Today was going to be a nice day. I know, you almost suspect that the next sentence would read: but it wasn’t. To a certain degree, you are right: it wasn’t a nice day – it was a splendid day.
The next seven days they say it will be very rainy and extremely windy, stormy. Local floods and power outages are expected. But I must go to Pictou and spend some time with you there. It was going to be, after all, our home. Maybe not the epitome of my dreams – but I know it would make you very happy to be next to your brothers, home by home. And my dear, silly Boy – it isn’t Paris, Warsaw, or Barcelona, not even my dear Vilnius or Prague, where I would be happy. I would be happy working on our last home where you would be happy.
I know, in the end, the Fates had other plans, plans that destroyed ours. But you end up there, in Pictou. With your Mom, your Dad, and now with your older brother, too. It became your home before it had a chance to become mine. Therefore, as Christmas is approaching, I had to go before the storms to be with you.
All the way to Pictou from Halifax, I listened to the best of the best of baroque music. I have said many times that I have very mixed feelings about that epoch in music. I know – Haydn, Bach, Vivaldi, and early Mozart. But, at times it just makes me cringe. It often feels like a tight corset that makes your chest scream for air and freedom. Then again, at times – nothing soothes you better than old, familiar fugue, like an old shirt or warm morning robe. Today was one of these days for baroque. Predictable, well composed, elegant.
Little did I know what you had in plans for me on my way back. A symphony of colours, shades, and hues in the sky I could not imagine possible.
Just one note of my experiences with sunsets: mind you almost my entire life, the adult part anyway, I have spent on the shores of oceans or in the valleys and peaks of big mountains. And many, many years of sailings on ships; I have been to most Polynesian islands and their beaches. In a word – I know a thing or two about sunsets. Yet, nothing prepared me for the gift you made me today on my way back to Halifax.
And you must know of that special part of Highway #1 from New Glasgow to Truro. It is just like someone was planning a road to be a panoramic exhibition. Almost every season. Particularly beautiful during the glory of Autumn, with the dark hues of evergreens mixed with flames of red, yellow, and gold of other trees. At times it is almost dangerous to drive there as you try to concentrate on the highways and not as much on the panoramas. Today – you thanked me for our visit and chat with the sky. It was just breathtaking.
There is also something to say about the spookiness of old, local cemeteries that with certain lithing make you feel like watching some old Poltergeist movies. Just saying.
John, mój mąż, zmarł w końcu listopada 2022 roku. Jedyną szansę przetrwania tego bólu, tej Straty, odnalazłem w podróżach do miejsc naszych wycieczek, w dzikie ustronia i w podróżach pamięci miejsc nam specjalnie bliskich. Podróżach, w których moim nieodstępnym towarzyszem był notes, aparat fotograficzny i poezja. Był to czas, gdzie bardziej niż w naszym domy – byliśmy ponownie razem, był obok mnie. Rozmawialiśmy. W jakiś sposób petyckie zapiski wędrowania umożliwiły mi przetrwanie tej niewyobrażalnej i kompletnej pustki. Pierwsza taka wycieczka i pierwsze refleksje, wiersze z niej, powstały 26 lutego, 2023. Ten zapis będący collage’m wspomnień moich i moich ciotek, babek, wspomnień kulturowych i rodzinnych, poetyckich kończyłem tryptykiem pt. “Idę sobie” w tórym te kolaże historyczno-literackie z przeszłości łączę z Johnem, który przez to staje się ich częścią, tamta historia staje się Jego pamiecią. Tak, jak zdarza się, że serdecznie ‘zawłaszczamy’ pamięć kulturowo-historyczna naszych najbliższych i staje się przez to też pamięcią naszą. Tak mój kanadyjski z dziada-pradziada mąż – został moim stepowym sokołem, moim ukraińskim Wernyhorą. W cyklu napisanym w ostatnich bodaj dwóch tygodniach w stylu biograficznej opowieści poetyckiej ten tryptyk powrócił w pewnym momencie i tam się znalazł ponownie. Ta opowieść – chwilami ciepła, urocza być może ale i brutalnie wręcz bolesna – jest zapisem naszych podróży. Tych faktycznych, rzeczywistych i podróży psychologicznych, podróży emocji. Kolejne rozdziały zamykane i otwierana są wierszem wolnym, najczęściej przez ze mnie używanym. Być może będzie to zamknięcie mojego długiego czasowo i objetościowego cyklu tych wierszy “Rozmów z Johnem”
Strawberry Fields w Hyde Parku w Nowym Jorku – z naszej podróży w 2012
Wszystko wydaje się zgiełkiem,
hałasem słów, tupotem zdań.
Gasną, jak smugi zachodu
ukradkowe i nieśmiałe
spojrzenia dziewczyn i chłopców;
muśnięcia warg czerwonych
rzucane wzrokiem ponad
głowami przechodzących
obojętnie szpalerów
budzących się ciżb wieczoru.
Idę z Tobą brzegiem długiej plaży, gdzieś pod Tofino na Wyspie Vancouver. Mogłoby być Portofino, słoneczne, bliskie Lazurowego Wybrzeża, może żaglówką wycieczkę na Korsykę lub Sardynię? Czy pod południowym słońcem bardziej bym Cię kochał, goręcej? Całował natarczywiej, uporczywiej, nieustannie?
Tu, nad Północnym Pacyfikiem jest jednak ciszej z wieczora. I tak wolę. Możemy patrzeć na wschodzący księżyc, zapalające się, jak fruwające świetliki, gwiazdy. I iść na długi, kilometrami bez końca, spacer po tej plaży. Gdzieś z półmroku, wynurza się inna para spacerująca też. Ona z nim i ja z Tobą. Skinamy głowy ku sobie znakiem pozdrowienia. Jest miło. Jest dobrze. Jesteś obok. Tuż przed nocą głęboką pójdziemy posiedzieć w dymiącym od pary małym jacuzzi otoczonym szpalerem zielonych choinek.
Rano właściciele tego Bed&Breakfast, para przystojnych mężczyzn w naszym mniej więcej wieku, zastuka do drzwi sypialni i nie otwierając ich zaanonsuje, że jadą do pracy do Tofino, ale zostawili dla nas w saloniku gotowe śniadanie i jeśli czegoś potrzebujemy to możemy do nich zadzwonić.
