Czy powroty są możliwe?

Dualizm języka miłości w pękniętym na dwoje naczyniu

Kastor i Polluks (rzeźba Josepha Nollekens w Victoria and Albert Museum)

Każdy dzień przynosi inne emocje. Mijają miesiące po kolejnych miesiącach, odkąd nie ma cię i ciągle nie potrafię w tym innym świecie się odnaleźć. Te emocje rzucają mną, jak pingpongową piłeczką od ściany do ściany szklanego, niewidocznego pokoju, w którym jestem zamknięty. Poniekąd stałem się dzbanem na te emocje. Kiedy wydaje mi się, że jestem już pełny, otwiera się w nim drugie dno. Może jestem dzbanem bez dna?

Dziś znalazłem zdjęcie naszego ostatniego mieszkania, w którym mieszkaliśmy w Surrey, ten niski murek, za nim mój dziki ogród, z niego wejście do długiego salonu z kominkiem, potem pobiegłem po schodach do naszej sypialni, z sypialni do mojej biblioteki – ale nic, pusto. Nie było cię tam. Potem było zdjęcie z naszego pierwszego domku w Guildford, trzypiętrowego townhouse. Biegałem po schodach w dół i górę kilka razy, ale też pusto.

Nie było cię tam, nie ma tutaj. Ale nie ma też mnie. Gdzieś się w tych kilkudziesięciu latach zgubiłem. Ja przestałem być, bo byliśmy my. Przesiąkliśmy sobą, przenikaliśmy siebie. I nagle tej drugiej części zabrakło. I nie potrafię powiedzieć tak normalnego zdania: kochałem cię. Brzmi po prostu absurdalnie i kompletnie fałszywie. Jak kto – kochałem? Przecież ja ciebie kocham. Nic takiego się nie wydarzyło, żebym mógł powiedzieć: przykro mi, ale od dziś przestałem cię kochać.  

To było już tak dawno temu, że nie wiem czy potrafię siebie własnego jeszcze odszukać, czy mogą sobą być i kim ten ‘ja’ niby jestem, gdzie? Naturalnie, że pamiętam tamtego młodego mężczyznę i nawet chłopca, którym kiedyś byłem. Ale ja już nie jestem tym chłopcem, nie ma już świata, w którym tamten chłopieć był, funkcjonował.
Można się nauczyć – choć na pewno trudno – funkcjonować bez jednej ręki. Jak jednak funkcjonować z połową duszy?

Chcę wrócić do świata, który opuściłem dziesięciolecia temu. Do kraju mojej młodości i dzieciństwa. Do mojej Warszawy, która była mi tak bliska. Jest jeszcze piękniejsza niż była wtedy. W zasadzie to teraz jest prawdziwie piękna, bo wtedy miała piękne miejsca, a jako całość była szara i nawet brzydka. Piękna była moją młodością, romansami, teatrami, koncertami. Mam tam ciągle całą gromadę bardzo mi bliskich i kochanych osób. Chciałbym jeszcze dać im z siebie bardzo dużo, odpłacić za lata nieobecności, w tylu ich ważnych dniach, wydarzeniach. Zwłaszcza tym najmłodszym. Opowiedzieć im o tamtej Warszawie, której nie znali, o Kresach, które takie miały dla naszej rodziny znaczenie, o starych grobach, które mają tyle opowieści, o jakiejś wierzbie w starym parku, starych aktorach, którzy zamieniali literaturę i poezję w życie. I życie, które na przekór tej szarości było poezją.

Ale, jak to zrobić z połową tylko duszy?

Język jest też złamany na dwoje. Nie, nie chodzi o wymienność, płynność, znajomość ortografii, gramatyki. To rzeczy drugorzędne, rzekłbym maszynowe, których można się nauczyć. Gdyby poeta pisał wiersz pilnując bezwzględnie, gdzie ma być biernik, gdzie celownik i mianownik, gdzie orzeczenie, a gdzie podmiot z dopełnieniem – moglibyśmy oddać poezję w ‘ręce’ AI (sztuczna inteligencja).

Gramatykę należy nie tylko przyswoić, należy ją oswoić. Tak jak konia, który jest zwierzęciem o wyjątkowo wysokiej inteligencji emocjonalnej. Naturalnym sposobem jego lokomocji jest step, trucht, kłus i galop. A przecież wszyscy widzieliśmy konie tańczące, robiące ruchy z pozoru kompletnie nienaturalne. Czy przestawały być wówczas końmi? Oczywiście, że nie! To samo jest u piszącego z gramatyką – nie może być jej niewolnikiem, musi stać się jej panem.

