I’m in the woods, surrounded by trees. The sun filters through the leaves, creating a dance of light and shadow. The breeze caresses the branches, making them sway. They talk between themselves in the rhythm of that sway. The air is fresh and warm, but not too hot. It’s a perfect day … or it could have been.
But I’m not here to enjoy the scenery. I’m here to find you. You ran away from me, and I don’t know why. You didn’t say a word, just took off into the forest. I followed you as fast as I could, but you were always ahead of me. I called your name, but you didn’t answer. You didn’t even look back.
From the radio in my car I listen to Puccini’s La Boheme from Metropolitan Opera in New York. Last act. In Latin Quarters in Paris, the streets are dirty, buildings poor and cold. As the residents there. Clochards, cheap women and cheaper wine, poor artists (the bohemians). Little Mimi, overcome with consumption, is brought by friends to cold apartment rented by her lover, Rodolfo. She lays in bed but gathers her strength and sings to him about her love. Rodolfo responds with the same emotions. They sing together. Her singing brings hope to her lover. He starts to believe that Mimi will live, his hope gathers strength. But Mimi is dying. Hope and love can’t escape death.
The terrain is rough and uneven. The ground is covered with dead wood, roots and rocks. I’m not as agile as I used to be. I’m not a young buck anymore, confident in my strength and speed. I stumble and fall, scraping my hands and knees. I get up and keep going, hoping to catch a glimpse of you.
But you are nowhere to be seen. You are hiding from me, or you have already gone too far. You are out of my sight and out of my reach. I don’t know where you are, or if you are safe. I don’t know what you are thinking, or what you are feeling. I don’t know if you still love me, or if you ever did. If you did, why can’t I find you in this forest, why are you hiding from me? Why have you forsaken me, my lover? Why you didn’t give me a chance to say goodbye. Why I didn’t know that the kiss was our last one? Have I known it, maybe I would have kiss you a moment longer, a second longer. Now the second , that precious moment is taken away from me. I don’t ask for much. Not for a year, nor a day even, or hour. Just that one second. Please come out from your hiding in this forest. Let me have that second.
The radio plays the sobbing anguish of Rodolfo in the final moments of last act of La Boheme. The curtain fells down.
Jest ciepło. No, może nie w tej chwili gdy to pisze. Ale zdecydowanie było ciepło (jak na kwiecień nad Północnym Atlantykiem), gdy działo się to, o czym piszę.
Idę na ‘swoje’ kamienie. Moje kamienie, to takie głazy rozrzucone systematycznie u nabrzeża wąskiej cieśniny odgradzającej stary Halifax kanadyjski od marnego Dartmouth. Ja mieszkam w tymże marnym Dartmouth. W domu nad tą cieśniną, stąd na te głazy regularnie chodzę na spacery, o różnych porach dnia i nocy i roku. Tu, w tej cieśninie wąskiej, tuż obok gdzie chodzę, kiedyś zderzyły się dwa okręty wojenne. Jeden był załadowany prochem i amunicją na front zachodni I wojny światowej. Eksplozja była największym wybuchem w historii wojen aż do czasów Hiroszimy i bomby atomowej. W okamgnieniu zniknęły całe dzielnice Halifaksu, tysiące ludzi zginęło. Gdybym siedział tak wtedy na tych kamieniach – pewnie bym nie siedział długo tylko leciał z fragmentami tych statków, tych pocisków, gdzieś w powietrze. Spory kawał małego działa żeliwnego leży do dziś po mojej strony cieśniny, jakieś kilka kilometrów od mojego domu, koło jeziora Abro, gdzie też lubię chodzić na spacery. Przeleciała sobie tak ta lufa armatnia, jak jaki dmuchawiec pod chmurami.
Ta I wojna , a potem druga, zamieniły tą cieśninę i port w Halifaksie w jakiś Kanał Sueski w najbardziej ruchliwej dla żeglugi porze dnia i roku. Okręty i statki dostawcze, łodzie i kutry były tu tak gęsto cumowane i manewrowane, że ponoć na upartego mógłbyś suchą nogą przejść przez cieśninę ode mnie na brzeg Halifaksu. A teraz by trzeba było być dobrym pływakiem i silnym by przepłynąć. Więc ja jeżdżę przez most. Samochodem. Ale wtedy, no wtedy to było inaczej. Jakby flota Greków płynęła do Troi by zmierzyć się z Priamem.
