Bogumił Pacak-Gamalski

Nie wyjeżdżamy w pełni, w całości – coś zostawiamy, czegoś nam ubywa. Potem lepimy przez lata siebie na nowo. Rodzi się nowa całość. Nie inna, zlepek wczoraj i dziś. Czasem żal nam po latach tamtego siebie, chcielibyśmy może do niego wrócić. To bywa jeszcze trudniejsze. Bo to teraz i tutaj jest jednak bliższe, jest swojsze. Ja – jestem ja. Szczególnie wtedy, gdy ‘ja’ zamieniło się w ‘my’. Zostają tu i tam zlepy form, jakieś może hieroglify dziś już nieodczytywalne, jakieś drzewo zawieszone nad przepaścią.







I dzika fala wyszarpująca ląd spod stóp …
Cień
Chciałbym już być, gdzie jeszcze mnie nie ma,
bo być gdzieś powinienem już przecież.
Lecz gdy tam przybędę – to czy będę,
jeśli nie ma mnie teraz, gdzie jestem?
Czy znajdę dom, który już spłonął raz?
Czy wiatr rozwiał zgliszcza i wspomnienia
i jestem tylko na fotografiach,
jak w ruinie, której fundamenty
tylko pozostały, okna bez szyb?
Stare pałace arystokratów,
które rewolucja zamieniła
w kurniki, chlewy i magazyny.
Ich właścicieli wyprowadzono
w zakrwawionych kalesonach, boso,
do zarośniętych ogrodów, nad staw,
gdzie jeden strzał w potylicę tworzył
nową historię, zamykał starą.
Widziałem takie puste pałace
w dzieciństwie, widziałem cienie ludzi,
którzy kiedyś w nich żyli, tańczyli.
Gdy tam pojadę, gdy wrócę do
tych miejsc – czy będę takim cieniem
w pustej ramie okna patrzącego
na zarośnięty ogród ze stawem?
/B. Pacak-Gamalski, 07.2024/
