Walk with my Eurydice

Walk with my Eurydice

Every day starts with waking, and getting up from bed. Doesn’t matter if it is noon or 5 in the morning. Time is a very subjective thing. On days I don’t have to go to work (most of the time, since I officially stopped working for any company more than six years ago) and don’t have any appointments – I don’t look at watches or clocks. I do things when it is time to do these things, without assigning any number to that time.

Besides, time has stopped for me in November 2022. On the first night (was it night?) I fell asleep after You were gone. I wish I had not woken up. Waking up after that very first sleep is a daily routine of terror. The few seconds before you are certain that it is reality, that you are awake. When I am forced again to know that You are gone. Not to the kitchen to make us a fresh morning coffee, which you did every morning religiously for more than three decades. No – You are GONE. I have to go through that terror every single day while getting up. For 467 days, as of today.

Sometimes, just before I finally drift off to sleep, I wish, I pray, that it is the last time. That I don’t have to wake up again.

When I sleep I often meet You and talk to You. I think, sometimes I make love to You. That we are watching TV or go for a drive in the countryside.

You are my Eurydice, for whom I went to Hades to plead, to argue with the God of the Underworld, that he made a mistake. I beg him, I threaten him. I offer him love and hatred, devotion and disdain. To no avail – he is unmoved. In my dream, I write a poem to You in Italian. When I get up from my sleep I remember that poem and copy it, surprised that I retained more of my old Italian than I thought.

Dove sei, Euridice?

Dove sei, Amore mio?

Mostrati e parlami d’amore.

Ricordare! Non fermata

e non guardare indietro.

Ricorda, mio caro …

ricorda, ricor… , ri…

e piango, perché so

che ti volterai.

Ogni volta.

Today I stopped in a little park De Volf in Bedford. We used to go there many times and both liked it. It is a small park but there is something sweet and romantic about it. It offers a nice view of Halifax, our bridges, and Dartmouth.  Next to it is a big building of the company that you worked for – The Berkeley. You didn’t even have that much time to work for them, yet You did leave a special mark on the senior residents of that building and all the staff. Your innate goodness emanated from you as everywhere you worked before. I will never forget and still am moved to tears how they organized a special memory meeting for the residents and staff in their main hall. It was full of people. Wonderful people, who came to share their memories, and their sorrow and offer their support to me and Your siblings, who came for Your final journey.

It was a cold but amazingly sunny day. I really enjoyed the walk and reminiscing about our strolls there. For a short while You – my Eurydice – walked with me. You didn’t turn back, didn’t look back. You walked with me. Maybe I even felt Your hand in my hand.

I know that the terror of getting up will come back tomorrow. Then again, and again for the rest of my days. But the walk today was good. Thank You, Babcycake. Gracie, mia Euridice.

Putin, traktory i ‘chłopi’

Muzeum Narodowe w Krakowie; http://www.zbiory.mnk.pl ; ‘Żółkiewski pod Cecorą’ W. Piwnickiego

Przyglądam się z coraz większym niepokojem polskim szosą prowadzącym do przejść granicznych z Ukrainą. Tym kilometrowym wystawom sprzętu rolniczego, zwłaszcza ciągników i traktorów. Bardzo zresztą ładnym i nowoczesnym, tutaj furmanek czy zdezelowanych Ursusów nie uwidzisz. Polska wieś zasobna, gospodarna. Mam nadzieję, że gospodarna i że ktoś tym krówkom w stajniach i świnkom w kojcach siana i innej strawy na czas daje. Słowem, że gospodarstwa pilnuje. Wszak od dziesięcioleci słyszeliśmy, że chłop urlopu nie ma, bo w oborze i na zagonie ni zwierzę ni rola urlopu nie biorą – świątek, piątek czy niedziela. Pewnie panie Gospodynie wiejskie i dzieciaki chłopskie chłopa-męża dzielnie w tej pracy znojnej zastępują.

Ach, łza się w oku kręci, gdy taki obraz wsi polskiej maluję. Tyle, że jest to obraz, tak jak od Chełmońskiego, a nie rzeczywistość. Mamy de facto dziś producentów żywności. Chłopa z małego gospodarstwa na tych szosach nie obaczysz przypuszczalnie – na samą benzynę (lub ropę) by go stać nie było. Więc ci polscy przedsiębiorcy żywnościowi idą blokować granicę ukraińską by produkty rolne od obszarników ukraińskich nie zalewały polskiego i europejskiego rynku.

A co polskiemu klientowi w sklepach spożywczych za różnica, czy kupuje drogie jajka od obszarnika ukraińskiego czy od kułaka polskiego? Bo kurze to kompletnie obojętne, kto jej te jajka podbiera. A te ciągniki wysiewające stale zbędne i groźne, trujące otoczenie wyziewy spalinowe to na granicy ukraińskiej stać mogą – tylko pomyliliście na której granicy. Powinny być tam dalej na wschód, na rosyjsko-ukraińskiej.  Jak tabor Żółkiewskiego pod Cecorą. I nie pozwalać dziczy rosyjskiej wchodzić na dawne ziemie Rzeczypospolitej. Ale – tak, jak klęska Żółkiewskiego była w dużej mierze spowodowana zdradami i ucieczkami podwładnych Żółkiewskiego – tak i ci ‘ciągnikowi bohaterzy’ innemu panu dziś służyć się zdają.  Nie sułtanowi tureckiemu, z którym mierzył się Żółkiewski. Nie – carowi rosyjskiemu.

Wstyd i hańba polscy producenci żywności (chłopami was nie chce nazywać więcej,  bo jesteście faktycznie przedsiębiorcami i w dodatku wielu z was pewnie zatrudnia za psie pieniądze właśnie ukraińskich robotników rolnych), że własna chciwość i łasość na mamonę zastąpiła wszelkie poczucie odpowiedzialności za kraj, wszelką obywatelskość zgubiła. Ach , i jeszcze ta po-pisowska nienawiść do Unii Europejskiej, która chce narzucić wam przepisy nowego ‘zielonego ładu’! Krzyczycie, że wy sami najlepiej wiecie, jak środowisko naturalne ratować.

