Taking advantage of a good weather few days ago we went to try our luck in mushroom picking and hoping for a good swim in Chilliwack Lake high in the hills.
Before w went to the lake and forest there was a must t stop at Farmers Market on Lickman Road. What a rich exposition of Fall fruits and vegies! They almost look fake, just for show, LOL. Of course we went to the local bakery for few snacks for the way.
After the shopping we tok the ol’ Vedder Road up to familiar Chilliwack Road meandering alongside the Chilliwack River. We stop in two spots to try our luck in mushrooms. Sadly, it was so dry everywhere that at both attempts we just say few very dry and small eatable mushrooms – not enough even for a small pot of soup, and we gave up.
The lake – that’s a different story altogether. Hardly and wind bluse-green water smooth and inviting. Hardly anyone on the sandy beach. Since the lake originates in icefield I was thinking that it would be very cold. Not so! Water was wonderful and a refreshing swim gave us energy and washed away the dust from the forest. We stayed until there was no more sun and chilly mountainous air filled beach.
On the way back we took different route using o Yarrow for a nice evening walk on the beached of Cultus Lake. It was almost poetic – including the moon, which showed up from the peaks of the mountain and said: OK fellas, it is getting late and dark, and time for you to go home. And we did driving back through the very old community of Yarrow, which did not change that much (as everything else) in past few decades.
W poprzednim stuleciu, gdy mieszkaliśmy w Burnaby (czyż nie brzmi to tajemniczo, gdy się pisze: w poprzednim stuleciu, gdy byłem tu i tam … LOL) często jeździliśmy na spacery do nieco dalej niż do jeziora Burnaby – jedno skrzyżowanie dalej było urocze Shadbolt Centre, skansen starej, oryginalnej Wioski Burnaby (pierwsze osadnictwo zbiorowe w Burnaby), a zaraz za tym przecudowne jezioro Deer Lake. Ileż spacerów tam było z Johnem, potem z mamą, gdy sprowadziłem ją z Polski.
W nieco późniejszych latach, mieszkając już w Guildford w tymże Shadbolt Art Centre[i] organizowaliśmy w ramach klubu artystów „Pegaz” koncerty muzyczne polskich pianistów, wystawy malarskie i rzeźbiarskie, i raz lub dwa wystawialiśmy tu przedstawienia Teatru Polskiego z Surrey, który wówczas założono w Surrey i który był bardzo aktywny i świetnie prowadzony.
Teraz nie potrafiłbym powiedzieć kiedy byłem tam osatni raz. Cieżka i długa choroba mamy ostatnie moje lata w Kolumbii Brytyjskiej bardzo ograniczyła moją aktywność wydawniczą, publicystyczną i zdecydowanie moje długie spacery daleko od domu.
Ale od czasu powrotu do Wielkiego Vancouveru z Nowej Szkocji wielokroć myślałem o pojechaniu na ten spacer. No i dwa dni temu wybraliśmy się z przyjacielem właśnie tam. Starą Wioskę chyba trochę rozbudowano, bardziej dla uciechy i wygody turystów upiększono, wypucowano. Wszędzie spotkać można było stosownie do epoki ubranych przewodników, maszyny stare pracowały. I fajna kawiarenka z kawą i słodyczami, kanapkami.
Ale najpiękniejszy był spacer na około tego cudownego jeziora z masą nenufarów, szuwarów. A z dala wielkie wieżowce obecnego Metrotown, których wtedy też nie było, LOL. Powyrastały, tak samo, jak w Surrey, w New Westminster. To już przecież ćwierć kolejnego stulecia. W większości wypadków tej nowej zabudowy ,do nieba’ nie lubię i mi się nie podoba. Nie przez fakt, że takie wysokie. Nie, przez fakt, że w przeważającej części są to wielkie proste badyle bez jakiegokolwiek kunsztu architektonicznego. Badziewie budowlane. Żeromski, gdyby to zobaczył, to by nigdy nie napisał „Przedwiośnia”, LOL. Te, które są ciekawe – lubię i z przyjemnościa na nie patrzę.
