White Clouds and white waves

Of many travels this late summer I decided that today, on first day of Autumn, I will create a portrait of meeting two opposite worlds: the sky and the sea. The Northern Atlantic is famous for huge waves. As they rush toward the shore they create a cascade of white foam, as to compete with the white clouds above them. Observing them takes you to another dimension, another wold, when you realize how unimportant, insignificant you are. Just a speck of sand on a beach. Not unlike the little insect you are observing, as it tries to conquer small distances across the sand dunes. It seems like an impossible task: as the tiny insect climbs the the sandy wall, the sand constantly moves from under its tiny legs and the insect falls down. It looks like a monumental struggle through Sahara or Gobi deserts.

But to the ocean and to the sky all of these struggles seem trivial. It has been here before the man and before the insect. Probably will be here once we are gone again.

Did India assassinate a Canadian citizen in Canada?

India – vast subcontinent with thousands of years of rich history. An underdeveloped country with nuclear weapons, an active and successful Space exploration program, and many more very advanced technological achievements. With huge social disparities, hunger, and homelessness. You can get there very cheaply an excellent medical treatment/procedure. If you are a ‘medical tourist’ from Europe, North America or a rich person living in India (I am certain there are many of them). The hope of the West that it will act as a counterbalance to China’s ambitions.
Now this. News that stunned Canada. Canadian PM in our Parliament solemnly accuses India of a political assassination in Canada. Apparently, he tried to bring it to India’s PM Narenda Modi – a fervent Hindu xenophobe, during the G20 summit (9-10 September). But Mr. Modi would have none of it and snubbed Mr. Trudeau.
Hence, the stunning accusation of the assassination in Surrey of Canadian citizen of Indian ethnicity. Both countries are recalling high-ranking diplomats in both countries.
We, as Canadians, should be rightfully angry at India. No other country has the right and should never be allowed to conduct assassinations in other states. That is not Israeli Mosad hunting down Nazi war criminals decades ago. India is not supposed to be Putin’s Russia poisoning political opponents in other countries. India is a democracy, after all.
All of the above is valid. But is it the whole story? Does it have a Canadian background from years ago?
Yes, it does. It involves a terrorist act of terrible proportions. Hundreds of people were murdered. A full passenger plane went down by the shores of Ireland, en route from Canada to Europe.
I remember it well. I lived at that time in Surrey. Close to the temple and organization that was accused of that terrorist act. Remember the names of the accused. Remember the long, botched CSIS (Canadian version of FBI) and prosecutorial investigation. Remember the ‘no guilty’ verdicts exactly because of the botched investigation and prosecution. Yes, the poorest and the smallest (in importance to the plot) of the accused was sentenced: Iderjit Singh Rejat. The other accused, Talwinder Singh Palmer was found not guilty. Even though RCMP believed he was the mastermind behind the entire horrifying terrorist act. In subsequent years he met his fate when he travelled to India and Indian agents assassinated him.
There is one other name not mentioned here yet. A person everyone was talking about at that time. Ripudaman Singh Malik – a wealthy financier and businessman in the Surrey Sikh community. Especially the Khalsa Society, the leading Sikh Temple in North America. Widespread rumors were that he was the true instigator of that terrorist act. But no one would volunteer to testify against him. The only person in the huge Indian diaspora, who wouldn’t let go of the accusation against Mali was a popular Indian-language newspaper in BC and the host of his own radio station, Tara Singh Hayer. He was shot and paralyzed in Surrey in 1988. Ten years later he was murdered.
The terrorist bombing of the Air India plane cost the lives of 329 Canadians, mostly of Indian origin. The massacre could have been even worse – a second plane en route to Japan was targeted, too. That bomb exploded prematurely and only two airport personnel were killed.
Having said all of it, one must be absolutely clear. All of it is by any means an excuse for the inexcusable: an assassination of a Canadian citizen carried by a foreign state on Canada’s soil.
But it must be also stressed – a free Canadian of whatever origin can support any cause she/he chooses. Likewise, it can oppose any ideas, causes, actions, states, and even religions. But it can not support or organize violent organizations, or terrorist cells. It puts Canadians at risk. It puts Canada at risk, a country that invited you here.
Our intelligence agencies and law enforcement must pay attention to it and act, where evidence leads to such conclusion. Just ‘observing and gathering intel’ is not good enough.
Recalling all of it would not be completed if I didn’t mention why these horrible acts were done by these people. It was a response to the massacre in Punjab (a part of India, predominantly Muslim) in 1-10 of June 1984 . It was ordered by revered India’s PM, Indira Gandhi, after unsuccessful negotiations in order to arrest leaders of armed rebellion against India. As a result of protracted battle with heavy armed militias many Sikhs fighters and pilgrims were killed. The Indian army also suffered high casualties. Another fallout of these rebellion was the assassination of Indira Gandhi by her own bodyguards, who were Sikhs. Often forgotten was also the plots and misleading information before the riots by Soviet KGB, that through secret channels (as planned by the Soviets) reached Delhi.

