My previous biking took me across the salt marshes from Colle Harbour toward Lawrencetown. Today I continued it starting from West Lawrenscetown. It is called Atlantic View Trail. But it is also a part of a national bikeway through the entire country, starting on Vancouver Island in BC. Having drove from one coast to the other, now I can say that I also biked through both ends of the Trail: in Vancouver Island and Lower Mainland of BC and now in Nova Scotia.
That was a very strange night. I watched some TV, and couldn’t watch any more news, as the stories from Gaza were just so depressing. Watched some Netflix movie about some Argentinian young fashion megastar. It was tiring just by the speed of the movie-documentary, him being like high on something nonstop, all the time. Somehow I started talking to You. Was sad and happy at the same time. Sad for obvious reasons, happy because we talked. Told you that life is like that now, like this movie on speed. I rush to do things, and have to be busy all the time. Just to avoid life. The reality. Sort of: not now, please. I’m busy. Will talk about it later. I have to finish this, that; have to run, have to drive somewhere.
Avoiding. Not being irrational but not willing to deal with reality, either.
Went to bed about midnight saying that I had to get up about 5 am to drive to a bike trail in the middle of a forest near West Lawrencetown to catch with my camera the sunrise over the ocean. But the night was strangely hot, couldn’t fall asleep even with a wide-open window. Then a train started going back and forth near my building with a terrible noise of the train breaking and smashing of the train cars as they moved and stopped. Went back to the living room, switched the TV back on, and watched some more of something. You were nowhere to be seen or heard and couldn’t continue our conversation. Made a decision to drive to that spot in the forest about 6 AM. Finally felt tired and sleepy. Before I knew I was asleep. And didn’t get up till 8 AM! Sunrise was gone an hour earlier. But did go for the bike ride anyway. Remembering the night I dressed warmly but very lightly. Took even a towel and an extra pair of underwear in case I decided to take a swim. Started biking at about 10 AM. And instantly knew that I wasn’t dressed as I should. It was freezing! And icy wind that went through my clothing. Swimming in the waves was out of the question when I got to the beach. If I drove by car I probably would – and warm in the car after swimming. But getting on the bike and biking back easily 10-15 km to where I parked would probably turn me into an icicle, LOL.
Rozmawiałem z Tobą cały wieczór i potem pół nocy chyba. A miałem plany wycieczki rowerowej wzdłuż jezior i brzegu oceanu wczesnym rankiem by uchwycić wschodzące słońce nad Atlantykiem. Ze wschodu wyszły nici. Gdy w końcu dwu lub trzygodzinną drzemkę złapałem – obudziłem się już o ósmej rano. Dawno po wschodzie. Mimo to pojechałem w las, do tej trasy. Noc była nadzwyczajnie ciepłą, jak na tę porę roku. Ale dzień odwrotnie – więc ubrałem się bardzo nie odpowiednio, zbyt lekko. Mimo marznięcia – trasę rowerowa, tak jak zaplanowałem, tak przejechałem. Widoki piękne, surowe, zimowe już (choć bez śniegu) mają też swój specyficzny urok surowego piękna. Lato to barok natury, a zima to styl romański północnej Europy.
Czy ta wycieczka była moją ucieczką od rozmów z Tobą? Od zajęcia się rzeczywistością? Nie wiem, Kochanie. Wydaje mi się, że tym razem nie masz racji mówiąc, że życie trwa nadal i powinienem zacząć znowu starać się żyć. Wrócić do świata realnego. Może te życie, które prowadzę, te nasze rozmowy, moje poszukiwania Ciebie na plażach oceanu, jezior – to właśnie moja nowa realność, rzeczywistość? Nie jakaś dziwna ucieczka od niej, a przeciwnie – akceptacja jej. Widzisz, kiedy jestem wśród ludzi, rozmawiam z nimi, dyskutuję – Ty w tym tłumie , pośród nich znikasz, przestajesz być. Ale gdy wędruję po plażach, nawet po ulicach ale samotnie, gdy łażę po skałach – Ty jesteś obok. Przy mnie. A ja lubię mieć Cię przy sobie. Ty chyba też lubisz, gdy jestem obok.
Pojechałem do Ciebie, do nas – na nasz ostatni przystanek ostatniej wycieczki za miasto. Do słonych bagnisk Cole Harbour. Widzę Twoją twarz, Twój zmęczony uśmiech. Twój skrywany żal. Bo Ty już wiedziałeś lepiej niż ja, jak krótki czas przed nami. Wszystko bym dał, życie z radością, by jeszcze dotknąć Twojej twarzy, jeszcze palce we włosy Twoje włożyć, przytulić na moment. Ten moment byłby warty wszystko właśnie, każdy dzień kolejny i każdy rok samotności.
The words of love
are difficult
they escape description
of dictionaries
of synonyms
of thesauruses
Her language
are smells,
touches, syllables.
They are screams
of grief,
they are exclamations
of tears.
They avoid punctuation marks,
because they lack
a moment to stop,
to rest.
Love is a movement,
a hurried run.
She is aggressive,
demanding,
or submissive impatiently.
Even when she sleeps –
Her breathing is
expecting you.
That is why when I call you –
I scream or I cry.
And most often when I call you –
I am silent.
Tak i dzisiejsza, późnym popołudniem w dzień pochmurny, wycieczka rowerowa, zabrała mnie na trasę groblą przez te bagniska hen, aż do Lawrencetown. Miałem czas na nasze bezsłowne rozmowy. Na fotograficzny zapis tych urokliwych jakimś smutnym urokiem, miejsc. Rozlewiska słonej wody oceanu mają inną florę i faunę niż jeziora słodkowodne. Mają zdecydowanie inny zapach.
I went today to meet you at our last drive outside the city boundaries. I saw your face again, your sad smile. I recognized your attempt to cover from me your sorrow. Your sorrow because you knew already better than me the shortness of time remained for us. And I screamed in silence, I cried. Wanted to touch your face, feel your hair between my fingers, caress you…. Nothing, nothing ever can be truly joyful and fully happy in my life. My future seems to be like a life wasted, effort unnecessary.
And today’s bike ride on the dyke, through the marshes to Lawrencetown was somehow close to my thoughts. The colours, smells, even the fauna and flora of salt marshes are very different from those of fresh water lakes. Everything is dimmed somehow, austere. So was the time of day – late afternoon, greyish, cool weather.
