as was the case in 1970). But make no mistake: a lot of freedoms and personal liberties were suspended or curtailed. All types of Police Forces and their heavy, quasi military equipment and units was mobilized and used.

Was it necessary or was it an overreach of Governmental powers?

I believed than, and even stronger now, that – yes. It was desperately needed and Federal Government was left with no other choice. To continue things the way they were in winter 2022 would have been an abdication of government responsibilities. Worse: frankly a political chaos would ensue.

I’m glad that we live in democracy that respects the rule of law. Because of that, after the Emergencies ceased, a Public Inquiry was held and Commissioner, Justice Paul Rouleau published the other day a full, comprehensive, 2000 pages long Report. Very long, indeed. But that’s for scholars of law, politics and smart politicians (there is few, not too many though …). I browsed  and glanced very quickly through it (am neither a scholar nor smart politician). It contains a lot of important facts, reflections, full historical context of events. It does not stop only in Ottawa and the day the Act was invoked. It shows what led to that ominous decision.

But most of, it starts with a clear, concise and not ambiguous finding: the Federal Government met the very high threshold to invoke the Emergencies Act and acted appropriately.

No, it doesn’t sing the praises for the Gouvernemt nor anyone else.  To the contrary – it finds a lot (a whole lot) of issues with all Canadian (federal, provincial and municipal) civil authorities. A separate book could be written, based on the Report,  on the utter failure of Police Agencies. On the failure of federalism in this context. A serious failure of provincial responsibilities that allow the infamous Protest and Occupation of Canadian Capital and international border crossings to continue for so long.

At the very end of all these conclusions, there is also a somber, personal reflection of Justice Rouleau: a reasonably and fair minded person could have come to a different conclusion. That’s a very noble and wise conclusion that avoids further inflammation of feelings of people, who were on the other side of the fence. Of course, almost instantly, that noble and wise reflection was ceased by no other that Conservative leader Pierre Poilievre to deliver blistering attack on Justin Trudeau. Thankfully, other than ‘Freedom Convoy’ members and supporters, no one else could see Mr. Poilievre as a ‘reasonably and fair minded person’. But I will leave that sad example without any further commentary … .

However, I will write here few of my own reflections and musings on this subject. Not the legal aspect. Not the political, either. Ethical. Social.

I am neither a politician, as Pierre Poilievre, who buys desperately needed votes for next election, nor PM Justin Trudeau, who must represent all Canadians, even those not representing his personal values. I don’t represent all Canadians. I represent a particular, individual Canadian – myself. Finally, I am not Federal Justice, as Paul Rouleau, who must avoid philosophical and emotional language.

And I must remember why I am Canadian. Why I live here and have lived here for most of my life. I live and stayed here because of another declaration of similar Act (much broader, very harsh and tyrannical – but from the same family of domestic urgent emergencies and imposed by own government, not a foreign invader) – Martial Law in Poland in December 1981. Because of that single event, I ended up in Canada. But I did not go back to my Old Country, when it regained sovereignty and freedom. I stayed in Canada because I found this country and it’s people much closer to my vision and dream of just society. Just and open. Tolerant and full of empathy. Willing to face it’s not always best past and admit it’s mistakes, even crimes. Every country hast parts of very dark history but not many are willing to admit it and correct it. I will write my reflections from this perspective. Perspective of this, mine Canada. Good Canada.

That ‘good Canada’ has many roots and faces. Is like an oak or massive Western Red Cedar or majestic Douglas Fir. Huge green giants that could easily obliterate all other little species taking all the water and all the sunshine. But it doesn’t. It prefers to be not only good neighbour but caring and supporting friend to other, weaker and less powerful species. Like Canadians that I admired so many times, who helped me many times and whom I helped, when they needed it.

So, when the terrible and awful time came of our recent COVID pandemic – my first reaction was to make sure that I would never be a risk to any other Canadian. Specially the weaker, immunocompromised and older. That was such a natural behaviour that I just couldn’t think of acting otherwise. It didn’t matter for me if some Facebook, Twitter or some newspapers were publishing fake news about vaccine dangers, about masks (yes, apparently masks are dangerous too according to this ‘scientific’ sources). I trusted the information provided by Health Officers of each province, Health Canada advice and World Health Organization. That was good enough for me. I am not a biologist, virologist nor medical sciences researcher. People who advised the Provinces, Federal Government and WHO were. They are the best in the world of these sciences. It didn’t even cross my mind that the temporary restrictions (and they were restrictions) on my personal freedoms were unbearable. But there were Canadians, who were enraged by these restrictions. Some of them did it for purely political reasons. The Canadian type of Trump loyalists, people with no shame nor sense of responsibility. A small core of them were actually financed by US ultra-right circles. Others were duped into believing that pandemic was just an excuse to attack their freedoms. To make them feel bad. For them it was a hidden agenda of this crazy leftist liberal, the lover of the sex-crazy gay community, the tree-hugger, the friend of all the billionaires of the world, the ‘oh, I am so handsome and good looking’ enemy of our gas and oil complex – in short the one and only worst enemy of Canada, Justin Trudeau. The little fact that Trudeau won three consecutive federal elections hold no value for them. After all – they have learned from their advisors on the other side of the border that elections are easily stolen. That they will follow the example of March on Capitol Hill in Washington and will march on Ottawa Parliamentary Hill to finish their job. Yes, not all of them, probably not even a majority, received any individual advice from Trump loyalists or direct funds from these sources. Some certainly did it out of their own honest belief in their cause. But when ignorance is a good defence? When ignorance is good enough reasons to cause immense havoc tot he entire country, terror to citizens of Ottawa? When ignorance is an excuse for arrogance? Never.

Therefore no, I wont be as diplomatic as Justice Rouleau. I will not agree with Justin Trudeau taking back his own description that these people were a ‘fringe minority’. On the contrary – I hope that they were and are a fringe minority in Canada. In my, good Canada.

My Rocks

by: Bogumil Pacak-Gamalski

My rocks. Rocks that were placed many, many years ago alongside the shore of a narrow channel separating Halifax and Dartmouth and connecting Bedford Basin with the ocean. Massive rocks, powerful, buttressing the shore against natural erosion.  Making the narrow but very deep waterway safe to navigate by small and humongous boats, ships of commerce and ships of war. When I moved to Nova Scotia with my amazing husband, we started living right on the edge of these rocks. That’s how they become ‘my’. Silent and soothing companions of my hundreds of walks, short and long ones, during day and at very late evenings, some right into the night.

My rocks. As they were. My support, my anchors; indeed my rocks. Perhaps witnesses to my last stage of my beautiful Canadian journey.  From the blue skies of the Prairies  and towering peaks of Rocky Mountains, through amazingly beautiful Pacific Coast and equally amazing city of Vancouver – home to many exhilarating years of my life journey with John, my husband and lover – to the old shores of where Canada begun. Atlantic shores of Nova Scotia, it’s Acadian past, it’s Celtic and Scottish past, it’s Black settlement past. As Vancouver is an epitome of future and rapid change, Halifax is it’s opposite: anchored in the past. And it would be sad and detrimental if it would change. The past is the most important jewel of Halifax, alongside the rugged beauty of the province’s nature.

My beautiful Canadian journey, or  journey through my beautiful Canada. Country that grew and aged , as I grew and aged. Don’t know – other that from talks with older Canadians and many, many historical books and accounts of history – any other Canada, neither colonial nor Dominion years. The country was born exactly as I came to it. At the beginning of the 1980’, when the late Pierre Trudeau finally brought the North America Act (basis of Canadian Constitution) from London to Ottawa. We become a new fully sovereign and independent nation and state. It’s hard to imagine and fully comprehend today – but all my Canadian compatriots of my age (and many thousands younger two decades) were not born in sovereign and independent state. They were born in British Dominion. I know only free Canada, independent. My home that never belonged to any other country. I belongs only to us: Canadians.

Canada – my rock. Country were I found my life’s love just few years after landing on a snowy evening in Calgary. My love to young Canadian with rich Canadian history reaching hundreds of years of his family’s roots exactly in Nova Scotia. I forgave him that he was born as a Dominion subject of foreign country, ha, ha.  We never suspected at that time, that we would ever end up in Nova Scotia. The West was his and my home. And the West was a force at that time. It was growing, expanding. We had the Rockies, powerful rivers that were originating right in our background, in the ancient icefields of Athabasca. These rivers – the only place in the world – fed three oceans! Pacific, Arctic and Atlantic.