Po awangardzie – ariegarda huraganu Lee

Na spotkanie z falami nadchodzącego Lee pojechałem na kamienistą plażę w Lawrencetown. Potem przez noc i dwa dni trzymałem szyby w domu, by nie poleciały, jak liście z sąsiednich drzew (niektóre leciały razem z gałęziami, LOL).

Ale, jak tylko gałęzie przestały fruwać pojechałem zobaczyć zniszczenia na moich ukochanych plażach. Tym razem dalej, szosą nr.10 do bajecznie długiej, piaszczystej plaży Martinique. Nie , nie na Martynice karaibskiej. Na tej w Nowej Szkocji. Koło Musquodoboit Harbour. Wiatry nie szalały, ale fale i ocean – tak. Z pływaniem było podobnie, jak w Lawrencetown: krótkie momenty nurkowania w nadchodzącą spienioną scianę wody i to wszystko. Za to często. Spacerowiczów po plaży było sporo, chyba głównie lokalnych, którzy przyjechali zobaczyc, jak wygląda po tym sztormie. Kilka osób wchodziło do pól-łydki na spacer. Ale poza mną nikt nie pływał. Chyba mądrze (mądrzejsi widać ode mnie, co nie jest zbyt wielkim osiągnięciem). Natomiast i tym razem była grupka surferów w kombinezonach, z deskami. Ci baraszkowali w tej pianie nieźle.

Wjazd był zamknięty (Martinique Beach jest bardzo duża i ma szereg parkingów) ze wzgledu na zniszczenia miejsc parkingowych, więc parkowałem na drodze dojazdowej, a reszta per pedes. Od razu widziałem poważne szkody. Kamienie, które ciężko by było podnieść, zawaliły ścieżki, drogi, na obrzeżach lasku za plażą. Wszędzie, gdzie woda i fale kilkunastometrowe znalazły dojście. A znalazły wszędzie. Sama plaża poszerzyła się o dobrych kilka metrów – kosztem spustoszenia, jakie fale zrobiły wydmom. Przypuszczam, że 3-4 metry wydm znikneło. Zabierze lata by może coś odzyskały. Zmiany klimatyczne raczej nie rokują takiej możliwości kilkuletniego spokoju. Wszystkie drewniane pomosty z plaży przez wydmy do parkingów – rozniesione lub poważnie uszkodzone.

The success of the Polish film director in Canada’s premiere movie festival, TIFF.

Green Border” movie poster (@Kino Świat)

I had a pleasure meeting Jason Gorber, a prominent Toroto-based movie critic, at the Green Border screening on Tuesday. Today, I have read his comment:

“A masterpiece from an underappreciated master of both big and small screen, Agnieszka Holland’s searing look at the refugee crisis on the border between Belarus and her native Poland is as profound as it is provocative.

The performances are astounding, the narrative horrifying, resulting in a story that’s deeply unsettling and emotionally raw.”

We wtorek, na projekcji Zielonej Granicy, miałem przyjemność poznać znanego krytyka filmowego z Toronto, Jasona Gorbera. Dziś przeczytałem jego komentarz:

“Arcydzieło niedocenianej mistrzyni dużego i małego ekranu Agnieszki Holland, jej wnikliwe spojrzenie na kryzys uchodźczy na granicy Białorusi z jej rodzinną Polską, jest tyleż głębokie, co prowokacyjne.

