Szlachetność rozmazana we mgle

Niebo i ziemia. Szlachetność arystokratyczna i szlachetność przedmieść. Wszystko niczym nić Ariadny połączone, nanizane na długi sznur radości młodzieńczej i tęsknoty starości. Mgły i kropelki mgielnego niby-deszczu okrywającego zatokę, porty, mosty. Mosty znikąd do nigdzie.  Jak straszny krzyk żalu, jak jęknięcie nadziei. Niespodziewane oczarowania życiem. I zmęczenie nim, rezygnacja.

Przeszłość, jak kotwica nie pozwalająca ci wyruszyć żaglówką ku przygodom otwartego oceanu. I kotwica przeżarta rdzą, z wyłamanymi ramionami, znaleziona na jakiejś dzikiej plaży – niepotrzebna, bezużyteczna. Jak kotwice Leonarda Cohena, którego polsko-litewskie pochodzenie do niczego – prócz solidnego osadzenia w tradycji żydowskiej – nie przywiązywało, wpływu na życie i twórczość nie miało. 

Dziad z Wilna, matka z Wołkowyska. Matka , która jeszcze śpiewała w Montrealu  zapamiętane z dzieciństwa piosenki w jidysz i po rosyjsku. Ale po rosyjsku, nie po polsku. A przecież Wołkowysk od prastarych czasów w granicach Rzeczpospolitej…  .  Owszem, Cohen przeżył pewien moment wzruszenia i szeptu przeszłości podczas wizyty w Polsce w 1980. Zasłaniając się ‘apolitycznością’ odmówił jednak spotkania na scenie z Wałęsą [i]. Cohen, który lubował się w szokowaniu słuchacza i czytelnika nagą erotyką graniczącą czasami z pornografią.  ‘Apolityczność’ wielkiego barda ballady kanadyjskiej zależała jednak widać od miejsca pobytu, wywiadu, koncertu. Szlachetność przedmieść?  Nie zwróciłbym na to żadnej uwagi, gdyby nie fakt, że w krótkim czasie po turze europejskiej, z daleka od łapki sowieckiej, na koncercie w Bostonie zadedykował swój utwór „The Partisan” Solidarności w Polsce. I wilk syty i mysz cała? Moja ulubiona riposta na to znane powiedzenie brzmi: wilk i owszem – syty, ale po myszy ślad zaginął.  Wielkość miesza się z małością.  Humanum est … .

To tylko akapit, cień człowieka i jego kruchości. Bo mój Cohen jest wspaniały i uwielbiany. Mój Cohen tańczący mnie i moja duszę do utraty tchu. Do końca. Jest też człowiekiem – kruchym wbrew noszonym zbrojom. Hallelu-u-u-uja! Panie mój, Panie Zielonooki – każdemu po trochu, i kurwie i Bogu. I Cohen przyklaszcze i Villon radośnie zapłacze. Żadnej piosenki-wiersza nie pisał tak długo. Stale nowe wersje, nowe ujęcie. I uniesienie religijne w żydowskim mistycyzmie i chuć natrętna starzejącego się mężczyzny. Prawie zawsze do kobiet wiele lat młodszych, często dekad. Czy ta chuć była obrzydliwa? Dlaczego?  Dla kogo?  Czy ze wstrętem się oddawały rozkoszom sławy, pieniędzy czy też w głębokim oddechu, wygiętym niczym kark napiętego łuku biblijnego myśliwego, wyrzucały przez zęby: halleluja?!

Dlaczego Janis Joplin, tragiczna muza schyłku lat hippisowskich, weszła nad ranem do tej samej windy hotelu cyganerii artystycznej Nowego Jorku, w której był już Cohen? Chelsea Hotel. Więc tam się spotkali, w tej windzie. Nie znali się. Z windy poszli prosto do pokoju 424 i wiedzieli, że resztę nocy spędzą nie dyskutując o muzyce ani poezji. Rok był 1968. Cohen miał 33 lata. A w przeciwieństwie do Balzakowskiego Paryża – hippisowska mantra nie pozwalała ufać nikomu (zwłaszcza mężczyźnie) powyżej lat 30. Joplin miała 25 lat. Więc Cohen powinien być dla niej dinozaurem. Dwa lata później Janis zmarła w Hollywood skutkiem silnego przedawkowania narkotycznego. A Leonard wykorzystał noc do skomponowania utworu ‘Chelsea Hotel No 2”[ii].   

Dwie dekady wstecz. Czas epoki innej. Może zaściankowo-purytańskiej? Literatura zaś wielka. Czas na kurwy i na chłopaków lat Witold Gombrowicza. I zapisuje je skrzętnie, wszystkie prawie zapamiętane przygody w ‘Kronosie’[iii], najdziwniejszym chyba dzienniku-pamiętniku światowej literatury. Bawiło mnie i męczyło jednocześnie strasznie czytanie tych zapisków. Podrywanie chłopców argentyńskich w dzielnicach portowych, przedmieściach szemranych. Obok pisanych eleganckich i bardzo par excellence literackich„Dziennikach”. Jakby gwizdał na to wszystko i śmiał się: no tak – Focault i Nobel i Paryż i Berlin intelektualne. Ale dupcie argentyńskich żulików to dopiero cymes! Ale nie gwizdał na ten blichtr światka literackiego i sławy jednak. Przeciwnie – bardzo o niego zabiegał, walczył. Gombrowicz był seksualistą doskonałym. Nie określałbym bym go nawet biseksualistą, ani homo, ani hetero. Po prostu lubił tą ‘robotę. Z kimkolwiek. Żywemu nie przepuścił. Miał szczęście chyba urodzić się w swojej epoce.  Mężczyzna czterdziesto i pięćdziesięcioletni zdecydowanie wówczas należał jeszcze do kategorii ‘balzakowskiej’: król i lew salonu i ulicy. I łoża (lub barłogu). Jeżeli ktoś się mógł gorszyć, to nie różnicą wieku, a faktem, że partnerem był chłopiec a nie dziewczynka. O tempora, o mores … . LOL.

Więc zaglądam w swój notatnik (nie kronosowy bynajmniej, ale nagi w szczerości). 26 lipca, 2023. Powrót z trasy olbrzymich głazów i gęstej kosodrzewiny w okolicach West Pennant. Trasa kończy się na uroczej, ostatniej plaży, która jest jednocześnie plażą nudystów. A plaże nudystów uwielbiam. Kocham pływać nago, wydaje mi się to jedynym sposobem współżycia z żywiołem wody. Czy kto widział kraby lub delfiny w strojach kąpielowych?!  Rybki w majtkach lub stanikach?!

No i naturalnie scena w jakimś nocnym klubie w Londynie – Judy Garland śpiewa: C’mon, get happy, shout halleluja! Tyle, że Londyn prawie dwadzieścia lat później, jakiś klub na Soho, nie pamiętam nazwy. Imienia chłopca też nie, ale pamiętam, że się z nim całowałem.

               

Za(piski) z notatnika

26.07.2023. Skały w Sambro Creek i West Pennant.

Wynurzeni, jak Atena z białej piany morskich fal ukazują się nago na skale, tuż na przeciw mnie. Trzech zgrabnych książąt, dorodnych i z rodów szlachetnych. Z nonszalancją, która przez ich pochodzenie i czar młodości nie jest przykra ani natrętna. Każdy członek ich ciał równie powabny, jak śmiejące się oczy pod łukami nieskazitelnie czarnych brwi, chłodzonych powiewem wachlarzy rzęs. Naturalnie w zbroi, akcentowanej dwoma łuskami brązowo-czerwonych sutek.


26.08.2023. Shannon Park w Dartmouth.

We mgle

Mgła, siatka drobnego deszczu otula

wilgotniejący dzień, ubranie, skórę.