Kilka lat później, gdzieś w środku głębokich lasów, pięknych jezior i rzek Montany zatrzymujemy się w jakimś hoteliku w uroczym miasteczku Kalispell nad rzeką Flathead. Tak pysznych wypieków lokalnych kawiarenek i cukierenek dawno nie jadłem. Śmiejesz się, że muszę czuć się, jak w siódmym niebie. A przecież Ty byłeś moim ‘Siódmym Niebem”, nie musiałem go nigdzie szukać w świecie. Mimo, że sam nie byłeś amatorem słodyczy – piekłeś w domu stale jakieś rarytasy dla mnie. A piekarzem byłeś wyśmienitym, co bez wątpienia odziedziczyłeś po mojej teściowej – Twojej mamie.
Wszystko dziś zdarzyć się może.
Dotykasz palcem nuty na
pięciolinii dźwięków nazw
miłości – nuta szybuje w
wysoki ton górnego C.
Przebija błony uszu i
pędzi drożynkami puszczy
mózgu, ścieżkami łąk płuc,
niżej, przez wzgórki podbrzusza –
ku lędźwiom napiętym jak łuk.
Jedziemy niekończącą się szosą przez niekończące się wielkie pasma gór, płaskie jak kartka papieru prerie, przez puszcze porastające olbrzymie jeziora. Ciągniemy w dwóch samochodach, niczym w karawanie przez pustynię, dobytek naszego życia. Od fal Pacyfiku, ku falom Atlantyku, spięci tymi oceanami niczym okładką wielkiej księgi. Wielkiej Księgi Miłości. Dojeżdżamy wśród tych puszcz i jezior do sympatycznego miasteczka Wawa nad jeziorem Superior. Warszawa w puszczy kanadyjskiej. U wjazdu w opłotki wita nas wielki pomnik kanadyjskiej gęsi. Jest karykaturalnie olbrzymi i brzydki. Typowa tandeta sztuki małomiasteczkowej. Mimo to – nie razi. Nieco dalej duży sklep kolonialny, przed wejściem stoi wielka drewniana beka kiszonych ogórków pachnących koprem. Blisko sklepu duży biały budynek ‘Polish Community Hall’. Szyld z Białym Orłem w koronie opadł ze ściany i leży oparty o mur budynku. Nikt tu już prawie po polsku nie mówi ale wielu ma polskie korzenie i są z tego dumni. Potomkowie XIX-wiecznej fali emigracyjnej. Idziemy na obiad na jakiegoś wielkiego schaboszczaka z surówką z kapusty kiszonej.
Najprostsze słowa są trudne.
Ot, choćby: wniebowzięcie lub
uniesienie, rozkosz, pasja.
Brzmią, jak organy w barokowym
kościele pod plafonem
fruwających aniołków
z różowymi ustami,
i loczkami włosów na
korpulentnych ramionach,
skrzydełkach, błękitnych kapach.
Od Montrealu jedziemy wzdłuż potężnej rzeki św. Wawrzyńca. Nieustannie w dół, z szerokim widokiem na cały otwierający się niczym długa rola dywanu rozwijającego zielony Nowy Brunszwik. Tu, w szpitalu we Fredericton, urodziłeś się. Oczywiście, że tego nie pamiętasz. Ani żadnych widoków ni wspomnień z atlantyckiej Kanady nie masz z tamtego czasu. Jedziemy z drugiego końca świata, jak pierwsi przybysze ze Szkocji, z Anglii, z Francji. Osadnicy na ziemiach nieznanych.
Ale znowu omijam, udaje, że nie pamiętam ‘tamten czas’. Czas zły. Czas, który zmienił Twoje życie, a przez to zmienił i moje. Czas za który zapłaciłeś wówczas – po powrocie do domu nad Pacyfikiem – prawie swoim życiem. Czas Twojej pierwszej pamięci Nowej Szkocji, pamięci niezatartej. Nie chciałeś do tej pamięci wracać. I mojej pamięci tego czasu i małego miasteczka Pictou, nieco większego New Glasgow. I tej długiej, zielonej szosy od lotniska, która tam prowadziła. Czasu roku 2000. Roku odejścia Leony, Twojej matki. Przyleciałem wtedy być z Tobą choć trochę, być z Leoną. Bałem się o Ciebie. Musiałem zostawić w domu nad Pacyfikiem moją matkę, która ledwie kilka miesięcy wcześniej przyleciała zamieszkać z nami na stałe. Tak złożyło się niespodziewanie, że nastąpiła wówczas poprawa stanu Leony, odzyskała przytomność, nawet ograniczoną mobilność, z trudem ale mogła się z nami porozumiewać. Wróciła do domu ze szpitala. Tobie jakby też wróciło życie. Swoim uporem udało mi się i Ciebie wyrwać chwilami od tej okrutnej rzeczywistości. Pokazywałeś mi wtedy Pictou. Potem musiałem wracać. Odwiozłeś mnie na lotnisko. A nieubłagany wyrok losu wkrótce się ziścił. Twoja matka odeszła. Ale było już tam Twoje rodzeństwo, masa bliskich i znajomych z okolic. Ja kolejnego urlopu z pracy dostać nie mogłem. W niczym też bym już pomóc Ci nie mógł. Po pogrzebie wróciłeś do domu, do nas. Początkowo ani Ty ani ja nie wiedzieliśmy, nie poznawaliśmy objawów tej rozpaczy, tej choroby, która już zaczynała Cię drążyć. Trwało to wiele miesięcy. Dni i nocy. Nieprzespanych, zarwanych, nieprzytomnych. Były dni, gdy czułem się bezbronny, bezużyteczny. Osaczony zewsząd nieporównywalnymi przeszkodami. Walczyłem, jak oślepiony wilk o Twoje życie. Nic innego nie miało znaczenia. Na kilka miesięcy musiałem wysłać swoja matkę do Polski. Chciała, starała się pomóc Tobie i mnie ale to przekraczało jej możliwości i siły. Było przeszkodą w moim kompletnym poświęceniu wszystkiego Tobie. Bo wiedziałem, że giniesz. I ta walka była gigantyczna, jak walka żywiołów życia i śmierci. Wszystko materialne prawie wówczas straciliśmy: dom, oszczędności, zasoby. Ale wygraliśmy. Ty wygrałeś. Wygrałeś chyba wtedy, gdy wyczułeś – zanim ja to spostrzegłem – że ja tracę wiarę i resztki sił. I dla mnie, dla ratowania mnie – sam tą walkę podjąłeś. Wtedy wiedziałem, że walkę wygramy. I wygraliśmy. Wtedy chyba tak w pełni zrozumiałem, co to jest miłość. Ta najczystsza, najwspanialsza. Potężna, walcząca gdy życie samo nie starcza, poddaje się.
