KOSMOSY

KOSMOSY

W dali sinej, za taflą żywej,

drgającej powierzchni morza,

gdy gwiazdy są dalej niż bliżej,

nadchodzi różowiejąca zorza.

Po tamtej stronie cieśniny maluje

szare góry czerwienią świeżą.

Górzysta wyspa zna to, poznaje, czuje.

Duszki z kotlinek wesoło do niej bieżą.

Kiedyś, później, po dniach, po czasie

wszystko mgła obroczy, pokryje.

Wspomnę o tym, o tej wielkiej masie

słów, widzeń – i ta fala też odpłynie.

               

Przenoszą się światy, kontynenty. Życia nadbiegną rozbudzone, otwarte na spotkania. Otwarte na drugiego człowieka. Gdy się zetkną dreszcz ciekawości przebiegnie od naskórka warg do trzewi, głęboko. Chciałbyś tak trwać w tym spotkaniu, tym dotyku, tym pocałunki do końca tych dni, do dna tych oceanów i delt, gdzie rzeki giną w ich objęciach.

Grzmoty pędzą na rydwanach gwiazd, płynie blady strumień poświaty księżycowej. Gdzieś w wielkie Czarne Dziury Nicości wpadają te gwiazdy roziskrzone ciągnąc za soba w czeluść warkocze planet i planetoid. Światy, które mogły być, rodzić życie i miłość. I przestaną istnieć nim pojmą, że istnieć mogły. Nim narodzi się w nich świadomość bytu i tęsknota miłości.

Czasem … czasem westchnę ze smutkiem, żalem może, że nie byłem wtedy, w tym momencie napotkania Niebytu tam właśnie na tych planetach, których już nie ma. Kiedy światło ginie w takiej Dziurze, giną i topią się wspomnienia. Więc nie ma pewnie wówczas żalu, nie ma bólu i radości wspomnień.

Ot, taki relatywizm życia, gdzie każda rzecz, każde wzruszenie i piękno każde jest równie ważne, co ich brak. Pewnie łatwiej wówczas. Ale czy łatwiej, gdy puste może mieć wartość jakakolwiek? Czy puste może mieć znaczenie, być drogie?

Codziennie z balkonu spoglądam na drugi brzeg wielkiej rzeki pod moimi oknami. Patrzę, gdzie w miejsce, gdzie stoi nasz dom. Dom, w którym już nas nie ma, bo nie ma ciebie. Ale byliśmy tam razem, kochaliśmy, chodziliśmy na spacery, na zakupy. I była w nim nasza miłość.

Ta miłość ciągle ogrzewa mnie cieplej niż jakakolwiek poświata księżyca, jakikolwiek  czerwony zachód słońca. Bardziej niż światło najjaśniejszej gwiazdy na nowym firmamencie nieba.

Więc kuszenie niebytu, obietnica ciszy oferowana przez kosmiczną Wielką Dziurę nie wabi mnie, nie nęci. Ból jest też ważny. Tęsknota jest niezbędna, bo przypomina o szczęściu. O pięknie, nawet gdy przelotne. Wielkość, znaczenie piękna mierzone jest wielkością i ciężarem bólu, jaki po nim nam zostaje.

(poniżej link do Debussy ‘Claire de Lune’)