Kąpiel na plaży we Wschodnim Berlinie. Swimming in the ocean on East Berlin Beach.

Kąpiel na plaży we Wschodnim Berlinie. Swimming in the ocean on East Berlin Beach.

My travels through Nova Scotia most of the time takes me to Eastern Shore or to the north. It is my magic place – the wilderness, certain sense of rustic and old adds charm to it. Of course, the other attraction is my craziness about beaches – Eastern Shore is one big beach! Every turn of the highway there is one. Some small, other vast and long. And huge, massive ocean bays make it a long drive and always offers new experiences.

Halifax is the hub of the entire peninsula. The world to the east is different from the world to the west and south.

The shore is different, the beaches are different. Even the towns and cities are different.

I think that huge St. Margarets Bay is in a way a symbolic point where the shore and the communities change: to the east of it – the rustic and a bit culturally different character but with one of the best beaches in the world; to the west the charm is more subtle, more refined, communities seem to be more affluent. Shall I say – more continental? But the beaches are nowhere near the beauty of Eastern shore. I guess, there must be balance, LOL.

Moje podróże po Nowej Szkocji w tym roku są jednocześnie moimi pożegnaniami z tą prowincją. Pożegnaniami miejsc znanych i wielokroć odwiedzanych. Ot, choćby ulubione plaże wielkich zatok wzdłuż Wschodniego Wybrzeża. Z szalejącymi wielkimi falami Atlantyku, z wijącą się, jak wąż w trawach wydm, czarną nitką szosy nr 207 i 107 – po jednej stronie błękitna stal Atlantyku, z drugiej gęste, ale niskopienne i rachityczne lasy. Uwielbiam te plaże i grzywacze, na grzbietach których daję się nieść niczym drobny liść.

Zachodnie wybrzeże jest inne. Ta inność zauważalna jest od olbrzymiej St. Margarets Bay: na północny-wschód owa rachityczność lasów i rachityczne też, zapomniane niekiedy miejscowości i osady; na południowy zachód lasy bardzo gęste, rosłe i potężne, a miejscowości zadbane, kolorowe. Odnosi się wrażenie, że zamożniejsze. Bez wątpienia (znając już tą prowincję dobrze) widać pewne różnice kulturowe. I faktycznie tak jest. Północo-wschodnia Nowa Szkocja zamieszkana jest tradycyjnie przez ludność pochodzenia szkockiego, więcej – ludność tzw. Scottish Highlands. Byli to najbardziej (do dziś są w pewnym stopniu) ubodzy i najmniej wykształceni Szkoci. Odcięci od świata i mieszkający w odległych i ubogich kresach oraz na Hybrydach i Orkadach. Południowo-zachodnia Nowa Szkocja to w dużej mierze osadnictwo kontynentalnej Europy i Anglosasi środkowej i dolnej części wysp brytyjskich.

So far, I have never travelled past Mahone Bay and Lunenberg. My late husband did in 2018 with his two brothers and niece, while I was for few months in Europe. The beautiful highway 103 makes the travel very pleasurable and fast. I did stop in these two most picturesque cities in the entire province. One famous for very ‘artistic’ entrance – the moment you come out of wooded highway the panorama across the bay shows you a view like a massive painting of a magic town: colorful, with yachts, and three tall steeples of three magical churches (all different Christian denomination) standing next to each other. Little bit further in the bay a famous Oak Island, where people still dig to find a legendary heist of  Spanish gold taken from the Spanish galleon by pirates and hiding it supposedly thousands of miles from Caribbean seas on that island. A short drive from Mahone Bay lays on massive hill Lunenberg – home to famous schooner ‘Bluenose’. Famous for mercilessly beating the Yankees in yearly regattas a hundred years ago. I stopped in these towns mainly to re-visit them, say goodbye and walk the steps full of sentiment and memories of times we walked there together. John and me. Memories of our happy days. But it wasn’t the planned purpose, the aim of my drive. The aim was to drive to the very end, the southern most tip of the province.

To say it shortly and precisely: to go to West Berlin and East Berlin. Why not. Been to Berlin many times, like the city a lot, its vibrancy, its rich history. Walked in western part of it and eastern part of it. Usually, I would take a flight there, didn’t know that I could just drive there! LOL.

