Fisherman’s Cove, the Sea and Sky

Fisherman’s Cove, the Sea and Sky

What do you do, when you can’t sleep? You go outside for a walk, in the snow and wind. At ten, then at midnight, then get a short snooze and go again at 4. It is not dark anyway, for the snow makes it all one milky, eerie light. Take another snooze and — it is morning the next day, LOL. Somehow you have a strong pain in your right temples and pain in your right ear. Stroke? You speak loudly and the words appear to be coherent and proper, go to the mirror and your eyelid and mouth don’t seem to be drooping, LOL. Then it must be just an ear infection. Dosn’t matter. What is the best for a cold? A cold excursion to the countryside! Camera in hand, a quick coffee, and off we go. Was able to catch even the Moon in full sunshine!

Camera, poetry, and Yule in Halifax – with John

Yule in Halifax

Do  you still notice the odd things

and the normal things, expected?

Did you hear the song of the waves

yesterday – when it came to our feet,

caressing, enveloping them in a soft

foamy embrace like a kiss?

Do you still follow me on these walks,

my walks of our talks, our love and pain?

Forlorn shores of foreign land that

separated us. But it failed, it failed, I say.

I scream – it failed!

The land on the edge of Canada,

precipitously looking at the abyss

of cold North Atlantic waters.

But we walked on these edges

holding hands, touching limbs and lips.

I still pull you, like a fisherman dragging his net

from the bottom of a cold ocean,

and I bring you to my boat and we sail.

We sail, I say.

I scream – we sail!

With the wind in our lungs,

hope in our hearts,

and memory locked forever:

at the sea, in the forest,

on mountaintops and in deep valleys.

Come with me to the narrow streets

of this old town of sailors and soldiers.

Let’s go at night and celebrate Yule.

Celebrate the way we never did

while we were alive!

(Halifax, Dec.26.2023; by B. Pacak-Gamalski)

Christmas Day and the gods of the sky: Sun and Moon. And Poseidon, of course.

Christmas Day and the gods of the sky: Sun and Moon. And Poseidon, of course.

Noc dobra nie była. Dusiła, tańczyła na łóżku, tarmosiła pościel, skrobała pazurami długich stop po podłodze.  Telefon zza oceanu o jedenastej rano zbudził z majaków, potem drugi, stamtąd też, ucieszył. A za oknem piękne słońce nowego, bożenarodzeniowego dnia.

Dwie więc wycieczki zrobiłem – pierwszą do Dartmouth,  do parku Dillman koło Alderney –  a później drugą jazdę na plażę ulubioną koło Lawrencetown – Conrad Beach. W pewnym momencie z nad oceanu świeciła oślepiająco złota grzywa konia z rydwanu Heliosa, a z drugiej, od strony moczar słonowodnych, okrągła, wielka twarz Księżyca w pełni. Czy noc czy dzień do diaska? – pomyślałem i uśmiałem się. A nadbiegająca prędko fala zalała mi buty i zmoczyła skarpety. Chcąc – nie chcąc miałem kąpiel. Nóg tylko co prawda, ale kąpiel jednak. A niżej widoki rannego, bożenarodzinowego Halifaksu i Dartmouth.

The night between Christmas Eve and Christmas was bad. As bad as I suspected it was going to be. Sleepless, despite staying up very late, watching TV, listening to music.  Something was moving the covers on my bed, something was scratching the floor, scratching the walls with a long, yellowish toenail. I must have dose off in the morning when an 11 am call woke me up. A happy, good call from the other side of the ocean. With dear voices of very special and dear people.  I got up refreshed. The sun was bright outside and I took my camera and went to Dillman Park near Alderney in Dartmouth. Went back home to grab a light breakfast, grab my camera again, and drove to Eastern Shore to my favored Conrad Beach. John liked it, too. It was a gorgeous day there. From the ocean side a huge, flaming head of the Sun-god, opposite the Sun, rising above the marches on clear blue sky, full Moon appeared majestically. Looking with my camera at the two gods of the Sky I did not pay attention to my feet and a quick wave covered my shoes and ankles. Well – it was a beach, it was sunny so I had at a least partial bath. And liked it.

Symphony of colours, baroque music, and chat with you.

Today was going to be a nice day. I know, you almost suspect that the next sentence would read: but it wasn’t.  To a certain degree, you are right: it wasn’t a nice day – it was a splendid day.