Gra aktorska wprawia w oslupienie, a narracja poraża, co skutkuje historią głęboko niepokojącą i emocjonalnie surową.


SPOTKANIE Z ‘PRZEDNIĄ STRAŻĄ’ HURAGANU LEE

Wybrałem się wczoraj po południu w stronę kamienistej plaży w Lawrencetown oferującej otwarte, nie skryte w zatokach, wejście do oceanu. Zdecydowałem zrobić to dziś niż ryzykować jazdę szosą, która wije się bez przerwy wzdłuż wybrzeża i dziś może być miejscami zalana. Dodatkowym i pewnie pewniejszym ryzykiem może być niefortunne ‘spotkanie’ z fruwającą gałęzią lub konarem drzewa, a szosa 207 prowadzi bez przerwy wzdłuż ściany lasu. Huraganowe fale są zawsze dużo wcześniej, posuwając się szybciej niż skłębiona masa prądów powietrza.

Na plaży było raczej pusto, ale na drewnianych schodach prowadzącej do niej stały grupki ludzi obserwujące szalony taniec morza. Zszedłem powoli ze swoim plecakiem i statywem na brzeg. Nie było silnego wiatru, temperatura powietrza dość niska, tylko 15 Celsjusza. Ale niesamowita, gęsta wilgotność nie była zimna, a raczej, jak ciepła kołderka. Zrobiłem kilkanaście zdjęć, ustawiłem statyw mocując go dość solidnie w ciężkim piasku kilkanaście metrów od linii, gdzie widać było wyraźnie ostatnia linię fale. Nikt się nie kąpał, ale spostrzegłem niedaleko dwóch surferów w swoich czarnych kombinezonach szykujących się z deskami do tańca z oceanem. Więc cóż robić? Morze i pływanie kocham. ‘Na oko’ fale nie były wieksze niż 7 do może 12-15 metrów niektóre. Zdecydowanie nie była to jakaś masywna wielka ściana wody. W tak dużym sztormie jeszcze nie pływałem chyba. Więc siup. Z ostrożnościa i szacunkiem wobec oceanu. Zabrało trochę czasu z orientowaniem się jaką stroną ciała mam się do fal ustawiać. Odniosłem wrażenie, że najbezpieczniej wybrać głębokość gdzieś do połowy ciała (normalnie nawet w dużych – ale nie takich jak dziś – nie zaczynam pływać póki woda nie sięga przynajmniej klatki piersiowej). Na zbyt płytkiej nie chciałem, bo zauważyłem, że uderzające mnie po nogach kamienie pędzone przez wracające fale nie były kamykami. Miały wielkość dobrej pięści i wolałem głową się z nimi nie spotykać. Ważne było by utrzymać pozycję stojącą i o ile możliwe zawsze bokiem, by opór ciała był minimalny. Inaczej i fale nadpływająca i powracająca zwalały cię z nóg. No i mogłaby zanieść za daleko, a nie wierzyłem sobie, że miałbym wystarczającą umiejetność i siłę by dać radę przebić się z powrotem do płytkiej wody. Udało mi się kilkanaście razy ,dosiąść’ samotnej wiekszej fali i na jej spienionym białą pianą grzbiecie przepłynąć z nią kilka -kilkanaście (?) metrów. O innym pływaniu mowy być nie mogło. Ale te sprawiło mi wielka radość. I porzyjemność. Naturalnie woda miała temperaturę tropikalną, przyjemną. W zimnej do szpiku kości topić bym się nie chciał. Nie lubię niewygód i jestem trochę sabarytą, LOL.