Od tamtej walki, którą wygraliśmy, którą niespodziewanie wygrałeś Ty – stałeś się moja opoką, moją przystanią, moim spokojem. Moją twierdzą, która broniła naszej miłości. Do ostatnich dni. Choć przyszły też tak strasznie za wcześnie i tak nieoczekiwanie – ale dwukrotnie ze Śmiercią targu prowadzić nie można. Raz uległa prośbie Miłości. Dostaliśmy prezent ponad dekady szczęścia ponownie, gdy wszystko wydało się leżeć w ruinie. Nie zmarnowaliśmy go. Użyliśmy każdy dzień, każdą minutę.
I teraz już na zawsze jesteś ze mną, bo już nie ma ‘mnie’ i ‘ciebie’. Jesteśmy ‘my’. Póki wiatr nie rozwieje mojego życia w pyle, który po sekundzie opadnie gdzieś w trawy, w nurty jakiejś rzeki lub morza. Jeśli będę miał czas, to uśmiechnę się wówczas do Ciebie.
IDĘ SOBIE
1.
Śnieg cichy, sypki, lekki,
jak twój łagodny wzrok,
którym obejmowałeś
moją twarz, moje oczy.
Pamiętam spacery po
zaśnieżonym Holland Park,
wysokich brzegach górskich
potoków w Kananaskis.
2.
Cicho wokół. Tylko dźwięk
wody kamiennych progów
Dniestru. I nagle strzały.
Cisza umiera. I ty.
Mój kanadyjski sokole,
moje sny stepowe na
kanadyjskiej prerii – Ty,
mój Wernyhoro. Milczysz.
3.
Ale idę dalej cichą
nocą po cichym śniegu
wzdłuż brzegu Atlantyku
na drugim końcu świata.
Twoja dłoń w mojej dłoni
już na zawsze. Idziemy.
Do falujących stepów.
I sokołów nad nimi.
Greenwich, The Stonewall Inn
Jeszcze jedna dla nas podróż ważna. Jedne jeszcze ścieżki wydeptane w betonowym lesie- dżungli Manhattanu nowojorskiego. Listopad 2012. Potrzebowaliśmy tam pojechać. Lecieliśmy z naszego ulubionego miasta w USA, z Seattle. Planowałem jeszcze jedną podróż. Samochodem z Vancouveru przez piękne wybrzeże Oregonu – do San Francisco. Niestety odkładaliśmy ją i nagle już nie było czasu. Zresztą wiedziałem, że starego San Francisco, tego które znałem z młodości przed poznaniem Ciebie – już nie znajdę. Ale chciałem byśmy trochę pochodzili śladami De-De, Mary Ann, Anny Madrigal, Mouse i oczywiście… Babycake z trylogii Maupina ‘Tales of the City’. Nie udało się. Tego żałuję. Ale od tamtego czasu nazywałem Cię Babycake. I lubiłeś to.
Ale Nowy Jork się udał. Długi spacer w jakiejś strasznej wichurze i śnieżycy noreastera (słynne wichury o kierunku północno-wschodnim, który w tunelach wieżowców Nowego Jorku łamie wszystkie parasolki i porywa kapelusze zaskoczonym turystom) z górnego Manhattanu do Greenwich i do matecznika ‘naszego szczepu LGBTQ’ – do Stonewall Inn. To tam w 1969 wspaniałe queer queens w wysokich obcasach dały popalić nowojorskim ‘bohaterom’ policyjnym. W 1969 chyba jeszcze nie wiedziałem, że byłem gejem. Komiczne, co? W Polsce w 1969, w tym wieku nikt nie wiedział, że jest gejem. Świat był inny. Nikt nie znał tego słowa. Nie w tym znaczeniu, jakie ma dziś. Już kilka ledwie lat później wiedziałem, że lubię chłopców bardziej niż dziewczynki – ale słowa ‘gay’ dalej nie znałem, LOL.
W Nowym Jorku ważne też dla nas było pójść na ten mały skwerek Hyde Parku przed dużym budynkiem Dakota, gdzie mieszkał John Lennon. 8 grudnia 1980, przy wejściu do tego budynku Lennona zastrzelono. Na tym skwerze, znanym jako Pole Truskawkowe, jest specjalne upamiętnienie Lennona – duża rozeta z napisem w centrum: Imagine. To już były moje czasy. Pokolenia, które uchwyciło się słów tej piosenki, jak nowej Ewangelii.
Imagine there’s no countries
It isn’t hard to do
Nothing to kill or die for
And no religion too
Imagine all the people
Living life in peace
You
Ty też wierzyłeś w te słowa “Imagine”. To była też Twoja Ewangelia. Ja ciągle w nią wierzę. Jedyna Ewangelia w jaką wierzę. Jaką potrafię sobie wyobrazić.
Jutro pójdziemy znowu na
spacer. Nie ja ani nie ty.
Jesteśmy tylko my – razem.
Nie ma ciebie – jesteś we mnie.
Palce będą się splatać
w czwórdłoniach, usta całować
w czwórwargach, wzrok obejmować
w czwóroczach czułych, widzących.
Popędzimy kwadrygą na
grzywach fal w smugę zachodu.
Póki wiatr nie rozsypie mojego życia w pyle … . …uśmiechnę się wówczas do Ciebie. I wreszcie uśmiechnę się do siebie też.
Wczoraj , 8 grudnia, palestyński poeta z Gazy był w szkole na spotkaniu z młodzieżą, która tam się schroniła. Normalnie byłby pewnie na swoim uniwersytecie w Gazie, gdzie wykładał literaturę angielską. Ale uniwersytetów w Gazie już też nie ma, zbombardowane, jak reszta tego miasta-polis. Więc był z tą młodzieżą i dziećmi w szkole. Nagle dostał telefon od kogoś, kto przedstawił się jako oficer z wywiadu izraelskiego. Ten ktoś poinformował go tylko, że wiedzą, gdzie on jest i że zbombardują to miejsce, że powinien uciekać do domu. Alareer miał powiedzieć, że wychodzi natychmiast ze szkoły, aby nie bombardowali. I zbiegł do domu, gdzie były jego dzieci, żona i siostra z dziećmi. Minuty póżniej w ich doom uderzył pocisk i wszyscy zgineli. Dla najeźdźców poeci są często groźniejszym celem niż żołnierze. Bo poeci to duch narodu.
zdjęcie ze strony Facebooka poety
Przetłumaczyłem właśnie wiersz Refaata Alareera, wiersz profetyczny. Wiele jest takich wierszy w annałach literatury polskiej czasów wojny. Do tego smutnego Gabinetu Poezji Śmierci wstawiam teraz i ten, palestyński. Jak napisał sam poeta z Gazy: “ Pisanie jest świadectwem, pamiecią która przetrwa ludzkie doświadczenie, jest obowiązkiem komunikowania się ze sobą i światem. Żyjemy by opowiedzieć historię straty, przetrwania i nadziei.”