The next seven days they say it will be very rainy and extremely windy, stormy. Local floods and power outages are expected. But I must go to Pictou and spend some time with you there. It was going to be, after all, our home. Maybe not the epitome of my dreams – but I know it would make you very happy to be next to your brothers, home by home. And my dear, silly Boy – it isn’t Paris, Warsaw, or Barcelona, not even my dear Vilnius or Prague, where I would be happy. I would be happy working on our last home where you would be happy.

I know, in the end, the Fates had other plans, plans that destroyed ours.   But you end up there, in Pictou. With your Mom, your Dad, and now with your older brother, too. It became your home before it had a chance to become mine. Therefore, as Christmas is approaching, I had to go before the storms to be with you.

All the way to Pictou from Halifax, I listened to the best of the best of baroque music. I have said many times that I have very mixed feelings about that epoch in music. I know – Haydn, Bach, Vivaldi, and early Mozart. But, at times it just makes me cringe. It often feels like a tight corset that makes your chest scream for air and freedom.  Then again, at times – nothing soothes you better than old, familiar fugue, like an old shirt or warm morning robe.  Today was one of these days for baroque.  Predictable, well composed, elegant.

Little did I know what you had in plans for me on my way back. A symphony of colours, shades, and hues in the sky I could not imagine possible.

Just one note of my experiences with sunsets: mind you almost my entire life, the adult part anyway, I have spent on the shores of oceans or in the valleys and peaks of big mountains. And many, many years of sailings on ships; I have been to most Polynesian islands and their beaches. In a word – I know a thing or two about sunsets.  Yet, nothing prepared me for the gift you made me today on my way back to Halifax.

And you must know of that special part of Highway #1 from New Glasgow to Truro. It is just like someone was planning a road to be a panoramic exhibition. Almost every season. Particularly beautiful during the glory of Autumn, with the dark hues of evergreens mixed with flames of red, yellow, and gold of other trees. At times it is almost dangerous to drive there as you try to concentrate on the highways and not as much on the panoramas.  Today – you thanked me for our visit and chat with the sky. It was just breathtaking.

There is also something to say about the spookiness of old, local cemeteries that with certain lithing make you feel like watching some old Poltergeist movies. Just saying.

Île-Royale – voila!

Wyruszamy rano z Halifaksu.  Można było jechać bocznymi szosami, wzdłuż fantastycznego Wschodniego Wybrzeża, pełnego zawijasów, mijanych jezior i co raz to nowych widoków atlantyckich zatok, zatoczek i zalewów.  Ale to strata, mimo wszystko, ponad dwu godzin dodatkowej jazdy, a dni już co raz krótsze – październik. Jedziemy więc trasą główna od Halifaksu do Truro i stamtąd na północ, przez New Glasgow, do Antigonish.  Szosa wygodna, szeroka, w zasadzie bez przerwy czteropasmowa, oddzielająca przeciwne kierunki ruchu szerokim pasem zieleni.  Znam dobrze, bo tego lata jeździłem nią wielokroć do naszych działek w historycznym Pictou trochę teren tam oczyszczając i budując w naszym lasku mała szopę na narzędzia i ewentualny, spartański nocleg.

Nowa Szkocja, szosa z New Glasgow do Antigonish, X.2020

Dużo lasów po obu stronach, a od rozjazdu w Truro już de facto bez przerwy przez lasy i co raz wyższe wzniesienia, pagórki. Wszędzie widać kolory złotej i czerwonej jesieni, wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą ciemno-zielonych świerków i jasno-żółtych brzóz. Tak, tak, niczym u Mickiewicza w Inwokacji. Bo też te moje wędrówki zawsze chciał-nie-chciał wywołują w pamięci jakieś inne, literackie widoki: a to pani Orzeszkowej „Nad Niemnem”, a to Broniewskiego szeregi topól nadwiślańskich, Iwaszkiewicza włoskie pejzaże lub ukraińskie powroty. Od tych serdecznych kajdan przeszłości uciec nie mogę.  Wszak one nie ciążą. Przeciwnie, są miłe.

Od tysiącleci wyspa była miejscem pobytu stałego lub jedynie w sezonach polowań i rybołówstwa, przez ludy szczepów L’nu, dziś określane, jako Mi’Kmaq. Mają tam do dziś dość obszerne tereny.

U schyłku XV wieku pojawił się John Cabot (Giovanni Caboto). Jego szlakiem wybrzeża Cape Breton odwiedzane były często dla bogatych połowów przez rybaków portugalskich, Bretończyków i Basków. Jednak prawdziwe, choć bardzo nieliczne, osadnictwo przypadło dopiero u końca pierwszej połowy XVII wieku i przypadło osadnikom szkockim. W wyniku Traktatu Utrechckiego w 1713 wyspa została oddana królowi Francji i została częścią Nowej Francji. Od tamtych lat, do końca wojny Trzydziestoletniej, przegranej w Europie przez Francję, nosiła nazwę Isle Royale i była celem osadnictwa francuskiego. W 1763 wróciła w posiadanie korony brytyjskiej.