Ot, to wam powiem –  …no wiecie i tyle. Zaśmiecaliście od dziesięcioleci te środowisko, zatruwaliście je bez końca. Za czasów komuny i po 1990. Kiedy tam mieszkałem i później, gdy często odwiedzałem, widziałem to często i gęsto. Nie wszyscy naturalnie. Ale podejrzewam, że większość tych, co tymi ciągnikami blokują te szosy. Są piękne cechy chłopskie. Ale są i obrzydliwe – przysłowiową jest pazerność i upór. Znam i takich tu, w Kanadzie, gdzie mieszkam. Gdy trzeba wyciągać od rządu dotacje i daniny – to naturalnie identyczne hasła: my farmerzy, sól tej ziemi! My żywimy Kanadę i świat od świtu do nocy harując na rodzinnych gospodarstwach! Tyle, że przeciętny mieszczuch ciągle romantycznymi oczami widzi tą wizję domowego gospodarstwa: stara chata-rancho drewniana, kury w obejściu, sad za oknem i paręnaście-parędziesiąt hektarów ziemi ornej. Podczas, gdy w rzeczywistości to latyfundia na miarę tych polskich magnackich na starej Ukrainie. I tysiące letnich robotników rolnych sprowadzanych za grosze z Meksyku i trzymanych na ‘gospodarstwie’ w urągających warunkach po 3-6 osób na izbę.

Gdybym był Donaldem Tuskiem, to bym nie jechał do Brukseli odblokować jakieś fundusze dla was rolnicy-putinowcy na szosach. Wysłałbym siły policyjne i odpowiednie wozy do ściągnięcia tych ciągników z szosy, was ukarał grzywną za blokowanie infrastruktury przygranicznej i obarczył kosztami tej operacji policyjnej. I pożegnał pozdrowieniem, jakim za mojego dzieciństwa na polach się chłopi witali i żegnali – szczęść Boże!

Anguish, the price of Love

The first panel of marble triptych by Hildreth Meiere representing The Pillars of Herakles (Centre for Hellenic Studies in Washington, DC)

Love is a strange thing, and the price you pay for it is enormous. But you pay. For a dream that is priceless. The higher is the heaven, the bliss of it – the higher is the cost. Have you known – would you have asked for it?

Let me tell you a story. There was a young man, who wandered the world from the high peaks to the deep valleys, and even deeper than the valleys. He went to the abyss of the underworld, the dark caves full of desires, hunger, and thirst. Long hands and longing eyes followed him there in the caves. The caves were like a labyrinth, one leading to the other. There, he saw a silhouette of a boy crying for love not found, for a dream not fulfilled yet. That silhouette, the shadow was – he knew it instantly – his own dream. A dream that did not want to be a dream anymore. It wanted to be born. To live. The young man heard the plea of this boy and the plea of his dream. He ran after the boy, grabbed his arm, and didn’t let go.  It is a long story re-told many a time. It was said that they lived happily ever after for a long time.

Like any long story, sometimes they are too long. People heard of the ending from others and never bothered to read it to the end themselves. But re-told stories change, and people soon forget where or from whom they heard it. They stopped reading it altogether, relying on the version they had heard from others. As the others relied on those, who told them. Over time the story changed, becoming a different one.

No one truly knew what happened to the young man, when he was not young anymore or what happened to the boy rescued from the cave.

I will tell you the story of the old man, who used to be that young man.

He doesn’t go to the caves, deep valleys, or mountaintops anymore.

The boy became his. He has answered his dream and the dream of the boy. They built a house on a treetop and watched the mountains weaving long shawls of rainbows flowing slowly to the valleys. Sometimes they would climb down from the treehouse and wander in the meadows below, drinking from streams, and singing with birds.

One day, after many years of happiness, the boy went further exploring the valley. The man followed him. They came upon a place where the stream enters a big river. The boy – a man by now himself – said: I will go for a swim in this river and jumped into it. He disappeared under the water and was not coming back to the surface. The man – an old man by now – jumped after him. He has found him ensnared in the long roots of the nenufars. He frantically ripped the snarls and brought the lifeless body to the surface. He tried for a very long time to push the boy’s life back into his lungs, and he screamed to the birds to help him. They came and tried with their wings and beaks to revive the boy. But, as the old man, they couldn’t. The boy was no longer.

From then on, the old man left the valley and wandered for eternity the earth. Looking for the boy, hoping that he appears somewhere. If, by miracle, he has found himself in the caves, why wouldn’t it be possible that he will find him again? His anguish was unbearable. Even the birds couldn’t sing when they flew by him. He came to the Edge of the World and asked the Big Water: why? The Big Water thought for a while and answered him with its own question: your sorrow has moved me, old man. I am Everything, the Past, and the Future. The Present has engulfed you in anguish beyond your strength. If the price of your past is too high to carry, I can grant you a gift seldom given to anyone.

The old man raised his eyes and trembling with timid hope, asked: O, Big Water, would you return my boy to me?

The Big Water answered: there is no return from not being. But I can change the Past, I can change the event that led you to the meeting of the boy. Ever. Thus the cause of the anguish will be gone. You can’t grieve something you have never had or known. That is the price.

The old man looked in horror and screamed at the Big Water: Would you, Everything, ever accept a deal to become Nothing? Your price is too high to pay. I will keep my sorrow and will walk with it till the end of my journey.      