Blisko trzysta lat temu Vivaldi skomponował Koncert na skrzypce i fortepian „Cztery pory roku”. Wielokroć (ku zgorszeniu wielu, LOL) już pisałem, że muzyka baroku często a gęsto mnie nuży. Nie znoszę ‘od kropki do kropki’ w jakimkolwiek gatunku sztuki. Ale i w baroku są perełki czystej urody. Ten właśnie Koncert Vivaldiego zawsze lubiłem słuchać. Ba, by się staremu nadwornemu kompozytorowi przypodobać napisałem kiedyś (dedykując jemu) cykl czterech wierszyków „Sezony”. Vivaldiemu zmarło się jednak 270 lat wcześniej i pociechy z mojego gestu wiele mieć nie mógł. Ale niech tam, w sztambuchu ‘ku pamięci’.
Z tego cyklu więc, stosownie do pory roku, wierszem o jesieni zapis dzisiejszy chcę zacząć. Całość była oczywiście o czterech porach roku, a opisałem je za pomocą zachowań i używania języka, jego funkcji, przymiotów – od liter poczynając, na pełnych zdaniach kończąc. Całość pewnie ukazuje wykonanie pomysłu najlepiej ale tu ten o jesieni musi wystarczyć.
Wiersz jesienny
Elegancja zwrotek kunsztownie nizanych,
samogłosek dojrzałych, pełnych, dźwięcznych.
Jak garnitur trzyczęściowy, z goździkiem w butonierce.
Kropki i przecinki w zdaniach sensem związanych,
siedzą na werandzie trzymając się za ręce.
Jeszcze ciepło, pięknie choć już smutno,
za ogrodem zmierzch, noc. Może jutro?
(01.12.2011)
Więc październik już. Jadę z Tobą na plażę mało uczęszczaną, mało znana, a przepiękną. W East Chezzetcook. Tak, tą samą od której zacząłem moje poszukiwania Ciebie i nas odkąd rana na tyle się zagoiła, że mogłem chodzić. O pływaniu jeszcze mowy nie było, ale brodzenia do kolan któż mógłby mi zabronić? Byłem tam wówczas chyba więcej niż dwukrotnie. Pisałem kolorowymi kamieniami mój poemat o nas. Jedno słowo, ale aż cztery litery. Cztery tylko, bo po angielsku, aby lokalne ptactwo wodne mogło przelatując odczytać. Następnego dnia fale zebrały moje kamyki w jeden kłębek. Może próbowały czytać a potem nie potrafiły w kolejność ułożyć? Nie wiem. Fakt, że palców fale nie mają. To już tak zostawiłem. Jeździłem z moim krzesłem plażowym, więc mogłem odpoczywać, pisać inne, dłuższe listy do Ciebie.
Potem szukałem Cię na innych plażach, piaszczystych i kamienistych. Mogłem już w końcu pływać. Nie pamiętam kiedy (mógłbym sprawdzić, bo zapisywałem nasze rozmowy), ale w końcu zrozumiałem Twoją niecierpliwość moich poszukiwań i przypomniałem sobie o obietnicy, jaką Ci złożyłem w te dni ostatnie, dni najgorsze. Że nie będziesz nigdy sam, że będę Twoim Domem. Do końca. Odtąd i ja przestałem jeździć sam. Zaczęliśmy znowu jeździć razem. I dzisiaj, na tą plażę właśnie w East Chezzetcook, środku nowoszkockiej Akadii, pojechaliśmy razem. Pokazałem Ci w końcu, jak ona wygląda. Przed tym Okrutnym Dniem razem na niej nigdy nie byliśmy. Ani ja sam jej nie znałem.
Chwilkę, cofnijmy się nieco w czasie. Byliśmy przecież obok. Jedna z pierwszych naszych wycieczek, pierwszej zimy w Nowej Szkocji, zawiodła nas do West Chezzetcook. Pamiętasz ten maleńki drewniany kościółek i ten uroczy cmentarzyk wiejski przed kościółkiem? Tą zamarzniętą, jak lodowisko łąkę, po której szliśmy trzymając się za ręce, by się nie wywrócić? A wszystko przez Twoją Ciotkę Teresę. To przecież ona, dystyngowana dama poprzedniej epoki, Theresa Cormier z Isles de la Madeleine podarowała mi ten poemat Longfellowa „Evengeline” o wygnaniu i wędrówce powrotnej francuskich Akadyjczyków z Nowej Szkocji do Luizjany. Szukałem więc śladów Evangeliny. Osad akadyjskich. To taki romantyczny poemat! Longfellow miał się trochę wzorować na Mickiewiczu, którego poezją był zafascynowany.
Opisuje tragiczny dzień aresztowań francuskich Akadyjczyków. Żołdacy brytyjscy przyjeżdżają do Gran-Pre. Biedni farmerzy i rybacy muszą oddać ziemię, dobytek. Sami, aresztowani, będą zesłani do Luizjany. Evangelina biegnie do tłumu zebranych wypatrując ukochanego Gabriela. Nie zważa na ostrzeżenia ojca. Znajduje ukochanego, podbiega do niego, tuli głowę w jego ramię, gładzi twarz i szepcze przez łzy: ‘Gabierlu! Bądż dobrej nadziei! bo jeśli kochamy się wzajem nic zaprawdę nie może nam zaszkodzić , jakiekolwiek nieszczęścia by naszły![i]
Natomiast Ty sam podarowałeś mi już w pierwszych tygodniach naszej miłości kopię „The Ryme of the Ancient Mariner” S.T. Coleridge’a. Przepiękny poemat i talent poety o niebo lepszy niż Longfellow’a. Choć nie łatwo było mi go czytać. Ten cudowny a tak zupełnie inny od współczesnego (!) angielski nie jest aż tak prosty, LOL. To, zdaniem moim, jedno z arcydzieł literatury angielskiej. Bohater poematu za zbrodnię zabicia albatrosa ukarany jest śmiercią załogi i wędrówką statku pchanego tam, gdzie niosły go fale morza, głodem i pragnieniem nieustannym (‘woda, woda wszędzie, a ni kropli do wypicia’). Gdy w końcu, u kresu życia, uratowany jest przez napotkany port – karą za jego zbrodnię jest wędrówka przez świat nieustanna i opowiadanie o tej zbrodni.
Literatura, poezja zwłaszcza – wbrew temu, że często o poetach się wyrażam ironicznie, jako narcyzach literatury – jest moim towarzyszem nieustannym. Nie zawsze chcianym i lubianym. Zdecydowanie nie ‘dodaje mi skrzydeł’, LOL. Jeżeli już, to czasem ciężki powróz. Bo wszystko już powiedziano, przed wszystkim ostrzeżono. I nic. Jakichkolwiek rezultatów pozytywno-edukacyjnych. Może faktycznie jesteśmy, jako gatunek, tępi po prostu. Ale coś robić trzeba, więc niektórzy piszą.