Ale, ale – ani te ciekawe, ani te brzydkie nie urastają nawet do pięt naturalnego piękna przyrody. Gdzież im do radości spaceru wokół zielonego stawu, wśród starych drzew, szuwarów, lilii wodnych, rzęsy, krzewów – a kudy!
Traditionally Vancouver is saying goodbye to July on the last day of that month by having a big fireworks party in English Bay.
Have been to many in years gone by. With my husband, my Mom, with friends. I must admit that years ago the show was much more technical and intricate, where nations from other continents competed against each other. More than once I thought that the Chinese team was by fare the best technically and musically.
On the other hand, I have never seen so many watercrafts taking to the Bay to get close to it. I mean, the introduction of paddleboard makes it so easy now to bring it to Bay and make a splash in the waves. Also many drones – can’t remember seeing them in old times. Granted, it has been more than 10years likely since I went to the Fireworks.
My two friends started properly under the Burrard Bridge on the their paddleboards. I used the old technique – my two legs to go to the beach and settle on a comfortable rock, right on edge of water.
Ostatnia dłuższa wycieczka zaprowadziła nas w znajome trasy morsko-lądowe w kierunku Powell River i Mermaid Cove[i]. Dokładnie ten sam biwak namiotowy i dokładnie te same miejsce, gdzie rozbijaliśmy namiot rok temu.
Ruszamy dużym promem klasy ‘C’ z Horseshoe Bay, skąd statki wypływają aż w trzy różne trasy: a) najbliższe, prawie tramwajowe połączenie do uroczej wyspy Bowen; b) połączenie do Langday, stamtąd samochodem do Earls Cove i kolejnymm mniejszym promem do Saltery Bay; c) z tego samego portu, też dużym promem klasy ‘C’ są regularne połączenia do Nanaimo na wielkiej Wyspie Vancouver.
My płyniemy do Powell River. Pierwszy, duży statek wiedzie nas do portu Langdale.
Mijamy po lewej znaną i lubianą Bowen Island od jej wschodniego brzegu po prawej, skrytą w głębokiej zieleni wyspę Gambier. Dalej, w kierunku Langday. Tu następuje przeniesienie się do samochodu i wijącymi się wśród licznych jezior i niekończących się lasów, szosami dojeżdżamy do maleńkiego portu BC Ferries w Earls Cove i wsiadamy na prom do Saltery Bay.
Z Saltery Bay jedziemy w kierunku miasteczka Powell River, ale kilka dobrych kilometrów przed miasteczkiem skręcamy w gęsty las-park nad Zatoczką Syrenki[ii]. Lokalna, wyjątkowo sympatyczna rodzina, którą zna blisko mój przyjaciel, zarezerwowała dla nas te same miejsce biwakowe, co w zeszłym roku. Tuż obok mruczącego wartkiego potoku o nieskazitelnie czystej wodzie.
Rozwijamy namiot, rozkładamy manele, zakładamy gatki kąpielowe i pędzimy do skał nad znajomą zatoką. To znaczy on pędzi – ja kuśtykam o swojej lasce, bo kolano już nigdy chyba nie będzie normalne po wypadku ubiegłorocznym, a trzy bodaj dni wcześniej miałem atak rwy kulszowej w tej drugiej, zdrowej nodze. Przez pierwsze 30 godzin po ataku tej rwy myślałem, że już przyjdzie się na stare lata nauczyć chodzić na rękach… No a jak tu , panie dzieju, nosić sukienkę powiewną i chodzić na rękach?! Ani łydek ani ud wszak nie golę!
Więc kuśtykam jednak na nogach. I pokuśtykałem na skały. A tam, nad wodą moje dwie ukochane siostry – arbutusy[iii]. Zakochałem się w jednym przepięknym arbutusie, który kiedyś rósł tuż przed hotelem Empress w Victorii. I pewnego roku, wiele już lat temu, jacyś miejscy orgrodnicy-mordercy wzięli i mi je ścieli. Barbarzyńcy nieludzcy. Od tamtej miłości arbutusowej ilekroć te drzewa gdzieś napotykam, to ślę im szczere uczucia i głaszczę ich delikatną korę. Jest w ich delikatności wielka moc i siła. Często rosną na bardzo skalistym podłożu o płytkiej ilości ziemi, chłastane prawie nieustannymi wiatrami od oceanu obok. A trwają niezłomne i na przekór.