Szeroka i w dużej części czteropasmowa szosa 103 prowadzi do południowo-zachodniej granicy półwyspu. Stamtąd już tylko skok przez wodę i Ameryka. Ale po drodze są dwa najbardziej urocze miasta Nowej Szkocji: Mahone Bay i Lunenburg. Malownicze, jakby z ram obrazów romantycznych pejzażystów. Do miasteczek można jechać przepiękną boczną drogą (szosa nr 333 od Halifaksu, potem nr 3) nad samym wybrzeżem – ale to wydłuża jazdę kilkakrotnie i bez noclegu o osiągnięciu celu mowy być nie może. Zatrzymałem się w tych miasteczkach-perełkach ze względu na sentyment głównie, moje liczne wspomnienia ze wspólnych wycieczek tam z Johnem. Potem, po wyniszczającej chorobie, która go mi zabrała, byłem tam jeszcze z rodziną z Europy: z siostrzeńcem z Warszawy, który przejechał do mnie po pogrzebie Johna i siostrzenicą z Hamburga, która przyjechała z rodziną latem tamtego smutnego roku.  Tym razem już sam i chyba ostatni raz.

Ale cel wyprawy był inny. Zdecydowałem tego dnia wykapać się na plaży w Berlinie. Konkretnie we Wschodnim Berlinie. No to wsiadłem w samochód i pojechałem do Berlina. Jak można samochodem z Nowej Szkocji pojechać do Berlina? Bardzo prosto – jechać tak daleko, aż dalej nie można. Do końca świata. Tego nowoszkockiego świata, gdzie ląd się kończy i zaczyna Atlantyk a w oddali widać brzegi stanu Maine.

Najpierw jedzie się szosą 103 do rzeki Medwey i zaraz po jej przejechaniu skręcić w lewo w Port Medwey Road, dojechać do krzyżówki z Eastern Shore Road i skręcić w nią w prawo (od zjazdu z szosy 103 droga prowadzi prawie bez przerwy przez lasy i nie ma tam w zasadzie osad jakichkolwiek). W pewnym momencie, blisko kilku dobrze zagospodarowanych domów, po lewej stronie drogi jest mały cmentarzyk Zachodniego Berlina.

Close to the end of our destination, off the small Eastern Shore Road begins the sparsely populated community of West Berlin. There is a local cemetery with the date of first burial being 1959. Therefore it is clear that the community begun either after the 2 world war or shortly before or during the war. There is nowhere any other close by settlement where people could be buried. The road ends at intersection with East Berlin Road, turn left here into it. From here the asphalt road end and the rest is gravel. After a very short distance there is a smal West Berlin Road to the right leading to small fishermen Warf. It is a very short detour but worth visiting as that is exactly where you can see the coast of USA.

From there you cant get lost. Just continue to end of the East Berlin Road until you can’t go any further. The sandy beach is on your left side. Long, beautiful and likely empty.

Na końcu dojeżdża się do bitej drogi East Berlin Road, która zaprowadzi nas na sama plaże. Nie miniesz plaży, bo droga przy niej się kończy. Czemu droga bita i z dużymi dziurami, a nie asfaltowa? No, proszę państwa – ostatecznie jesteśmy już teraz we Wschodnim Berlinie. A we Wschodnim za moich czasów to się nie przelewało.

A plaża? Ponad kilometrowa, z bajecznym białym piaskiem, zejście do oceanu łagodne i stopniowe. I ani żywej duszy. Może czasem jakiś jeden lub dwóch lokalnych mieszkańców tu i zajdzie, ale turysta tu żaden nie trafi. A plaż łatwo dostępnych w Nowej Szkocji nie brakuje.

Little Prides over the years

Little Prides over the years

Canadian Navy in Halifax Pride 2019

Everybody knows, took part in, watched or heard of the big Pride Marches: Montreal, Toronto, Vancouver in Canada; London in England, of course Amsterdam, Berlin, Sydney in Australia, New York with it’s Stonewall history, San Francisco, Warsaw in Poland. At the very beginning, before human rights prevailed, these Prides were simply a protest marches, a call: we are here and we are not going anywhere.

Hard to believe, but even among advanced democracies in the middle of Europe, there are stil protest marches. Case in point is my own city, Warsaw in Poland. Country that still denies the basic citizen’s rights of living in a state-recognized unions, couples of other than heterosexual orientation. Specially the incomprehensibly denial to raise children, to be legal parents as a couple. In 2024. Shame on the coalition of Donald Tusk governing coalition. Specifically the Polish Peasant Party and their disgusting leader Władysław Kosiniak-Kamysz. The same party that still denies Polish women any abortion rights. Again – in 2024! Mr. Kosinaik-Kamysz – there is no longer any peasants in Poland. It is 21 century, not a year 1921. The girls, who live in villages in Poland today are having abortions, too. These girls are not peasants, either. They just need to go across the border to any European neighbor state. And you Mr. Kosiniak live in a fantasy land, together with Polish catholic bishops.