From Alberta we went across the marvelous Rockies to Vancouver and lived there for quarter of a century. In the meantime I travelled all over Canada, eager to get to know my new homeland and its people. From Newfoundland to Yukon. I liked what I saw. I liked the people. They were warm and hardworking. Respectful. Tolerant.  For a guy, who came here from a Soviet-dominated country, who was openly gay (at that time being gay was not the most ‘convenient’ way of being …) – that meant a lot. I know what it means being persecuted or not tolerated. What it means trying to hide your own self or face scorn, perhaps violence. Canadians were not perfect, sometimes they were a bit … how to say … parochial? But they were trying to understand. They were good folks. All these years – they were. Good folks. Changing, learning along the way. Keeping up with changing times  and world oscillating from good ol’ tolerance to much more powerful and encompassing empathy. After all – tolerating someone is really not the same as accepting someone as equal.

Pictures above from years before 2022

Suddenly something happened. Something we didn’t expect. None really, nowhere.

In the United States – our neighbour and powerful cousin – Americans elected new president. Donald Trump. The world will never be the same. The world, not only US or (because of our proximity) Canada. Suddenly everything was possible. Every sewer, every swindle, lie, every vulgarity become something normal. The gutter moved to the bedrooms and the salons. To the highest Office.

America is said to have changed after 9/11. That’s true. But not as much as it has changed during and after Trump. 9/11 – as tragic and painful as it was – brought Americans together. Trump divided Americans.

Every self-serving ignorant, every self-absorbed arrogant, every fascist climbed out from under the rock and become important, loud, demanding. Or simply taking ‘his’ by force, with gun, with the power of a heavy boot. His and her freedom. No, not Freedom per se. His freedom and her freedom.

And what is freedom? Political and personal freedom? Why was it important for Canadians in the 1980 to take the full and total responsibility of Canada in Canadians hands? Why the same Americans (really at that time absolutely the same as those settling in Nova Scotia, Upper  and Lower Canadas) rebelled against the British Crown in 1812? Why in 1980 the Poles rebelled against the Soviet ‘care’ (I am proud to have taken small, but important in my region, part for that early rebellion of Solidarity)? Did we all and separately wanted to establish our own Polands, Canadas, Americas? Built on our own, personal and individual visions? No. It doesn’t work like that. Unless you are living on unpopulated island. No, we wanted to build a country based on modern democracy with fundamental rights and responsibilities. Rights and responsibilities based on the wishes of majority. Not a majority in a village, or town, or province. Majority of the entire country.  We have established Offices and Institution independent of political parties to supervise these elections. We have agreed that yes, each election time there will be victorious groups and , yes – groups of losers. Until the next election, when every political Seat of Power could be won again (or lost again). We have also established ways that each one of us can contest the results as unfair or skewed.  Again – there are non-political bodies and Offices that will look into our grievances if they merit any action. Up to and including making the entire election void and fraudulent and calling a new one. We can’t guarantee that an armed and well organized group would not organized a coup and take political and military power in their hands. Just tried to be mindful and ready for it. The same as we can’t guarantee that anyone of us would never be robbed or even murdered. Generally speaking that’s how Canadas, Polands and Americas work.  In a democratic world.  In the America they had one big hiccup at the beginning – the South wanted to leave the Union and Civil War begun. The South lost. The Union prevailed. Period.

Huge majority of Poles, Canadians, Americans, French and others accept it. I guess, one could run a lottery for government and parliamentary seats. But majority (again the bloody inconvenient majority …) decided that the risk is too big and we are stuck with the elections. That’s how it works. Or how it worked.

Until that day. The day Trump won. But especially the day Trump lost.

Because trumps don’t like to lose. They will lie, they will cheat, they will kick and scream and never accept a defeat. Churchill once roared to the Brits: we shall never surrender! But it was a war with a foreign aggressor. And Churchill won last election, was not running for new one. He was leading his entire, not divided, nation to arms against a mortal enemy.

Trump did not faced invasion of foreign armies. He faced his own nation. A nation that told him: no, thank you. Enough. He did try all the possible legal and lawful ways to claim fraudulent election. And lost in every instance as the election was fair. But trumps accept rules only when they suit them, help them. Otherwise rules  are simply an obstacle. Obstacle that needs to be destroyed. He knew that during the past four years he has awaken the self-serving ignorant, every self-absorbed arrogant, every fascist  from under the rock. He told them so many times: f..k the establishment! you are the ruler of your own dominion, you are the master (master! – their favorite name). He gave rise to the sewers and the sewers overflowed on the Capitol Hill.  Caesar Nero burned Roman Capitol Hill. Trump covered Washington’s Capitol Hill with excrement.  

If it happened in some other small country, the world would only shrugged its collective arms. And would continue going as a day before. But it was America. Country with enormous persuasion. The ignorant/arrogant sewer was awaken everywhere in North America, in Europe, in South America. Few years later that sewer spilled in Ottawa, on our Capitol Hill. Because people didn’t like wearing masks and taking vaccines! Yes, seemingly normal people (plus highly paid US-supported trumpists) decided that they are not going to be held hostage to some inconvenient sanitary rules to save thousands of lives of other fellow Canadians. That they don’t give a s…t if they spread the virus to someone, who will die. It wasn’t their problem. It was the self-arrogant and self-ignorant Canadian. The one, who listened to the conspiracy theories instead of the best medical and scientific minds of the world. No, they were not going to be some ,Muslim terrorists’ wearing masks!  I will not comment on that awful (that I have heard personally)  racist ‘Muslim’ argument. Besides – they are suffocating in these masks! Although not a single reported incident of anyone suffocating to death in these masks was reported, but … . But it was against their freedom.

What were we saying about the freedoms and responsibilities? That one exist only in tandem with the other? Hmmm. The sewer in Ottawa flew for much longer than the sewer in Washington. It ended with Canadian version of Martial Law.  Most of the cases of arrested leaders and conspirators have not gone through courts yet. Some Canadian established political leaders wanted even to capitalize on that stench of sewer and mingled among the Brigade of Destruction soldiers. Soldiers of self-righteousness, arrogance.

There was one more element introduced by Trump to the relatively normal and civil discourse. It was greed. Achieving financial gains not as a result of work, talent, prudence, but as a result of being void of any ethics – personal greed.

The pandemic has overblown it and inflation resulted from the pandemic and war in Ukraine followed. But not only. Almost all large corporations, private and public , decided to face and combat the inflation for their personal gain. Prices went up everywhere almost automatic. Well above any inflationary rates. If an owner of rented apartment paid five dollars more for a pound of carrots – next month the owner charged the tenant two or three hundred more for the rent. Just in case the carrots went up again by a dollar or two … .  Big grocery chains made millions of profits above the pre-inflationary profits. The list goes on and on.  

Canada today is not the same Canada I knew. Not the one I love.  Maybe other countries changed for the worse, too. I don’t know. If they did, it doesn’t give me any solace. I suspect not all did as much as Canada, though. The social/welfare state is much stronger in majority of European countries. Always was. Therefore I suspect the  poorest one there are still being looked after better than here. I see homelessness and downtrodden everywhere in Halifax. Much more than three or four years ago. Almost left totally to their own devices, which they have very little for obvious reasons.  With rise of poverty – other vices rise too. They affect the more fortunate also. It affects all of us. Mentally, physically. At a time, when help is very scarce.

What it has to do with my rocks? A lot. They changed too. Often, I pretend I don’t notice it. Turn my head the other way. Pretend they are as supportive as before. That they are still my buttress against the forces of nature.

I used to go on my walks always with my camera ready. Hence, on my social portals you probably have seen hundreds of photos of similar views of Halifax, bridges and Bedford taken from My Rocks. Always a bit different angle, light, detail.  But from the same trail. Summer, Fall, Winter and Spring. Five years.

Well, today the camera took different pictures. From the same trail. Post-trump time. Time of self-indulgent arrogance, ignorance. Time of poverty, homelessness. And time of simply: I don’t give a s…t, it isn’t my problem. Sad.

