Musings during my walks in Vancouver during my second very short visit

Musings during my walks in Vancouver during my second very short visit

Musings in Vancouver, on February 14, 205. On Valentine  Day, hmmm. Me and Valentine’s Day?  Indeed, peculiar.

I’m seating On Davie Street in my favorite “Melriches” coffeehouse. Yes, having my Valentine cake (excellent carrot cake, moist, with whipping cream and a proper strawberry topping it). No, I bought it myself for myself. It is time to become good to myself.

To that little boy; that hungry for love and the world young man from many years ago, and it is time to say goodbye to the sad older gentleman I have become since John’s passing. No, I don’t dislike that gentleman. That older sad me. How could have he not being sad? It truly was a Greek tragedy that happened to him.

A speaker mounted on the wall above my seat plays some nostalgic melody. A young fellow (in the 30ties or early 40ties) sitting by the next table asks if I recognize the song from the 90ties. I’m startled but answer honestly, that not really, I wasn’t paying much attention to it, but yes, I do remember that style of popular music very well. He tells me the title and the name of the singer and proceeds making pleasant small talk about nice weather (that trick is older than myself and my grandparents, LOL), typical tête-à-tête. I point to my writing pad and the pen in my hand and smile apologetically saying: I’m sorry but I’m sort of busy with my notes.

Too bad – he responds a bit dry, slowly gets up and walks toward the door.

I feel bad yet still nice at the same time and say: but I do sincerely wish you a Happy Valentine and a pleasant day. He slows down and still turns his head and gives a smile and walks out. I do hope he did and my refusal was not taken personally. But it felt good – just that I already had a date with someone else – myself.

A table below me three very pleasant guys (definitely early 40ties, best age if you ask me) talk excitedly with each other (not too loud, though) in German. It surprises me how and when I started liking the sound of German. Of course with the exeption of loud shouting – I’m a Pole after all. But I do remember founding it harsh and hard many years ago. But it truly is not. After many visits to Germany I learnt to like it. Say what you want – but if Kant and Goethe talked in it – it couldn’t possibly be that bad. Does ‘liebe’ sounds harsh? Of course, not!  It sounds as alluring as in French, Polish, English.  Just with a bit of pepper taste to it. But I do love pepper …

I chatted shortly with them. We wished each other happy Valentine and they left.

I will be going soon, too. The cake is gone (despite the big size – it didn’t shocked me that I ate it, LOL).

Yet, I remembered to wish myself Happy Valentine. It wasn’t sardonic or ironic. It was honest. I have earned it. Or I will.

Happy Valentine to you, too – yes, you whoever you are, who reads these words now.

Next day …

Today the weather is opposite of yesterday. My feelings act as the weather, too. Cool, very wet, non-stop light rain, more accurately a drizzle. In a word: ugly. One of these, when using an umbrella seems like an excess, but taking long walks feel like an excess also. Of course, it does affect your soul. 

Suddenly  a strong feeling of longing. A longing to be in Warsaw, to see my loved ones, whom I’m missing terribly. Missing the youngest ones the most – grandchildren of my sisters. Missing the coffeehouses in Warsaw, my walks in the parks alongside the Royal Route (Trakt Królewski)  – all the way, from Lower Mokotów to Rydz-Śmigły Park. It feels like I’m trying to steal my time with them and my city for my own sentimentality and love for Vancouver. That I’m being an egotist. That I’m wasting my meager resources on phantom dreams, and that the egoistic ‘I’ wants to feel good and happy again.

Being happy … do I really even know anymore what ‘being happy means, how it feels?

A little midget seating in some dark corner of my soul screeches to me: where did you get that insane idea, that you are needed by anyone anywhere? What makes you so special to be arrogant like that? People have lives here and people have lives there. You are just a phantom visitor every now and then. But you are not part of their lives. Wishing a Happy Valentine to oneself! What a crazy and self absorbing idea!

He whispers witch metallic tone: the Gods have cast their ballot already!

            But I have stopped paying too much attention to Zarathustra or any other gods (perhaps with the exception of Apollo, LOL), and I will ignore that little gnome from the dark corner of my soul. I will press on to catch the end of my rainbow. It doesn’t have to be the entire rainbow, just one corner – I’m not greedy and don’t need that much. A smile now and then?  I think that maybe, maybe I have earned a tiny bit of it. Very likely, all of you too. If the world forgets sometime – ask for it.

Sum, sic scribo. Jestem, więc piszę.

Sum, sic scribo. Jestem, więc piszę.

Otworzyłem okna przeszłości. Ileż tam tego się nazbierało. Wyłażą ze stron notesów różne twarze, miejsca, uczucia wielkie i małe. Ale miejsca, miejsca są właśnie niesłychanie ważne – to te kamienie milowe ustawione na rozdrożach dróg, które nie pozwalają pobłądzić. Ach, ta ulica na której spotkałem  … itd. itd. itd.

Dzięki pamięci miejsc pamiętasz twarze z tymi miejscami związane. Ba! Wracają uczucia, które tobą wówczas szargały lub otulały ciepłem.