I remember my first Pride March (although I can’t remember if it already was called ‘Pride March’, I don’t thing so – we still had a way to go for many rights). Must have been 1983 or 1984, in Calgary. It started on 7 Avenue Mall by the old City Hall and (at that time) Central Library. We were going to march through the entire most popular and busy Seventh Mall Avenue almost all the way to the next bridge on the 14 Street. To our surprise, there was a Police blocking further access to the Mall Avenue (most popular and always full of people) and redirecting as via Central Street to the Sixth Avenue, not as busy with onlookers and not very prominent (again – at that time).

How things have changed since, unbelievable. The world have changed and people changed. True – there are still homophobes. But that’s OK. Nature is strange. The cockroaches didn’t change over the millenia, either.

Since than I took part in many big truly Pride Marches. As onlooker and as a participant. Almost all (if not all) Vancouver’s wonderful marches. With my husband John, with my Mom, with friends. The last one I took part in was the 2019 huge Parade in Halifax. It was the first time that there was (from my experience, anyway) such a prominent presence of Canadian Armed Forces (specifically the huge contingent of Canadian Navy. I had a very pleasant and long chat with the Commodore of North Atlantic Fleet.) and very visible presence of, I think, all Christian Churches with their priests and deacons. That was very heartwarming.

But apart from the big cities and big Marches there were the little ones: in Surrey, BC (in Holland Park), in New Westminster along the Columbia Avenue. And in so many towns and smaller cities across our vast country. Here are some from Surrey. To the left with me is one of the leading organizer of Pride Day events in New West, Jeremy Perry.

The Holland Park activities in Surrey were more like a big family festyn then traditional March. A tradition was always to have some concert of singers, dancing groups on a big stage in front of the main waterfall. And definitely a good food choices. Atmosphere was just to be happy. Liked them a lot. Below are some pictures from 2014, 15 and 17.

Last picture is from this year Pride in Halifax. A dancing and singing boat of night revelers of Pride.

A chat with the Moon at night

A chat with the Moon at night

On My Rocks perched just above the ocean’s channel a night could be a magic place. Summer time especially. The city is still alive till wee hours with happy revelers, some are dancing and singing onboard small tourists boats. The lights of the city dance on the surface of the water and above it is one huge reflector of the stage – full Moon. It slowly sweeps the stage from one end to the other. And behind you, on the shore, in the shrubs and wild flowers comes the other song, the song of old time – the cicada.

Moons and Sycamore tree

One step, check the stones carefully!

They might be slippery in peach black night

and the water below is not the best for swimming.

But is it water indeed down there?

It looks strange with all the lights shining

on the surface, dancing like crazy lady

listening to an old country song from Tennessee.

The moon comes and looks down at the water.

It’s as surprised, as I am, seeing so many of it’s

faces mirrored in it. Two moons, four, six…

It screams at the water:  that’s enough!

You make me dizzy with your witchery!

No one plays banjo anymore, only the one-note

song of the cicadas: I’m here, come, give me a kiss!

Oh, I have seen many moons on summery nights,

six and twelve at once, when I was drunk with love.

I have sung the songs of night birds and early birds,

when sunrise came with another kiss again.

Now no more I sit under the Sycamore tree,

the night breeze sways in long grass,

Savanah sings its sweet longing song.

Crying song, the Moon above is cold.

/B. Pacak-Gamalski, 20.07.2024/

Kobiety, ach kobiety …

Nie każdego dnia oglądasz bogatą w tradycję ceremonię przekazania władzy, insygniów i dowodzenia Siłami Zbrojnymi państwa. Prowadzącym tą ceremonię, nadającym stopnie i uprawnienia i tzw. Patent Letters (oficjalne dokumenty potwierdzające to) jest formalny Główny Wódz (Wódż Naczelny lub Marszałek Wojsk, jako najbliższe odpowiedniki w polskiej nomenklaturze). W praktyce militarnej Naczelny Wódz to funkcja głownie honorowa w Kanadzie i wielu innych krajach nie będących w stanie wojny. Dowodzeniem wojska, planami dla całości wojsk zawiaduje Sztab Generalny pod dowództwem swojego Szefa. Tak jest też Kanadzie.  Poniżej są oczywiście generałowie-dowódcy wojsk lądowych (Armie), morskich (Navy).

Tak, wiem – tego typu ‘zmiany warty’ odbywają się regularnie w większości krajów świata. Na ogół skutkiem wyborów parlamentarnych, a co się tym wiąże i rządu.