Bardzo gęsto zalesiona, z licznymi rzekami, jeziorami, stawami, ostrymi skałami i górzysta w północnej części, oddalona od głównych szlaków handlowych nie była terenem łatwym ani wygodnym do osadnictwa. Długo bardzo, bo aż do początków XX wieku posiadała tylko nieliczne osady wzdłuż wybrzeży atlantyckiego i od strony Zatoki św. Wawrzyńca. Najczęściej odseparowane od siebie, bez komunikacji lądowej a jedynie morskiej. Dzięki tej izolacji przetrwała w swej pięknej surowości do naszych czasów.

Dzisiejszy podział etniczny jest wynikiem historii kolonizatorów i ówczesnych wojen rodów panujących w Anglii i Francji oraz lokalnych warunków osadniczych. Wybrzeże wschodnie, najlepiej zagospodarowane i najbardziej silne ekonomicznie to głównie ludność pochodzenia szkocko-irlandzkiego, obok wiodącego i ogólnie używanego angielskiego spotyka sie tu tez dość często język gaelicki, pozostałości staroirlandzkiego z północno-zachodniej Szkocji i Hebrydów. Gaelicki widoczny jest przede wszystkim w lokalnych nazwach i zwrotach językowych.  W Cape Breton istnieje też jedyna w Kanadzie Akademia z gaelickim, jako językiem wykładowym, Acadamaidh GÀIDHLIG An Atlantaig w St. Ann.

Bardzo mało używanym, ale ciągle widocznym jest pozostałość akadyjskiego francuskiego.  W centrum wyspy, szczególnie wokół jeziora Bras d’Or bardzo silnie widoczny i używany na co dzień jest starożytny język szczepów L’nu, popularnie nazywanych od kilku stuleciu Mi’Kmaq.  Wybrzeże zachodnie, od strony zatoki św. Wawrzyńca, zachowało najsilniej wpływy i tradycje ludności akadyjskiej, francuskojęzycznej. Ta akadyjska odmiana francuskiego jest ciągle używana na co dzień, zwłaszcza w miasteczku Cheticamp i jego sąsiedztwie.  Zresztą, wynikające z bardzo długiego odosobnienia Cape Breton i jej osad, nazewnictwo i zwroty francuskie są tu często więcej spotkane niż w większości reszty Nowej Szkocji.

Środek wyspy zajmuje olbrzymie słonowodne jezioro Bras D’Or (faktycznie jest to rodzaj małego wewnętrznego morza/zatoki  połączonego z Atlantykiem cieśninami Little i Great Bras d’Or) – chroniona przez UNESCO biosfera cudów fauny, flory i geologii – rezultaty zmian z czasów początków holocenu.

zachód słońca nad Bras d’Or, X.2020

Wzdłóz jeziora prowadzi sceniczna i bardzo malownicza trasa Bras d’Or Lake. Po wjechaniu do Port Hawksbery z Nowej Szkocji, kontynuować kawałek Trasą Kwiatu Lilii (Fleur-de-Lis – tak, ta burbońska) dojechać do najstarszego miasteczka St. Pete’s i stamtąd wjechać we właściwą trasę Bras d’Or.  Czy wybierzecie skręt w prawo czy lewo – bez znaczenia. Wrócicie po wielu godzinach w to samo miejsce. W pewnym momencie, w okolicach Baddock i Wagmatcook trasa przechodzi w Cabot Trail i w okolicach South Haven ponownie staje się trasą Bras d’Or (lub odwrotnie, od South Haven do Wagmatcook). W Baddock łatwo zainteresować się postaciami i osiągnięciami Marconiego i Bella, którzy stąd właśnie prowadzili swoje największe osiągnięcia w połączeniach radiotelegraficznych i telefonicznych.