Na kamieniach mam ulubione miejsce. Głazy tak ułożone, że tworzą obszerną kanapę, niczym w Wersalu. Oparcie na plecy, wałeczek pod stopy, nawet wnęka na wsparcie ramienia. Leżę i gapię się w wodę. Myślę o tej armacie lecącej w powietrzu. A potem myślę o „Ulysessie” Joyce’a. Widzę obok siebie jego bohatera Dedalusa, Mulligana i Hainesa siedzących przy wieży Martello w Dublinie i spoglądających na wodę zatoki o kolorze zielonkawego gluta. Mistrz słowa i formy – Joyce – pisze tak silnym dialektem, że ciężko się chwilami połapać o czym oni tam gadają. Nigdy „Ulyssesa” nie lubiłem. Jest mistrzowsko nudny, jak flaki w oleju. Podziwiać mogę dyscyplinę i warsztat pisarski, chwyt adaptacyjny „Odysei” Homera. Ale, jako czytelnik chce mi się wymiotować. Prosto do tej cieśniny. Może też nabierze koloru tego zielonego gluta, jak chusteczka Hainesa.
A lubię literaturę irlandzką. I lubię Joyce’a, jako autentycznego wielkiego modernistę i awangardzistę literatury. Nie lubię tylko tego akurat dzieła, które uznaje się, jako szczyt jego talentu – „Ulysses’a” właśnie. Dla mnie to tylko ćwiczenia literackie a nie skończone dzieło.
Jakże inaczej pisze współczesny wielki pisarz irlandzki, Callil Toibin. Jego książki kocham. Czytanie ich to uczta. Ale nie zabrałem ani jednej z nich na ten mój spacer. Szkoda. Zbieram się więc do domu, zwlekam z tej kamiennej kanapy ( a nie jest to proste z moją niezbyt zdrową kondycja w oczekiwaniu wielomiesięcznym na operację), chwytam mój kijek podręczny, torbę z zeszytem. Spoglądam w niebo. O! Przeleciało coś! A jednak nie, to nie był kawałek armaty. Mewa. Biała z żółtym dziobem. Ciekawe czy mewom, które w wichurach sobie całkiem nieźle radzą (co obserwowałem często nie tylko tu, nad Atlantykiem ale i podczas wielu lat pracy na statkach na zachodnim Pacyfiku), ten wybuch tego statku z amunicją też szkody przyniósł.
Day of fog. Day of walk and talks with You. Perched above the Atlantic in Lawrencetown in Nova Scotia. Unedited, raw poetry in Polish, simultaneously translated in he same raw form to English. Exactly as many our talks, using words of both languages in the same sentence. Our crazy parlance. Day was nineteen of March, in 2023.
Dzień w opończy mgieł. Rozmowy z Tobą. Zawieszony na krawędzi zalesionego wzgórza, z Atlantykiem w dole i dali. Surowa poezja spisywana równocześnie po polsku i angielsku. Jak nasze wspólne rozmowy wymieszane zwrotami, słowami obu języków. Dzień był dziewiętnasty w marcu, 2023.
Skojarzenia, pozornie tylko oderwane od rzeczywistości. Jasna biel pod stopami i ciemne niebo ponad. Też powinno być odwrotnie: czarna ziemia lub zielona łąka na dole i błękitne, jasne niebo ponad. A jednak. Wszystko łączyć się musi z własną pamięcią zmysłów, zdarzeń: zapach kiedyś zapamiętany, dźwięk znajomy, gwiazdy migocące tak samo przecież teraz jak kiedyś. Zwłaszcza gdy spacer nocny, samotny. Gdy nikt inny nie wadzi swoją, inną pamięcią przedwieczną. Bo każdy człowiek, to kosmos własny, sam w sobie zamknięty. Pełen światów podobnych, odmiennych jednak. Musisz sobie zawierzyć, objąć go, przytulić ten kosmos jedyny, niepodważalny i niepowtarzalny. Prawdziwy.
Rachmaninow napisał kiedyś piękną pieśń do wiersza Lermontowa:
głucha noc, nie spotkam tu nikogo. C’kwoś tuman kriemienistyj, put’ bljustit nocz’ ticha … Pragnę tylko ciszy i spokoju, niech beze mnie stąpa świat … .
