Camera, poetry, and Yule in Halifax – with John

Yule in Halifax

Do  you still notice the odd things

and the normal things, expected?

Did you hear the song of the waves

yesterday – when it came to our feet,

caressing, enveloping them in a soft

foamy embrace like a kiss?

Do you still follow me on these walks,

my walks of our talks, our love and pain?

Forlorn shores of foreign land that

separated us. But it failed, it failed, I say.

I scream – it failed!

The land on the edge of Canada,

precipitously looking at the abyss

of cold North Atlantic waters.

But we walked on these edges

holding hands, touching limbs and lips.

I still pull you, like a fisherman dragging his net

from the bottom of a cold ocean,

and I bring you to my boat and we sail.

We sail, I say.

I scream – we sail!

With the wind in our lungs,

hope in our hearts,

and memory locked forever:

at the sea, in the forest,

on mountaintops and in deep valleys.

Come with me to the narrow streets

of this old town of sailors and soldiers.

Let’s go at night and celebrate Yule.

Celebrate the way we never did

while we were alive!

(Halifax, Dec.26.2023; by B. Pacak-Gamalski)

Nasza podróż przez życie i przez wiersze

Strawberry Fields w Hyde Parku w Nowym Jorku – z naszej podróży w 2012

Wszystko wydaje się zgiełkiem,

hałasem słów, tupotem zdań.

Gasną, jak smugi zachodu

ukradkowe i nieśmiałe

spojrzenia dziewczyn i chłopców;

muśnięcia warg czerwonych

rzucane wzrokiem ponad

głowami przechodzących

obojętnie szpalerów

budzących się ciżb wieczoru.

Idę z Tobą brzegiem długiej plaży, gdzieś pod Tofino na Wyspie Vancouver.  Mogłoby być Portofino, słoneczne, bliskie Lazurowego Wybrzeża, może żaglówką wycieczkę na Korsykę lub Sardynię? Czy pod południowym słońcem bardziej bym Cię kochał, goręcej? Całował natarczywiej, uporczywiej, nieustannie?

Tu, nad Północnym Pacyfikiem jest jednak ciszej z wieczora. I tak wolę. Możemy patrzeć na wschodzący księżyc, zapalające się, jak fruwające świetliki, gwiazdy. I iść na długi, kilometrami bez końca, spacer po tej plaży. Gdzieś z półmroku, wynurza się inna para spacerująca też. Ona z nim i ja z Tobą. Skinamy głowy ku sobie znakiem pozdrowienia. Jest miło. Jest dobrze. Jesteś obok. Tuż przed nocą głęboką pójdziemy posiedzieć  w dymiącym od pary małym jacuzzi otoczonym szpalerem zielonych choinek.

Rano właściciele tego Bed&Breakfast, para przystojnych mężczyzn w naszym mniej więcej wieku, zastuka do drzwi sypialni i nie otwierając ich zaanonsuje, że jadą do pracy do Tofino, ale zostawili dla nas w saloniku gotowe śniadanie i jeśli czegoś potrzebujemy to możemy do nich zadzwonić.

Kilka lat później, gdzieś w środku głębokich lasów, pięknych jezior i rzek Montany zatrzymujemy się w jakimś hoteliku w uroczym miasteczku Kalispell nad rzeką Flathead.  Tak pysznych wypieków lokalnych kawiarenek i cukierenek dawno nie jadłem.  Śmiejesz się, że muszę czuć się, jak w siódmym niebie. A przecież Ty byłeś moim ‘Siódmym Niebem”, nie musiałem go nigdzie szukać w świecie. Mimo, że sam nie byłeś amatorem słodyczy – piekłeś w domu stale jakieś rarytasy dla mnie. A piekarzem byłeś wyśmienitym, co bez wątpienia odziedziczyłeś po mojej teściowej – Twojej mamie.

Wszystko dziś zdarzyć się może.

Dotykasz palcem nuty na

pięciolinii dźwięków nazw

miłości – nuta szybuje w

wysoki ton górnego C.

Przebija błony uszu i

pędzi drożynkami puszczy

mózgu, ścieżkami łąk płuc,

niżej, przez wzgórki podbrzusza –

ku lędźwiom napiętym jak łuk.

Jedziemy niekończącą się szosą przez niekończące się wielkie pasma gór, płaskie jak kartka papieru prerie, przez puszcze porastające olbrzymie jeziora. Ciągniemy w dwóch samochodach, niczym w karawanie przez pustynię, dobytek naszego życia. Od fal Pacyfiku, ku falom Atlantyku, spięci tymi oceanami niczym okładką wielkiej księgi.  Wielkiej Księgi Miłości. Dojeżdżamy wśród tych puszcz i jezior do sympatycznego miasteczka Wawa nad jeziorem Superior. Warszawa w puszczy kanadyjskiej. U wjazdu w opłotki wita nas wielki pomnik kanadyjskiej gęsi. Jest karykaturalnie olbrzymi i brzydki. Typowa tandeta sztuki małomiasteczkowej. Mimo to – nie razi. Nieco dalej duży sklep kolonialny, przed wejściem stoi wielka drewniana beka kiszonych ogórków pachnących koprem. Blisko sklepu duży biały budynek  ‘Polish Community Hall’. Szyld z Białym Orłem w koronie opadł ze ściany i leży oparty o mur budynku. Nikt tu już prawie po polsku nie mówi ale wielu ma polskie korzenie i są z tego dumni. Potomkowie XIX-wiecznej fali emigracyjnej. Idziemy na obiad na jakiegoś wielkiego schaboszczaka z surówką z kapusty kiszonej.

Najprostsze słowa są trudne.

Ot, choćby: wniebowzięcie lub

uniesienie, rozkosz, pasja.

Brzmią, jak organy w barokowym

kościele pod plafonem

fruwających aniołków

z różowymi ustami,

i loczkami włosów na

korpulentnych ramionach,

skrzydełkach, błękitnych kapach.

Od Montrealu jedziemy wzdłuż potężnej rzeki św. Wawrzyńca. Nieustannie w dół, z szerokim widokiem na cały otwierający się niczym długa rola dywanu rozwijającego zielony Nowy Brunszwik. Tu, w szpitalu we Fredericton, urodziłeś się. Oczywiście, że tego nie pamiętasz. Ani żadnych widoków ni wspomnień z atlantyckiej Kanady nie masz z tamtego czasu. Jedziemy z drugiego końca świata, jak pierwsi przybysze ze Szkocji, z Anglii,  z Francji. Osadnicy na ziemiach nieznanych.