Możesz nawet porównać te miejsca i tamte daty z datami z wczoraj i dostrzegasz nić je łączącą.  Nic nie dziej się bez przyczyny? Nie wiem, czy aż tak można definitywnie to nazwać, ale większość zdarzeń przyczynę ma, nawet, jeśli zapomnianą, oddaloną w przestrzeni czasu i miejsc.

Wczorajsze i przedwczorajsze wędrówki po Surrey i New Westminster, po White Rock wymieszały mi te czasy w jednej torbie przez ramię zarzuconej. Ileż tam tego się pomieściło! Dziesięciolecia prawie. Twarze pokazały się w tym otworze czasu, wrażenia wówczas z czegoś, jakbym to wczoraj widział. Sceny nieistniejących komedii i tragedii w nieistniejącym już fizycznie teatrze. A były. I był teatr, aktorzy, publiczność.

Zaczętą opowiastkę ze zdarzenia połączyć mogę z jej kontynuacją dziś. Choć nie ma tego fortepianu w tym ciągle istniejącym hotelowym barze, pewnie postarzali się chłopcy-bogowie z dżungli Kiplinga, którzy w wówczas w tym barze na wysokich stołkach siedzieli pewni swej nieśmiertelności (a nie wiedzieli, że są chłopcami z kart powieści Kiplinga). Ani, że ja byłem wężem-przyjacielem, nie kusicielem.

(wpis z 26 kwietnia, 2015, Surrey)

Siedzisz wszędzie obok, na dotkniecie palcem, prawie na położenie dłoni na kolanie, na udzie.

Uda masz potężne, jak jakieś wielkie gładkie pnie z opowieści Kiplinga. Indyjskie, więc najsmuklejsze. Bo to jeszcze z czasów przed Nehru, przed Gandhim, przedwieczne.

Mówią, że nie strzyżesz włosów, bo tak nakazuje wiara. Ale brodę i wąsy masz starannie przystrzyżone lub ułożone tak, by podkreślały, uwypuklały mięsistość warg, prowadzących jakimś szlachetnym łukiem współ-praojców ku olbrzymim stawom twoich oczu. Gdyby nie zakrywały ich długie, jak palmowe liście rzęsy – można by skoczyć i pływać w nich godzinami.

Jesteś młodym bogiem, który jeszcze nie wie, że nawet bogowie się starzeją, że nadejdzie ich zmierzch. Że kochankowie słów – poeci, więlokroć krzyczeli z pasją bólu lub pasją radości: zmierzch bogów, śmierć bogów!

Cóż to cię może zresztą obchodzić teraz? Wzruszasz nonszalancko potężnymi i delikatnymi jednocześnie ramionami. Ramionami, które mogą jednako zabić jednym gwałtownym ruchem, jak być źródłem boskiej pieszczoty.

(zapis z 7 lutego, 2025 w Surrey)

            Więc wróciłem drugi raz łyknąć tego powietrza, spić te widoki, jak szklankę słodkiego calvadosu. W lutym, ze śniegiem, z mrozem. A było, jak wiosną pachnącą zbudzonymi przez ptaki łąkami. Zapachami miłości, kiściami winnej latorośli, jantarami wielkich brązowych oczu za zasłoną firanek długich rzęs.

Jak wtedy, w 2015. W tym samym miejscu. Kiplingowe prastare Indie w Kanadzie, między Surrey i Deltą. Miedziana skóra pachnąca ziołami dżungli Edenu. Dwóch młodych chłopców siedzi przy długim blacie hotelowej restauracji. Młody pianista gra na fortepianie melodie, które wie, że znam i lubię.  Uśmiecha się do mnie i szepcze – wiem, że to lubisz, pamiętam. Dawno cię tu nie było.

Chłopcy zamieniają się w gibkie pantery, chodzą powoli między stolikami z ogonami zadartymi sztywno do góry, ślepia utkwione we mnie. Siadają po obu stronach krzesła, na którym siedzę. Wiem, że powinienem być przerażony, ale nie jestem. Jestem zachwycony ich widokiem, drżący w oczekiwaniu. Na co? Nie wiem. Ale te oczekiwanie jest elektryzujące. Będę ich ofiarą czy starzejącym się guru uczącym życia, miłości i śmierci? A wise man of the jungle.

Chłopcy-pantery są naturalnie młodymi bogami i ciągle wierzą w legendy o nieśmiertelności bogów.  Ale ja jestem starym wężem, który widział już wszystko. Widziałem śmierć, trzymałem ją za rękę i za gardło. Widziałem młodych bogów, którzy umierali. Oni są zaślepieni swoją omnipotencją, swym pięknem. Nie widzieli starych bogów, którzy umarli. Sądzą, że przed nimi innych bogów nie było. Ich miedzianozłoty blask pokrył ich źrenice kotarą zasłaniającą im czytanie ze źródła okrutnej prawdy życia. Prawdy jego nietrwałości. Nic nie jest trwałe.

Mimo to, lub na przekór tej prawdy, tej okowy życia … kaskady pasji nie wysychają, nie zamieniają się w pustynny piasek niespełnionego marzenia.  Sny nie zasypiają, są czujne. Nawet czułe czasem.

Podpełznę może do tych nieśmiertelnych śmiertelnych bogów i syknę im ostrzeżenie, zachwieję ich pychę i zarozumiałość.

