Daty, mity i fakty.  Aktorzy scen historii. Dates, myths, and facts. The actors of History.

Pencil sketch of me by my father (in 1984)

Rok za niecałe 24 godziny się kończy. Brzemienny bardziej niż wiele przed nim. Inny w wymiarze indywidualnym, osobistym i inny w wymiarze obywatelskim.

Inny dla mnie – Kanadyjczyka i inny dla mnie – Polaka. Jeszcze inny dla mnie – osoby. Nie Kanadyjczyka i nie Polaka – mnie, indywidualnej jednostki wobec której jakiekolwiek rządy, narody czy instytucje publiczne, polityczne i religijne praw żadnych nie mają.

In less than 24 hours the year will end.  Heavy with effect more than many before. Different in individual, private frame than in citizen’s feelings.

Different for me as a Canadian and different for me as a Pole. Different altogether for me as an individual, a sovereign person, a person beyond the sphere and powers of any government, any nation or institution public, private, or religious.

It might be easier to understand my opinions and reminisce about the last 12 months in two different languages: Polish and English. Emotions are complicated to translate, especially for an author.  I, a Canadian – have different opinions on Polish affairs from those of ‘I’ as a Pole. And vice versa.

Perhaps it wouldn’t be an issue for a translator, who doesn’t have to carry that bag of that individual history, its’ weight of guilt, defeat, and victory alike. Baggage that makes me, who I am. And I must admit the strange duality: I do not always feel the same in Polish as in ‘Canadian’.

                Over forty years ago a young guy, on the cusp of adulthood, landed in a snow-covered Montreal airport. He carried a heavy bag on his shoulders, much heavier than the material possessions he owned.  Spends the first night in a hotel arranged for him by the Canadian government and in the morning changes flights and goes to Calgary. Somehow he is much older than most of his new compatriots of the same biological age. He is in fact an old man carrying a very cognisant weight of native, European history and culture. But in some other way, he is an adolescent further from adulthood than most of his Canadian peers.

He lands there in the evening in a very cold, very snowy city. A typical, normal day in Calgary – at that time of the year, Calgary was always cold and snowy (unless there was a chinook – but even chinook does not erase winter from Calgary in February). It was the beginning of 1980’ in Alberta. Nobody knew anything about climate change – including the climate. Winter was winter and summer was summer. Year after year.  Until …

That was then, though. Now are the last hours of 2023. In Poland, it is already early morning of 2024. The young man, boy almost, who arrived in Calgary at the onset of 1982 is long gone. Nowhere to be seen or heard of. Nor his dreams, his hopes. Vanished with time. Who is he now? Let me think – if he could be wine, he would be either spoiled, gone bad, or the opposite: very expensive, LOL.  Yet, at times, maybe, just maybe – you could notice in the corners of his eyes the same spark or the same sadness the young one had. Maybe, who knows? But first is first. I was first Polish, so of Poland than at the closing of 2023. In Polish.

English part of my ‘musings’ of things important and perhaps less important but worth mentioning will have to be published separately – the sheer volume of the text of my Polish part would make it difficult to read. The English (Canadian) part will come in a day or two.

Polska wyszła w końcówce 2023 z okresu ustawicznej, blisko dziesięcioletniej dewastacji demokratycznego państwa prawa. Wcale nie jestem pewny czy faktycznie wszyscy, którzy głosowali za szeroką Koalicją Demokratyczną zdawali sobie sprawę jak dramatyczna i jak zmieniająca kraj i społeczeństwo ta dewastacja rzeczywiście była. Ludziom często łatwiej jest zobaczyć klikę złodziei i malwersantów, którzy przez wtyczki w PiS i z PiSem współpracujących ugrupowań dorobili się majątków niż dużo niebezpieczniejsze zapaści strukturalne państwa, murszenie jego podstaw tożsamościowych, fałszowanie jego historycznych korzeni i kulturowego dziedzictwa. Ci, co głosowali w dalszym ciągu za PiSem – już zostali oczadzeni. Czy kompletnie – czas pokaże. Mam nadzieję, że wielu obudzi się z tej śpiączki i odrętwienia hipnotycznego. Inaczej ta przyszłość kraju wygląda trudno. To tak, jak w tym starym czasie PRL-u mówił przerabiany wielokrotnie dowcip, kiedy ‘wiecznie żywy’ Lenin przebudził się faktycznie, rozejrzał wokół i rzekł ze zgrozą: trzeba zaczynać od nowa.  Dowcip był głupi, bo sugerował, że Lenin ‘chciał dobrze’, a jego następcy to wypaczyli. Ale intencja dowcipu była pozytywna.  Zresztą społeczeństwo PRLowskie w swej dużej proporcji do rzesz wykształconych rzetelnie i znających historię autentyczną nie należało.  Ale to już też historia. A mówimy o roku 2023.

Droga nie jest prosta przed Koalicją rządową. Jak zreperować i uzdrowić najbardziej zrujnowany aparat państwa, jego trzecią konstytucyjną ‘nogę’ – wymiar sprawiedliwości: Prokuraturę i Sądownictwo?  A bez sprawnie (tj. kompletnej niezawisłości i niezależności Sadów i Trybunałów wszystkich instancji) działającego wymiaru sprawiedliwości nie można mówić o sprawnej i funkcjonującej demokracji.  Polska taka już nie jest. Wybory parlamentarne, a w konsekwencji tego nowy rząd jakimś magicznym zaklęciem tego zrobić nie mogą. To wymagałoby absolutnej, konstytucyjnej większości obu izb Parlamentu i współpracy Prezydenta. A Andrzej Duda (bezapelacyjnie najgorszy i najmniej się do tej funkcji nadający chyba od czasów sięgających 1918 roku) prezydentem będzie jeszcze półtora roku. To dużo. Naprawiać metodami PiS bym odradzał. Bo jak władza raz, nawet z najbardziej szlachetnych pobudek, na tą drogę wejdzie, to bardzo łatwo nawet ta szlachetna intencja ulega zepsuciu. Gangsteryzm w polityce nie popłaca. Chyba, że to wybór świadomy, jak w przypadku Kaczyńskiego, Ziobry – tyle że rezultaty tego znamy i dla kraju i na końcu dla nich samych.

Zaczęło się od spektakularnej hucpy PiSu w budynkach TVP na Woronicza,a potem na placu Powstańców Warszawy. Oglądana na gorąco relacja z tego wydarzenia w pierwszym momencie wydała mi się jakimś przezabawnym cyrkiem idiotów PiS – od tej grupki staruchów-kibiców na zewnątrz, po niewyobrażalny kabaret Kaczyńskiego, Kempy, Glińskiego i całej wierchuszki pisowskiej. Pierwszy mój odruch był: świetnie! Niech to robią jak najdłużej, bo robią z siebie niespotykane pośmiewisko. Niech Polacy, w tym miękki elektorat PiSu, zobaczy co za zgraja półgłówków nimi przez dekadę rządziła.  Sytuacja jednak wcale nie była aż taka kabaretowa. Kaczor i Kurski doskonale zdawali sobie sprawę nie tylko z wagi tej Szczujni Narodowej, która była w rękach ich ludzi ale i z konstytucjonalnej niezależności Krajowej Rady Radiofonii i TV. Sytuacja zmieniała się z godziny na godzinę. Czyżby minister Sienkiewicz faktycznie przekroczył (i to poważnie) swoje uprawnienia rozwiązując gremia, których dotykać, jako minister nie miał prawa, bo decydowała o tym ta Rada – ciało konstytucyjne, a więc poza zasięgiem łapek rządu? To był argument poważny. To są sprawy dość skomplikowane ale i proste jednocześnie. Tak, minister kultury jest ‘właścicielem’ TVP, bo on ją utrzymuje finansowo. Ale jednocześnie jest ‘właścicielem’ na zasadzie Głównego Księgowego, który płaci pracownikom (w tym dyrektorowi firmy) pensje. Nie oznacza to jednak, że księgowy może zwalniać dyrektora lub zamykać firmę. Trochę byłem zaskoczony, że Tusk nie przebadał tej sprawy dokładnie. Bo bez wątpliwości o TVP musiał bardzo długo i bardzo dużo myśleć i się konsultować.  To zbyt ważna i newralgiczna instytucja, by jej statusu nie rozumieć lub nie znać. W sukurs przyszedł olbrzymi błąd i przeoczenie PiSu wówczas, gdy formowali tą Radę dziesięć lat temu na ‘obraz i podobieństwo swoje’. Byli wtedy w trakcie zamachu na Trybunał Konstytucyjny, w planach już był zamach na Sąd Najwyższy, Ziobro od zaraz zaczął rozwałkę Prokuratury Krajowej (on był dużo bardziej bezwzględny i nieugięty w zdecydowanym i pozbawionym hamulców niszczenia wszelkiej niezależności sędziowskiej, prokuratorskiej i policyjnej, nie unikał w tej kwestii nawet konfliktów ani z Kaczyńskim ani z prezydentem Dudą, gdy ci chcieli – zmuszeni sytuacją wewnętrzna a przede wszystkim zewnętrzną zwolnić te tempo lub nawet czasem cofnąć zbyt radykalne zmiany) – wiązało się to z dużym zamieszaniem w orzecznictwie sądowym i trybunalskim. Prawa ręka nie wiedziała dokładnie, co robi lewa. Przyłębskie, sędziowie-dublerzy,  wybitne Krysie Pawłowicz – to tylko szczyt góry lodowej galimatiasu sądowniczego ówczesnej Polski (wiec  i obecnej, bo wybory powszechne nie wybierają nowych sędziów). W tym galimatiasie zapomniano, nie dopatrzono pewnej drobnostki – Ustawa o Krajowej Radzie Radiofonii i TVP … nie została formalnie i legalnie do końca przeprocesowana. I pomimo, że zakładano, że była, więc ma moc gwarancji konstytucyjnej … nie ma. Uff. Najjaśniej jak mogłem wyjaśniłem. Jeśli ktoś nie rozumie, to skąd może żądać, by rozumieli np. Kaczyński czy Duda? Ale Sienkiewicz jednak zrozumiał. I użył prostych i mało skomplikowanych narzędzi zwykłej ustawy o Spółkach Akcyjnych.  Z której wynika, że ten, co posiada większość akcji danej firmy może prezesa zarządu takiej firmy wyrzucić na z… pysk i sam Radę rozwiązać i powołać nowego prezesa Zarządu. Proste. Środek tymczasowy   i brzydki. I można go zaskarżyć  do Sądu Powszechnego. Ale tymczasowo skuteczny. A czasami ‘tymczasowo’ wystarczy. Pisałem tyle o tej hucpie z TVP i Wiadomościami TVP, bo to było i spektakularne i pokazało, jakie wielkie przeszkody na drodze reperacji szkód w Polsce trzeba będzie pokonywać. Ale, że można będzie, choć niektóre będą dużo dłużej trwały.

Kaczyński, ze względu na swój wiek i na fakt, że jednak przegrał wybory i mimo wszystko fala brudów jego rządów nie będzie nawet tajemnicą Poliszynela – będzie publicznie i równie spektakularnie ujawniana – jest już politycznym trupem. Można swobodnie o nim mówić już w czasie przeszłym. O tym jestem przekonany.  Jeszcze macha krótkimi łapkami i nóżkami, jak pajac na sznurku. Ale to już kurz historii a nie wiatr przyszłości.

Swoją drogą ciekaw jestem, co stanie się z wyznawcami religii smoleńskiej? Czy msze dalej obywać się będą przy Schodkach do Nikąd na placu Piłsudskiego, czy wrócą na stare miejsce przed Pałacem Namiestnikowskim (który też do czasu wyboru nowego prezydenta będzie u mnie tą starą, zaborczo-rosyjską nazwę nosił)?   Może pan Duda nawet zgodzi się by robiono to za bramą, wewnątrz dziedzińca, by zapewnić większe bezpieczeństwo Kurdupla z Żoliborza? Ciekawe, jak ich stosunki się teraz ułożą? Mimo wszystko Kaczyński nazbyt przyjemny dla swojego prezydenta nie był, a ten nagle jest jedynym, który ma ciągle władzę w ręku. Nominalnie dość potężną władzę.

Tusk w przemówieniu noworocznym nie mówił już tym samym, tryumfalnym językiem zwycięstwa, jakiego użył w wystąpieniu w Sejmie w pierwszym expose ledwie kilka dni wcześniej.

I tamten, tryumfalny ton był potrzebny Polakom, bo był to tryumf Polaków ratowaniu ojczyzny przed czarną nocą. Najważniejszym dniu wyborów od sławnego roku 1991 pierwszych wolnych wyborów parlamentarnych po 1939.

Ale te noworoczne było już trzeźwiejsze politycznie, mniej tromtadrackie, bardziej pragmatyczne. Przy podkreśleniu nowej nadziei i zadowoleniu ze zwycięstwa o jakim tyle lat marzył, o powrocie na fotel premierowski – nie mogło w tym nie być nuty smutku. Nie tylko z zerkającej zza każdego politycznego rogu chciwości, malwersacji finansowych, moralnej miazgi politycznych klas, które zawładały Polską od jesieni 2014. Nie, z dużo poważniejszego problemu. Z problemu głębokiego podziału w kraju na ‘naszych’ i ‘tamtych’. Podziału, jakiego żadną ustawą ani żadnym rozporządzeniem czy rozdawnictwem pieniędzy państwowych zniwelować się nie da.

Pojednanie będzie najtrudniejsze’ . Te słowa Donalda Tuska zapamiętałem najbardziej. I o tym zadaniu, wyzwaniu myślałem i pisałem tutaj najczęściej w czasie ostatnich dziesięciu lat. Wcześniej niż wybory w 2014 – od czasu katastrofy smoleńskiej, która mogła Polaków zjednoczyć. A podzieliła.  To była pierwsza zbrodnia popełniona na Polsce przez Jarosława Kaczyńskiego. Której mu nigdy wybaczyć nie powinniśmy. Z latami te wszystkie teatralne, operowe niemalże ‘spektakle smoleńskie’ stały się faktycznie jakimś teatrem absurdu najpierw, a potem spektaklem kabaretowym. Ale wtedy – nastąpił wielki podział społeczny, narodowy. Który trwa do dziś, choć już nie wszyscy pamiętają, co leżało u jego źródeł.  To podzieliło, jak nigdy nic przedtem, nie tylko Polaków w kraju – podzieliło równie ostro i skłóciło Polaków i polskiego organizacje, środowiska poza granicami kraju. Wyjątkowo ostro w Ameryce Północnej, w Kanadzie. Zniszczono budowaną od dziesięcioleci spójność organizacyjną Polonii. Ten podział był tym silniejszy, że wielką rolę odegrały w nim polonijne kościoły katolickie, które murem stanęły po stronie coraz bardziej fałszowanej, coraz bardziej kato-faszystowskiej polityce PiS.  To też naturalne pokłosie sojuszu Kościoła Katolickiego w Polsce z PiSem i jego ultra-patriotycznym, czasem w wyraźnie szowinistycznym kolorze. Mimo podobieństw stylu rządzenia i ideologicznych zboczeń Kaczyńskiego, Szydło i Macierewicza z izraelskim Benjaminem Netanjahu – nie przeszkadzało im to wyciągnąć z lamusa historii starego, śmierdzącego naftaliną trupa antysemityzmu (nie przeszkadzało to zresztą tak silnie i Netanjahu). Pamiętacie akcje ‘obrony dobrego imienia Polski’? Napaść IPN-u sterowaną przez rząd na wszelkie niezależne badania naukowe i grzmienie o usiłowaniach rozgrabienia Polski na rzecz Żydów w USA i Izraelu?  Bardzo sumienny i znany historyk polsko–amerykański, Jan Tomasz Gross stał się nagle ‘sztandarem polakożerstwa’. Żyd usiłujący rozgrabić Polskę a Polaków uczynić gorszymi od hitlerowców antysemitami. Zabawne (jeśli można takie określenie w tym ohydnym oskarżeniu użyć), że Gross z czysto talmudycznego tłumaczenia w zasadzie nie jest polskim Żydem, a jest Polakiem wyznania żydowskiego  ( i nawet tego pewny nie jestem, bo nie mam informacji czy Gross jest osobą wierzącą a jeśli, to jakiego wyznania). Matka Grossa, Hanna Szumańska była polską herbową szlachcianką, wyszła za mąż za zasymilowanego Żyda polskiego Zygmunta Grossa, polskiego kompozytora i adwokata (w dobie stalinizmu był obrońcą Władysława Bartoszewskiego). Ale w propagandzie krypto-faszystowskiej nawet siedzenie w szkole w tej samej ławce z kolegą-Żydem czynić cię może  … przynajmniej pół-Żydem.  To tylko taki przykład atmosfery zaczadzenia, jaka nad Polską i Polonią zapanowała pod władzami PiS. Tematu ‘Jan Tomasz Gross” nie mam zamiaru tu rozwijać.

