Bogumił Pacak-Gamalski
… nie pójdzie, to polazę. … there I will go.
The other day, on the last day of November I decided to go and explore parts of Nova Scotia hinterland I have not traveled through. It wasn’t the smartest choice but – what the heck, not the first and certainly not the last time I did things I maybe shouldn’t, and a bit too late, as it was already 1 PM. Took the #101 west to Lower Sackville and turned into #354 north toward Beaver Bank. Between the little and tremendously loooong towns of Beaver Bank and Middle Beaver Bank, the traffic and road repairs stretched my patience to the limit. I was just about to turn around and go home. But past the Upper Beaver Bank the highway climbed higher and higher, the sky became bluer and bluer and the new snow was so white on passing tree branches and endless fields. I was in heaven. Around the small community of Upper Rawdon the highway reached its peak and you could enjoy endless view in front while driving. And there was almost no one else driving. Such a peace. And peace is what I went for in my driving that day.
I was aiming to go to Maitland to view the power of the Tidal bore of Minas Basin as it rips the land and goes toward Truro on one end and all the way to Shubenacadie on the other end. There is no escape – that bore and power of the Fundy Bay will in not so distant future finish its job and separate once again Nova Scotia from the mainland and we will become an island again. Little chance I will see it (although rising sea levels might accelerate even faster …) but people in their twenties most likely will. I was aiming to…. My famous words, LOL. At the footsteps of the lovely town of Kennetcook I took a sharp turn to the west. Let’s explore some more of the hinterland. Sure, why not? Especially that it started snowing and daylight became a bit greyish … It was the last day of November, after all. Around small Tom Barron Road, I thought that I should start heading back to my original destination. Turned right into the road, passed two or three ancient homes, lost my internet connection. But west is west and east is east with or without internet. The gravel and mud road instantly becomes narrow. Have a big truck, so what? Just drive to the end and turn on the first road toward the east. What’s the problem?. Passed a very small enclosure in the thick forest with one solitary bull there. Waved to him and very slowly moved further. Slowly because the road stopped being a road. It became very narrow, with deep holes tunnel. Suddenly for a moment my wifi came back and said: continue for six kilometres and turn left. I tried. But there was no chance. One could hardly walk there and no car (maybe a tank, but I doubt it) can possibly drive through that tunnel. Turning around was impossible. The only choice was driving in reverse trying not to get stuck. Took me forever, meter by meter, back and forth. Branches scratched my poor truck seriously. But I had to get out. The phone was dead again. Finally, I got back to the enclosure with the bull, and used the small clearing around it, turned around and headed back. That was interesting, LOL.
The rest was easy. Back to Kennetcook, down to Maitland. And to the power of the yellowish bore of Minas Basin. It was getting too late already to explore the view of the ‘river of mud’. Took a few pictures and took Highway 215 to Shubenacadie by #102 and back to Dartmouth. Very soon, I will have to take that drive again to observe the tidal waters coming through the land. But will not engage in doing ‘side trips to nowhere’.








Ostatniego dnia listopadowego nie mogłem więcej wytrwać w domu. Mimo ciągle męczącego kaszlu i myśli zwróconej w kierunku strasznej rocznicy – zdecydowałem pojechać w tereny nieznane jeszcze, na północ przez wzgórza, ku dolinie którą zamieniła w rwącą, żółtą rzekę potęga fali przypływu z Fundy Bay. To nie jest rzeka słodkowodna. To morska fala, potęga oceanu, który rozerwał tą dolinę, jak pługiem. Wyborował sobie drogę. Dawniej, tysiące lat temu Zatoka Fundy była po prostu cieśniną, która oddzielała Nową Szkocje od lądu stałego. Teraz, podnoszący się stale poziom morzą związany ze zmianami klimatycznymi wraca w swoje dawne koryta. Za pięćdziesiąt lat spodziewamy się, że Fundy Bay znowu będzie cieśniną i połączy się z Zatoką św. Wawrzyńca czyniąc Nową Szkocję wyspą ponownie. Być może nastąpi to szybciej. Więc pojechałem w kierunku Maitland przez rozległy płaskowyż zobaczyć gdzie ten potężny bor przypływu wyżłobił tą słoną, mulistą rzekę, której jedno ramię delty prowadzi do Truro, a drugie na południe, do Shubenacadie.