Parasol zbyteczny, to prawie nie deszcz.

To mgła tańcząca scenę zbiorową

łabędzi z baletu Czajkowskiego.

*

Wirują piruety sceny świata.

Może to nie deszcz a topniejący wdech

zamierającego lata, westchnięcie

nadchodzącej chyłkiem lasami i

łąką jesieni – nieśmiało, cicho.

**

W przedpokoju spakowane walizki:

kurtki i kapelusze na dni słotne,

komplety bielizny i skarpetek też,

letnie koszule na dni słoneczne,

buty i sandały na spacery.

***

Brzęczy telefon, wysłana wiadomość:

ze względu na gęstą mgłę wszystkie loty

 odwołane i lotniska zamknięte.

Pana podróż też zlikwidowana.


[i] „I’m your man. The Life of Leonard Cohen”; by Sylvie Simmons; wyd. McClelland&Stewart, 2012; s.345

[ii] magazyn ‘Rolling Stone’, 14 listopad, 2016; “How Leonard Cohen Met Janis Joplin: Inside Legendary Chelsea Hotel Encounter”, Jordan Runtagh

[iii] „Kronos”, Wyd. Literackie, Kraków, 2013, ISBN 9788308050781

Poszukiwania samotnej miłości

Samotna Miłość

Jeżdżę i szukam Cię po dzikich plażach. Nasłuchuję okrzyków fal, poszumu wiatru.

Początkowo jeździłem na plaże i do miejsc, gdzie jeździliśmy razem. Rozmawiałem z Tobą, spacerowaliśmy trzymając się za ręce. W domu piłem ranną kawę z Tobą. Jeszcze byłeś, choć co raz bardziej milczący, co raz mniej wyraźny. Aż stałeś się cieniem, który jest blisko ale niemożliwy do dotknięcia, przytulenia.

Zacząłem więc jeździć w miejsca dzikie, nieznane. Z dala od ludzi.

Na dzikiej plaży, oddalonej od świata, mozolnie zbierałem kolorowe kamienie. Pisałem nimi list do Ciebie, mój krzyk. Ułożyłem z nich słowo ‘Miłość’. Czy spłynąłeś poświatą księżyca przed świtem by go znaleźć, odczytać, przycisnąć do piersi?

Wróciłem znowu tu, na to miejsce

po dwu dniach. Kamienie znalazłem,

poznałem kształty i kolor – przypływ

zebrał je w gromadę. Został tylko

wykrzyknik, głos zawieszony wysoko

nad piaskiem, nad wodą, niebytem.

                Czy jesteś jeszcze ze mną,

                czy jesteś tylko krzykiem

                bólu, pustki, rozpaczy?

Podszeptują: trzeba żyć. Trudno. Koleje jego tak właśnie ustawione.; tak było na początku i tak będzie na końcu.

A nikt nie pyta: ale czy można żyć? Więc bez pytania nie może być odpowiedzi. A życie to droga ku czemuś, do celu, ku jakiejś przyszłości. Ja jej nie mam. Nie chcę mieć. Jest mi zbyteczna. Ani na plażach wypełnionych śmiechem i krzykiem plażowiczów, ani na dzikich ostojach bezludnych. Została tylko ona – Miłość. Samotna, bez dotyku, bez drżenia, bez pocałunku.


Link to all “talks with John – Rozmowy z Johnem

John and me; Patsy Cline and Lacme; Love

At the very beginning, we understood the immense power of our feelings. We felt it even if we couldn’t comprehend the substance of it.

Yes, we were dating, as many young couples always did. But the dates were like an ocean, like a massive waterfall from the peak of a high mountain. The power of it was immeasurable. I think that, at times, we were overwhelmed with it. Oh, we knew that we liked each other, that we were very attracted to each other. Dear god! we were so young, especially John, hardly a man yet or just on the cusp of beginning to be one.

Life and dating for young gay men in the 80ties and 90ties was the same as for any other young people and yet, so fundamentally different from the majority. Apart from very few and very cosmopolitan cities, they couldn’t just stroll through parks and streets in a warm embrace, stilling happy kisses from each other.  Even there it was acceptable only in very few parts of the cities and still with a degree of personal risk. By the time we met, it was already much easier. That was that time of history (happily) that John belonged to. Mine started earlier, in darker times and places. The age difference wasn’t as big, but the difference in experience – huge.

Young gay man life in Warsaw in the late 70ties and early 80ties was like a minefield for a blind person. Very dangerous physically, perhaps even more emotionally.

By the time we met, I had already a long string of one-night stands that seemed and felt like it was a norm, a standard expected. My young, boyish innocence was gone or hidden somewhere deep and secretive.

Not that I was his first sexual partner. But comparing our experiences he was the Virgin of Orleans, and I was the courtesan of Babylon. LOL. But we were both innocent in the taste of huge, big love. A feeling we longed for: the torments, the powerful currents. And when they came for both of us – they swept and carried us to lands unknown. Lands of Dreams, Desires stronger than any notion of relationship, of dating.

Thus the dating was short. It was pointless. We had to become one: completely, permanently, fully.

Music was part of that beginning. John had strong, established musical tastes and I did, too. They were very different. We shared them, learned from each other. My love of opera and classical music, his of powerful traditional country music of North America, music full of longing, hardship, and dreams often unfulfilled. Thus our two songs and two melodies began. One that we often came back to through our long union in Calgary, Vancouver, and Halifax. The ‘Flower Duet’ of mezzo and soprano from the French Romantic opera “Lacme” and North America’s amazing country singer Patsy Cline and her famous hit ‘Crazy’ composed by Willie Nelson.

The ‘Flower Duet’ and ‘Crazy’ become our songs.

I was born on the fifth of Match, and Patsy died on the fifth of March very few short years later.  Although I truly was a child, a little boy on the day Patsy died in a plane accident – John often devilishly suggested that I was behind her death. That this particular song was his idea and dream of true love – and once I came into his life, that song stopped being a dream and become reality. Thus the song had to die too if a dream becomes reality. Therefore I must have orchestrated the demise of Patsy Cline! Machiavellian, indeed. LOL. 

But love is a strange thing. It blends reality and dreams. Blends life and death. That blend become my new land now, my homeland. Found it today on some isolated and desolate long stretch of sand and rocks stretching for miles, somewhere in the equally desolate and removed community of East Chezzetcook.

Talked to Patsy Cline, to Lacme and her student, to the ocean, to John. There was no one else in an eyesight. Just them and me. And love. No one was angry, no one was sad. Everything was a dream and the dream was reality.

Kanon

FUGA

Jak cię nazwać falo wodna?
Jak słowami namalować
byś ożyła, nie zamarła
milczeniem ziarenek piasku?

Czy z kipieli wyjdzie
szereg młodych bogów
w srebrnych łuskach boskiej
zbroi, czy też jeden –
        nagi, lśniący słońcem
        malującym złote
        floresy na jego
       mokrej, gładkiej skórze?

Nie bóg. Kruchy człowiek.
Na krętej i białej
jak alabaster muszli
zagra fugę boską

	spisaną gwiazdami
	nocnego nieba
	zawieszonego nad
	srebrnym płaszczem morza.