Po przywitaniu z nimi, doczłapałem do brzegu. Przyjaciel już szalał w falach, ale on gibki, zdrowy i pływak, że hej. Po prawdzie to pływać i mnie wygodniej niż chodzić. Więc kijek-podpórkę na bok i chlust w tą wodę. Szczęśliwie od razu głęboka na kilka metrów, więc ceregielić się nie ma nawet jak, a tylko płynąć od razu. Bajka. Widoczność przy nurkowaniu za to kiepska. Akurat sezon kwitnięcia glonów i wodzie miliardy tych delikatnych blaszek-nasionek od tego kwitnięcia. Takie to drobne, że prawie niezauważalne, ale w masie swej, pod powierzchnią czyni widzialność dość krótką i kształty niewyraźne. Nie wspominałbym o tym i pewnie zapomniał, gdyby nie … A nie. Jeszcze nie powiem teraz.
Następnego dnia pojechaliśmy na wycieczkę do miasteczka Powell River. Połaziliśmy nieco, na lody świetne wstąpiliśmy. Po lodach należy na kawę dobrą zajść. A kudy! Wszystkie kawiarnie zaryglowane. Jeden tylko bar czynny, więc poszliśmy. Stały na ladzie dwa termosy, proszę więc o kawę, Podała. Wyszliśmy na zewnątrz i piję … nie, nie piję. Próbowałem, ale takiej lury dawnom nie pił, LOL. Tam, panie dzieju, to innym czasem żyją. Po południem późnym nikt już kawy poza domem nie pija. A turyści? Turyści muszą się z faktem pogodzić i ze zwyczajami i raczej szanse na znalezienie w pobliżu lepszego serwisu są mniej niż nikłe.
Szczęściem mój przyjaciel Wawa zabrał ze sobą i kawiarkę espresso i palnik gazowy, to zrobił nam koło namiotu świetną kawę-siekierę. Jak siekła, to na nogi, jak na sprężynach człek stanął. Zaś ognisko naturalne, z brewion drewnianych to już ja i rozpalałem i ognia domowego pilnowałem, jak należy. Nie na darmo za komuny jeszcze byłem harcerzem, LOL.
Noc nadeszła. Gwiazdy tam, w tej czerni absolutnej, to nie niebo oglądane na plażach blisko wielkich miast. To w ogóle nie czarne niebo z gwiazdkami większymi i mniejszymi! Skądże – to kobierzec wyhaftowany srebrną nicią tak gęsto, że czerni nieba trudno dostrzec. Gwiazd taka niezliczona ilość i tłok, że nic prawie nie widoczne: ani Orion ani Syriusz ani jakieś tam inne nie rozpoznawalne w tej ciżbie błyszczącej! Gdzież tam Mały czy Wielki Wóz, gdzież Wielka Niedźwiedzica i Strzelec, Bliźnięta! Gdy starasz się, jakiegoś porządku w tym harmiderze błyszczącym dopatrzeć z zadartą głową, to po chwili nie tylko porządku nie znajdujesz, tylko ci się jeszcze w tym łbie kręcić zaczyna, jak nić Ariadny. Hefajstos miał wykuć diadem dla tejże Ariadny, który z czasem bogowie olimpijscy umieścili na nieboskłonie, jako Koronę Północy. Więc w tę Koronę gapiłem się, jak głupi z oniemienia. Miało być w Koronie siedemdziesiąt gwiazd. Żarty na bok – na liczeniu do siedemdziesięciu we łbie mi się jeszcze nie kręci! Ale do kilkuset lub kilku tysięcy -oj tak. Zdaje się, że jeszcze i sputniki jakieś latały bliżej widnokręgu, bo wyraźnie cos tam pędzącego widać było. Meteory? Chyba nie, bo gdybym widział rozpalone do biała meteory, to bym pewnie już tego tekstu też napisać nie mógł, bo jakiś krater tunguski by się tu rozciągał, hi hi hi. Może i szkoda, bo by w końcu był święty spokój …
A resztki puszczy prastarej? Niczym czary-mary obrosłe mchami, z martwych i powalonych nowe olbrzymy wyrastały, ręce-gałęzie do nas wyciągały. Cóż tu pisać więcej, gdy nieprzystojne rymowanki same się na kartkę piszą, LOL. Czary-mary i basta.