Powstanie tej przybudówki ‘Polakożerczej nagonki światowego żydostwa’ szalenie utrudniło w Ameryce Północnej polityczną akcję uświadamiania Polonii o prawdziwej twarzy PiSu. Jak powiedziałem już wyżej – tradycyjne ugrupowania i związki polonijne związane bardzo z parafiami polskimi były w najlepszym wypadku obojętne, a najczęściej wrogie wobec działalności pro-demokratycznej demaskującej prawdziwe oblicze PiSu Kaczyńskich, Terleckich, Ziobrów, Macierewiczów i Kurskich.

W takiej atmosferze działały w Kanadzie formalne grupy KOD-u (Komitet Obrony Demokracji) na mocy oficjalnej reprezentacji ZG KOD w Polsce, prowadzone przeze mnie, Annę Bocheńską i Marka Tucholskiego reprezentujące całą Kanadę (KOD-Canada). Obok KOD-Canada, niezależnie i na mocy osobnego porozumienia między ZG KOD w Warszawie i KOD-Canada istniał KOD-Ottawa. Działo się to na początku roku 2015. Nikt wówczas jeszcze nawet nie przypuszczał ogromu zniszczeń jakich dokona PiS w Polsce. KOD-Canada nigdy nie był w stanie (choć nasze grupy działały w większości dużych ośrodków miejskich w Kanadzie, a do najbardziej prężnych należały: Montreal, Toronto, Ottawa, obszar Greater Vancouver i częściowo Calgary) pobudzić masowego ruchu w Kanadzie. Mimo to był bardzo widoczny, odegrał bardzo pozytywna rolę w informowaniu o zagrożeniach demokracji w Polsce. Był jedynym w tamtym okresie znaczącym ośrodkiem informacji i protestu społecznego. W 2023 roku sytuacja świadomości społecznej (jak i olbrzymia wymiana ‘pokoleniowa’ osób zawiadujących życiem zorganizowanym Polonii) uległa diametralnej zmianie na lepsze. Miejsce KOD z dekady wcześniej zajęły grupy inne. Palma pierwszeństwa i najlepszej organizacji należy się DPACC (Democracy Poland Action Committe – Canada). Niestety, jeszcze w poprzednich wyborach w 2019 mimo tego wysiłku prawie wszystkie Komitety Wyborcze w Kanadzie (Montreal, Ottawa, Toronto, Saskatoon, Calgary, Edmonton i Vancouver) głosowały w dużej proporcji na PiS. Lista Koalicji Demokratycznej uzyskała drugie miejsce. Prawie wszystkie, poza jednym wyjątkiem: Vancouver. Tylko tam większość głosów oddano na Koalicję Demokratyczną, nie na PiS. Wiązało się to chyba jednak (bo Polacy w Vancouverze też przyjechali tu z tej samej Polski, nie z Księżyca) z uporczywą pracą wśród całej Polonii środowisk pro-demokratycznych. Z szeregu akcji jakie udało mi się tam przeprowadzić z udziałem może nie olbrzymiej grupy ludzi – ale ludzi znaczących w środowisku i szalenie oddanych.  Na początku było to z ramienia KOD, potem już sami lokalnie to robiliśmy w naszym, lokalnym imieniu. Nie bez znaczenia były dobrze zorganizowane środowiska  akademickie, artystyczne. Utrzymywałem dobre kontakty z Konsulatem i przy każdej okazji spotkań prywatnych podkreślałem, że placówki dyplomatyczne, a zwłaszcza już konsularne nie reprezentują de facto rządu i partii politycznej a Państwo i przestrzegałem przed agitacją polityczną, która i Konsulatowi i Rządowi tylko zaszkodzi. W zasadzie wszystkie i gazety polskie (było ich początkowo kilka w Vancouverze) i polonijne stacje radiowe były pro-demokratyczne, a jeśli jedna czasem starała się być (powiedzmy tak) ‘obiektywna’ była to pozycja bardzo umiarkowana. Nie unikałem udziału w silnych sporach, gdy zaszła potrzeba. Przede wszystkim widoczni  byliśmy w newralgicznych i ‘nie polonijnych’ miejscach miasta: w popularnym parku miejskim, przy zniczu olimpijskim, raz przed Konsulatem i tylko krótko. Naturalnie, na samym końcu efekty z całej Kanady razem zebrane dały to, co dały. Przestrzegał zresztą o tym podczas jednej z konferencji video sam Donald Tusk (konferencja środowisk pro-demokratycznych z całego świata), aby nie wojować za silnie nad np. wyborami korespondencyjnymi i większą liczbą okręgów wyborczych w Kanadzie, bo … zalejemy PiSem kanadyjskim wszystkie miejsca sejmowe. Rozsądny i świadomy rzeczywistości polityk.

Nie ulega najmniejszej jednak wątpliwości, że ziarno wolności,  że tłumaczenie zagrożenia jakie niesie PiS to praca żmudna. Najtrudniejsze było to, by odrzucić groźny hurra-patriotyzm PiSu i IPNu w tandemie z polonijnymi parafiami katolickimi. Patriotyzm, w którym wszystko było szyte grubymi, tradycyjnymi nićmi nacjonalizmu, szowinizmu, ‘obrony dobrego imienia Polski’ przed napadami lewactwa, syjonizmu i LGBTQ.  A tradycyjna, starsza Polonia była bardzo podatna na te ‘sztandary ojczyźniane’.  Teraz gwałtownie następuje wymiana generacyjna Polonii. Tysiące nowych kanadyjskich Polaków te głupie straszaki ‘trupów PRL i komuchów’ zbywa śmiechem i wzruszeniem ramion. 

Za niezłomność, upór i konsekwencje w rzetelnym informowaniu Polonii w Kanadzie w ostatnich latach, za umiejętność stworzenia silnej platformy prasowo-podcastowo-radiowej w sieciach nowych social-mediów i organizowaniu w ostatnich latach Democracy Poland Action Committe – Canada olbrzymie słowa uznania należą się Małgorzacie Bonikowskiej z Toronto, redaktor naczelnej popularnej „Gazety – Dziennika Polonii” i autorce popularnego “Polcastu”. Aktywnymi do dziś w rozpowszechnianiu tego dzieła demokratyczno-informacyjnego pozostali moi serdeczni przyjaciele Anna Bocheńska z Toronto i Marek Tucholski z Montrealu.  Pojawiły się nazwiska nowe, Polek i Polaków, którzy tu się osiedlili w ostatnich latach. Innej, nowoczesnej generacji. Bardziej kosmopolitycznych niż zaściankowi mojej i poprzedniej generacji. Nie obarczeni nie tylko bagażem PRL, ale nawet bagażem „Solidarności”, która dla mnie jest tym, czym AK była dla mojego ojca: mitem młodości, działalności, niezłomności, idealizmu. I bardzo mnie to cieszy. Bo mity potrafią być bardzo groźne. Mity powinno się zostawić na gruzach Herkulanum i Ateneum. Im dalej od współczesności – tym zdrowiej.

Co więc zostawiliśmy, z polskiego punktu widzenia, za sobą w 2023?

Dewastację i rozpadanie się polskiej demokracji. Najgroźniejsze w obszarze sądownictwa i wymiaru sprawiedliwości, podporządkowania służb policyjnych i szeregu agencji służb bezpieczeństwa partyjnym interesom rządzących (PiS) – a to prosta droga do dyktatury. Niszczenie przynależności Polski do Unii Europejskiej, faszyzację polityki międzynarodowej poprzez silną współpracę z faszyzującymi Węgrami i innymi rządami i ruchami ultra-prawicowymi, co jest zresztą nie tylko polskim fenomenem. Jest szokujące dla mnie, że taką siłę polityczną (a wiec poparcie w społeczeństwie) zyskały grupy faszystów Konfederacji. Jest to zresztą fenomen pierwszej ćwierci nowego wieku w całej Europie i nie tylko (faszyzacja np. Izraela pod rządami Netanjahu wydaje się być szokiem nad szokami). Pewnie jest to tym razem negatywny objaw odejścia z życia publicznego generacji, która tą gehennę przeżyła. A jednocześnie odzwierciedleniem niepewności i lęku ludzkości generalnie wobec wielkich zmian i zagrożeń wynikających z bardzo już widocznych i przyspieszających swój marsz zmian klimatycznych Ziemi. Przyspieszanych karygodną polityką całego świata.

Główne osoby bardzo ważne w Polsce, które otwierają nowy, 2024 rok wedle mojej oceny to:

  1. Donald Tusk bezwzględnie. Niezbyt przeze mnie lubiany polityk. Ale polityk na te czasy chyba najwłaściwszy.
  2. Niespodziewanie – nowy Marszałek Sejmu, Szymon Hołownia. Też niechętnie mu się przyglądałem. I byłem kompletnie zakochany w nim, gdy prowadził, jako Marszałek obrady Sejmu w tych gorących dniach upadku PiSu. To był taniec baletmistrza i filipiki godne Demostenesa. Symbolem jego marszałkowania pozostanie na zawsze natychmiastowe usunięcie barier ulicznych przed Parlamentem RP na Wiejskiej –  Polski Parlament wrócił w ręce Polaków, pracodawców posłów i senatorów.
  3. Rafał Trzaskowski – Prezydent Warszawy, który nigdy stolicy na pastwę PiSu nie oddał. Jedyny, który w poprzednich wyborach prezydenckich w Polsce minimalną tylko ilością głosów nie wygrał ich. To zapaliło pierwsza lampkę w ciemnościach tamtej Polski i pokazało, że niemożliwe jest możliwe. Ryzykowałbym stwierdzenie, że bez tamtej walki prezydenckiej i bez jego prezydentury w Stolicy kraju być może nie doszłoby do wygranej Koalicji Demokratycznej w październiku 2023. Nie mam pojęcia, czy Tusk formując Koalicje nie uczynił pewnych obietnic wobec Hołowni w sprawie kolejnych wyborów prezydenckich i nie obiecał, że Trzaskowski nie stanie w szranki. Wątpię, by Tusk i Hołownia tego typu niehonorowy pakt zawarli. Ale lękam się. Trzaskowski jest człowiekiem nowej Polski, świeckiej, pro-europejskiej, światowej. Pokładam w nim wielkie nadzieje. I liczę bardzo, że za półtora roku stanie w szranki i wygra wybory prezydenckie w Polsce.
  4. A teraz szok dla czytelnika – Andrzej Duda. Nie, nie pokładam w nim jakichkolwiek nadziei.  Jako Głowa państwa jest i był i zawsze będzie beznadziejny. Kompletnie się do tej funkcji nie nadaje. Pierwszy w historii Polski od czasów republikańskich Prezydent-niedorajda. Pod każdym względem. Nawet wliczając w to początki PRL-u, bo i Bierut (okrutna postać i okrutnie zapisana w tej historii) nie był niedorajdą. Ale Andrzej Duda JEST prezydentem RP.  I może jeszcze wiele szkody Polsce wyrządzić. Jedyną szansą jest, że  jego własny lęk przed konsekwencjami  obstrukcjonizmu może okazać się dla niego za wysoki. Oczywiście jest też możliwe niestety, że ulegnie typowym dla takich charakterów ciągotom – zawierzy swej mocy i swym umiejętnościom. Których nie posiada, ale w zdaniu poprzednim wyjaśniłem, że może być tego nieświadom. A polska Konstytucja daje prezydentowi sporo uprawnień i władzy.
  5. Ze świata kultury: Agnieszka Holland, która przyniosła tyle światowego rozgłosu dla polskiej kinematografii; Olga Tokarczuk za użycie swego nimbu literackiego Nobla nie tylko jako rozgłosu polskiej literatury, ale generalnie za stawanie w obronie wolności kultury i twórczości polskiej, wolności twórcy w dobrze tematów i ich realizacji.  Teatr Och_Teatr (w dawnym kinie ‘Ochota’) i jego dyrektorka Krystyna Janda za niezłomność programową i kreacje teatralne w najlepszych tradycjach polskiej sztuki teatralnej. Generalnie przytłaczającej ilości polskich twórców kultury w obronie wolności słowa, wolności artystycznej i zaangażowania politycznego po stronie ruchów demokratycznych. Więcej nazwisk wymieniać nie będę, bo by zajęło bardzo dużo miejsca.

Największe zagrożenia dla Polski:

  1. Kryzys klimatyczno-ekologiczny. To najniebezpieczniejsze zagrożenie całego świata, globalny kryzys egzystencjalny ludzkości. Dla samej Polski szczególnie niebezpieczny, ponieważ jest nie tylko zapóźniona w skutecznej działalności na tym polu ale i w wyjątkowo rabunkowej gospodarce zarządzania środowiskiem naturalnym. Dogonienie czołówki państw europejskich będzie się wiązało z bardzo wysokimi kosztami finansowymi dla Skarbu państwa, a więc też dla ludności Polski. I do tej pory nikt tego obywatelom tego kraju jasno i bez politycznych kłamstw nie powiedział. Dotacje Unii Europejskiej nie mogą zastąpić nakładów Polski, czyli jej obywateli.
  2. Wojna rosyjsko-ukraińska. Tu rozwodzić się nie trzeba.  Chyba wszyscy te zagrożenie rozumiemy. Kolosalne na wielu płaszczyznach z racji obecnych granic Polski, ze względów historycznych połączeń sięgających prawie zarania polskiej państwowości, z ryzyka wojny nuklearnej lub katastrofy nuklearnej, z obciążeń związanych ze wspieraniem państwa ukraińskiego, z masowej emigracji. Z konieczności wielkich wydatków na własne uzbrojenie i wielkość wojska. Liczenie tylko na ‘Hamerykę’ jest olbrzymim błędem. A zaciągnięte bankowe kredyty wojskowe ktoś kiedyś będzie musiał zwracać. Za mało się o tym mówi Polakom. Nawet Donald Tusk nie pojedzie (tak jak pojechał do Brukseli po zamrożone fundusze europejskie) na Biegun Północny prosić Mikołaja o specjalny lot saniami wypełnionymi po brzegi dolarami … .