B. Pacak-Gamalski, 08.08.23

Plaże i rozmowy z Tobą

Plaże i lato. Pierwsze bez Ciebie. Tak, wiem. Nie byłeś ani plażowiczem ani amatorem opalania się i pływania. Jeżeli już to w basenie, a nie w miejscach z żywymi stworzeniami. Mimo to jeździłeś ze mną. Bo wiedziałeś, że to dla mnie ważne. Kocham morze i pływanie w nim. A ty kochałeś mnie. Braliśmy więc jakieś parasole i ochraniacze dla Ciebie, nigdy  (prawie nigdy, LOL) nie namawiałem Cię do kąpieli. Ale czasem i to robiłeś kiedy woda była spokojna, przejrzysta i mogłeś widzieć, czy coś w niej nie pływa, nie czyha na Ciebie. I pod groźbą zabójstwa kategorycznie zabraniałeś robić mi zdjęć w tych momentach.   Ale czasem zapominałeś się i spacerowaliśmy razem po pas w wodzie chodząc długo wzdłuż brzegu, zwłaszcza gdy nie było obok świadków tego przestępstwa. Kochałem te Twoje dziwactwa. Wobec moich występków były zaiste urocze. Ale kochałem jeszcze bardziej, gdy rzeczy robiliśmy razem: spacery, podróże, i tak – czasem nawet kąpiele w morzu razem. Bo gdy robiliśmy rzeczy razem było nam najlepiej, były najpiękniejsze, najciekawsze.

22 lipca byłem na plaży w Taylor’s Head Provincial Park. Skreśliłem siedząc na piasku kilka słów:

                Tak, poznaję twój słony zapach, poznaje głęboki błękit wody, mieniące się niczym otwarta szkatuła dno twojej zatoki.  Puszyste pierzynki chmur zawieszone nad skałami twych brzegów. Poznaję. Kiwam głową na przywitanie. Ze wszystkich moich miejsc tutejszej ziemi byłeś chyba mi najbliższe, najserdeczniejsze. Zawsze dawałeś spokój i ukojenie.

Tu zatrzymaliśmy się na odpoczynek wiosną w 22 roku. W czasie naszej ostatniej już długiej podróży z Halifaksu do uroczego Antigonish i potem szosą przez środek półwyspu, do Sheet Harbour. Nie wiem czy bardziej cieszyły mnie nowe widoki i miejsca, czy sam fakt długiej podróży z Tobą. Bo podróżowanie z Tobą było jedną z największych przyjemności mojego życia.

Więc tu, w Taylor’s Head Park, zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Nie było już nikogo na plaży. Tylko my, ja i Ty. I ona – woda wieczna, woda śpiewająca pieśń głębin. Dzięki Ci za to.

23 lipca pojechałem na Martynique Beach. Spisałem i tam myśli o Tobie.

                Piękna , długa plaża. Chodzę po niej i raduje się wodą nadzwyczajnie w tym roku ciepłą. Fale przynoszą błogi chłód nagrzanej od słońca skórze. Kradnę radość życia.

Kradnę, bo wszystko we mnie krzyczy, że nie mam prawa. Że skoro nie ma Ciebie tu ze mną, nie powinienem. Bo chodziliśmy tu razem. Że kładąc się na ręczniku tak starałem się ułożyć, by dotykać Twojego ramienia. Taka śmieszna, dziecięco-szczenięca potrzeba dotyku ciała osoby bliskiej. która czyni świat bezpiecznym, znajomym, dobrym. A teraz nie mogę się do Ciebie przytulić, wiec świat nie może być dla mnie bezpieczny, znajomy.

Myślę często też (co  mnie zaskakuje, że ku temu myśli biegną w czasach smutno-złych) o życiu ogólnie. Długie już dla mnie było, więc coś tam można wydedukować, zrozumieć. Szedłem onegdaj tymi wysokimi skałami koło Penant, tam gdzie trasa zaczyna się łagodnie od Crescent Beach, a potem idzie stromo w górę na głazy-olbrzymy i wąskie, zarośnięte ścieżki w kosodrzewinie. Gdzieś, na jakimś zakręcie-wykrocie potknąłem się. Agnieszka, która była ze mną, obsztorcowała mnie zaniepokojona: uważaj, patrz pod nogi, bo się potkniesz!  No to się potknę, może nawet się wywrócę, i co z tego moja droga? To prawda, że patrząc stale pod nogi, w dół, idzie się bezpieczniej. Ale nie zauważysz nieba i pędzących po nim marzeniach. Więc warto iść z zadartą do góry głową, biec za marzeniami. Nawet kosztem stłuczonego kolana i siniaka na czole.

Kilka dni temu robiłem notatki z wyjazdu na Conrad Beach 2 sierpnia.

                Przyjechałem sam. Wyjątkowo dziś trudno było w domu. Wszystko i wszędzie mi przeszkadzało, upokarzało złośliwością mebli, podłóg, przedmiotów. Nie mogłem sam z sobą rozmawiać, nie mogłem, rozmawiać z Tobą.

Zostałem tu z tysiącem papierów, dokumentów, które mnie świadomie oskarżały o to, że jestem, że przetrwałem. O to, że … żyję. Najdokuczliwsze w tym było uczucie masochistycznej satysfakcji: tak! Powinieneś źle się czuć. Powinieneś żałować, że nie poruszyłeś wszystkiego, co możliwe i nawet tego, co było niemożliwe, by nie dopuścić tej śmierci!

Mój dom stał się dziś więzieniem całej mojej beznadziejnej egzystencji. Celą skazanego na życie bez Ciebie. Życie, którego nie uratowałem.

Uciekłem więc na moją ulubioną plaże. Było już późne popołudnie, bez tłumów. Cała jej zachodnia część była pusta, bez ręczników, bez namiotów i parasoli. Rytmiczny huk fal rozbijających się na piaszczystym brzegu wyciszył wszystkie niepokoje. Mogłem z Toba spokojnie rozmawiać.

Czy pamiętasz te śmieszne uczucie, gdy idziesz boso brzegiem morza i nadpływające fale wypłukują spod twych stóp piasek? Jakbyś spacerował po jakiejś pustyni z ruchomymi piaskami, które mogą cię pochłonąć. Tak dziś się czułem. Ziemia usuwała mi się spod nóg. Miałem nawet cichą nadzieję, że mnie pochłonie. Oczywiście – nie pochłonęła. Ale miałem nadzieję. A nadzieja to takie miłe uczucie. Takie, jakie się ma stojąc na peronie oczekując na kogoś. Spodziewając się, że ten ktoś za chwile wysiądzie i rzuci ci się na szyję. Chciałbym pojechać na taką stację, chodzić po takim peronie wypatrując w dali czy pociąg już nie nadjeżdża…

                Są dni, że bycie samemu w naszym domu jest jak puchar ambrozji w gorące popołudnie. Słyszę i widzę Cię wszędzie. Wszystko mi Ciebie przypomina. Każda szklanka ma odciski Twoich palców. Poduszki ciągle pachną Twoja skórą. W pudełeczku dziesiątki karteluszek z Twoimi zapisami różnych przepisów kulinarnych. Staram się tak rzeczy uprane, wymyte, wyprasowane lub odkurzone układać i ustawiać, jak Ty je ustawiałeś i układałeś. Uśmiechasz się do mnie ciepło, gdy to robię.  W takie dni nie lubię ani telefonów, ani odwiedzin, ani wychodzenia na spacery. Ledwo mogę ścierpieć wtedy te codzienne jeszcze moje wizyty w szpitalu. Chce być wtedy w domu, który jest w te dni ciągle naszym Domem.

I są dni, gdy te same ściany, te same przedmioty zieją pustką, wrogością, obcością. Gdy mnie duszą ciszą nie do zniesienia. Wtedy nasza sypialnia to cela, a mieszkanie – więzieniem.

Od młodości wczesnej miałem dziwne zauroczenie śmiercią. Jakieś romantyczne, poetyckie wizje Starszej Dobrej Pani, która sen przynosi znużonym, lub pięknego Skrzydlatego Anioła otulającego muskularnym skrzydłem znużonego.

Dziś nią gardzę.  Jest nieczuła i obojętna wobec nas. Jej żniwo nie ma nic z troski i dbania. Nie oczekuje jej ale i jest mi też zupełnie obojętnie kiedy stanie przy moim oknie. Może przyjść jutro i nie zrobi na mnie żadnego wrażenia.  Teraz, gdy zabrała mi prawie wszystko – fakt że pozostawiła mnie jest jakimś makabrycznym żartem pijanej ladacznicy, która drwi z napotkanych o zmroku przechodniów.  

