Winter in Mount Pleasant Park in Halifax

A day after the big winter storm that brought Nova Scotia the biggest snowfall in twenty years, I went with my camera to the edge of Halifax – Mount Pleasant Park. A lovely wooded enclave, in a way reminiscent of Stanley Park in Vancouver, but slightly smaller in size.

Old Halifax has very narrow streets that look today like a tunnel dug out of high snow embankments. Finding a parking spot is next to impossible and people are forced at places to walk on the street, as the sidewalks are just covered with mountains of snow. Planned to visit also the lovely Public Gardens downtown – but all gates were closed. Why? Because no one showed the walkways? It is a park for Heaen’s sake! Not a highway. If people want to walk knee-high in snow – why can’t they? Homeless people live in tents right in parks and on the streets and you worry about ‘the elegance’ of Patrician’s Park?! Sometimes (most of the time, LOL) I can’t understand the politicians …

In Mount Pleasant Park the main trails were plowed. Most of the people that I met there were walking their dogs. It looked like the wonderful furry friends were in paradise! Jumping into the woods and snow that sometimes cover them totally, wagging their tails, running back and forth – a pure joy. I had the pleasure to play with some of them. What a bunch of happy creatures, if you let them be happy. No aggression, just joy that someone wants to play with them.

Did you say winter? In Nova Scotia?!

Yesterday was a lovely day. Snow abounds, beautiful, soft, and dry. Everything looked like Christmas. I dug out my carriage, drove to a few stores, and decided that the next day I would take my camera and go for some nice wintery shots on the coast or perhaps in Halifax. My carriage is a very strong vehicle and not afraid of winters.

It continued to snow the entire day, then the full night, and again the rest of the day. But the temperature went up a bit, the wind became very strong and the snow changed to very nasty tiny little granules like sand. Still drove to do short shopping but the camera would not be very good in such conditions. It would get wet in a second, walking would not be nice either. Visibility was very bad, too.

Shouldn’t complain too much, though. The Eastern and North shores were hit really badly. I think they had to proclaim a state of Emergency in Cape Breton, many roads were closed and the Government was advising everybody not to travel. But I still wanted to take some pictures, just with my I-phone and around my my home, parking lot (LOL), and of course, My Rocks.

Had to dig out my truck again, just in case I would need it, and simply didn’t want to have it covered by the white craziness totally. So here it is – the mundane, silly photo chronicle from the parking lot and the vicinities. By the way – it still snows now and should not stop tomorrow, either. If you won’t hear from me in the next few days it means that my igloo lost internet connection. So yes, to no one surprise in Nova Scotia – it does snow in Nova Scotia. As it rains in BC.

Of course – you need to have proper Sunday Church elegant shoes. As you noticed on one of my pictures I do have proper church shoes. One for Nova Scotia and one for British Columbia.

9 thermidor a Terror Praworządności. Naturalnie o Polsce.

Cóż ma piernik do wiatraka? Oryginalną cechą wiatraka były wielkie koła (napędzane skrzydłami) mielące ziarno, efektem czego była mąka. Piernik robi się z mąki.  Proste.

9 thermidor to data w kalendarzu Rewolucji Francuskiej, która była związana z terrorem ‘praworządności’ i zgilotynowaniem Robespierre’a. Wiadomo – rewolucja pożera swoje dzieci.

No ale co Rewolucja Francuska i jej terror ma wspólnego z Polską? Oj niedobrze, niedobrze, nic nie rozumiecie drodzy moi. Terror to terror, bez znaczenie czy to terror praworządności w Polsce czy we Francji. Raz poczęty z prawa czy z lewa, kończy się tym samym: nierządem. A nierząd (użyję tym razem słowa łatwo rozpoznawalnego i znanego wszystkim) to burdel. Może być na kółkach.