Nowa Szkocja to wszędzie morze. Obojętnie gdzie i jak będziesz wędrować – prędzej czy później nad morzem wylądujesz. Kochana moja, nieżyjąca od lat Irenka Kropińska primo voto Pasławska, zacna krzewicielka kultury (zwłaszcza muzyki i literatury) i w Polsce i w Kanadzie, dała mi kiedyś tomik poezji swego przyjaciela z Polski, Lecha Jakóba, z napomnieniem bym koniecznie z nim w kontakt wszedł. Ale czasy się pomieszały bardzo szybko. Odeszła Irenka (do dni ostatnich przy niej byłem), potem Mama moja ciężko się rozchorowała. Zapomniałem o poecie z Koszalina, panu Jakóbie. I tak już zostało. Przeglądem teraz jego tom „Zielony Promień’. No tak, w poezji – jeśli szukasz – wszystko możesz znaleźć. I znalazłem. Ot, ten fragment wiersza ‘Morze inaczej’[ii]:
morze jest twoje zupełnie
gdy potrafisz o nim powiedzieć „ja”
ja jestem
lub też lepiej:
ja jestem morze
po którym pływają wszystkie
kutry świata
Wszystkie? No chyba jednak tak. Tylko takie znamy. Na moim też pływają wszystkie kutry świata. Tego świata i tego morza, które znam. Mojego świata. Słyszałem, ba! – wiem, że są inne. Ale cóż mi po nich i po kutrach, które na nich pływają?
Piaszczysta wąska wydma, która zawiodła mnie w East Chezzetcook dalej niż kiedykolwiek przedtem (był właśnie odpływ) powoli rozlała się w strumień, potem rzeczkę, w końcu płytką zatoczkę. Zebrałem wszystko w plecak, który ręką trzymałem powyżej pasa i znalazłem łachę piaskową otoczona zewsząd morskimi stawami połączonymi wartka morska rzeką z matką-oceanem. Te ‘stawy’ to takie zbiorniki słonej wody, które w przypływie łączą się bardzo prędkimi i głębokimi ‘rzekami’ z Atlantykiem, a w odpływie zamieniają się w spokojne słone jeziora. Masa w nich krabów. I woda w nich nieco cieplejsza niż na otwartym oceanie. Moja łacha piaskowa była dość wysoko położona i zalanie mi nie groziło przez kilka najbliższych godzin. Ale znalazłem się nagle na wyspie – z plecakiem, z notesem, telefonem, LOL. Plecak silny jednak, dobry zamek i dość nieprzemakalny brezent. Wiedziałem, że w jakimś węższym miejscu przepłynę bez większej szkody dla zawartości. O kamerę ze stojakiem martwić się nie musiałem. Od czasu, gdy porwały ją fale huraganu Lee, mimo mojej pieszczotliwej opieki, suszenia i czyszczenia – pomarło się bidulce na amen. Trochę żal, bo służyła mi dobrze.
John siedział obok cicho. Nie chciał nic mówić widać. Mogłem się tylko domyślać, co by powiedział, gdyby był tu fizycznie, poza byciem ze mną we mnie. Uśmiechnąłem się słodko, jak potrafiłem i rzekłem: przepraszam, ale nie martw się, ja sobie z Tobą i plecakiem poradzę. No wiesz, że ja lubię takie niespodzianki, przecież nie jesteśmy na jakiejś tratwie kilometry od brzegu. Uśmiechnął się tą swoja rozbrajającą dobrocią i tylko westchnął: eh, ty zawsze musisz jakąś przygodę wyszukać i cieszy cię to. Przyzwyczaiłem się do tego, no i lubię jak ciebie to cieszy. No i jak tego chłopaka nie kochać? Nie sposób.
Świetny poeta amerykański, Paul Monette wydał blisko dwadzieścia lat temu zbiór poezji „West Of Yesterday. East Of Summer”. To było monumentalne dzieło poezji odpowiadające na tragedię iście grecką, jaka spotkała środowisko LGB (bo o tym w tej materii i czasach tylko mówimy) w dobie kryzysu AIDSa. Ta tragedia dotknęła jego też, stracił partnera, kochanka. Znany i głośny wówczas dramatopisarz, Larry Kramer napisał w recenzji: ‘to są przepiękne, druzgocące serce krzyki – takie piękno z takiego bólu i straty i agonii – i ja chcę aby każdy je usłyszał, każdy tchórzliwy bastard w Waszyngtonie, kto pomógł nam umierać, każdy na świecie, kto nie wie, że mężczyźni kochają mężczyzn majestatycznie, pięknie, heroicznie.’[iii]
W innej zupełnie sytuacji, bez tego strasznego tła, jakie nas przytłaczało w okrutnej dobie AIDS’a – ale jakże ten okrzyk bólu rozumiem po Stracie. Jak nic dać pocieszenia ani wytchnienia nie może. Mój świat uległ podziałowi na dwie epoki: przed i po. Może nasza miłość (w porównaniu z tamtym okresem) nie sięgała poziomu heroizmu, ale była i majestatyczna i piękna.
Z tegoż tomu przetłumaczyłem fragment wiersza ‘Przypisując pamięci’ (ze strony 3)[iv]:
Jeśli pływaliśmy to płynęliśmy
głęboko w dół koralowych wież, gdzie
lawa miesza się z atramentem, aż dach
rafy stał się początkiem Atlantydy,
delfiny uwodząc zalotnie tańczyły.
A ja ciągle mojego wiersza nie potrafiłem skończyć. Bałem się, byłem tchórzliwy. Nie miałem odwagi przed jej – miłości – potęgą, majestatem. Nie brakło mi tej siły w pierwszych miesiącach po stracie. Czarna rozpacz była silniejsza od tchórzliwości wierszoklety. Słowa się przed nią uginały w pół, niczym szeregi wyzłoconych kamerdynerów, gdy przechadzał się przed nimi wersalskimi kolumnadami Król-Słońce. Były moimi służkami tak się układającymi na kartce, jak tylko chciałem. Bez zajęknięcia, bez oporu. Potęga rozpaczy jest niepokonalna. Teraz, gdy Cię odnalazłem na nowo wewnątrz siebie, gdym się do tej nowej niebytnej bytności przyzwyczaiłem – powrócił lek przed potęga słów. Buntują się, jak gawiedź paryska, gdy wprowadzono na szafot Obywatela Kapeta – stryjecznego praprawnuka Króla Słońce i prawnuka Króla Stanisława Leszczyńskiego. Więc poezja demokracji nie znosi. Tylko władza absolutna ma panowanie nad językiem. A rozpacz jest absolutna.