Until it becomes your problem, until you start again giving a s…t, until you notice that personal greed does not make you richer but poorer as a person – it will not get better. There is not enough money in all of Canada to satisfy completely everyone. Just as there is only one winner in every election. 

I miss my Canada I fell in love with many decades ago.  Can we please  try to bring some of it back …

I just lost my most precious, personal love of my life. It is hard to wake up every day. But when I do get up, it would be so nice to go to my Rocks for a nice walk.  To admire the rugged beauty of the shore, the vistas of Halifax, our bridges, to reminiscence the beauty of Pacific and Vancouver, the peaks and valleys of the Rockies. Most of all to remember and admire the good people of Canada, our Canada. My folks, good folks.

by Bogumil Pacak-Gamalski

Zapach powietrza, kolory wokół już jesienne. Złote, ciemna czerwień, biel puszków gdzie wczoraj kwiecie było, wyschniete liście dywanem się kładą. Ale cieplutko niczym wieczorem sierpniowym od dni już kilku. Na trasę przed zmierzchem się więc z aparatem wybrałem. A co zebrałem w tym aparacie – pokażę. Rzeczy, jakie są, jak je widzimy. Lub rzeczy, jakie być mogą, jak chcemy je widzieć. W wałęsających się lekkich mgłach wszystko jest możliwe. Linie elektryczne – pięciolinią z zawieszonym na niej bemolem samotnym. Stalowe konstrukcje – grafiką trójkątów i kwadratów o nieznanym przeznaczeniu. Na szlaku zachodniego końca Dartmouth.

“Freedom’ (their freedom, not ours) Convoy; Emergencies Act; Federal Inquiry – in search for answers

Of course – sunsets, sunrises, shapes of air and water, shadows of land are important. Who knows? Maybe they are the most important or even the only things important, when everything is counted and done? Who knows?

But time and again, we are reminded that politics (local and national and international) do have a power (often used) to invade our pristine soulful life.  And I am reminded that I am a political animal. Always was. Since the time I was fourteen or fifteen and typed on a manual typewriter (with  carbon papers to fill as many pages as possible) anti-government (at that time it was anti-communist) slogans. Later I would personally visit as many as possible press clubs in Warsaw (they were called Empiki –  clubs to read free of charge national and international newspapers) and insert these subversive texts  between pages of popular periodicals. They didn’t use cameras at that time in public spaces as they do now everywhere, LOL. I was not afraid that someone might denounce me – that work was mine alone, a lonely wolf. Organized anti-government work came few years later, in the “Solidarity’ movement.

For the past forty five-odd years I do the same. But openly, under my name. In press, on social  (as this one) channels, in various organizations, different roles. But mostly as the lonely wolf again. Don’t trust governments and politicians. But do trust independent judiciary and legal system. Independent, public commissions, inquiries.

For some weeks now, I observe with full attention the Federal Inquiry on the recent use of Emergency Act (what used to be called War Measurer Act).  We all lived through it. We all were (to a point) traumatized, when it happened and traumatized by the events that led to it. I will not list events that led to it. At that time, as majority of Canadians, I strongly supported it and believed that all possible other resources and actions failed to bring resolution to the situation and it could not be allowed to continue anymore.

photo by Brett Gundlock for CBC News, from Wikimedia Commons

That it is not to say that I was happy to see it used. It is a tragedy, when a government is forced (or otherwise makes that choice) to suspend certain (or possibly most) freedoms of citizens.  According to what we all witnessed through TV channels, all mass media, pictures, videos, live reporting – all regular levels of security and policing (local, provincial and federal) failed and were powerless to stop the anarchy. Stakes were extremely high on national and international levels (blockades of extremely important border-crossings with USA). Tensions were raising.

But, when the dust settles, one needs more answers. More than just news reports and live coverage. Were all possible resources used, were all policing and enforcing applied using regular laws and Acts? Just because a politician say so – is not good enough.   The Inquiry itself is a good thing and it is very good that the Inquiry has to happen whether the government or Opposition wants to or not.  Such Inquiry is part of the Act and has to happen every time the Act is invoked. That is very good. It speaks volumes of the maturity of our democracy in Canada.

Until now majority of witnesses were police commanders or high ranking police officers from city (Ottawa), Province (Ontario’s OPP) and neighboring similar agencies. It proves to be interesting. The police officers tend to be … hmmm, full of themselves. Probably a mental professional luggage. We had a good plan! It could have worked! The other (read: Ottawa Police) force was disorganized, not us (read: Provincial Police)! If we had more time or intelligence we would not failed! Yes, the Act was helpful, but telling the truth we could have achieved the same using existing, regular laws! At times I have hard times to comprehend their statements. Is is possible that their memory is so fragile or do they portray another reality? Only when pressed by questions of legal counsels, the self-assurance weakens, softens. Or crumbles altogether.  This time a recorded history of events, cameras and reporting helps. You could have had … but you didn’t. That is a fact. Not an opinion. It is possible that you would have finished it. But when? After a fire bombs would start exploding? Remember that each of the huge trailers were full of gasoline, not water. After street fights between terrorized citizens of Ottawa and bands of ‘freedom fighters’? After someone would have died? There was a plan but … . But it didn’t work Mr. Commander or it couldn’t work. Otherwise there would be no Emergency Act and no Inquiry.

I find it very disrespectful of Canadians that premier of Ontario, Doug Ford refuses to testify. There is a legal battle now, whether he can be forced (as the Inquiry demands). One of the most important politician, premier of the province where it was happening. One, who endorsed the Act. But now it is inconvenient politically to enrage fellow right-wingers?

Politicians should testify as it is the politicians, who make the decisions, not the commissioners of Police Forces. Looking forward to hear from PM Trudeau and other federal ministers. They already said that they will absolutely testify. Hopefully other ones, too. In order to learn, to avoid unnecessary use of the Act in the future.  It should always be the last resort, not a convenient way to settle political discontent. Despite my own understanding that the Act was at this time right answer (perhaps it should have even be used earlier) to the situation – I am also open to the possibility that it wasn’t necessary, that other solutions existed. And as a citizen I have a right to know it. After all, any extraordinary suspension of any freedom is a very dangerous proposition.

That the ‘Freedom Convoy’ was a disgusting  display of arrogance and an assault on Canada, our democracy, our institutions is clear to me beyond any doubt. But whether a right tool was used to squash it – is not a forgone conclusion, yet.

Of clouds, water and land – travels with camera on East coast of Nova Scotia

by Bogumil Pacak-Gamalski

One of my favored trips in Nova Scotia always involved the Eastern coast. The old highway 207 (via Portland Street in Dartmouth) will take you alongside very picturesque coastline, countless little communities and unparalleled vistas of little and large bays, coves dotted by little rocky islands.  It starts with the western end  of wonderful salt marshes of Call Harbour  (on the edge, but still in Dartmouth) and one of the best beaches in Greater Halifax – the Haven Beach with open view of huge Cow Bay.

Continuing on the windy, forested highway 207, on the outskirts of Western  Lawrencetown, you have to keep an open eye for a small road toward the ocean – Conrad Road. It will take you to an absolute jewel of amazing ecosystem of lakes, marshes, sand dunes and, yes, wonderful, sandy beach.  Access could be difficult, as there is really no parking spots and you simply have to park on the side of narrow road and during summer time it could be a long walk to the entrance to the beach via long, wooden walkway. Perhaps for the best. It is a delicate ecosystem and constant crowds of tourists could easily do serious damage to the shoreline.  Also, there is no sign directing from the highway to the beach (I suspect the locals took care of it, as I remember from previous years, there was one), so watch out for that small street signage. This is my favorite spot for relaxing walks, swims. A bit further, right of the edge of the highway, is a long, rocky beach – paradise for surfers and surfer-paragliders. Sometime just watching the colourful sails as they zigzag the blue sky is an adventure in itself.