Nie wiem nawet jakim sposobem kolejne wrażenie spisać, zapisać? Jak by racjonalnie to ująć, bez poetyckich aluzji, metafor, przenośni, bez onej licentia poetica? Ano nie sposób, choć najprościej, jak potrafię to opiszę.
Idziemy więc po omacku prawie w tej nocnej gęstwinie starej dżungli wychodząc w końcu na znajome skały, gdzie jaśniej, bo światła niebiańskie oblewają tą specyficzną sino-bladą łuną i skały i wodę. Przyjaciel żwawszy wpada od razu do wody i płynie. Nagle woła mnie podniecony czymś niesamowicie. Ostrożnie schodzę po głazach do wody, by się nie wywalić z tą nogą do kitu. Pyta: widzisz? No widzę wodę ciemną i nic więcej. On podchodzi bliżej do mnie i ręką robi łuk pod powietrznią wody i … aj wej! Nie wierzę własnym oczom. Każdy ruch ręki w wodzie zamienia się w płonący srebrny potok, jak struga rozgrzanej cyny lub srebra właśnie! Robię to samo i efekt ten sam. Skąd? Co? Dlaczego? Co to jest?!
A to właśnie (po późniejszym poszukiwaniu w świętych zwojach Internetu) bioluminescencja wytwarzana przez drobne nasionka glonu Pyrocystis noctiluca. Skąd, dlaczego? Ba, spytajcie Natury. Tak to już miliony lat temu sobie to ułożyła. Miliony, bo alga i glony są od nas dużo, dużo starsze. W sumie grzybnia jest z nimi spokrewniona, ale to temat na kolejne dwieście stron, więc go nie rozwinę.
A tego nocnego spaceru zaobserwowanie tego zjawiska naturalnej elektryki w oceanie i to elektryki darmowej i kompletnie nie parzącej, było dla mnie czymś na miarę odkrycia, że cuda się zdarzają.
Naturalnie idąc po ciemku przez ścieżki w puszczy nie brałem ani aparatu fotograficznego ani telefonu więc zdjęć tego zjawiska nie mam. I dobrze, bo cudów i tak fotografować nie da rady.
Wracając jechaliśmy bez pośpiechu. Był czas i na kąpiel w jeziorze Ruby, i odwiedzenie muzeum w rybackiej wiosce Skookumchuk Narrows (ponownie bezskuteczne szukanie kawy, LOL). A kawę (świetną) w końcu odnaleźliśmy w osadzie ponownie nad oceanem w Roberts Creek. Tam, gdzie co rok malują nową Mandalę. Każdy z wizytujących może część tej przepięknej i olbrzymiej mandali pomalować. I tamże ostatnie zatrzymanie się na morskiej znowu plaży. Połaziłem trochę po wodzie, ale była wyjątkowo i niespodziewanie wręcz lodowata, więc nie pływałem. Wawa bohatersko przez chwilę popływał, LOL.
BC Ferry prom ‘Malaspina’ z Earls Cove do Saltery Bay
[i] Sunshine Coast – popularne miejsce wycieczek uroczego wybrzeża Kolumbii Brytyjskiej, do którego wiodą połączenia promowe BC Ferry z Horseshoe Bay. Sunshine Coast jest częścią stałego lądu, ale i fragmentem wysokich i dzikich gór North Shore i nie ma możliwości przebicia przez te szczyty i wąskie doliny szosy. Dzięki zaś temu miejscowości i osiedla położone nad samym oceanem zachowały swoistą sielankowość, ciszę i resztki świata wczorajszego i samo Słoneczne Wybrzeże bardziej przypomina charakterem wyspę, niż stały ląd. I koniec. Finito.
Dzień był piękny, słoneczny. Myślę – pojadę do Różanego Ogrodu w Stnley Park pokłonić się tym różom. Kolejką, od Nadbrzeża Pasażerów rowerem pojechać ulubioną trasą wzdłuż Fiordu Burrard.