Ale znowu omijam, udaje, że nie pamiętam ‘tamten czas’. Czas zły. Czas, który zmienił Twoje życie, a przez to zmienił i moje. Czas za który zapłaciłeś wówczas – po powrocie do domu nad Pacyfikiem – prawie swoim życiem. Czas Twojej pierwszej pamięci Nowej Szkocji, pamięci niezatartej. Nie chciałeś do tej pamięci wracać. I mojej pamięci tego czasu i małego miasteczka  Pictou, nieco większego New Glasgow. I tej długiej, zielonej szosy od lotniska, która tam prowadziła. Czasu roku 2000. Roku odejścia Leony, Twojej matki. Przyleciałem wtedy być z Tobą choć trochę, być z Leoną. Bałem się o Ciebie. Musiałem zostawić w domu nad Pacyfikiem moją matkę, która ledwie kilka miesięcy wcześniej przyleciała zamieszkać z nami na stałe. Tak złożyło się niespodziewanie, że nastąpiła wówczas poprawa stanu Leony, odzyskała przytomność, nawet ograniczoną mobilność, z trudem ale mogła się z nami porozumiewać. Wróciła do domu ze szpitala. Tobie jakby też wróciło życie. Swoim uporem udało mi się i Ciebie wyrwać chwilami od tej okrutnej rzeczywistości. Pokazywałeś mi wtedy Pictou.  Potem musiałem wracać. Odwiozłeś mnie na lotnisko. A nieubłagany wyrok losu wkrótce się ziścił. Twoja matka odeszła. Ale było już tam Twoje rodzeństwo, masa bliskich i znajomych z okolic. Ja kolejnego urlopu z pracy dostać nie mogłem. W niczym też bym już pomóc Ci nie mógł.  Po pogrzebie wróciłeś do domu, do nas. Początkowo ani Ty ani ja nie wiedzieliśmy, nie poznawaliśmy objawów tej rozpaczy, tej choroby, która już zaczynała Cię drążyć. Trwało to wiele miesięcy. Dni i nocy. Nieprzespanych, zarwanych, nieprzytomnych. Były dni, gdy czułem się bezbronny, bezużyteczny. Osaczony zewsząd nieporównywalnymi przeszkodami. Walczyłem, jak oślepiony wilk o Twoje życie. Nic innego nie miało znaczenia. Na kilka miesięcy musiałem wysłać swoja matkę do Polski. Chciała, starała się pomóc Tobie i mnie ale to przekraczało jej możliwości i siły. Było przeszkodą w moim kompletnym poświęceniu wszystkiego Tobie. Bo wiedziałem, że giniesz. I ta walka była gigantyczna, jak walka żywiołów życia i śmierci. Wszystko materialne prawie wówczas straciliśmy: dom, oszczędności, zasoby. Ale wygraliśmy. Ty wygrałeś. Wygrałeś chyba wtedy, gdy wyczułeś – zanim ja to spostrzegłem – że ja tracę wiarę i resztki sił. I dla mnie, dla ratowania mnie – sam tą walkę podjąłeś. Wtedy wiedziałem, że walkę wygramy. I wygraliśmy. Wtedy chyba tak w pełni zrozumiałem, co to jest miłość. Ta najczystsza, najwspanialsza. Potężna, walcząca gdy życie samo nie starcza, poddaje się.

Od tamtej walki, którą wygraliśmy, którą niespodziewanie wygrałeś Ty – stałeś się moja opoką, moją przystanią, moim spokojem. Moją twierdzą, która broniła naszej miłości. Do ostatnich dni. Choć przyszły też tak strasznie za wcześnie i tak nieoczekiwanie – ale dwukrotnie ze Śmiercią targu prowadzić nie można. Raz uległa prośbie Miłości. Dostaliśmy prezent  ponad dekady szczęścia ponownie, gdy wszystko wydało się leżeć w ruinie. Nie zmarnowaliśmy go. Użyliśmy każdy dzień, każdą minutę.

I teraz już na zawsze jesteś ze mną, bo już nie ma ‘mnie’ i ‘ciebie’.  Jesteśmy ‘my’.  Póki wiatr nie rozwieje mojego życia w pyle, który po sekundzie opadnie gdzieś w trawy, w nurty jakiejś rzeki lub morza. Jeśli będę miał czas, to uśmiechnę się wówczas do Ciebie.

IDĘ SOBIE

1.

Śnieg cichy, sypki, lekki,

jak twój łagodny wzrok,

którym obejmowałeś

moją twarz, moje oczy.

Pamiętam spacery po

zaśnieżonym Holland Park,

wysokich brzegach górskich

potoków w Kananaskis.

2.

Cicho wokół. Tylko dźwięk

wody kamiennych progów

Dniestru. I nagle strzały.

Cisza umiera. I ty.

Mój kanadyjski sokole,

moje sny stepowe na

kanadyjskiej prerii – Ty,

mój Wernyhoro. Milczysz.           

3.

Ale idę dalej cichą

nocą po cichym śniegu

wzdłuż brzegu Atlantyku

na drugim końcu świata.

Twoja dłoń w mojej dłoni

już na zawsze. Idziemy.

Do falujących stepów.

I sokołów nad nimi.

Greenwich, The Stonewall Inn

Jeszcze jedna dla nas podróż ważna. Jedne jeszcze ścieżki wydeptane w betonowym lesie- dżungli Manhattanu nowojorskiego. Listopad 2012. Potrzebowaliśmy tam pojechać. Lecieliśmy z naszego ulubionego miasta w USA, z Seattle. Planowałem jeszcze jedną podróż. Samochodem z Vancouveru przez piękne wybrzeże Oregonu – do San Francisco.  Niestety odkładaliśmy ją i nagle już nie było czasu. Zresztą wiedziałem, że starego San Francisco, tego które znałem z młodości przed poznaniem Ciebie – już  nie znajdę. Ale chciałem byśmy trochę pochodzili śladami De-De, Mary Ann, Anny Madrigal, Mouse i oczywiście…  Babycake z trylogii Maupina ‘Tales of the City’. Nie udało się. Tego żałuję. Ale od tamtego czasu nazywałem Cię Babycake. I lubiłeś to.

Ale Nowy Jork się udał. Długi spacer w jakiejś strasznej wichurze i śnieżycy noreastera (słynne wichury o kierunku północno-wschodnim, który w tunelach wieżowców Nowego Jorku łamie wszystkie parasolki i porywa kapelusze zaskoczonym turystom) z górnego Manhattanu do Greenwich i do matecznika ‘naszego szczepu LGBTQ’  – do Stonewall Inn. To tam w 1969 wspaniałe queer queens w wysokich obcasach dały popalić nowojorskim ‘bohaterom’ policyjnym. W 1969 chyba jeszcze nie wiedziałem, że byłem gejem. Komiczne, co? W Polsce w 1969, w tym wieku nikt nie wiedział, że jest gejem. Świat był inny. Nikt nie znał tego słowa. Nie w tym znaczeniu, jakie ma dziś. Już kilka ledwie lat później wiedziałem, że lubię chłopców bardziej niż dziewczynki – ale słowa ‘gay’ dalej nie znałem, LOL.

W Nowym Jorku ważne też dla nas było pójść na ten mały skwerek Hyde Parku przed dużym budynkiem Dakota, gdzie mieszkał John Lennon. 8 grudnia 1980, przy wejściu do tego budynku Lennona zastrzelono.  Na tym skwerze, znanym jako Pole Truskawkowe, jest specjalne upamiętnienie Lennona – duża rozeta z napisem w centrum: Imagine. To już były moje czasy. Pokolenia, które uchwyciło się słów tej piosenki, jak nowej Ewangelii. 

Imagine there’s no countries

It isn’t hard to do

Nothing to kill or die for

And no religion too

Imagine all the people

Living life in peace

You

Ty też wierzyłeś w te słowa “Imagine”. To była też Twoja Ewangelia. Ja ciągle w nią wierzę. Jedyna Ewangelia w jaką wierzę. Jaką potrafię sobie wyobrazić.

Jutro pójdziemy znowu na

spacer. Nie ja ani nie ty.

Jesteśmy tylko my – razem.

Nie ma ciebie – jesteś we mnie.

Palce będą się splatać

w czwórdłoniach, usta całować

w czwórwargach, wzrok obejmować

w czwóroczach czułych, widzących.

Popędzimy kwadrygą na

grzywach fal w smugę zachodu.