From Lawrencetown you drive up through  old Acadian (French) settlements of West Chezzetcook and Head of Chezzetcook, where you join the Highway 7. Continue to Musquodoboit Harbour and stop by the old Railway Station (now a museum) to take a short walk. Avail yourself of wonderful local ice cream by the Station or a lunch opposite the station.  On the edge of the small centre (almost opposite the station) take a right turn into E. Pestpeswick Road, follow the churches steeples to the very end of the road (few miles) and end up on another beautiful beach – Martinique Beach. You will know where to stop – right under the huge rainbow flag of a big guesthouse.  Well, you will stop there anyway – unless your car is a mini submarine – the road ends basically where the ocean begins.

From Martinique Beach, via the same  highway (no other choice anyway), continue to next heaven for beach lovers. That one is my absolutely favored from all of the beaches in Nova Scotia. And there is plenty of them on all sides of this hybrid of an island and peninsula, which forms Nova Scotia. That part of the journey is long, but worthwhile. All the way to community of  Spry Bay. Right past Spry Bay is an entrance (visibly marked) to Taylor Provincial Park. Follow the road to wooded but well marked entrances to parking spots and down you go to gorgeous sandy beach. It is one of best, sheltered by natural harbour waters on the coast. One end forms rocky formations as smooth as almost man-made – the other is endless sand and sandy bottoms of the sheltered bay. Waters are usually a bit warmer there, than elsewhere.

If you had enough for one day and want to go back to Dartmouth/Halifax, take the first exit, in industrial town Sheet Harbour, when you reach wonderful East River entering the ocean. Just before the bridge is highway 224 that can take you through the heart of a valley forming the centre of Nova Scotia, with many farming communities. Follow it to Shubenacadie (close to large Mi’kmaq indigenous clan and site of former infamous Residential School) and take large, four lane highway 102 that will take you quickly right back to Dartmouth and Halifax. Or, on the other side of the bridge take 374. I prefer the latter, as it takes you  across amazing wilderness – watch out for large animals, I encountered there very close a bear once – straight to Pictou County and historic towns of Stellarton, New Glasgow and at the end, to the county’s capital, historic town of Pictou. That end of Nova Scotia was settled from here thanks to the natural harbour. To this day many descendants of first sailing ship “Hector” live there. One of them is my husband. After living most of our lives in westernmost provinces of Canada (Alberta and British Columbia) – we moved here few years back.

But if you continue on the same highway 7 past Sheet Harbour, you will reach very remote communities with their undeniable rugged charm.  From now on there is no other highways or roads. Small, little gravel roads will take you to nowhere in the wilderness. Eventually, around community of Stillwater, the road will take you sharply to the west, along many wonderful lakes and forested hills. Follow it straight to one of most picturesque town of Antigonish, site of St. Francis Xavier University. The university and absolutely breathtaking maze of bays, coves and multitudes of little islands in them, makes the otherwise little town a gem of the northern coast. 

Modern  and very comfortable highway 104 will take you from there to New Glasgow in Pictou County and up, toward New Brunswick border and city of Truro, where you will join highway 102 to Halifax.  I have taken that trip once in one day. It is possible. But impossible to have time to enjoy the sites, the scenery, beaches. To have an opportunity to really absorb it all – I suggest minimum of two nights stay during the travel.

From my many travels on this highways, I have picked few pictures (from hundreds taken, of course – sometime I long to the times of old cameras with roll of film, when the limits of the shots were very limited. Making the ‘click’ was not as an automatic decision as it is now, LOL) to show the different way the land, the water and the sky interfere with each other. Some are of wide horizon, some of tiny detail. Hope they will portray the sense and taste of the Eastern shore of Nova Scotia and the gems it has to offer.

Smutek i Brak. Cisza, którą trzeba wypełnić prawdą.

(cz. 2 cyklu o losach Żydów polskich w 1939-45/, 1945-46)

W poprzednim tekście literacko-biograficznym starałem się zarysować szkic czasu i świadomości – określonej miejscem i czasem – zaistnienia w moim życiu tygla uczuć i emocji związanych z zagadnieniem żydowskim w Polsce. Z historią i konkretnymi miejscami wypełnionymi cieniami Polskich Żydów. I z wielką pustką tych miejsc. Z opończą-mgłą smutku i braku. Znajoma plastyczka (Tamara Szymańska-Golik) w krótkim komentarzu do tego tekstu, wracając pamięcią do dzielnicy żydowskiej w Krakowie (Kazimierz) użyła jednego jeszcze zwrotu, bardzo adekwatnego: bezruch. Te trzy imiesłowy zawierają całą esencję mojego emocjonalnego stanu, gdy staję wobec historii i współczesności polsko-żydowskiej.  

Na tyle na ile jestem zorientowany, etnicznie nie mam jakichkolwiek genów żydowskich. Pochodzenie mam w olbrzymiej większości słowiańskie, a z tego w największej części słowiańsko-polskie. Miałem i znałem jednego wujka, który był zasymilowanym Żydem polskim ale było to tylko dalsze powinowactwo a nie pokrewieństwo. Podkreślam to, by nikt nie podejrzewał moich rozważań jako kolejnej ‘wielkiej zmowy syjonistycznej’, jak często wszelkie, domniemane nawet, sympatie pro-żydowskie są określane przez ciemnogrodzkie środowiska faszystowsko-szowinistyczne. Gdziekolwiek na świecie, nie tylko w Polsce. Tyle, że te w Polsce interesują i bolą mnie najbardziej. I wzbudzają, rosnące z wiekiem, obrzydzenie.

Innym, niesłychanie ważnym zagadnieniem, które muszę tu określić jest sprawa polskiej przynależności kulturowej. Świadomego wyboru kolebki kulturowej.   Tego, co u zarania nas ukształtowało i co w latach późniejszych, dojrzałych, świadomie zaakceptowaliśmy.  Otóż kultura polska (w dzieciństwie nieświadomie, później świadomie zaakceptowana) nie może istnieć w swej formie bez tego dziedzictwa żydowskiego. Nie mogę wymieniać nazwisk wielkich Polek i Polaków pochodzenia żydowskiego, bo nawet wybranie małej grupki najsłynniejszych – zajęłoby zbyt wiele miejsca, a wtrącanie kilku ad hoc jest bezsensem.

Takie widzenia tygla zwanego ‘kulturą polska’ nie jest obce (raczej bardzo bliskie) noblistce, polskiej pisarce Oldze Tokarczuk. Dała temu wyraz bardzo jasny w rozmowie z D. Wodecką na łamach ‘Gazety Wyborczej”  (24.01.2005)  Nie może być obce nikomu, kto rozumie kulturę narodową, jako bezustanny proces, zjawisko niemal organiczne. Proces, w którym współczesność żywi się tradycją, historią – ale w każdym pokoleniu, każdej generacji dokonuje się nowa synteza tego ‘dziś’ i ‘wczoraj’.

Cyfry, daty są tu niesłychanie ważne. Zwłaszcza te z XX wieku. Klamrą polską niesłychanie ważną, najistotniejszą chyba, są dwa okresy: 1) okres Zagłady w latach 1939-45; 2) pogromy w latach 1945-48 po wyzwoleniu. Innym zagadnieniem jest okres Zagłady (wojna i okupacja terenów polskich przez Niemców, pierwsze zamknięte getta żydowskie i rozszalały morderczy terror hitlerowskiego nazizmu z jego kulminacją: final solution (Zagłada).   Odmiennymi w wymowie, celach i ocenie moralnej były pogromy w Polsce po wyzwoleniu jej spod okupacji niemieckiej.