To i pojechałem, capką miastkapelusza się kwiatom bajecznym, jak zaczarowanym do trawy pokłoniłem. A ciepło bardzo było, tom pomyślał: pojadę wzdłuż Zagubionej Laguny na Drugą Plażę i popływam trochę. Niby nie powinienem może, bo dopiero kilka dni temu miałem atak rwy kulszowej i szlag mnie mało nie trafił, bo to nie na tą moją nogę nieco pokiereszowaną już na stałe chyba … a na tą zdrową niby, LOL. Dwa dni nim z domu mogłem się ruszyć. Ale jestem uparta cholera i na takie ‘drobiazgi’ uwagi nie zwracam zbytnio. A pływanie bardzo pomaga w rozruszaniu kulasów. No to pojechałem, popływałem kilka razy. Za plecami Stanley Park, obok basen dla dzieciarni pełen zachwyconej drobnicy ludzkiej. A na plaży obok można rower rzucić, położyć się na piasku i co jakiś czas iść do wody morskiej i z lubością pływać, nurkować. Ah, żyć najpierw a umierać potem, bez pośpiechu z tym umieraniem.
Kiedyś z przyjacielem zrobiliśmy długą trasę od Stanley Parku na rowerze aż do Science Centre. Tom sobie tą drogę przypomniał i tak rowerem w kierunku domu pojechałem. Znaczy się do Science Centre, a od tego miejsca już do New Westminster kolejką. Zadowolony. Ciało też zadowolone.
My last Journey Of Memory, last major saying ‘goodbye’, au revoir. Trails of past 50 years. Perhaps the most poignant – big part of my daily life since 1994: BC Ferries ships and Terminals.
Some of the ships are gone having served hundreds of thousands passengers, as the old, venerable V-class vessels: ‘Victoria’, ‘Vancouver’, ‘Saanich’ and ‘Esquimalt’; the Queen of ‘Burnaby’, ‘Nanaimo’ and ‘New Westminster’ were the C-class[i]. Next ones came the workhorses of the entire fleet: ‘Spirit of BC’ and ‘Spirit of Vancouver Island’ where I spent most of my career. These large ships were also built in British Columbia and given the Class-S specification. Both of them went in 2017 to Poland to undergo a major half-life refit and an addition of liquefied natural gas propulsion alongside the traditional heavy oil.
It is important to notice that all these ships were build by Vancouver, Victoria and Esquimalt shipyards. The shipyards are now long gone memory, thanks to misguided policies of all past governments both provincial and federal and (not to be forgotten) thanks to a new USA import – new President of the BC Ferries, Mr. David Hahn, who forbade the corporation to order new ferries from Canadian shipyards – he is gone now and not missed.
The next major purchases were the three large Coastal Class ferries built in Germany in 2008: ‘Renaissance’, ‘Celebration’ and ‘Inspiration’. Not my favored ones from the point of view of catering operations due to the ships convoluted internal design of lounges and catering services – but otherwise good and sturdy large vessels.
The last major purchases were the modern ferries build in Poland: these four smaller ships (‘Raven’, ‘Orca’, ‘Heron’ and ‘Eagle) have surprisingly large capacity of nearly 600 passengers. They were given Salish/Class designation. They were built in 2016.
There are still many smaller ferries operating on many other small routes to numerous islands, and one large sailing all the way from Port Hardy to Prince Rupert with connection to Haida Gwaii – but that is another long story for other time.
Monday on the 22nd of June I went back to the ships, to the Terminal in Tsawwassen, to the place I spent a big part of my life. The first surprise was the ticket Agent, who sold me the voyage. I have heard that almost no one from ‘my times’ is still working. Well, the agent looked at me and said: Bogumil?! How nice to see you again! Speaking of anonymity, LOL. I didn’t want to go the regular way with the passengers, but to be with the crew, at the dock. Right by the luggage rack I met a Van Driver from the ship – of course I worked with him years ago and we laugh about me ‘coming back to work’, LOL. Then I went to spent a silent moment to the bench and cement block filled with soil and some green living arrangement – our memorial to a dear friend and steward from many, many years ago, who suddenly passed away, too young and before his time. My John was particularly close and fond of him and we did many outings together to Downtown Vancouver for some fun time.