Nie, nie trzeba. Pewnego dnia, który jest zawsze bliżej niż nam się wydaje, sami to zaczną postrzegać. I pewnie – jak tylu bogów przed nimi – przyjmą to ze stoickim spokojem. Wówczas, w tym momencie zrozumieją nawet oni – bogowie. Zrozumieją nieskończoną trwałość nietrwałości.  Im kruchsza, tym trwalsza.

***

Choć Kartezjuszu kochany, podaj mi ramię. Połazimy uliczkami Amsterdamu. Napijemy się calvadosu. Nie, nie potwierdzaj, dlaczego jesteś ani czemu myślisz. Nie myśl aż tyle. Po prostu bądź. Zachwyć się jeszcze czymkolwiek. Beztrosko. Mimo podejrzeń współczesnych ty upierałeś się, że wierzysz w jednego boga. Rene! Przecież nawet ten twój jedyny bóg miał aż trzy postacie, daj spokój. Wypij jeszcze jedną szklanicę, a co tam. Zaręczam ci szczerze, że nawet, jeśli przestaniesz myśleć na moment, to nie przestaniesz istnieć. Po prostu chwilowo będziesz bezmyślny. Wierz staremu mądremu wężowi, który tyle już widział.

Ale poczekaj, coś jeszcze w szpargałach znalazłem. Z Londynu w 2015. Czekałem tam na kogoś ważnego. Ważnego w moim świecie.

***

(zapis z Londynu, 2015)        

Za chwile już tu wejdziesz, pokażesz się z twoim uśmiechem, twoją młodością pełną beztroski, wzbudzającą zachwyt w tym nierealnym nie zwracaniu uwagi na rzeczywistość. Ale ty nie możesz być inny. Nie wiesz, nie powinieneś wiedzieć więcej. To na razie wystarczy.  Ja też taki byłem. Dzięki temu mogłem marzyć, mogłem sobie pozwolić z rozrzutnością bogacza na nadzieję. Dopiero później, dużo później drzwi i okna szczelnie się zamknęły. I nie na wiele ta ostrożność się zdała po prawdzie. Wystarczyło, że pewnego dnia pojawiłeś się nagle, po raz wtóry w moim życiu. Okna i drzwi wyleciały z hukiem pękających ram i framug. W mieszkaniu stało się na nowo jasno, wiatr wywiał wszystkie trucizny, cykuty z mojej duszy. Zacząłem znowu oddychać. I potem równie nagle wyjechałeś. Wiedziałem, że wyjedziesz, myślałem, że to rozumiem, że jestem silny, że przetrwam. Nie byłem. Pękłem jak stary wazon wypełniony łzami. I teraz pocerowany, dziurawy, zlepiony z nierównych skorupek przyjechałem na drugi koniec świata, by cię spotkać. Do miasta, które zamieniło kiedyś mnie z chłopca w mężczyznę. Mężczyznę, jak ty silnego, wierzącego, pełnego nadziei.  Ale to już było. Żadne miasto nie daje tego daru nikomu dwukrotnie.

Więc jakże cię powitam, mój aniele życia i śmierci? Czy jest niezbędnym w okrutnej szczerości żegnać się na powitanie? A wszak żegnać się przyjechałem. Dotknąć cię jeszcze, pośmiać się razem, upewnić, że masz szansę na życie, na szczęście. Że coś z moich nauk troskliwych, z lekkiego uchylania rąbka tajemnicy bez wyjawianie jej całkowicie zostało. Bo starałem się to tylko robić, gdyś przyjechał z wielkim pytaniem, jak teraz twoje życie będzie wyglądać. A jedną radę tylko dać ci mogłem: ceń siebie. To warto. Dbaj o to dziecko, którym kiedyś byłeś.  I dbaj już teraz o tego mężczyznę, którym będziesz. O co jeszcze? Bo ja wiem? Dbaj też o przetrwanie. Bo jednak przetrwać warto. I biec w międzyczasie, pędzić na złamanie karku. Kochać się, zachłystywać szczęściem. I potem płakać, przeklinać, żałować też warto. Dzięki temu potem można kochać ponownie.

Więc nie będę się z tobą żegnał na tej płycie londyńskiego lotniska. Niech po prostu te dni będą nam jeszcze dane. Niech będą, póki się przed majem same nie zamkną, nie wyjadą gdzieś. Niech będą po raz ostatni i niech ja sam w nie uwierzę. Bo to, że byłem dobrym nauczycielem wcale nie oznacza, że sam lekcję umiałem, rozumiałem do końca. Więc żegnać się nie będę, choć spotkanie ostatnie. Tacy już nigdy razem nie będziemy. Ani nad Wisłą, ani nad Tamizą, ani nad Fraser River.

***

Cóż więcej mogę jeszcze powiedzieć?  Co ze szpargałów stron i notesów przypomnieć? Kim byłem, kim jestem?