W swoim słynnym tomiku „Pan Cogito” Herbert w wierszu ’Matka’ kończy go samotnym wersem:

Wyciągnięte ręce świecą w ciemności jak stare miasto.

To tylko pozostaje. Wyciągnięte ręce. Puste.

Moderniści i burzyciele. Stylizacje a szczerość. Czyli o poezji i poecie.

Bogumił Pacak-Gamalski

Nazwę ‘Współczesność’ generalnie utożsamiamy (w Polsce) z kierunkiem literackim lat 60. ubiegłego wieku. Więc nie będę tego określenia tu używał, gdyż chodzi mi o modernizm. Wielki, potężny ocean wielu stylów artystycznych, estetycznych i filozoficznych, który definitywnie zamykał stare kanony przekazu i zapisu artystycznego, etycznego, filozoficznego.

Można bardzo ogólnie założyć, że rodzicami myśli modernistycznej byli  Artur Schopenhauer i Friederich Nietzsche, a w literaturze za prekursorów uznaje się Baudelaire’a i Rimbauda.  W sztuce polskiej początki modernizmu łączone są z prądem Młodej Polski.

Naturalnie, tego typu wielkie zmiany są ramą bardzo szeroką, nie powstają i nie kończą się jakimkolwiek manifestem,  a wszelkie daty maja charakter symboliczno-ogólnikowy. Można by to  porównać do terminologii geologicznej lub archeologicznej (np. archaizm, klasyka, klasycyzm, współczesność, itd.). To proces długotrwały, wieloletni i często liczony dekadami. Czas, gdy ‘stare’ trwa jeszcze solidnie i współistnieje równorzędnie (zwłaszcza w Sztuce) z ‘nowym’ przez wiele lat. W pewnym sensie można powiedzieć, że i dziś modernizm ciągle trwa, mimo iż od dziesięcioleci zadomowiła się epoka postmodernistyczna.

Ogólniki w tego typu tematach są niezbędne, zwłaszcza w traktowaniu tematu w sposób zrozumiały dla czytelnika, który nie specjalizuje się w teoriach i badaniach akademickich. Więc tak właśnie szeroko to traktując, można powiedzieć, że modernizm to Konstrukcja, a postmodernizm jest Dekonstrukcją.

Sam modernizm bez następującego po nim postmodernizmu nigdy nie osiągnąłby takiej wagi, jaką (zasłużenie) ma w rozwoju myśli i twórczości ludzkiej.  To właśnie ich zderzenie i walka zadecydowały (i decydują) o jego wadze. Można znowu wrócić do porównań geologicznych i określić to ruchami tektonicznymi skorupy ziemskiej. Ruchami, które zmieniają granice i kształt kontynentów i oceanów.

Tak, jak gigantami-ojcami modernizmu byli Nietzsche i Schopenhauer, tak gigantami postmodernizmu byli Foucault i Derrida.

Ten wstęp był mi niezbędny do pewnych skojarzeń i myśli związanych z rozumieniem pojęcia ‘kresu Czasu’ lub ‘kresu Historii’, występującego u najwybitniejszego chyba modernisty anglojęzycznego, Eliota. Czytając niedawno ponownie Eliota „Dry Salvages”[1] zwróciłem uwagę na podobieństwo idei, koncepcji ‘końca czasów’, pewien katastrofizm dziejowy, jaki przewodził moim emocjom w wierszu sprzed wielu lat. Ten koncept jest jakby jedną z podstaw modernizmu.

Wiersz pisałem w roku 2000 (może miało to znaczenie – dziś nie pamiętam). Czy myślałem w jakikolwiek sposób o Eliocie wtedy? Też nie wiem już dziś. Pewne jest, że Eliot, poeta dość ważny i z solidnym wkładem w historię literatury, gdzieś zostawił ślady w mej poetyckiej, emocjonalnej i intelektualnej pamięci. Stał się częścią mnie. Jednocześnie będąc – chcąc-nie chcąc – dzieckiem epoki postmodernizmu rozbijałem całość katastroficznego wywodu krótkimi dystychami sugerującymi kompletną beztroskę autora wobec  tych epokowych kataklizmów lub zaskakujące wtrącenia.

W pewnym sensie jest to zetkniecie Konstrukcji  wiersza modernistycznego (Eliot) z Dekonstrukcją mojego.

Piszę o poemacie Eliota, nie tylko dlatego, że występuje podobieństwo wizji ‘końca Historii’. W tym wywodzie jednak równie ważne jest, że Eliot zwraca bardzo silną uwagę na formalizm konstrukcji, na przestrzeganie staranne w doborze zgłosek, akcentów, kolejności wersów. Choć napisany świetnie, przez ten nadmierny szacunek wobec formy jest dla mnie dość męczący. To był dziwny zwyczaj (bardzo przestrzegany przez modernistów) zważywszy, że modernizm miał być zerwaniem  z zastanym porządkiem literackim, tradycją. Trochę inaczej rzecz miała się z symbolizmem (choć też zaliczany jest do oceanu modernizmu) – bo symboliści, a już szczególnie król językowej magii słowotwórczej (neologizmy), Bolesław Leśmian, wracał często do ‘niesamowitości’ i używany język czarował własną wizją i przymuszał do poetyckiego chciejstwa autora. Pozostał bardzo bliski filozofii Bergsona.

Czytając Leśmiana lub Błoka odczuwam wrażenie, że czytam dokładnie to, co własną pamięcią zmysłową znali i chcieli przekazać.  Słowem, że wiersz powstawał niemal intuicyjnie, samowolnie. Czytając Eliota widzę poetę zapracowanego, który pilnuje każdej kropki, każdego słowa i używa często gumki (bibuły). Strofa jest pięknie zbudowana, nawet myśl nader głęboka – ale czy to poezja czy poetycki esej? Budował konstrukt filozoficzny czy pisał wiersz dla czytelnika? Jednego. Tylko jednego. Właśnie tego, który będzie czytał. Bo w poezji tylko ten jeden, konkretny czytelnik ma znaczenie.  To nie dramat sceniczny. To rozmowa dwóch tylko osób: autora i czytelnika. Wszystko inne jest zbędną manipulacją. Popisem, który łechce próżność poety i zachwyca miliony, którym ‘mądre osoby’ powiedziały, że tak wyglądać ma wiersz. A to wierutna bzdura.

Co polecam bardzo młodym adeptom, to używanie notesu (papierowego lub elektronicznego) zawsze i wszędzie. Bo nie zawsze jest czas i możliwość na napisanie wiersza. Ale wszędzie spotkać możemy zjawisko, które poruszy nami do głębi. Wtedy należy robić krótkie notki-klucze, które pozwolą ożywić pamięć zmysłową, gdy wiersz będziemy chcieli napisać.  W wierszu lirycznym pamięć zmysłowa jest niezbędna. Nie wyobrażać sobie, jak pachnie mokra ziemia z wieczora, a pamiętać dokładnie, jak pachniała w tym właśnie momencie. Przywoływanie zwykłej pamięci intelektualnej jest fałszerstwem, gdyż jest ona zawsze skontaminowana tysiącami innych ‘pamięci’. I naszych z innych miejsc, i literackich, kiedyś gdzieś poznanych.

Oto mój wiersz z roku 2000. Podkreślam datę (styczeń 2000) nie mogąc uczciwie powiedzieć, że wiązał się on w jakikolwiek sposób z początkiem roku, który miał być końcem wielu rzeczy (świata, Internetu, itd.). Możliwe i prawdopodobne. Ale po prostu nie wiem i chyba już nigdy wiedzieć nie będę.