Back at the birth good laughs and jokes with the Chief Steward, Chief Cook, some deckhands and officers of the ship with whom I did worked. Speaking of anonymity again, LOL. And some of ‘my children’, as I called my crew on my last summer with BC Ferries.
Of course, there were people .whom I did not know and who did not know me. Including – out of all of the crew, LOL – the Captain of the ship. Although I must say that it wouldn’t have happened back in the ol’ days. At that time (especially in the early years) most crew advanced their career while working onboard from the lowest position: from the deckhand to the captain, from catering attendant to the chief steward, from 3rd engineer to the chief engineer. But it was very long time ago and things were changing gradually over the years, probably for the best in many cases.
Walking through the ship, visiting the ‘command centers’ of the enterprise – Main Galley (that means kitchen – for you poor civilians, LOL), Chief Steward Office (that brought a lot of memories, LOL) which is not, as many travelers probably think, simply a Tourist Information Booth (although it is that, too) but a very busy place – a main office of a very large and expensive enterprise. It always amazed me how two or mostly three people (if you include the Chief Cook, who is part of the structure – that would be four people, but Chief Cocks don’t have time to spent too much time in the office, their ‘office’ is the Main Galley) manage to replace easily five or six clerks, accountants, office managers that usually would do the job in buildings on land. But I will not expand on that subject… LOL.
The last one was very pleasant visit with an old friend on the Bridge, the Chief Officer on this watch. My God! I remember him as a very young boy, who just started on the Ferries, straight from school. Now he is second in command and from what I have heard (and know myself) a very able and good Chief Officer. I used to work for many years with his father – a retired now, long time Captain of the ships; worked with his sister. Jimmy (the Chief Officer) seem to be very capable officer of the ship. Good job Jimmy, keep her and the course steady-as-she-goes. I am sure your father is very proud of you. The bridge look-out was familiar face, too. The Bridge and the navigational and command consoles looked the same. The chairs felt familiar, too. LOL.
When we were leaving the birth in Tsawwassen I wanted to be alone on the outer deck to see the maneuvers of leaving dock. Always liked to observe it, did the same while we were docking at the Duke Point Terminal near Nanaimo, on Vancouver Island. Nothing special, eh? Really? Anyone, who says it is an idiot without any knowledge. The births s are very narrow and squeezed between other births, often with other large ferries leaving or coming at the same time. It is an art sometimes, especially in bad weather. It amazed me many times, and not many things amaze me that easily …
Goodbye my ferries and those, who run them. Very special bunch of people.
Specjalny dzień moich kolejnych pożegnań. Nie byłem pewny, czy chciałem to zrobić, bo to powrót do bardzo długich lat służby na statkach na których spędziłem ćwierć wieku, statkach na których pływałem i pracowałem razem z Johnem. Statkach, gdy koleżanki z pracy żegnały mojego Johna w sposób szczególny, gdy powiadomiłem ich z Nowej Szkocji, że odszedł od nas. Statek zwolnił ruch, prawie się zatrzymał, Chief Steward i Second Steward rzucili do wody przed wejściem do Active Pass wiązanki pożegnalnych kwiatów. /…/ Teraz ja pojechałem na jeden z tych dużych statków pożegnać się z tym światem morza i statków.
Uprzedzano mnie, że mało kogo poznam, że załogi się bardzo wymieniły i większość nowych ludzi teraz tam pracuje. Ale już kupując bilet na przejazd do terminalu Duke Point sprzedający agent rozpoznał mnie natychmiast; drugą spotkaną osobą był kierowca pojazdu odwożącego bagaże pasażerów na statek. Potem powitania za znajomymi stewardami, oficerami. Niewiele się zmienili. Może zmarszczka lub dwie więcej. Nie wchodziłem drogą pasażerów ale razem z załogą. Jak kiedyś. Uściski, trochę żartów. Przepraszałem, że zapomniałem założyć mundur, LOL.