Póki wiatr nie rozsypie mojego życia w pyle … . …uśmiechnę się wówczas do Ciebie. I wreszcie uśmiechnę się do siebie też.


Link do cyklu ‘Moje Rozmowy z Johnem

Co to znaczy: dom?

fot. by B. Pacak-Gamalski

“Polska to nasz dom” – mówi wiele osób. A dom, jak to dom, kojarzy się zazwyczaj z bezpieczeństwem, rodziną i dobrymi wspomnieniami. Z czym tobie kojarzy się Polska? Dla mnie to jest trudne pytanie. Zamiast prostej odpowiedzi  (czy taka istnieje?) opowiem ci moją historię.

Urodziłem się w  Malmo w Szwecji, w domu polskich emigrantów. Gdy miałem siedem lat wróciłem z moją mamą do Lublina. Nie był to łatwy dla nas czas. Mama dawała radę na tyle, na ile mogła – jak wiele innych samotnie wychowujących dzieci w Polsce. Mijały kolejne lata, kolejne wigilie i urodziny, pierwsza komunia i inne rodzinne spotkania – przy każdej okazji byłem wypytywany przez wujków i ciotki o to, gdzie wolałbym mieszkać – w Polsce czy w Szwecji? W Polsce! – odpowiadałem, stając na baczność, i bez chwili zastanowienia. Rzeczywistość zrewidowała moje poglądy, gdy w wieku 16 lat postanowiłem wrócić do ojca, do Szwecji.

Dzisiaj patrzę na ten okres z uśmiechem. Coś co wykluło się z młodzieńczego buntu, przetworzyło się na doświadczenie emigranta, który musiał odnaleźć się w zupełnie innym, zróżnicowanym kulturowo Malmo. To nie jest czas, abym rozwijał setki opowieści i wspaniałych osób z różnych zakątków świata, które tam poznałem. Wiem jednak, że ten okres pozostawił we mnie otwartość na “inność”. Razem z innymi imigrantami trzymałem się w paczce, chodziłem z nimi na wagary, śmiałem się, płakałem, zakochiwałem się. A swoją “inność” odkryłem dopiero po powrocie do Polski. 

Ale wróćmy do teraźniejszości – ostatnie 8 lat rządów PiSu było dla mnie kolejny testem. Mogłem znowu wyemigrować, zostawić to wszystko, żyć gdziekolwiek i jakkolwiek. Ale nie chciałem gdziekolwiek i jakkolwiek. Widać mój wewnętrzny bunt jeszcze się we mnie tli, mimo iż mam już 33 lata. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie jestem zadziorny – oczywiście, że jestem zadziorny, pewny siebie, czasami głupio coś powiem i zdecydowanie za mało czytam. Ale te moje wado-zalety pozwoliły mi jakoś przetrwać najgorsze czasy i działać, kiedy tylko było to możliwe. Pozwalały mi wyjść ze swojej strefy komfortu.

Poprowadziłem pierwszy marsz równości w Lublinie. Pamiętam to jakby to było wczoraj. Rok 2018, Plac Litewski, olbrzymi stres. Wokół mnie mnóstwo policji i jeszcze więcej kontr manifestujących. Obok nas nagle wybucha granat dymny. Myślę, że już po wszystkim. Ale nie poddajemy się. Włączamy Abbę i idziemy przed siebie. Przeszliśmy, przeżyliśmy. W kroplach pary po policyjnych armatkach wodnych pojawiła się wspaniała, wielka tęcza. Razem znowu udało nam się przeżyć kolejny dzień w tym kraju i nawet zrobić coś dobrego dla innych. Tego dnia Lublin był mój..

Równo dwa lata temu, w Dzień Niepodległości byłem z Grupą ‘Granica’ w lesie przy polsko-białoruskiej granicy. Trwał kryzys uchodźczy. Pojechałem tam, aby nagrać film, który miał się ukazać w mediach społecznościowych aktywistów. W środku nocy budzi mnie telefon: Bartek, jest akcja, wstawaj, jedziemy. Okropna mgła, policyjne kontrole, potem. wchodzimy w las, powoli przesuwamy się do przodu. Raz, drugi, trzeci dostaję gałęzią po twarzy. Nogi grzęzną mi w błocie. Weszliśmy na pole, czyli nas widać, więc trzeba uciekać. Wracamy w krzaki. Zapalamy czerwone światełka – bo te ponoć są trudniej zauważalne przez mundurowych. I nagle… jest, cała rodzina! Przy nich już inni wolontariusze – medycy, którzy udzielają im pomocy, jakieś osoby z kocami. Jest niewyobrażalnie ciemno. Trzęsę się z zimna a jednocześnie jestem przepocony, trudno mi się doliczyć, ile jest tam osób. Matka, ojciec, kilkoro dzieci. Wszyscy bez rękawiczek, szalika, czegokolwiek ciepłego. Help, help! – mówi do mnie jedna z kobiet. Opuszczam kamerę, i próbuję rozmawiać. Aktywiści dzięki pomocy telefonicznego-tłumacza dogadują się z uchodźcami. To Kurdowie, uciekają z Syrii. ISIS zabija takich jak oni. Wypełniamy wnioski azylowe, żegnamy się. To wszystko co możemy zrobić. Zimne uściski dłoń, szybkie przerażone spojrzenia, znikamy w lesie. Wychodzimy z krzaków, wchodzimy na drogę. Jest nam już wszystko jedno. Mijamy ciepłe, zadbane domy, duży, ładny kościół. Dochodzimy do naszego hotelu. Rano dostaję ataku kolki nerkowej i ląduję w szpitalu. Zwijam się, płaczę z bólu i wyję. Dostaje lek, które zaczynają powoli działać. Wiem, że ta wizyta to przywilej. Rozmawiam z pielęgniarkami o tym, co się dzieje w lesie kilka kilometrów dalej. Potem, w ciepłym domu zaczynają dopadać mnie wyrzuty sumienia – mogłem im zostawić swoją czapkę, rękawiczki, cokolwiek. Nie dałem nic. Nie pomyślałem.

Następnego dnia wracamy do Warszawy, do domu. Na niektórych budynkach powiewają jeszcze biało-czerwonych flagi. Po drodze duży ledowy ekran pokazuje datę “12.11” i miga na zmianę z “temp. 8 st.C”. Zimno. Wiem, że przy takiej temperaturze ludzie będą umierać w lesie. W Warszawie powiedziałem sobie, że już tam nie wrócę. W moim systemie wartości nie godzi się, aby kogokolwiek zostawiać na mrozie na śmierć. Zostawiłem raz, drugi raz bym nie umiał. W następnych dniach wolontariusze wrócili z dobrymi nowinami do lasu, gdzie 11.11 spotkaliśmy zmarzniętą rodzinę. Ale po rodzinie została tylko zbita kulka ze złotych, ratunkowych kocy pośród drzew. Zostali wypchnięci za drut kolczasty, na białoruską stronę.

Ty, ja, każdy z nas ma jakąś swoją historię. Czasem piszecie do mnie wiadomości, dzieląc się ze mną swoimi, często trudnymi, życiowymi doświadczeniami. Razem dzielimy samotność, poczucie wyobcowania, bycia poza systemem. Jakby świat o nas zapomniał.