NOWE CZASY

Zamkową szedłem ulicą,

szerokim Wielkim Traktem Książęcym,

ku Ostrej Bramie i dalej,

w ciszy skupienie na Rossie,

w zamyślenie głębokie, refleksje.

Przez Warszawy, Londyny, Paryże,

poprzez zimny Pacyfik Północy,

wielkie Góry Skaliste, wąwozy.

Ni litewskie, ni polskie zaułki

wiły ścieżek mi mapę zawiłą.

Pomniki łotrów i bohaterów wciągano na cokoły,

tłumy pędzono na zagładę, narody przesiedlano.

            A ja pływałem w Wiśle toruńskiej,

            włóczyłem się po Łazienkach Warszawskich.

Wojny szły nową pożogą,

płonęły nieba czerwoną smugą

od wschodu po zachód,

tatarskie pułki mieszały się

z zimnym pancerzem teutońskiej stali.

Poeci gnili w więzieniach bernardyńskich

wzywając Boga w szranki turnieju Historii.

Zwycięzcom rozdawano miasta i rzeki,

a przegranych pędzono w otchłań przeznaczenia

z tobołkami przeszłości na schylonych plecach.

            Słonce różowieje mokrym świtem

            dzikiej plaży Pacyfiku.

Najpierw płonęły kościoły,

potem wnoszono na dymiące ołtarze

imiona nowych Świętych,

Proroków nowej Obietnicy.

A świat wstydliwie zasłaniał oczy.

Rodziła się Nowa Historia

spod płodnych piór gorliwych historyków.

Im gorliwsi – tym lepsza, bardziej lśniąca.

Nowyje Wremia, New Times, Nues Ziteung.

Umarłych nikt nie pytał o sprawiedliwość.

            Tym, którzy mogliby protestować

            skrzętnie wypełniono usta cementem.

Wszyscy kupowali coraz droższe samochody

a im więcej kupowali, tym szybciej produkowano lepsze.

Arbeit macht frei!  Business is business! Time is money!

Kto miał czas grzebać w leśnych mogiłkach,

do których nie prowadziły czarne nitki autostrad?

            Rzym plonie.

            Wizygoci i Barbarzyńcy maszerują Via Appia.

            Wiatr Historii

            roznosi białe togi senatorów

            po pustych salach Kwirynału,

            gdzie mieszają się z purpurą kamaryli kardynalskiej

            i biskupich fioletów.

            Pax Romana panuje tylko w ruinach Herkulanum.

            Przeszłość nie tworzy Historii.

            Historię tworzą dzisiejsi zdobywcy.

            Tłumy Odyseuszów dawno już

            zapomniały po co i dokąd płyną,

            a oszołomieni śpiewem syren

            znajdują Itakę w każdym napotkanym porcie.

01.14. 2000

Poniżej krótki fragment Eliota ‘Dry savages’, który utkwił mi w pamięci najbardziej i jest zaiste bardzo możliwe, że w jakiś sposób miał wpływ na mój wiersz.

(——-//——)

Gdyż naszą przeszłość pokrywa strumień ruchu

Lecz cierpienie innych pozostaje przeżyciem

Niesprecyzowanym, nie startym późniejszą skruchą.

Człowiek zmienia się i uśmiecha: pozostaje udręką.

Czas niszczyciel zachowuje

Jak rzeka, ładunek martwych Murzynów, krów, kojców z kurczętami,

Cierpkie jabłka i nadgryzione jabłka.

(—-//—-)

Czasem rozmyślam czy o tym rozważał Kriszna –

Między innymi – czy jako o jedynym sposobie przedstawienia tej samej sprawy:

Że przyszłość jest omdlałą pieśnią, Różą Królewską, lawendy gałązką.

Smutnym ubolewaniem nad tymi, których jeszcze nie ma co opłakiwać,

Gdyż są wciśnięci między zżółkłe karty nigdy nie otwartej książki.[2]

A droga wzwyż jest drogą w dół, droga przed siebie drogą wstecz.

Nie możesz patrzeć na to bez drgnienia, ale to pewne

Czas nie jest lekarzem: pacjenta już tutaj nie ma.

Cóż, w zakończeniu wypada mi jedynie powtórzyć za wielkim filozofem: tako rzecze Zaratustra.[3]


[1] Thomas Stearns Eliot, Poezje; wyd. WL Kraków; 1978; s.201-213 (w oryginale i w tłumaczeniu M. Sprusińskiego)

[2] ten jeden wers z tłumaczenia Sprusińskiego zmuszony byłem przetłumaczyć sam. Albo M. Sprusiński przetłumaczył go błędnie, albo błąd w składaniu tomu spowodował, że wersja w tym tomie kompletnie zagubiła sens wypowiedzi Eliota w angielskim oryginale.

[3] „Thus Spake Zarathustra”; F. Nietzsche; 1883


poniżej link do tekstu wyjaśniajacego temat:

https://kanadyjskimonitor.blog/2023/07/11/ty-i-on-poezja-i-wiersz-poeta-i-czytelnik/: Moderniści i burzyciele. Stylizacje a szczerość. Czyli o poezji i poecie.

Ty i On. Poezja i wiersz. Poeta i czytelnik.

Bogumil Pacak-Gamalski

Ad hoc

Tak więc przyszło dziś niebo.

To znaczy nie przyszło, ale

zawiesiło się nad brwiami.

Widać je było wyraźnie

zadartymi górnie oczami.

I te dzienne, niebieskie

z barankami, i te nocne,

granatoczerniejące nad

miastem i łąkami traw.

Pachnące, dusznochcące.

Po epoce dymów i mgieł,

gdy nie było ni gwiazd ni

słońca, a cienie schowały

się za pniami drzew, poeta

znowu pisał wiersz nieśmiały.

(B. Pacak-Gamalski)

Młody Czesław Miłosz kończąc swój okres wileński – choć w sobie specyficzny sposób Miłosz do końca poetą wileńskim pozostał i ten atrybut prowincjusza bardzo mu pomógł nie zatonąć wielkim światem, w którym przyszło mu żyć – pisał w eseju ’Radość i Poezja’ : Źródła poezji ulegają skażeniu, na równi ze źródłami wszelkiej działalności ludzkiej, i łatwo podszepty diabelskie brać za głos aniołów. Teoria nowej poezji stała się rzeczą najnudniejszą pod słońcem, bo tworzy recepty na zdobycie dobrych wyników, daje rady jak sporządzać poetyckie preparaty, ale nie pomaga odróżnić, czy w dziełach tych krąży krew, czy woda, czy też trucicielski napój, rozdymający elephantiasis formy. [1]

Dwadzieścia pięć lat później sztyletem ugodzi śmiertelnie w wierszu z tomiku ‘Miasto bez imienia’:

A książek tośmy cała bibliotekę napisali.

A krain tośmy co niemiara zjeździli.

Bitew dużośmy, dużo wydali.

Aż i nie ma, ni nas ni Maryli. [2]

                Kryje się w tym stary banał (skryty świadomie czy podświadomie – jest rzeczą obojętną), że poetą się bywa, a nie jest. Wiersze dobre się zdarzają, ale w tłumie wierszy zbytecznych. Niekoniecznie złych lub słabych – ale zdecydowanie niczego nie mówiących, bo pisanych intelektem a nie duchem, emocją. Od zawsze mówiłem, że szczerość absolutna poety jest jedyną miarą uczciwości poetyckiej. Wszystko inne to zabawy literackie.  Rymowanki, składanki, tercyny i tercety, alegorie i antrakty to ćwiczenia poetyckie a nie tworzenie wiersza.  Jeśli ośmielasz się mówić szeptem w rozmowie intymnej z czytelnikiem – musisz być nagi i pozbawiony piórek, nawet tych w dupie, jakkolwiek atrakcyjne ci by się wydawały. Można (kompletnie odrzucić nie sposób) zapożyczać i z krwotoku-baroku, z Sumeru aż, z oceanu burz romantyczności, z przybyszewszczyzny i turpizmu – ale tylko na tyle na ile to jest część twojej własnej, indywidualnej pamięci. Jest fragmentem twojego ego. Samo tylko popisywanie się znajomością formy czy aluzji jest gadatliwością a nie rozmową z przyjacielem. Bo czytelnika za przyjaciela uważać należy. Takim, który cię zna i przed którym sztuczek pokazywać nie musisz. Możesz być sobą. I nie musisz niczego tłumaczyć. Po prostu mów, co czujesz. Najkrótsza droga. I najtrudniejsza.