Nie wszystko wyczerpałem. Ale starałem się najważniejsze zarysować. Z tymi zagrożeniami opisanymi w ostatnim paragrafie wiąże się jednak jeszcze jedno. Być może niewiadoma największa. Olbrzymim udziałem w wyborach Polacy pokazali światu piękny przykład masowego zaangażowania obywateli w odpowiedzialność obywateli w obronie demokracji. Pytanie ciągle bez odpowiedzi, to czy ta piękna akcja była kolejną polską piękną szarżą husarską czy przebudzeniem narodu do świadomej, mądrej obywatelskości na co dzień? Na samym końcu żaden rząd nie rządzi całkowicie (poza rządami autokratyczno-dyktatorskimi) w próżni. Rząd musi być ‘rządzony’ przez obywateli. Na co dzień. Tylko wtedy i nasze własne oczekiwania będą bliższe rzeczywistości i możliwości skarbowych państwa na ich zaspokojenie. Bo kupowanie przez rząd poparcia wyborcy – jak się gorzko przekonaliśmy – bywa często na lichwiarskich warunkach. 6+6=12. Nie 13 ani 14, jak ilość rocznych emerytur w Polsce.

Spacerem z młodością, wierszami i poetami. cz. 2

Oczywiście dorastamy różnie. I nie zawsze w równym stopniu rozwoju (o ile dorastanie rozwojem nazwać można) fizycznego, psychologicznego, emocjonalnego i intelektualnego.

W pewnym momencie poetką moich spacerów została bardzo silnie Ewa Lipska. Ponad dekadę ode mnie starsza. Co z latami późniejszymi ulega dużej niwelacji. Ale w okresie stawania się dorosłym  – dekada to ocean.  Końcówka lat 70. i lata 80. XX wieku. Do czego to porównać? Walił się (my sami go wywalaliśmy) jedyny świat, jaki znaliśmy. I którego nienawidziliśmy, mieliśmy go już po dziurki w nosie. Byłem w tym od samego początku. Ale nie było mnie w Polsce już przy końcu. Późną wiosną 1981 byłem już w Londynie, potem w obozie uchodźców w Latinie we Włoszech. Od lutego 1982 w Kanadzie. Cały ten okres czasu, aż do upadku Komuny i do 1990 to była już moja aktywność polityczna, społeczna, kulturowa tutaj – po tej stronie Wielkiej Wody. Lipska w pewnym momencie stała się moją ‘rówieśniczką’. Kilkanaście lat różnicy wieku przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Miałem już serdecznych i bliskich przyjaciół, którzy mogliby być jej dziadkami. W 1986 spotkaliśmy się w Toronto i podarowała mi z miłym wpisem maleńki zeszycik jej poezji, który był przedrukiem wydania w Polsce.

Więc jej wiersze towarzyszyły moim spacerom w okresie największych zmian i w Polsce i w moim życiu. Kiedy jeszcze nie sądziłem, że do Polski nie wrócę. Kiedy jeszcze myślałem, że jestem tu ‘na chwilkę’.  Jej poetyka mówiła do mnie też moim głosem, używała mojego języka.  Każda epoka ma swój specyficzny język. Niby te same litery, te same zasady gramatyki i ortografii, ten sam słownik wyrazów.  A inny, specyficzny swoim duchem.

W 1978 wydała kolejny (5-ty) zbiór wierszy.  W wierszu „W popielicach mgły”  tak oto ujęła moją wielką podróż (wiersz wtedy jest ważny, gdy możesz go nazwać wierszem twoim, o tobie i dla ciebie pisanym, nawet  – lub właśnie dlatego – gdy ciebie jest tysiące):

Znowu narody w walizkach

na punktach granicznych.

Proszę otworzyć torebkę. Serce i wątrobę.

Kamera prześwietli wszystko.

Jest czuła jak kompas.

Metaliczny dźwięk głosu

należy uciszyć.

Zrezygnować z żelaznych zasad

na te chwilę.

Każdy jest podejrzany.

Podnoszę do góry ręce.

Pasażer nr 17

przestaje się do mnie uśmiechać.[i]

Proszę zwrócić uwagę na jej oszczędność słowną i dyscyplinę w używaniu języka poezji. Tu na wylewne pejzaże nie ma miejsca. Ni czasu. Narzędziem nie jest pędzel malarski, a ostro zatemperowany ołówek. To rysunek-szkic rzeczywistości, a nie piękna akwarela klucza łabędzi szybującego pod obłokami nad polska łąką.

Sama zresztą to kilka lat później określiła dobitnie w tym wspomnianym tomiku z dedykacją dla mnie.

Obywatel małego kraju

urodzony nierozważnie na skraju Europy

powołany zostaje do rozmyślań o wolności.

Jako rezerwista nigdy się nad tym nie zastanawiał.

/ ……. /

A w końcowym tetrastychu i tercecie pisze:

W końcu ukazuje mu się zorza polarna.

Zostaje powieszony

przez samego siebie

na placu defilad.

Co wybrał? – zapytuje siebie.

Mniejsza niedorzeczność

czy jeszcze większy problem.[ii]

Od niej więc zacząć tą część musiałem.

Teraz wrócę do świata uroczego, dawnego.  Mojej jeszcze prawie epoki, choć zmarł kilka lat przed moim przyjściem na świat. Ale poezja jego była bardzo ciągle obecna. Lubiłem jego wiersze. Konstanty Ildefons Gałczyński. Krakowskie uliczki ale i moje Mazury, laski, jeziora. Należał do tych poetów, którzy pisali ‘jak z rękawa’.  Nie pisać nie potrafili. I bardzo chciał być i lubiany i popularny. Był. Był w zasadzie warszawiakiem , choć mnie się zawsze z Krakowem bardziej kojarzył. Był też trochę wilniukiem, co mnie go do mnie zbliżało naturalnie. Był też Mazurem piszącym nad jeziorem Rudzkim przeurocze wiersze. Często w wierszach uciekał do satyry, do piosenki kabaretowej. Czy był wybitnym poetą? Chyba nie. Ale był szczerze lubiany. I był nam w szarzyźnie PRLu potrzebny. Rzemiosło literackie znał dobrze i form się trzymał dość ściśle. Co wówczas mi też imponowało – teraz już nie, bo formułek się każdy literacik może nauczyć, bez względu na to czy ma coś do napisania. Ale lubiłem brać przejażdżkę jego „Zaczarowaną dorożką’.  Choć ścieżki z jego wierszami prowadziły nie do Botanicznego czy Łazienek warszawskich, a raczej w kierunku drugiego końca Alei Ujazdowskich: między Fukierem a Hopferem (u Hopfera się kończyło, bo był dłużej o godzinę otwarty).

Piszczy w sitowiu wiatr.

Marzną  ręce.

Czy to ta, czy to ta twoja twarz?

Powiedz prędzej!

Niobe![iii]

Był chyba jednym z tych poetów, bez którego literatura polska by się obyła.  Ale skoro był – to bez niego tej literatury tamtej doby wyobrazić sobie nie można.

A mistrzynią słowa była jednak Szymborska. Określenie ‘słowo’ ma tu pierwszorzędne znaczenie.  Słowo jest czemuś przypisane, coś określa. Ma swoje miejsce w słownikach, encyklopediach, w gramatykach i ortografiach. Ma? Tamże li tylko? Szymborska niekoniecznie z tym się zgadzała. Był w tym trochę i egzystencjalizm i niepewność pewności. Ucieczka od ścisłej, arystotelesowskiej kategoryzacji ‘obiektywnej’.  Moje spacery z nią przypadały na czas odkrywania Stendhala „Pamiętnika egotysty”. Wyrosłem już z Kraszewskiego (dla mojego dzieciństwa środkowo-późnego mało kto miał  chyba takie znaczenie jak Kraszewski, LOL ). Nie dorosłem jeszcze w pełni do wielkiego świata literatury, gdy jej wiersze mnie zaczęły zaczepiać w kolejnych numerach „Poezji’, w egzemplarzach „Twórczości” i tygodnikach „Literatura” i „Życie Literackie”.  Ciekawe, że nie nawiązałem z nią wtedy relacji emocjonalnej, ale korciła. Zaczepiała właśnie, szturchała w bok. Głębię jej metaforyczności w używaniu słów zrozumiałem później. Historię jej związków z socrealizmem kompletnie mnie nie interesują i nie mają dla mnie najmniejszego wpływu na ocenę jej wielkiej wagi dla polskiej poezji.  Ale wracam do pisania o wierszach i moich spacerów z nimi wtedy – nie teraz. Więc nie mogę ulec pokusie o pisaniu mądrych akolad i pochwał dla Szymborskiej mnie dzisiejszego. Musze pamiętać, jak ją wtedy widziałem i czułem.  Niepokoiła mnie. Bo niby wielka a taka prosta. Jak ona to robiła? Bo czytało się łatwo, jak Broniewskiego – choć tak inaczej napisanego i o tak innych sprawach.  Gdzie te wielkie pytania o Człowieka, o Pathos, o Byt i Sens? A ona sobie o … słowach? znaczeniach?, możliwościach znaczeń? Że tak, to prawda – wszystko płynie (‘nic dwa razy się nie zdarza’ …) ale co z tego? Jakby nie płynęło to też by było w jej widzeniu świata. I jakiego świata: tego, co był? tego, co jest? czy tego, co będzie? Więc niepokoiła. Jakim sposobem refleksji nad światem i człowiekiem jest poezja? Ano …

Niektórzy –

czyli nie wszyscy.

Nawet nie większość wszystkich ale mniejszość.

Nie licząc szkół, gdzie się musi,

i samych poetów,

będzie tych osób chyba dwie na tysiąc.

/ …… /

Poezję –

tylko co to takiego poezja.

Niejedna chwiejna odpowiedź

na to pytanie już padła.

A ja nie wiem i nie wiem i trzymam się tego

jak zbawiennej poręczy. [iv]

No i masz ci los. Ona nie wie. To kto ma wiedzieć, psiakość?!

Tylko, że w tej ucieczce od pathosu nie ma wcale rezygnacji z mówienia spraw ważnych i bardzo nawet bolesnych. Zamiast elegijnego szlochu można przecież o śmierci powiedzieć  z pespektywy kota. Zamiast pytania –wykrzyknika : dlaczego?!,  można po prostu mieć wymówkę-pouczenie:

Umrzeć – tego nie robi się kotu.

Bo co ma począć kot

w pustym mieszkaniu.

Wdrapywać się na ściany.

Ocierać między meblami.

Nic niby tu nie zmienione,

a jednak pozamieniane.

Niby nie przesunięte,

a jednak porozsuwane.

I wieczorami lampa już nie świeci.[v]

Prawda, że można?

O, było tych spacerów wiele, z wieloma poetami. Trudno mi zapomnieć o bardzo dla mnie ważnym Staszku Grochowiaku.  Jednym z lepszych i ważniejszych poetów swego pokolenia. Pamiętam długą z nim rozmowę w restauracji PTTK, tuż przed pomnikiem Kopernika. Poszliśmy tam po którejś Jesieni Poezji w kamienicy Domu Literatury w Alejach Ujazdowskich. Tak, piliśmy wódkę w tej restauracji, choć nie miałem jeszcze osiemnastu lat. Ale były to może 2-3 pięćdziesiątki. To był ostatni rok jego życia. Ale mówiliśmy o poezji. Dużo. Ożywił się chyba i rozmawiając z młodym chłopakiem, który nie był częścią jego stałego otoczenia i grona, może zapomniał o zdrowotnych problemach związanych z wieloletnim alkoholizmem? A ja o tych problemach nie wiedziałem.  I zostało mi z tego, jak kurz z zakurzonego PRLu tyle:

Tak stać
Z kropelkami rosy na torsie
Z pyłem srebrzystym Wszechświata na skroniach
W brzasku Egzekucji

/ …….. /

Zdrowo jest
Być rozstrzelanym przez gwiazdę
Z plutonu Oriona[vi]

Grochowiak był w pewien sposób kwintesencją poezji świata PRL. Mojego wszechświata wtedy. Podłego, śmierdzącego potem w tramwajach potem i wczorajszą wódą. Jakby nie mógł się już doczekać tego ‘brzasku Egzekucji’. Żal mi go dziś. I dziś jego tomiku wierszy czytać jednym ciągiem bym nie mógł. Może po jednym-dwu wierszach na tydzień?  

Ale, muszę jeszcze jedną (jakże od Grochowiaka odmienna poezja) poetkę przywołać do tablicy wspomnień. Ciepłą, czułą, ludzką. Taka krzątającą się. Wokół świata i wokół czytelnika. Julia Hartwig. Cóż więcej o poezji Hartwig powiedzieć można? Do pewnego stopnia jest zaprzeczeniem poetyki Szymborskiej. Nie boi się (lub lubi wręcz) używania rozwiniętej frazy ani nie lęka używania związków frazeologicznych powszechnych w mowie potocznej, których poeci wykwintni unikają, hmm, jak – diabeł wody świeconej? LOL.  Jako, że poetka Julia Hartwig będzie kończyć ten mój spacer z wierszami i poetami lat młodości – przytoczę jej wiersz o poetach w całości, nie fragmentarycznie.

Wbrew sobie

Wszyscy poeci świata piszą jeden wiersz

opisują tę samą skałę na której rozpryskuje się morze

te samą utratę której żadnemu z nich nie oszczędzono

w tej samej chwili zaznają ekstazy istnienia

tej samej nocy układają się w łożu ciemności

Znają zwątpienie tak wszechogarniające

że świat przestaje dla nich istnieć

a kiedy próbują go odbudować

pękają od jego nadmiaru

W tej wielkiej symfonii którą wykonują

tylko pierwsi skrzypkowie zaszczycani są uściskiem ręki dyrygenta

i choć wszyscy poddani są prawom tej samej harmonii

każdy z nich chciałby być kochany z osobna[vii]

Skoro poetka powiedziała już, cóż więcej ja mogę? Mimo, że powiedziała inaczej niż Szymborska. Ba, kiedy każdy chyba poeta/tka napisał wiersz o … poecie. Choć nie każdy malarz maluje portrety malarzy. Ciekawe czy coś w tym jest? Zakończę jednym z ulubionych fragmentów jej poezji, który zawsze wywołuje miły (jeśli nie nieco ironiczny) uśmiech na mojej twarzy:

Nakarm swój wiersz po długim poście

bo spragniony jest obrazów kolorów i ruchu

i zdrętwiały mu kości

No cóż – każdy spacer ścieżkami, drożynkami nad rzeczką, w parku starym, gdzieś się zaczyna i gdzieś ma kres. Tak i ten tego kresu sięgnął. Żegnajcie wiersze miłe lat młodości. Non omnis, o nie. W pamięci zostałyście.


[i] fragment wiersza ‘W popielicach mgły’, s. 9 (E. Lipska, „Piaty zbiór wierszy”, wyd. Czytelnik, Warszawa, 1978)

[ii] z wiersza ‘Obywatel małego kraju’, s. 5 (E. Lipska, „Przechowalnia ciemności”, przedruk w Toronto przez tygodnik „Głos Polski” wydania krajowego przez podziemną Niezależną Oficynę Poetów i Malarzy w wydawnictwie „Przedświt” w 1985 r.)

[iii] z poematu ‘Niobe’, s. 30 (K. I. Gałczyński, „Wiersze z Prania”, wyd. Iskry, Warszawa, 2003)

[iv] pierwsza i ostatnia zwrotka wiersza ‘Niektórzy lubią poezję’, s. 9 (W. Szymborska, „Koniec i początek”, wyd. a5, Poznań, 1993)

[v] ibid ( pierwsza zwrotka wiersza ,Kot w pustym mieszkaniu’, s. 20

[vi] z wiersza ‘Rekonwalescencja w tarasie po nocy’, (St. Grochowiak, „Wiersze wybrane”, wyd. Czytelnik, Warszawa, 1978

[vii] wiersz ‘Wbrew sobie’, s. 8 (J. Hartwig, „Nie ma odpowiedzi”, wyd. Sic!, Warszawa, 2001

Spacerem z młodością, wierszami i poetami.

Wiersze – wielu uważa – to takie fruwanie w chmurach. Ale wiersze i fruwanie w chmurach wielu bardzo pomogły. Pozwoliły przetrwać. Może był też i jakiś barek “Pod Chmurką”, któż to spamięta? Ale wiersze były na pewno.