Kochankiem? Mądrym wężem? Obojętnym obserwatorem? Dobrze sobie przypomnieć to wszystko, by pamiętać, kim się jest. Tyle tych person przez lata się na siebie nakładało. Wielką cezurą było przejście Wielkiej Straty w 2022. To chyba jedyne, które autentycznie mnie zmieniło w inną personę. Jestem tamten w tej personie, znam wszystkie czucia i uczucia tamtego mnie, ale całość jest już nie ta sama. Tamten i ten obecny ciągle się dopasowują. I wdzięczny jestem tym szpargałom zapisanym literkami składanymi kiedyś, bo pomagają tego złamanego na dwie części człowieka złożyć w jedną, nowa całość.

I widać tego czasu, tego momentu się spodziewałem?  Z innych zupełnie przyczyn, ale już odnajdującego człowieka, który będąc częścią zbiorowości – stoi nieco z boku, poza kręgiem. Oczywiście te króciutkie opowiadanko jest fikcją literacką.  Ale fikcja nie jest kłamstwem. Jest wizją, przeczuciem, przesłaniem może? Może stoję na opustoszałym peronie w Aleksandrowie Kujawskim, skąd kiedyś, osobną pojedynczą linią kolejową jeździły ongiś małe pociągi do Ciechocinka oddalonego ledwie kilkanaście kilometrów od Aleksandrowa?

***

(zapis z lutego, 2014 w Polsce)

            Stał na krótkim peronie stacji kolejowej. Kiedyś były tu świeżo malowane drewniane ławki; przy przejściu przez tory z peronu do budynku dworcowego duży klomb w cementowej podsadzie z czerwonymi pelargoniami. Dziś po klombie została tylko kupka rozsypanego gruzu, a połamane ławki miały charakterystyczny dla kolejowych cmentarzysk kolor rdzy. Pod dachem dworca ciągle widoczny był lekko skrzywiony napis „Miasto”, ale okna i drzwi budynku od lat nie były otwierane.

Mężczyzna chodził po peronie spokojnym, równomiernym krokiem. Ilekroć dochodził do końca peronu zatrzymywał się i spoglądał na zegarek, a po chwili zwracał wzrok w dal, ku zanikającej za zakrętem ciemnej linii toru kolejowego.

Robił to systematycznie, może nawet z pewną dozą rytualnej celebracji. Jednak bez zbędnej teatralności. Mimo wszystko, mimo pewnego dziwactwa, z którym sam się pogodził – nie lubił i nie uznawał nadmiernego ekscentryzmu i celowo wywoływanego zwracania na siebie uwagi innych.  Był, kim był i mało go zaiste interesowało, co inni o tym myślą. Nie zależało mu na ich opinii czy aprobacie. W równej jednak mierze nie miał ochoty konfrontowania ich bezmyślnych zwyczajów, powtarzania obiegowych frazesów i kwadratowej moralności. Od długiego czasu nie miało to dla niego najmniejszego znaczenia. Nie zastanawiał się nawet nad tym więcej. W przypływie wyjątkowej aktywności wzruszał zwyczajnie ramionami. Nie stali się dla niego obcy, wrodzy. Stali się po prostu przybyszami z innej planety. Mówili ciągle tym samym językiem, ale symbolika i znaczenia słów ulegały powolnym zmianom, aż do momentu całkowitej przemiany.

Ich leksykon używał ‘jest’, jego zatrzymywał się na ‘możliwe’.  Pociągi przejeżdżały jeszcze przez stację zwalniając nieco biegu, nie zatrzymywały się jednak więcej. Czasem ktoś pomachał z otwartego okna chusteczką, uchylał wówczas kapelusza w geście ukłonu i pozdrowienia. Lubił nimi jeździć, wsiadać do tych przedziałów, kiedy się jeszcze na tej stacji zatrzymywały.  Słuchał opowieści towarzyszy podróży o miastach, z których jechali i miastach, do których zmierzali. Wracając do domu wyciągał z półek książki i atlasy o tych miastach. Uczył się ich ulic, parków, kawiarni, kościołów i galerii sztuk.

Gdy zasypiał spotykał się na romantycznej randce w jednym z tych parków z piękną kobietą, która nawiązywała z nim uroczy flirt. Potem szedł na ławkę pod znaną galerią obrazów, gdzie czekał na niego serdeczny przyjaciel. Ten brał go pod ramię i szli nadrzecznym bulwarem dyskutując o Spinozie i Kartezjuszu.  Jakież to były wspaniałe rozmowy!

Następnego dnia wstawał wypoczęty, uśmiechnięty, zakładał świeży krawat, szedł do jedynej kawiarenki w rynku tego miasteczka, wypijał kawę, zostawiał pieniążki na blacie i wychodził kłaniając się kelnerce. Ta zwyczajowo pytała: już pan wychodzi?  Tak – odpowiadał – śpieszę się na pociąg.

Drogi Rene de Carte, Kartezjuszku kochany – tym razem to już koniec zapisków, opowieści. I naszego spotkania, naszej pogawędki.  Ot, szklaneczka też pusta się stała. Czym coś ci wyjaśnił, pojęcia nie mam? Ty myślisz, więc jesteś. Ja myślę, więc piszę.  