Pojechałem tam dziś ponownie. Ni żywej duszy wokół. Tym razem nawet krzesło składane zabrałem. Wszystko na kark i głowę przymocowałem i między falami odnalazłem przejście, gdzie bez płynięcia mogłem na łachę-wyspę dojść. W te samo miejsce. Litery mego kamiennego napisu przetrwały, nie rozsypane tym razem, przez dwie noce i dzień. Na nowo w notesie do walki ze słowami uparcie siadłem. Nie poddawałem się. Wydałem wojnę Naturze i Czasowi . Tej wojny nikt wygrać nie może. Ale są sytuacje, gdy wiedząc o klęsce niechybnej – wojnę wydać trzeba. Może to jednak ten heroizm miłości mężczyzn do mężczyzn, o jakim pisał Kramer? I nie wiem czy napisałem wiersz dobry, czy miłość w nim potrafiłem nazwać, opisać. Ale minął lęk przed słowami o naszej Miłości. Mój opis będzie najprawdziwszy, jedynie możliwym. Nawet Rozpacz zmuszona będzie do ugięcia kolan.
Bogdan Czaykowski był popularnym poetą polskim w Vancouverze. Miał niesamowitą i obfitą łatwość pisania. Wiersz był jego chlebem powszednim. Nie wiem, czy go to nie męczyło czasem, ale z rozmów jakie z nim prowadziłem wynikało, że raczej odwrotnie. Pewnie tak było z Broniewskim, z Tuwimem, z Gałczyńskim. Byli poetami, wszystko inne było drugorzędne, drugoplanowe. W jednym z wierszy napisał [v]:
Gdy myśl przedsłowna przejdzie próbę słów,
wtedy nasłuchuj, co ci mówi myśl
posłowna.
I taką myślą otwórz oczy poza zmysł.
Zaniemów.
Wiec może jednak zaufać mocy własnych słów? Może ta obróbka słów na poetyckiej tokarce lub szlifierce czyni je prawomocnymi? Odpowiednimi. Prawdziwymi?
A może te cztery litery kamiennego słowa na piaskowej wydmie-wyspie są całym poematem? Skończonym w swej doskonałości. Ta myśl też mnie nie opuszczała. Wiec gdyby były – taszczyłem z drobnicy kamiennej większe głazy i zbudowałem mur obronny przed falami chroniące napis. Nic wieczności oceanu nie przetrwa, wiem. Ale chwilę choć. A chwila to moje całe życie, o więcej nie dbam w swym wierszowaniu.
Cóż jest miłość więc,
jaka recepta, jaka droga,
sonata ją pisze czy wiersz?
Słońce gorące czy wodna zorza?
U schyłku czy o świcie dnia
zawoła, ramię ci poda?
Bezsilna czy potężna będzie?
Czy ją rozpoznasz, gdy przyjdzie?
Młodość się pyta natarczywa,
niepewna i niecierpliwa.
(B. P-G, 01.10.23)
Jak mam opisać naszą miłość
by ją nie zmniejszyć tanią egzaltacją?
By słowa klękały przed nią ciche,
skromne, zleknione jej mocą.
Tu – na dzikiej plaży, z hukiem fal
oceanu wzburzonego jej pychą:
cóż im jej wielkość, gdy tak krucha?
Byliśmy, gdy ciebie tu nie było,
będziemy długo, gdy ślad twój
z piasku zniknie bezpowrotnie!
(B.P-G, 03.10.23)
[i] „The Song of Hiawatha and Other Poems”, H. W. Longfellow; wyd. Readers Digest Assoc, Montreal,1989 (s. 197)
[ii] „Zielony Promień. Wiersze wybrane.” Lech M. Jakób; Wyd. Aula (2003), Podkowa Leśna; s. 232
[iii] na obwolucie tomu poezji Paula Monette „West of Yesterday. East of Summer.” wyd. St. Martin’s Press, Nowy Jork, 1974
Jesień. Więcej chyba jej w poezji i sztuce ogólnie niż innych sezonów. Jest coś i ciepłego i smutnego jednocześnie w niej. Jest świadomość przemijania, odchodzenia, umierania. Jest chwilą na wspomnienia szałów wiosny i osiągnięć lata. Ma kolorów, cieni i blasków więcej niż pozostałe okresy roku.
Otwiera bramy do skończoności, do nietrwałości wszystkiego, co ludzkie, co naturalne, co fizyczne. Co żywe. I ta realizacja, to pogodzenie się z nieugiętym prawem nietrwałości, tymczasowości, nadaje jej jakiś specjalny charakter transcendentnego smutku, smutku z lekkim uśmiechem na ustach. Nie śmiechu, a uśmiechu właśnie.
Był taki onegdaj poeta niegłośny a dobry, Stefan Gołębiowski. Dziś mało kto go pewnie pamięta. A ja lubiłem jego wiersze: krótkie formy, najczęściej dziesięciozgłoskowe, czasem 5-cio. Były ciepłe w dotyku, nie hałaśliwe. Coś stwierdzały, coś opisywały, ale bez wyroku, bez oceny. Mało w nich było zachwytu nad własną erudycją, tak strasznie popularnego wśród polskich poetów ostatnich chyba 100 lat. Trochę był w tym podobny do pisania Szymborskiej. Zdecydowanie był odwrotnością, zaprzeczeniem poetyki Barańczaka – poety kunsztem od niego o niebo wyższym, aliści przesiąkniętym takim parnasizmem i samozachwytem, e faktycznie w czołówce tych poetów polskich się znalazł.
Wiec tenże ‘mój’ skromny Gołębiowski tak sympatycznie ten rodzaj uśmiechu zarysował we fragmencie wiersza „Uśmiech”[i]:
Straciła nogi w powietrzu toczone
straciła dłoni światło różanopalce
——–\\——–
w konchach uszu sen zaprzepaścił świadomość
więc nic nie ocalało zapytał zgubiony uśmiech
morze westchnęło z niepamięci dobyty powstał
obłoczek piany i z konchy wychynął mięczak.
Więc rowerowo się na spotkanie z kolorami i widokami jesieni wybrałem. W miejsca, gdzie dawno już nie byłem. A gdzie z Johnem wspólnie chodzić lubiliśmy.