Zanim weszliśmy na statek, zrobiłem krótki spacer na ostatnie, specjalne pożegnanie. Na końcu nadbrzeża, tam gdzie na ogół ‘parkują’ największe statki czyli ‘Spirit of British Columbia’ i ‘Spirit of Vancouver Island jest specjalna ławka i cementowa ‘donica’ upamiętniająca innego drogiego kolegę, który przez wiele pierwszych lat był moim stewardem. I bardzo bliskim przyjacielem mojego męża. Często razem jeździliśmy w dni wolne do centrum Vancouveru odwiedzając kluby gejowskie. Barry nagle i niespodziewanie zmarł na atak serca. Przeżyliśmy to bardzo, zwłaszcza mój John. Potem uczestniczyłem w rozsypaniu jego prochów ze skrzydła głównego pokładu samochodowego do wód portowych. Dostał zasłużenie prawdziwy morski pogrzeb. Więc byłem tam znowu, po raz ostatni z nim się pożegnać. Zasłużył na naszą wdzięczną pamięć.
Potem już na statku łaziłem po zewnętrznym pokładzie, po różnych kabinach, salach dla pasażerów, po wszystkich pomieszczeniach cateringu – cafeteria, sklep pamiątkarski, galley (kuchnia), biuro stewardów, gdzie tyle lat pracowałem. Poszedłem na mostek kapitański porozmawiać z 1szym Oficerem, który dowodził mostkiem i nawigacją. Zaraz posadził mnie na swoim fotelu przed tą masą radarów i czujników elektronicznych. Panel (panele w zasadzie, bo taki mostek wygląda dla niewprawnego oka prawie jak urządzenia na statku kosmicznym, LOL), który tak dobrze znałem. Cieszyło mnie, jak dobrze sobie radzi na tym mostku. A pamiętałem go jeszcze świetnie, gdy zaczynał pracę, jako bardzo młody i ledwie opierzony marynarz. Pracowała tam wówczas z nami też jego siostra, przemiła dziewczyna. Jak lata się zmieniają. Kiedy ten obecny oficer był chłopczykiem w ‘krótkich spodenkach’ … pracowałem z jego ojcem, wieloletnim kapitanem na naszych statkach.
Generalnie byłem zaskoczony ile jeszcze osób z załogi pamiętało mnie i pracowało przez szereg lat ze mną. Ale były oczywiście już też nowe twarze. Mineło już blisko dziesięć lat, gdy zszedłem ze statku.
Pewnie jeszcze przed wyjazdem, gdzieś na jednym ze statków popłynę, ale to była specjalna podróż bez schodzenia ze statku. W zasadzie nie czułem się nawet pasażerem, a po prostu jednym z załogi.
[i] Queens of Burnaby and Nanaimo were often referred to as ‘Burnaby-class’ – but for all practical reasons they were V class.
Proszę Szanownego Państwa – niech wam się nie wydaje bynajmniej, że człowiek prym wiedzie w erotycznych eskapadach, wzdychaniach i ochach w Siódmym Niebie ziemskich pożądań.
A kudy! Natura, gdy wpadnie w więzy chuci o zachodzie słońca – to dopiero chuci żądza!
Takoż i wczorajsza eskapada popołudniowa na kąpiel w bajecznej wodzie zatoki w Crescent Beach. Orły nad głowami, cudownie orzeźwiająca głęboka zielono-stalowa woda, nagrzane głazy i kamienie na brzegu, smażące się w słońcu półdupki nagusów to nic jeszcze, to nie żądza ani chuć – to wzdychania i marzenia dość niezgrabnych istoto ludzkich. Natura o zachodzie – to dopiero orgie niekończące się. Porywające w swoim wieczornym spektaklu kolorów i kształtów! Szerokie rozlewiska Nikomekl River kilka kilometrów za Crescent Beach – to raj przyrody równy Ogrodom Semiramidy.
Yesterday was a nice day, sunny. yet not hot. As my last few days were not the best, I decided to give myself some exercise and took the bike, went to the Skytrain and went to Central Park in Burnaby. No, not to the one in New York, LOL.