Szkice z tamtego brzegu

Powiedzmy sobie, że jest rano. Czytasz gazetę (o ile czytanie gazety dziś nie wydaje się aktem anachronicznym lub wręcz formą jakiegoś protestu intelektualnego) na szpaltach ostatnich stron. Coś, co kiedyś określano, jako kroniki towarzyskie: kogo z kim i w jakiej kawiarni widziano, kto z toastu zrobił manifest polityczny lub improwizację poetycką, kto się wstawił na przyjęciu, a kto w kogo objęciach tańczył na parkiecie w popularnym klubie. Takie tam ploteczki.

Powiedzmy teraz, ze autorem takich ‘kronik’ nie jest zwykły reporter na dole skali talentu literackiego, a ktoś, kto jest bardzo dobrym pisarzem, obserwatorem życia. Efekt opisu tych samych zdarzeń diametralnie inny od zwykłej ploteczki towarzyskiej.

Na przełomie lat 80. i 90. pojawili się pisarze bardzo przeze mnie i mojego męża lubiani (głównie przez mojego męża namówiony byłem do ich czytania, bo naturalnie moje apetyty literackie był z wyższej intelektualnie półki, LOL). Znaczenie bezwzględnie miał fakt, że byli to pisarze nieomijający, (choć nieskupiający się usilnie tylko na tej tematyce) tematów otwartej seksualności. Seksualności homo.

Nie, nie mówię o książkach erotycznych czy pornograficznych, które wówczas w środowisku LGB (ten skrótowiec miał wtedy tylko trzy litery) były masowe i wydawane masowo przez dziesiątki wydawnictw tej tematyce poświęcone. Były to wszak ciągle czasy przed wszelkimi aplikacjami telefonicznymi, przez monstrualnym Pornhubem, erotyką i pornografią wszechobecną w telefonach, komputerach, czatach i innych licznych aplikacjach.

Mam namyśli głównie Augustena Borroughsa, Davida Sedarisa i Douglasa Couplanda. Wiem, że Coupland może tu trochę nie pasuje, ale wytłumaczę dlaczego jego wymieniam. i od niego jednak zacznę, gdyż z formalnego punktu widzenia istotnie tematyką LGB w omawianej książce się nie zajmował. Poza tym – trudno szukać innych intelektualnych kombinacji usprawiedliwiających ten wybór – z prostego faktu, że jestem wankuwerianinem (wankuwerczykiem?). To w tym mieście spędziłem najdłuższy i najbardziej aktywny okres mojego życia. I najszczęśliwszy.

  • Hey Nostradamus! Coupland wydał w 2003 roku[i] Cała rzecz dzieje się na przestrzeni lat 1980-2000. W okolicach obu brzegów Iron Workers Memorial Bridge, który spina Północny Vancouver ze Wschodnim Vancouverem w przemysłowych okolicach Portu Zbożowego.

Tu właśnie wylądowaliśmy z Johnem (moim mężem) w styczniu 1994, na odległość ‘rzutu kamieniem’ od tych miejsc, na Capitol Hill przy Hasting Street.  Mówić, że znaliśmy te miejsca, uliczki i biznesy, jak własną kieszeń nie jest absolutnie przesadą. Nie tylko miejsca, ale i ówczesną atmosferę tych uliczek. Dość wtedy podłą. A jednocześnie … swojską. Nie pretensjonalną? Vancouver lat 80 i 90 niewiele miał wspólnego z Vancouverem lat XXI wieku. Szczególnie te dzielnice Vancouveru.

Cała, nietypowo skomponowana, powieść jest de facto peanem wielkiej miłości i wielkiej straty. Czegoś, co bardzo silnie do mnie przemawia. Nie, nie ma w niej stricte sensu wątku gejowskiego, lesbijskiego, ani niczego, co można by nazwać homo. Ale Vancouver tamtych lat to miasto wyzwolone, miasto wrzące od zbudzonych praw i akceptacji środowisk LGB. A miłość, romans i ich pragnienie leżały u podstaw tego przebudzenia. To właśnie kilka uliczek tylko wyżej od akcji powieści (po drugiej stronie Hastings Street) był już wówczas cały świat lesbijskiej emancypacji – Commercial Drive pełen ,męskich’ typów butch woman. To tutaj, w tymże Vancouverze, ja z Johnem oficjalnie byliśmy parą. Tutaj, jako common law para, a nie dla wygody dwóch razem mieszkających kolegów, zaczęliśmy istnieć legalnie: jako parę zatrudniono nas w dużej kompanii żeglugowej, jako para płaciliśmy wspólnie podatki federalne i prowincjonalne. Więc lata 90 w Vancouverze były prawie pełną emancypacją praw LBG i niejako legalnym zatwierdzeniem równoległości tych praw z prawami większości heteroseksualnej. Powiedzeniem – wasza miłość jest równie ważna, jak nasza. A to jest kwintesencja bytu. I stąd Hey Nostradamus! Couplanda jest też książką o nas. Książką o miłości.