Ah, Fall … the mystique of the delicate fabric of fog rising from little lakes, and meadows. Sad but in a resigned and almost sweet type of sadness. The sad smile of accepting fate. The vigor of Spring is gone, although still strong in our memory; the mundane and mature things of Summer are gone, too. Thank god for that. Adulthood of summer of our life is too calculated, too measured. Too much of: but what if … . What if life happens?
Let it happen, then. Let it happen, enjoy the risks, the rewards, and the bitter failings.
Fall is so much more mature, so much more accepting and forgiving. C’est la vie, mon cheri. The timid smile of understanding, perhaps even resignation. Melancholic. Invisible John slightly squeezing my arm, my bike – we walked.
Mona Lisa’s smile of da Vinci? Or the smile Canadian Indigenous poet, Sarain Stump put on one of her short poems[ii]:
Gotta be the best
at the ball game
and hunt something
——–//——–
put together a few wise words
in front of the elder ones
all because she smiled at me
and her father said
he ain’t gonna give her
to who’s not a man
[i] Utwory poetyckie” Stefan Gołębiowski; wyd. LSW, Warszawa, 1975
[ii] “There is my people sleeping” Sarain Stump, pub. Gray’s Publishing, Sidney, BC, 1974
I have started the ‘Talks with John’ soon after His passing. Last place we went to, on our numerous journeys, was a little, tranquil lake called ‘Dollar’, in the midst of deep forest, half way between Highways No.102 and 107. I was the first place I returned to, after He was gone. It seems fitting it was a place I went to few days ago, closing that period of my search of Him. Here is the final letter. First part in Polish, second in English. Just a note to the Reader: both parts are a continuation of the entire text, not a translation. I could have write the entire piece in both languages – but that would not be honest to the emotional process of writing it down. My talkes with Him were bilingual and I want to preserve that aspect of it. The authenticity of the emotions. —– Polska i angielska część moich Rozmów z Johnem nie są po prostu tłumaczeniem jednej wersji na drugą. To osobne fragmenty jednego całego tekstu. Świadomie w takiej formie chce je pozostawić, gdyż taką formę rozmowy dwujęzycznej z Nim prowadziłem. Przepraszam jeśli komuś sprawi to kłopot w rozumieniu i znajomości obu języków. Ale takie są prawa oryginału.
Posłuchaj raz jeszcze, wytłumaczę Ci moje zmagania. I moje klęski emocjonalne, moją słabość. To, że zapomniałem, że jestem Twoim Domem. Naszym Domem, że Ci to obiecałem i że tego ode mnie oczekiwałeś. Gdzieś tą pewność zagubiłem, gdzieś schyliłem plecy w jakimś bezgłośnym szlochu. Jeździłem po miejscach znajomych i nieznanych przedtem i szukałem Ciebie, wołałem Twoje imię. Tak, jakbyś odszedł. Wszędzie zabierałem ze sobą swój notes i te walki wewnętrzne opisałem.
Czas bym Ci złożył z nich sprawozdanie, bym te strony notesu otworzył. I obietnicę na nowo podjął, w pełni zrozumiał. Czas na powrót do Domu z podróżowania. Domu, którym jestem ja i w którym Ty mieszkasz. Na zawsze.
(Conrad Beach, 21.09.23) – Wszystko to jeden przeciągły krzyk. Jedno nieustanne wołanie, jak nieustanny szum fal. Jak ich huk, gdy rozbijają się o brzeg, gdy załamują się pod własnym ciężarem w dzikiej kipieli białej piany. Może dlatego do tych opustoszałych o tej porze roku plaż jeżdżę. By z nimi krzyczeć, by niosły ten krzyk daleko, topiły w swych głębinach i zamykały go w leżącej na dnie ciężkiej kryształowej szkatule.
Piszę do Ciebie na mokrym piasku list-poemat w archaicznym języku, którego sam nie znam, ale przeczuwam. Nadchodząca fala zbiera każdą literę, każdy znak runiczny i zabiera ten list. Zbiera delikatnie każde ziarnku piasku z każdej runy i niesie do swoich głębin. Może tam, w tej głębi największych rowów oceanów, na wielkich perlistych konchach siedzą wszyscy kochankowie i kochanki oczekujące na te listy.
(Dollar Lake, 22.09.23) – Więc przyjechałem tu znowu w pogoni za Tobą. Tu zaczynałem moje poszukiwania Ciebie, moje ucieczki z domu. Ucieczki do nas, w nas. Za naszymi śladami, szczątkami rozmów, słów, uśmiechów, dotknięć. Miejsca ostatnie dłuższej wspólnej wycieczki kończącej nasza wielką podróż życia.
our first visit to the lake
Las za plecami jest pełen swoich rozmów. Jakiś ptak z uporem coś zrzuca z gałęzi, coś rozdłubuje. Szuka pożywienia pod korą? Na budowanie gniazd wszak już za późno. Nadeszła jesień. Woda jest chłodna ale przyjemna. Gładka jak powierzchnia lustra. Po grzywaczach szalonych fal oceanu dziwnie się jakoś pływa po takiej lustrzanej tafli.
Możliwe, że i ta podróż tu, nad to jezioro, jest moja ostatnią. Tamta pierwsza, odbyta wspólnie, istnieje tylko w moim sercu, w mej pamięci. Czas oddać te jezioro, ten las, tę szosę do niego prowadzącą, innym kochankom. Ich marzeniom, ich pocałunkom. Jest piękna cisza, jesienne słońce chyli się ku zachodniej ścianie lasu, nawet lekki wiaterek ustał. Jakby nie chcieli mi przeszkadzać, jakby umówili się: dajmy mu jeszcze chwilę, trochę czasu by się tych wspomnień nałykał.
my first return to the lake, in May, 2023
Czasu na odwiedziny i czasu na pożegnanie. Niech nastanie już ta cisza.
To think of it, You were my Canada. My entire life here. My love for this country was my love for You. I went to Halifax today for this last recorded on-paper talk with You. At my favored spot in this city at the beginning of Coburg Street. In front of my favored church – St. Andrews United Church.
There are many reasons to like this spot: it is, in a way, an invisible border separating bustling and noisy Halifax of tourists and business from Halifax the quiet, the reflective. But it is also the church I have visited many times for musical concerts organized there. But above that there is one more thing, a small detail that I noticed and just love it. The administrative annex of the church is a very busy and noisy some sort of school/childcare facility. There are always many kids coming and going, laughing, joking, saying hi and goodbye. The entrance to this school is always adorned with some rainbow symbols of the LGBTQ+ community. What a most splendid idea! Remember? I showed it to You and You agreed. Introducing the kids to the reality, that love has no boundaries, that all are welcome and included. Just that visual effect is stronger and better than lectures could ever be.