Powiedzmy sobie, że w 2015 rozpoczęto w Polsce rewolucję. Obalano (jak we Francji) ancien regime i zaczęto nowe rządy i system jakobiński. Mamy większość i pokażemy. Przeciwnych ‘gilotynowano’ politycznie, wprowadzano nowe Urzędy i Instytucje, stare wykastrowano najpierw, a potem wprowadzono do nich nową kastę kapłanów (najlepszym tego przykładem był Trybunał Konstytucyjny, ale powoli uległy temu też Sądy Powszechne na czele z Sądem Najwyższym). Kiedy już pewne rewolucyjne zmiany wprowadzono i skutecznej obrony przeciwnicy zrobić nie mogli, to ziobryści (najbardziej radykalny odłam jakobinów) zadbali o to, by ten nowy reżym prawnie ustawić. I ustawili, gdzie tylko się dało prawomocnymi ustawami. Nie, nie zwykłymi uchwałami – ustawami Parlamentu, podpisanymi przez prezydenta. Kiedy doszło do kolejnej rewolucji lub kontrrewolucji w październiku 2023 to marszałek Hołownia stanął wobec wielkich problemów. A wobec jeszcze większych – Premier Tusk. No bo z jakobinów i ziobrystów ostał się jeszcze Wielki Wóc. I zrozumiał, że chcieć to móc. Ten ustaw sejmowych podpisywać nie chciał. Na zagrożenie, że większość sejmowo-senacka potwierdzi je ponownie (po odrzuceniu poprawek prezydenckich) i wtedy prezydent podpisać je musi (nakaz konstytucyjny) – Wóc pomyślał, popytał się doradców nadwornych i zdecydował: dobrze, podpiszę. Ale automatycznie skieruję do Trybunału Konstytucyjnego z zapytaniem o zgodność konstytucyjną. A Trybunał, no to wiecie, takie dwa wielkie kwiecie: Przyłębska i ta druga, taka głośna a’la Hanka Bielicka. Tyle, że Bielicka się śmiała i miała humor. Cechy zdecydowanie obce tej sędzinie. Do tego jeszcze dodać można Sąd Najwyższy i jego Prezeskę, panią Manowską. Obie lubią spotkania towarzyskie i obiady u przyjaciół. Pani Prezes Przyłębska u Prezydenta, a pani Prezes Manowska nie chce do pałacu jeździć, więc zaprasza Prezydenta do siebie. Możliwe, że gotuje lepiej niż Przyłębska, więc się nie krępuje.

autor z założycielem KODu i jego Żoną przed budynkiem SN w Warszawie

Co tam jeszcze o sądach nie dopisałem? A, w tym Najwyższym są dwie Izby (pewnie więcej, bo gmaszysko baaardzo duże, wiem bo chodziłem tam na manifestacje poparcia dla poprzedniej pani I Prezes). Ale te dwie Izby to takie ważne. Widać, że jedna chce być ważniejsza od drugiej. Bo w tej samej sprawie (chodziło o spór – bagatelka –  między Prokuraturą Krajową i Prokuraturą Generalną) każda z Izb wydała dwie sprzeczne z sobą opinie/wyroki. Zastanawiam się, co by się stało, gdyby poszły na wokandę do innej izby (wszak pokoi w tym gmaszysku nie brakuje)? Inny wyrok? Inne prawo, inny zapis konstytucyjny, inna ustawa? Burdelik niezły, przyznać trzeba. Coś robić umiemy w końcu. A wstydzić się może nie ma powodu – ostatecznie kurwa to najstarszy zawód świata. A Polacy tradycję i historię szanują.

Więc ukłuł się publicystycznie i politycznie nawet termin – Terror Praworządności. Że niby by odzyskać czystość i jasność prawa – nie ma innej drogi jak … po trupach. Ostro i bez pardonu. Taka dziejowa sprawiedliwość i zemsta ludu (wyborców z października 2023, którym rozliczenie starej ekipy obiecano wprost). Jak jakiś przepis lub jakieś prawo w tym przeszkadza – to znaczy, że to prawo i przepis zły. Niegodnie wprowadzony, więc nieważny. Zaczynają się coraz głośniejsze nawoływania, że może czas by tą Konstytucję poprawić, uzupełnić. Jest faktem, że czasy gdy była uchwalana, po okresie przejściowym rządów premiera Mazowieckiego, były zupełnie nieporównywalne do czasów obecnych. To dwie różne Polski, dwa różne światy i społeczeństwa.

Ale póki ta Konstytucja, jaka jest – jest, to musi być szanowana i stosowana. Proponowany i częściowo stosowany już tenże Terror Praworządności jest absolutnie prawnie gorszący i niedopuszczalny. Kompletnie się z opinią bardzo szanowanych przeze mnie Prokuratora Generalnego, premiera Tuska i Marszałka Hołowni nie zgadzam. Konstytucja i prawo z konstytucją zgodne i na jej zapisie musi być bezwzględnie stosowane i respektowane. Sądy winny być – zgodnie z tą Konstytucją i wynikającymi z niej ustawami sejmowymi – zreformowane, przekształcone ale ich wyroki muszą być szanowane i wykonywane. Nawet jeśli się nowej władze niektóre nie podobają. Więcej – szczególnie wtedy, gdy się politykom, zwłaszcza rządzącym nie podobają. Inaczej otwieramy prostą drogę dla każdej kolejnej ekipy rządowej – jak wam prawo i sądy stoją w drodze do waszych rządów, to te prawo i te sądy po prostu olewajcie. Wygraliście wybory czyli możecie robić, co chcecie. Nawet jeśli możecie – to nie powinniście.