Gdy więc mówię, że mój język jest złamany na dwoje, to mam co innego na myśli niż formalną poprawność. Zwłaszcza w literaturze to pękniecie lub ten dualizm jest wyjątkowo zauważalny. Przyznaję, że słownikowo, zasobowo moja polszczyzna jest chyba mimo wszystko bogatsza niż angielszczyzna. Co jest chyba naturalne, bo mówić nauczyłem się w Polsce a nauka języka mówionego, jest badaj czymś tak naturalnym dla dziecka, jak nauka chodzenia, mycia się, ubierania i ze szkolnym sposobem nauczania niewiele ma wspólnego. To ta podświadoma potrzeba oswojenia świata, komunikowania się z tym światem zewnętrznym.

Gdy przyjechałem do Kanady byłem bardzo młodym człowiekiem. Ale byłem już człowiekiem dorosłym. Świat tej immanentnej chłonności dziecka był już dawno dla mnie zamknięty. Więc i te wchłanianie języka angielskiego było czymś sztucznym poniekąd, obarczonym skazami szkolnej ławy, słowników, leksykonów. Ta emocjonalna fuzja przyszła później i była pod każdym względem złączona z Johnem i naszą miłością. Miłość musi mieć swój język opisu, wyrażania uczuć i namiętności. To jest sine qua non. To może być język ‘na migi’, na cokolwiek. Ale musi być czytelny i zrozumiały dla obu kochanków.

W naszym wypadku naturalnie tym językiem był kanadyjski angielski. I odtąd stał się moim językiem. Jakkolwiek niedoskonałym – ale moim. Nie słownika, nie nauczyciela – mój własny. I wtedy, gdy się stał mogłem pisać wiersze po angielsku. Nie dlatego, że chciałem napisać wiersz ‘po angielsku’, ale dlatego, że ten wiersz rodził się po angielsku, nie po polsku. Od pierwszej frazy. Zanim napiszesz pierwszą literę w notesie lub na komputerze. Tu nie ma żadnego wyboru intelektualnego. To jest nakaz emocjonalny, wobec którego jesteś bezbronny. Mój język złamał się w ten sposób na dwoje. Tak, jak Polluks i Kastor. Niby osobno w dwóch ciałach i z dwóch ojców, a w jednej matce, jednym życiu i śmierci.

Czy potrafię więc w tym powrocie do miejsca i czasu, które nie istnieją – zaistnieć? I z tą dualnością językową funkcjonować w miarę normalnie. Bo ‘mój’ kanadyjski angielski nie jest dobrze opanowanym językiem obcym. On jest moim językiem. Językiem, którym myślę, czuję, tworzę gorsze lub lepsze wiersze. Tak, jak myślę i czuję ciągle w języku polskim. Tyle, że to dwa połączone, ale wszak samodzielne i osobne procesy emocjonalne.  A nad tym wszystkim cień olbrzymi złamanej na dwoje duszy.

Może nie mam już miejsca nigdzie? Może nie ma znaczenia czy będzie to Kanada, Polska czy Ekwador.

Kiedyś dawno, dawno temu jeździłem po wyspach polinezyjskich rozrzuconych na olbrzymiej przestrzeni Południowego Pacyfiku od Hawajów po Nową Zelandię. Jedna z tych podróży zawiodła mnie na zagubiony w tej przestrzeni maleńki atol Aitutaki. Wszyscy tam się znali, Był jeden duży sklep kolonialny, poczta i mały szpitalik przy maleńkim naturalnym porcie, gdzie raz na trzy miesiące zawijał statek z głównej wyspy Rarotongi z zaopatrzeniem w wiktuały niedostępne lokalnie. Ja miałem lokum w domku na palach z kotarami zamiast ścian na plaży, do brzegu mieliśmy może 20-30 metrów. Do tego portu i centrum handlowego atolu było spacerem może 10-15 minut i ta osada/miasteczko nazywała się Arutanga. Świat zewnętrzny wydawał się nie istnieć, a Aitutaki było centrum Kosmosu.  No i drobiazg – Internet dostępny dla prywatnego użytkownika nie powstał jeszcze kilka lat przed moim tam pobytem, a o czymś takim, jak Iphone nikt jeszcze na całej planecie nie wiedział. Tam teraz czułbym się najlepiej. Gdyby tylko nie to, że Internet i Iphone już na Aitutaki są … .   