Ale, zwyczajem swoim, miast jechać wytyczoną trasa do celu, w okolicach uroczego miasteczka Kennetcook, skręciłem nie w prawo do Maintland, a w lewo. Troszkę wiejsko-sielankowego uroku tej zachodniej części Nowej Szkocji zasmakować. To trochę taka dzielnica zapomniana, nie na głównym szlaku. Zaczynało się robić lekko późno, śnieg prószył już nieźle. Po parudziesięciu kilometrach dojechałem do małej wioski przy drodze Toma Barrona. Pomyślałem, że czas wracać w kierunku Kennetcook i na trasę zaplanowaną. Nova Szkocja obszarem to nie Kolumbia Brytyjska czy Ontario. Wszędzie tu blisko, więc po co wracać ta sama drogą? Przejadę przez tą wioskę i z drugiej strony lasku w pierwszą napotkana drogę w prawo. Co za problem? Droga tylko bita, wąska, ale mam przecież trucka a nie fiacika. Wioska była malutka, osada w zasadzie , może trzy-cztery domki. Zaraz za domostwami zaczął się lasek. Potem gęstszy, droga węższa. Straciłem wifi i googla. Jechałem już wolno. W pewnym momencie była małe obejście otoczone palisadą wewnątrz którego stał samotny byk. Pomachałem ręką. Śnieg prószył bardziej i widoczność zmalała. Zaraz za obejściem droga stała się drużką, tunelem w zasadzie z głębokimi koleinami. W pewnym momencie mój gogle się odezwał! Dalej mnie prowadził mówiąc wyraźnie – za sześć kilometrów skręć w prawo i kontynuuj do szosy 236. Zawahałem się ale nie było jakiejkolwiek możliwości zawrócenia, mój truck ledwie się mieścił między drzewami. Może za kilkadziesiąt metrów ta dróżka się powiększy? Nie powiększyła się. W pewnym momencie zwężała się na dróżka dla jednego-dwóch piechurów. Nie było wyjścia. Wifi też przestał działać ponownie. Musiałem cofać się metr po metrze pilnując by nie wpaść w koleiny i nie zabuksować się lub nie uszkodzić zawieszenia kół. Na gałęzie szorujące bogi samochodu uwagi nie już nie zwracałem. W zasadzie smiac mi się chciało. W najgorszym wypadku będziesz tu w tej dzikiej gęstwinie nocować, benzyny masz sporo to będziesz mógł się ogrzewać., LOL. Ale metr po metrze jakoś udało mi się wycofać do miejsca tego zagrodzenia z bykiem. Przy zagrodzeniu była mała wycinka, gdzie udało mi się samochód przekręcić. Byłem więc ‘w domu’. Pogadałem chwilę z bykiem, który patrzył się na mnie z politowaniem.
Wróciłem do trasy i przez Kennetcook pojechałem szosą 236 do Maintland. Zaczynała się niezła szarówka, śnieg ciągle padał. Obejrzałem tylko mały fragment tej ‘żółtej rzeki’. Jej ciekawsze fragmenty były blisko ale wymagałby zjechania w inną szosę a widoki z minuty na minutę były gorsze. Obiecałem sobie tu jeszcze wrócić (bez bocznych ‘objazdów’). Szosa 215 pojechałem do głównej trasy 102 i stamtąd do Dartmouth, do domu. Było już czarno. Ale wycieczka mimo to udana.












Tez uwielbiam zwiedzac i odkrywac nowe miejsca.👍
LikeLiked by 1 person