  1.  W cieniu tej niemieckiej machiny śmierci ukazują się przykłady niesłychanego bohaterstwa sąsiadów-Polaków. Bohaterstwa, gdyż kary na ziemiach polskich za udzielanie pomocy, za ułatwianie schronienia Żydów polskich, były bezwzględnie okrutne (śmierć) i stosowano je wobec całych rodzin lub wręcz sąsiedztwa (wsie, osiedla) osoby takiej pomocy udzielającej. Pisząc wiele, wiele lat temu na ten temat, użyłem nawet dziwnego sformułowania, że każdy polski Żyd, który w Polsce okupację przeżył – przeżył ją dzięki jakiejś akcji Polaka nie-Żyda.  Niektórym osobom może się to stwierdzenie wydać zbyt szerokie, przesadne. Mnie się nie wydawało. Okupacja niemiecka w Polsce wyglądała inaczej niż w krajach zachodniej Europy. Była częścią wojny totalnej, nie konwencjonalnej. Z drugiej strony zawsze miałem świadomość, że nie wszystkie te akty heroicznej pomocy Żydom były powodowane ‘miłością bliźniego’ i nie były częścią zachowania altruistycznego, honorowego lub rycerskiego. Że wiele było przykładów pomocy ‘za coś’ i to ‘coś’ miewało często charakter obrzydliwy, kryminalny, czasem wręcz bandycki. Znaczy, że mimo iż ratowały (lub stwarzały szanse ratowania) ne mogły wszystkie być nazwane heroicznymi. I na takie określenie wiele nie zasłużyło.  Pamiętam, wiele lat po wojnie  żarty, których początkowo nie rozumiałem: gdy naszły wspomnienia towarzyskie (zwłaszcza przy ‘zakrapianym stole’) i wspominanie czasów okupacji, gdy kogoś z nieobecnych (naturalnie) wspominano , jeden z biesiadników dodawał: o, temu to źle nie było, bo w piwnicy ukrywał Żyda. Tajemnicą Poliszynela było, że w domyśle oznaczało to, że ten Żyd opłacił to schronienia wysoką ceną kosztowności, majątku. To były rzadkie momenty i tylko w pewnych środowiskach powtarzane.  Ale kolokwialnie oznaczały pewne i rozgrzeszenie i akceptację zwycięstwa zła nad dobrem, pazerności nad szlachetnością,  podłości nad godnością.
  2. Zupełnie i całkowiecie przeczące romantycznej wizji Polaków ratujących (nawet za pieniądze czy inne korzyści materialne) polskich obywateli pochodzenia żydowskiego jest naturalnie Jedwabne i inne mniejsze i mniej znane akty bezpośredniego terroru. Tutaj możemy mówić jedynie o polskim współudziale w zbrodni – jakkolwiek odosobnionym i statystycznie nie mającym wpływu na rozmiar Holocaustu.

Pytanie czy Polacy mogli zrobić więcej i pomóc uratować więcej żyć żydowskich współobywateli jest pytaniem otwartym i bardziej filozoficznym niż praktycznym. Każdy, kto je zadaje musiałby sam być w takiej sytuacji, wobec takiego olbrzymiego i egzystencjalnego zagrożenia nie tylko wobec siebie ale i swoich najbliższych. Nigdy w takiej sytuacji nie byłem, więc nigdy ani zadać takiego pytanie komuś nie potrafiłbym ani dać na nie przekonywującej odpowiedzi. 

Może wśród bardzo już nielicznych, którzy tamte czasy przeżyli, taki dyskurs, dylemat moralny jest możliwy. Wśród pozostałych nas – chyba  nie.

Co leży u źródła pamięci i męczarni ducha Eliezera Wiesela spisania wspomnień tego okrutnego skrzyżowania historii i zła? Naturalnie realizacja, że musi być świadkiem Historii. Ale jest też moment bardzo osobisty, tragiczny na miarę największych tragedii Człowieka historycznego i Człowieka mitycznego. Przytoczę tu jądro osobistej tragedii cytując słowa samego autora tych wspomnień, Elie Wiesela:

Pamiętam tą noc, najokrutniejsza noc mojego zycia: „… Eliezer, mój synu, chodź tu … Chcę ci coś powiedzieć … Tylko tobie … Chodź, nie zostawiaj mnie samego … Eliezer …” /… … /

To było ostatnie pragnienie aby mieć mnie przy sobie w jego agonii, w momencie gdy jego dusza wyrywała się z jego poharatanego ciała – mimo to, nie mogłem spełnić jego prośby. Bałem się.

Bałem się ciosów.

Oto dlaczego pozostałem głuchy na jego głos. „ 

/(tł. własne z wydania uzupełnionego, w 2006, przez Hill and Wang, Nowy Jork, 2006; s. 11/

Wiesel miał wówczas piętnaście  lat. Tylko ktoś, kto mając piętnaście był w takiej dantejskiej sytuacji mógłby spytać: dlaczego nie podszedłeś do ojca, gdy konający, wzywał cię?

Ale w tych refleksjach nie chodzi o to czy Polacy zrobili to, co mogli, co byli w stanie udźwignąć. Chodzi o to, czy zdajemy sobie sprawę w ogólnospołecznej świadomości z aktów kryminalnych wielu Polaków etnicznych, aktów zbrodniczych lub po prostu – nazwijmy to w końcu po imieniu – z czystej nienawiści rasowej, religijnej lub po prostu z niskiej pazerności, chciwości, z chęci rabunku ofiary prześladowania?

Olbrzymie znaczenie  dla szerokiego zrozumienia tej kwestii mają badania historyczne, twórczość literacka, stosunek samego Państwa wobec prawdy historycznej.  Za późno dziś i tak na sądy i kary.  Oprawców i ofiary zrównała śmierć.  Najsilniejsze są społeczeństwa, które nie boją się własnej historii. Które z tej historii i podłej i wielkiej, dzięki temu, że ją znają – potrafią się uczyć.

3. Najohydniejszą plamą epilogu historii polskich Żydów są pierwsze dwa lata po wojnie. Bez esesmanów, bez gestapo. 

Przed 39’, w pochodach akademickiej ‘braci’ narodowców czy w Wilnie, czy w Warszawie, słyszano głośne skandowanie: ‘bij Żyda’. Hasło do rozrób w dzielnicach żydowskich, bicia szyb w sklepach żydowskich, warsztatach rzemieślniczych. W 1945 i 1946 dodano do tego pierwszego słowa ‘bij’ dwie litery, jak gramatyczny przedrostek: ‘z’ i ‘a’. Powstało – zabij.

Rzucano na ogół absurdalne oskarżenia o podłożu religijnym.  Wyciągnięte ze starych mitów i ciągle pokutujące w szerokich, niewykształconych sferach, ultrakatolickie oskarżenia o mordowanie chrześcijańskich dzieci w rytuałach judaistycznych.  To było najpopularniejsze. Ale bez wątpienia w umysłach zbrodniarzy, którzy byli prowodyrami tych napaści w Kielcach, Krakowie, Rzeszowie i wielu innych miejscach był silny element grabieży mienia – zwłaszcza domów i placów żydowskich. 

Kiedy już wydawało się, że będziemy musieli sami stanąć przed lustrem naszego sumienia historycznego, kiedy zaczęły się rodzić zdrowe fundamenty do narodowej edukacji opartej na faktach, nie mitach – zwarły się na nowo szeregi tejże samej koalicji szowinistyczno-ultra-katolickiej. I, ku zdumieniu wielu liberalnie myślących Polaków – wygrali wybory w szerokiej koalicji ruchów prawicowych. Dziś te elementy nie tylko stoją na przeszkodzie prowadzenia dokładnych badań historycznych, chcą cofnąć już raz ustalone fakty, chcą wrócić do mitów  narodowościowo-religijnych. Chcą wręcz zakneblować usta badaczom tematu. Tym, którzy mają po temu wiedzę i dostęp do narzędzi badań historycznych.

A przecież historia Polski nie należy do polityków, nie należy do proboszczów i ich kazań. Należy do nas. Do społeczeństwa.

W latach tuż po  2 wojnie światowej – w przeciwieństwie do ‘wybuchu’ w literaturze tuż po 1 wojnie – dziwnym odruchem prawie nic ważnego na tematy zbrodni wojennych i Zagłady się nie ukazało. Ludzie nie chcieli o tym mówić, pisać i czytać. Pierwszym na te tematy wydawnictwem literackim na świecie były „Medaliony” Zofii Nałkowskiej z ich słynnym podtytułem: Ludzie ludziom zgotowali ten los. Nałkowska wydała je w Warszawie już w 1946. Zadziwiające jest, że pełne tłumaczenie angielskie ukazało się dopiero w 1999, w prestiżowym Northwestern University Press. Świat też milczał.