I saw the old man when he turned away from Everything and started walking along the shores of The Edge of The World. With time he slowed down, yet he kept going. At a certain junction, the Edge of The World separated from the Big Water and became the Edge of Non-ending Abyss. There, the cliffs of the Edge were vertical like the Pillars of Heracles.  He knew that he reached the end of his journey. The old man sat and rested a bit looking down the massive cliffs where below a thick cover of white clouds was the invisible Abyss. His arms raised a bit with a sight and he slowly got up making a step toward the Edge. Then he froze for a moment, turned his head, and looked. He saw, far from the Edge, mountain peaks towering above deep green valleys and a forest with tall trees. He thought that he could hear the song of birds flying in the forest. A happy tear rolled down his cheek and a broad smile appeared on his face. And the old man was sure that for a moment he saw a boy waving toward him from one of the tree tops. The boy was singing the song of the birds and smiling at him. He called to the old man: don’t be afraid, come to me, I’ll wait for you!  

Did the old man jump the cliffs, you asked? I do not know. But he anguished no more.   

Fisherman’s Cove, the Sea and Sky

Fisherman’s Cove, the Sea and Sky

What do you do, when you can’t sleep? You go outside for a walk, in the snow and wind. At ten, then at midnight, then get a short snooze and go again at 4. It is not dark anyway, for the snow makes it all one milky, eerie light. Take another snooze and — it is morning the next day, LOL. Somehow you have a strong pain in your right temples and pain in your right ear. Stroke? You speak loudly and the words appear to be coherent and proper, go to the mirror and your eyelid and mouth don’t seem to be drooping, LOL. Then it must be just an ear infection. Dosn’t matter. What is the best for a cold? A cold excursion to the countryside! Camera in hand, a quick coffee, and off we go. Was able to catch even the Moon in full sunshine!

Zimowy Syriusz i Wielka Niedźwiedzica

Czemu wołasz mnie Syriuszu, lampo nocnego nieboskłonu? Czemu żądasz: pisz o mnie Pieśń Pochwalną?

Ja już pisać nie potrafię, a ty nie masz prawa wymagać ode mnie peanów na cześć twej świetności i świetlności pozaziemskiej. Lubię cię oglądać na zimowym nieboskłonie, gdy mija cię Księżyc popędzany batem rydwanu Wielkiej Niedźwiedzicy. Ale nie, nie jestem twoim oblubieńcem ani ty moim. Lubić spoglądać a kochać – to nie to samo miły, choć nieco zadufany w sobie Syriuszu. Ale, aby przyjemność ci zrobić, pomyślałem, że jeśli nie pean, to chociaż fotograficzny portret ci wymaluję nocą.

Ubrałem się koło północy w ciepłą kurtkę, buty z cholewami na głęboki śnieg i zszedłem nad wodę. Woda, sama zazdrosna, zgotowała pokaz bardziej kolorowy, świetlisty niż nieba ponad nią. Odbijała światła portów, mostów, latarń. Tak, jakby jakiś francuski impresjonista sam ją malował. Powiedzmy Bal w Le Moulin de la Galette pana Renoir’a. Lub coś w tym rodzaju. Ale to wodne odbicia, naturalne i lokalno-ziemskie. Jasno było, bo te światła i od wody i śnieg wokół bialutki. Już trójnóg kamery ustawiałem i spojrzałem w niebo. A tu ic. Zaciągnęło grubą kotarę nisko nad horyzontem. Śladu nieba i gwiazd jakiegokolwiek.

Więc zadrwiłeś sobie ze mnie drogi Syriuszu. Niech ci będzie. Nie będę się dąsał. Ale pieśni ci nie napiszę i tak, ani peanu z wersetami, ustrojonymi niczym falbanki halek moich babek i prababek. Nie dąsaj się i ty, nie do twarzy ci z grymasami. A twarz masz piękną, świetlistą. I będziesz wiecznie, nie jak ja. Ponoć masz jeszcze ponad 190 tysięcy lat. Nie, nawet nie ziemskich ale kosmicznych, a kosmiczne lata są tysiące dłuższe niż nasze. Nie będzie już Wenus, którą o świcie czasem podglądam. Pewnie i Ziemi też. Po mnie już śladu najmniejszego, nawet mikroskopijnej cząstki promieniowania węgla lub wodoru, które są moim budulcem zasadniczym.

Rozpływam się zresztą już teraz w czasie ziemskim, praktycznym. Jest mnie mniej każdego dnia. Więc kurczy się też moje pisanie. Wszak nie wypada stale pisać o przeszłości. A przyszłość przede mną nikła zaiste. Nawet ziemskim czasem odmierzana. Uśmiecham się jeszcze do gwiazd i gwiazdeczek ale już skromnie i bez głodu. Nie będę pił w kryształowym pucharze ambrozji gwiazd zmieszanych z winem leżakowanym latami doświadczenia. Nic nie mam do zaoferowania: ani sonetu, ani sonaty. Epos? Jeśli, to nie epiczny i bardzo prozaiczny.

 

ODBICIE
Patrzę w lustro
dotykam dłonią
zimnej płaszczyzny
która odbija moją twarz
jej rysy rozpływają się
w falującej wodzie szkła
z każdym dniem
jest mnie mniej
staje się niewyraźny
nie podobny do siebie

Nadejdzie moment
gdy nie poznam tej twarzy
patrzącej na mnie z lustra
nie będę wiedział
która z nich będzie mną
ta odbita w lustrze
czy ta patrzące w nie

(16 luty, 2024, B. P-G)

Calendarium of Heroes of Humanity in XX and XXI century

Mahatma Gandhi 1869 – 1948, Father of modern India. Promotor of equal rights for all people of India – regardless of their religious affiliation, Hindu or Muslim.

Martin Luther King 1929 – 1968, leader of the American Black movement for equal rights for all citizens, regardless of colour, race, and origin. Like Mahatma Gandhi represented nonviolent actions to achieve social and political changes. Assassinated.