Inna ciekawa historycznie jest właśnie Trasa Fleur-de-Lis zaczynająca się w Port Hawkesbury, wzdłuż wschodniego wybrzeża. To historia pierwszego, starego osadnictwa francuskiego, łącznie z objazdem Ile Madame i jej najbardziej aktywnym życiem ludności francuskojęzycznej, zachowanymi bogatymi pamiątkami etnograficznymi, i dalej, do perły zabytków wczesnego osadnictwa – fantastycznie odrestaurowanego Fortu Louisbourg. Francuskiej twierdzy na północno-wschodnim wybrzeżu Ameryki Północnej.

widok na Louisbourg o zmierzchu

Z Louisbourga polecam Trasę Marconiego do Sydney, największego miasta Cape Breton i połączenia morskiego wyspy ze światem.  Region w okolicach Sydney i North Sydney był w okresie międzywojennym i gdzieś do początków lat 60. ub. wieku najbardziej rozwiniętym przemysłowo regionem Cape Breton.

Jest jeszcze jedna, niezbyt długa i obiecująca świetne widoki Trasa Celidh Trail. Prowadzi bez przerwy zachodnim wybrzeżem od Port Hakwsbury do Margaret Fork, gdzie łączy się z Cabot Trail. Tej jeszcze nie poznałem i obiecuje sobie wyruszyć w nią latem następnego roku.

Wszystkie te trasy nawiązują do historii wyspy, jej osadnictwa. Ich ukoronowaniem jest Cabot Trail przez całą północną, górzystą część wyspy. Centrum tej trasy to olbrzymi rezerwat kanadyjskiego Parku Narodowego Cape Breton Highland. Perła turystyczna, ekologiczna, widokowa. Jedna z najpiękniejszych i najciekawszych tras, jakie przejechałem.

Zanim jednak minęliśmy półwysep Nowej Szkocji, zatrzymaliśmy się na krótko w Antigonish na spacer po terenach Uniwersytetu św. Franciszka Ksawerego. Stare i urocze miasteczko położone u ujścia Zachodniej Rzeki (West River) do wyjątkowo malowniczej zatoki, upstrzonej wielością wysepek, wśród wzgórz i  lasów. Jak większość osad tego regionu historia miasta, to historia osadnictwa szkockiego tutaj, która zaczęła się na dobre po pierwszej zakotwiczeniu statku „Hector” i oryginalnej grupie osadników szkockich przybyłych do naturalnego portu w Pictou, odległym od Anigonish ok. 70 km.  Jednym z pasażerów tego pierwszego, historycznego wojażu i osadników szkockich w Pictou był nota bene przodek mojego męża, z klanu Graham.

Wjazd do miasta od głównej trasy z Halifaksu do Cape Breton to natychmiastowe spotkanie z nadspodziewanie rozległym i imponującym campusem uniwersyteckim Uniwersytetu św. Franciszka Ksawerego i górującymi  nad nim wieżami katedry mitycznego apostoła Szkotów, św. Niniana.

Tak budynki uniwersyteckie, szerokie aleje miedzy nimi, jak i katedra św.Niniana imponują i zaskakują, gdy ma się na uwadze, że to uniwersyteckie miasto w 2016r liczyło ledwie 4 tysiące dusz. Uniwersytet założono w 1866 i szybko stał się miejscem przyciągającym wielu młodych studentów. To oni, z wielu wielkich miast kanadyjskich i z zagranicy, nadają specyficzny koloryt i charakter miasteczka.  

Z Antigonish już tylko bliski skok do przejazdu na Cape Breton, do Portu Hakewsbury. Wyspę z półwyspem nowoszkockim w wąskim przesmyku łączy wysoka grobla uwieńczona w najgłębszym miejscu mostem. Tedy wjeżdżamy do Port Hakewsbury. Krótki postój, studiowanie mapy i decyzja, od której strony i którą trasą zacząć naszą przygodę nowo-bretońską. By nie tracić czasu wybieramy szosę nr 105 w kierunku osad Miqmaków: Weqomaq i Wagmatook.

Zdjęcia powyżej to wjazd na groblę/causeway łącząca Nowa Szkocję z wyspą i uroczy domeczek informacji turystycznej na granicy miasteczka Port Hawkesbury.

Ostatni odcinek szosy jedziemy wzdłuż kanału św. Patryka na jeziorze Bras D’Or. Mijany osady/wioski Mi’Kmaqów są bardzo schludne, dobrze utrzymane. Zatrzymujący się przy stacjach benzynowych miejscowi i turyści nie autochtonicznego pochodzenia wykupują szybko po 3 paczki papierosów – na ich terenach nie płaci się tego olbrzymiego podatku za papierosy, jako obowiązuje resztę Kanadyjczyków. Limit trzech paczek gwarantuje, że to dla użytku własnego a nie nielegalnego handlu. Krótko po minięciu Wagmatook wjeżdżamy do Parku Narodowego i początku Trasy Cabota – naszego zasadniczego celu podróży. Pogoda jest urocza. Lekkie zachmurzenia z częstymi przebłyskami słońca ułatwia zachwyt nad pejzażami widoków cudownych jesiennych kolorów złota, żółci, czerwieni i brązów. Olbrzymia galeria natury.