Wracając do brzegu widziałem z daleka coś wołająca do mnie parę. Naturalnie w huku fal ani słowa nie słyszałem. Stali przy moim plecaku. Poczekali aż wygramoliłem się na brzeg i wyjaśnili, że jedna z fal wypłyneła dużo dalej i zabrała plecak i statyw. Byli bardzo blisko więc podbiegli wyciągnąć z wody i odnieśli na kamienie. Podziękowałem serdecznie – bo w plecaku naturalnie były moje kluczyki do samochodu, LOL. Plecak miałem zamkniety na suwaki i materał jest dość solidnie nieprzemakalny. Więc nic w nim nia zamokło i Iphone też był suchy. Kamera jednak znaku życia dać nie chciała. Ciagle leży teraz na łożku cała otwarta i może wilgoć z niej wyjdzie. Ale zdaje się biedaczka wyzionęła ducha. Szkoda, bo służyła mi nieźle. No, ale co widziała, to widziała. Więc życie miała ciekawe. Od Pacyfiku, jego zachodów i wschodów słońca, wysepek, przez Góry Skaliste , ich doliny i szczyty, po podróż przez całą Kanade, aż do wybrzeża atlantyckiego i tutejszych tras.

A tych dwóch facetów z deskami większego szczęścia na dłuższe szybowanie na falach też nie miało, LOL. Co udało im się biedakom stanąć na desce, to jeszcze szybciej byli z niej zwalani. Podejrzewam, że nie tyle z braku umijętności ile z faktu, że fale pędziły bardzo gęsto jedna za drugą i ‘przewalały się’ w bardzo różnych odległościach od brzegu. No i ten bardzo silny prąd od brzegu też pewnie im to utrudniał. Ale na pewno mieli też radość i uciechę. Zaskoczony byłem jak silnie przebijało się słońce mimo bardzo gęstej powłoki chmur. Gdy wyjeżdżałem nie było jeszcze bardzo późno. Ale młodzi strażnicy już nikogo na parking nie wpuszczali i zamykali szlabany na kłódkę. Pewnie rozsądnie.

To takie proste. Dlatego niezwykłe.

Link do moich Rozmów z Johnem

Ciągle, nieustannie. Cóż  słowa te mogą oznaczać? Ileż w nich prawdy ale i ile po prostu chciejstwa, zwykłej ludzkiej potrzeby uciekania od rzeczywistości, od świata rzeczy materialnych, dotykalnych, widocznych?

Jesteś ze mną. I nie ma Cię jednocześnie. Czuje Cię, ale nie mogę Cię dotknąć. Rozmawiam, ale nie odpowiadasz.

Może to jest jakoś tak, że część tylko Twoja została i tą część noszę w sobie.  A jakaś część odeszła, znikła bezpowrotnie?

Pojęcia nie mam. Która jest większa, ważniejsza. Może są takie same? Może to bez znaczenia. Jesteś, jak niebo w które patrzę siedząc na ‘moich Kamieniach’ nad zatoką. Zachmurzone pierwszą warstwą ciężkich, granatowych chmur. Ale to przecież nie całe niebo, nie kompletne. Nie cały Kosmos. Co raz wiatr przenosi układy tych niskich chmur, robi się przerwa i widzisz w nich jasno-błękitne koszulki bialutkich, jak przebiśnieg chmurek.

Panta rhei – tak, płynie, zmienia się. Ale ta rzeka, którą znamy, jest tylko tą z tego momentu właśnie gdyśmy się nad nią pochylili, zanurzyli w niej. Dla nas jest więc wieczna, nieprzemijająca. O tej innej, zmiennej, wiemy tylko, że jest też gdzieś, zgadzamy się z jej istnieniem, ale po prawdzie jest nam ona niepotrzebna.

Może jutro pójdę na spacer ulicami Halifaksu, którymi chodziliśmy razem. Może do miejsc Twojej pracy: do Cytadeli, do serdecznej w pamięci elewacji budynku Berkeley na ulicy Gladstone. Serdeczna i bezinteresownie szczera troska jego mieszkańców o Ciebie, ich wdzięczność za Twój specjalny sposób udawadniania im, jak oni są wyjątkowi, specjalni i niezbędni w samym fakcie istnienia. Ta troska, ta serdeczność i ciepło tych nieznanych mi ludzi były mi bardzo potrzebne.  Widocznie rozmawiałeś z nimi o mnie też, bo nagle przynosiłeś dla mnie wycinki z gazet, programów o ciekawych wydarzeniach muzycznych w mieście i okolicy, o koncertach, spektaklach teatralnych.  Z dopiskiem odręcznym:  ‘important information for Bogumil, I hope you find it interesting’. Od kobiety, której nigdy nie widziałem na oczy. Czasem zdarzył się słoiczek konfitur truskawkowych lub jagodowych … . Ileż w tym było ciepła. Dzięki temu, że byłeś tym, kim byłeś.