Tylko tu, w Kanadzie  w 2024 mieliśmy sytuację wyjątkowo specjalną:  Naczelnym Wodzem od 2021 jest kobieta, Mary Simon. Też rzecz w Kanadzie nie niezwykła, po 2 wojnie światowej mieliśmy wiele kobiet Generał Gubernatorów (Generał Gubernator jest konstytucyjnie Naczelnym Wodzem). Ale Mary Simon, nasz Naczelny Wódz wręczał te nowe Patent Letters i mianował pełnym generałem nowego Szefa Sztabu Generalnego … kobietę. Jennie Carignan dowodziła wieloma jednostkami wojskowymi od kompanii poczynając, po pełną dywizję, była dowódcą jednostek kanadyjskich w Afganistanie, w Iraku, brała udział w walkach w Bośni-Herzegowinie. W ostatnich czasach miała stopień generała brygady. Ale dziś pełnego generała.  W Kanadzie nie ma tych dodatkowych stopni generalskich (brygady, dywizji i armii) poza wstępnym generała brygady  – potem już tyko pełny generał, bez przyrostków. Ciekawe jak by tu się miały feminitywy (odmiany nazw stopni, tytułów, zawodów na forme żeńską): generałka? pułkowniczka? kapitanka, majorka? Generałową by być nie mogła, bo to  nazwa żony generała.

Abstrahując od tych pytań-żartów lingwistycznych – generał Jennie Carignan jest pierwszą w G7 i G20 kobietą głównodowodzącą narodowymi Siłami Zbrojnymi. I pierwszą w NATO.

Tak więc kobieta Naczelny Wódz wręczała kobiecie nominację generalską i czyniła ją Szefem Sztabu Generalnego Kanady. Imponujące. Faceci mogli przemawiać dopiero później, po tych dwóch paniach (premier Kanady Justin Trudeau i Minister Obrony). Politycznie naturalnie, że Premier był tym, który to zainicjował i chwała mu za to. Ale z formalnego punktu widzenia to właśnie Gubernator Simon musiała to zatwierdzić i tylko ona mogła tą ceremonie przeprowadzić. Panowie politycy byli gośćmi honorowymi.

W wojnie o niepodległość USA jednym z ważniejszych bohaterów-dowódców był też – generał kawalerii Kazimierz Pułaski, jakby wówczas powiedziano – hermafrodyta. Ale nie wiedziano, więc nie powiedziano. A dziś wiemy, że był/a osobą transpłciową, gender-queer. Był/a drobny, porywczy i od kobiet stronił. Rysy miał zdecydowanie kobiece. Kawalerzystą świetnym i w fechtunku doskonały. I był/a dobrym sztabowcem i organizatorem wojsk. Tak więc i my Polacy nie gorsi. Nie tylko jednej i drugiej płci dowódców mieliśmy (Emilia Plater na przykład), ale poszliśmy dalej – wysokiego rangą dowódcę, który obie płcie reprezentował. I czemu nie?

Sunshine and Fog – Laughter and tears … Między Nadzieją i Zwątpieniem

Sunshine and Fog – Laughter and tears … Między Nadzieją i Zwątpieniem

Synopsis in English: My travels trough Nova Scotia’s Eastern Shore brought me so much joy through last year. I should say: OUR travels, mine and John, as that what it really was. Traveling through OUR places, OUR spots. Re-visiting them. Celebrating OUR time.

On surface it might have appeared as simply photographic chronicle of the gems this Province has to offer for a traveler. Of course, in a way it was, and I’m happy if it enticed someone to visit the wonders of our beaches. As wonderous they are, indeed. But this year, in the last few months, it has become harder for me to feel only the joy, the childish almost happiness in playing in waves of Atlantic. Muscular, powerful waves, that can caress you like if you were a child – if you trust them, if you respect them. Or can hurt you if you arrogantly pretend that you can outsmart them.

This year I started loosing John’s presence on this journeys. As if he become bored with the pretense of staging reality. Him becoming a shadow, but a shadow seldom willing to be an active part in these beach plays. Back in our days in BC, there used to be a Theater Festival in Vancouver called Bard on The Beach. There was a circus-like huge tent next to gray building of Vancouver Music Conservatory and Shakespeare was performed there.

My Bard lost interest in my festival of Love. So I thought. That is how my written chronicle of these visits with Atlantic had to turn to literary word, to prose and poetry. And now He is back with me again. Helping me again to find my spot on the map. My new place for OUR love, Our time.

And I can post again happy pictures of children frolicking in the water, of couples walking on shore holding hands.

In the Polish text below I write of my search of familiar places, of my past mountain peaks, about fog and mist that obscures the vistas from my memory. But I sense their presence. I will not translate it, it is pointless. But you, dear reader, will understand why I write what I write. With poetic prose, with poetry you escape the boredom of repetitions of the same images and stories. Even if they are small parts of one large story. In a sense – Epiphany of Love.

Ogarnia mnie dziwny niepokój, rosnący każdego dnia.

Stoję na wąskiej granicy oddzielającym skrawek plaży od nadbiegającej grzywy wielkiej fali. Galopuje w pianie opadającej jej z pyska białymi płatami, jak Wielki Koń Czasu. Tratuje kopytami plażę, wyrzuca wysoko w górę ciężkie kamienie wyrwane ziemi w odległych zatokach. Bawi się nimi, jak piłeczkami ping ponga. Przynosi zapach glonów, małż i wielkich ryb łypiących okrągłymi oczami bez wyrazu.