Bad days. They come uninvited.

Bad days. They come uninvited.

It was a bad day. I know – just the other one, when I saw the flowers in the alleyways of our park in Dartmouth – I was singing the praises, thanking you for coaching me in ways of new life. A better life, a happier one. Go and allow yourself to enjoy it  – you said. You said, that you will be at peace knowing that I do. And I tried. And I failed. I failed you as you failed me. Yes, you did. Those last days you did. When we still had a chance to end it together. No, there was no physical chance, no miracle hiding somewhere holding the ray of hope that the outcome will be different or pushed way back into the future. There was no chance. No ray of hope on any horizon. But it meant there was no chance for me. Ever. We should not have gone to the sunny and sheltered lake beach, with shallow warm waters and no angry waves attacking the shoreline.

No. We should have gone to the angry sea, cold waters, powerful waves, strong currents, and whirlpools. I would have helped you carrying you on my back and we would have taken the last glorious swim together.  Our swim, ‘us’ being one. There is no ‘me’ anymore, where the is no ‘you’. There cannot be ever. Anywhere. I am left to wonder in constant pain, anger, in constant thirst surrendered by oceans of salt. The sea is calling me a thief, a beggar of scraps, a coward. I have no Eurydice waiting for me somewhere in non-existent Hell. I am the Hell. I am the unanswered cry of pain. I am the gatekeeper and I am the key to Hell. Orpheus can’t pay Charon a few obols to ferry him across the River of Hades. I have fired Charon and sunk the boat. No in or out. 

I went to the other beach, the ocean beach, the one we visited last time ever in 2022, and one we visited together for the very first time in 2019. Where we swam together, we laughed together.  Where we were kissing.

It was an overcast day today. The sea was grey like steel. It was cold like steel. And I didn’t go for that swim. But let me, please! Give me that nod, tell me you agree, and won’t pull me back. I’m losing my battle. 

Just don’t cry. Don’t be sad. Let me have a bad day. Let me wallow in pain and shame that I am and You are not. I was sorry for so long.  Let me hear from you this once that you are too – sorry. And I will give you your peace again. Just don’t expect the impossible from me. Don’t expect me to have joy in life. To have pleasures of days and nights. One thing I can promise you in return – those years, these decades we had, made me impossibly happy. I was. And I remember it. All I ask in return is that sometime, on some days (as today)  you will share my sorrow, my pain. And then you can have your peace again. But share in it the way we have shared everything else in our life.  It is too heavy to carry it all the time alone.

Spring Flower – Kwiat Wiosny

Spring Flower – Kwiat Wiosny

(English)

It’s Spring. It’s warm. In the parkways, I talk with you. It is a nice talk. It is a warm talk. You gave me again words of hope, of support. No one can do it as effectively and tenderly as you do. Your innate warmth and goodness are infectious and effective in an instant at the same time. You are a strange traveling monk, who effortlessly and without any heroism simply offers himself to a tired traveler. In a simple, natural way. It appears to be so ordinary, that it is even difficult to notice – as a breath of air.

But I’m still overwhelmed by the lack of your physical presence, which gave some peace to my vortex of thoughts. It arranged them in neat order, peaceful, void of instant hunger and need of life.

I can’t comprehend the mistake of fate, which took you away. You occupied such a tiny space in this world. You were almost like an invisible speck of pollen, a tiny flower on a vast meadow, a small wheel in this huge machine called World.

When I struggled with the huge wheels of History – you simply ensured that the coffee was good, and the dinner was served pleasantly. Because of this tender care that huge world could function and Wheels of Time could turn.

Without this small pinion, the Big Wheel stopped, and my important and huge world – collapsed. And I am lost.

But in the coldest moments, I am wrapping myself in the shawl of memories and it is bearable, warmer. I can function because of it.

I notice the tiny flowers under my feet and the fresh leaves on tree branches. I hear the birds singing their love songs and the buzz of bees in flowering bushes. And Your whisper to my ear: go, enjoy it. I want you to enjoy it. You must for us and for me. I can’t have peace without knowing it.

With a tear leaving a wet mark on my cheek – I go and I will. You deserve peace and no one but I have to give it to You, my Flower of Spring.