I słyszę , jak śpiewał to pięknie Bernard Ładysz, jeden z najwspanialszych bas-barytonów, godny dziedzictwa wielkiego Szalapina. I śpiewał ją wiele lat wcześniej rówieśnik Rachmaninowa, Fiodor Szalapin. Zaraz otwiera się szufladka pamięci, mam może piętnaście lat, pewnie mniej: spaceruję z babcią alejką Parku Zdrojowego w Ciechocinku, jesteśmy blisko muszli koncertowej. Przechodzi obok starsza, korpulentna kobieta, babcia odwraca szybko głowę w drugą stronę i szepcze do mnie: patrz w drugą stronę, jak mnie pozna to będzie nudzić przez godzinę. Za późno, słyszymy: ach, pani Wandzio kochana! Babcia stara się krzywy uśmiech nałożyć na usta: o, co za niespodzianka, dzień dobry pani Wando (były imienniczkami). Korpulentna pani to Wanda Wermińska, wielka polska sopranistka epoki odeszłej. Ja już nigdy jej na scenie nie widziałem.
Babcia miała rację, niby krótkie, niespodziewane spotkanie zamienia się w długą historię i opowieści. Ja pytam stale o coś więcej, mimo ukrytych szturchańców babci. Babcia nie lubiła kobiet starszych, przypominały jej ją samą. No, ta była gwiazda światowych scen kradła jej ważny czas naszego spaceru, gdzie ona, babcia, była centrum mojej uwagi i ona mogła mi długie opowieści wieść. Niestety, babcia przegrywa. Ja chce tych opowieści, chłonę je. Jestem niewdzięcznym wnukiem. Ale babcię mam bardzo często. A Wandę Wermińską po raz pierwszy. I ostatni, bom nigdy więcej już jej nie zobaczył. Chyba, że w telewizji, podczas programu z Bogusiem Kaczyńskim, który stare, zapomniane gwiazdy muzyki pokazywał Polsce. Rozmawiałem po wielu latach o tym spotkaniu z Bogusiem, gdy był u mnie z wizytą z okazji koncertów z solistami Operetki krakowskiej, chyba na przełomie lat 80. i 90. Ale, wracajmy do spotkania w Ciechocinku. Pani Wermińska opowiada mi o jej spotkaniu z wielkim Szalapinem, legendą dawnej epoki opery. O Szalapinie naturalnie wiedziałem bardzo dużo, tak jak o Caruso. Więc słucham – jest początek lat 20. ubiegłego wieku, młodziutka Wermińska jest w Budapeszcie na jakimś konkursie. Jednym z głównych jurorów jest … tak, legendarny Fiodor Szalapin. Wermińska stoi na scenie na którą wchodzi Szalapin, jest struchlała z tremy. Nie może wydobyć głosu. Przecież on śpiewał na prywatnych koncertach dla carów, dla królów! Szalapin czeka chwile, wreszcie ryczy swoim basem na nią: nu, czego milczysz i stoisz, jak drąg? Ona odpowiada przerażona ale szczerze: patomu szto mienia nogi wrastut w ziemla. Szalapin śmieje się tubalnie. Ale konkurs wygrała. Docenił jej głos (gdy go w końcu odzyskała). Długa to opowieść, prawda? A w czasie mojego spaceru to był tylko momencik, zmysł pamięci przez sekundę-dwie. Takie są prawa pamięci zmysłowej, która istnieć nie może poza własnym, indywidualnym przeżyciem. I tylko wtedy następuje fuzja zamysłu twórczego i autentyzmu. Inaczej to tylko igraszki literackie, muzyczne. Różnica między literaturą a literackością. Między pisarzem a literatem.
Znaczenie tej opowieści (poza nocnym spacerem, echem wiersza Lermontowa do muzyki Rachmaninowa, który natychmiast w wokalnym wykonaniu Ładysza mi się przypomniał) o Wermińskiej to też zwykły fakt, że urodziła się na Ukrainie, niedaleko Kijowa. I jest to ważne dla natychmiastowego kojarzenia z rzeczywistością obecnej wojny na Ukrainie. Jej okrucieństwami ze strony rosyjskich marzeń wielkoruskich. Marzeń rosyjskich, a ukraińskich koszmarów.