Desmond Tutu 1931 – 2021, Anglican Archbishop of South Africa. Promotor and active supporter of the end of apartheid and equal rights for all citizens. Laureate of Nobel Peace Prize.

photo by M. Aleshkovskiy

Alexey Navalny 1976 – 2024, political and social activist in Russia. Advocate of democratic principles, free elections, separation of judicial and government branches. Unyielding supporter of human rights in Russia. Opponent of Russia’s invasion of Ukraine. Survived many attempts by the Russian state to assassinate him. Refused an offer of political, safe asylum in the West and returned to his homeland. Arrested shortly after returning. Murdered by Putin in the Russian Far East penal colony on February 16, 2024.

Dwie wojny. Dwa inne światy i wymiary.

Dwa największe i najbardziej obecnie niebezpieczne dla pokoju światowego ogniska wojenne to wojna w Ukrainie i wojna w Gazie-Palestynie. To nie największe zagrożenie i nie najniebezpieczniejsze wojny dla świata. Ta zacznie się w Azji. Ale te dzieją się już teraz: z bombami, czołgami, rakietami i tysiącami zabitych.

Ten Wielki Konflikt, to zdaniem moim nieunikniony prawie konflikt amerykańsko-chiński. Chiny nie rozpoczną go, dopóki nie będą pewne swej autentycznej siły militarnej. Ale mowy być nie może, by mocarstwo (jakim Chiny są) pozwoliły sobie na nieustanną amerykańską dominację w Azji. Nie zamierzają tej dominacji kontestować ani w Europie, bezwzględnie nie w Ameryce Północnej, ani nawet w Ameryce Południowej. Nie ma jednak najmniejszej wątpliwości, że nie pogodzą się z ekspansjonizmem amerykańskim w Azji.  Afryka już jest i pozostanie miejscem rywalizacji obu mocarstw. Rosja jest ciągle wielką niewiadomą. Moim zdaniem to kolos na glinianych nogach. Ale może być dla Chin wygodnym sojusznikiem.

Do wielkiego wojennego zderzenia Chin i USA może być jeszcze długa droga. Jest możliwe nawet, że spór o dominacje w Azji będzie rozwiązany negocjacjami tych dwóch kolosów. O ile przedtem nie dojdzie do dużego zderzenia z innym kolosem azjatyckim – Indiami.

A wojny na Ukrainie i w Palestynie są teraz. I są bardzo groźne. I bardzo inne.  Tak przyczyny, jak i cele oraz gargantualne różnice w uzbrojeniu, możliwościach militarnych stron konfliktu na Bliskim Wschodzie i na Ukrainie – czynią te konflikty kompletnie ze sobą nieporównywalne.

Ukraina

Rosja napadła na drugie, suwerenne i niezależne państwo. Państwo z własna armią i bardzo duże (ponad sześć milionów km2 powierzchni i ok. 40 milionów mieszkańców). Rosja jest wielokrotnie większa i obszarem i ludnością – nie jest to jednak walka olbrzyma z karzełkiem. Zasoby ukraińskie, jak zaznaczyłem, nie są niewiele znaczące. Sam fakt, że Rosji nie udało się do tej pory – po dwóch latach walk – odnieść zdecydowanie olbrzymich i spektakularnych sukcesów świadczy o wytrzymałości i gotowości bojowej Ukrainy w wojnie obronnej. W wielkim stopniu znaczeniu masowej i nie do przecenienia pomocy finansowej i dostaw olbrzymiej ilości sprzętu wojskowego dla Ukrainy przez państwa zachodnie, na czele z USA.

Strefa Gazy

Totalna wojna Izraela na terenach Gazy, a od niedawna też na obszarze całej Strefy, łącznie z pograniczem egipskim między Rafah i Han Yunis. Na wielokrotnie większym obszarze Zachodniego Wybrzeża (wzdłuż rzeki Jordan, która tworzy granice miedzy Palestyną i Jordanią), gdzie znajdują się władze polityczne państwa Palestyńskiego nie ma bezpośredniej inwazji armii izraelskiej. Ma tam jednak miejsce nieustanna działalność grabieżczo-terrorystyczna uzbrojonych osadników izraelskich. Odbywa to się często przy współudziale lub milczącym przyzwoleniu żołnierzy izraelskich na akty napaści na Palestyńczyków tam  mieszkających. Jeszcze przed terrorystycznym napadem oddziałów Hamasu na te osiedla izraelskie po drugiej stronie granicy w Gazie – Palestyńczycy od wielu lat byli poddawani aktom wypędzania ich z rodzinnych farm i zbrojnego zajmowania ich domostw i gospodarstw przez napływających stale nowych osadników żydowskich. W ostatnich dekadach ci osadnicy przybywali głównie z Rosji i bardzo przypuszczalne jest, że charakteryzowali się pewną specyficzną mentalnością rosyjską, która przez pokolenia bez wątpienia odbiła się na ich własnej mentalności. Mentalności bezprawia, lub prawa pięści i brutalnej siły. Tego samego, które charakteryzuje rządy i Mikołaja II, i Stalina, i Putina.

Te szukanie podobieństwa emigracji żydowskiej z Rosji do Izraela i cechami mentalności jest jedynym podobieństwem wojny na Ukrainie i najazdu izraelskiego na Strefę Gazy.

1. Sytuacja na Ukrainie:

24 lutego 2022 Rosja rozpoczęła totalną wojnę przeciw Ukrainie. Główne siły uderzenia poszły z terenu Białorusi w kierunku Kijowa wykorzystując zgromadzone tam wcześniej potężne siły rosyjskie: 35 Armią i 127 Dywizję Zmechanizowaną; jednocześnie z drugiego brzegu Dniepru uderzyła 36 Armia wspomagane silnymi jednostkami wojsk powietrznych. W kolejnych tygodniach do natarcia dołączyły inne wielkie jednostki rosyjskie. W tym samym czasie rozpoczęły się natarcia rosyjskie z zajętych wcześniej separatystycznych prowincji Ługańskiej i Donieckiej oraz z zajętego przez Rosję kilka lat wcześniej Krymu. Z portów na Krymie działały jednostki rosyjskiej Floty Wojennej. Przewaga wojsk rosyjskich w sprzęcie, uzbrojeniu oraz liczebności była duża. Sami Rosjanie byli przekonani, że zajęcie stolicy – Kijowa – to kwestia krótkiego czasu.