Więc jest ‘jutro’ – pojechałem do Halifaksu naszymi śladami. I naturalnie, że powinienem się tego spodziewać – naprawdę nie lubiłeś fotografowania się.  Więc musiałeś jakoś zmusić mnie do pośpiesznego wyjazdu na ten spacer po Halifaksie i wykorzystując mój pośpiech ‘zapodziałeś’ gdzieś mój telefon, którego w tym pośpiechu oczywiście nie zauważyłem, że nie mam.  Tak więc zdjęć – jak chciałeś – z tego spaceru nie będzie.

Ale byłem, chodziłem do miejsc Twoich pod Cytadelę, pod Berkeley. A jakże mógłbym nie pójść do Public Gardens? Poszedłem. Tu lubiłeś ze mną na spacery chodzić. Siedzę więc tu teraz, w tym parku. Tuż pod tą fontanną z królową Wiktorią zbudowaną na jej Diamentowe królowanie. Tak, masz rację, faktycznie wygląda dużo uroczej w pełnej zimie, gdy otacza ją cicha, puszysta jak biały gronostaj, pierzynka śniegu.

Podaj rękę, choć pójdziemy powoli dalej. Może nad staw? Nigdzie już się śpieszyć nie musimy.  Doskonale wiesz, że do pozowania do zdjęć dziś Cię zmusić nie mogę. Aha! Sam się uśmiechasz zadowolony. Do mnie.  Tym Twoim uśmiechem  czystej, bezbronnej miłości.

Wracam do samochodu.  Zapamiętałem nazwę uliczki, gdzie zaparkowałem: Cedar Street. Cała dzielnica małych domków  ma takie same, podobne do siebie. Więc zapamiętałem tą nazwę, by nie błądzić wracając z parku.  Idę chodnikiem i patrzę tylko na lewa stronę, bacząc by nie minąć tej ulicy Cedar, nie zwracając uwagi na okolicę. Patrzę trochę w zamyśleniu na płyty chodnika. Nagle zatrzymał mnie czarny napis na jednej z kolejnych płyt. Krótki, wyraźny: Goodbye. Podnoszę wzrok i widzę tabliczkę z nazwa ulicy – Cedar Street. Rozglądam się i uprzytamniam sobie, gdzie jestem.  Uliczka Cedar biegnie spod wielkiej z czerwonej cegły  bryły szpitala.  Wszystko sobie przypominam, poznaję widok, budynki. Właśnie na tej uliczce zostawiałem zaparkowany zielony KIA Soul. Twój samochód, którym przyjechałem za karetką. Stał na tej ulicy przez trzy dni i dwie noce. A ja w te dni i te noce musiałem się z Tobą żegnać.  Musiałem pozwolić im przypinać różne urządzenia do Twego ciała, poprawiać wielkość dawek różnych płynów, leków. Starałem się usuwać na bok by im nie przeszkadzać. Byli nadzwyczajnej dobroci i czułości. Kilka razy udało im się skłonić mnie do położenia na jakiejś kanapie w pokoiku obok. Wracałem po dziesięciu minutach. Nawet, gdy racjonalnie już wiedziałem. Gdy poprosiło mnie dwóch lekarzy w pewnym momencie na rozmowę. Taką, gdy się mówi, że medycyna nic już zrobić nie może. I czy się zgadzam na … . Powiedziałem, że tak. Nie mogłem patrzeć na męki Twego zmęczonego ciała. Mojego ciała. Ciebie.  Ale, że jeszcze nie, nie dopóki nie będę miał rozmowy z Tobą. I położyłem się obok Ciebie na skraju tego szpitalnego łóżka, pielęgniarka zasłoniła kotary. Całowałem Cię najczulej, jak mogłem. Każdy fragment Twego pięknego ciała, Twojej twarzy, oczu, rąk, nóg. I opowiedziałem Ci cała długą historie naszego życia. Od pierwszego dnia poznania, od wycieczek w Kanaskis Country, do Gór Skalistych, mieszkania w Bragg Creek, w Calgary, podróży przez te góry nad brzeg Pacyfiku, gdzie mieliśmy długie i piękne lata, wyjazdu do Europy, wyjazdów do USA. Naszych podróży. Aż do tej długiej bardzo, przez cały kontynent tutaj. Do Halifaksu.