Jest John ze mną na tym spacerze, pamięć jego najczulsza, zmysłowa; kształtu i dotyku jego dłoni, zapachu jego włosów. Wymieszana z moją pamięcią dumek ukraińskich, opowieści babci i ciotek o porohach na Dniestrze, o Zaleszczykach z wakacjami, o ciotce, młodej sanitariuszce, która opatruje w jakimś eszelonie ukraińskich żołnierzy obok żołnierzy polskich w latach pierwszej wojny. Kto po której stronie tej walki był? Kto bił się o polskie miasteczka a kto o ukraińskie chutory? Krew miała ten sam kolor: czerwony. Ukraińscy chłopcy bili się też miedzy sobą o różne, odmienne Ukrainy. Gdzieś tam byli też Hucułowie, gdzieś Rusini Zakarpaccy. Tych nikt o ich opinie się nie pytał ani o to za kogo chcieliby swoją czerwień wylewać. I nie ma to chyba dziś znaczenia praktycznego. Warto jednak pamiętać. Bo pamięć ma znaczenie. Pamięć mówi językiem ludzi, którzy żyli, byli. Politycy żyją jedynie ich współczesnością. A cmentarzyki z zapadniętymi grobkami nocą snują inne opowieści.
Stąd ten mój wiersz. Dziwna fuzja rzeczywistości teraz rzeczywistej, oczywistej przez to, namacalnej, dotykalnej. Z rzeczywistością pamięci zmysłowej, historycznej. Może niedotykalnej ale czy przez to nieistniejącej, nieważnej?
Ostatnimi tygodniami kilka publikacji, do których po latach wróciłem. Polskie wszystkie (co cześciej mi się teraz zdarza – oznaka starzenia się i bliska temu sentymentalność ckliwa? 😅) i polskich autorów. Gdzieś od kilku lat ostatnich częściej po polskie książki sięgam. Jeszcze sześć-siedem lat temu było zdecydowanie odwrotnie (rzadko na moich rękach, niech ręka moja wystęka, jawi się druk Smętka 🤣), wiekszość była obcojęzyczna. Choć zwrot ‘obcojęzyczność’ brzmi kuriozalnie, gdy używa go ktoś, kto spędził trzykrotnie więcej życia poza macierzą domową… . Ale wynika to (te czytanie polskich książek teraz) z prostej przyczyny: szukanie pewnych odpowiedzi, pewnych dróg umożliwiajacych zrozumienie czegoś, co mnie akurat absorbuje. Bardzo generalizując i uproszczając te pytanie-zagadnienie brzmi: kim do cholery tak naprawdę jesteśmy? My – Polacy. Nie, niech kochani Ślązacy i Kaszubi najmilsi nie protestują. Nie trzeba. Nie chodzi o ścisłe więzy krwi , genetyki i antropologie kulturowe. Chdzi o to, że gdzieś mieszkaliśmy, pewne normy, drogowskazy kulturowo-historyczne mieliśmy i je wchłoneliśmy z ‘matczynej piersi’ (lub z butelki ze smoczkiem). Sam mam w sobie całe cysterny krwi nie tylko nie plemiennej, to jeszcze nawet (pssst) nie słowiańskiej w małej części (zdaje się, jakaś niemiecka niższego rzędu arystokratka była moją praprababką, zaś dalej jeszce w kolejności pra-pra sięgają ślady luksembursko-belgijskie, inny prapradziad był Madziarem, jedna z prababć i prapradziad z Czech – wiecej grzechów nie pamietam, LOL). Ale ni do Niemiec, ni do Wielkiego Księstwa Luksemburskiego lub niziny panońskiej ani pretensji nie mam ani związany z nimi się nie czuje – choć lubię – z małym wyjatkiem: w Pradze czuję się, jak w domu i kocham to miasto. A do Polski i owszem pretensje wszelkie mam i związany jestem z nią na dobre i złe. Kanada zaś to zupełnie inny orzech. Zgryziony, strawiony świadomie i z wyboru. Tu żadnych czarów-marów nie było ani genetyczno-kulturowej zaprawy do fundamentów. Więc te fundamenty moje w 100% polskie (cokolwiek pod tym rozumiemy) i męczą czasem w rozumieniu, w rozsupływaniu tego tobołka ponad 1000-letniego.
Stąd te kilka tytułow ostanio przeglądanych. Bardzo różnych i z bardzo różnych czasów. A na różne pytania pomagają szukać odpowiedzi. Znanych wielkich i bardzo mało lub w ogóle nie znanych (wielka sława to żart, książę błazna jest wart – tak, tak panie baronie cygański), którzy w pewnych pytaniach coś mi podpowiadali.