Wiosna. W alejkach parku jest ciepło i rozmawiam z Tobą. To miła pogawędka. Dawałeś mi zawsze otuchę. Nikt inny tego robić tak, jak Ty nie potrafił. Przyszły złe chwile i trudne momenty, które mi znowu pętały życie, gotowy byłem już się poddać zniechęcony tym nieustannym pojedynkiem z losem.  Ale poszedłem to tego właśnie parku, gdzie tylekroć chodziliśmy na spacery razem. Nawet w te dni przedostatnie.

I Twoje naturalne ciepło i dobroć wróciły do mnie. Jesteś jakimś dziwnym wędrującym mnichem, który bez hałasu i heroizmu po prostu rozdaje się, ofiarowuje się. Tak zwyczajnie, jak rzecz najbardziej naturalną z naturalnych. Trudno to nawet zauważyć, bo wydaje się takie zwykłe, codzienne jak oddech powietrza.

Ale brak mi okrutnie twojej fizycznej obecności. Przynosiła jakiś spokój mym pędzącym kłębom myśli. Wprowadzała ład w tym zgiełku i hałasie wokół i wewnątrz. I ciągle nie mogę zrozumieć tej okrutnej pomyłki Losu, który Cię zabrał ode mnie. Zabierałeś tak mało miejsca w świecie, byłeś prawie niezauważalnym pyłkiem, jakimś drobiazgiem na drodze, maleńkim trybikiem w olbrzymiej Machinie Dziejów.

Gdy ja zmagałem się z tymi wielkimi kołami Historii, ty po prostu dbałeś aby kawa była smaczna, a obiad ładnie podany. To dzięki tym drobiazgom ten wielki świat funkcjonował. Teraz, bez tego najmniejszego z najmniejszych trybików – Maszyna zatrzymała się. Zatrzymał się mój świat, ten Wielki i Ważny. Koło Historii stanęło w miejscu. I jestem zagubiony.

Ale w momentach najzimniejszych otulam się Toba, jak szalikiem naszych wspomnień i jest cieplej. Mogę funkcjonować. Zauważam drobne kwiatki pod nogami, świeżą delikatna zieleń na gałęziach drzew. Słyszę brzęczenie pszczół w kwitnących krzewach. I Twój szept do mojego ucha:  idź, ciesz się tym. Chcę żebyś się cieszył. Musisz – dla nas i dla mnie. Bez tego nie mogę mieć spokoju.

I ze spływającą po policzku łzą – idę. Będę. Nikt inny prócz mnie nie może dać Ci tego spokoju, a na spokój zasłużyłeś, jak rzadko kto. Ty – mój Kwiat Wiosny.

Let us go From the Fort of Our Love to Paris

Let us go From the Fort of Our Love to Paris

I have been reading again the verses of my very liked American poet Paul Monette. Yes, of course, his “West of Yesterday, East of Summer”[i]. Thought many times to translate this terrifying and yet so lyrical and beautiful book of poetry. His homage to his lover, his friends, his times. To people, who died of AIDS. As did he.

I asked myself why didn’t I? It was by the end of this modern Black Death when I was a very young man discovering the powerful world of erotica and sex.  Of desires and pleasures that shaped human history so much, almost as powerful as hunger for power. Indeed, in many instances, these two forces were intertwined.  They still are. It was also a time when gay stable relationships were not seen, maybe not even desirable as a norm or even something to look for. With causal relationships, you avoid the risk of being outed, beaten, maybe murdered, and certainly ostracized. You could easily lose your job for that reason and it was a legally valid reason. Strange times.

On page 10, Monette writes beautifully about Nureyev in his poem

Nureyev doesn’t have AIDS

or so they say but the season’s still off

at least in Paris and all her colonies

as to what to do after dance the gun-

runner Rimbaud is the paradigm post-

art position a little border war

khaki and goat kebabs no mail till the fin

de siècle is safely passed if the feet die

first you must sit out the millennium

(….)

                There are so many allusions here to so many things of the gay history in art. Casual readers might not notice the insertion in these lines of a young tragic French poet Arthur Rimbaud – the femme fatale of much older Paul Verlaine.

Four days ago I posted on my Facebook profile a short biography of another American poet, who lived in even earlier times – Richard Bruce Nugent. In 1925 he published a poem “Shadow” in “Opportunity”[ii]. It is an example of early poetry in the USA with searching for its own homosexual identity. I found it powerful, almost painful in how it evokes and stirs my own youth memories. Memories from much later time (almost three generations later), but still pervasive.  Fragment of this poem:

Silhouette

On the face of the moon

Am I.