Jeśli muszę zginąć,
ty musisz przeżyć
by spisać moją historię,
sprzedać rzeczy po mnie,
kupić kawałek materiału
i trochę sznurka
(niech będzie biały z długim ogonem) –
niech dziecko gdzieś w Gazie,
patrząc niebiosom w oczy,
czekając na ojca, który odszedł w płomieniu –
nie żegnając nikogo,
nawet swego ciała,
nawet siebie samego –
zobaczy go, mój latawiec, który zrobiłeś, szybujący
wysoko
i pomyśli przez moment – oto anioł tam
roznosi znowu miłość
Jeśli muszę zginąć,
niech przyniesie nadzieję,
niech zostanie spisane.
(autor: Refaat Alareer, Gaza, 2023 ; tł. B. Pacak-Gamalski)
One year. Entire year. twelve months, three hundred sixty-six days. It is hard as hell, no point in being poetic in choosing words.
Came to Pictou today to spend time in the cemetery where we interned your ashes. Windy, very cold, and wet. Very desolate, not a single person, or visitor there. I know, it is only a stone, a typical cemetery tablet with a name, dates, sometimes a short description. Your name. Yours, your parents, your baby brother you never had a chance to know. And now also Fraser, your oldest brother, who was laid down here just a few months ago. The coldness, emptiness, the wind made a bit of a mess around the gravesite. The old flowers still from the time of the funeral, wilted, blackened, scattered around. Cleaned it all a bit, and gathered some rocks to hold the new ones and the old ones that were good. Some still from my first visits there, when it was only a place of Leona and Doug, your parents. I haven’t come here since Fraser’s funeral. Didn’t’ want to. I preferred going every opportunity I had to my wild beaches, in some secluded spots. Remember? We had so many long talks on these beaches. So many tears. Some laughter. I preferred these meetings and visits to visits to cold gravesites.
But I am glad I came today. It is no longer as desolate and as unkempt for the winter, for Christmas. For Christmas? Do the dead celebrate Christmas? I know the legend and stories of cemeteries and dead folks around November 1, the Old Souls Day. But Christmas? Never thought of that. But just in case, the stuff I brought is sort of wintery-Christmassy appropriate. You know – green branches and so on. You know that I don’t like when things like that are not taken care of. It is just the oddity how some things are done (or not done properly) on tiny local cemeteries, I suppose. So I came and fixed what I could.
Fix things? How to ‘fix things’? Nothing can be fixed when everything is broken. Yes, I know You are not there, not under this ground. You are with me. Forever. I have engraved some words on the stone that and thought it said that You are forever in my memory. And I smiled. In my memory? Really? That is all that is left, that came to be of our life? Our love? Just to remember? How silly words could be to describe emotions, feelings…. You are just part of my soul, part of me. I don’t remember fully, who I was before I met You. I think I was just in a state of waiting. Waiting and searching for You. And I have found You. No, these words were not meant for You or to remind me. They are to the strange passerby to know that You were loved by someone. To passerby, who will not know, who you were or I was. But will know that You were loved. That’s when I noticed that I wrote them correctly on the stone: in ‘my heart’, not ‘in my memory’.
In one of my previous ‘Talks with You’ I published a poem describing how difficult it is to … describe love in words. How she escapes dictionaries and vocabularies. I will repeat the last part of the poem. Just in case You forgot it. And later, some other day we will talk again.
For the past few days, I have been struggling with bad flu. You know the story, don’t you? A man and the flu do not mix well. Women over the centuries have learned that flu is but a nuisance yet the homework still needs to be done. Men on the other hand view it as a biblical plaque. They thought that it is the end of the world. I am somewhat a modern man and I do live alone – so the chores reluctantly were done. But venturing beyond home was for most of the time beyond my strength. Today was a first day much better. On the mend, so to speak. Cold but absolutely, stunningly beautiful. I knew the sunset is going to be spectacular and I ached to go and see my sea. Not only the Channel in front of my home, but the actual open ocean: to hear its song, to marvel at its might.
In 2020 I wrote poem to the Ocean. At the end of it, the ocean invites me and says:
I will offer you a lazurite scale armor,
a long shawl in dark green,
as my wedding gift.
Went to the very end of the road past Fisherman’s Cove, right in front off the aptly named Devil’s Island. There is nowhere to go from there but to marvel. Last time I went there was sometime in December last year with my Damian, who came from Poland to stay with me after John’s passing. I don’t remember much about that December. If not for this good soul, who came to look after me … well, I have no idea how I would have survived. But one cold, wintery day I took him there, to that spot. We watched the furry of the ocean that tossed huge rocks like pebbles on the road.
Today was the orgy of red, orange fires between the sea and the sky. Almost kitsch, almost vulgar. Almost – but Nature never cared much about our delicate bourgeois sensibilities.
Dni straszne nadchodzą. Dni zderzenia się z ciągle odrzucaną rzeczywistością odejścia, rozłąki. Niebytu. Ciebie. Mnie bez Ciebie. Czasu, który na zawsze rozdzielił moje życie na przed i po. Pojechałem tam, gdzie byłem w tych dniach niemożliwych do zrozumienia z Damianem, który przyjechał z Polski ze mną być. Młody człowiek, któremu ja miałem być opoką niewzruszoną, który nie mógł wiedzieć, co w chwilach takich robić należy. Ale był. A nikt nie wie. Ani młody, ani stary. Wiedzą tylko poeci i wariaci. Nikt wtedy też poetów nie czyta, a wariatów nie słucha. Tak nas uczono przez setki lat. Zagryź wargę i idź. Idź gdzie? Wszystkie drogi prowadzą wówczas do nikąd.
Więc pojechałem tą samą drogą, tym samym samochodem, jak tamtego dnia z moim chłopcem z Polski, w dokładnie to samo miejsce. Patrzeć na ocean. Słuchać oceanu. Przy brzegu Diabelskiej Wyspy. Ocean rozumie. Jest wszechpotężny. Wycisza wszystko. Jak w w moim wierszu napisanym wiele lat wcześniej, w 2020. Bardzo mi to dziś pomogło.
OceanPatrzę na ciebie, żywa wodo nasza
w wiecznym ruchu, nigdy nie uśpiona.
I tak czasem bywa, że ty, jak tafla
jesteś, jak wielka szyba okna Ziemi.
Jak śpiąca Afrodyta rozmarzona.
Ale ty nawet wówczas drżysz, wznosisz się,
twój oddech jest wilgotny, gdy tuli brzeg.
Gdy budzisz się w czas, muskularna, naga,
grzywacze w rydwanie gnasz przez zatoki,
cieśniny, zdobywasz fiordy, usta rzek.