Zaraz za Wagmatook skręcamy w lewo kierując się środkiem wyspy szosą wijąca się przez lasy i nieliczne małe osady ku Margaree Forks, gdzie łączymy się z Trasą  Celidh. Stąd już dwa kroki do zachodniego wybrzeża, wzdłuż zatoki św. Wawrzyńca.  

Celem na dziś jest Cheticamp. Największa osada-miasteczko zachodniej części Cabot Trail.Cheticamp dzisiejsze to zdecydowanie centrum kulturalne, etniczne i polityczne starego francuskiego osadnictwa, tego jeszcze z czasów królewskiej, przedrewolucyjnej Francji. Nad miasteczkiem (skupionym głownie wzdłuż szosy Cabot Trail) góruje wieża kamiennego kościoła St. Pierre. Do niedawna jeszcze głównym zajęciem mieszkańców było rybołówstwo. Ostatnie dwudziestolecie wyparte – choć ciągle obecne – przez turystykę i związane z nią dochody. Są tu liczne małe motele, domy turystyczne, bed&breakfast, kilka kawiarni i pubów, galeryjki miejscowych rzemieślników i artystów ludowych.  Ceny nie są niskie i warto być przygotowanym, że za 150 dolarów za noc – lokum nie będzie przypominać komfortem typowego motelu na lądzie stałym.  Brak tu zresztą znanych firm hotelarskich i wszystko jest na ogół w rękach lokalnych właścicieli, których celem zasadniczym jest (z uśmiechem i gościnnością) sprać turystom kieszenie ile tylko można. Za to widoki – darmowe. I przepiękne. Cheticamp daje przedsmak głównej, górnej części Cabot Trail. Z jednej strony urwiste brzegi na ostrych zakretach nad przepięknym turkusem zatoki św Wawrzyńca, z drugiej wierzchołki szczytów północnej Cape Breton i zalesione gęsto dolinki, wąwozy.

W zasadzie, poczynając od Cheticamp, cała ta północna część wyspy i wszystkie nieliczne tam osady prawie aż do początków XX wieku dostępne były tylko drogą morska, statkiem lub łodzią. Jeżeli już lądem to jedynie przez lasy i wąwozy, wzdłuż rzek, bezdrożnymi leśnymi ostępami i tylko latem.Zima na ogół wszelki kontakt ustawał i przez wiele miesięcy osady żyły własnymi zasobami i sposobami licząc dni do wiosny. Jeden z [pierwszych francuskich misjonarzy w tym terenie, ojciec Lejamtel  spisal w 1813 swoje refleksje w ten sposób: ” ryzykowałem  w dawnych latach wielokroć moje życie żeglując tymi niebezpiecznymi wodami – teraz zdecydowałem nigdy już na statek nie wsiadać jesienią, chyba. że moje życie by od tego zależało”.

Początki liczącej prawie trzysta kilometrów Cabot Trail skonstruowano u zarania lat 30. ub. wieku. W tamtych latach była to trasa iście karkołomna i niebezpieczna.  Dzisiejsza, asfaltowa droga jest szczytem luksusu w porównaniu do ówczesnej. Mimo to, należy bardzo uważać na ostrych zakrętach, blisko przepaści nad dolinami i oceanem. We mgle ma to inne uroki i inne niespodzianki.  Kierowca bezwglednie winien hamować swoje zachwyty widokami i starać się czujnie pilnować gdzie i jak jedzie.

A nasza trasa tak się właśnie zaczęła. W jesienny dzień deszczowy i pochmurny, mglisty.

Wrażenia i widoki niesamowite. Wałęsające się wolno i nisko mgły przynoszą miraże nieoczekiwane i chwilami zabawne. Np. gdy nie jesteś pewien, czy podjeżdżasz pod brzeg oceanu czy na skraj przepaści. Lub, gdy mgły osiadły ciężko poniżej trasy, patrzysz w górę i widzisz kolorowe, gęsto zarośnięte zbocza gór, które wydają się zawieszone w powietrzu wynurzając się z gęstej, mgielnej zupy.

Objazd trasy Cabota kończymy po drugiej, atlantyckiej stronie wyspy, w okolicach miasta i portu Sydney, skąd ruszamy na zwiedzanie legendarnego Fortu Louisbourg. Ale to już zupełnie inna, pasjonująca historia na następny raz.