Jest jednocześnie wielkim reportażem literackim wkomponowanym w kanwę literackiej fikcji. Szczegółowość detalu opisu domów, mieszkań, ulic, okolic całej Doliny Fraser River jest wręcz zadziwiająca. Co kilka stron ten opis był tak realistyczny, że natychmiast sam w nim się odnajdywałem. Każdy fragment nie tylko miasta, ale i kompletnie dzikich i odległych od tego miasta okolic był mi znany. Fragmenty rzeki Chilliwack, oślizłe kamienie na tym dopływie rzeki Fraser, krzaki, dzicz i religijny fanatyzm okolic Agassiz. Gdy autor opisuje potężne czarne lasy, gdzie głębokie mchy kryły równie głębokie nory, w które zapadało się po kolana a i wyżej – to były lasy, po których chodziłem. Dokładnie wiem, w którym miejscu to było (Coupland opisuje tu tylko sytuację, a nie podaje dokładnie położenia tego miejsca, być może nie znał go z osobistych wędrówek – ja mogę to miejsce ‘palcem’ na szczegółowej mapie wskazać – tuż przed zakładem karnym, nieco powyżej pędzącej Chilliwack River, około 6-10 kilometrów od jej początku: emeraldowego Chilliwack Lake), z kart powieści przenosiłem się w fotograficzną pamięć moich tam wędrówek.

Więc ta powieść Couplanda z jego fikcyjnymi, pasjonującymi charakterami jest jednocześnie literackim reportażem miejsc akcji. Ten opis miejsca nie jest tylko realistycznym, naturalistycznym tłem – sam w sobie jest esencją tego miasta i okolic, jest – w pewnym sensie – kanwą powieści, równoległą do historii bohaterów powieści. Fascynująca lektura.  Mógłbym sugerować, że Douglas Coupland w Hey Nostradamus! był literackim odpowiednikiem Bolesława Prusa i jego Lalki – portrecistą swego kochanego miasta.

W tym szkicu interesuje mnie u tego autora właśnie ten w tle ukazany reporterski portret miasta. Ale gwoli sprawiedliwości należy krótkie synopsis treści podać.

Zasadniczo mamy do czynienie z dwoma głównymi bohaterami: Jasonem i Heather. Drugoplanowe, ale bardzo ważne postacie to: ojciec Jasona, Reg i krótko ukazana, ale bardzo ważna postać Cheryl. Jest szereg innych postaci, dobrze zarysowanych i z ważnymi rolami, ale to już w tle tylko.

Cheryl jest tu młodą uczennicą szkoły średniej (faktycznie taka szkoła w tym miejscu istniała). Chodzi do ostatniej klasy. Jason jest tam też uczniem. Oboje ulęgają wpływom i naturalnym w tym wieku rodzącym się pasjom. Ale Jason ma silne, wyniesione z domu nakazy religijne, ma je też – być może silniejsze niż sam Jason – Cheryl, która ma związki ze szkolną quasi fanatyczną grupa religijną. Seks tylko w związku małżeńskim. Młoda para wyjeżdża w tajemnicy przed wszystkimi do Vegas i tam biorą ślub w jednym z popularnych wówczas kapliczek ‘drive through’. gdzie nikt o nic nie pyta, prócz tego czy nie są w innym związku małżeńskim.  Nikogo nie interesuje też czy mają legalne, niepodrobione dokumenty. O paszport w ogóle nikt nie pytał, co było wówczas naturalne. Sam do Seattle jeździłem z prawem jazdy, jako jedynym dokumentem tożsamości. Inne były czasy przed nine-eleven (zamach w Nowym Jorku).

Cheryl ginie w niespodziewanej, niesamowitej masakrze wywołanej przez chłopców z tej grupy religijnej w stołówce szkolnej. Jason zdążył ją tylko konającą uchwycić w swoje ramiona zanim oderwą go od niej policjanci i sanitariusze.  Po kilku latach ożeni się ze starsza od niego Heather. Ale cień Cheryl nigdy ich nie opuści. W pewnym momencie znika Jason, rozpływa się, jak we mgle. Heather, kochająca go bezgranicznie rozpoczyna własne postukiwania Jasona. W trakcie tych poszukiwań, poszukiwań nie tylko fizycznego Jasona, ale chociażby jakiegos powodu, jakiejś przyczyny jego zniknięcia następuje jej ponowne zbliżenie z mitem CXheryl, z rodzina Cheryl i bratem Jasona, jego dziećmi. Zbliżenie ze skomplikowaną, w zasadzie odpychającą, postacią Reginalda (Reg) – ojca Jasona. W pewnym momencie staje się ofiarą oszustki, podającej się za łącznika –medium ze światem umarłych.

Czasami czytelnik wie już rzeczy , o których ona jeszcze pojęcia nie ma lub jest ledwie u skraju odkrycia pewnych fragmentów jego przeszłości. Struktura poszczególnych części jest chwilami męcząca i wymaga koncentracji przez wtrącanie nowych wątków lub nowych spojrzeń na znane już (lub właśnie znanych niewłaściwie) na ocenę kogoś lub czegoś. Gdy to zauważymy … jesteśmy już zbyt zaangażowani w całą powieść, by książkę odrzucić. A to dowód talentu pisarza. Trochę to przypomina wspinaczkę na jakiś szczyt: gdzieś, na którejś półce skalnej lub załomie skalnej ściany mamy w zasadzie dosyć. Wspinamy się już długi czas twarzą zwróceni do tego samego zbocza, a szczyt z obiecaną wizją horyzontu ciągle wydaje się tak daleko, wysoko. To się chyba nigdy nie skończy! Ale zainwestowaliśmy już zbyt wiele wysiłku w tą wspinaczkę, by się poddać i wracać z uczuciem pokonania i klęski. Tak, jak w tej powieści. Już chcemy odłożyć zmęczeni, że na kolejnej stronie nie ma oczekiwanego rozwiania wątpliwości, bo ileż razy można bez przerwy iść dwa kroki do przodu i trzy do tyłu? A nie odkładamy, bo chcemy jednak wiedzieć, zbyt się w ta historie i losy jej bohaterów zaangażowaliśmy emocjonalnie. To dowód talentu pisarza i świadomości, jak konstruuje powieść.