Mimo to czasami decydujemy się na jakieś bezinteresowny akt troski o innych, nie oczekując niczego w zamian – albo sami ich doświadczamy. To jest właśnie moja definicja patriotyzmu. Dzielę się z Tobą kilkoma moimi historiami, które stały się dla mnie ważne. Pomagają mi zrozumieć, jakiej chcę Polski. Chcę Polski będącej domem, fajnym, ciepłym miejscem do życia dla Ciebie, dla mnie, dla sąsiada PiSowca, koleżanki weganki czy Ibrahima z sąsiedniej ulicy. Tak długo jak chcemy razem budować ten dom, mając w pamięci naszych braci i siostry, tak długo jest dla nas jako Polek i Polaków szansa. Patrzymy w przyszłość, razem budując teraźniejszość i wyciągając wnioski z przeszłości. Tego i Tobie życzę w Święto Niepodległości.

Fundacja BASTA

What is a year in heartbeats calendar?

One year. Entire year. twelve months, three hundred sixty-six days. It is hard as hell,  no point in being poetic in choosing words.

Came to Pictou today to spend time in the cemetery where we interned your ashes. Windy, very cold, and wet. Very desolate, not a single person, or visitor there. I know, it is only a stone, a typical cemetery tablet with a name, dates, sometimes a short description.  Your name. Yours, your parents, your baby brother you never had a chance to know. And now also Fraser, your oldest brother, who was laid down here just a few months ago. The coldness, emptiness, the wind made a bit of a mess around the gravesite.  The old flowers still from the time of the funeral, wilted, blackened,  scattered around.  Cleaned it all a bit, and gathered some rocks to hold the new ones and the old ones that were good. Some still from my first visits there, when it was only a place of Leona and Doug, your parents. I haven’t come here since Fraser’s funeral. Didn’t’ want to.  I preferred going every opportunity I had to my wild beaches, in some secluded spots. Remember? We had so many long talks on these beaches. So many tears. Some laughter. I preferred these meetings and visits to visits to cold gravesites.

But I am glad I came today. It is no longer as desolate and as unkempt for the winter, for Christmas.  For Christmas? Do the dead celebrate Christmas? I know the legend and stories of cemeteries and dead folks around November 1, the Old Souls Day. But Christmas? Never thought of that. But just in case, the stuff I brought is sort of wintery-Christmassy appropriate. You know – green branches and so on.  You know that I don’t like when things like that are not taken care of. It is just the oddity how some things are done (or not done properly) on tiny local cemeteries, I suppose.  So I came and fixed what I could.

Fix things? How to ‘fix things’? Nothing can be fixed when everything is broken. Yes, I know You are not there, not under this ground. You are with me. Forever. I have engraved some words on the stone that and thought it said that You are forever in my memory.  And I smiled. In my memory? Really?  That is all that is left, that came to be of our life? Our love?  Just to remember?  How silly words could be to describe emotions, feelings…. You are just part of my soul, part of me. I don’t remember fully, who I was before I met You. I think I was just in a state of waiting. Waiting and searching for You. And I have found You. No, these words were not meant for You or to remind me. They are to the strange passerby to know that You were loved by someone. To passerby, who will not know, who you were or I was. But will know that You were loved. That’s when I noticed that I wrote them correctly on the stone: in ‘my heart’, not ‘in my memory’.

In one of my previous ‘Talks with You’ I published a poem describing how difficult it is to … describe love in words. How she escapes dictionaries and vocabularies. I will repeat the last part of the poem. Just in case You forgot it. And later, some other day we will talk again.

Even when she sleeps –

Her breathing is

expecting you.

That is why when I call you –

I scream or I cry.

And most often when I call you –

I am silent.

 

John coming back from Poland in 1990

The power of the ocean and the lure of a wintery sunset

The power of the ocean and the lure of a wintery sunset

For the past few days, I have been struggling with bad flu. You know the story, don’t you? A man and the flu do not mix well. Women over the centuries have learned that flu is but a nuisance yet the homework still needs to be done. Men on the other hand view it as a biblical plaque. They thought that it is the end of the world. I am somewhat a modern man and I do live alone – so the chores reluctantly were done. But venturing beyond home was for most of the time beyond my strength. Today was a first day much better. On the mend, so to speak. Cold but absolutely, stunningly beautiful. I knew the sunset is going to be spectacular and I ached to go and see my sea. Not only the Channel in front of my home, but the actual open ocean: to hear its song, to marvel at its might.

In 2020 I wrote poem to the Ocean. At the end of it, the ocean invites me and says:

I will offer you a lazurite scale armor,
a long shawl in dark green,
as my wedding gift. 

Went to the very end of the road past Fisherman’s Cove, right in front off the aptly named Devil’s Island. There is nowhere to go from there but to marvel. Last time I went there was sometime in December last year with my Damian, who came from Poland to stay with me after John’s passing. I don’t remember much about that December. If not for this good soul, who came to look after me … well, I have no idea how I would have survived. But one cold, wintery day I took him there, to that spot. We watched the furry of the ocean that tossed huge rocks like pebbles on the road.

Today was the orgy of red, orange fires between the sea and the sky. Almost kitsch, almost vulgar. Almost – but Nature never cared much about our delicate bourgeois sensibilities.

Dni straszne nadchodzą. Dni zderzenia się z ciągle odrzucaną rzeczywistością odejścia, rozłąki. Niebytu. Ciebie. Mnie bez Ciebie. Czasu, który na zawsze rozdzielił moje życie na przed i po. Pojechałem tam, gdzie byłem w tych dniach niemożliwych do zrozumienia z Damianem, który przyjechał z Polski ze mną być. Młody człowiek, któremu ja miałem być opoką niewzruszoną, który nie mógł wiedzieć, co w chwilach takich robić należy. Ale był. A nikt nie wie. Ani młody, ani stary. Wiedzą tylko poeci i wariaci. Nikt wtedy też poetów nie czyta, a wariatów nie słucha. Tak nas uczono przez setki lat. Zagryź wargę i idź. Idź gdzie? Wszystkie drogi prowadzą wówczas do nikąd.

Więc pojechałem tą samą drogą, tym samym samochodem, jak tamtego dnia z moim chłopcem z Polski, w dokładnie to samo miejsce. Patrzeć na ocean. Słuchać oceanu. Przy brzegu Diabelskiej Wyspy. Ocean rozumie. Jest wszechpotężny. Wycisza wszystko. Jak w w moim wierszu napisanym wiele lat wcześniej, w 2020. Bardzo mi to dziś pomogło.

Ocean
Patrzę na ciebie, żywa wodo nasza
w wiecznym ruchu, nigdy nie uśpiona.
I tak czasem bywa, że ty, jak tafla
jesteś, jak wielka szyba okna Ziemi.
Jak śpiąca Afrodyta rozmarzona.

Ale ty nawet wówczas drżysz, wznosisz się,
twój oddech jest wilgotny, gdy tuli brzeg.
Gdy budzisz się w czas, muskularna, naga,
grzywacze w rydwanie gnasz przez zatoki,
cieśniny, zdobywasz fiordy, usta rzek.

Mierzysz się z czasem, chcesz go cofnąć, wrócić,
pokryć ciężkim, lepkim płaszczem doliny, góry,
które były pałacem pełnym krużganków,
obszernych komnat z tańcami, muzyką głębi,
odbijających słońce, gwiazdy, księżyc, chmury.

Zawsze gdy wchodzę w twe podwoje, zanurzam się
w tym życiodajnym płynie macierzyńskiego łona.
Otulasz mnie czule, mruczysz bezsłownie: wnijdź,
nie bój się, mam tyle przestrzeni wolnej, twojej.

Podaruję ci płaszcz z łuski niebieskiej,
utkam długi szal zielony,
jak welon weselny.