Leżą na moich półkach dziesiątki różnych tomików wielu poetów. Bardzo dobrych, dobrych i słabych. Nazbierało się przez lata. Kupione, otrzymane w prezencie od autorów lub bliskich. Czytałem wszystkie – a przyznać muszę, że powieści, które na moich półkach leżą nie czytałem wszystkich. Z biegiem lat co raz mniej. Wszystkie zaczynałem i sporo po iluś tam kartach odkładałem. Z westchnieniem:  no tak, ale ja to znam, już kiedyś u kogoś innego to czytałem. Inne imiona bohaterów i anty-bohaterów, inne tło antropologiczno-kulturalne, ale historia ta sama. „Przeminęło z wiatrem” można oglądać na ekranie więcej niż raz, ale nie częściej niż raz na dziesięć lat. Przeminęło z wiatrem, no właśnie.  A tomiki wierszy czytałem wszystkie. I patrzę teraz na grzbiety tych tomików (cieniutkich lub pokaźnych) i z wielu nie mogę przypomnieć ani jednego konkretnego wiersza. Czasem nazwisko oszukuje pamięć i krzyczy – no, to ja, ten właśnie wiersz! A okazuje się, że nie, akurat w tym tomiku tego wiersza nie było, autor wydał go w innym.

Harold Bloom, amerykański teoretyk literatury i krytyk, w swoim  dziele życia poniekąd „The Western Canon. The Books and School of the Ages” omawiając Beatricze Dantego pisze, że ‘Boska Komedia’, jako historia Beatricze jest w tym samym rzędzie prawie , co ‘J’[3] opisujący Jahwe lub Ewangelia wg św. Marka o Chrystusie; że sam Dante stawiał się w rzędzie największego psalmisty,  króla Davida, protoplasty Chrystusa. Więc Dante uznał się za poetę boskiego, a Beatricze, Włoszka z Florencji, została zrównana  z początkiem powstania człowieka. Sugeruje, że sama Beatricze była reinkarnacją Racheli, żony patriarchy Jakuba. [4] Co się więc tu dzieje, co sugeruje międzynarodowej sławy krytyk i filolog? Otóż nic innego, jak tworzenie postaci poety-kapłana. A treść jego zapisu (wiersza) staje się głosem boga. Uściślijmy, odsuńmy pokłady ezoteryczne, co praktycznie w moim opisie roli poety i wiersza może to oznaczać? Oznacza kapłaństwo. Zakon.

Od samego zarania zresztą. Najstarszy dokument zapisany na glinianych tabliczkach, dokument literacki, poetycki „Gilgamesz” – najpierwszy spisany przez pisarzy sumeryjskich z legend i opowieści znanych jeszcze wcześniej, zapewne przed 34 stuleciem p.n.e. .[5] Przez długi okres utrzymywał się błąd, że autorem był jakiś pisarz-naukowiec z Ur w dobie babilońskiej w języku akadyjskim. Aliści – był spisał, ale była to tylko kopia tekstów dużo starszych, sumeryjskich.  Wszystko, co wiemy to spisane fragmenty z rożnych okresów przez kopistów. Z treści samej jasne zresztą staje się zaraz, że dzieje Gilgamesza i jego dzikiego męża Enkidu są autorstwa w dużej części samych bogów. Zwłaszcza matki Gilgamesza, która dla niego stworzyła Enkidu, by Gilgamesz zajął się sprawami godnymi syna bogini, a nie rozpustnym życiem erotycznym  wywołującym zgorszenie i przerażenie czcigodnych mieszkańców tego grodu. Sama Isztar – bogini Ur, małżeństwo ukochanego Gilgamesza z Enkidu zasądziła. Jak typowa matka od zawsze i do końca pewnie myśląc: wyjdziesz za mąż, to się uspokoisz, ustatkujesz. Wiec mamy, jak w przypadku Dantego, starszą od izraelickiej (czas archeologiczno-historycznie licząc, a nie magicznym liczydłem Tory i Biblii) Świętą Księgę autorstwa nie J, ale bogów starszych.  A jak bogowie – to kapłani. Rzecz naturalna. Bez kapłaństwa życie bogów jest niebytem.  Kapłan to pośrednik między Niebiosami a Ziemią. Taki kurier-Hermes. Zanosisz modlitwę do boga lub bogini, żalisz się, opowiadasz swoje występki prawo boskie łamiące, żałujesz za nie i błagasz o wybaczenie.  Robisz to oczywiście przez pośrednika, czyli kapłana. Bo niby jakim sposobem ty, nieborak, sam do bogów możesz się zwracać? A więc spowiednik. Przyjaciel. Możesz mu mówić szczerze, bez udawania.

Nic tylko togę powiewna a ciemną przybrać, kostur w rękę i na bulwary sekwańskie z rozwianym włosem i błyskiem w oku pędzić. Pędzić tak długo  … ‘aż i nie ma, ni nas ni Marlyli’.

Poeta, jako kapłan jest bliski, równoznaczny z innym konceptem twórców poezji.  Równie wielkim, jak porównanie z bogiem – causa sui. Ja tworzę wiersz tylko z siebie! Ergo – moja twórczość jest boska.  No tak, ale od Gilgamesza minęło parę tysięcy lat, od Dantego siedemset. W międzyczasie przyszedł Nietzsche i uśmiercił Boga w „Tako rzecze Zarathustra”.  Ale po cichu napisał zaraz rzecz inną nieco, dużo mniejszą i stosunkowo mało znaną, „Poza Dobrem i Złem. Wstęp do Filozofii Przyszłości”. Tamże, w rozdziale o uprzedzeniach (przesądach?) filozofów pisze wprost:  causa sui jest najlepszą sprzecznością, jaka była do tej pory wymyślona, jest swego rodzaju gwałtem i perwersją logiki, ale ekstrawagancka duma człowieka umożliwiła mu uwikłanie się w ten splot nonsensu głęboko i straszliwie. (tł. własne)[6]

Więc czarna jednak rozpacz! Już nie szukać Maryli, a rzucić się prosto z bulwarów w nurty Sekwany.

Aliści ratunek jest. Chodzi wszak o poetów w sporze o samo zaistnienie, a nie o wiersz sam w sobie. Jeden. Konkretny. OK, poeta kapłanem-spowiednikiem być nie może. Lub nie powinien, nie wypada.

Na szczęście poeta sam z siebie uśmiać się potrafi. Ważne by to umiał.  Dawniej poeci byli kanonikami. Współcześnie (bardzo współcześnie) prawie wszyscy są akademikami.  Może dlatego tak poważnie się traktują. Zbyt poważnie. Okazuje się, że nie piórko w dupce im zawadza a dziekańska długa listwa, którą połknęli. Aliści, liści drodzy humaniści z wysokości Wieży z Kości Słoniowej dopatrzyć się na bruku nie sposób. Już chyba lepsze te piórko … .