Panowało też silne przekonanie, że istnieje duża sympatia pro-rosyjska w szerokich rzeszach obywateli ukraińskich, że sama Ukraina i pojęcie narodowości ukraińskiej jest sztucznym konstruktem. Słowem, że Ukraińcy to po prostu nieco inny odłam jednej wielkorosyjskiej rodziny narodowej. Rosjanie wykazali się w tym zdumiewająco naiwni i pozbawieni najbardziej podstawowej wiedzy historycznej. Wszak do czasów XVII wieku i rozejmu w wojnach polsko-rosyjskich  oraz  Powstania Chmielnickiego w XVII wieku – żadna znacząca terytorialnie część terenów nazywanych obecnie ‘Ukrainą’ do państwa rosyjskiego nigdy nie należała. Zmieniło się to drastycznie w ramach Ugody Perejasławskiej w 1654. Poza terenami od wieków średnich należącymi do Korony Polskiej lub Węgier, które przy Polsce pozostały do końca istnienia Królestwa Polskiego, a duże jej obszary również w okresie  II RP (1918-1945).

Mnie się wydaje, że Ugoda Perejasławska przyniosła więcej szkody Ukraińcom niż Polsce. Car zresztą nigdy nie podpisał tej Ugody wychodząc z założenia, że Samodzierżca nie może składać jakiejkolwiek przysięgi poddanym. Zapoczątkowało to silny proces rusyfikacji, podporządkowanie Cerkwi Kijowskiej Patriarchatowi Moskiewskiemu (do tej pory była w bezpośrednim podporządkowaniu Patriarchy Konstantynopola). Wszystko to opóźniło bardzo rozwój świadomości narodowej Ukraińców, jak i sam rozwój gospodarczo-ekonomiczny tych ziem. A Polskę uratowało od nieustannych problemów zatargów wewnętrznych z Kozaczyzną i powodowanych przez tą Kozaczyznę zatargów z Imperium Osmańskim. Ale wracajmy do XXI wieku.

Mimo wielkiej różnicy w sprzęcie wojskowym, a przede wszystkim potencjale ludzkim (potencjał ludzki Rosji to 144 mln mieszkańców; Ukrainy – 45 mln. ) – dwuletnia już agresja Rosji na Ukrainę jest jednak porażką agresora. Nie udało mu się odnieść wielkiego zwycięstwa w jakimkolwiek z założonych celów. Nie zdobył Kijowa; nie zajął całego terytorium (poza Wschodnią Ukrainą – też nie w całości). Po dwóch latach nieustannych walk  Rosja w zasadzie jest na tych samych pozycjach terytorialnych od ponad roku. Największe straty rosyjskie są na arenie politycznej:  przyspieszyła a nie zlikwidowała możliwości akcesu Ukrainy do NATO, w dużej mierze zjednoczyła naród ukraiński i większość sił politycznych w Ukrainie; otworzyła prostą drogę Ukrainy do partnerstwa, a w konsekwencji do członkostwa w Unii Europejskiej. Putin przeliczył się militarnie i politycznie na skalę olbrzymią.  To był chyba największy błąd polityczny w całej jego karierze. Stosunkowo duża łatwość z jaką udało mu się dwa lata wcześniej zająć Krym, przyłączyć Okręgi/Republiki Ługańską i Doniecką uniemożliwiła mu rozróżnienie tych w dużej mierze rosyjskojęzycznych Okręgów od reszty Ukrainy zasadniczej.  Jeśli kiedyś dojdzie ( a dojść musi) do konferencji pokojowej, do pertraktacji między Ukrainą a Rosją to możliwe, że będzie to gorzka pigułka-cena Ukrainy za pokój. Nie wolno zapomnieć, że powstanie niepodległej i suwerennej Ukrainy w granicach, jakie wyznaczyły jej władze ZSRR nie było koniecznie granicami, jakie historycznie do Ukrainy należały. Odbyło się to kosztem wielu innych państw i terytoriów historycznych wzdłuż całej granicy zachodniej: Polski, Zakarpacia, Węgier i Rumunii. Fakt, że Trójka Jałtańska (Stalin, Roosevelt i Churchill) ołówkami na mapie sobie nowe granice tworzyli nie oznacza, że te granice były historycznie czymkolwiek uwarunkowane. Jakiekolwiek z tych państw (być może Węgry Orbana miały jakąś nadzieję na odzyskanie skrawka Zakarpacia i stąd ich pro-Putinowskie nastawienie?). Ale żadne z tych państw pretensji terytorialnych dziś do Ukrainy nie zgłasza. Tak, jak w Polsce nikt nie domaga się zwrotu całych Grodów Czerwieńskich łącznie ze Lwowem – mimo, że to piastowska kolebka państwowości polskiej w większym stopniu niż wiele innych obszarów obecnej Polski. Dobrosąsiedztwo i pokój w Europie jest ważniejszy niż stare historyczne kształty granic. Zwłaszcza w Europie, gdzie od wielu już lat ludzie traktują granice państwowe, jako administracyjne linie na mapach niż jakiekolwiek utrudniania w przemieszczaniu się ludności europejskiej.