Kolejnym wydaniem literackiego świadectwa Zagłady było wydane dopiero w 1954 w Argentynie, w oryginale jidysz „I świat pozostał milczący” (Un di velt not geshvign) Elie Wiesela. Niestety nikt prawie, również w środowisku żydowskim, nie był jego biograficznymi, wstrząsającymi wspomnieniami zainteresowany.  245 stron, które trudno ale powinno się przeczytać.  Dopiero po wielu skrótach, dzięki poważnym zabiegom francuskiego pisarza Francois Mauriaca, wydano je w Paryżu w 1958 w skróconej wersji. Kiedy w 1960 (czyli aż piętnaście lat po wojnie) wydano je w Nowym Jorku, książka miała już tylko 116 stron. Nazywała się „Noc”. I po latach stała się jednym z najbardziej znanych świadectw czasu Zagłady, a Wiesel dostał za nią Nagrodę Nobla. Jakkolwiek ta przełomowa książka, maksymalnie skrócona przez wydawców francuskich i amerykańskich, nie dotyczy tylko kwestii sytuacji Żydów polskich na terenach okupowanej Polski – pisząc o Holocauście, o Shoa, nie sposób jej pominąć. Jest jakby kluczem do myślenia o Zagładzie. Naturalnie były (wydane w bardzo krótkim czasie po wojnie) pamiętniki dziewczynki, Żydówki holenderskiej Anny Frank. Czytane chyba przez więcej osób niż „Noc” Wiesela. Ale te pamiętniki nie dają obrazu Zagłady, nie piszą o Machinie Zła, o jej morderczych trybach.  Znając późniejsze tragiczne losy Anny Frank i tło tych losów, wiemy wszak o unoszącej się nad nimi chmurze Zagłady.

Ale znam przecież inne dziecko tamtego czasu. Dziecko tamtego czasu, które przeżyło, zostało poetką, pisarką mieszkającą od wielu lat w Vancouverze, Lillian Boraks-Nemetz. Boraks-Nemetz wydała w 2017 powieść inspirowaną własnymi przeżyciami „Mouth of Truth” (wyd. Ekstasis Editions, Victoria, Kanada). Nie będę opisywał całej treści, bo nie jest to recenzja powieści.  Przytoczę in corpore krótki fragment, który najbardziej może oddaje ducha tego, o czym tu pisze: pogmatwanych, tragicznych losów polsko-żydowskich lat 1939-46. W tym kontekście ta jedna klamra czasowa wystarczy, nie trzeba wyszczególniać okupacji niemieckiej i sowieckiej. Bohaterka powieści po wojnie odnajduje się w Toronto, Kanadzie. Zaczęła nowe życie. Jak wielu (większość?), którzy piekło 2 wojny przeszli, nie chce ani zbyt do tego piekła wspomnieniami wracać, ani żyć stałą o tym myślą. A jednak w pewnym momencie musi skonfrontować tamte wspomnienia dziecka, własną pamięć i strzępy pamięci innych. Wraca do Polski, Polski komunistycznej naturalnie. Jej poszukiwania kierują ją w pewnym momencie do chaty chłopskiej, gdzie u polskiej chłopskiej rodziny, za sprawą ojca i pomocy innych znalazła schronienie. Gdzie przetrwała, ocalała ze szponów Zagłady. Ocalała nie tylko dzięki tej rodzinie ale i dzięki sąsiadom, że na nich nie donieśli, że zbyt ciekawscy nie byli lub nie chcieli świadomie być. Miejsce i ludzie dzięki którym dziś żyje. Dom i zagrodę poznaje bez trudu. Para starszych ludzi, mówią, że poprzedni właściciele zmarli, a oni kupili dom od ich rodziny. Pozwalają jej wejść  w obejście, do domu. Poznaje  każdy zakamarek, nic tu się prawie nie zmieniło. Wchodzi do domu i pamięć wraca ze szczegółami. „ … te same schody na antresolę, gdzie stary Bolek wdrapywał się, by ukryć jej książki a potem targował się z nią, że odda je jej w zamian za seks. Czasem obiektem targu był chleb. /… / Stoi na progu pokoju, gdzie ten stary człowiek ją molestował. Ten pokój przy kuchni, gdzie siedział przy piecu ze swoją fajką, gdy miała dziewięć lat, jest tak wyraźny, jak tego dnia. Jego rozpięte portki, członek na wierzchu, wstaje powoli i idzie w jej kierunku, w ręku ma kawałek chleba. / … …/.” (s. 154, tł własne)

Tyle wystarczy. Bez moich komentarzy. Niech czytelnik komentarze, refleksje własne z tego tygla historii i przeklętego czasu wysupła. Czasu heroizmu. I czasu okrucieństwa. Zagłady, która była żydowską zagładą Holocaustu, Holocaustu Żydów. Ale i Zagłady Człowieka, człowieczeństwa. Tak właśnie czytać należy słynny aforyzm Zofii Nałkowskiej: Ludzie ludziom zgotowali ten los. To nie jest próba ‘uniwersalizacji’ Holocaustu na wszystkie ofiary hitleryzmu. To słuszna, głęboka refleksja wielkiej i precyzyjnej w słowach pisarki. Cała treść „Medalionów” mówi wyraźniej o Zagładzie Żydów niż jakiekolwiek próby zmiany jej aforyzmu. Tu nie może być jakiejkolwiek pomyłki. Całkowicie zgadzam się ze świetnym na ten temat opracowaniem profesor Grażyny Borkowskiej (kwartalnik PAN „Nauka”, 02.2019).

O refleksjach z bardzo ważnej konferencji naukowej , której przysłuchiwałem się  z napiętą uwagą, na Uniwersytecie Toronto napiszę w ostatnim, trzecim artykule z tego cyklu.

W szacie smutku i braku

Bogumil Pacak-Gamalski

(Część I)

Nie wiem dokładnie, to było tyle lat temu. Miałem może pięć, może sześć lat.  Na pewno nie siedem, bo wtedy mieszkałem już w okolicach Warszawy i tam zacząłem szkołę podstawową.   Działo się to w starym Toruniu. Świat był tak inny. Wszędzie pachniało jeszcze wojną, która towarzyszyła moim zabawom:  znajdowanie kul i fragmentów pocisków i ciągłe ostrzeżenia rodziców i dziadków, by kamieniami ich nie rozbijać, bo można stracić palce lub całą rękę, co stało się niedawno synkowi ‘pani X’ (zawsze było to ‘niedawno’ i zmieniały się tylko imiona tych znajomych, więc przestaliśmy też  tak zupełnie w to wierzyć, w dodatku jeśli ‘pani Kasia’ miała synka, któremu urwało dwa palce, to dlaczego my nigdy tej pani Kasi na oczy nie widzieliśmy?); wojna towarzyszyła wszystkim podsłuchiwanym rozmowom taty, babci, dziadka, wujka, cioć. Zwłaszcza, gdy zbierali się na wspólny obiad lub kolację. Co prawda mówili srogo: nie słuchaj rozmów dorosłych, zajmij się czymś. Nie słuchaj! Dobre sobie. To były najciekawsze opowiadania!

Mieszkania po wojnie były małe – salonik i pokoje co prawda duże, długie korytarze – ale tych pokoi było mało, bardzo mało, bo aż dwa: w jednym babcia z dziadkiem, a  w salonie mama, tata, ja i siostra. A, i wielki fortepian koncertowy. No i wspaniały piec kaflowy. Kuchnia była bardzo duża i miała swój balkonik (w salonie był duży balkon) i spiżarnię. Ale ze spiżarni trudno zrobić pokoik, w dodatku bez okien. Co też nie było prawdą. Nad nami, na ostatnim, czwartym  piętrze było jeszcze jedno mieszkanie, tylko jedne, bo drugie drzwi prowadziły na wielki strych. W tym mieszkaniu mieszkał wujek Wacek, dyrektor MHD w Toruniu. Niby dyrektor, a takie małe mieszkanie! Mieli tylko kuchnię i jeden pokój. A było ich … pięcioro: wujek Wacek-dyrektor; ciocia Irena, jego żona, kuzynka taty; ich córka Ewcia; kochana i pięknie śpiewająca po rosyjsku ciocia Jania, siostra babci i bardzo starsza pani, która była mamą wujka-dyrektora. Więc oni z tej spiżarni właśnie w swojej kuchni usunęli jedną ścianę i tak powstała wnęka z łóżkiem, gdzie na noc spała jedna z teściowych (nie pamiętam czy ciocia Jania czy ta druga bardzo elegancka pani). Ciocia Jania miała przed wojna wielki majątek Komarszczyzna na Mińszczyźnie, z wielkim drewnianym dworem, dwoma młynami, stodołami.  Pamiętam, ze względu na wielki i szczery śmiech całej bez wyjątku rodziny, gdy na jakimś świątecznym, wspólnym obiedzie (więc  robionym w naszym, dużo większym mimo wszystko mieszkaniu), gdy spytałem całkiem poważnie: ‘to  czemu tam nie wrócimy, wszyscy na tym majątku się zmieścimy!’ Strasznie chciałem mieć własny pokój, by siostra mi stale nie przeszkadzała i nie stroiła żartów z moich poważnych planów. Więc ta wojna była jeszcze wszędzie. Choć zakończyła się  ponad 10 lat przed moim przyjściem na świat.