Wszystko to ma silne elementy świetnie napisanego kryminału o wielu wątkach. Ale kryminałem nie jest, jest powieścią o wiele głębszej wymowie, tkance. I jest – abstrahując od tkanki literacko-prozatorskiej – analogicznie pisanym świetnym reportażem tamtego miasta. Vancouveru i mojej młodości. Polecam serdecznie wszystkim, którzy kiedykolwiek w tym mieści lub okolicach mieszkali, zwłaszcza w tamtych czasach.

post scriptum:

reporterska potrzeba opisania rzeczywistości, jak ją się faktycznie postrzega naturalnie nie musi iść w parze z artystyczną wizją pisarza. Wydarzenie (masakra w szkole), które było genezą powieści – nigdy w Vancouverze nie miało miejsca. Coupland posłużył się tu straszną masakrą w szkole amerykańskiej w Columbine w Colorado, USA w 1999.


[i] „Hey Nostradamus”, Douglas Coupland; wyd. Vintage Canada (Random House), Toronto.Kanada; s.244

Eh, Sirius, Sirius … are you serious?

Eh, Sirius, Sirius … are you serious?

I did usually hunt for Moon (many times, LOL). for Venus (typical woman, timid and tricky, LOL), as for our own Sun – more than I should have, LOL. I was able to spot Orion from the Atlantic coast hanging from it’s cosmic street light post. But Sirius always was tricky. Today I choose a perfect night – clear and bright of of all the stardust flickering as on Christmas tree.

Tripod set steady an here we go. Only 8.5 light years away. What’s a light year for a dreamer? Nothing, really. Sirius being actually a binary star is often fluctuating in light waves and it shows on some of the photos. On one or two, I think, you can see the little sister of Sirius as a bluish spot. And yes, Orion is not far away, nor the two vey angry hunting dogs: Canis Major and Canis Minor protecting Sirius from very serious hunters set to destroy our star – the twins Castor and Pollux. On the other hand – what does it matter if the huge giant-star Antares could explode any day now. And I mean it is a huuuuge red giant. And it will collapse any second, and the show will be visible from Earth. Unlike another star that visited Vancouver recently – for that Antares show tickets will be free, LOL. Grab you folding chair and get ready. Really – anytime. Anytime between tomorrow and a … milion years from now. You see, the stars are extremely finicky, their concept of time is very much not in line with ours. But that I can’t fix. Not even with my old camera. Goodnight now.

Trails, Sun and Moon above Okanagan Lake

Trails, Sun and Moon above Okanagan Lake

During the long Pleistocene there were few glacial movements in what is known now as an Okanagan Valley. It created an amazing mixture of land and water formations near Kelowna. Of course Okanagan Lake, the largest depository and former deepest channel of the glacier as it retreated from these lands. But there is multitude of smaller lakes stretching to Shuswap and Arrow Lakes to the east and multitude of smaller lakes in the mountains and hills surrounding the valley. Between – a maze of streams and small rivers feeding middle size lakes (Maramata, Kalamalka and Wood – to name just a few) or the huge Okanagan Lake.

Today I went for trek to some of the high hills (mind you – still hills, not proper mountains) on the southeast above Kelowna. It is a mixture of grassland and small patches of wooded area with pines and shrubs. Human habitation is ever encroaching there, as people build more and more monstrous mansions higher and higher.  Still, I hiked higher and further. At a certain spot, traversing a deep gully with very steep sides I have noticed a narrow trail from the bottom to the other side. As the gass was half frozen and numerous patches os snow made it slippery, I gladly took that narrow trail. I realized quickly that it was narrow for a good reason – it was not made by other hikers but by animals. The only marks I found were those of coyotes and very distinctive footprints of a bear. As the slopes were very steep, I couldn’t see what was on the other side and ascertain how fresh the footprints were. My chances of running very quickly on that terrain were rather slim. But today our paths did not cross… , LOL.  I followed, were I could, old existing trails: aptly named Hoodoo Trail, Coyote Trail and Grassland Trail. In parts – mostly it was just the grassland and the trails appeared and disappeared under the grass and snow.  

The view from these hills toward the city far away and the mountains above me was just amazing. An eagle was screeching angrily at me – go home! And laughingly I yelled back at him: never you mind, I will not bother you, go away! Which he did flown away from hi s nest on one of the tall pines. The eagle also gave sign that a true spectacle was just about to begin: the absolutely stunning sunset on the west side and almost full moon on the east. It was something to behold. Hope my camera captured part of it. Enjoy.