Bike ride on salt marshes from Cole Harbour to Lawrencetown

Bike ride on salt marshes from Cole Harbour to Lawrencetown

Pojechałem do Ciebie, do nas – na nasz ostatni przystanek ostatniej wycieczki za miasto. Do słonych bagnisk Cole Harbour. Widzę Twoją twarz, Twój zmęczony uśmiech. Twój skrywany żal. Bo Ty już wiedziałeś lepiej niż ja, jak krótki czas przed nami. Wszystko bym dał, życie z radością, by jeszcze dotknąć Twojej twarzy, jeszcze palce we włosy Twoje włożyć, przytulić na moment. Ten moment byłby warty wszystko właśnie, każdy dzień kolejny i każdy rok samotności.

The words of love

are difficult

they escape description

of dictionaries

of synonyms

of thesauruses

Her language

are smells,

touches, syllables.

They are screams

of grief,

they are exclamations

of tears.

They avoid punctuation marks,

because they lack

a moment to stop,

to rest.

Love is a movement,

a hurried run.

She is aggressive,

demanding,

or submissive impatiently.

Even when she sleeps –

Her breathing is

expecting you.

That is why when I call you –

I scream or I cry.

And most often when I call you –

I am silent.

Tak i dzisiejsza, późnym popołudniem w dzień pochmurny, wycieczka rowerowa, zabrała mnie na trasę groblą przez te bagniska hen, aż do Lawrencetown. Miałem czas na nasze bezsłowne rozmowy. Na fotograficzny zapis tych urokliwych jakimś smutnym urokiem, miejsc. Rozlewiska słonej wody oceanu mają inną florę i faunę niż jeziora słodkowodne. Mają zdecydowanie inny zapach.

I went today to meet you at our last drive outside the city boundaries. I saw your face again, your sad smile. I recognized your attempt to cover from me your sorrow. Your sorrow because you knew already better than me the shortness of time remained for us. And I screamed in silence, I cried. Wanted to touch your face, feel your hair between my fingers, caress you…. Nothing, nothing ever can be truly joyful and fully happy in my life.  My future seems to be like a life wasted, effort unnecessary.

And today’s bike ride on the dyke, through the marshes to Lawrencetown was somehow close to my thoughts. The colours, smells, even the fauna and flora of salt marshes are very different from those of fresh water lakes. Everything is dimmed somehow, austere. So was the time of day – late afternoon, greyish, cool weather.

Esej o miłości. Jej nazwaniu i trwaniu.

Esej o miłości. Jej nazwaniu i trwaniu.

Blisko trzysta lat temu Vivaldi skomponował Koncert  na skrzypce i fortepian „Cztery pory roku”.  Wielokroć (ku zgorszeniu wielu, LOL) już pisałem, że muzyka baroku często a gęsto mnie nuży. Nie znoszę ‘od kropki do kropki’ w jakimkolwiek gatunku sztuki. Ale i w baroku są perełki czystej urody. Ten właśnie Koncert Vivaldiego zawsze lubiłem słuchać.  Ba, by się staremu nadwornemu kompozytorowi przypodobać napisałem kiedyś (dedykując jemu) cykl czterech wierszyków „Sezony”. Vivaldiemu zmarło się jednak  270 lat wcześniej i pociechy z mojego gestu wiele mieć nie mógł. Ale niech tam, w sztambuchu ‘ku pamięci’.

Z tego cyklu więc, stosownie do pory roku, wierszem o jesieni zapis dzisiejszy chcę zacząć. Całość była oczywiście o czterech porach roku, a opisałem je za pomocą zachowań i używania języka, jego funkcji, przymiotów – od liter poczynając, na pełnych zdaniach kończąc.  Całość pewnie ukazuje wykonanie pomysłu najlepiej ale tu ten o jesieni  musi wystarczyć.

Wiersz jesienny

Elegancja zwrotek kunsztownie nizanych,

samogłosek dojrzałych, pełnych, dźwięcznych.

Jak garnitur trzyczęściowy, z goździkiem w butonierce.

Kropki i przecinki w zdaniach sensem związanych,

siedzą na werandzie trzymając się za ręce.

Jeszcze ciepło, pięknie choć już smutno,

za ogrodem zmierzch, noc. Może jutro?

(01.12.2011)

Więc październik już. Jadę z Tobą na plażę mało uczęszczaną, mało znana, a przepiękną. W East Chezzetcook. Tak, tą samą od której zacząłem moje poszukiwania Ciebie i nas odkąd rana na tyle się zagoiła, że mogłem chodzić. O pływaniu jeszcze mowy nie było, ale brodzenia do kolan któż mógłby mi zabronić? Byłem tam wówczas chyba więcej niż dwukrotnie. Pisałem kolorowymi kamieniami mój poemat o nas. Jedno słowo, ale aż cztery litery. Cztery tylko, bo po angielsku, aby lokalne ptactwo wodne mogło przelatując odczytać. Następnego dnia fale zebrały moje kamyki w jeden kłębek. Może próbowały czytać a potem nie potrafiły w kolejność ułożyć? Nie wiem. Fakt, że palców fale nie mają.  To już tak zostawiłem. Jeździłem z moim krzesłem plażowym, więc mogłem odpoczywać, pisać inne, dłuższe listy do Ciebie.

Potem szukałem Cię na innych plażach, piaszczystych i kamienistych. Mogłem już w końcu pływać.  Nie pamiętam kiedy (mógłbym sprawdzić, bo zapisywałem nasze rozmowy), ale w końcu zrozumiałem Twoją niecierpliwość moich poszukiwań i przypomniałem sobie o obietnicy, jaką Ci złożyłem w te dni ostatnie, dni najgorsze. Że nie będziesz nigdy sam, że będę Twoim Domem. Do końca. Odtąd i ja przestałem jeździć sam.  Zaczęliśmy znowu jeździć razem.  I dzisiaj, na tą plażę właśnie w East Chezzetcook, środku nowoszkockiej Akadii, pojechaliśmy razem.  Pokazałem Ci w końcu, jak ona wygląda. Przed tym Okrutnym Dniem razem na niej nigdy nie byliśmy. Ani ja sam jej nie znałem.

Chwilkę, cofnijmy się nieco w czasie. Byliśmy  przecież obok. Jedna z pierwszych naszych wycieczek, pierwszej zimy w Nowej Szkocji, zawiodła nas do West Chezzetcook. Pamiętasz ten maleńki drewniany kościółek i ten uroczy cmentarzyk wiejski przed kościółkiem? Tą zamarzniętą, jak lodowisko łąkę, po której szliśmy trzymając się za ręce, by się nie wywrócić? A wszystko przez Twoją Ciotkę Teresę. To przecież ona, dystyngowana dama poprzedniej epoki, Theresa Cormier z Isles de la Madeleine podarowała mi ten poemat Longfellowa „Evengeline” o wygnaniu i wędrówce powrotnej francuskich Akadyjczyków z Nowej Szkocji do Luizjany.  Szukałem więc śladów Evangeliny. Osad akadyjskich.  To taki romantyczny poemat! Longfellow miał się trochę wzorować na Mickiewiczu, którego poezją był zafascynowany.  