Moja bezpardonowa działalność i moja publicystyka na tematy krajowe od pierwszego zamachu na polską Konstytucję i polski Trybunał Konstytucyjny w styczniu 2015 na tym się właśnie opierała. Na obronie niezależności sądowniczej i Konstytucji RP. To sine qua non każdego państwa demokratycznego. I nic się w moim stanowisku i w moim punkcie widzenia na te tematy nie zmieniło. Nie możemy uznawać tylko tych sędziów, których uważamy za uczciwych (tacy, którzy przetrwali nagonkę i terror pisowski) a tzw. neo-sędziów nie uznawać ani ferowanych przez nich wyroków. Bo nie może być dwóch kategorii sądów i dwóch kategorii sędziów. Na wymianę jest inna, legalna i dużo dłuższa droga – ale to jedyna słuszna droga. Na przełaj nie można, tak jak nie można na czerwonych światłach przechodzić przez ulicę. Czerwone światło znaczy: stop. Nie wolniej, nie ‘ a może się uda’ – STOP i koniec. Poczekaj na zielone.

 

W tych czasach już wspomnianych początków Trzeciej Rzeczypospolitej ukazała się mała, głośna książeczka-broszurka, która wywołała skandaliki i była przez to popularna, „Pamiętnik Anastazji P.”. Skandalizujący zapis  erotycznych ekscesów tej pani z każdym bodaj politykiem tej nowopowstającej wolnej Polski. Niektórzy z nich do dziś żyją, choć już w bardzo podeszłym wieku. Anastazja Domaros vel Potocka mieszka teraz ponoć gdzieś pod Gdańskiem. Ile było prawdy w jej opowieściach – trudno powiedzieć. Przez resztę życia czynnego była głównie oszustką, wydała potem jakąś nie najgorsza płytę z własnymi piosenkami. Ale ten Sejm, ci posłowie i senatorowie (skrajna prawica i skrajna lewica w tej prawie pornograficznej spowiedzi wiedli prym) nowej Rzeczypospolitej wyglądali, jak tania knajpa lub remiza strażacka, gdzie wszyscy ze wszystkimi się … no tak, to właśnie robili. Jeden burdel. Może to skaziło bardzo poważnie przyszłe losy tej nowej Polski? Może ludziom się wydało, że tak właśnie politycy w wolnych krajach wszędzie się zachowują i nie należy się temu zbytnio dziwić? Ja mam inne widzenie na ten temat. Większość długiego już życia spędziłem w tych ‘innych’ krajach starych demokracji. Tak, skandale erotyczne zdarzają się i tu. Ale zdarzają, a nie są cechą typową dla polityków. Parlamenty to nie są burdele, nie są tak traktowane i tak oceniane. I politycy to w zasadzie dość porządni ludzie. Czasami ich nie znosimy za ich poglądy sprzeczne z naszymi. Ale nie za seksualną rozwiązłość.

Więc dość już z tymi odnośnikami do domów wesołej proweniencji. Szanujmy się w Polsce nawzajem. I szanujmy prawo i konstytucję. Bez terrorów, bez zemsty. Tak, powoli ale skutecznie rozliczać, wystawiać rachunki, wymieniać kadry. Wszystko w zgodzie z prawem. I pamiętajmy: fundamentem państwa jest sztywny rozdział na trzy władze: rządową, sądową i ustawodawczą. Ten rozdział i całkowita niezależność musi być przestrzegana bez zająknięcia.  

Nasz świat alternatywny

Zagubienie

Dużo tego wokół.

Coś stale się dzieje,

jakieś dni mijają,

kolejne nadchodzą

w dziwnym marszu

brzasków i zachodów.


Przyzwyczaiłem się już

i do smutku i do żalu.

Ale dalej nic z tego

zrozumieć nie potrafię.

Coś kiedyś zaczęliśmy

i mieliśmy gdzieś skończyć,

dokądś dojść. A nie doszliśmy,

nie skończyliśmy. Dlaczego?


Byłeś i nie ma cię.

Brak w tym zupełnie

jakiejkolwiek logiki,

sensu lub choćby

symboliki czegokolwiek.