Pewne, że wszystkich was nie znajdę, wielu nie przypomnę. To już tyle lat… . Chodzenia po parkach i czytania, czytania w trolejbusie warszawskim, na twardym siedzeniu Wukadki, gdzieś między Michalicami a Opaczem. Bo ja wiem, gdzie jeszcze? Nad ranem w moim maciupkim pokoiku blisko stawów Pęcickich nad zatraconą Utratą? A potem jeszcze powroty do was, polskich wierszy i poetów polskich, znad Pacyfiku Kolumbii Brytyjskiej, Atlantyku Nowej Szkocji. Więc jakże spamiętać, które i kogo? Nawet, gdy spotkam na karteluszkach spisanych, ale bez obwoluty, bez stopki wydawniczej – czy poznam który i kogo? A kiedyś ważny być musiał, bo bym na karteluszku tym nie spisywał bez potrzeby.

Tyle lat. Z nazwiskiem czy bez, z tytułem czy bez – polskie wiersze i polscy poeci szli ze mną drogami, szosami, przez łąki i lasy. Ich świat poznaję bardziej niż własny. Bo to był świat odkrywania świata, to było życie budzenia się życia. Czas otwierania skrzydeł, próbowania ich, czas formowania się, tak jak Ziemia kiedyś się formowała.  Pierwszych rozkoszy ciała i duszy. Pierwszych katorg tej duszy (ciało było dużo bardziej wytrwałe i łatwo podnoszące się z upadków). Tylko, że Ziemia, mój boże,  miała tyle czasu na te próby, te znajdowania kształtu, temperatury i atmosfery najlepszej do przetrwania. Ja? A gdzież tam! Hop! i wio koniku! Fiu, poleciało, jak z bicza strzelił. Czasem wydawało mi się, że nie jestem pewny czy przeżywam ich czas – tych wierszy i tych poetów – czy mój własny.

Staff – ten to nie pisał a malował. Nie używał pióra tylko kredki, pędzelek do malowania liter i słów.

Nie utaisz  ty przede mną, wodo,

Wodo, wodo polnego strumienia,

Swego smutku, choć z taką pogodą

Gwarzy fal twych szept z duszą milczenia.

Słyszę w piasku twojej fali, wodo,

Wodo, wodo, żałośliwe tętna,

Chociaż zmierzchu owiana ochłodą,

Płyniesz, zda się, senna, obojętna.[i]

I jeszcze tylko wrzucę, by sielankowej sielskości nie utracić, krótką zwrotkę z tegoż tomiku, z wiersza ‘Gęsiarka’:

Sznur gęsi, z których każda jak łódka się słania,

Sunie jak szereg białych znaków zapytania:

Czy dziecko ich pilnuje, czy one je wiodą.[ii]

To jest prosta linia genetyczna od Kochanowskiego, godnego ojca dojrzałej poezji polskiej, godnej nazwania poezją.

Leśmian. Leśmian, proszę Państwa, nie ma ani poprzedników ani genetycznie zdrowych następców. Ostał się sam na swej Łące polskiej, w swoim ‘Sadzie rozstajnym’. Tego poznam i pamiętam, jak Mickiewicza, Słowackiego lub Norwida. Stworzył własną polszczyznę, własną  leśmianowską gwarę lub narzecze polskiego.

W sen tym pewniejszy, że nawet nie boli,

A w bezbolesność patrzysz, jak w przynętę

Dla swej niemocy i swojej niedoli.

Lecz dokąd skrzydeł skierujesz zniechętę

Bez tej, co ziemię odarła ci z cudów?

Czym są twe wargi – jej wargą nie tknięte?…

Czym dłonie, które nie zaznały trudów

Przy piersiach, śpiewnych westchnienia hałasem?

Marnieją, więdną w tej próżnicy nudów!…[iii]

Tak, byli tacy, którzy naśladowali (i czynią to do dziś) styl i słowotwórczość Leśmiana. Szkoda. Robią sobie krzywdę. Bo poeta, który w swoim wierszu napisze dziś, że ‘więdnie w próżnicy nudów’ wywoła tylko uśmiech litości. Pisz pan(i), co pan masz na sercu, nie kombinuj za bardzo, bo to takie sztuczne – moja rada. Szczera. Inaczej nabawisz się pan(i) … ‘zniechęty’ w rozwijaniu skrzydeł?

Do cudownego, niepowtarzalnego Leśmiana wrócić na chwile jeszcze muszę. Muszę. Bo to tyleż moich ścieżek wydeptanych, przebiegniętych w truchcie uniesienia emocjonalnego pierwszej miłości i przyjaźni najszczerszych. Polskich jeszcze ścieżek, co gorsza – warszawskich. Nie będąc warszawiakiem ‘na papierze’ byłem wszak nim pełnym sercem i duszą. I praktycznie, tyle, że nocowałem pod Warszawą (o ile zdążyłem ostania kolejkę złapać z Ochoty lub później z Centralnego, co często mi się nie udawało). Bez Leśmiana jednego wiersza (no, pewnie jeszcze i jego ‘Asoki’ o królu i wierzbie). Więc ten wiersz w tych uniesieniach i katorgach dojrzewania łaził, jak cień po tych moich ulicach warszawskich. Za dnia i po nocy.

Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz,

ale w innym sadzie, w innym lesie –

Może by inaczej zaszumiał nam las,

wydłużony mgłami na bezkresie … [iv]

Herbert, ach, ten Herbert. I wielki i mały jednocześnie. Ale ważny i w tej wielkości i w tej małości. Wszystko było w nim z tej – tamtej, naszej wtedy – Polski. I wóda, i wielkość jednocześnie. Poplamiony garnitur i kontusz. Mistrz formy i uśpiony filozof, którego zżerała szarość PRLu. Pewnie przeżarła by go do cna, gdyby nie długie pobyty za granicą. Sztandar pokolenia z hasłem-sprzeciwem wymalowanym na tym sztandarze:” Pan Cogito”. Nie wiem na jakiej drodze go umiejscowić, jaką ścieżką czy ulicą z nim chodziłem? Nie był malarzem mej młodości ani marzycielem jej pasji. Jeżeli bym musiał go określić w swojej pamięci literackiej, to pewnie nazwałbym poetą intelektu. Nie karmił mi duszy ale karmił mózg. Czasem wręcz go nie lubię, bo przypomina mi wiele rzeczy tej młodości, tamtej mojej Polski, które niekoniecznie chcę pamiętać. Że moglibyśmy – a nie byliśmy, bo czas był podły. Z ważnych poetów (a ważnym był) najbardziej kojarzy mi się właśnie z tym: sztandarami haseł i popękanymi chodnikami miast i miasteczek. Ale i bezwzględną niezłomnością. Stąd fragment wiersza może nie bardzo popularnego, a jakże tamtą złą rzeczywistość ukazującego:

kobieta pochyla się

a w jej oczach jest wyraz

którego nie odda

żaden malarz rozbitych dzbanów

zgarnia ciemną ręką

roztrwonione bogactwo

i z powrotem wsypuje

jasne krople i proch

jak

ona

długo

 klęczy

na kolanach

jakby chciała zebrać

słodycz ziemi

do ostatniego ziarna[v]

Naturalnie Iwaszkiewicza wstawię tu.  Nie wstawić znaczyłoby pominąć Broniewskiego lub Baczyńskiego z kanonu poezji Polski Walczącej, tzw. ‘patriotycznej’.  Iwaszkiewicz był proszę miłych Państwa absolutnie nieusuwalnym meblem polskiego saloniku (lub polskiej kawalerki) doby PRL.  Pominę tu jego poezje lat 30. Mówił: tak, można być eleganckim nawet w okolicach chlewu.  Ba, trzeba być. I był. Był sentymentem. Myślę, że faktem iż został i z wyjazdów wracał udało mu się uratować trochę tamtej, z przed 39, Polski. A o której stale słuchaliśmy od rodziców, dziadków, ciotek. Został też pewnie z przyczyny, że ważnej funkcji poetycko-artystycznej raczej by na Emigracji spełniać nie był w stanie.  Lubiłem go dużo bardziej jako eseistę i znawcę literatury i kultury ogólnie niż poetę. Wszak pewne wiersze też lubiłem. Gdy się jest nieco sentymentalnym tradycjonalistą w wieku 15-17 lat mieszkając w podłym miasteczku powiatowym (a przez pięć ostatnich lat szkoły podstawowej w takim mieszkałem) to taki Iwaszkiewicz bardzo pomagał, gdy chodziłem po zniszczonych chodnikach tej mieściny z … pałeczką w ręku. Nie taką do bicia (ta by się tam bardzo też przydała) to w tej fantazji świadomej i czupurnej – Iwaszkiewicz pomagał. To było 25-30 lat zanim pewien młodziutki (wówczas) poeta polski zaczął z pałeczką chodzić po Warszawie podkreślając swoją oryginalność. Oryginalność z laseczką-pałeczką w Warszawie. Fantazją było to robić za Gierka i na zadupiu, nie za Wałęsy w Warszawie, LOL. Za tamtą ‘pałeczkę’ Iwaszkiewiczowi dziękuję. Pomógł mi w tym siedząc na Stawisku niczym na rozległych włościach na Ukrainie, podkochując się w kuzynie Karolu. Wiec z cyklu ‘Garść liści wierzbowych’:

Bo duch wierzby, duch fujarek

w gołych witkach także mieszka

i czeka aż z wyzwoleniem

przyjdzie Milda lub Agnieszka

Wiatr się wtedy uspokoi

cisza wierzbę ukołysze

i nawet ten co się boi

uwierzy w wierzbową ciszę[vi]

To by na tyle starczyło dziś. Czterech poetów ścieżek młodości krajowej. W następnej rozmowie-wspomince kolejne cztery nazwiska. I tak, będą naturalnie poetki. Trzy i tylko jeden facet.


[i] dwie pierwsze zwrotki wiersza ‘Nad wodą’ (L. Staff, „Desz majowy”, wyd. Nasza Ksiegarnia, Warszawa, 1978

[ii] ibid, s. 32

[iii] z poematu ‘Nieznana podróż Sindbada-Żeglarza’ (B. Leśmian, „Poezje”, wyd. PIW, Warszawa, 1975)

[iv] ibid, s.16

[v] ostatnie trzy zwrotki z wiersza „Sól ziemi (Z, Herbert, Wyd. Dolnośląskie, Wrocław, 1997)

[vi] wiersz nr 7 cyklu (J. Iwaszkiewicz, „Mapa Pogody”, wyd. Czytelnik, Warszaw, 1977)

Nowy rząd w Polsce. Przebudzenie?

Przebudzenie czy Przedwiośnie? Realizm czy żeromoszczyzna? Szklane domy czy po prostu domy, mieszkania dla ludzi – zwyczajne? Szkoły dla dzieci i młodzieży czy plebanki opłacane z funduszu rządowego? Kobieta-człowiek i obywatel czy tylko kobieta-matka i kobieta-żona? Pytan dużo, oczekiwań jeszcze więcej a możliwości mało.

Jutro, 13 grudnia kończy się farsa ‘rządu’ PiSowskiego. Farsa bardzo droga, bardzo szkodliwa. Ale opłacalna dla wielu. Bardzo wielu. Polska, Europa i świat 2023 to nie to samo, co Polska, Europa i świat 2015. Osiem lat tylko – a cała epoka jakby.

Herkules spotyka Augiasza

Oto kształt tego rządu:

Premier Donald Tusk – Oczywista oczywistość. Na czele nowego rządu stanie przewodniczący Platformy Obywatelskiej Donald Tusk. To będzie jego szósta kadencja w Sejmie (był posłem I., IV., V., VI., i VII kadencji). Współzałożyciel i długoletni przewodniczący Platformy Obywatelskiej (2003–2014). Dwukrotny prezes Rady Ministrów (2007–2014). W latach 2014-2019 przewodniczący Rady Europejskiej. Od 2019 roku przewodnicący Europejskiej Partii Ludowej.

Wicepremier, minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz – Od 2011 do 2015 minister pracy i polityki społecznej, od 2015 prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego i poseł na Sejm VIII i IX kadencji. W 2020 roku kandydował na urząd Prezydenta RP (uzyskał 2,36 proc. głosów).

Wicepremier, minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski – Poseł na Sejm IX i X kadencji, od 2021 roku wiceprzewodniczący Nowej Lewicy.

Minister Sprawiedliwości Adam Bodnar – Wiceprezes zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka (2010–2015), członek rady dyrektorów Funduszu ONZ na rzecz Ofiar Tortur (2013–2014). Od 2015 do 2021 roku Rzecznik Praw Obywatelskich. Obecnie senator.

Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski – Senator PiS VI kadencji, Minister Obrony Narodowej w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego (2005–2007), potem poseł PO. Minister Spraw Zagranicznych (2007–2014) w rządach Donalda Tuska. Obecnie europoseł.

Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji Marcin Kierwiński – Poseł od VII kadencji. W 2015 roku został sekretarzem stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i szefem gabinetu politycznego premier Ewy Kopacz, od 2020 sekretarz generalny Platformy Obywatelskiej.

Minister koordynator ds. służb specjalnych Tomasz Siemoniak – Wiceminister Spraw Wewnętrznych i Administracji w rządzie Donalda Tuska (2007–2011). Minister Obrony Narodowej w rządach Donalda Tuska oraz Ewy Kopacz (2011–2015). Od lutego 2016 wiceprzewodniczący PO.

Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bartłomiej Sienkiewicz – W latach 2013–2014 minister spraw wewnętrznych i koordynator służb specjalnych, poseł na Sejm IX i X kadencji.

Minister Finansów Andrzej Domański – Jest absolwentem ekonomii na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie, przez wiele lat pracował w instytucjach finansowych, między innymi jako analityk i dyrektor inwestycyjny. Wykładał na Uczelni Łazarskiego i Uniwersytecie SWPS.

Minister Aktywów Państwowych Borys Budka – Poseł PO na Sejm VII i VIII kadencji. Minister sprawiedliwości w rządzie Ewy Kopacz (2015). Od 2020 do 2021 i powrotu Donalda Tuska szef PO.

Minister Sportu i Turystyki Sławomir Nitras – Poseł na Sejm V, VI, VIII i IX kadencji. W latach 2009–2014 był posłem do Parlamentu Europejskiego. Od 2014 do 2015 roku doradzał premier Ewie Kopacz.

Minister Edukacji Barbara Nowacka – Posłanka na Sejm IX kadencji (od 2019 roku). W latach 2015–2017 była współprzewodniczącą partii Twój Ruch (wcześniej kierował nią Janusz Palikot). W 2016 roku założyła stowarzyszenie Inicjatywa Polska, które w 2019 roku przekształciło się w partię polityczną (obecnie część Koalicji Obywatelskiej).

Minister Zdrowia Izabela Leszczyna – Posłanka na Sejm VI, VII, VIII i IX kadencji. Od 2013 do 2015 roku sekretarz stanu w Ministerstwie Finansów.

Minister Infrastruktury Dariusz Klimczak – Wiceprezes Polskiego Stronnictwa Ludowego, poseł na Sejm IX i X kadencji.

Minister Rozwoju i Technologii Krzysztof Hetman – Wiceprezes PSL. Poseł na Sejm X kadencji. W latach 2014-2023 eurodeputowany.

Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi Czesław SiekierskiPolityk PSL. Poseł na Sejm III, IV, IX i X kadencji, oraz deputowany do Parlamentu Europejskiego czterech kadencji.

Minister Klimatu i Środowiska Paulina Hennig-Kloska – Posłanka, w Sejmie od VIII kadencji. Najpierw w Nowoczesnej, a od 2021 r. w Polsce 2050.