Od roku czasu trwa wojna pozycyjna na wschodzie Ukrainy, przypominająca beznadziejne walki na błotach flandryjskich I wojny światowej. W zasadzie zapowiadana od dawna ‘letnia’  ofensywa ukraińska załamała się i ugrzęzła w miejscu. Jednocześnie nieustanne bombardowania i ostrzeliwania całego terytorium Ukrainy (łącznie ze Lwowem, który wcześniej był świadomie przez Rosjan nie bombardowany) powoduje olbrzymie straty dla całej ekonomii ukraińskiej. Rosja już wie, że tej wojny wygrać nie może – to wcale nie oznacza, że Rosja pogodzi się z przegraniem tej wojny. Przegraniem militarnym (politycznie już ją dawno przegrała). I Rosja może sobie na to pozwolić, gdyż właśnie jej zasoby ludzkie są wielokroć większe niż ukraińskie. Jest co prawda możliwość zastosowania pełnego ‘kordonu sanitarnego’  wobec Putina (mam na myśli nie wybrane sankcje a kompletną izolację ekonomiczną Rosji) – nie sądzę jednak by to się stało i by Zachód miał na to ochotę i czy Zachód na to stać. Raczej nie. Na bardzo długą metę nie stać nas – Polski, NATO i Zachodu – na  taką długą wojnę pozycyjną. Nie stać też Ukrainy.  I tak ma coraz większe trudności z poborem do wojska. I znalezieniem rąk do pracy na stanowiskach, które są nie obsadzone przez tych, którzy musieli założyć mundury. Jest zdumiewające, że nie wprowadzono powszechnej mobilizacji w Ukrainie. A nie wprowadzono, ponieważ Ukraińcy nie chcą tej mobilizacji i Żeleński doskonale o tym wie.   Nawet najnowocześniejsze samoloty z USA, Francji i Anglii, najlepsze czołgi i haubice z Polski i Niemiec same strzelać, latać i jeździć nie będą. Spada też procent poparcia na olbrzymie darowizny i pożyczki wojenne dla Ukrainy, które początkowo były udzielane bez problemu i bez protestów społecznych. Kryzys ekonomiczny, jaki dotknął prawie całą Europę i  Północną Amerykę  te nastroje zmienia. Podobnie masowa emigracja Ukraińców. Sam tutaj, dziwię się widząc tylu młodych mężczyzn Ukraińców w Kanadzie. Rozumiem to z ludzkiego punktu widzenia – każdy woli żyć niż umierać na froncie. Ale nie jeden Kanadyjczyk zadaje sobie te pytanie: dlaczego jam mam bez końca płacić olbrzymie sumy z naszego budżetu, jeżeli ci młodzi ludzie tych karabinów za te pieniądze i tak nosić nie będą, bo oni są tutaj, nie tam?  To przykre słowa i tematy. Ale słyszalne, zauważalne.

W styczniu tego roku ukazał się długi i bardzo krytyczny wobec Ukrainy wywiad w „Kulturze Liberalnej”[i] z gen. Waldemarem Skrzypczakiem – cenionym bardzo przez sojuszników dowódcą polskich i międzynarodowych dużych jednostek w wojnach afganistańskiej i irackiej (otrzymał m.in. Medal Wdzięczności od Gubernatora Generała Kanady za wspomaganie i ochronę żołnierzy kanadyjskich w Afganistanie). Zaskoczony byłem jak silnie krytyczny wobec Ukrainy był ten wywiad.

Mowy być nie może byśmy mogli sobie pozwolić na ‘machnięcie ręką’ i rezygnację z dalszego wspierania Ukrainy. Już pomijając zwykłą solidarność między narodami i państwami, zwykłe poczucie sprawiedliwości. Nie możemy, bo utrata Ukrainy byłaby tragedią dla Polski i Europy. Pomijam oddalone kraje obu Ameryk.  Zaangażowaliśmy się (słusznie) w ten konflikt i nie możemy bez wielkiej szkody dla nas samych się teraz z tego wycofać. Rysuję jedynie pewne możliwe i realne możliwości jego zakończenia. W realnej, bezdusznej wielkiej polityce wszystko ma niestety swoją cenę. Oczywiście zdarzyć się może jakiś ‘przykry’ wypadek Putinowi (wszystko zdarzyć się może) – ale czekać na to w nieskończoność nie można. A Rosja to nie Polska, nie Francja, nie Kanada ani USA. Skala niezadowolenia społeczeństwa i masowe, wielkie protesty rządów rosyjskich nie zmienią … bo takich w Rosji nie będzie. Rosja to znowu Samodzierżawie, jak za ‘dobrych’ starych czasów Cara lub Carycy.     