Po co ja zostałem?

W rozgardiaszu rzeczy ważnych

zapomniał Los o takim drobiazgu?


Jak jedna litera

może być słowem?

Jak słowo może być

zdaniem o czymkolwiek?

To obcy mi język

i niezrozumiały.

31.01.24

Świat stał się czymś spoza, jakby zaistniał obok. Widzę go przez okno, czasem wychodzę do niego jakieś sprawy załatwić, coś zrobić, pojechać na jakąś plażę, pójść na koncert lub wystawę.  Gdy wracam do domu gdzie on nie istnieje, zostawiam go za drzwiami i za oknem. Nie potrzebny mi do niczego. Tylko przeszkadza swoim tłokiem, gadatliwością i kompletną powierzchownością. Jakby tym całym i stałym ślinotokiem słów usiłował nadać pozory ich głębokości, ważkości. A w sumie to kompletna płycizna ledwie stopy łechtająca. 

Jest bardzo prawdopodobne, że ciągle są ciekawe indywidualne światy innych ludzi, ich prywatne kosmosy. Ciągle poeci publikują wiersze, malarza pracują przy sztalugach, filozofowie – tak mało tych prawdziwych się ostało – szukają sensu bytu i dotknięcia jego paradoksu, kompozytorzy komponują. To mnie trochę zajmuje jeszcze, ciekawi czasem. Bardziej z ciekawości niż autentycznej potrzeby. Dla mnie już wystarczy tych kilka tysięcy lat poprzednich badań badaczy i twórczości twórców. Kolejne niewiele nowego i odkrywczego prawdziwie już mi nie zaoferują. Po oswojeniu się w wiekach XIX i XX z myślą, że jednak wszystko jest możliwe, a nic definitywnie określonego początkiem, kształtem, formą i końcem nie ma – filozofia umarła, a sztuka jest wszystkim i niczym jednocześnie.

Pozostali jeszcze bogowie i wierzenia. Ale z tymi zerwałem wszelki kontakt już dawno.  Zbyt wiele świństw zrobili lub pozwolili na zrobienie w swoim imieniu, bym jakąkolwiek na nich uwagę zwracał. Zakładam zresztą, że ich nie ma. A jeśli są – niech się kiszą we własnym sosie samozachwytu.

Po prawdzie nie jestem zadowolony kompletnie z faktu, że żyję jeszcze. Tak, jak z tymi nowymi badaniami i nowa twórczością – do niczego mi już to niepotrzebne. Pewnie jest jakaś doza lęku egzystencjalnego. W końcu życie to najstarsze chyba tabu tego zwierzęcia zwanego homo sapiensem. Ale przede wszystkim niechęć zrobienia przykrości wielu osobom bardzo bliskim, a zwłaszcza tym, którzy w jakiś sposób fizyczno-prawny musieliby konsekwencjami się zajmować. Byłoby to poniekąd świństwo z mojej strony, taki trochę nihilizm moralny wobec nich.

Nie. John mi nie zrobił świństwa. On sobie tego nie zaplanował, przeciwnie – żal  mu strasznie było odchodzić, nie chciał. Jeszcze chciał byśmy doszli dokąd nie doszliśmy, by był pewien przedsmak dokończenia, epilogu.

Może więc zbuduję świat alternatywny. Nie ten sam który był, a już go nie ma bezpowrotnie. Ten, który mógłby być. Będzie tylko wewnątrz naszych czterech ścian. Będę wychodził po zakupy i gazetę i po powrocie będę ci opowiadał, co nowego się za oknem zdarzyło.  A wieczorami będziemy robić długie podróże do miejsc, w których kiedyś byliśmy.

Kto wie, może uda mi się cię namówić na nowe dalekie trasy. Pojedziemy do Paryża. Kocham Paryż! Oprowadzę cię po znajomych uliczkach, posiedzimy na schodach pod Sacré-Cœur i wytłumaczę ci całą panoramę w dole. Potem oczywiście na Montmartre, w kafejki, w sprzedawców obrazów, w ramiona gawroszy. Wieczorem pójdziemy na nocny długi spacer bulwarami sekwańskimi. Od Île de la Cité aż pod Łuk Triumfalny. Tylko się nie wyrywaj i nie śmiej się – będę musiał cię całować. Bez całowanie się nie ma najmniejszego sensu iść nocą tymi bulwarami. A inni? Daj spokój. Czy naprawdę nie zrozumiałeś jeszcze, że tylko my ich będziemy widzieć, a oni nas nie będą mogli? To takie proste, Babycake!