Minister Funduszy i Polityki Regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz – Była ambasador RP w Rosji. Szefowa think tanku Strategie 2050.

Minister Rodziny i Polityki Społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk – Od 2015 do 2019 roku w partii Razem. Od 2021 roku w Nowej Lewicy. Posłanka IX i X kadencji.

Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Dariusz Wieczorek – Wiceprzewodniczący Nowej Lewicy, poseł od 2019 roku.

Minister Przemysłu Marzena Czarnecka – Prawniczka, wykładowczyni Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. Kieruje Katedrą Transformacji Energetycznej.

Marzena Okła-Drewnowicz – minister do spraw polityki senioralnej;

Oprócz szefów resortów w skład rządu Tuska wejdzie też pięcioro tzw. ministrów bez teki, którzy zajmą się konkretnymi zadaniami zleconymi im przez premiera. Marzena Okła-Drewnowicz – minister do spraw polityki senioralnej; Katarzyna Kotula – minister do spraw równości; Agnieszka Buczyńska – minister do spraw społeczeństwa obywatelskiego; Adam Szłapka – minister do spraw Unii Europejskiej; Jan Grabiec – szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów; Szefem Centrum Legislacyjnego Rządu zostanie Maciej Berek.

Niektóre nazwiska nic mi nie mówią (co zrozumiałe po czterdziestu ponad latach nieobecności …), inne mowią dużo. Sam problem manewrowania politycznego kogo-kim zrobić w rzadzie obejmujacym tyle partii, stronnictw i ruchów politycznych, to praca istnie heraklitańska. Co dziwić nie może też – wszak czeka ich sprzątanie stajni Augiasza.

Tusk, jak premier to raczej bez tłumaczenia – politycznie inaczej niemozliwe. Bodnar świetny na ministra sprawiedliwości (będzie miał najpierw problem z używaniem tego tytułu, który po porzedniu stał się symbolem niesprawiedliwości i beprawia); Nowacka, jako minister Edukacji – strzał w dziesiątkę. Sikorski do MSZ (choć szczerze go nie znoszę i uważam za polityka, który dla władzy sprzeda duszę) wyjściem dyplomatycznie najlepszym – zna wszystkie ścieżki dyplomacji światowej a europejskiej zwłaszcza. Cieszy mnie bardzo uczestnictwo Nowej Lewicy, która Polsce jest potrzebna, jako pewna osłona przed neoliberalizmem. Ministerstwa Rodziny i Szkolnictwa Wyższego właśnie politykom Lewicy przypadły. To dobrze.

Co to znaczy: dom?

fot. by B. Pacak-Gamalski

“Polska to nasz dom” – mówi wiele osób. A dom, jak to dom, kojarzy się zazwyczaj z bezpieczeństwem, rodziną i dobrymi wspomnieniami. Z czym tobie kojarzy się Polska? Dla mnie to jest trudne pytanie. Zamiast prostej odpowiedzi  (czy taka istnieje?) opowiem ci moją historię.

Urodziłem się w  Malmo w Szwecji, w domu polskich emigrantów. Gdy miałem siedem lat wróciłem z moją mamą do Lublina. Nie był to łatwy dla nas czas. Mama dawała radę na tyle, na ile mogła – jak wiele innych samotnie wychowujących dzieci w Polsce. Mijały kolejne lata, kolejne wigilie i urodziny, pierwsza komunia i inne rodzinne spotkania – przy każdej okazji byłem wypytywany przez wujków i ciotki o to, gdzie wolałbym mieszkać – w Polsce czy w Szwecji? W Polsce! – odpowiadałem, stając na baczność, i bez chwili zastanowienia. Rzeczywistość zrewidowała moje poglądy, gdy w wieku 16 lat postanowiłem wrócić do ojca, do Szwecji.

Dzisiaj patrzę na ten okres z uśmiechem. Coś co wykluło się z młodzieńczego buntu, przetworzyło się na doświadczenie emigranta, który musiał odnaleźć się w zupełnie innym, zróżnicowanym kulturowo Malmo. To nie jest czas, abym rozwijał setki opowieści i wspaniałych osób z różnych zakątków świata, które tam poznałem. Wiem jednak, że ten okres pozostawił we mnie otwartość na “inność”. Razem z innymi imigrantami trzymałem się w paczce, chodziłem z nimi na wagary, śmiałem się, płakałem, zakochiwałem się. A swoją “inność” odkryłem dopiero po powrocie do Polski. 

Ale wróćmy do teraźniejszości – ostatnie 8 lat rządów PiSu było dla mnie kolejny testem. Mogłem znowu wyemigrować, zostawić to wszystko, żyć gdziekolwiek i jakkolwiek. Ale nie chciałem gdziekolwiek i jakkolwiek. Widać mój wewnętrzny bunt jeszcze się we mnie tli, mimo iż mam już 33 lata. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie jestem zadziorny – oczywiście, że jestem zadziorny, pewny siebie, czasami głupio coś powiem i zdecydowanie za mało czytam. Ale te moje wado-zalety pozwoliły mi jakoś przetrwać najgorsze czasy i działać, kiedy tylko było to możliwe. Pozwalały mi wyjść ze swojej strefy komfortu.

Poprowadziłem pierwszy marsz równości w Lublinie. Pamiętam to jakby to było wczoraj. Rok 2018, Plac Litewski, olbrzymi stres. Wokół mnie mnóstwo policji i jeszcze więcej kontr manifestujących. Obok nas nagle wybucha granat dymny. Myślę, że już po wszystkim. Ale nie poddajemy się. Włączamy Abbę i idziemy przed siebie. Przeszliśmy, przeżyliśmy. W kroplach pary po policyjnych armatkach wodnych pojawiła się wspaniała, wielka tęcza. Razem znowu udało nam się przeżyć kolejny dzień w tym kraju i nawet zrobić coś dobrego dla innych. Tego dnia Lublin był mój..

Równo dwa lata temu, w Dzień Niepodległości byłem z Grupą ‘Granica’ w lesie przy polsko-białoruskiej granicy. Trwał kryzys uchodźczy. Pojechałem tam, aby nagrać film, który miał się ukazać w mediach społecznościowych aktywistów. W środku nocy budzi mnie telefon: Bartek, jest akcja, wstawaj, jedziemy. Okropna mgła, policyjne kontrole, potem. wchodzimy w las, powoli przesuwamy się do przodu. Raz, drugi, trzeci dostaję gałęzią po twarzy. Nogi grzęzną mi w błocie. Weszliśmy na pole, czyli nas widać, więc trzeba uciekać. Wracamy w krzaki. Zapalamy czerwone światełka – bo te ponoć są trudniej zauważalne przez mundurowych. I nagle… jest, cała rodzina! Przy nich już inni wolontariusze – medycy, którzy udzielają im pomocy, jakieś osoby z kocami. Jest niewyobrażalnie ciemno. Trzęsę się z zimna a jednocześnie jestem przepocony, trudno mi się doliczyć, ile jest tam osób. Matka, ojciec, kilkoro dzieci. Wszyscy bez rękawiczek, szalika, czegokolwiek ciepłego. Help, help! – mówi do mnie jedna z kobiet. Opuszczam kamerę, i próbuję rozmawiać. Aktywiści dzięki pomocy telefonicznego-tłumacza dogadują się z uchodźcami. To Kurdowie, uciekają z Syrii. ISIS zabija takich jak oni. Wypełniamy wnioski azylowe, żegnamy się. To wszystko co możemy zrobić. Zimne uściski dłoń, szybkie przerażone spojrzenia, znikamy w lesie. Wychodzimy z krzaków, wchodzimy na drogę. Jest nam już wszystko jedno. Mijamy ciepłe, zadbane domy, duży, ładny kościół. Dochodzimy do naszego hotelu. Rano dostaję ataku kolki nerkowej i ląduję w szpitalu. Zwijam się, płaczę z bólu i wyję. Dostaje lek, które zaczynają powoli działać. Wiem, że ta wizyta to przywilej. Rozmawiam z pielęgniarkami o tym, co się dzieje w lesie kilka kilometrów dalej. Potem, w ciepłym domu zaczynają dopadać mnie wyrzuty sumienia – mogłem im zostawić swoją czapkę, rękawiczki, cokolwiek. Nie dałem nic. Nie pomyślałem.

Następnego dnia wracamy do Warszawy, do domu. Na niektórych budynkach powiewają jeszcze biało-czerwonych flagi. Po drodze duży ledowy ekran pokazuje datę “12.11” i miga na zmianę z “temp. 8 st.C”. Zimno. Wiem, że przy takiej temperaturze ludzie będą umierać w lesie. W Warszawie powiedziałem sobie, że już tam nie wrócę. W moim systemie wartości nie godzi się, aby kogokolwiek zostawiać na mrozie na śmierć. Zostawiłem raz, drugi raz bym nie umiał. W następnych dniach wolontariusze wrócili z dobrymi nowinami do lasu, gdzie 11.11 spotkaliśmy zmarzniętą rodzinę. Ale po rodzinie została tylko zbita kulka ze złotych, ratunkowych kocy pośród drzew. Zostali wypchnięci za drut kolczasty, na białoruską stronę.

Ty, ja, każdy z nas ma jakąś swoją historię. Czasem piszecie do mnie wiadomości, dzieląc się ze mną swoimi, często trudnymi, życiowymi doświadczeniami. Razem dzielimy samotność, poczucie wyobcowania, bycia poza systemem. Jakby świat o nas zapomniał.

Mimo to czasami decydujemy się na jakieś bezinteresowny akt troski o innych, nie oczekując niczego w zamian – albo sami ich doświadczamy. To jest właśnie moja definicja patriotyzmu. Dzielę się z Tobą kilkoma moimi historiami, które stały się dla mnie ważne. Pomagają mi zrozumieć, jakiej chcę Polski. Chcę Polski będącej domem, fajnym, ciepłym miejscem do życia dla Ciebie, dla mnie, dla sąsiada PiSowca, koleżanki weganki czy Ibrahima z sąsiedniej ulicy. Tak długo jak chcemy razem budować ten dom, mając w pamięci naszych braci i siostry, tak długo jest dla nas jako Polek i Polaków szansa. Patrzymy w przyszłość, razem budując teraźniejszość i wyciągając wnioski z przeszłości. Tego i Tobie życzę w Święto Niepodległości.

Fundacja BASTA

‘List solidarnościowy w sprawie mediów w Izraelu i Strefie Gazy’ i komentarz o Liście



Podpisałem list solidarnościowy w sprawie mediów w Izraelu i Strefie Gazy.

Podpisałem, nawet jeśli pewnie nie podzielam w pełni perspektywy, z jakiej niektórzy sygnatariusze patrzą na konflikt izraelsko-palestyński. Bo list podpisać można z różnych powodów.

Podpisałem, bo życzę klęski faszystom z Hamasu, ale tego nie osiąga się, jak chciałaby armia izraelska, mordowaniem cywilów, wliczając w to rzeź dzieci, wśród których liczba ofiar w kilka tygodni już parokrotnie przerosła tę, jaką znamy z Ukrainy, gdzie wojna trwa ponad półtora roku.

Podpisałem, bo życzę klęski faszystom z izraelskiego rządu, ale tego nie można osiągnąć, jak chciałby Hamas, mordowaniem cywilów, porywaniem innych, obwożeniem po miastach nagich ciał przy wtórze okrzyków o Bogu, a wreszcie braniem za zakładnika i żywą tarczę swojej własnej ludności.

Poparcie dla działań Hamasu to przyzwolenie na zbrodnie, zbyt często bagatelizowane przez część zachodniej lewicy, która kolejny to już raz (po sprawie Ukrainy) całkowicie się kompromituje, tym razem, w dziecinadzie swojej antyamerykańskości, usprawiedliwiając przemoc opowieściami o „dekolonizacji” i przesłaniając rzeczywistość pojęciowymi kalkami, jak osiągająca wyżyny absurdu Butler, która uznała Hamas za część globalnego ruchu lewicowego (co?!), albo jak wszyscy, którzy w propalestyńskich hasłach znajdują dozwoloną formę wyrażania swojego antysemityzmu, którego fala przyjmuje obecnie też formy całkowicie otwarte, a jego skala tylko narasta. Jakkolwiek by nas nie przekonywano, kiedy mówi się nam, że w demonstracjach solidarnościowych z Palestyną chodzi tylko o upomnienie się o ofiary, to jednak trzeba brać odpowiedzialność za słowa, a rozbrzmiewające podczas tych demo hasło „From the river to the sea Palestine will be free” jest niczym innym niż wezwaniem do eksterminacji Żydów, której Hamas by się dopuścił, gdyby tylko dysponował odpowiednimi środkami.

Poparcie obecnej polityki Netanjahu to z kolei sankcjonowanie pogromów (Zachodni Brzeg) i zbrodni wojennych, które mogą przerodzić się w ludobójstwo (tak brzmi notabene stanowisko ONZ). Obecnymi działaniami rząd Izraela daje paliwo do nowych pokładów antyizraelskiej nienawiści, która może nie wygasnąć latami, a w tym sensie polityka ta jest całkowicie kontrskuteczna, napędza tylko nową spiralę przemocy, po którą sięgną spragnieni rewanżu bliscy obecnych ofiar. Zatwardziałość, z jaką jako Zachód obstajemy przy działaniach Netanjahu i z jaką dokładamy rękę do medialnej asymetrii na korzyść Izraela, jest autosabotażem, który wytrąca nam samym z ręki argumenty (jaką skuteczność może mieć gdzie indziej wołanie o prawa człowieka, jeśli tu je mamy w nosie?), a do tego wpycha cały świat arabski w ramiona Putina. W tym sensie wspieranie przez nas obecnych działań izraelskiego rządu to przejaw piramidalnej krótkowzroczności, „to gorzej niż zbrodnia, to błąd”.

Żadna z grup biorących udział w konflikcie nie jest monolitem. Tak samo jak nie ma znaku równości między pojęciami „Izrael” i „Żydzi” oraz między „rząd izraelski” i „Izraelczycy” (przecież kilka miesięcy temu Izrael stał na progu wojny domowej na linii społeczeństwo Vs Netanjahu), tak samo słowo „Hamas” nie jest tożsame ze zbiorem „Palestyna”.

Celem jest więc powstrzymanie tej rozkręconej przez faszystów z obydwu stron jatki. Jakkolwiek Izrael może pokonać Hamas militarnie, może wybić jego kierownictwo i zlikwidować samą organizację, nie zniknie stojąca za nią emocja, która za kilka lat obrodzi nowymi organizacjami mordującymi Żydów. Dlatego jedynym rozwiązaniem (jakkolwiek całkowicie niewyobrażalnym z obecnej perspektywy), jest ustanowienie porządku, w którym możliwa byłaby jakaś forma faktycznego współistnienia na tamtym terenie Żydów i Palestyńczyków, pod auspicjami wreszcie respektowanych umów międzynarodowych. „Faktycznego” to znaczy takiego, w którym Izrael nie prowadzi wobec Palestyńczyków polityki apartheidu, nie zasiedla swoimi kolonistami ziem palestyńskich i nie wykorzystuje swojej przewagi ekonomiczno-militarno-technologicznej, Palestyna z kolei rozbraja Hamas, wyrzeka się agendy politycznej kwestionującej istnienie państwa Izrael i zrywa kontakty z różnymi antyizraelskimi, a tak naprawdę antysemickimi donatorami.

Oczywiście, domaga się to też od obydwu stron ustąpienia z części własnych roszczeń, Oczywiście, pamiętam, jaki los spotkał tych, którzy do podobnych porozumień doprowadzili. Dlatego koniecznym warunkiem ew. umów pokojowych jest nie tylko wyznaczenie wreszcie respektowanych granic między dwoma państwami, ale też dojrzałość, która pozwoliłaby spacyfikować ultrasów z własnego obozu.