Kilka razy w tygodniu chodziliśmy z naszego mieszkania na Mokrym (na ogół z mamą tylko, zwłaszcza już w tym ostatnim roku mego sześcioletniego życia, gdyż tato wyjechał na stałe do Warszawy ‘robić karierę’) do rodziców mamy na Jakubskim Przedmieściu. Szło się ulicą Batorego, przez Garbaty Mostek i wchodziło w świat dziwów. Po prawej wielki poligon, gdzie czasem strzelali żołnierze, po lewej niekończący się wysoki mur z czerwonej cegły koszar i szkoły wojsk artyleryjskich.  Żołnierze w mundurach wyglądali dzielnie i bojowo, a że mama była piękną kobietą, często wyprężali się i salutowali oferując ponieść siatki z zakupami. Imponowało mi to bardzo. Wtedy zdecydowałem, że zostanę żołnierzem. Nie byłem tylko pewny czy artylerzystą, jak oni czy ułanem, jak dziadek (ojciec mamy). To była decyzja bardzo sumienna. A ponieważ od śmiejących się wujków i cioć wiedziałem, że zjadłem wszystkie rozumy – byłem pewny, że gdy nadejdzie ten czas, to zrobię wybór właściwy.  Po latach okazało się, że wujkowie i ciocie się pomylili albo moje wartości się zmieniły – w wojsku żadnym nigdy w życiu nawet jeden dzień nie służyłem. 

Za koszarami cofaliśmy się gdzieś w przełom wieków XIX i XX. Ulica gen. Pułaskiego (dziś należałoby powiedzieć – generała  Kazimiery Pułaskiej, gdyż wiemy, po otwarciu grobu przez Amerykanów, bez żadnej wątpliwości, że generał mężczyzną być nie mógł a wtedy nawet w Ameryce operacji zmiany płci się nie robiło…): wzdłuż chodnika gazowe latarenki, które co wieczór zapalał pręcikiem pracownik elektrowni, po prawej olbrzymi stary cmentarz św. Jakuba, przylegający od tej strony do tych rozległych poligonów, po lewej gęste krzaki porosłe wysokimi trawami, wijące się wśród nich wąskie ścieżki i jakieś dziwne kamienne tablice. Wiedziałem już, że to groby. Niektóre stojące, inne leżały całe lub pęknięte na ziemi, jakby rozrzucone. Od zawsze miałem przykazanie od mamy i dziadków, że nie wolno tam chodzić. Czasami kręcili się tam jacyś pijaczkowie, podejrzane typy, były nawet resztki rozwalonego murku, który kiedyś widać ten cmentarz okalał. Pytałem o ten cmentarz dziadków, zasięgałem opinii kolegi, który mieszkał w tej samej, co dziadkowie kamienicy. Waldek (ten kolega) też nic nie wiedział i tam nie chodził, bo miał stracha i jego rodzice mu też zabraniali. Powiedziano mi, że tam chodzą tylko bandyci i kryminaliści, zakłócają spokój umarłych a to grzech i porządny chłopiec winien to miejsce uszanować i nigdy tam nie chodzić. Naturalnie, nie chciałem być, jak ci bandyci i nie chciałem też zakłócać spokoju umarłych. Byłem trochę łobuziakiem ale dość dobrym chłopcem mimo wszystko.  Kamienica dziadków stała na ulicy Lampego (dzisiaj Antczaka), tuż przy tym drugim, olbrzymim cmentarzu. Cmentarzu, który dobrze znałem, bo chodziliśmy tam oczyszczać  grobki bliźniaków, braciszków mojej mamy, którzy zmarli kilka dni po urodzeniu w 1945 (wówczas ta ulica Lampego, później Antczaka, nazywała się po prostu Przy Rzeżni. Nie widziałem wówczas, że Polska to taki dziwny kraj, gdzie zmiany nazw ulic, placów a nawet miast są dość popularne i częste …) . Ta moja ‘dobroć’ i poczucie sprawiedliwości były trochę Janosikowe lub Robinhudowe, bo z koleżanką z tej kamienicy często zabieraliśmy część kwiatów z grobów, gdzie były ich pęki i przystrajaliśmy nimi kompletnie zapuszczone i zapomniane groby innych. Znałem już nieźle alfabet i potrafiłem wydukać napisy, zwłaszcza imiona na grobach i daty śmierci. I ta sprawa tego zarośniętego cmentarza-chaszczy, mimo ostrzeżeń, niepokoiła mnie. Wydedukowałem, że musi być strasznie stary i nikt z rodzin już nie żyje i pewnie dlatego zapomniany i zarośnięty. Wpadłem na pomysł, że jeśli nazbieramy kwiatków z podwórka (zanoszenie kwiatów z tego naszego cmentarza na cmentarz inny wydawało mi się nieetyczne, nie mam pojęcia czemu) i pójdziemy na ten zakazany, to nie będzie to grzech i zakłócanie spokoju umarłych, przeciwnie – dobry i pożyteczny cel. Koleżanka nie była przekonana, że to dobry pomysł (jej, zwłaszcza dziewczynce, pod surową karą zakazano tam chodzić, ze względu na te zakazane typy tam myszkujące) ale byłem dość elokwentny i wytłumaczyłem jej, że to zacny uczynek i że nie grzech a przeciwnie – Bozia będzie nam za to wdzięczna. I tak zrobiliśmy. Była to krótka i dziwna wycieczka. Dwoje brzdąców ostrożnie skradających się wąskimi, zarośniętymi ścieżkami do przewróconych tablic grobowych, niektóre groby zapadnięte, inne zniszczone przez czas, pochylone. Serca waliły nam tak, że byliśmy pewni, że ci wszyscy ukryci w chaszczach bandyci nas słyszą.  Na jednym z lepiej zachowanych grobów koleżanka ułożyła szybko bukiecik i powiedziała rezolutnie : ‘starczy. idziemy’.  Ale ja musiałem przeczytać jeszcze choć jedno imię i te starożytne daty!  Napisy były bardzo niewyraźne. Palcem rozcierałem mech aby je lepiej zobaczyć. Były bardzo dziwne, niezrozumiałe inne litery, których nie znałem. Wtedy przypomniałem sobie książki dziadka, wśród których było trochę niemieckich (dziadek niemiecki znał dobrze), przedwojennych. Wśród nich była pięknie ilustrowana powieść „Robin Hood”, którą dziadek mi czytał tłumacząc na polski, a ja pasjami potem przerzucałem jej kartki oglądając te piękne rysunki. Druk tej powieści był w stylu starego gotyckiego niemieckiego i litery były takie dziwne, trudno czytelne. I doznałem olśnienia – to musi być ten niemiecki alfabet, tylko jeszcze dziwniejszy, starszy widocznie! W tym momencie usłyszeliśmy szelest, ktoś szedł przez chaszcze. Koleżanka wrzasnęła i zaczęła uciekać. No to ja za nią. Nie, że się bałem. Skąd!  Biegłem za nią, by w razie czego ją obronić, oczywiście. Ona pobiegła do swojego mieszkania na drugim piętrze, ja do dziadków na trzecim. Jeszcze zdążyła mi przypomnieć obietnice, że nikomu o tym nie powiem. Nie miałem czasu jej nic wytłumaczyć. A to takie proste! To musiał być cmentarz z wojny, żołnierzy niemieckich, którzy takie okrucieństwa nam zadawali, naszych wrogów śmiertelnych. My, jako Polacy nie możemy chodzić i dbać o cmentarz tych, którzy nas chcieli wszystkich zabić! W tym wieku to było takie logiczne. Etyka dziecka jest bardzo prosta, bez niuansów, czarno-biała.