Mierzysz się z czasem, chcesz go cofnąć, wrócić,
pokryć ciężkim, lepkim płaszczem doliny, góry,
które były pałacem pełnym krużganków,
obszernych komnat z tańcami, muzyką głębi,
odbijających słońce, gwiazdy, księżyc, chmury.
Zawsze gdy wchodzę w twe podwoje, zanurzam się
w tym życiodajnym płynie macierzyńskiego łona.
Otulasz mnie czule, mruczysz bezsłownie: wnijdź,
nie bój się, mam tyle przestrzeni wolnej, twojej.
Podaruję ci płaszcz z łuski niebieskiej,
utkam długi szal zielony,
jak welon weselny.
Kto czeka?Gdy idę sobie ulicą i stukam
obcasem w głuche płyty chodnika,
to myślę, że nie czas jeszcze chyba
na zapomnienie, odjazd w gęsty las.
Gdzie wiolonczela łka,
piszczałka drewniana
piszczy, śpiewa łąka.
Są jeszcze książki nie przeczytane,
filharmonie z symfoniami nowymi.
Są jeszcze groby, które chce odnaleźć.
Gdzieś przyjaciel może ma mnie spotkać?
Może miasto i rzeka?
Vancouver, Warszawa,
Wilno i Lwów czeka?
Kiedyś, przed wielu laty, malowałem trochę. Portret przyjaciela, portret polskiego baletmistrza tańczącego ‘Harnasi’ Szymanowskiego, portret Julisza Osterwy grającego na wileńskiej Pohulance rolę Księcia, portret mojej wielkiej improbable Edith Piaf. Wszystko w oleju. A! i jedną martwą naturę, nawet dość udaną. I na tym się chyba skończyło. Wszystko w Polsce jeszcze. Tylko tą martwą naturę jedną jedyną już w Kanadzie. Bo chciałem namalować jakąś akwarelę. Tata robił piękne akwarelki. A ja nie potrafiłem. A akwarela to poezja malarstwa. Olej to wiecie – można przerabiać, poprawiać, wracać po miesiącu. Tak samo, jak w powieści i opowiadaniach – edycji może być bez końca. A wiersz przepracowany nadaje się do kosza. To samo akwarelka. Więc, gdy mi akwarelki nie wychodziły – to ogólnie pędzle poszły do kosza też i wszelkie malowanie zarzuciłem. Pewnie z zyskiem dla sztuki malarskiej.
Po latach dopiero bardzo wielu w sukurs przyszły mi techniki manipulacji fotograficznej. Do palety i tubek farb nie wróciłem ale zdjęcia ‘akwarelowe’ zrobić mi się udało. Jak te ostatnio –
Te moje oleje wiszą gdzieś na ścianach w Polsce, a ja tylko mam nie najlepsze ich zdjęcia.
My previous biking took me across the salt marshes from Colle Harbour toward Lawrencetown. Today I continued it starting from West Lawrenscetown. It is called Atlantic View Trail. But it is also a part of a national bikeway through the entire country, starting on Vancouver Island in BC. Having drove from one coast to the other, now I can say that I also biked through both ends of the Trail: in Vancouver Island and Lower Mainland of BC and now in Nova Scotia.
That was a very strange night. I watched some TV, and couldn’t watch any more news, as the stories from Gaza were just so depressing. Watched some Netflix movie about some Argentinian young fashion megastar. It was tiring just by the speed of the movie-documentary, him being like high on something nonstop, all the time. Somehow I started talking to You. Was sad and happy at the same time. Sad for obvious reasons, happy because we talked. Told you that life is like that now, like this movie on speed. I rush to do things, and have to be busy all the time. Just to avoid life. The reality. Sort of: not now, please. I’m busy. Will talk about it later. I have to finish this, that; have to run, have to drive somewhere.
Avoiding. Not being irrational but not willing to deal with reality, either.
Went to bed about midnight saying that I had to get up about 5 am to drive to a bike trail in the middle of a forest near West Lawrencetown to catch with my camera the sunrise over the ocean. But the night was strangely hot, couldn’t fall asleep even with a wide-open window. Then a train started going back and forth near my building with a terrible noise of the train breaking and smashing of the train cars as they moved and stopped. Went back to the living room, switched the TV back on, and watched some more of something. You were nowhere to be seen or heard and couldn’t continue our conversation. Made a decision to drive to that spot in the forest about 6 AM. Finally felt tired and sleepy. Before I knew I was asleep. And didn’t get up till 8 AM! Sunrise was gone an hour earlier. But did go for the bike ride anyway. Remembering the night I dressed warmly but very lightly. Took even a towel and an extra pair of underwear in case I decided to take a swim. Started biking at about 10 AM. And instantly knew that I wasn’t dressed as I should. It was freezing! And icy wind that went through my clothing. Swimming in the waves was out of the question when I got to the beach. If I drove by car I probably would – and warm in the car after swimming. But getting on the bike and biking back easily 10-15 km to where I parked would probably turn me into an icicle, LOL.
Rozmawiałem z Tobą cały wieczór i potem pół nocy chyba. A miałem plany wycieczki rowerowej wzdłuż jezior i brzegu oceanu wczesnym rankiem by uchwycić wschodzące słońce nad Atlantykiem. Ze wschodu wyszły nici. Gdy w końcu dwu lub trzygodzinną drzemkę złapałem – obudziłem się już o ósmej rano. Dawno po wschodzie. Mimo to pojechałem w las, do tej trasy. Noc była nadzwyczajnie ciepłą, jak na tę porę roku. Ale dzień odwrotnie – więc ubrałem się bardzo nie odpowiednio, zbyt lekko. Mimo marznięcia – trasę rowerowa, tak jak zaplanowałem, tak przejechałem. Widoki piękne, surowe, zimowe już (choć bez śniegu) mają też swój specyficzny urok surowego piękna. Lato to barok natury, a zima to styl romański północnej Europy.
Czy ta wycieczka była moją ucieczką od rozmów z Tobą? Od zajęcia się rzeczywistością? Nie wiem, Kochanie. Wydaje mi się, że tym razem nie masz racji mówiąc, że życie trwa nadal i powinienem zacząć znowu starać się żyć. Wrócić do świata realnego. Może te życie, które prowadzę, te nasze rozmowy, moje poszukiwania Ciebie na plażach oceanu, jezior – to właśnie moja nowa realność, rzeczywistość? Nie jakaś dziwna ucieczka od niej, a przeciwnie – akceptacja jej. Widzisz, kiedy jestem wśród ludzi, rozmawiam z nimi, dyskutuję – Ty w tym tłumie , pośród nich znikasz, przestajesz być. Ale gdy wędruję po plażach, nawet po ulicach ale samotnie, gdy łażę po skałach – Ty jesteś obok. Przy mnie. A ja lubię mieć Cię przy sobie. Ty chyba też lubisz, gdy jestem obok.