That is why I came here to finish this letter to You. About our Canada, Canada You gave to me. Or Canada that made us.
Canada now is with me all the time. Your gift to me and Her gift to us. Wherever I go, She will go with me. She is part of me, like our love and You.
I will stop searching for You on the vast beaches in the majestic bosom of waves crashing on the shore. Stop looking for You on the tranquil trail and beach of Dollar Lake lost in the middle of an old forest. It is true – memories of us being there, are still there. But they are also inside my soul, imprinted there till the day I die.
I didn’t need to call Your name, You are not hiding in any of these places. You are within me. You are us, and I am us.
You once said: ‘wherever you are, there is my home’. I remembered it at the beginning of my immense grief. Over time that grief became so heavy, so strong, it started to overpower me. And I run to these places calling Your name, begging You to answer, to reveal Yourself.
But now it all came back. You are everywhere I go. At home, on my travels, my walks. You are my Canada. My true heimat. I can take it with me across any mountains and oceans. The entire world is that – our Canada. You have come back where You always belonged – to me. Let’s walk together the rest of the Journey, wherever it takes us.
from my last visit to the lake in late September 2023
Song of Love
1
The waves are calling –
blue sky caressing white foam
of the sea, embracing the shape
of clouds taking bath in it.
Like you – your hips, your hand
in mine, your touch on my chest,
my fingers in your hair learning
the shape of the lobe of your ear.
The air is moist, fragrant,
the air is still around us.
And whispers, words quivering
with anticipation, expecting.
Longing anchored in our sight,
begging, trembling impatiently.
Eyes searching, touching, embracing.
The air dancing, pirouetting, flirting.
2
Memory. Your years of boyish youth.
Fear of rejection, of not finding
the answer you dreamt of. The torture of
that fear. The air is suffocating, dense.
Imperious impatience asking urgently:
is it? our love? Hey, boy! You promised
to find it – our love. You promised
that I will be in love. Our pact for life.
I! I! I must know how it feels! The air!
Must feel it myself: impatience, hungering.
Not tomorrow, not in some future. Now!
My youth not wanting innocence anymore.
I want to be guilty of stolen nights,
of jumping through the window
to magical streets leading to forbidden
dark pathways in dense parks.
Finding other eyes, other fingers
searching for me in the pantomime
parade of shadowy silent silhouettes.
In the dense air breathing heavy.
3
Finding you waiting for me.
You finding me. We will know,
when our eyes will meet. We.
Not me, not you. We – lovers.
Ciągle, nieustannie. Cóż słowa te mogą oznaczać? Ileż w nich prawdy ale i ile po prostu chciejstwa, zwykłej ludzkiej potrzeby uciekania od rzeczywistości, od świata rzeczy materialnych, dotykalnych, widocznych?
Jesteś ze mną. I nie ma Cię jednocześnie. Czuje Cię, ale nie mogę Cię dotknąć. Rozmawiam, ale nie odpowiadasz.
Może to jest jakoś tak, że część tylko Twoja została i tą część noszę w sobie. A jakaś część odeszła, znikła bezpowrotnie?
Pojęcia nie mam. Która jest większa, ważniejsza. Może są takie same? Może to bez znaczenia. Jesteś, jak niebo w które patrzę siedząc na ‘moich Kamieniach’ nad zatoką. Zachmurzone pierwszą warstwą ciężkich, granatowych chmur. Ale to przecież nie całe niebo, nie kompletne. Nie cały Kosmos. Co raz wiatr przenosi układy tych niskich chmur, robi się przerwa i widzisz w nich jasno-błękitne koszulki bialutkich, jak przebiśnieg chmurek.
Panta rhei – tak, płynie, zmienia się. Ale ta rzeka, którą znamy, jest tylko tą z tego momentu właśnie gdyśmy się nad nią pochylili, zanurzyli w niej. Dla nas jest więc wieczna, nieprzemijająca. O tej innej, zmiennej, wiemy tylko, że jest też gdzieś, zgadzamy się z jej istnieniem, ale po prawdzie jest nam ona niepotrzebna.
Może jutro pójdę na spacer ulicami Halifaksu, którymi chodziliśmy razem. Może do miejsc Twojej pracy: do Cytadeli, do serdecznej w pamięci elewacji budynku Berkeley na ulicy Gladstone. Serdeczna i bezinteresownie szczera troska jego mieszkańców o Ciebie, ich wdzięczność za Twój specjalny sposób udawadniania im, jak oni są wyjątkowi, specjalni i niezbędni w samym fakcie istnienia. Ta troska, ta serdeczność i ciepło tych nieznanych mi ludzi były mi bardzo potrzebne. Widocznie rozmawiałeś z nimi o mnie też, bo nagle przynosiłeś dla mnie wycinki z gazet, programów o ciekawych wydarzeniach muzycznych w mieście i okolicy, o koncertach, spektaklach teatralnych. Z dopiskiem odręcznym: ‘important information for Bogumil, I hope you find it interesting’. Od kobiety, której nigdy nie widziałem na oczy. Czasem zdarzył się słoiczek konfitur truskawkowych lub jagodowych … . Ileż w tym było ciepła. Dzięki temu, że byłeś tym, kim byłeś.
Więc jest ‘jutro’ – pojechałem do Halifaksu naszymi śladami. I naturalnie, że powinienem się tego spodziewać – naprawdę nie lubiłeś fotografowania się. Więc musiałeś jakoś zmusić mnie do pośpiesznego wyjazdu na ten spacer po Halifaksie i wykorzystując mój pośpiech ‘zapodziałeś’ gdzieś mój telefon, którego w tym pośpiechu oczywiście nie zauważyłem, że nie mam. Tak więc zdjęć – jak chciałeś – z tego spaceru nie będzie.
Ale byłem, chodziłem do miejsc Twoich pod Cytadelę, pod Berkeley. A jakże mógłbym nie pójść do Public Gardens? Poszedłem. Tu lubiłeś ze mną na spacery chodzić. Siedzę więc tu teraz, w tym parku. Tuż pod tą fontanną z królową Wiktorią zbudowaną na jej Diamentowe królowanie. Tak, masz rację, faktycznie wygląda dużo uroczej w pełnej zimie, gdy otacza ją cicha, puszysta jak biały gronostaj, pierzynka śniegu.