Stanisław Kowalczyk, młody bardzo poeta, który ginie tragicznie bardzo wcześnie. Zostaje więc tylko okrzyk młodości (i to w okropnym otoczeniu wojny i zniszczenia) szczery, jeszcze nie zmanierowany możliwymi laurami wieku dojrzałego, może starości nawet. Co zostawił, co mi wytłumaczył? Młodość właśnie, zapis uczuć i przeżyć poetyckich in statu nascendi. By ich nie zapomnieć, nawet gdy formą lekko młodopolską szfankują – bo te wczesne są ważniejsze od wszystkich traktatów mędrców wieku późnego. Pamietaj więc siebie wieku młodego – to byłeś ty. To nauka bardzo trudna do – wbrew pozorom – do zapamietania. (“Osty kwitnace”, wyd. I, Pruszków, 1943- przedruk całkowity z oryginału w 2005 w Pruszkowskiej Książnicy)
Mikołaj Rej we wspaniałym I wydaniu “Człowieka poczciwego” (Zakład Ossolińskich, 1956) z doskonałym, 60-stronicowym wstępem (sam Wstęp taki to wszak prawie osobna praca naukowo-krytyczna) kochanego Juliana Krzyżanowskiego. Co za gratka czytać Reja nie jako obowiazkową lekturę a człowieka polskiego Odrodzenia par excellance – budzenie Polski z długiego snu średniowiecznego, przywracanie korzeni przed-chrześcijańskich (klasyki greko-rzymskiej), budowanie na nowo rodziny europejskiej. Ale wszystko zakotwiczone bardzo silnie w tej chrześcijańskiej, rzymsko-chrześcijańskiej sielankowości Polski Rejtana. Jeśli czytane z tym kluczem Krzyżanowskiego – jakże na nowo odkrywcze. Tu sporo żem był sobie przypomniał, może na nowo odkrył lub zauważyłem czegom wcześniej niekoniecznie zauważył. To pomogło.
Poeta polsko-kanadyjski Ryszard Tylman i jego wydany wiele lat temu w Krakowie tomik “Koty marcowe”. Z prozaicznej przyczyny: podobne losy, czasy i miejsca. Zwłaszcza, że przypomniał mi w wierszach z ich pobytu we Włoszech (był tam z małżonką, z którą później w Vancouverze łączyła mnie serdeczna przyjaźń, a z nim współpracowałem, jako redaktor), jako polscy uchodźcy. To były te same miejsca, ulice i czasy, gdy ja tam byłem z identycznej przyczyny. W krótkich stosunkowo odstępach czasu tam byliśmy. Ja zajęty byłem pracą doraźnego aktywisty życia obozowego i jeśli sięgałem po pióro to raczej pisząc publicystykę i memoriały polityczne niż wiersze. A wiersze są prawdziwszym zapisem momentu. Momentu kolosalnie ważnego, przełomowego. Decyzja opuszczenia ojczyzny jest nie porównywalna do zmiany zamieszkania, emigracji do innego kraju. To dwa różne, kompletnie do siebie nie podobne zwierzęta-smoki. Zwłaszcza z emocjonalnego punktu widzenia. Więc czytałem te jego wiersze (cz.I pt. ‘W drogę’) i pamietałem, przypominałem. Nie, chyba nie porównywałem, bo to bezsensowne – Ryszard to on, a ja jestem Bogumił, też dwa różne zwierzaki. Ale proces emocjonalno-twórczy musiał i był podobny, zbliżony. Więc te wiersze mi przypomniały ten moment właśnie, nie w refleksji historycznej a ulotności chwili właśnie. Tamtej chwili w jej trwaniu, a nie pamięci tej chwili. Zamknąć czas chwili potrafi tylko poezja (lub rzetelne Dzienniki). To różnica kolosalna.