Wszystko to było nieopisanie piękną  i długą przygodą. Zawsze lubiłem podróżować. Nigdy nie myślałem, że dzięki Tobie przeżyję taką.  Jak jakiś długi film mistrzów ekranu, jak powieść najwspanialszych pisarzy, poemat boskiego poety. Śpisz teraz. A ja nocami rozpamiętuję nasz długi sen. Argonautów o Kolchidzie, spacery dusz orfickich, wędrówki Rumiego z Szamsem. Nie, nie ma w tym boskości ni cech nadprzyrodzonych. Przeciwnie – jest to nad wyraz proste, człowiecze. Nasza odwieczna tęsknota do drugiego.  Nie spotkałem Cię ani na Olimpie lub Parnasie, nie wędrowałem do Araratu lub Tybetu. Po prostu pewnego dnia, z wieczora, poszedłem na drinka do pewnego baru, dwa kroki od rzeki Bow w Calgary. Okazało się, że i Ty wpadłeś na ten sam pomysł, miałeś tą samą zachciankę. Ot, i cały ‘cud’.  Przypadkowy zbieg okoliczności. Równie dobrze tak Ty, jak i ja mogliśmy w ostatnim momencie zmienić plan, pójść do innego baru, lub zrezygnować z drinka. Byłem szczęściarzem, nie zmieniliśmy.

Chasing the sunset on the bridge

It was a lazy Sunday. Felt tired from previous trips and walks. Summer was slowly dying and so was the day. The bridge in question was Angus Macdonald Bridge connecting Halifax and Dartmouth. Almost 1.5 km in length. And this summer the bridge was closed to traffic during weekends. Hurray. It could be very noisy with the traffic. They left the bike/pedestrian walkway open. Walking stick in one hand, phone in the other (the phone, of course, was the camera), and voila. Caught the sun and its changing, orgiastic and shameless display in the lense.

Z kamerą w plecaku

Wielogodzinna trasa biorąca początek od łagodnej ścieżki wzdłuż plaż Crystal Crescent. Przy ostatniej z tych plaż (naturalistów) wchodzi stromo w górę na wysokie skały wybrzeża atlantyckiego. Cały półwysep od Sambro do Tanner’s Point wymaga niezłej zaprawy i umiejętności poruszania się po głazach, kamieniach i bardzo wąskiej ścieżki często skrytej w gęstej roślinności. W dni po deszczach ścieżka zamienia się w błotny strumień i śliską maź. Taka była tego dnia, więc starałem się iść skałami. Jako, że głazy są spore, warto sprawdzić stopą czy nie jest ruchomy, bo i skręcić nogę łatwo lub i gorzej. A tam prócz helikoptera, inaczej medyk się nie dostanie. Wybierałem głazy nie mniejsze niż na oko 200-300 kilogramów. Wydają się solidniejsze.

Z Tanners Point rozlega się szeroka panorama na kolejne zatoki, wybrzeże i wyspy: od West Pennant, do Terrence Bay i dalej w kierunku Peggy’s Cove. Rzadkością jest w ostatnich 2-3 kilometrach spotkać kogokolwiek innego i być przygotowanym na 6-7 godzinną (licząc powrót) wycieczkę. I dobre obuwie.

Leighton Dillman Park. Dartmouth’s treasure.

A story in pictures composed during my walks with a camera. Unique city park with unparalleled views and rich history. Part of it offers also a story of history, as the trail meander into a very old cemetery of first families of settlers – people, who founded the city.