I nawet jeśli czasem wydaje mi się, że moje stanowisko („mesjański liberalizm” – creditsy za stworzenie terminu wędrują oczywiście do Adama Lipszyca!) podziela piątka znajomych, to czasem myślę też sobie, że jest nas może więcej, może nawet tyle, ile chciał Derrida.

Otóż Derrida, Żyd ze skolonizowanej przez Francuzów Algierii, który uchodził w oczach wielu za „złego Żyda”, po wykładach na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie zwykł odwiedzać przyjaciół w palestyńskim Ramallah. W wykładzie wygłoszonym kilka miesięcy przed śmiercią (2004 r.) mówił o tym, jaka mu się marzy Europa:

„Europa, w której można krytykować politykę Izraela, […] nie będąc przy tym oskarżonym o antysemityzm czy judeofobię.Europa, w której można wspierać uzasadnione aspiracje narodu palestyńskiego do uzyskania przez niego swoich praw, ziemi i państwa, nie aprobując samobójczych ataków [palestyńskich terrorystów – przyp. P.S.] i antysemickiej propagandy, która często – zbyt często – dąży w świecie arabskim ku okazaniu na nowo uznania dla potwornych „Protokołów mędrców Syjonu”.Europa, w której, bez antyamerykanizmu, bez antyizraelizmu, bez antypalestyńskiej islamofobii, można sprzymierzać się z tymi, którzy, czy byliby to Amerykanie, Izraelczycy czy Palestyńczycy, krytykują w sposób odważny, a czasem nawet bardziej czujny niż my sami – rządy czy siły dominujące w ich własnych krajach. […]

Oto moje marzenie. […] Miliardy ludzi współdzielą ze mną to marzenie. Powoli, wśród mozołu i bólów porodowych, wydobywają je oni na światło dnia, pięknego dnia”.


APEL

Pragniemy wyrazić naszą solidarność z dziennikarzami i dziennikarkami pracującymi w Izraelu, Strefie Gazy i w innych palestyńskich terytoriach okupowanych.

To szczególnie ważne w obliczu tego, jak 20 października 2023 r. Minister komunikacji Izraela Szlomo Karhi ogłosił projekt rozporządzenia umożliwiającego zamknięcie kanałów informacyjnych, jeśli te uznane być mogą za „szkodzące bezpieczeństwu narodowemu”. Przepisy te zostały zatwierdzone 1 listopada. Wydają się być wymierzone w działalność kanału al-Dżazira, jednak Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy obawia się, że prawo to może posłużyć władzom izraelskim do zamykania innych mediów działających w Izraelu oraz na okupowanych terytoriach palestyńskich.

Rozporządzenie to jest jawnym ograniczeniem wolności prasy oraz wolności słowa, a można je interpretować także jako formę zastraszania, co z kolei łamie artykuł 19. Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, który stanowi, że

„Każda jednostka ma prawo do wolności poglądów i wypowiedzi; prawo to obejmuje nieskrępowaną wolność posiadania poglądów oraz poszukiwania, otrzymywania i przekazywania informacji oraz idei, wszelkimi środkami i bez względu na granice”.

Kilka dni po przedstawieniu projektu wspomnianego rozporządzenia, 25 października 2023 r., izraelskie siły zbrojne zbombardowały dom szefa biura al-Dżaziry w Gazie, Waila Dahduha. W ataku zginęła jego żona, córka, syn i wnuk. Pragniemy wyrazić nasze najszczersze kondolencje.

Stajemy solidarnie z uprowadzonym przez Hamas izraelskim dziennikarzem Odedem Lifszicem, zasłużonym opozycjonistą, który przez dziesięciolecia działał na rzecz pokoju i uznania praw Palestyńczyków. Apelujemy o jego niezwłoczne uwolnienie w związku z publicznym oświadczeniem rzecznika Brygad Izz ad-Din al-Kassam o gotowości do jego bezwarunkowego oswobodzenia.

W obliczu ataków na dziennikarzy Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy (IFJ), Międzynarodowa Konfederacja Związków Zawodowych oraz UNI Global Union wystosowały list do UNESCO z prośbą o dołożenie wszelkich starań mających na celu ochronę dziennikarzy i cywilów. W swoim apelu piszą o tym, że:

„Żadni zagraniczni dziennikarze aktualnie nie relacjonują z terytorium Strefy Gazy, ani nie mają możliwości wjazdu na jej teren, aby relacjonować bieżące wydarzenia. Tylko dziennikarze palestyńscy mogą informować o tym, co się dzieje. Dlatego też ważne jest, aby Organizacja Narodów Zjednoczonych, a w szczególności UNESCO, chroniła tych dziennikarzy i ich prawa oraz utrzymała ich dostęp do Internetu i innych środków komunikacji, aby mogli informować lokalną ludność palestyńską i świat o wojnie w Strefie Gazy”.

Apelujemy o ochronę wszystkich dziennikarzy i dziennikarek oraz pamięć o trzydziestu sześciu zabitych między 7 października a 3 listopada 2023 r.:

Czterech izraelskich dziennikarzach i dziennikarkach: Roim Idanie, Janiwie Zoharze, Ajelet Arnin oraz Szai Regew.

Trzydziestu jeden palestyńskich dziennikarzach i dziennikarkach: Ibrahimie Mohammadzie Lafim, Mohammadzie Dżargunie, Mohammadzie al-Salhimie, Assadzie Szamlachim, Hiszamie al-Nawadżim, Mohammadzie Sobhu, Sajidzie al-Tawilu, Mohamedzie Fajezie Abu Matarze, Ahmedzie Szehabi, Husamie Mubaraku, Salamie Memie, Jusufie Maherze Dawasie, Abdulhadim Habibim, Issamie Bharze, Mohammadzie Baluszim, Samehu al-Nadimie, Chalilu Abu Atarze, Mohammedzie Alimie, Roszdzie Sarradżu, Mohammadzie Imadzie Labadzie, Dua Szaraf, Sajidzie Al-Halabi, Ahmedzie Abu Mhadim, Salimie Mchaimerze, Jasirze Abu Namusie, Nazmim al-Nadim, Madżedzie Kaszko, Imadzie al-Wahidim, Ijada Matara Madżda, Fadla Arandasa, Mohammeda Abu Hataba.

Oraz libańskim dziennikarzu Issamie Abdallahu.

Pragniemy zauważyć, że w polskich mediach nie pojawiły się do tej pory żadne głosy dziennikarzy obecnych na okupowanych terytoriach palestyńskich — w Gazie oraz na Zachodnim Brzegu — codziennie ryzykujących swoje życie, by relacjonować na bieżąco wydarzenia, których są świadkami i świadkiniami.

W związku z apelem Organizacji Narodów Zjednoczonych z dnia 19 października 2023 r. wzywającym do zapobieżenia możliwemu ludobójstwu w Gazie wzywamy wszystkich, których może to dotyczyć, do przestrzegania zasad etyki dziennikarskiej, w tym obowiązku:

1. Niepowielania niezweryfikowanych informacji, wprowadzenia praktyki sprostowania tych uprzednio powielonych fałszywych lub dementowanych.

2. Weryfikacji oraz umieszczania źródeł wszelkich informacji.

3. Wyraźnego odróżnienia informacji opartych na faktach od komentarzy i krytyki własnej.

4. Dołożenia wszelkich starań, by wiernie odtworzyć wypowiedzi danych osób publicznych i niepublicznych.

5. Rozpowszechniania informacji lub opinii, w taki sposób, by nie przyczyniać się do szerzenia mowy nienawiści, uprzedzeń, stereotypizacji, a także dołożenia wszelkich starań, aby przeciwdziałać szerzeniu się dyskryminacji ze względu na takie czynniki, jak pochodzenie geograficzne, społeczne lub etniczne, rasa, religia i inne.

W przeciągu ostatnich kilku tygodni w publikowanych w języku polskim materiałach pojawiło się wiele nieprawdziwych, bądź niepotwierdzonych informacji, które w oczywisty sposób przyczyniają się do szerzenia się mowy nienawiści oraz demonizacji i stereotypizacji Palestyńczyków. Wydarzenia niejednokrotnie przedstawiane są w sposób jednostronny i ignorujący jawne naruszenia prawa międzynarodowego przez Izrael. W związku z powyższym pragniemy przywołać fragment wspomnianego wcześniej oświadczenia ekspertów Organizacji Narodów Zjednoczonych: 

„Izrael prowadzi kampanię, której skutkiem są zbrodnie przeciwko ludzkości w Gazie. Biorąc pod uwagę oświadczenia izraelskich przywódców politycznych i ich sojuszników, którym towarzyszyły działania wojskowe  w Gazie oraz eskalacja aresztowań i zabójstw na Zachodnim Brzegu, istnieje również ryzyko ludobójstwa na narodzie palestyńskim”.

Wierzymy, że wspólnymi siłami możemy przyczynić się do tworzenia rzetelnych i obiektywnych informacji, które będą służyć społeczeństwu. 

Poniżej podpisane osoby/organizacje wyrażają swoje poparcie dla tego listu otwartego.

Sygnatariusze i sygnatariuszki

Anna Alboth, dziennikarka i aktywistka; Adam Andrzejewski, filozof; Bartosz Bartosik, dziennikarz; Wiktoria Beczek, dziennikarka; Karolina Bednarz, wydawczyni; Marek Beylin, publicysta; Dominika Blachnicka-Ciacek, socjolożka, Wydział socjologii UW; Monika Bobako, filozofka, UAM; Artur Boruc, były członek reprezentacji Polski w piłce nożnej; Sara Boruc, blogerka modowa i osobowość telewizyjna; Milena Bryła, dziennikarka; Piotr Bystrianin, prezes zarządu Fundacji Ocalenie; Marta Byczkowska-Nowak, dziennikarka Wprost’; Max Cegielski, dziennikarz; Agata Chmielecka, wydawczyni; Anna Chmielecka, członkini zarządu Fundacji Ocalenie; Kalina Czwarnóg, członkini zarządu Fundacji Ocalenie; Maja Chitro, dziennikarka;Sylwia Chutnik, pisarka; Anna Cieplak, pisarka, animatorka kultury; Katarzyna Czarnota, socjolożka, badaczka w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka; Beata Czuma-Hyk, wirtualnemedia.pl; Julia Dauksza, dziennikarka; Anna Dąbrowska-Zembik, dziennikarka; Artur Domosławski, pisarz i dziennikarz; Olga Drenda, pisarka, dziennikarka; Jędrzej Dudkiewicz, dziennikarz freelancer; Marek Dziekan, nauczyciel akademicki, Uniwersytet Łódzki; Anna Dąbrowska, Stowarzyszenie Homo Faber; Wojciech Faruga, reżyser i Dyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy; Filip Fierek, wydawca; Miłka Fijałkowska, dziennikarka; Bartosz Frąckowiak, Fundacja Biennale Warszawa; Magdalena Fusiek, dziennikarka; Olga Gitkiewicz, pisarka, reporterka; Daria Głowacka, animatorka kultury; Karol Grygoruk, fotograf; Agata Grzybowska, dokumentalistka; Ewa Górska, akademiczka; Olga Hund, pisarka, tłumaczka; Karolina Hytrek-Prosiecka, dziennikarka; Cecylia Jakubczak, działaczka społeczna; Oliwier Janiak, dziennikarz;Mateusz Janicki, aktor; Damian Jankowski, dziennikarz; Marek Jedliński, redaktor; Hanna Jewsiewicka, dziennikarka; Agnieszka Jucewicz, dziennikarka; Gosia Juszczak, reżyserka; Ewelina Kaczmarczyk, Katarzyna Makarowicz, Weronika Szczurko (Salam Lab); Julia Kamińska, aktorka i piosenkarka; Magdalena Kicińska, dziennikarka; Lena Khalid, reportażystka; Tatiana Kolesnychenko, reporterka; Szczepan Kopyt, poeta; Karolina Korwin-Piotrowska, dziennikarka; Justyna Kosela, dziennikarka; Agnieszka Kosowicz, prezeska Polskiego Forum Migracyjnego; Mela Koteluk, piosenkarka; Sylwia Kuca, adwokat; Kamila Kunda, terapeutka; Roman Kurkiewicz, dziennikarz; Rut Kurkiewicz, reżyserka, dziennikarka; Danuta Kuroń, prezeska zarządu Fundacji Edukacyjnej Jacka Kuronia; Dominika Lasota, aktywistka, Inicjatywa Wschód; Katarzyna Lazzeri, dziennikarka; Andrzej Leder, filozof; Justyna Kowalska-Leder, kulturoznawczyni; Aleksandra Lipczak, pisarka, dziennikarka; Hanna Lis, dziennikarka; Hanna Machińska, nauczycielka akademicka UW, członkini rady Fundacji Helsińskiej i Fundacji Batorego; Rafał Madajczak, redaktor naczelny Gazeta.pl; Maciej Mahler, współzałożyciel stowarzyszenia “Stacja Muranów”; Galopujący Major, bloger, felietonista; Katarzyna Malarowska, reporterka; Małgorzata Jamrozy Margaret, piosenkarka; Patryk Michalski, dziennikarz; Tadeusz Michrowski, dziennikarz; Dalia Mikulska, reporterka; Anna Mikulska, dziennikarka; Paweł Mościcki, pisarz, eseista; Joanna Musiatewicz, nauczycielka akademicka UW; Bartosz Nalazek, operator filmowy; Dorota Nowak, redaktorka, wydawczyni; Karolina Ochab, dyrektor naczelna Nowego Teatru; Janina Ochojska, posłanka do Parlamentu Europejskiego; Maja Ostaszewska, aktorka; Joanna Ostrowska, historyczka; Katarzyna Pachniak, nauczycielka akademicka UW; Antoni Pawlicki, aktor; Marcin Perchuć, aktor i były dziekan AT; Ada Piekarska, kuratorka sztuki; Natalia Pitala, ekolog; Aleksandra Popławska, aktorka; Aneta Prymaka, reporterka; Kaja Puto, dziennikarka; Mikołaj Ratajczak, filozof; Karolina Rogaska, dziennikarka; Bartosz Rumieńczyk, dziennikarz; Aleksandra Rutkowska, dziennikarka; Magdalena Różczka, aktorka; Bartek Sabela, reporter; Piotr Sadzik, wykładowca UW; Janusz Schwertner, dziennikarz; Beata Siemaszko, aktywistka; Sławomir Sierakowski, Krytyka Polityczna, Onet.pl; Jakub Skrzywanek, reżyser, Dyrektor Artystyczny Teatru Współczesnego w Szczecinie; Anita Sokołowska, aktorka; Filip Springer, pisarz; Olga Stanisławska, pisarka, reportażystka;  Franek Sterczewski, poseł na sejm RP; Krzysztof Story, dziennikarz; Bogna Świątkowska, NN6T; Witold Szabłowski, pisarz; Patryk Strzałkowski, dziennikarz Gazeta.pl; Krzysztof Szczepaniak, aktor; Małgorzata Szczurek, wydawczyni, Wydawnictwo Karakter; Mariusz Szczygieł, reporter; Małgorzata Szczęśniak, scenografka i kostiumolog w Operze; Krzysztof Tubilewicz, dziennikarz; Mateusz Trusewicz, natemat.pl; Anna Trusewicz, Gazeta.pl; Grzegorz Uzdański, pisarz; Adam Wajrak, dziennikarz; Marianna Wartecka, członkini zarządu Fundacji Ocalenie; Krzysztof Warlikowski, reżyser teatralny i operowy, dyrektor artystyczny Nowego Teatru; Jacek Wiaderny, redaktor, Mały Format; Miłosz Wiatrowski-Bujacz, dziennikarz; Przemysław Wielgosz, redaktor, Le Monde diplomatique – edycja polska; Karol Wilczyński, wykładowca UJ; Ilona Witkowska, poetka; Paweł Wodziński, reżyser, kurator; Martyna Wojciechowska, dziennikarka i pisarka; Aleksandra Wojtaszek, pisarka, dziennikarka, tłumaczka; Xawier Woliński, wolnelewo.pl; Ewa Wójciak, Teatr Ósmego Dnia; Weronika Wysocka, artystka; Natalia Żaba, dziennikarka; Konrad Żurawowicz, aktywista; Beata Żak, medyczka; Agnieszka Żądło, dziennikarka, dokumentalistka; Marcin Żyła, dziennikarz; Katarzyna Maniak, antropolożka kultury UJ; Justyna Marcinkowska, antropolożka kultury UAM;

Media i organizacje

Fundacja Instytut Reportażu; Fundacja Ocalenie; Fundacja Polska Gościnność; Fundacja Strefa WolnoSłowa; Fundacja w Stronę Dialogu; Fundacja Ari Ari; Inicjatywa Wschód; Mały Format;  NOMADA – Stowarzyszenie na Rzecz Integracji Społeczeństwa Wielokulturowego; Stowarzyszenie Homo Faber; Stowarzyszenie Laboratorium Działań dla Pokoju (Salam Lab); Wydawnictwo ArtRage; Wydawnictwo Drzazgi; Wydawnictwo Tajfuny; 

Ukraina, Rosja. Jakie granice?