Pojechałem do Ciebie, do nas – na nasz ostatni przystanek ostatniej wycieczki za miasto. Do słonych bagnisk Cole Harbour. Widzę Twoją twarz, Twój zmęczony uśmiech. Twój skrywany żal. Bo Ty już wiedziałeś lepiej niż ja, jak krótki czas przed nami. Wszystko bym dał, życie z radością, by jeszcze dotknąć Twojej twarzy, jeszcze palce we włosy Twoje włożyć, przytulić na moment. Ten moment byłby warty wszystko właśnie, każdy dzień kolejny i każdy rok samotności.
The words of love
are difficult
they escape description
of dictionaries
of synonyms
of thesauruses
Her language
are smells,
touches, syllables.
They are screams
of grief,
they are exclamations
of tears.
They avoid punctuation marks,
because they lack
a moment to stop,
to rest.
Love is a movement,
a hurried run.
She is aggressive,
demanding,
or submissive impatiently.
Even when she sleeps –
Her breathing is
expecting you.
That is why when I call you –
I scream or I cry.
And most often when I call you –
I am silent.
Tak i dzisiejsza, późnym popołudniem w dzień pochmurny, wycieczka rowerowa, zabrała mnie na trasę groblą przez te bagniska hen, aż do Lawrencetown. Miałem czas na nasze bezsłowne rozmowy. Na fotograficzny zapis tych urokliwych jakimś smutnym urokiem, miejsc. Rozlewiska słonej wody oceanu mają inną florę i faunę niż jeziora słodkowodne. Mają zdecydowanie inny zapach.
I went today to meet you at our last drive outside the city boundaries. I saw your face again, your sad smile. I recognized your attempt to cover from me your sorrow. Your sorrow because you knew already better than me the shortness of time remained for us. And I screamed in silence, I cried. Wanted to touch your face, feel your hair between my fingers, caress you…. Nothing, nothing ever can be truly joyful and fully happy in my life. My future seems to be like a life wasted, effort unnecessary.
And today’s bike ride on the dyke, through the marshes to Lawrencetown was somehow close to my thoughts. The colours, smells, even the fauna and flora of salt marshes are very different from those of fresh water lakes. Everything is dimmed somehow, austere. So was the time of day – late afternoon, greyish, cool weather.
Blisko trzysta lat temu Vivaldi skomponował Koncert na skrzypce i fortepian „Cztery pory roku”. Wielokroć (ku zgorszeniu wielu, LOL) już pisałem, że muzyka baroku często a gęsto mnie nuży. Nie znoszę ‘od kropki do kropki’ w jakimkolwiek gatunku sztuki. Ale i w baroku są perełki czystej urody. Ten właśnie Koncert Vivaldiego zawsze lubiłem słuchać. Ba, by się staremu nadwornemu kompozytorowi przypodobać napisałem kiedyś (dedykując jemu) cykl czterech wierszyków „Sezony”. Vivaldiemu zmarło się jednak 270 lat wcześniej i pociechy z mojego gestu wiele mieć nie mógł. Ale niech tam, w sztambuchu ‘ku pamięci’.
Z tego cyklu więc, stosownie do pory roku, wierszem o jesieni zapis dzisiejszy chcę zacząć. Całość była oczywiście o czterech porach roku, a opisałem je za pomocą zachowań i używania języka, jego funkcji, przymiotów – od liter poczynając, na pełnych zdaniach kończąc. Całość pewnie ukazuje wykonanie pomysłu najlepiej ale tu ten o jesieni musi wystarczyć.
Wiersz jesienny
Elegancja zwrotek kunsztownie nizanych,
samogłosek dojrzałych, pełnych, dźwięcznych.
Jak garnitur trzyczęściowy, z goździkiem w butonierce.
Kropki i przecinki w zdaniach sensem związanych,
siedzą na werandzie trzymając się za ręce.
Jeszcze ciepło, pięknie choć już smutno,
za ogrodem zmierzch, noc. Może jutro?
(01.12.2011)
Więc październik już. Jadę z Tobą na plażę mało uczęszczaną, mało znana, a przepiękną. W East Chezzetcook. Tak, tą samą od której zacząłem moje poszukiwania Ciebie i nas odkąd rana na tyle się zagoiła, że mogłem chodzić. O pływaniu jeszcze mowy nie było, ale brodzenia do kolan któż mógłby mi zabronić? Byłem tam wówczas chyba więcej niż dwukrotnie. Pisałem kolorowymi kamieniami mój poemat o nas. Jedno słowo, ale aż cztery litery. Cztery tylko, bo po angielsku, aby lokalne ptactwo wodne mogło przelatując odczytać. Następnego dnia fale zebrały moje kamyki w jeden kłębek. Może próbowały czytać a potem nie potrafiły w kolejność ułożyć? Nie wiem. Fakt, że palców fale nie mają. To już tak zostawiłem. Jeździłem z moim krzesłem plażowym, więc mogłem odpoczywać, pisać inne, dłuższe listy do Ciebie.
Potem szukałem Cię na innych plażach, piaszczystych i kamienistych. Mogłem już w końcu pływać. Nie pamiętam kiedy (mógłbym sprawdzić, bo zapisywałem nasze rozmowy), ale w końcu zrozumiałem Twoją niecierpliwość moich poszukiwań i przypomniałem sobie o obietnicy, jaką Ci złożyłem w te dni ostatnie, dni najgorsze. Że nie będziesz nigdy sam, że będę Twoim Domem. Do końca. Odtąd i ja przestałem jeździć sam. Zaczęliśmy znowu jeździć razem. I dzisiaj, na tą plażę właśnie w East Chezzetcook, środku nowoszkockiej Akadii, pojechaliśmy razem. Pokazałem Ci w końcu, jak ona wygląda. Przed tym Okrutnym Dniem razem na niej nigdy nie byliśmy. Ani ja sam jej nie znałem.