Wielki dla polskiej myśli niepodległościowej i dla przetrwania niezależności polskiej literatury był naturalnie przez cały okres mazi PRLowskiej Jerzy Giedroyc. Sam pisał bardzo mało. Literatem nie był. Był Redaktorem-Organizatorem. Szarą Eminencją. Ta jego “Autobiografia na cztery ręce” (wyd. Czytelnika, 1996) jest tego potwierdzeniem w pełnej mierze. Ale nie szukałem tego potwierdzenia. Nie szukałem też śladów moich prywatnych z nim kontaktów ani jego klucza do rozumienia wagi literatury emigracyjnej. Chodziło mi o dość rzecz prozaiczną czasowo a związaną z wojną na Ukrainie. Tą wojną teraz, nie tamtymi w latach 1918-20. W końcówce Miedzywojnia Giedroyc już był własnie taką szarą eminencją, takim organizatorem, który zapalał pewne iskry pomysłów politycznych. Dużym problemem w II Rzeczypospolitej była naturalnie kwestia mniejszości narodowych w Polsce. I pomógł mi jaśniej to zobaczyć, bez sentymentu rodzinnego i literacko-poetyckiego. Więc wygladało to słabo. W zasadzie nie wygladała w ogóle. Z winy – może lepiej by było napisać: z zaniedbania? – Polaków i polskich władz. Pojedyńcze osoby starały się coś w terenie zrobić ale skutecznej polityki zabrakło. Można nawet zaryzykować, że (bez ujęcia jej w ramy systematyczne) polityka, która istniała i działała była szowinistyczna i przeciwna temu. A wielka szkoda. Podejście Polski było paternalistyczne a nie partnerskie. Niestety (dla Polski) wiek był XX a nie XVIII.
Czy coś to tłumaczy (np. Rzeź Wołyńską)? Tak. Zresztą nie chodzi o tłumaczenie (zbrodni wytłumaczyć nie sposób) a o zrozumienie pełniejsze. Widzenie dalej niż krawędź własnego nosa. Pespektywę historyczną zajść, zachowań.
Czytanie się więc przydaje ciągle. I to by było na tyle.
Każda wojna, każda rewolucja, każde powstanie jest brzemienne w mity, legendy chwały i bohaterstwa. Cmentarze ze szczerniałymi od starości krzyżami, z białymi brzozowymi krzyżami, małe kapliczki i tabliczki po lasach, na rogach ulic, tynkach kamienic. I wielkie pominiki z marmuru, granitu, stali. I nazwiska-symbole dowódców, żołnierzy. Ma też bardów. Zwłaszcza tych, którzy polegli w walce, jak Baczyński lub Gajcy. Każda wojna, walka na śmierć i życie ma też setki nieznanych lub bardzo mało znanych młodych poetów, twórców sztuki, którzy tej wojny, tej walki nie przetrwali, a przedwczesna śmierć uniemożliwiła im rozwój talentu, publikacje. Twórcze zaistnienie w historii swojego kraju. Więc, gdy rocznica już siedemdziesiata ósma Powstania Warszawszkeigo nadeszła – nic nie pisałem na jakichkolwiek forach i w jakimkolwiek formacie. Dajmy im już usnąć, bo ten ciągle powracający szmer i walka słów o sens tej hekatomby już zbyteczny. Historia. Teraz zwłaszcza, gdy nikt prawie z tch, co o tym opinie wydają w tamtym czasie nie istniał. Nawet w zamysle rodziców. Nawet Powstania Styczniowego i jego przywódców tak nie szarpano, jak tych z tego 1944.
Teraz, blisko dziesięć dni od tej daty wybuchu Powstania, od jego obchodów chcę jednak przypomnieć, poniekąd symbolicznie tych, o których w tych obchodach nie wspominano. Tych nie znanych lub prawie nieznanych, bardzo młodych żołnierzach-poetach Armii Krajowej. Skłoniła mnie do tego wymiana zdań z dyrektorem Książnicy Pruszkowkiej, który w tych obchodach w Pruszkowie pod Warszawą brał udział. Bo przypomniało mi to postać Stanisława Kowalczyka, wyjątkowo uzdolnionego poety, o którym bez wątpienia, gdyby tą wojne i ten rok 1944 przeżył, byśmy usłyszeli dużo więcej, a literatura polska miałaby nowy, piękny rozdział. 23 sierpnia 1944 ta nadzieja, ta szansa na nowe publikacje, nowe wiersze – zgasła.
Poniżej publikuję zdjęcie ze stron rocznika “Strumień” (wydanie z 2007) z moim esejem na temat jego twórczości.
Sam, w latach gdy w Pruszkowie mieszkałem (sypiałem raczej, bo mieszkałem de facto w Warszawie, gdzie żył cały mój świat) lubiłem tą drogę do Pęcic. I od tegoż, 2007 roku, na zawsze już mi się z Kowalczykiem będzie ona kojarzyć. Więc: non omnis moriar – dla mnie, Polaka całe życie z literaturą związanego, Stanisław Kowalczyk na zawsze tej literatury ważnym fragmentem pozostał.