Opisuje tragiczny dzień aresztowań francuskich Akadyjczyków.  Żołdacy brytyjscy przyjeżdżają do Gran-Pre.  Biedni farmerzy i rybacy muszą oddać ziemię, dobytek. Sami, aresztowani, będą zesłani do Luizjany. Evangelina biegnie do tłumu zebranych wypatrując ukochanego Gabriela. Nie zważa na ostrzeżenia ojca. Znajduje ukochanego, podbiega do niego, tuli głowę w jego ramię, gładzi twarz i szepcze przez łzy: ‘Gabierlu! Bądż dobrej nadziei! bo jeśli kochamy się wzajem nic zaprawdę nie może nam zaszkodzić , jakiekolwiek nieszczęścia by naszły![i]

Natomiast Ty sam podarowałeś mi już w pierwszych tygodniach naszej miłości kopię „The Ryme of the Ancient Mariner” S.T. Coleridge’a. Przepiękny poemat i talent poety o niebo lepszy niż Longfellow’a. Choć nie łatwo było mi go czytać. Ten cudowny a tak zupełnie inny od współczesnego (!) angielski nie jest aż tak prosty, LOL. To, zdaniem moim,  jedno z arcydzieł literatury angielskiej. Bohater poematu za zbrodnię zabicia albatrosa ukarany jest śmiercią załogi i wędrówką statku pchanego tam, gdzie niosły go fale morza, głodem i pragnieniem nieustannym (‘woda, woda wszędzie, a ni kropli do wypicia’). Gdy w końcu, u kresu życia, uratowany jest przez napotkany port – karą za jego zbrodnię jest wędrówka przez świat nieustanna i opowiadanie o tej zbrodni.  

Literatura, poezja zwłaszcza – wbrew temu, że często o poetach się wyrażam ironicznie, jako narcyzach  literatury – jest moim towarzyszem nieustannym. Nie zawsze chcianym i lubianym. Zdecydowanie nie ‘dodaje mi skrzydeł’, LOL.  Jeżeli już, to czasem ciężki powróz.  Bo wszystko już powiedziano, przed wszystkim ostrzeżono. I nic. Jakichkolwiek rezultatów pozytywno-edukacyjnych. Może faktycznie jesteśmy, jako gatunek, tępi po prostu.  Ale coś robić trzeba, więc niektórzy piszą.

Nowa Szkocja to wszędzie morze. Obojętnie gdzie i jak będziesz wędrować – prędzej czy później nad morzem wylądujesz. Kochana moja, nieżyjąca od lat Irenka Kropińska primo voto Pasławska, zacna krzewicielka kultury (zwłaszcza muzyki i literatury) i w Polsce i w Kanadzie, dała mi kiedyś tomik poezji swego przyjaciela z Polski, Lecha Jakóba, z napomnieniem bym koniecznie z nim w kontakt wszedł. Ale czasy się pomieszały bardzo szybko. Odeszła Irenka (do dni ostatnich przy niej byłem), potem Mama moja ciężko się rozchorowała. Zapomniałem o poecie z Koszalina, panu Jakóbie. I tak już zostało. Przeglądem teraz jego tom „Zielony Promień’.  No tak, w poezji – jeśli szukasz – wszystko możesz znaleźć. I znalazłem.  Ot, ten fragment wiersza ‘Morze inaczej’[ii]:

morze jest twoje zupełnie

gdy potrafisz o nim powiedzieć „ja”

ja jestem

lub też lepiej:

ja jestem morze

po którym pływają wszystkie

kutry świata

Wszystkie? No chyba jednak tak. Tylko takie znamy. Na moim też pływają wszystkie kutry świata. Tego świata i tego morza, które znam. Mojego świata. Słyszałem, ba! – wiem, że są inne. Ale cóż mi po nich i po kutrach, które na nich pływają?

Piaszczysta wąska wydma, która zawiodła mnie w East Chezzetcook dalej niż kiedykolwiek przedtem (był właśnie odpływ) powoli rozlała się w strumień, potem rzeczkę, w końcu płytką zatoczkę. Zebrałem wszystko w plecak, który ręką trzymałem powyżej pasa i znalazłem łachę piaskową otoczona zewsząd morskimi stawami połączonymi wartka morska rzeką z matką-oceanem.  Te ‘stawy’ to takie zbiorniki słonej wody, które w przypływie łączą się bardzo prędkimi i głębokimi ‘rzekami’ z Atlantykiem, a w odpływie zamieniają się w spokojne słone jeziora. Masa w nich krabów. I woda w nich nieco cieplejsza niż na otwartym oceanie.  Moja łacha piaskowa była dość wysoko położona i zalanie mi nie groziło przez kilka najbliższych godzin. Ale znalazłem się nagle na wyspie – z plecakiem, z notesem, telefonem, LOL. Plecak silny jednak, dobry zamek i dość nieprzemakalny brezent.  Wiedziałem, że w jakimś węższym miejscu przepłynę bez większej szkody dla zawartości. O kamerę ze stojakiem martwić się nie musiałem.  Od czasu, gdy porwały ją fale huraganu Lee, mimo mojej pieszczotliwej opieki, suszenia i czyszczenia – pomarło się bidulce na amen.  Trochę  żal, bo służyła mi dobrze.

John siedział obok cicho. Nie chciał nic mówić widać. Mogłem się tylko domyślać, co by powiedział, gdyby był tu fizycznie, poza byciem ze mną  we mnie.  Uśmiechnąłem się słodko, jak potrafiłem i rzekłem: przepraszam, ale nie martw się, ja sobie z Tobą i plecakiem poradzę. No wiesz, że ja lubię takie niespodzianki, przecież nie jesteśmy na jakiejś tratwie kilometry od brzegu. Uśmiechnął się tą swoja rozbrajającą dobrocią i tylko westchnął: eh, ty zawsze musisz jakąś przygodę wyszukać i cieszy cię to. Przyzwyczaiłem się do tego, no i lubię jak ciebie to cieszy. No i jak tego chłopaka nie kochać? Nie sposób.

Świetny poeta amerykański, Paul Monette wydał blisko dwadzieścia lat temu zbiór poezji „West Of Yesterday. East Of Summer”.  To było monumentalne dzieło poezji odpowiadające na tragedię iście grecką, jaka spotkała środowisko LGB (bo o tym w tej materii i czasach tylko mówimy) w dobie kryzysu AIDSa. Ta tragedia dotknęła jego też, stracił partnera, kochanka. Znany i głośny wówczas dramatopisarz, Larry Kramer napisał w recenzji: ‘to są przepiękne, druzgocące serce krzyki – takie piękno z takiego bólu i straty i agonii – i ja chcę aby każdy je usłyszał, każdy tchórzliwy bastard w Waszyngtonie, kto pomógł nam umierać, każdy na świecie, kto nie wie, że mężczyźni kochają mężczyzn majestatycznie, pięknie, heroicznie.’[iii]

W innej zupełnie sytuacji, bez tego strasznego tła, jakie nas przytłaczało w okrutnej dobie AIDS’a – ale jakże ten okrzyk bólu rozumiem po Stracie. Jak nic dać pocieszenia ani wytchnienia nie może.  Mój świat uległ podziałowi na dwie epoki: przed i po. Może nasza miłość (w porównaniu z tamtym okresem) nie sięgała poziomu heroizmu, ale była i majestatyczna i  piękna.

Z tegoż tomu przetłumaczyłem fragment wiersza ‘Przypisując pamięci’ (ze strony 3)[iv]:

Jeśli pływaliśmy to płynęliśmy

głęboko  w dół koralowych wież, gdzie

lawa miesza się z atramentem, aż dach

rafy stał się początkiem Atlantydy,

delfiny uwodząc zalotnie tańczyły.