Chwilkę, cofnijmy się nieco w czasie. Byliśmy przecież obok. Jedna z pierwszych naszych wycieczek, pierwszej zimy w Nowej Szkocji, zawiodła nas do West Chezzetcook. Pamiętasz ten maleńki drewniany kościółek i ten uroczy cmentarzyk wiejski przed kościółkiem? Tą zamarzniętą, jak lodowisko łąkę, po której szliśmy trzymając się za ręce, by się nie wywrócić? A wszystko przez Twoją Ciotkę Teresę. To przecież ona, dystyngowana dama poprzedniej epoki, Theresa Cormier z Isles de la Madeleine podarowała mi ten poemat Longfellowa „Evengeline” o wygnaniu i wędrówce powrotnej francuskich Akadyjczyków z Nowej Szkocji do Luizjany. Szukałem więc śladów Evangeliny. Osad akadyjskich. To taki romantyczny poemat! Longfellow miał się trochę wzorować na Mickiewiczu, którego poezją był zafascynowany.
Opisuje tragiczny dzień aresztowań francuskich Akadyjczyków. Żołdacy brytyjscy przyjeżdżają do Gran-Pre. Biedni farmerzy i rybacy muszą oddać ziemię, dobytek. Sami, aresztowani, będą zesłani do Luizjany. Evangelina biegnie do tłumu zebranych wypatrując ukochanego Gabriela. Nie zważa na ostrzeżenia ojca. Znajduje ukochanego, podbiega do niego, tuli głowę w jego ramię, gładzi twarz i szepcze przez łzy: ‘Gabierlu! Bądż dobrej nadziei! bo jeśli kochamy się wzajem nic zaprawdę nie może nam zaszkodzić , jakiekolwiek nieszczęścia by naszły![i]
Natomiast Ty sam podarowałeś mi już w pierwszych tygodniach naszej miłości kopię „The Ryme of the Ancient Mariner” S.T. Coleridge’a. Przepiękny poemat i talent poety o niebo lepszy niż Longfellow’a. Choć nie łatwo było mi go czytać. Ten cudowny a tak zupełnie inny od współczesnego (!) angielski nie jest aż tak prosty, LOL. To, zdaniem moim, jedno z arcydzieł literatury angielskiej. Bohater poematu za zbrodnię zabicia albatrosa ukarany jest śmiercią załogi i wędrówką statku pchanego tam, gdzie niosły go fale morza, głodem i pragnieniem nieustannym (‘woda, woda wszędzie, a ni kropli do wypicia’). Gdy w końcu, u kresu życia, uratowany jest przez napotkany port – karą za jego zbrodnię jest wędrówka przez świat nieustanna i opowiadanie o tej zbrodni.
Literatura, poezja zwłaszcza – wbrew temu, że często o poetach się wyrażam ironicznie, jako narcyzach literatury – jest moim towarzyszem nieustannym. Nie zawsze chcianym i lubianym. Zdecydowanie nie ‘dodaje mi skrzydeł’, LOL. Jeżeli już, to czasem ciężki powróz. Bo wszystko już powiedziano, przed wszystkim ostrzeżono. I nic. Jakichkolwiek rezultatów pozytywno-edukacyjnych. Może faktycznie jesteśmy, jako gatunek, tępi po prostu. Ale coś robić trzeba, więc niektórzy piszą.
Nowa Szkocja to wszędzie morze. Obojętnie gdzie i jak będziesz wędrować – prędzej czy później nad morzem wylądujesz. Kochana moja, nieżyjąca od lat Irenka Kropińska primo voto Pasławska, zacna krzewicielka kultury (zwłaszcza muzyki i literatury) i w Polsce i w Kanadzie, dała mi kiedyś tomik poezji swego przyjaciela z Polski, Lecha Jakóba, z napomnieniem bym koniecznie z nim w kontakt wszedł. Ale czasy się pomieszały bardzo szybko. Odeszła Irenka (do dni ostatnich przy niej byłem), potem Mama moja ciężko się rozchorowała. Zapomniałem o poecie z Koszalina, panu Jakóbie. I tak już zostało. Przeglądem teraz jego tom „Zielony Promień’. No tak, w poezji – jeśli szukasz – wszystko możesz znaleźć. I znalazłem. Ot, ten fragment wiersza ‘Morze inaczej’[ii]:
morze jest twoje zupełnie
gdy potrafisz o nim powiedzieć „ja”
ja jestem
lub też lepiej:
ja jestem morze
po którym pływają wszystkie
kutry świata
Wszystkie? No chyba jednak tak. Tylko takie znamy. Na moim też pływają wszystkie kutry świata. Tego świata i tego morza, które znam. Mojego świata. Słyszałem, ba! – wiem, że są inne. Ale cóż mi po nich i po kutrach, które na nich pływają?
Piaszczysta wąska wydma, która zawiodła mnie w East Chezzetcook dalej niż kiedykolwiek przedtem (był właśnie odpływ) powoli rozlała się w strumień, potem rzeczkę, w końcu płytką zatoczkę. Zebrałem wszystko w plecak, który ręką trzymałem powyżej pasa i znalazłem łachę piaskową otoczona zewsząd morskimi stawami połączonymi wartka morska rzeką z matką-oceanem. Te ‘stawy’ to takie zbiorniki słonej wody, które w przypływie łączą się bardzo prędkimi i głębokimi ‘rzekami’ z Atlantykiem, a w odpływie zamieniają się w spokojne słone jeziora. Masa w nich krabów. I woda w nich nieco cieplejsza niż na otwartym oceanie. Moja łacha piaskowa była dość wysoko położona i zalanie mi nie groziło przez kilka najbliższych godzin. Ale znalazłem się nagle na wyspie – z plecakiem, z notesem, telefonem, LOL. Plecak silny jednak, dobry zamek i dość nieprzemakalny brezent. Wiedziałem, że w jakimś węższym miejscu przepłynę bez większej szkody dla zawartości. O kamerę ze stojakiem martwić się nie musiałem. Od czasu, gdy porwały ją fale huraganu Lee, mimo mojej pieszczotliwej opieki, suszenia i czyszczenia – pomarło się bidulce na amen. Trochę żal, bo służyła mi dobrze.
John siedział obok cicho. Nie chciał nic mówić widać. Mogłem się tylko domyślać, co by powiedział, gdyby był tu fizycznie, poza byciem ze mną we mnie. Uśmiechnąłem się słodko, jak potrafiłem i rzekłem: przepraszam, ale nie martw się, ja sobie z Tobą i plecakiem poradzę. No wiesz, że ja lubię takie niespodzianki, przecież nie jesteśmy na jakiejś tratwie kilometry od brzegu. Uśmiechnął się tą swoja rozbrajającą dobrocią i tylko westchnął: eh, ty zawsze musisz jakąś przygodę wyszukać i cieszy cię to. Przyzwyczaiłem się do tego, no i lubię jak ciebie to cieszy. No i jak tego chłopaka nie kochać? Nie sposób.