Oddalam się od tego pola walki. Idę w przeciwną stronę – do siniejących szczytów Wielkich Gór po drugiej stronie kontynentu.

Z dna zielonych dolin kieruję się w głębokie żleby skał. Wspinam się na grań przełęczy. Wokół gołoborza szarych skał, w dole ciemnozielone ramiona sosen. Szczyt nad przełęczą ma jedna stronę płonącą w promieniach słońca, drugą otuloną chustą mgły.

Szukam zagubionej ścieżki, zarośniętego szlaku, który ma mnie zaprowadzić do zapomnianego schroniska, chatki z kamieni i omszałych pni, która ma dawać schronienie zagubionemu nocą wędrowcy.

Zza tej mgły wyłaniają się nagle znajome szczyty Gór Świata: Świnica, Rysy i Zawrat tatrzańskie; kruszące się w spiekocie stare włoskie Apeniny; groźne śnieżne olbrzymy na granicy Patagonii i Chile; Mount Temple i Castel Mountain w kanadyjskich Kordylierach, majestatyczna strażniczka Gór Skalistych – Mount Assiniboine, górująca nad nimi z oddali Mount Robson; wyrastające z wiecznych lodowców szczyty Gór św. Eliasza na Jukonie; samotny szczyt Mount Cook w Nowej Zelandii; Dwa Lwy nad Vancouverem.

Kuszą spoza tej mgły, wołają cichym gwizdem świstaków: chodź raz jeszcze z dolin do nas! Opowiemy ci nowe stare legendy. I już bym czekan chwycił, już buty silne założył … i nagle budzę się w składanym krześle na plaży atlantyckiej, która mnie uśpiła monotonną kołysanką fal. Pod nogami leży w piasku notes z jakimiś historiami o jakichś szczytach w różnych częściach świata. Od morza nadchodzi znowu mgła, robi się zimno. Czas się zbierać do domu.

Mgły, Horacy i nieśmiertelność

Mgły, Horacy i nieśmiertelność

O mgle mokrej jeszcze,

póki nie porwą ją deszcze,

która jak Afrodyta

pianą morską zmyta,

obłóczy się półsnem.

Lecz gdy Horacy ją zoczy,

Gdy mgła się napatoczy –

Ha! Non omnis moriar,

i dumnie zwinie foliał.

Sen? Mnie nieśmiertelność!

Horacy był cichaczem z wiarą nie przebraną w swoją wielkość.  Cóż mu legendy powtarzane za Homerem, za Telemachem. Pisał bardzo dużo i lekkość miał w tym pisaniu niczym kiplingowski Mowgli w skakaniu po lianach w dżungli. Gdy inni znani – o gruntowniejszym wykształceniu i ogładzie utytułowanych obywateli Rzymu, bogatych wielkich właścicieli ziemskich – z dumą czytali swe pieśni zebranym zawsze licznie słuchaczom, gdy publikowali w kopiach opasłych swe treny, tragedie i komedie greckie, on Pieśni swe pisał dla nieśmiertelności. Tej ponad Czeluścią Wielką, za i ponad mgłą Historię i Przyszłość skrywającą.

Czy mu się udało? Jeśli wierzyć w niezaprzeczalny fakt, że ja sam Horacego czytałem – to chyba tak. Zaliści skłamałbym, żem nie czytał Homera, Arystotela i Plato (a za Plato – Sokrata). Ba! Glinianych tabliczek Sumeru odczytać sam nie potrafię – czytałem wszak ich o kilka tysięcy lat późniejsze tłumaczenia na ludzki bardziej język. Więc i ten Gilgamesz non omnis moriar.  

Horacego samego przetłumaczył pięknie bardzo lubiany przeze mnie poeta Stefan Gołębiowski. Jakże on tegoż Horacego kochać musiał! Wstęp Gołębiowskiego i wprowadzenie do tegoż tłumaczenia jest cudowny, bajeczny i urzekający. Poetycko wspanialszy niż całe te ‘Dzieła’ Horacego[i]. Nigdym się nie spodziewał, że Gołębiowski do takich uniesień jest zdolny. Leśmian może – tak, ale Gołębiowski zawsze jawił mi się jako osoba stateczna, w garniturze. A tu nagle tańczy, szlocha, wzdycha, jakby spotkał tą Afrodytę właśnie, Venus peloponeską. W rzeczy samej archaiczną wszechpotężną Isztar – niedoszłą kochankę Gilgamesza z Ur, który odrzucił jej zaloty na rzecz swego ukochanego dzikusa Enkidu. Którego z bezsilnej wściekłości Isztar naturalnie zabija. Nie ma nic gorszego niż wściekłość, zazdrość i zemsta bogów i bogiń. Od zawsze do dzisiaj, bez wyjątku.  