22 lipca 2022 roku pisałem szerzej o Ukrainie w perspektywie historycznej: skąd się wzięła, jakie ma granice i skąd one się wzięły; jej skomplikowanym charakterze etnicznym, o różnicach miedzy Rusami, Rusinami i Ukraińcami. O tym jak powstawały narody i państwa narodowościowe w Europie, jak rodziła się tożsamość narodowa. O tle historycznym Rzeczypospolitej i Wielkiego Księstwa Litewskiego na ziemiach Rusińskich (ukraińskich). O tym, że wyznaczone siłą i bezprawiem przez Rosję Sowiecką w latach 40. i 50. granice obecnej Ukrainy niewiele mają wspólnego z autentycznym samostanowieniem ludów i grup etnicznych i że polityka Ukrainy sowieckiej  w okresie 45-55 i Ukrainy suwerennej od lat 90. była często oparta na przymusowej ukrainizacji innych narodów.  Generalnie można było wysnuć wniosek, że polityka Ukrainy po uzyskaniu niepodległości była nie tylko nacjonalistyczna ale wręcz szowinistyczna wobec innych mniejszości, szczególnie gdy mówimy o jej granicach zachodnich (Zakarpacie, Rumunia, tzw. Transylwania i Węgry).

Ukraina – refleksje trudne – Pogwarki (kanadyjskimonitor.blog)

Nie były to rozważania zbyt sympatyczne, ale historia ma to do siebie, że … była. Że miała miejsce. I że trudno ją zmienić. Opinii tych nie zamierzam korygować. Oparte były na faktach, jakie miały miejsce.

Wracam do tematu ze względu na szokujące dla wielu rozważania Stiana Jennsena,Szefa Personelu Sekretarza Generalnego NATO.  Otóż w ostatnich dniach, podczas szczytu NATO, Jennsen niefortunnie powiedział publicznie to, co było w kuluarach tajemnicą Poliszynela: że ostateczny kształt granic przy ewentualnym rozejmie, pertraktacjach, zawieszeniu działań wojennych, nie jest przesądzony. Nie oznacza to powiedzenia, że granice powinny ulec zmianie lub będą zmienione. Ale sugeruje (po raz pierwszy publicznie), że zmiany pewne mogą nastąpić.

Jedyną chyba możliwością uniknięcia nie tylko zmian po inwazji lądowej Rosji ale i cofnięcia zajęcia Krymu przez Rosję lata wcześniej,  jest militarna klęska Rosji i wynikłe z tej klęski pertraktacje pokojowe. Ja zakończenia wojny rosyjsko-ukraińskiej nie widzę w formie takiej Konferencji Pokojowej, ani w stylu jałtańskim ani w stylu Compiegne.

Aby do takiej Konferencji doszło, jedna ze stron musi być w sytuacji uznania klęski wojennej. Tego też nie widzę. Europa, Stany Zjednoczone nie pozwolą na klęskę wojenną Ukrainy. Zbyt wiele zainwestowały w tą wojnę i zbyt wysoka jest stawka.  Z wieloma oświadczeniami Prezydenta Zełenskiego mam kłopoty się zgodzić. Ale nie z tym, które jest bodaj najważniejsze (dla nas, Zachodniego Świata i NATO): jeżeli nie wesprzecie naszych żołnierzy niezbędnym uzbrojeniem by mieli szanse w zmaganiach z rosyjskim żołnierzem, to jutro wasi żołnierze będą zmuszeni te zmagania podjąć u waszych własnych granic.

Klęska Ukrainy nie musiałaby skończyć się formalnym zajęciem tego kraju przez Rosję. Ale najprawdopodobniej skończyłaby się białorusyzacją Ukrainy. Jakiś ukraiński Łukaszenko bez problemu by się znalazł. Są tacy w każdym kraju.

Niestety, jeszcze mniej realną wersją jest klęska wojenna Rosji. To wielkie państwo, o olbrzymim potencjale ludnościowym, ekonomicznym, złożach minerałów niezbędnych do napędzania machiny zbrojeniowej. Państwo w którym słowo ‘demokracja’ ma takie same znaczenie, jak prawda – żadne.

Machina wojenna i armia rosyjska nie jest tak kompromitująco bezradna, jaką wydała się nam w pierwszych tygodniach wojny rosyjsko-ukraińskiej. To była spektakularna dezorganizacja i brak myślenia strategicznego i taktycznego jednostek rosyjskich. Przypuszczam, że bardziej z powodów politycznych wpływów niż braku myślących wyższych oficerów.  Jak za czasów bolszewickich (do których Putin tak tęskni) decyzje podejmowali pewnie ‘politrucy’ a nie faktyczni dowódcy wojskowi.

Z drugiej strony Rosja była (i do pewnego stopnia nasz świat) kompletnie zaszokowana bohaterstwem, wytrwałością i dzielnością jednostek ukraińskich, jedności kraju. A na czele tego kraju stał człowiek, który, jak mało kto potrafił stanąć niezłomnie i zdecydowanie w obronie suwerenności swej ojczyzny – Wołodymyr Zełenski. Jakie znaczenie ma w czasach wojny przywódca kraju – nie trzeba przypominać. Kolosalne.

Ten czas zimy i wiosny 2022/23 przyniósł dowody i efekty niesłychanie dobrze zorganizowanej obrony i kontrataku wojsk ukraińskich. I trzeba zwrócić uwagę na fakt, że w początkowej fazie tej wojny Ukraińcy otrzymywali dużo mniej liczne i dużo starsze i słabsze dozbrojenie w sprzęcie wojskowym. Zważywszy, że ich agresor to była ta sama Rosja, z tą samą przewagą w sprzęcie, liczebności armii, zasobach ludnościowych i ekonomicznych – kampania zimowo-wiosenna wykazała świetne przygotowanie i dowództwo strategiczno-taktyczne Ukraińców.  

Okres późnej wiosny i lata 2023 doprowadził do wzmocnienia politycznego sojuszu NATO, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych wobec agresji rosyjskiej. A te sukcesy wojny obronnej Ukraińców i równie spektakularna kampania propagandowa Zełenskiego przyczyniły się do realności możliwej kontrofensywy ukraińskiej.  By tą kontrofensywę wzmocnić, by różnice w uzbrojeniu obu państw kombatanckich nie tylko wyrównać ale wręcz przechylić na rzecz strony ukraińskiej – Zachód rozpoczął poważne dostawy poważnego i nowoczesnego sprzętu dla wojsk ukraińskich.  Przez całą jesień ubiegłego roku Zełensky mówił o szykującej się zdecydowanej kontrofensywie i odbiciu zajętych terenów. Głównie na obszarach Zaporoża, południowo-wschodniej Ukrainy. Po kilkumiesięcznych opóźnieniach i przygotowywaniach kontrofensywę ukraińską rozpoczęto w czerwcu tego roku. Te opóźnienie umożliwiło dostarczenie Ukrainie większej ilości nowoczesnej broni i pocisków.

Niestety, dało to czas Rosji na przygotowanie bardzo silnie ufortyfikowanej linii obrony na prawie całej długości frontu. Fortyfikacje rosyjskie są logistycznie i strategicznie bardzo silne, dobrze zaplanowane. A jednostki wojsk rosyjskich które obecnie tam rozlokowano są o wiele lepiej przygotowane i w wyższej gotowości bojowej niż te, które uczestniczyły w pierwszym okresie wojny.

Generalnie można powiedzieć, że kontrofensywa ukraińska ugrzęzła w wojnie pozycyjnej przypominającej Front Zachodni w czasach I wojny światowej. Front przesuwa się w tempie przypominającym wyścig żółwi a nie kampanii zmechanizowanych sotni kozackich XXI wieku. I przy wysokich stratach ludzkich.

Dla NATO dodatkowym zagrożeniem jest niebezpieczeństwo, które niespodziewanie pojawiło się dosłownie przy brzegach Dunaju i Morza Czarnego. Mówię o Rumunii i Bułgarii, członkach NATO. Po odmowie przedłużenia umowy wysyłki zboża ukraińskiego z ukraińskich portów czarnomorskich i blokadzie tej trasy przez flotę rosyjską, Ukraina skierowała transport zboża przez dunajskie porty rzeczne w Rumunii. W ostatnich tygodniach Rosjanie zaczęli atakować ten transport. Niektóre pociski eksplodowały tuż przy granicy rumuńskiej. Co stanie się gdy zaczną wybuchać (czy celowo, czy przez zwykły minimalny błąd obliczeniowy nie ma znaczenia) już po drugiej, rumuńskiej stronie granicy? Gdy zginie choćby jeden Rumun? Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego – to motto NATO nie może być stosowane wybiórczo. Albo wszyscy – albo nikt. Równie niepokojące były awantury rosyjskiej floty czarnomorskiej u wybrzeży Bułgarii.   Być może jest to zwykły szantaż Putina, próba wybadania spójności NATO i natowskiego stanu nerwowości. Nikt nie chce wojny w Europie, w której cała Europa będzie zaangażowana bezpośrednio.  Ale nikt nie chce też stwarzać wrażenia i precedensu typu: że tak, że wszyscy i jeden ale nie zawsze i nie wszędzie.

Zełensky po wielkiej turze wszystkich prawie stolic NATO i przyjmowaniu, w roli bohatera międzynarodowego w parlamentach tych krajów, przywykł do roli wodza-bohatera, gwiazdora stacji telewizyjnych.  Stał się kimś w rodzaju ukraińskiego Johna Wayna w Hollywood. Dziękował, pouczał, domagał się, sztorcował. I na ogół dostawał, czego się domagał. Kto nie kocha Dawida, gdy ten staje w szranki z potworem-Goliatem? 

I tu nastąpił jednak mały zgrzyt podczas ostatniej Konferencji NATO w której dyskutowano o przyszłości układu NATO-Ukraina. Bardzo grzecznie i dyplomatycznie dano mu wyraźnie do zrozumienia, że NATO to nie posłowie, którzy dużo mówią, bo mało mogą. NATO nauk na tym szczeblu nie lubi. Będąc mądrym politykiem Zełensky lekcje błyskawicznie zrozumiał i zmienił diametralnie ton wypowiedzi. Nie umknęło to jednak uwagi świata. I zgrzyt zauważono.

Dlaczego skupiam się na negatywach w tym opisie?  Właśnie dlatego, by zrozumieć kontekst wypowiedzi Stiana Jennsena na konferencji NATO. Wypowiedzi której w zasadzie nikt, łącznie z Sekretarzem Generalnym NATO, nie zdementował. Bo w polityce – odwrotnie niż w bitwach – nie zawsze ktoś jest przegranym, a ktoś inny zwycięzcą. Na ogół każdy coś dostaje i każdy coś oddaje. A rozejm to też nie Traktat Pokojowy. Rozejm to zgoda na to by przestać się po gębie okładać, bo zębów zaczyna brakować.

Dla Rosji i dla Putina ta wojna też staje się co raz bardziej droga i nieopłacalna. Nie tylko ekonomicznie ale i politycznie. Droższa, niż wartość jakiś dwóch małych prowincji na Zadnieprzu. Przypuszczalnie z pominięciem Krymu. Ale Krym, to już osobny temat.

Zupełnie osobnymi, mimo to związanymi silnie z tymi uwagami jest wyjątkowo brutalna, kryminalna rosyjska kampanii ‘ziemi spalonej’, terroru wobec ludności cywilnej. Nieustanne bombardowanie i ostrzał rakietowo-artyleryjski, naloty uzbrojonych dronów (nota bene to pierwsza duża wojna, w której drony militarne zyskały znaczenie poważnego sprzętu uzbrojenia armijnego i charakter broni prawie strategicznej), naloty lotnicze ma za zadanie nie tylko niszczyć potencjał przemysłowo-gospodarczy Ukrainy. Niszczenie wszelkiego rodzaju potencjalnego przemysłu zbrojeniowego jest naturalnym i uznanym aktem taktycznym w każdych wojnach. Tutaj mamy do czynienia z niszczeniem wszystkiego, co stanowi o mocy całej gospodarki, ekonomii ukraińskiej. Ze zwykłym terrorem wobec ludności cywilnej. Obiekty medyczne, sakralne, kulturowe są dla Rosjan celem identycznym, jak np. zakłady reperowania sprzętu wojskowego. A celem zasadniczym właśnie terror wobec ludności. Doprowadzenie do zmęczenia tą wojną ludności cywilnej. Widzę w tym szatański plan Putina dążący do osłabienia ducha niezłomności w ludności cywilnej. Do przygotowania jej właśnie do ewentualnych ustępstw, gdy do rozmów  rozejmowych dojdzie. Rozejmowych, nie pokojowych. Podejrzewam, że Rosja teraz sama dążyć będzie do rozejmu szybciej niż Ukraina.  Zanim Ukrainie uda się być może jednak ten front na Zaporożu przełamać i istotne tereny okupowane przez Rosjan przechwycić.

Podejrzewam, że konferencji rozejmowej Rosja teraz pragnie bardziej niż Ukraina. Nie bez znaczenia jest fakt spektakularnych i niespodziewanych ataków ukraińskich na tereny Rosji i jej miast.  Aż po Moskwę. Wbrew ostrzeżeniom państw zachodnich, by tego nie robili i wręcz zakazie używania sprzętu i amunicji dostarczanej Ukraińcom przez Zachód. Ukraińcy złamali te tabu i przeciwstawili się tym zakazom. Moim zdaniem bardzo słusznie. Innym spektakularnym niepowodzeniem Putina był bunt Armii Wagnera i wycofanie jej z frontu ukraińskiego.

Wszystko to – bez względu na publiczne wypowiedzi Putina – sugeruje, że Rosja skłonna będzie do pertraktacji rozejmowych bardziej niż Ukraina. Zachód też raczej jest do tego skłonny. Czy skłonni są Ukraińcy?  Czy Zełenskiemu uda się niezłomną postawę Ukraińców utrzymać i odmówić udziału w takich rozmowach? A jeśli dojdzie – czy uda mu się przekonać NATO do silnego wsparcia jego żądań? Nie wyobrażam sobie, by Putin zgodził się wycofać poza granice  rejonów Luchańska i Doniecka.

I w takiej perspektywie należy widzieć niefortunnie upublicznione wypowiedzi Jennsena.