Świetny poeta amerykański, Paul Monette wydał blisko dwadzieścia lat temu zbiór poezji „West Of Yesterday. East Of Summer”. To było monumentalne dzieło poezji odpowiadające na tragedię iście grecką, jaka spotkała środowisko LGB (bo o tym w tej materii i czasach tylko mówimy) w dobie kryzysu AIDSa. Ta tragedia dotknęła jego też, stracił partnera, kochanka. Znany i głośny wówczas dramatopisarz, Larry Kramer napisał w recenzji: ‘to są przepiękne, druzgocące serce krzyki – takie piękno z takiego bólu i straty i agonii – i ja chcę aby każdy je usłyszał, każdy tchórzliwy bastard w Waszyngtonie, kto pomógł nam umierać, każdy na świecie, kto nie wie, że mężczyźni kochają mężczyzn majestatycznie, pięknie, heroicznie.’[iii]
W innej zupełnie sytuacji, bez tego strasznego tła, jakie nas przytłaczało w okrutnej dobie AIDS’a – ale jakże ten okrzyk bólu rozumiem po Stracie. Jak nic dać pocieszenia ani wytchnienia nie może. Mój świat uległ podziałowi na dwie epoki: przed i po. Może nasza miłość (w porównaniu z tamtym okresem) nie sięgała poziomu heroizmu, ale była i majestatyczna i piękna.
Z tegoż tomu przetłumaczyłem fragment wiersza ‘Przypisując pamięci’ (ze strony 3)[iv]:
Jeśli pływaliśmy to płynęliśmy
głęboko w dół koralowych wież, gdzie
lawa miesza się z atramentem, aż dach
rafy stał się początkiem Atlantydy,
delfiny uwodząc zalotnie tańczyły.
A ja ciągle mojego wiersza nie potrafiłem skończyć. Bałem się, byłem tchórzliwy. Nie miałem odwagi przed jej – miłości – potęgą, majestatem. Nie brakło mi tej siły w pierwszych miesiącach po stracie. Czarna rozpacz była silniejsza od tchórzliwości wierszoklety. Słowa się przed nią uginały w pół, niczym szeregi wyzłoconych kamerdynerów, gdy przechadzał się przed nimi wersalskimi kolumnadami Król-Słońce. Były moimi służkami tak się układającymi na kartce, jak tylko chciałem. Bez zajęknięcia, bez oporu. Potęga rozpaczy jest niepokonalna. Teraz, gdy Cię odnalazłem na nowo wewnątrz siebie, gdym się do tej nowej niebytnej bytności przyzwyczaiłem – powrócił lek przed potęga słów. Buntują się, jak gawiedź paryska, gdy wprowadzono na szafot Obywatela Kapeta – stryjecznego praprawnuka Króla Słońce i prawnuka Króla Stanisława Leszczyńskiego. Więc poezja demokracji nie znosi. Tylko władza absolutna ma panowanie nad językiem. A rozpacz jest absolutna.
Pojechałem tam dziś ponownie. Ni żywej duszy wokół. Tym razem nawet krzesło składane zabrałem. Wszystko na kark i głowę przymocowałem i między falami odnalazłem przejście, gdzie bez płynięcia mogłem na łachę-wyspę dojść. W te samo miejsce. Litery mego kamiennego napisu przetrwały, nie rozsypane tym razem, przez dwie noce i dzień. Na nowo w notesie do walki ze słowami uparcie siadłem. Nie poddawałem się. Wydałem wojnę Naturze i Czasowi . Tej wojny nikt wygrać nie może. Ale są sytuacje, gdy wiedząc o klęsce niechybnej – wojnę wydać trzeba. Może to jednak ten heroizm miłości mężczyzn do mężczyzn, o jakim pisał Kramer? I nie wiem czy napisałem wiersz dobry, czy miłość w nim potrafiłem nazwać, opisać. Ale minął lęk przed słowami o naszej Miłości. Mój opis będzie najprawdziwszy, jedynie możliwym. Nawet Rozpacz zmuszona będzie do ugięcia kolan.
Bogdan Czaykowski był popularnym poetą polskim w Vancouverze. Miał niesamowitą i obfitą łatwość pisania. Wiersz był jego chlebem powszednim. Nie wiem, czy go to nie męczyło czasem, ale z rozmów jakie z nim prowadziłem wynikało, że raczej odwrotnie. Pewnie tak było z Broniewskim, z Tuwimem, z Gałczyńskim. Byli poetami, wszystko inne było drugorzędne, drugoplanowe. W jednym z wierszy napisał [v]:
Gdy myśl przedsłowna przejdzie próbę słów,
wtedy nasłuchuj, co ci mówi myśl
posłowna.
I taką myślą otwórz oczy poza zmysł.
Zaniemów.
Wiec może jednak zaufać mocy własnych słów? Może ta obróbka słów na poetyckiej tokarce lub szlifierce czyni je prawomocnymi? Odpowiednimi. Prawdziwymi?
A może te cztery litery kamiennego słowa na piaskowej wydmie-wyspie są całym poematem? Skończonym w swej doskonałości. Ta myśl też mnie nie opuszczała. Wiec gdyby były – taszczyłem z drobnicy kamiennej większe głazy i zbudowałem mur obronny przed falami chroniące napis. Nic wieczności oceanu nie przetrwa, wiem. Ale chwilę choć. A chwila to moje całe życie, o więcej nie dbam w swym wierszowaniu.
Cóż jest miłość więc,
jaka recepta, jaka droga,
sonata ją pisze czy wiersz?
Słońce gorące czy wodna zorza?
U schyłku czy o świcie dnia
zawoła, ramię ci poda?
Bezsilna czy potężna będzie?
Czy ją rozpoznasz, gdy przyjdzie?
Młodość się pyta natarczywa,
niepewna i niecierpliwa.
(B. P-G, 01.10.23)
Jak mam opisać naszą miłość
by ją nie zmniejszyć tanią egzaltacją?
By słowa klękały przed nią ciche,
skromne, zleknione jej mocą.
Tu – na dzikiej plaży, z hukiem fal
oceanu wzburzonego jej pychą:
cóż im jej wielkość, gdy tak krucha?
Byliśmy, gdy ciebie tu nie było,
będziemy długo, gdy ślad twój
z piasku zniknie bezpowrotnie!
(B.P-G, 03.10.23)
[i] „The Song of Hiawatha and Other Poems”, H. W. Longfellow; wyd. Readers Digest Assoc, Montreal,1989 (s. 197)
[ii] „Zielony Promień. Wiersze wybrane.” Lech M. Jakób; Wyd. Aula (2003), Podkowa Leśna; s. 232
[iii] na obwolucie tomu poezji Paula Monette „West of Yesterday. East of Summer.” wyd. St. Martin’s Press, Nowy Jork, 1974