Horacy – trochę nudny przyznaję, trochę w tej mgle wydobywającej się z Czeluści krańca Czasu. Może to wina i łaciny samej, która mimo wszystko (i wbrew rozbudowanej w nieskończoność deklinacji, LOL) jest językiem nad wyraz sztywnym. Kto to wie? Może gdybym był żył w czasach Republiki i Cesarstwa taka sztywna, jak truposzek na desce płaskiej, by się nie zdała. Nigdy zresztą płynnie kompletnie jej nie opanowałem. Czytać jeszcze potrafię (choć niektóre słowa tylko z kontekstu wyłuskuję), ale mówić lub pisać już nie. Znajomość porzekadeł i sentencji nie jest wszak znajomością języka.

Czas wrócić z praczasów, z mgły gęstej niczym smoła do Horacego nieśmiertelnego. O nieśmiertelność swą dbał bardzo. Jak to robić, pytasz? Prócz własnej wiary głębokiej w swój geniusz (to musi być poety porządnego niezbywalne sine qua non) trzeba zadbać o PR (Public Relations), a jakże lepiej niż podkopując kolegów po piórze. Bo na szczyty wspinamy się po trupach. Więc Horacy w poetyckim geniuszu dołki kopie pod mu współczesnymi poetami co niemiara. Tu ironią, tam prosto mówiąc, że niemota i miernota. Nic od tamtych czasów rzymskich mili moi się nie zmieniło lub mało bardzo. Im bardziej kurczy się rynek czytelniczy – tym więcej i głębszych dołków się kopie wobec ewentualnej konkurencji. Ostatecznie, dlaczego świat literacki miałby różnić się od Bazaru Różyckiego czy Hali Mirowskiej? Delikatna konfiturka porzeczkowa, jak poemat proszę pana szanownego!  Lub tak: Ach ten liryk, niczym świeża poziomka uwodzi i wyobraźnię rozpala!

Ale Horacy, Horacy do diaska, więc wracam. Ot, choćby w Pieśni IV, (Eupulis atque Cratinus) nie oszczędza Lucyljusza, Kryspina chwali z zadąsem i ironią Faniusza.[ii]  ‘Satyry’ jego zdały się być niezłą lekcją setki długie lat później dla naszego biskupa Krasickiego. Nie przepuścił nikomu. Samemu sobie – trochę. Pisze: Wzniosłem pomnik trwały, trwalszy od spiżu // czołem wyższy od królewskich piramid: // Akwilony przezwyciężę, żarłoczny // deszcz, lat niezliczony szereg. Szczytami // wieków umknę Libytynie. Nie wszystek // umrę.”[iii]

Zaiste – cztam teraz wszak te wersy, dwa tysiące lat później. Patrzę w dal, przez gęstą, jak mleko mgłę wydaje się, że dostrzegam zarys linii horyzontu. Nad Czeluścią. I uśmiecham się do siebie: czy ktoś moje wersy będzie czytać dziesięć lat po tym, gdy będę już za tą linią? I po prawdzie nie przejmuję się tym zupełnie. Może będę stał na Wielkim Moście Tęczy oparty o balustradę i czekał na to jedno spotkanie z Nim. W końcu. Po dwuletnim oczekiwaniu, marzeniu. Tęsknocie.

Czy Horacy przeżył, czy sięgnął nieśmiertelności? W wąskim bardzo kręgu. Tak, inni poeci go czytają dziś. Czytają historycy literatury.  Gdy ktoś spoza kręgu miłośników legend i mitów rzymsko-greckich nie znuży się tymi imionami, tymi nazwami bogów i władców, senatorów i budynków tamecznego Rzymu? Nie. Minęła też epoka, gdy kultura łacińska i przywiązanie do rymu i rytmiki samej łaciny cokolwiek by dziś znaczyło.

Tak, jak przyszedł moment, kiedy szalony chłopiec Dżungli, Mowgli, przestał rozumieć Czas Nowej Gwary, język Czarnej Pantery Bagheery, która była tak długo jego najbliższym powiernikiem[iv] Mgła unosiła się z wysokich trwa i gęstych krzewów dżungli. Wszystko się w niej rozpływało, traciło kontury.

Co zostało z Horacego? Non omnis moriar – nie wszystek umrę. To właśnie, te trzy słowa tylko. Nic więcej.

Non omnis moriar. Ach,

zakwili morski ptak,

zaszumi pianą fala –

a łódź już się oddala,

już mgła łagodzi czas.