On John’s street in Kelowna …

In the middle of Kelowna there is a magic street called ‘Graham Road’. It is magic not only because of the name (my husband’s and soulmate) but because it is magic during the Christmas time. We went there tonight with my cousin, a good week after Christmas – but there was still plenty to marvel at. Check it out yourself. And next time you are during that time – remember to go there for a walk or drive .

… and few more from her own magical winter adobe

An ode to Stanley Park

An ode to Stanley Park

There is a place full of magic. Place that deserves an ode, a poem. But a poem that you, the Reader, will have to write using your own words. I will just offer you some imagery captured on camera during my last visit to Vancouver ( a city full of its own magic and beauty). Therefore, without further ado, let me take you for a walk through that magical place.

Spacer cienia – Walk of a shadow

Spacer cienia – Walk of a shadow

Chodzę moimi ulicami, zaglądam do moich kawiarenek. Do Naszych Miejsc. Uśmiecham się do mijanych ludzi, rozmawiam nawet z nimi.

Nagle spostrzegam, że jestem cieniem. Spoza ich świata, poza nimi, obok. Nie, nie umykam chyłkiem, jak złodziejaszek kieszonkowy, jak przemytnik. Ale przenikam między nimi jak cień właśnie. Taki nie całkiem materialny.

Siedzę teraz w jednym z pokoików naszego Queer Community Centre[i] na rogu Davie and Bute. Lubiłem tu przychodzić. Sam, z Johnem. Taki dom poza domem. To tu był pierwszy w historii nowożytnych olimpiad oficjalny Gay Olympic Pawilon (Pride House)[ii]. Po tamtej Olimpiadzie takie Pawilony stały się normą sankcjonowaną przez MKO (Międzynarodowy Komitet Olimpijski). Uroczy recepcjonista wita mnie z uśmiechem i pyta czy ma mnie oprowadzić. Uśmiecham się, znam tu przecież każdy pokoik i zakamarek; przesuwam się bezszelestnie (cienie robią to świetnie) korytarzykami do jednego ze znajomych pokoi, siadam przy stoliku, otwieram notatnik i piszę właśnie te słowa.  

Nałkowska używała w swoich Dziennikach często ten zwrot przy kolejnych wpisach: i znów zaszła zmiana w polu mojego widzenia. Ale tu teraz to nie pasuje. To ja – patrzący – przeszedłem zmianę.  Stałem się przeźroczystym cieniem.

Ile jest takich cieni spacerujących ulicami?  Czy mijam ich sam na skrzyżowaniach nie zauważając nawet? Może moja transformacja jest jeszcze za świeża, jeszcze nie zadomowiła się w mojej świadomości? Niełatwo, bo jeszcze słyszę stuk mojej laseczki i uderzenia cholewek na krawężniku trotuaru.

(English version)

It has been so peaceful and pleasant for the first few days here. Here – back to Our Home, Vancouver. You walked with me; you held my hand. At times – it seemed – you placed a kiss on my cheek.

But it changed abruptly. I noticed it on my second trip to Downtown Vancouver. I was alone. You were nowhere to be seen, to be touched. You were gone. As I know that you are.

Today I ventured closer to our first home on Capitol Hill in Burnaby, as I went to Commercial Drive in East Van.

Commercial is a lovely stretch of space between Hasting and Boadway, that contains people, their laughter, neighborly shopping in plentiful little shops, cafes. It is also a perfect mix of rich and poorer, accountants, architects and artists and artisans. Went to the Cultch Theater – the last play I have seen there years ago was a very good adaptation of “Waiting for Godot”, we went there to see it together, with You.

Stopped by Your favored shop on the corner of Commercial and Venables. Later I had sweets and excellent coffee in one of the cafes.

I looked everywhere. In vain. It came to me in a physical, sharp pain. As if something heavy and cold penetrated my heart. Something that screamed at me angrily: he is not here! He is gone! Oh, I so wanted to pick up a street fight with that screaming ugly IT, have even raised my walking stick a bit, was ready to shout back at IT: you are a liar! He is here, with me!

But there was no one around to scream at. The Screamer was not material, was invisible. But it was loud and clear.

You attempt to re-fight battles that you have had already lost is always futile.


[i] qmunity.ca

[ii] 2010 Olympic + Paralympic Games, Vancouver + Whistler, Canada | Pride House International

December walk through Ladner

There are big metropolis like Rome, New York, Vancouver, Paris; there are big cities, major centres of commerce, trade, culture; and there are small towns. These towns are often unknown little gems, picturesque, quaint. Known only to their residents, and few neighboring, equally small communities.

Such is Ladner in British Columbia Lower Mainland. It is actually located near a major artery leading to largest Ferry Terminal connecting Vancouver to Vancouver Island – but hardly anyone from these travelers stop in this little historic town.

It is a charming community. There are buses here, but the truth is that once you are inside – you can get anywhere by foot or biking. Have been here numerous times years ago, when I lived in Vancouver. Now I have come back for a few days to stay with some friends. And did that picturesque walk with my camera. Summer is of course preferable time. But beginning of December offers the chance to see the Christmas lights and decorations. Sometime it feels (after dark especially) like you are in a fairy tale. Here are some pictures from the historic centre of it.