Współczesność. I czasowa i prąd literacki. Jak zauważył słusznie Konwicki w swoim świetnym tomie „Agonia i Nadzieja” [7] polskie prądy w literaturze nie wynikały z nowych kierunków estetycznych lub filozoficznych, a z dat przemian politycznych. Przez dziesięciolecia długie. Taki dziwny kraj jesteśmy. Nam filozofowie nie będą dyktować, że świat i człowieka trzeba opisywać inaczej. Nam szaleńcy nie będą Manifestów pisać (no, chyba, że Lipcowe … ). Nam dyktować będą wydarzenia polityczne o zmianie ducha poezji. Jak Manifest Lipcowy w 1944 właśnie (ostatecznie i moja ukochana i największa bodaj czarodziejka słów prostych – Wisława Szymborska) lub mowa Chruszczowa grzebiąca stalinizm w Polsce na lutowym Zjeździe PZPR w 1956, co dało narodziny w tymże roku pierwszego nowego ‘pokolenia’ poetyckiego od czasów Międzywojnia – pokolenia Współczesności. W sumie były to pokolenia a nie pokolenie. Generacje całe. Jedyną wspólną poetyką Współczesności było – poszukiwania nowych sposobów opisywania rzeczywistości. Byli tam i poeci starsi , wyznawcy Skamandra, i poeci spod znaku Awangardy Przybosia, jak i liczna grupa młodych, z których jeden chyba tylko własny, specyficzny styl poetycki wypracował – Stanisław Grochowiak. Ale owa kakofonia dźwięków stworzyła miejsce dla wielu bardzo ciekawych indywidualnych instrumentów poetyckich. I w tym chyba Współczesności największa zasługa. Zdecydowanie zrezygnowali ze stanowiska kanonika-kapłana. Raczej chcieli być kumplami podrzucającymi rano pod drzwi czytelnika świeże wiersze. I chwała Poecie.

By odczarować te wszystkie mgły wałęsające się po moczarach dziejów Człowieka i Bogów, ich zmagań ze sobą i między sobą, wrócę na moment do wspomnianej książki Kuncewicza o Poezji Polskiej od 1956. Sami poeci tamtego czasu (autorem był Bogusław Choiński), czasu wychodzenia z pomroków cmentarzyska stalinizmu, w świetnej parodii rozprawili się i z poetyką heroiczną i poetyką Majakowskich:

– Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy

Niech ma.

Ktoś biegnie po schodach łubudu łoboda

Piii – skrzypnęły gdzieś drzwi…

Zeppellin. Zeppelin nad mostem Kierbedzia!

( …. …. ….)

C-E-P-E-L-I-A… C-E-P-E-L-I-A… C-E-P-E-L-I-A

(… … …)

Hej , lewa i tywa. Marsz, naprzód, psiajucha

– Zasuwaj w gazomierz – pourqua voila

ten straszny abażur na niebie się pcha?

(… … …)

Na grandę. Na grandę. Granada maja…

Gdzie dechy teatru cokolwiek są zdrowsze

– stańcuje je w drzazgi śpiewając Mazowsze.

W ten sposób się kiedyś do trumien dobrali

i szkielet praojców z piszczela wypalił.

I z wyciem Syrena tarzała się w szkłach.

Uj, Lope de Vega. Estrada maja.

Ojczyzna zalana. I kręci się łza, jej!

Na „Ładzie” i „Składzie” łka Polska jak Rachel.

(… … …)


[8]

Naturalnie, wierszy nie można tylko pisać do odurzonej butelczyną wolności studenterii w klubie studenckim „Stodoła”. Pisze się je zawsze – identycznie, jak listy – do czytelnika jednego. Tylko jednego. Bacz więc na słowa pierwej niż baczyć będziesz na stelaż stancy. Nie martw się zbytnio, gdy ściana jedna nieco krótsza od drugiej, że gdzieś cegła lud dachówka odpadła. Stare domy rodzinne mają czasem takie ubytki. Życie ich, jak ich mieszkańców, nieco naruszyło, przygarbiło. Ale nie mają ochoty z tych domów do szklanych się przeprowadzić. Bo w szklanych domach jest zimno, ściany milczą. Nowe są przy szerokich, ruchliwych arteriach. Gdy starasz się w oknie powiedzieć chłopakowi lub dziewczynie, że ich kochasz – huk pędzących poniżej samochodów zagłusza twe wyznanie. A stare, stare przycupły, gdzieś przy małych skwerach, w starych uliczkach, gdzie na podwórkach przez lata wyrosły gęste i wysokie drzewa. Gdzie na ławce, ot tak, ad hoc, możesz zwykły wiersz napisać. O tym, ze słońce pod dniach powodzi spotkałeś, że dymy opadły. Mimochodem tylko myśl rzucisz, która zapląta się na sekundę, z echem pamięci początku, genezy życia. Na sekundę, bo wiesz, że życie jest takie krótkie, tak ulotne.

Czy wiersz jest sztuką? Doprawdy nie wiem. Zapewne. Ale po cichu myślę, że prawdziwy wiersz jest zapisem dziecka, więc skoro filolog ma go rozbierać i ubierać niechże będzie takim estetycznym dadaizmem. Bo ma być szczery przede wszystkim. Piszesz go do jednego człowieka. Nie dbaj o cokoły. Tyle ich już wzniesiono i tyle potem obalono. Niektórych wręcz na nie nie wznoszono a żywcem nabijano niczym na tatarskie pale. Ten kłopot zostaw potomności. Nie martwiąc się , czy do niej trafisz. Martw sie o tego jednego czytelnika teraz. Twojego przyjaciela, którego imienia nawet nie znasz. A jest. Bez niego byś tych wierszy nie pisał.


[1] Cz. Miłosz, Poszukiwania; Wyd. CDN, Warszawa 1985; s. 16

[2] ibid, s. 122

[3] litera J sugeruje, że fragmenty Pięcioksięgu Tory są autorstwa samego Jahwe, czyli J=Bóg

[4] „The Western Canon. The Books and School of the Ages”, Harold Bloom’ wyd. Harcourt Brace & Comp., 1994; s. 77-87

[5] „The Epic of Gilgamesh”, tłumaczenie i wstęp’ Andrew George; wyd. Penguin Books, 2003

[6] “Beyond Good and Evil. Prelude to a Philosophy of the Future” trans. and Commentary by Walter Kaufmann; by Random House, 1966; s.28

[7] „Agonia i Nadzieja. Poezja Polska od 1956. T.3” Piotr Kuncewicz; Polska Oficyna Wydawnicza BGW, Warszawa, 1993;

[8] ibid, s.17

Our talk, part 3

Bogumil Pacak-Gamalski

Let’s talk again, Babycake. This time in English. Not that it does make a difference for you now. You know every language now, and you always knew the language of Love. Without uttering a single word. When I looked at you, it felt like looking at an open book of Petrarch sonnets of love.  When I inhaled the sweet scent of your body, it was like smelling a meadow full of honeysuckles.

Tears, bitter tears fall in a bitter rain,

And my heart trembles with a storm of sighs

When on your beauty bend my burning eyes,

For whose sole sake the world seems flat and vain.[1]

But, as Polish is my language of first words, English is yours. So, let’s talk again, Babycake. I am so used to calling you by that name, it seems so natural. Do you remember when and how you become my Babycake? It brings such a sweet smile to my lips. Of course, Armistead Maupin and his “Tales of the City”! The year was 1994, PBS played it on TV in US and Canada. And we watched it in a cozy apartment on Howard Avenue in Burnaby glued to TV, crying like every other gay man in North America. Mouse used it all the time speaking to Mona or Mary Ann. 1994 – our first year in our first own apartment  At that time there was hardly any serious movie, let alone a long series on every TV screen in Canada and USA about us – the Queer community. With wonderful, amazing Gloria Dukakis as one of the leading characters[2]. It could be hardly called a literary phenomenon, Maupin was not a genius – but it was a series that changed a lot. The viewership was massive. It seemed that entire young North America watched it with us, regardless of sexual orientation. And every one cried, of course. For my generation, it was the same tear-jerker as Segal’s “Love Story”[3] with Ali MacGrow and Ryan O’Neal, which I watched twice in a movie theater twenty years earlier. Of course, the entire theatre cried and everybody inside was in their early twenties. Ah, to be young and romantic …. That movie gave us a famous fraze: ‘love means never having to say you’re sorry’. It does mean it. I never was, you never were. I never will. Not for our love.