Tego wieczora, po kolacji, zdecydowałem opowiedzieć moją wycieczkę babci, dziadkowi, cioci i wujkowi. Mamy już nie było, bo wróciła z siostrą do domu, a ja zostałem na noc u dziadków. Jak bywało często i co lubiłem. Powiedziałem z dumą: ‘rozumiem dlaczego nie chcecie żebym na ten zarośnięty cmentarz chodził. I nie ma czego ukrywać. Całkowicie się z tym zgadzam, że Polacy tam nie powinni chodzić. Przecież nie będziemy chodzić odwiedzać grobów bandytów, którzy chcieli nas zabić.’

Zapanowała cisza i konsternacja.  Babcia pierwsza odzyskała głos: ‘co ty mówisz dziecko? Kto ci wsadził do głowy takie idee, że to byli bandyci? Jak można tak mówić o zmarłych? ‘.

Była wyraźnie poruszona i zaszokowana. Jej oburzenie zabolało mnie bardzo. Jak babcia może ich bronić, przecież wyrządzili jej i całej rodzinie tyle krzywdy?! W dodatku zarzucić mi, że powiedziałem coś złego, niedobrego? Krzyknąłem: ‘przecież  to cmentarz hitlerowców, babciu!’ I opowiedziałem szybko, jednym wydechem, cała moją wizytę tam. Widziałem na ich twarzach zdumienie. Dziadek spojrzał na mnie poważnie, spokojnie. Długo. I powiedział dobitnie:

to nie jest cmentarz hitlerowski ani niemieckich żołnierzy.  To cmentarz żydowski i w tych grobach leżą ludzie niewinni żadnych zbrodni, leżą ci, którzy wycierpieli więcej nawet niż my w tej wojnie. Żydzi.’

Od tego momentu poznałem te słowo.  Na pewno słyszałem je wcześniej, pewnie w rozmowach, w zwrotach. Ale od tego momentu zamieszkało we mnie emocjonalnie. Nabrało kształtu człowieka. Słowo, które potem odziało się w szatę wielkiego smutku. I braku. Braku, który do dziś nie jest i nigdy już nie będzie wypełniony. Poznałem potem, w dość już długim życiu, wielu Żydów. Polskich też. Innych też. Zagadnienia, komplikacje, pogromy od ponad tysiąca lat, poczynając od portugalskich, pojęcia syjonizmu, anty syjonizmu, komplikacje izraelskie. Przekleństwa religii, szowinizmu, faszyzmu.  W niczym to nie pomaga. Nie wypełnia tego braku. Mieszkałem przez kilka młodych lat szkoły podstawowej w małym, starym miasteczku mazowieckim. Blisko naszego domu były uliczki zabudowane szeregiem parterowych drewniaków, zniszczonych czasem  domków zamieszkałych przez biedotę tego miasteczka. Przed wojną te domki to była dzielnica żydowska, biegały po tych uliczkach żydowskie dzieciaki, ich matki krzyczały na nich po polsku, w jidysz. W czasie wojny pewnego dnia spędzono ich wszystkich na rynek przy kościele, blisko dużego parku. Musieli tam klęczeć przez kilka dni na bruku. Kto się wywrócił – zastrzelono na miejscu. Nikt z nich do tych domków nigdy nie wrócił.

Z własnej pamięci i wiedzy przypominam tylko dwóch, z miasteczka, które liczyło wtedy ok. 25 tysięcy mieszkańców. Może było więcej, nie wiedziałem. Jeden to był starszy, wyprostowany i elegancko ubrany mężczyzna, który spacerował główną ulicą miasta; drugą była kobieta nazywana ‘wariatką’.  Nie bez przyczyny. Znałem ją, bo pracowała, jako kontrolerka biletowa dwóch kin w miasteczku, „Wrzos” i „Bałtyk”. Była w średnim wieku, mała, szczupła. Ubierała się w dziwnie, nieco wojskowe w kroju czarne spódnice i bluzy, chodziła szybkim krokiem, truchtem w zasadzie i w kinach trzymała w ręku grubą gumową rurkę i goniła między rzędami chłopaków, którzy weszli na seans ‘na gapę’. Waląc ich tą pydą po ramionach i głowie. Kiedyś opowiadałem o niej ojcu i użyłem tego określenia ‘wariatka’.  Ojciec powiedział:  to ja cię z nią poznam , zaprowadzę do jej mieszkania. Tylko nie zadawaj żadnych pytań na temat dużych zdjęć, jakie w jej pokoju zobaczysz.

Tata krótko pracował wówczas, jako plastyk, w największym zakładzie przemysłowym w tym miasteczku. Na terenie tego zakładu było kino „Wrzos”, nad tym kinem tata miał olbrzymią pracownię, a blisko tej pracowni miała maleńkie mieszkanko służbowe właśnie ta dziwna kobieta. Poszliśmy. Prowadzili bardzo ożywioną i ciekawą rozmowę na wiele tematów. Byłem zdumiony jej oczytaniem i dość szeroką wiedzą. Ale czasami jej tok myśli jakby się przerywał, zatykał i mówiła przez moment trochę bez sensu. Mimo to byłem oszołomiony jej … normalnością.  Tak, te fotografie widziałem. I starałem się nie zauważać, jak słonia w składzie porcelany. Na stołem wisiały dwa duże portrety: Hitlera i Himmlera. Wtedy jeszcze chyba Kafki nie czytałem, ale atmosfera wizyty miała właśnie taki charakter. Po wyjściu miałem naturalnie masę pytań. Tata opowiedział mi jej historię. Była więźniarką Ravenscbruck. Nie miała piersi, obcięto je jej (nie dwie jednocześnie, a po jednej, w odstępach czasowych) w eksperymentach ‘medycznych’.  Po wyzwoleniu obozu wróciła do Polski, do tego miasteczka, gdzie miała liczną rodzinę i masę znajomych, przyjaciół. Przed wojną Żydzi stanowili tam większość ludności. Ona przeżyła, więc była pewna, że przeżyli choć niektórzy z bliskich, z przyjaciół. Nie mogła być sama. Ale została sama, nikt nie przeżył. Może jednostki, jak ten starszy, elegancki pan. Ale nikt, kogo znała. Nikt. Miała częste napady lęku, silny (jakbyśmy dziś nazwali) postraumatic disorder. A te portrety? Proste. W jej świecie, świat stary, który w takiej czy innej formie trwał przez stulecia – istnieć przestał. Węc to, co trwało było nietrwałe. Mogło się zmienić w każdej chwili. Kiedy tata pierwszy raz był u niej w mieszkaniu, z rozbrajającą szczerością wyznała: czy pan myśli, że oni nie wrócą? Oczywiście, że wrócą. Drugi raz obozu przeżyć nie mogę. Wiec ich zaproszę do siebie i udowodnię, że jestem największą zwolenniczką Wielkiej Rzeszy w całym mieście. I będę główną kapo kobiecego na całe miasto.

Starałem się potem kolegom wytłumaczyć aby nie krzyczeli za nią: wariatka.

To miasteczko  w dwudziestoleciu po kolejnym odzyskaniu suwerenności rozbudowano i odbudowano z rozmachem. Odwiedziłem je w 2018, po raz pierwszy od lat 70. Nie do poznania. Piękne, czyste, nowoczesne. Śladu po domkach po-żydowskich. W ich miejsce zbudowano nowe bogate posesje, pawilony handlowe.  Nie mam pojęcia czy mieszkają tam jacyś Żydzi. Może tak. Dziesięciu? Stu? Nie mam pojęcia. I jest to bez znaczenia. W tym miasteczku na zawsze też został brak. I smutek. Czy ktoś pamięta o klęczących na bruku, w palącym słońcu, Żydach polskich? Sąsiadach.

(poniżej link/łącze do cz.2 cyklu)

https://kanadyjskimonitor.wordpress.com/2022/10/07/smutek-i-brak-cisza-ktora-trzeba-wypelnic-prawda/