Dziurawy brzuch. Mosty. I Trzaskowski.

Bogumił Pacak-Gamalski

Wywlokłem dziś swe zwłoki na Moje Kamienie. Napatroszony niczym przepiórka na świątecznym stole. OK, nie przepiórka a świąteczny indyk. Niech już będzie – stary indor. Napatroszyli mnie niezbyt atrakcyjnie, muszę powiedzieć. Nie kolorowymi jabłkami, śliwkami z żurawiną, a metrami jakiejś białej tasiemki. Zostałem więc tasiemcem. Lekarze w lokalnym szpitalu zamienili się w kucharzy. Kiepskich niestety w sztuce kulinarnej. Kręcili mi w brzuchu tak długo, aż wykręcili dziurę. Potem na ratunek zawołali jakieś Pogotowie Kulinarne i powiększyli dziurę tak, by można było włożyć tam ręce. Wypatroszyli mnie i wpakowali, co się dało.  Teraz – widać już po świętach – pakują tam zwykłe tasiemki. I obiecują solennie mi to robić przez kilka następnych miesięcy. Codziennie. Pytam nieśmiało: to po co tą dziurę drążyliście, skoro tyle pracy sobie tym nadaliście?  Naturalnie, zbywają to wzruszeniem ramion i porozumiewawczym mruknięciem oka – amator! Więc co potem, nie wiem. Może się znudzą?  Brzuch zaszyją? Albo powiedzą: o! pan pisarz, Pan Poeta! To może pan używać dziurę, jako portfela obszernego lub torby. Karteluszki różne, zapiski i zeszyciki może tam wygodnie zmieścić. No, niby jakaś logika w tym jest, trzeba przyznać.  Jak ma być miesiące, to trzeba się przystosować. Nie mogę tak po prostu obijać się o meble w mieszkaniu. Ostatecznie brzuch można zakryć gaciami kolorowymi, jedną ręką go przycisnąć, w drugą wcisnąć kijek-włóczykijek i na Kamienie, w trasy. Albo na most i siup!  Zwłaszcza, że mosty mam aż dwa pod ręką, zamykają niczym bramy granice Moich Kamieni. Ale na most zawsze zdążę  A powłóczyć się i patykiem poszperać jeszcze chce się. Więc na przekór wszelkim konowałom – Lato, lato, lato czeka, razem z latem czeka rzeka! Do widzenia wam canto cantare.

Dosyć macie o mnie? Nie dziwię się, ja też.

Pogadajmy więc o kim innym, o Rafale Trzaskowskim. Lubię tego faceta. Jest jakiś taki, no, jakby to powiedzieć – nie polski na polskich polityków patrząc. Chyba właśnie tak. Dlatego mi się podoba. Bez siermięgi, bez kosy, ba! nawet bez karabeli! Taki no, europejski, co? Jakby uosobieniem wszystkiego, czego, jako naród nie lubimy, prawda? Dlatego go lubię.  Pierwszego polskiego polityka od – bo ja wiem – chyba osiemdziesięciu laty, który mi się podoba.  Na skalę właśnie europejskiego państwa. Nie na europejskiej miedzy, ale solidnie wewnątrz.  Nie trochę tu-trochę tam. Niby Biedroń mógł kiedyś taki być. Miał zadatki. W Słupsku, jako młody prezydent miasta radził sobie nieźle. Będąc otwartym gejem, o zgrozo! Niestety, okazało się, że Słupska na cały kraj przerobić się nie da. To jednak tylko mała kaszubska mieścina. Może gdyby Wrocław, lub Gdański? Może Warszawa … . Ano właśnie – Warszawa. Stolica kraju. I prezydentuje jej nie kto inny, jak właśnie pan Rafał. I okazuje się, że nawet nie musi być gejem, jest zwykłym straightem, z żoną i dziećmi. Czyli można być straight  bez bycia tumanem. Chodzenia w Paradach LGBTQ bez uszczerbku dla tzw. tradycyjnej męskości. Ci, co zgrzytają na to zębami, coś dziwnie kruchą tą swoją orientację heteroseksualną mają… . Tak tylko myślę.  I wcale nie o to chodzi. Poboczny tylko to komentarz podkreślający jego inność.  Czyli zwykłą normalność europejską.

Gdybym miał  (dla przykładu tylko tą uwagę piszę) głosować na Tuska lub na Trzaskowskiego – bez najmniejszego zawahania się nawet głosowałbym na Trzaskowskiego.  Nie, no proszę sobie żartów nie stroić. Kogóż bym innego, miał jako przykład podać? Pana Andrzeja Dudę? Ja mówię o stosunkowo normalnych kandydatach i ludziach, którzy mają i kompetencje i szacunek wobec Konstytucji, wobec trójpodziału władzy, niezależnego sądownictwa. Zwykłe takie abecadło demokracji, rzeczy podstawowe. A wy mi tu o panu Dudzie. Dajcie spokój. Wiem, że Donald Tusk nie będzie kandydował na prezydenta – ale to jedyny obok Trzaskowskiego obecnie polityk, który mógłby.  Tylko Tusk to wczoraj, a Trzaskowski to jutro. Jutro Polski. Wczorajszych bitew się na nowo nie wywalczy. A nowa wielka się szykuje. Bez czołgów i bez samolotów.

Podział społeczeństwa jest już przerażająco widoczny. Jeszcze rok, dwa a może sami sobie zgotujemy nowy dobrowolny podział na Kongresówkę i Polskę północno-zachodnią?  W jednej będzie samodzierżawie i pleban, w drugiej jakiś Komitet Obywatelski? Granice jak wtedy, gdzieś nad małą rzeczką w okolicach Aleksandrowa Kujawskiego. Niemożliwe?  Historia uczy, że tak. Rów między nami już coraz głębszy. Niedługo ziemi nie starczy by go zakopać. A nawet jak zakopiecie, to będziecie dalej sypać, aż wyrośnie wysoki wał.

A może po prostu wybierzcie jednak Rafała Trzaskowskiego. Nic nie ma do stracenia. Za kosy i pałki zawsze możecie chwycić. A jak go wybierzecie, to może nie będzie trzeba. Spróbujcie. Dajcie sobie szansę. Słowo honoru wydaje mi się, że to facet normalny. Normalny facet w nie normalnych czasach. To się nieczęsto zdarza.

Pomyślcie. A ja międzyczasie pójdę dalej patykiem grzebać w różnych zakamarkach między kamieniami. Nie, nie tych na szańce. Zwykłych kamieniach na brzegach rzek i mórz, na polach i łąkach.  Trzymając się ręką za dziurawy brzuch. Mostów, póki co, będę unikał. Ale wy, jak je znajdziecie – to nie palcie. Mogą się przydać.

Polska i Kanada. Polska i Polacy.

by Bogumił Pacak-Gamalski

Polska to dziwny kraj, zaiste. Piękny geograficznie i sentymentalnie. Ta piękność geograficzna naturalnie ma się nijak do oszałamiającego piękna Kanady, mojego obecnego kraju – ale Kanada ma niewiele więcej niż 2.5 miliona mieszkańców od Polski, a powierzchnia Kanady jest większa o … 9671000 km kwadratowych. Bagatelka. Tylko 30 razy większa. Więc na jedno ładne jezioro – w Kanadzie jest 100 takich ładnych. Na jeden szczyt – w Kanadzie jest pięćset takich, na kawałek brzegu małego morza – w Kanadzie są tysiące kilometrów wybrzeża trzech … oceanów (gdy ma się trzy oceany, kto sobie będzie głowę zawracał morzami? LOL).

Ale sentyment właśnie nie patrzy na ilość i wielkość: rzeczkę znajomą w Polsce mogę tylko do jednej rzeczki w Kanadzie porównać, Orlą Perć tylko do tych szczytów i grzbietów, którymi w Kordylierach kanadyjskich  ponad czterdzieści lat temu łaziłem (głównie w ich paśmie Gór Skalistych). Prawda mimo to trochę to bogactwo (jak w banku wspomnień) pod uwagę brać musi. Wiec tego piękna geograficznego jest w Polsce sporo mniej niż w Kanadzie.

Piękno sentymentalne? Poza pięknem dzieciństwa i kilkoma laty ledwie wczesnej młodości, które są niepowtarzalne jakiekolwiek by nie były (a były) trudne – i tu Kanada pierwszeństwo bierze. Cóż, kochani – całe życie dorosłe, dość już długie, w Kanadzie przeżyłem. Większość przyjaźni wspaniałych, miłość mego życia i małżeństwo wieloletnie, szczęśliwe z tym mężczyzną. Ano właśnie – z mężczyzną. Gdybym był pozostał w Polsce i gdybym wygrał loterię życia po raz drugi i znalazł w niej miłość mojego życia – o jakim małżeństwie moglibyśmy mówić? O żadnym. Nie istnieje coś takiego w Polsce. Więc tak czy inaczej z tej Polski musiałbym schrzaniać do jakiejś Francji, czy Hiszpanii, do jakiegokolwiek normalnego kraju. Bojownikiem o Sprawę trudno być całe życie. Bo obok jest życie normalne właśnie, które biegnie dość szybko, mija. Namaszerowałem się i pobiłem o co trzeba w końcówce lat 70  i pierwszych kilku tych znamiennych osiemdziesiątych. W 1990 okazało się, że większość rodaków, która ze mną maszerowała – biła się o inną Polskę. Moją mieli w dupie.

A jednak. Mimo wszystko. Tak, przyznaję – mam do tego małego kraju nadwiślańskiego serdeczne uczucia. Gdyby tylko tak trochę wymieszać, trochę tamtych gdzieś przenieść, trochę tych tam zawieźć … . Ech, leży chłopak na łące w leniwe popołudnie, w gębie żuje jakiś kwiat mleczu lub chabru i gapi się w obłoki i marzy. Wypisz-wymaluj, jak u Chełmońskiego. I tyle z tego.

Może jednak wrócę, tak na pół tu – pół tam. Może. I znowu trzeba będzie tumanom w jakimś Urzędzie tłumaczyć, że nie, nie mam ‘stanu wolnego’, że jestem wdowcem. Nie, nie po żonie a po mężu. I tak w koło Macieju. Ale raz już im kilka lat temu w Urzędzie Wojewódzkim tłumaczyłem, wykład zrobiłem. To mnie nawet trochę bawi, gdy trzeba oczywistą rzeczywistość biedakom tłumaczyć: nie, Słońce nie kręci się wokół Ziemi, proszę pana.  Trzeba tylko pomyśleć, niech pan spróbuje, to tylko na początku wydaje się straszne.  

Więc jaka jest lub niedługo jaka będzie ta Polska, do której mógłbym się ewentualnie częściowo przenieść? Ano popatrzmy, zbadajmy.

Pamiętacie ledwie wczoraj ten wspaniały Marsz w Warszawie zwołany na prośbę Donalda Tuska,  te falujące tłumy uśmiechniętych twarzy od Ogrodu Botanicznego aż do Placu Zamkowego? Naturalnie, że pamiętacie. A przecież za kilka miesięcy, tuż-tuż, będą wybory parlamentarne. Notowania PO i Tuska wzrosły, notowania ‘ciemniaków, spadły. Niewiele, ale spadły w końcu. Polska 2050 (tak, tej grupy nazwanej przez warszawiaków – od nazwiska założyciela *ujownią …) w zasadzie poza poprzeczką wyborczą,  tzn. raczej bez jednego nawet mandatu. Nawet PSL podobnie – partia chłopska w Polsce, kraju chłopów! Witos się chyba w grobie przewraca. Cóż – lokalny klecha wiejski ważniejszy niż polityczny zmysł dumy włościanina-chłopa.  Okazało się, ze ten chłop nie taki dumny. Za to chytry i przekupny. Oj, pozmieniał ludzi ten PRL. A te ‘chłopstwo’ dzisiejsze to nikt inny, jak dzieci chłopów PRL.

Lewica swoja działkę (poniżej 10 mandatów) dostanie. Więc wedle badan ostatnich PiS ma autentycznie szansę … przegrać! O włos ledwie lub na równi z PO. Ale wtedy Lewica bez wątpienia poprze PO i zrobią rząd koalicyjny. Demokracja to demokracja. Pan Duda (oby tylko nie robił żartów po angielsku …) będzie musiał zaprzysiąc. Wola parlamentu. Prawda? Guzik.

Tusk (choć nie z winy Tuska, LOL) rządu nie powoła, premierem nie będzie. Jak? Skąd? Dlaczego?! Popatrzcie na sondaże. Jednej partii dotąd nie wymieniłem. A ta partia ma wyraźna szansę na ponad 20 mandatów. Której? Naprawdę nie wiecie, czy rżniecie durnia? Faszystów. Tak, Konfederację Wolność i Niepodległość. Ta od Falangi, od Młodzieży Wszechpolskiej, od Korwin-Mikkiego, od Bosaka (ten, jak był młodszy zawsze przypominał mi czysto aryjskiego chłopca, gdzieś w Bawarii w mundurku harcerskim Hitlerjugend …). Otóż ta partia, w Polsce (sic!) ma poważne szanse zebrać dobrze ponad 20 mandatów, może i trzydzieści kilka. Jak sądzicie – będą niezależni w Sejmie czy wejdą w koalicję z PiSem? Albo inaczej – pozwolą Lewicy (sic?) współrządzić z PO czy też natychmiast wejdą w układ koalicyjny z Kurduplem?  Tajemnica niezbadana … nie. Równanie bardzo proste. Cuda są może na koncie bankowym księdza Rydzyka – w polityce cudów nie ma. Nawet w polityce partii bardzo katolickich. W polityce są układy i długie noże (szczerzonego pan bóg szczerze).

Le Pen nie udało się we Francji, Konfederacji udać się może w Polsce. I w Polsce może być gorzej, bo demokracja francuska jest dość stara i zakorzeniona. I nawet wygrana pani Le Pen, by tego nie potrafiła zmienić. A na ile Kaczyński w takiej ewentualnej koalicji pozwoli liderom Konfederacji? Na bardzo dużo. Bo Kaczyński szczerze, od serca, serdecznie nienawidzi Tuska. Polaków chyba też (ale nie aż tak silnie), bo nigdy mu serca i miłości na jaką zasłużył nie okazali. A przecież on mógłby był tyle dla Polski zrobić! A nie zrobił, bo mu niewdzięczni rodacy nie zaufali. Wiec niech teraz maja Korwina i Bosaka, zasłużyli na to.

To tyle mili moi na dziś. Powodzenia życzę. Tak tylko, mimochodem jedynie podszepnę: to przewidywania. Bardzo realne, ale przewidywania. Sondaże to ciągle nie wybory. Na kartce sondażowej (lub przez telefon) można różne dawać odpowiedzi. To nic nie kosztuje. Dopóki karta wyborcza nie wpadnie do skrzynki wyborczej. O ile wszyscy będziecie głosować (w tym najmniej elektoralnie czynne a największe środowisko ludzi w wieku 18-30 lat) to nawet jest szansa zniwelować ilość głosów na Konfederacje i jednak rząd PO i Lewicy wprowadzić. Ale musielibyście rzeczywiście stanąć na wysokości zadania. Wszyscy. Czy potraficie? Nie wiem, historia współczesna udowadnia, że nie potraficie, że macie to wszystko w dupie. Miejcie, OK. Ale wierzcie mi, że jest zasada od jakiej do tej pory nikomu się uciec nie udało – jeśli masz w dupie polityków i na nikogo głosować nie będziesz, to ci politycy rządząc będą ciebie mieli w dupie też. A ten, który rządzi ma dużo większe możliwości spieprzyć ci życie, niż ty jemu.

Czy to wszystko i czy ci wszyscy się mylili? Po co to było, jeśli tego nie obronimy, nie odbudujemy?