A ja ciągle mojego wiersza nie potrafiłem skończyć. Bałem się, byłem tchórzliwy. Nie miałem odwagi przed jej – miłości – potęgą, majestatem. Nie brakło mi tej siły w pierwszych miesiącach po stracie. Czarna rozpacz była silniejsza od tchórzliwości wierszoklety. Słowa się przed nią uginały w pół, niczym szeregi wyzłoconych kamerdynerów, gdy przechadzał się przed nimi wersalskimi kolumnadami Król-Słońce.  Były moimi służkami tak się układającymi na kartce, jak tylko chciałem. Bez zajęknięcia, bez oporu. Potęga rozpaczy jest niepokonalna.  Teraz, gdy Cię odnalazłem na nowo wewnątrz siebie, gdym się do tej nowej niebytnej bytności przyzwyczaiłem – powrócił lek przed potęga słów. Buntują się, jak gawiedź paryska, gdy wprowadzono na szafot Obywatela Kapeta – stryjecznego praprawnuka Króla Słońce i prawnuka Króla Stanisława Leszczyńskiego. Więc poezja demokracji nie znosi. Tylko władza absolutna ma panowanie nad językiem. A rozpacz jest absolutna.

Pojechałem tam dziś ponownie.  Ni żywej duszy wokół. Tym razem nawet krzesło składane zabrałem. Wszystko na kark i głowę przymocowałem i między falami odnalazłem przejście, gdzie bez płynięcia mogłem na łachę-wyspę dojść. W te samo miejsce. Litery mego kamiennego napisu przetrwały, nie rozsypane tym razem, przez dwie noce i dzień.  Na nowo w notesie do walki ze słowami uparcie siadłem. Nie poddawałem się.  Wydałem wojnę Naturze i Czasowi . Tej wojny nikt wygrać nie może. Ale są sytuacje, gdy wiedząc o klęsce niechybnej – wojnę wydać trzeba. Może to jednak ten heroizm miłości mężczyzn do mężczyzn, o jakim pisał Kramer?  I nie wiem czy napisałem wiersz dobry, czy miłość w nim potrafiłem nazwać, opisać. Ale minął lęk przed słowami o naszej Miłości. Mój opis będzie najprawdziwszy, jedynie możliwym. Nawet Rozpacz zmuszona będzie do ugięcia kolan.

Bogdan Czaykowski był popularnym poetą polskim w Vancouverze.  Miał niesamowitą i obfitą łatwość pisania. Wiersz był jego chlebem powszednim. Nie wiem, czy go to nie męczyło czasem, ale z rozmów jakie z nim prowadziłem wynikało, że raczej odwrotnie. Pewnie tak było z Broniewskim, z Tuwimem, z Gałczyńskim.  Byli poetami, wszystko inne było drugorzędne, drugoplanowe.  W jednym z wierszy napisał [v]:

Gdy myśl przedsłowna przejdzie próbę słów,

wtedy nasłuchuj, co ci mówi myśl

posłowna.

I taką myślą otwórz oczy poza zmysł.

Zaniemów.

Wiec może jednak zaufać  mocy własnych słów?  Może ta obróbka słów na poetyckiej tokarce lub szlifierce czyni je prawomocnymi? Odpowiednimi. Prawdziwymi?

A może te cztery litery kamiennego słowa na piaskowej wydmie-wyspie są całym poematem? Skończonym w swej doskonałości. Ta myśl też mnie nie opuszczała. Wiec gdyby były – taszczyłem z drobnicy kamiennej większe głazy i zbudowałem mur obronny przed falami chroniące napis. Nic wieczności oceanu nie przetrwa, wiem. Ale chwilę choć. A chwila to moje całe życie, o więcej nie dbam w swym wierszowaniu.

 


Cóż jest miłość więc,

jaka recepta, jaka droga,

sonata ją pisze czy wiersz?

Słońce gorące czy wodna zorza?

U schyłku czy o świcie dnia

zawoła, ramię ci poda?

Bezsilna czy potężna będzie?

Czy ją rozpoznasz, gdy przyjdzie?

Młodość się pyta natarczywa,

niepewna i niecierpliwa.

(B. P-G, 01.10.23)

Jak mam opisać naszą miłość

by ją nie zmniejszyć tanią egzaltacją?

By słowa klękały przed nią ciche,

skromne, zleknione jej mocą.

Tu – na dzikiej plaży, z hukiem fal

oceanu wzburzonego jej pychą:

cóż im jej wielkość, gdy tak krucha?

Byliśmy, gdy ciebie tu nie było,

będziemy długo, gdy ślad twój

z piasku zniknie bezpowrotnie!

(B.P-G, 03.10.23)


[i] „The Song of Hiawatha and Other Poems”, H. W. Longfellow; wyd. Readers Digest Assoc, Montreal,1989 (s. 197)

[ii] „Zielony Promień. Wiersze wybrane.” Lech M. Jakób; Wyd. Aula (2003), Podkowa Leśna; s. 232

[iii] na obwolucie tomu poezji Paula Monette „West of Yesterday. East of Summer.” wyd. St. Martin’s Press, Nowy Jork, 1974

[iv] ibid

[v] „Wiatr z innej strony” B. Czaykowski; Wyd. Znak, Kraków, 1990, s.197 (z wiersza ‘Słopiewnie’, s.180)

Poetry for lovers


Song of Love

1
The waves are calling –
blue sky caressing white foam
of the sea, embracing the shape
of clouds taking bath in it.

Like you – your hips, your hand
in mine, your touch on my chest,
my fingers in your hair learning
the shape of the lobe of your ear.

The air is moist, fragrant, 
the air is still around us.
And whispers, words quivering
with anticipation, expecting.

Longing anchored in our sight,
begging, trembling impatiently.
Eyes searching, touching, embracing.
The air dancing, pirouetting, flirting.

2
Memory. Your years of boyish youth.
Fear of rejection, of not finding 
the answer you dreamt of. The torture of
that fear. The air is suffocating, dense.

Imperious impatience asking urgently:
is it? our love? Hey, boy! You promised 
to find it – our love. You promised
that I will be in love. Our pact for life.

I! I! I must know how it feels! The air!
Must feel it myself: impatience, hungering.
Not tomorrow, not in some future. Now!
My youth not wanting innocence anymore.

I want to be guilty of stolen nights,
of jumping through the window
to magical streets leading to forbidden
dark pathways in dense parks.

Finding other eyes, other fingers
searching for me in the pantomime
parade of shadowy silent silhouettes.
In the dense air breathing heavy.
	3 
Finding you waiting for me.
You finding me. We will know,
when our eyes will meet. We.
Not me, not you. We – lovers.

To takie proste. Dlatego niezwykłe.

Link do moich Rozmów z Johnem

Ciągle, nieustannie. Cóż  słowa te mogą oznaczać? Ileż w nich prawdy ale i ile po prostu chciejstwa, zwykłej ludzkiej potrzeby uciekania od rzeczywistości, od świata rzeczy materialnych, dotykalnych, widocznych?

Jesteś ze mną. I nie ma Cię jednocześnie. Czuje Cię, ale nie mogę Cię dotknąć. Rozmawiam, ale nie odpowiadasz.

Może to jest jakoś tak, że część tylko Twoja została i tą część noszę w sobie.  A jakaś część odeszła, znikła bezpowrotnie?