Podaj rękę, choć pójdziemy powoli dalej. Może nad staw? Nigdzie już się śpieszyć nie musimy. Doskonale wiesz, że do pozowania do zdjęć dziś Cię zmusić nie mogę. Aha! Sam się uśmiechasz zadowolony. Do mnie. Tym Twoim uśmiechem czystej, bezbronnej miłości.
Wracam do samochodu. Zapamiętałem nazwę uliczki, gdzie zaparkowałem: Cedar Street. Cała dzielnica małych domków ma takie same, podobne do siebie. Więc zapamiętałem tą nazwę, by nie błądzić wracając z parku. Idę chodnikiem i patrzę tylko na lewa stronę, bacząc by nie minąć tej ulicy Cedar, nie zwracając uwagi na okolicę. Patrzę trochę w zamyśleniu na płyty chodnika. Nagle zatrzymał mnie czarny napis na jednej z kolejnych płyt. Krótki, wyraźny: Goodbye. Podnoszę wzrok i widzę tabliczkę z nazwa ulicy – Cedar Street. Rozglądam się i uprzytamniam sobie, gdzie jestem. Uliczka Cedar biegnie spod wielkiej z czerwonej cegły bryły szpitala. Wszystko sobie przypominam, poznaję widok, budynki. Właśnie na tej uliczce zostawiałem zaparkowany zielony KIA Soul. Twój samochód, którym przyjechałem za karetką. Stał na tej ulicy przez trzy dni i dwie noce. A ja w te dni i te noce musiałem się z Tobą żegnać. Musiałem pozwolić im przypinać różne urządzenia do Twego ciała, poprawiać wielkość dawek różnych płynów, leków. Starałem się usuwać na bok by im nie przeszkadzać. Byli nadzwyczajnej dobroci i czułości. Kilka razy udało im się skłonić mnie do położenia na jakiejś kanapie w pokoiku obok. Wracałem po dziesięciu minutach. Nawet, gdy racjonalnie już wiedziałem. Gdy poprosiło mnie dwóch lekarzy w pewnym momencie na rozmowę. Taką, gdy się mówi, że medycyna nic już zrobić nie może. I czy się zgadzam na … . Powiedziałem, że tak. Nie mogłem patrzeć na męki Twego zmęczonego ciała. Mojego ciała. Ciebie. Ale, że jeszcze nie, nie dopóki nie będę miał rozmowy z Tobą. I położyłem się obok Ciebie na skraju tego szpitalnego łóżka, pielęgniarka zasłoniła kotary. Całowałem Cię najczulej, jak mogłem. Każdy fragment Twego pięknego ciała, Twojej twarzy, oczu, rąk, nóg. I opowiedziałem Ci cała długą historie naszego życia. Od pierwszego dnia poznania, od wycieczek w Kanaskis Country, do Gór Skalistych, mieszkania w Bragg Creek, w Calgary, podróży przez te góry nad brzeg Pacyfiku, gdzie mieliśmy długie i piękne lata, wyjazdu do Europy, wyjazdów do USA. Naszych podróży. Aż do tej długiej bardzo, przez cały kontynent tutaj. Do Halifaksu.
Wszystko to było nieopisanie piękną i długą przygodą. Zawsze lubiłem podróżować. Nigdy nie myślałem, że dzięki Tobie przeżyję taką. Jak jakiś długi film mistrzów ekranu, jak powieść najwspanialszych pisarzy, poemat boskiego poety. Śpisz teraz. A ja nocami rozpamiętuję nasz długi sen. Argonautów o Kolchidzie, spacery dusz orfickich, wędrówki Rumiego z Szamsem. Nie, nie ma w tym boskości ni cech nadprzyrodzonych. Przeciwnie – jest to nad wyraz proste, człowiecze. Nasza odwieczna tęsknota do drugiego. Nie spotkałem Cię ani na Olimpie lub Parnasie, nie wędrowałem do Araratu lub Tybetu. Po prostu pewnego dnia, z wieczora, poszedłem na drinka do pewnego baru, dwa kroki od rzeki Bow w Calgary. Okazało się, że i Ty wpadłeś na ten sam pomysł, miałeś tą samą zachciankę. Ot, i cały ‘cud’. Przypadkowy zbieg okoliczności. Równie dobrze tak Ty, jak i ja mogliśmy w ostatnim momencie zmienić plan, pójść do innego baru, lub zrezygnować z drinka. Byłem szczęściarzem, nie zmieniliśmy.
Słuchając znajomej uroczej aktorki czytajacej do tegoż ‘Narodowego Czytania’ wybrany fragment ‘Nad Niemnem’, westchnąłem bez zastanowienia się: ah, mój Niemen i Grodno kochane, jakżebym, z Tobą poczytał wspólnie. Agata Pilitowska przyjęła to poważnie i nim się zorientowałem … czytałem właśnie. Przestroga przeto do wszystkich: nie wzdychajcie zbyt często, bo złota rybka może usłyszeć (lub Aladyn) i konsekwencje mogą być nieobliczalne, LOL.
Of lovers and friends. Of the most unfortunate ones, who were friends and became lovers. Oscar Wilde once described that dilemma clearly. And trust me – he knew a thing or two about it. Yes, of course, I’m taking off that famous line from the Ballad of Reading Gaol. Yes, yes – that line: ‘Yet each man kills the thing he loves’, which is followed, by the end of that stanza, with: ‘The coward does it with a kiss, The brave man with a sword!’[i]. The year was 1898, he was just recently released from prison in England. Went soul, heart, and financially broken to France, to try to re-established himself. Of course, too late. Just the Ballad remained, a shadow of a once proud, elegant poet, a member of society. With the misfortune of falling in love with some rich boy. Who, with tears or glee (who knows) sold him to the gallows trying to save his own skin (and father’s money, naturally).
Thus, boys and girls alike, for heaven’s sake – do not fall in love with your friends. Rather, become friends with your lovers.