Z wydm ostre szable traw

strzegą wysokich naw

katedr z piasku plaży.

Czy coś się ma zdarzyć

na Tęczowym Moście?


[i] Horacy. Dzieła; LSW, Warszawa 1986; tł. St. Gołębiowski; s. 267

[ii] ibid; s. 145

[iii] Ibid; s. 99

[iv] Druga Księga Dżungli; R. Kipling; wyd. KiW, Warszawa 1988; cytat ze s. 188

Link do części 1

Shadows and us sharing common sphere

Shadows and us sharing common sphere

My walks with John are changing, far from any routine. I like it because we have not become an odd pair of aging gentlemen. Far from it. Not that people would really notice since they can’t see John, of course. They would just look at me, perhaps with a shake of their heads. Which really wouldn’t bother me at all. Not out of my arrogance and dismissiveness of their opinion. Honestly not. People see what they want to see, hear what they want to hear and they do have a right to their opinions. God knows I have mine.

So I was walking on Canada Day with John in Halifax through spots we liked to visit together. Like the little square on Novalea, just before the Hydrostone district. And I started to write some stanzas about these walks with him. Later I went to the Waterfront. It was sunny day but with a heavy fog and mist covering the Channel. It really was coming right out of my unfinished poem.

The world of shadows


The shadows are everywhere:
the silhouette of your body,
the taste of your lips,
the gaze of your eyes,
the touch of your arms.

On the corners of the streets,
on benches in the squares,
trails in parks, and in hills.
They are lurking behind trees,
passing us on the walkways.

Every time a green car
of certain make that you drove
passes me by,
I stop
and follow it
with my stare:
do I see your shadow behind the wheel?

The world has become bi-dimensional:
real physical presence of shapes,
and shapes of shadows
mingling between us –
invisible to some,
real to others.

Our talks in the crowds
of these shadows,
your invisible hand
reaches out to touch
my arm.
I can’t see your hand –
yet, I feel it
when it touches my skin.

I feel the other shadows,
when they pass me by
on the streets.

Some walk painfully bearing
heavy bag of sorrow,
others are light, they float
in the air
without care or foreboding.

We don’t know their stories,
so, I just accept their behavior
as it is, without question.
They too have a right
to be joyful, and your insistence
that the shadows should be sad
is just an arrogance
born of our ignorance.










Today I went to the beach to finish the poem. Well, I have no idea if I did really finished it. I might actually add later another section to it for the idea of the ‘shadows’ among us (you can read to it whatever you want but my personal perspective does not come from religious point of view, but I always promoted the idea that a poem belongs to the author only as long as it has not been read by any other person. The moment it finds another reader – the poet no longer has any control of it, it belongs to that reader). But for now it is what it is. There was no fog on the beach, au contraire – it was sunny. But the crushing waves created beautiful mist on the edges of the beach, just where it meets the ocean. I liked it.

There is a lake I had to say goodbye to

There is a lake I had to say goodbye to

Went yesterday to that lake. Our lake. Went there third time. Went there, on my pilgrimage of saying goodbye, saying that to many places we went together to. Roads, towns, parks, streets and beaches. Our journey through this province. Our last stop of our big lifelong journey.

There will be no more stops for us, no more places we will visit together, no more view we would enjoy together.

I know that you are part of me, wherever I go that part will go too. But it is not the same, you know it and I know it. Where I will end up there will be very few spots that we briefly visited during a cold and wet November 1990. Poland. Time was very turbulent in 1990 in Poland. I had such little time for us, the country was ravaged beyond description by the past 45 years of Soviet domination.

Our life journey was Canada, she was our country. She brought us together. And she did bring us to that lake in 2022. Our last longer ride outside of the city.  I know you did it only for me, you knew better than I did, that time was already very short. In a way it was borrowed time. But you agreed to give me that last longer car ride, a ride to a small beach, lake, forest. Went there again in September 2023. It was really, really hard. At that time that lake was almost totally empty. Just me and memories of you there. On that bench were you were waiting for me in 2022 – I still saw your shadow, I thought I saw that tiny smile and that twinkle in your eye. And the goodness that emanated from you. The one that made you so special to so many people.

Today it was full of beachgoers, loud with laughter and yelling, with people setting their barbecues for hotdogs and burgers, there were boats and kayaks. Went a few times for a swim. The water was very warm and soft, as lake waters are. But could not see you anywhere in this noise, could not her you voice.

I did say goodbye to that place. Not to you, to the place that for a short while was ours.  Probably will never see it again except in my sleep, my dreams. Goodbye, lake.

June 2024


LAKE

1.