In 2014, on the first anniversary of our formal wedding (over twenty years after our love was born), I wrote :

To John – my dearest husband on our first formal Anniversary

(unfinished, on May 19, 2014)

Hold me, hold me tight

as the river of nights flows by

Hold me don’t let go

even when I do you wrong

As I bare my soul and cry

do not leave do not run

For this moment when it comes

for the day wet and cold

for the barren night of black

/ gold

for the poem with wrong

/rhymes

I will stay even if you go

Although the thought of the promise alluded to the idea that one day you might live, not to the possibility of your death before mine, I kept it nonetheless.  I did stay, Babycake. I will.

I have spent the past few days and nights in and out of the Emergency Department at our hospital in Dartmouth. One of the nights I came home, to our bed. Not even a full three hours to get some rest, told them I will be back in the morning.

I saw you there, in our bedroom, we talked – remember? You were sad, you begged me to be careful, to look after myself. It made me almost angry, I replied: how can you ask me that? I am coming to you Babycake, I want to be with you, to touch you again, to feel you! I am not leaving, I’m coming to you! You told me that you are with me but you don’t want me to leave this reality yet, that I still have to take you to some trails, some towns, you smiled and said that you will even go with me to some sunny beaches on the ocean, lakes. And I promised you again. I stayed. Forgive me for that short argument. I was tired, and couldn’t see clearly.  I will ‘hold the fort’. Our fort. The Fort of Our Love. Forgive me the tears as I write it – yes, you were right, when you said many years ago that I am a sentimental fool. A sucker for melodrama, LOL. But I will keep you for your word: you can’t ever say that you don’t want to go to the beach today. Remember.


[1] Petrarch, Sonnet XV; trans. by Joseph Auslander

[2] TV mini-series based on A. Maupin trilogy by the same title. Aired on Channel4 in the UK in 1993 and by PBS in North America in 1994. It received the highest-ever viewership in the history of PBS at that time.

[3] 1970 movie directed by Arthur Hiller

Kamienie i Ty. Anioły i Ty.

Bogumił Pacak-Gamalski

Kamienie są twarde, są zimne. Kamienie to mur odgradzający, zabraniający wstępu. Mur między życiem i śmiercią. Nad murem unosi się w powietrzu przedwieczny, czarnoskrzydły Uriel. Dobry. Mądry. Spolegliwy. Anioł Śmierci, która jest życiem.

Tak, jak ty jesteś moim życiem. Ty jeden będziesz towarzyszem Uriela, gdy stanę przed murem kamiennym, a on, jednym skrzydłem uniesie mnie ponad te kamienie.

Uriel

Zjawiasz się znowu, dawno zapomniany,

nie pamiętam imienia. Twarz, jak we mgle.

Tylko kolor skrzydeł, stalowy blask piór,

dotyk zimny a czuły jednocześnie.

Blisko, mimo że tak często, tak długo

nieobecny. Mój Anioł Śmierci. Piękny.

Najczulszy kochanek ze wszystkich, których

miałem. Z uściskiem bezsłownym, tak słodkim,

powstrzymującym dech w piersiach, pędzące

w galopie pospiesznym serce i myśli

skołatane, gdzieś, ku krawędzi stromej

nad Doliną Ciszy i Spokoju w

dole rozpostartą. Witaj Urielu,

smak ust przenajsłodszych zwiastował cię.

Drżałem, a tyś mnie uspokoił.

Szarpałem się skłócony z bogiem i ludźmi,

a tyś mnie wyciszył, spory załagodził.

Nie opuszczaj już, proszę. Pieszczoty

nie odmawiaj członkom znużonym.

Nieskazitelnym alabastrem skóry

twoich rąk dotknij mojej, zniszczonej

piętnem czasu, pokrytej bliznami

miłości zwycięskich i miłości przegranych.

Ostatnią krople pasji niedopełnionej spij.

I zamknij nieba nade mną, pokryj mgła gęstą

szczyty odległe, horyzonty mórz i nurty rzek.

Daj usnąć wtulonemu w bezpieczną muskulaturę

twojej klatki piersiowej, w objęciach silnych ramion.[1]

                I obyś nie zapomniał, obyś nie odmówił Aniołowi Śmierci pomocnego ramienia w przeniesieniu mnie poza ten mur. Tam, do naszego nowego Domu. Tam, gdzie już mnie nigdy nie opuścisz. Gdzie na moment w żadną wycieczkę, żadną podróż bez Ciebie ja już nie wyruszę.

Bo nie ma śmierci pełnej, całkowitej, póki jest pamięć. Śmierć kompletna nastąpić może jedynie, gdy nie będzie nikogo z żywych. Gdy nie będzie życia. Gdzie wszystko będzie na dzień przed primodialnym bagnem[2], oczekującym na iskrę bytności. Więc przed tą iskrą, jest tylko dymiące trującymi oparami bagno, jest chmura niekształtna pyłu kosmicznego pędzącego w otchłań Czarnej Dziury. A możliwe są tylko dwa wykluczające się rezultaty: Nic, które jest śmiercią kompletną lub Supernowa budząca tę iskrę. Gdy już zaistnieje – nie ma odrębnych bytów życia i śmierci. Jest podwójne zaistnienie złączone obrączką pamięci, gdy wszystkim się zdaje, że on gra jeszcze, choćby echo grało tylko[3]. Więc nie ma śmierci, póki jest pamięć życia. Póki jesteśmy w czyjejś pamięci.

Kamienie tęż są żywe. Przyłóż do ucha, wsłuchaj się w bicie ich jąder, ich pędzących elektronów, protonów. Tam skryta jest też pamięć genezy, zaistnienia, iskry. Uriel nie stoi z mieczem płomiennym, jak okrutny Michał na skraju bagna primodialnego.

Wszystko to zresztą, Babycake, może być moja imaginacją. Może nie m nawet Uriela, który ostatecznie Staremu też pomagał w gnębieniu człowieka przy wypędzeniu z Raju. I razem potem odlecieli ku jakiejś nebuli wypełnionej pyłem  śmieci kosmicznych. Może moje spotkania były ze szlachetnym i pięknym Saatanelem, jedynym aniołem Życia i Śmierci. Jedynym przyjacielem Człowieka. Wiernym. Tym, który niecność Starego poznał i odwrócił się od niego. A ty we mnie jesteś. Nie wydaje mi się to, nie jestem w malignie. Nawet nasze pasje są żywe w mojej pamięci. Poznaje smak gorącego pocałunku, jaki składałem na twych ustach, gdy trzymałem cię w objęciach w dzikich ostojach Sibald Flats[4], u podnóża Kanaskis. Pamięć jest przechowalnią życia. Nie jest życia cmentarzem.


[1] „Wiatry – Wybór wierszy”, Vancouver, Cambridge Press, 2015. ISBN 978-0-9940986-03; s56

[2] ang. primodial soup; pol. zupa pierwotna – archaiczny okres geologiczny, który dał początek materii organicznej – życiu

[3] parafraza z Księgi IV „Pana Tadeusza” A. Mickiewicza (gra Wojskiego na rogu)

[4] gęsto zalesione, dzikie tereny między szosą #1 (Trans Canada) i Elbow River w Albercie