2. Sytuacja w Strefie Gazy

Zacząć trzeba od jasnego stwierdzenia, że to nie jest wojna dwóch państw czy dwóch narodów. Sytuacja jest odwrotna – to Izrael napadł w totalnym najeździe na tereny palestyńskie Strefy Gazy. Wiemy od czego ta wojna się zaczęła, co było jej bezpośrednią przyczyną: niewyobrażalny w okrucieństwie napad bojowników organizacji wojskowej Hamasu na izraelskie kibuce w pobliżu granicy z Gazą. Zaskoczenie, szok i olbrzymie medialne nagłośnienie tej napaści legło u podstaw masowego oburzenia rządów i wielu społeczeństw państw Zachodu. Podjęta szybko przez Izrael akcja odwetowa była zrozumiała i znalazła poparcie tych państw. Najważniejsze i decydujące w tej kwestii było pełne poparcie i natychmiastowa pomoc tak militarna (obecność floty wojennej USA tak na Morzu Śródziemnym, jak i w pobliżu morza Czerwonego, na Morzu Arabskim), jak finansowa i polityczna Ameryki.  Prezydent Biden jednoznacznie publicznie udzielił pełnego wsparcia i poparcia wojskowej operacji Izraela. Mimo kryzysu politycznego w Kongresie USA – w kwestii natychmiastowego wparcia finansowego dla Izraela pokonał wszelkie kłopoty polityczne. Niestety, bardzo szybko stało się jasne, że celem Izraela nie jest szybka akcja wojskowa jako odwet-cena za napaść Hamasu, ani nawet chirurgiczne błyskawiczne akcje komandosów i Mosadu które mogły odbić porwanych przez Hamas zakładników izraelskich. Celem było kompletne zniszczenie Gazy, totalne, systematyczne – nic z tego miasta zostać nie miało. Nic nie było poza nieustannym bombardowaniem i ogniem artylerii żydowskiej: szkoły, meczety, szpitale. Łamiąc wszelkie prawa wojny ludność cywilna była bezustannym i nieustępliwym celem. Wyłączono elektryczność i dostawy gazu niezbędne nie tylko dla ludności cywilnej, ale niezbędne dla szpitali, które natychmiast zapełniły się umierającymi i rannymi. Tak, na bojowników Hamasu też oczywiście polowano – ale faktycznie głównym celem tych wszystkich akcji i głównymi ofiarami śmierci i ran była palestyńska ludność cywilna. Na nakazy opuszczenia miasta Gazy i przeniesienia się wyznaczoną drogą – tłumy uciekinierów ruszyły tą drogą. I zostały ostrzelane. Ofiary ludności cywilnej rosły setkami, potem tysiącami z dnia na dzień. I trwa to do dziś. Zniszczono prawie cała Strefę Gazy, doprowadzono do nędzy, głodu, braku wody pitnej steki tysięcy ludzi. Pozbawiono ich pomocy i jakiejkolwiek realnej opieki medycznej. Bohaterscy lekarze – w tym niezłomni medycy kanadyjskiego stowarzyszenia ‘Medycy bez granic’ – uciekali się do średniowiecznych metod amputacji bez znieczulenia i generalnie leczenia bez podstawowych środków współczesnej medycyny. Powoli rosło oburzenie i protest wielu społeczeństw. Politycy i przywódcy, którzy początkowo wsparli Izrael w pełni – zaczęli krytykować i odsuwać się od tego, co Izrael robi. Ale Biden bodaj najdłużej nie zmieniał swego stanowiska.  A stanowisko i pozycja USA były ze wszystkich najważniejsze. Decydujące.  Przyznaje, że ten człowiek obrzydł mi kompletnie. Straciłem wobec niego kompletnie wszelki szacunek. Mam nadzieję, że Demokraci amerykańscy przebudzą się i nie dopuszczą by kandydował w kolejnych wyborach. To by było nie tylko oddaniem prezydentury Trumpowi – to by był wielki cios dla samej Ameryki. Ten człowiek reprezentuje Amerykę sprzed wielu, wielu lat, i świat sprzed wielu, wielu lat . Jego ‘best before’ data już dawno minęła.

Netanyahu jest też najgorszym, co mogło spotkać Izrael. Nikt tyle szkody dla Żydów izraelskich i milionów Żydów żyjących w diasporze nie zrobił w czasach współczesnych, co on właśnie. Nikt nie może też zaprzeczyć, że był przez dekady bardzo wpływowym i  często cenionym politykiem, tak w samym Izraelu, jak i wielu innych krajach. Jest politykiem zdecydowanie ultraprawicowym.  A ultraprawicowi politycy maja jedna tendencję: nie widza różnicy między kasą państwowa a własna kasą prywatną. Zresztą sam ten oksymoron ‘polityk ultraprawicowy’ jest tylko mylącą koszulką: postawa ultraprawicowa nie jest odmianą patriotyzmu – to zwykły szowinizm. Szowinizm dziś to też populizm. W tych kręgach znalazł przyjaciół na arenie międzynarodowej i domowej. Z Trumpem tworzyli niezły duet – to znajomość bardzo stara, bo ,Bibi’ w latach młodości pracował razem z Fredem Trumpem, tatusiem Donalda i malwersantem finansowym w Nowym Jorku.  Ma bliskie stosunki z Putinem, którego określił, jako przyjaciela. Z brazylijskim Bolsanaro, z Berlusconim, z indyjskim Modim – same gwiazdy i gwiazdeczki światowego populizmu, malwersacji finansowych i szowinizmu etnicznego.

Czemu tyle miejsca poświęcam jednemu politykowi Izraela, jakby był carem-samodzierżawcą tego państwa odpowiedzialnym jednoosobowo za wszystko? Dlatego, że uważam, iż za konkretną sytuację tej okrutnej kampanii maksymalnego wyniszczenia Palestyńczyków w Strefie Gazy on właśnie jest odpowiedzialny personalnie. Nie ma wśród żyjących polityka izraelskiego, który by przez tyle dziesięcioleci miał taki silny, bezpośredni wpływ na politykę państwową, na kształt rozmów i rokowań izraelsko-palestyńskich. Na to, że de facto – mimo dobrobytu ekonomicznego Izraela, mimo wielu praw społecznościowych czyniących Izrael oazą wolności osobistych – jest to kraj od dziesięcioleci trwający w gotowości i niepewności wojennej, kraj oficjalnego apartheidu. Jest do pewnego stopnia (przez te konflikty) jednym z centrów zarzewia światowego konfliktu zbrojnego. Ten zdumiewający dualizm Izraela, jako państwa nowoczesnego, obywatelskiego zderza się bez przerwy z Izraelem, jako państwem uzbrojonym po zęby i bezwzględnie bezlitosnym wobec faktycznych i domniemanych wrogów. Państwem obywatelskim i państwem religijno-szowinistycznym. Ten trend religijno-szowinistyczny ‘narodu wybranego’ jest najbardziej dla pokoju i bezpieczeństwa w tym newralgicznym punkcie świata, punkcie styku cywilizacji i kontynentów najbardziej niebezpieczny.