I came here again

to our love

I came crying for you

our half

I swam and searched

could not see

Could not hear your voice

Only broken me

Children swam, too

they shouted joy

Mothers yelled laughingly

throwing them a toy

I did not belong here

anymore

Our presence, our laughter

silenced

Even the verse I wrote down

is wanting

The grief will be gone

one day  

And there will be nothing

left

Just total emptiness, full

void

My shadow will look

at me

Will ask like a judge

in court:

what more, I ask, would you

want

You are but a scribe

not more

2.

post scriptum

          The air is still, is warm, rather moist

          The water is dark like lukewarm tea

          I recognize the little green island

          Recognize the broken bench, the rock

          Guys with brown faces, black hair, big eyes

          Smiling at me and asking a question:

          Can you take picture of us sir, please

          I do but say – look at yourself, not me

          I want to add – look at yourself and you

          Will see the whole world, the sun and the stars

          Yet I don’t just smile approvingly

          For I know that way down from stars is long

Clam Bay Beach – north of Jedorre – na Wschodnim Wybrzeżu Nowej Szkocji

Clam Bay Beach – north of Jedorre – na Wschodnim Wybrzeżu Nowej Szkocji

Dziś trochę dalej samochodem szosą nr.7, z Halifaksu aż za Martinique Beach – w kierunku rzeki Tangier. Kiedyś już wspominałem, że tych nazw prawie tropikalnych tu sporo. Co latem nie dziwi. Tylko latem, naturalnie.

Ale dziś do plaży, na której nigdy nie byłem – a wydawałoby się, że byłem tu na każdej przez te sześć lat. Ta jednak z bardzo długim i skomplikowanym dojazdem bocznymi drogami. Jeśli już mijałem Musquoboit Harbour – to po prostu prałem dalej, do końca prawie, na ukochaną plażę Taylors Head Beach tuż za Spry Bay.

Więc tym razem zdecydowałem tą jednak poznać. Głównie dlatego, że mimo tych wielokilometrowych wąskich nitek szos w dół, do oceanu – to i tak o ponad połowę bliżej niż Taylors Head.

Jak ją opisać? Po prostu, prawdziwie. To Północna Polinezja. Te dwa słowa wydają mi się oddawać najlepiej charakter tej mało znanej plaży. Te dwa, lub może nawet tylko jedno: bajka.

Już końcowy dojazd wąską, krętą drogą wśród lasów i rozsianych rzadko malowniczych gospodarstw, nadaje tej wycieczce charakter bukoliczny.  

Plaża z cudownym szerokim i wielokilometrowym pasem drobnego, jak mąka piasku przypomina nieco właśnie tą w Taylor Park. Tylko przez fakt, że jest bardzo szeroką zatoką i całkowicie otwartą na ocean – ma duże fale nieustannie podpływające na brzeg. Co mnie naturalnie od razu ucieszyło. Pływanie w falach raduje mnie najbardziej. W przeciwieństwie do większości plaż, zejście z wody płytkiej do głębokie jest bardzo łagodne i bardzo długie. W zasadzie jest to sam w sobie niezły spacer i daje czas ciału na oswojenie się z szokiem temperatury (o ciele to jeszcze trochę potem powiem, LOL). Gdy jednak dojdziesz gdzieś do pół-pasa, to jużeś przepadł, już nie uciekniesz. Jeśli nie pierwsza, to na pewno druga fala cię zimnymi ramionami obejmie całego! Wtedy to już lepiej pływać z tymi falami niż być targany nimi w tę i we wtę.

Pierwszy dzień lata kalendarzowego i słonce sprezentowało temperaturę sierpniową. W Europie na takiej plaży byłoby tysiące ludzi. Tu dziś naliczyłem, ok.  … trzydziestu. Pewnie byłem jedynym nie lokalnym. No i ta temperatura iście sierpniowa była na plaży, na lądzie. Królestwo Posejdona ciągle zimne i mroziło stawy nóg. Ciało ludzkie jest jakieś dziwne, a że mężczyzna też czasem bywa człowiekiem, więc i moje jak rozkapryszona kobieta. Najpierw wrzeszczy, gdy zanurzam się po szyję: szaleju się idioto obżarłeś?! Wracaj mi zaraz na plażę z tej lodówki albo nogi zabiorę i razem na plażę uciekniemy, a ciebie niech te fale gdzieś w głębiny pociągną. I nie wiem czy żarty to, czy groźby prawdziwe, więc na wszelki wypadek wracam i siadam w słońcu na składanym krzesełku. Słońce grzeje. Nieźle. To ciało zaraz odwrotną litanie śle: czy ty myślisz, że ja to jakaś krewetka, którą w oleju na tej plażowej patelni będziesz smażył?! Wracaj mi zaraz do wody lub udarem cię draniu zabiję!  No tak – rozkapryszona kobieta, której nie sposób dogodzić. Więc kończę pisać i wracam do fal.