Always had a sentimental attachment to it and many happy memories. It was a nice idea. Although the part by the stadium and parking lot were totally taken by hundreds of people in colorful long saris and dresses, having their lunches/dinners on the the grass – I ventured into my own long trails, revisiting little hidden gems I remembered very well.
After a while, I biked to the shore of that wonderful lake there, with its green waters, huge carps swimming lazily, ducks and geese.
Was even able to find a nice bench by the shore and just relax. Relax – something I needed. With a book about Andre Gide in hand.
A pair of lovely ducks seemed to be a bit tired of a swarm of young kids, who were making very noisy commotion right on the edge of the lake and it seemed to be too much for the fowl family. So a pair simply walked out off the lake, marched right to my bench and simple sat next to my feet. I understood and agreed with them: too much is sometime too much. Period. There we were, the three of us seeking solitude.
On the way back to the Skytrain I changed my mind. Why taking the train? Burnaby is on a high plateau and New Westminster in the low valley of Fraser River, so why not bike home? Never mind that a long bike on busy streets is not my cup of coffee. But than I found on my phone a direction to take the BC Parkway designed for bikers. Off I went. What a beautiful path! Through places I recognized from many years ago, and places I have never been to (that I remember off). The very last leg of the trail was awful, as it takes you down to Memorial Drive and Highway 99 and you have no choice but bike on the edge of the busy highway with cars and trucks whizzing by. Still, all in all it was a nice experience. An old fart with half-broken leg biking on a long busy highway. LOL.
Mój Trzeci Maj? Chorągwie, szturmówki, mównice i miód oratorski płynący z biało-czerwonych ust? Z biało czerwonych ust?! Czyliżby usta mogły by być białoczerwone?! A skądże! Ale czerwone usta i biała piana słowotokiem z nich się lejąca, to przypadek nie rzadki.
By w tą pułapkę ponentną nie wpaść – wsiadłem na rower, jechałem kilkanaści lub kilkadziesiąt kilometrów przez miasto, brzegiem fiordu, przez park prastary … na plażę opalać się i w wodzie (brrr, zimna jednak ciągle, LOL) baraszkować, pływać.
Czy patriotyczne to było? Opatrzność jedna wiedzieć może. Czy można być patriotycznym w mokrych gaciach? Bo ja wiem? Jak można ze szturmówką w bezpiecznym kraju pierś nadymać i brzuch wciagać wołając gromko: ‘jestem Polak-patriota!’, to pewnie można i w mokrych gaciach. Aliści nie wołałem – choć o dniu nie zapomniałem. Zrobiłem z Trzeciego Maja majówkę miłą.
Czytałem też ciągle zaczętego dni kilka temu Jorge Borgesa. Po raz wtóry jego pisma krytyczno-literackie, a nie jego wspaniałą twórczość poetycką. Jezu, jaki on elokwentny i inteligentny. Kiedyś (o ile pamiętam) gdy to czytałem, to byłem zachwycony jego erudycją i uwagami. Teraz mnie zmęczył. Chciałem krzyknąć: Jorge, idź się napij szklankę calvadosu i popuść sobie i mnie. Toż to nieprzyzwoite tak w głowach nam mącić. Zwłaszcza, gdy się jest na plaży, a obok ciałka że hej do oglądania i w zasadzie z praktycznego punktu widzenia – w negliżu. Nie trzeba nawet wodzy fantazji popuszczać. Zwyczajnie: na plaży, na patelni podane.
Więc Jorge zamknąłem byłem (zdaje się coś pokrzykiwał, wygrażał z oburzeniem) w plecaku i by awantur nie robił tom go był owinął ręcznikiem. Niech ma – to Vancouver, a nie Buenos Aires. I Pacyfik, a nie Atlantyk.
A 3-ci Maj? No po to jest – byśmy mieli wolne i byśmy byli wolni na robienie tego, co nam się spodoba.
Myślę, że Stasiu Poniatowski, by sie zgodził i też by na tą plażę ze mną poszedł. Podobno (tylko podobno) miał w młodości skłonności, LOL. Ale kochani, nie wpadajcie w panikę – każdy kiedyś miał lub mieć będzie skłonności do kogoś lub czegoś. I chwała za to wszystkim bogom wszystkich epok!