Pojęcia nie mam. Która jest większa, ważniejsza. Może są takie same? Może to bez znaczenia. Jesteś, jak niebo w które patrzę siedząc na ‘moich Kamieniach’ nad zatoką. Zachmurzone pierwszą warstwą ciężkich, granatowych chmur. Ale to przecież nie całe niebo, nie kompletne. Nie cały Kosmos. Co raz wiatr przenosi układy tych niskich chmur, robi się przerwa i widzisz w nich jasno-błękitne koszulki bialutkich, jak przebiśnieg chmurek.

Panta rhei – tak, płynie, zmienia się. Ale ta rzeka, którą znamy, jest tylko tą z tego momentu właśnie gdyśmy się nad nią pochylili, zanurzyli w niej. Dla nas jest więc wieczna, nieprzemijająca. O tej innej, zmiennej, wiemy tylko, że jest też gdzieś, zgadzamy się z jej istnieniem, ale po prawdzie jest nam ona niepotrzebna.

Może jutro pójdę na spacer ulicami Halifaksu, którymi chodziliśmy razem. Może do miejsc Twojej pracy: do Cytadeli, do serdecznej w pamięci elewacji budynku Berkeley na ulicy Gladstone. Serdeczna i bezinteresownie szczera troska jego mieszkańców o Ciebie, ich wdzięczność za Twój specjalny sposób udawadniania im, jak oni są wyjątkowi, specjalni i niezbędni w samym fakcie istnienia. Ta troska, ta serdeczność i ciepło tych nieznanych mi ludzi były mi bardzo potrzebne.  Widocznie rozmawiałeś z nimi o mnie też, bo nagle przynosiłeś dla mnie wycinki z gazet, programów o ciekawych wydarzeniach muzycznych w mieście i okolicy, o koncertach, spektaklach teatralnych.  Z dopiskiem odręcznym:  ‘important information for Bogumil, I hope you find it interesting’. Od kobiety, której nigdy nie widziałem na oczy. Czasem zdarzył się słoiczek konfitur truskawkowych lub jagodowych … . Ileż w tym było ciepła. Dzięki temu, że byłeś tym, kim byłeś.

Więc jest ‘jutro’ – pojechałem do Halifaksu naszymi śladami. I naturalnie, że powinienem się tego spodziewać – naprawdę nie lubiłeś fotografowania się.  Więc musiałeś jakoś zmusić mnie do pośpiesznego wyjazdu na ten spacer po Halifaksie i wykorzystując mój pośpiech ‘zapodziałeś’ gdzieś mój telefon, którego w tym pośpiechu oczywiście nie zauważyłem, że nie mam.  Tak więc zdjęć – jak chciałeś – z tego spaceru nie będzie.

Ale byłem, chodziłem do miejsc Twoich pod Cytadelę, pod Berkeley. A jakże mógłbym nie pójść do Public Gardens? Poszedłem. Tu lubiłeś ze mną na spacery chodzić. Siedzę więc tu teraz, w tym parku. Tuż pod tą fontanną z królową Wiktorią zbudowaną na jej Diamentowe królowanie. Tak, masz rację, faktycznie wygląda dużo uroczej w pełnej zimie, gdy otacza ją cicha, puszysta jak biały gronostaj, pierzynka śniegu.

Podaj rękę, choć pójdziemy powoli dalej. Może nad staw? Nigdzie już się śpieszyć nie musimy.  Doskonale wiesz, że do pozowania do zdjęć dziś Cię zmusić nie mogę. Aha! Sam się uśmiechasz zadowolony. Do mnie.  Tym Twoim uśmiechem  czystej, bezbronnej miłości.

Wracam do samochodu.  Zapamiętałem nazwę uliczki, gdzie zaparkowałem: Cedar Street. Cała dzielnica małych domków  ma takie same, podobne do siebie. Więc zapamiętałem tą nazwę, by nie błądzić wracając z parku.  Idę chodnikiem i patrzę tylko na lewa stronę, bacząc by nie minąć tej ulicy Cedar, nie zwracając uwagi na okolicę. Patrzę trochę w zamyśleniu na płyty chodnika. Nagle zatrzymał mnie czarny napis na jednej z kolejnych płyt. Krótki, wyraźny: Goodbye. Podnoszę wzrok i widzę tabliczkę z nazwa ulicy – Cedar Street. Rozglądam się i uprzytamniam sobie, gdzie jestem.  Uliczka Cedar biegnie spod wielkiej z czerwonej cegły  bryły szpitala.  Wszystko sobie przypominam, poznaję widok, budynki. Właśnie na tej uliczce zostawiałem zaparkowany zielony KIA Soul. Twój samochód, którym przyjechałem za karetką. Stał na tej ulicy przez trzy dni i dwie noce. A ja w te dni i te noce musiałem się z Tobą żegnać.  Musiałem pozwolić im przypinać różne urządzenia do Twego ciała, poprawiać wielkość dawek różnych płynów, leków. Starałem się usuwać na bok by im nie przeszkadzać. Byli nadzwyczajnej dobroci i czułości. Kilka razy udało im się skłonić mnie do położenia na jakiejś kanapie w pokoiku obok. Wracałem po dziesięciu minutach. Nawet, gdy racjonalnie już wiedziałem. Gdy poprosiło mnie dwóch lekarzy w pewnym momencie na rozmowę. Taką, gdy się mówi, że medycyna nic już zrobić nie może. I czy się zgadzam na … . Powiedziałem, że tak. Nie mogłem patrzeć na męki Twego zmęczonego ciała. Mojego ciała. Ciebie.  Ale, że jeszcze nie, nie dopóki nie będę miał rozmowy z Tobą. I położyłem się obok Ciebie na skraju tego szpitalnego łóżka, pielęgniarka zasłoniła kotary. Całowałem Cię najczulej, jak mogłem. Każdy fragment Twego pięknego ciała, Twojej twarzy, oczu, rąk, nóg. I opowiedziałem Ci cała długą historie naszego życia. Od pierwszego dnia poznania, od wycieczek w Kanaskis Country, do Gór Skalistych, mieszkania w Bragg Creek, w Calgary, podróży przez te góry nad brzeg Pacyfiku, gdzie mieliśmy długie i piękne lata, wyjazdu do Europy, wyjazdów do USA. Naszych podróży. Aż do tej długiej bardzo, przez cały kontynent tutaj. Do Halifaksu.

Wszystko to było nieopisanie piękną  i długą przygodą. Zawsze lubiłem podróżować. Nigdy nie myślałem, że dzięki Tobie przeżyję taką.  Jak jakiś długi film mistrzów ekranu, jak powieść najwspanialszych pisarzy, poemat boskiego poety. Śpisz teraz. A ja nocami rozpamiętuję nasz długi sen. Argonautów o Kolchidzie, spacery dusz orfickich, wędrówki Rumiego z Szamsem. Nie, nie ma w tym boskości ni cech nadprzyrodzonych. Przeciwnie – jest to nad wyraz proste, człowiecze. Nasza odwieczna tęsknota do drugiego.  Nie spotkałem Cię ani na Olimpie lub Parnasie, nie wędrowałem do Araratu lub Tybetu. Po prostu pewnego dnia, z wieczora, poszedłem na drinka do pewnego baru, dwa kroki od rzeki Bow w Calgary. Okazało się, że i Ty wpadłeś na ten sam pomysł, miałeś tą samą zachciankę. Ot, i cały ‘cud’.  Przypadkowy zbieg okoliczności. Równie dobrze tak Ty, jak i ja mogliśmy w ostatnim momencie zmienić plan, pójść do innego baru, lub zrezygnować z drinka. Byłem szczęściarzem, nie zmieniliśmy.