Czemu Zaleszczyki, w dodatku te nad Dniestrem? Czemu nie? Po godzinach czytania, słuchania smutnych wiadomości z Ukrainy nic innego już robić w stanie nie jestem. Po prostu myśli biegają po nazwach znajomych, bliskich. Dziś zapomniana mieścina, Zaleszczyki przed wojna (tą Drugą) były kurortem pierwszej klasy Rzeczypospolitej. Naszymi Włochami, Toskanią, wybrzeżem adriatyckim. Przecudownie umieszczone w dużym zakolu błekitno-zielonego Dniestru, z plażami, winnicami, restauracyjkami. Ba, tam było najdłuże w Polsce połączenie kolejowe z regularnym pociągiem aż nad Bałtyk! Przez most, po drugiej stronie rzeki była już Rumunia. A winnice tameczne produkowały wina w jakimkolwiek innym regionie Polski niemożliwe. Toteż tzw. towarzystwo lubiło tam zjeżdżać zewsząd. Dalekie Podole … Wanda, moja babcia, uwielbiała wyprawy do Zaleszczyk z dalekiej Wileńszczyzny. Zmusiła w końcu swego meża, dziadzia Emanka, by bodaj w 38 kupił tam plac na budowę letniej willi. Dziadek chciał w Zakopanem, ale babcia, o ponad dwadzieścia lat młodsza piękna kobieta, długo nad przekonaniem męża pracować nie musiała.
Poniżej zdjecia babci w Zaleszczykach, w stroju huculskim. Kolejowy most graniczny z Rumunią. Obecnie, po zmianie granic w 1945, granica rumuńsko-ukraińska przebiega paredziesiąt kilometrów głębiej.
I o tych Zaleszczykach, dziś dawnego kurortu nie przypominających, myślę i zastanawiam się, gdzie uciekną, jak się będą bronić obecni, Ukraińscy, mieszkańcy tego zapomnianego zakątka raju, gdy wściekłe bomby rosyjskie będą na nich spadać? Czy kolumny czołgowe nadchodzić będą po padnięciu Odessy czy wkroczą od pro-rosyjskiego skrawka Mołdawii zwanego Naddniestrzem? Zaleszczyki nie mają dziś znaczenia militarnego ani nawet przemysłowego. Czy obroni ich to przed okupacją i przed ostrzeliwaniem ludności cywilnej? Czy będą ginąć dzieci, które dzień wcześniej będą baraszkować na plażach pięknego Dniestru?
Czy też Putin w swych planach nie ma zamiaru przekraczać przedwojennej granicy polskiej i zatrzyma swój podbój mniej wiecej na tej linii? To jest też możliwe. Wobec Ukrainy Wschodniej może kontynuować swoją kłamliwą wersje o jedności z mateczką Rosją. Zainstalować w Kijowie ‘rząd’ zdrajców ukraińskich, który w krótkim czasie ogłosi referendum (rezultaty bez problemów będą dowiezione z Moskwy) na temat ‘nierozerwalnej braterskiej łaczności z Rosją’? Czy to kosmiczna wizja? Może. Czy jest kosmiczną wizją odbudowy (o której mówił wielokroć) Imperium Rosyjskiego? Nie wiem, w których granicach. Z końca XVII wieku, z XIX (to ostatnie komplenie niemożliwe bez wojny nuklearnej)?
A co z tymi kilkoma milionami uchodźców ukraińskich, którzy w miedzyczasie znajdą się w Polsce, Rumunii, Mołdawii i na Węgrzech? Niektórzy może już dalej.
Myślę o tym wszystkim i głęboki smutek mnie ogrania wobec tej ziemi, tych stepów, tych miast. Niektórych bardzo nam , Polakom, bliskich. Ziemi skomplikowanej historii i dziejów. Od legendarnej, skandynawskiej Rusi Kijowskiej Waregów, przez ruskie Księstwo Halicko-Włodzimierskie, Rzeczypospolitą Obojga Narodów (dwukroć w planach zamyślana, jako Rzeczypospolita Trojga Narodów (a więc i tego ruskiego-ukraińskiego), Hetmanat, krótkotrwałe republiki ukraińskie w końcowych latach I wojny. Krainy, gdzie smutek i krew były dniem codziennym. Ale i nadzieja. Uparta nadzieja. Zabrało im długie setki lat by to wszystko zjednoczyć, zlepić z fragmentów narodowy epos, z różnych szczepów – naród.