W eseju opublikowanym w „Jeruzalem Post” 11 lutego 2024, Yitz Greenberg twierdził (jako odpowiedź na sugestie amerykańskie o konieczności realizacji postulatu dwóch państw: Izraela i Palestyny): Ameryka powinna dodać, jako warunek, że Palestyńczycy musza zdecydowanie przejść na pokojową taktykę nacjonalizmu, inaczej nie zasługują na państwo. Ludzie tracą prawo do samostanowienia jeśli podstawa ich  celu jest zniszczenie drugiego narodu[ii]. To jets pod wieloma względami dość racjonalny tekst. Nie można jednak nie zauważyć, że w tym konkretnym cytacie Greenberg opisuje dokładnie postawę i politykę Izraela wobec Palestyńczyków i Palestyny – wyniszczenie drugiego narodu.     


[i] https://kulturaliberalna.pl/2024/01/16/mielismy-szanse-by-rozbic-rosje-i-ja-zmarnowalismy/

[ii] https://www.jpost.com/opinion/article-786409

The Woods – how You led me out of them

The Woods – how You led me out of them

There are bad days. They come. I didn’t know that my emotional construction was still so fragile. Someone said something or wrote something to me, possibly in good intention – and everything fell down as a house of old rocks tumbling down in a cloud of dust. Cloud of dust and insecurities, despair. Everything I tried so hard to put together on my ocean beaches last summer – was taken away by a wave that came and washed it to the bottom of that ocean.  

One of the very first lines I wrote after You were gone, after I tried to find traces of You, of us, on some trail we used to walk together – and I couldn’t find You anymore – felt like that exactly: insecurity, lost. Maybe even angry – why am I here if you are not?

I have simply called these short lines: ‘Woods’. The woods I ventured in and got lost. Couldn’t find my way back. Last night and today it felt like that – to be back in these woods.

The Woods

I’m in the woods, surrounded by trees. The sun filters through the leaves, creating a dance of light and shadow. The breeze caresses the branches, making them sway gently. The air is fresh and warm, but not too hot. It’s a perfect day for a walk.

But I’m not here to enjoy the scenery. I’m here to find you. You ran away from me, and I don’t know why. You didn’t say a word, just took off into the forest. I followed you as fast as I could, but you were always ahead of me. I called your name, but you didn’t answer. You didn’t even look back.

The terrain is rough and uneven. The ground is covered with dead wood, roots, and rocks. I’m not as agile as I used to be. I’m not a young buck anymore, confident in my strength and speed. I stumble and fall, scraping my hands and knees. I get up and keep going, hoping to catch a glimpse of you.

But you are nowhere to be seen. You are hiding from me, or you have already gone too far. You are out of my sight and out of my reach. I don’t know where you are, or if you are safe. I don’t know what you are thinking, or what you are feeling. I don’t know if you still love me, or if you ever did.

 Maybe it wasn’t even an actual walk in the woods? Can’t remember anymore. Maybe it was a written record of one of my many nightmares, being half awake and half-asleep? Don’t know – there are days from these early times that are gone from my memory altogether, weeks like that. I know that they were, that I was there, too. Remember every detail, every second of You collapsing in my arms, the ambulances rushing to our home, every day and night in the hospital – and not much more after that. Just pieces of existence like a broken string of pearls rolling on the floor.

That’s that dark place I crumbled to last night and this morning. And You were not lost and gone, not hiding from me. You were right here and You guided me to a memory. The memory of a trip we took in 2016 to Alberta, our last trip to Alberta (apart from the huge trip across the continent to the shores of the Atlantic). We took a different route, a longer one, the one leading up North toward Valemount and through Highway 16 toward Jasper. But first, before reaching Jasper, one has to drive with the view of the massive, majestic Mount Robson. The highest mountain in the Canadian Rockies. Many, many years earlier I did a little climbing on this giant. Never reached the top, nor did I attempt to. Just wanted to do a bit of climbing on it and remember reaching some shelf-ledge on its steep wall, sitting on that ledge, and be amazed by the panoramic view in front.  In 2016 we reversed the roles, we were the ones at the bottom in some valley, and the huge giant was looking at us from high above.  It was amazing, the day was sunny, and practically there was no traffic. Remember embracing John and we both just admired the view.  It felt good. We both liked going back on many visits to Alberta, especially John. After all, it was his home, where he grew up, where he went to school, his adolescence … and us at the end. We met there, and fell in love. That memory of that trip lifted me from that awful pit I fell into again.

After Sturm und Drung – Sunny Days will follow

After Sturm und Drung – Sunny Days will follow

In the late XVIII century, following the French Jean-Jacques Rousseau’s turn to feelings and emotions – the Germans introduced us to Sturm und Drang. Of course, only the Germans and German language can come up with such a militaristic-sounding term for literature and paintings reflecting deep emotions, love, romance, and tragedy, LOL. That is exactly how I felt on the North Atlantic shore for the past few days – a non-ending storm with heavy snow and a constantly overcast sky. Not even a wink from the Sun. Nada, zilch.

Skutkiem francuskiej – naturalnie – perwersji uczuciowości Rousseau, Niemcy obdarzyły nas czasami Burzy i Naporu (Sturm und Drang) Romantyzmu. Tylko język niemiecki i niemiecka mentalność tak potrafi nazwać okres rodzenia się sztuki poświęconej miłości, romansowi, legendzie i tragedii, LOL. Napór i sztorm brzmi bardziej jak rozkaz niż, jak wyznanie. Jakże biedny Werter nie mógł nie cierpieć, jeśli takimi rozkazami wyznawał swą miłość dla Lotty?!

Tak się właśnie czułem ostatnie kilka dni na brzegach Północnego Atlantyku w czasie niekończących się wichur i śnieżnych nawałnic. Ni źbła choćby słoneczka na moment. Zero.

Więc gdy dzień pięknym, różowym wschodem dziś się ukazał, a karminem zachodził z wieczora – z kamerą poleciałem go gonić po Moich Kamieniach. Naturalnie, że przesadzam. Nie goniłem a potykałem się w zaspach powyżej kolan, wspomagając się swoim kosturkiem. A ten śnieg bieluśki, ta woda i stalowa, i srebrna, i różowa do zdjęć, jakby pozowały.