Narcissus and Echo by John. W. Waterhouse
In the Prologue to the “Alchemist”[ii], Paulo Coelho writes beautifully the story of Narcissus’s death. Of course, Coelho would not have been such an amazing writer, if he had merely repeated the thousands years old story told already hundreds of times by others. No, he added a sweet surprise at the end. So humanely grotesque (as all Greek gods stories were): when the goddesses of the forest came to the Lake, where gorgeous Narcissus drowned, they asked the Lake: Why do you weep? and expectedly the Lake replied I weep for Narcissus. The goddesses were understanding, they themselves chased the boy through the forest, trying to see his famous beauty, the beloved of Apollo himself. And they admitted to the Lake, with a hint of jealousy, that although they pursued the boy, the Lake alone could see his beauty the best. At that moment the old story takes a different, shocking turn when the Lake replies: But… was Narcissus beautiful? A conversation ensues, as expected. The goddesses explained that obviously since Narcissus so often admired his own reflection in the Lake waters, the Lake must have noticed his beauty. The Lake paused, thought, and after a while replied: I weep for Narcissus, but I never noticed that Narcissus was beautiful. I weep because, each time he knelt beside my banks, I could see, in the depths of his eyes, my own beauty reflected[ii]. What an amazing twist to the old tale! I love writers and poets, who tell us: oh, come on! don’t be timid – allow yourself to dream, to tell the secret and true thoughts, and desires. Mirror, mirror – tell me if I am … . LOL
Thus, be a friend of your lover. Avoid the terrible pitfalls of friends, who become lovers. There are really very few brave souls, who survived the utter honesty of true friendship in forming eroto-romantic union. Poor Andre Gide felt forced to explain his “Immoralist”[iii] by the timid (and so obviously false, LOL) words in the Preface to his little, yet so sweet book. Thank God at the very end he was able to utter the most powerful explanation in the history of art: To say the truth, in art, there are no subjects, which only sufficient explanation is the art itself[iii]. O! Little critics with overblown moralistic egos – be quiet already. You are not a philosopher but a scribe jealous of a writer.
The dilemma of choosing if a friend could be a lover was a paralyzing complexity for Jean Genet in his amazingly honest story of “Prisoner of Love”[iv]. More so even, because it is intertwined with the love and passion for the Palestinian cause. Did he consummate his love for the Palestinian boy or was it just a Platonic passion? The powerful novel/memoirs, written in France (his last work, shortly before his death), were treated as not very important literary achievements. Au contraire, mes amis – it is one of his best. Powerful, very deep psychologically, insightful. This book and a little (in size comparison) booklet “Out of Place”[v] by great intellectual Edward Said taught me much more than any historian about Palestine and its tragic People ever could. But it is a different subject.
How can you write about friends and lovers without mentioning three amazing people: Polish writer/intellectual and modus vivendi of Parisian art circles – Konstanty Jeleński; his wife, famous Spanish-Italian surrealist painter Leonor Fini[vi] and Italian aristocrat, painter and diplomat Stanislao Lepri. All of them lived happily and joyfully in sexual and friendship union until their deaths. How did they survive all the pitfalls of such a union? I personally believed that that Jelenski and Lepri were the primary lovers most of all, and Fini was their artistic, crazy, and much senior femme fatale.
In 1995 Jelenski invited me to visit him in Paris. But, when I finally arrived – his sprawling and beautiful apartment on rue de la Vrilliere was a circus in full swing. Leonor was just preparing her special exposition in the Senate of the French Republic. Paintings were everywhere: on sofas, on beds, on chairs. And people were constantly coming and going. Friends from all over Europe. Poor Kot felt so bad, I had a chuckle. He quickly rented me a room in a small hotel nearby, on rue Croix des Pettits Champs. I was happy, telling you the truth. My gosh, I was young then, and Paris and her evenings and nights were so … appealing? Appealing, for sure, LOL. This way he had more time to concentrate on the crisis at hand (Leonor’s Exhibition) and I could concentrate on things (shall we say?) not only intellectual. Hmmm. After all – late evening walks along the Seine could be very … exciting? Enough said.
But back to friends and lovers – Leonor, Konstanty (Kot or Kocik in Polish – sort of French un minou, which definitely would be a much more proper name for Jelenski, who was truly a very sweet guy), and Stanislao. How did they survive for so long? Especially that at the beginning there was one more constant female shadow – a true femme fatale of their ménage à trois: Konstanty’s formidable mother. Madame Rena Jelenska de domo Skarzynska, from very old Polish nobility. Rena couldn’t stand Leonor. She didn’t mind at all (was actually fond of him) Stanislao Lepri. But that old crazy Spanish whore?! Poor Kot. Even more tragic because he actually truly loved both women: his mother and Leonor. But on the subject of staying together till death – I think that Kot, Leonor, and Stanislao could because actually, they all slept with each other (separately at the beginning, I assume) before they became friends. They were the happy part of the equation: lovers, who become friends.
Last but not least here is a more modern case of brilliant Irish novelist Colm Toibin in his multi-layered novel “The Story of the Night”[vii].
The novel is truly a masterpiece of combining so many complicated subjects and themes without losing for a moment the personal story of its protagonist – Richard Garay. Richard leads many lives: English, Argentinian, artist, businessman, even (for a brief moment) politician. But most of all – gay in a very macho dominant male world of South America. Another constant is the presence of his dear friends: Susan and Donald.
The writer (himself an openly gay writer) does not shy from describing many of Richard’s lovers and one-night encounters. But it is the brief encounter of sexual attraction revealed by Richard toward his straight friend Donald that warrants mentioning. Encounter – which is important to note – planned by Donald. He ‘just’ wanted to check if, as he suspected, Richard was homosexual … . No sexual encounter ever happened. But, yes – it couldn’t be denied that Richard was aroused and willing. Even the fact that the act itself was never consummated – it changed their friendship dramatically. In some way, it wounded it mortally.
Therefore, my dear boys and girls, please take it as the wisdom of almost god (meaning me, naturally). If you must experience the forbidden truth and fornicate, please choose a stranger rather than a friend. With a stranger, you have nothing to lose (other than your presumed virginity). If you are lucky the experience will bring you a lot of joy and satisfaction, at worst – it will be a disappointment (first times often are, nothing to be ashamed of). With a friend, the stakes are much higher and sometimes lasting lifelong bitterness or guilt.
And do read a good book before. Not really educational. A good literary book. Like one of these mentioned above.
[i] Selected Poems of Oscar Wilde including the Ballad of Reading Gaol, by Oscar Wilde; CreateSpace Publishing Platform, 2017; p. 56
[ii] „The Alchemist”, Paulo Coelho; pub. Harper One, 1993; p. 197
[iii] “Immoralista”, Andre Gide, by Wyd. Zielona Sowa, Cracow, 2006 (Polish translation by I. Rogozinska)
[iv] „Zakochany Jeniec”, Jean Genet; wyd. W.A.B, Warszawa, 2012; p. 486 (Polish translation by J. Giszczak)
[v] „Out of Place”, Edward Said; Random House, 1999