A dark shadow in the light.

A silhouette am I

On the face of the moon

Lacking color

Or vivid brightness

But defined all the clearer

Because

I am dark,

(….)

                Then, suddenly I realized that I was not spared that terrifying moment of losing your Love, your soulmate. A different disease by name and origin, nothing to do with viral infection. But the process of slowly dying month by month, and suddenly a very fast process for the last few weeks that makes you an invalid, depending on others in simple tasks. Losing your air, and oxygen.  And you panicking, trying to be a nurse but still a lover, partner. Giving him every minute of your life. Battling, battling every day, not accepting. Still, still not accepting. Refusing to accept the inevitable. To the very last moment, when he dies in your arms. And your soul dies with him.

It was as if Time asked for that price that I didn’t pay during the AIDS pandemic. It waited patiently forty long years and said with terrible glee in its voice: you did not escape, it is time to pay your dues. What a perversity to spare your life just to make you suffer even the worst fate: to take from your arms the one you love the most, more than life itself.

The other night I watched some old Paris songs from years ago. I always wanted to take him to Paris. To show him the magic of Montmartre. The lovers sipping coffee in open cafes, the “Pigalle” of my Edith Piaf, the walkways by the Seine toward Eifel Tower, with Yves Montand serenading of lovers kisses and embraces on rue de Faubourg de Saint-Martin.

And I wrote a song for you. Not really a poem but aptly a song to be sung, not to be read in silence.  A song to be screamed to the Fates.

But your eyes –

they won’t go away!

They still let me see,

they look through mine.

Your eyes –

they are still in me.


But your arms –

they won’t go away!

They still touch me,

they embrace my body.

Your arms –

they still feel me.


But your lips –

they won’t go away!

They are warm, they tremble

when they touch mine.

Your lips –

they whisper: we remember.


                I am blind without your eyes,

                I can’t feel without your arms,

                can’t breathe without your lips.


                Without you my soul is void,

                without you my heart is longing.

(B. Pacak-Gamalski, April 2024)

Yesterday I went to our Fort of Love in Lower East Chezzetcook. Took my folding chair, and my camera and crossed the narrow channel of fast-moving water separating the meager and rocky beach from the very secluded sandy outlet by a point called Miseners Head.  Must have been low tide time as the icy cold water didn’t even reach my chest.  Even during late summer last year, it was a desolate spot, seldom anyone ventured there. More or less it was my own private beach nestled between the ocean and a deep massive lake called appropriately … Big Lake. As I emerged from the water on the rocky edge of the dunes, two eagles startled by the visitor circled above my head.  They must have been scouring the dunes for big crabs, which are plentiful there, or for lonely seabirds.

Went straight to the same spot as last year. The dead tree was still there, but winter storms took all the stones off my sign. Or the ocean covered them with sand brought from the deep bottoms.  And it knows now our story. The bottoms of the ocean know the story, a Story of Love,  Despair and Loss. The crossing whales sing the story and carry it back to the shores. To desolate inlets, rocky outposts, and small islands.  When the sun sets down behind the horizon, the sirens sing the song to the passing wind and the stars, and the stars shoot beam of light across the Celestial Meadows of Space. Story of Love Stronger Than Life.

I see it, I hear it. And I want, I need your eyes, your arms, your lips. Give them to me across the river separating Life and Death.  Our Love has overcome the space between the Worlds.

I feel your touch again, I feel the trembling, the impatience.

They are here now, knocking on my doors, on the Gates of Timid and Fearful. Gates of those, who are afraid, nonbelievers.  But the Gates will fall, as the Gates of Jericho did. None can withstand the source of the Song of Love. The only Song that binds the separate solitudes.  

Come and fill my soul and heart! Come my Lover, I have waited long enough.

Maybe, just maybe, when I leave Nova Scotia, when I say goodbye to our beaches, especially that one secluded, and removed from tourists, wild beach with the Fort of Our Love – maybe then,  I will take you to that Paris of Montmarte. Of lovers kisses and embraces. … and I will kiss your trembling lips, and I won’t let go.


[i] https://kanadyjskimonitor.blog/2023/10/04/esej-o-milosci-jej-nazwaniu-i-trwaniu/

[ii]  Journal of Negro Life, publication of National Urban League in the 1920ties.

Jesteś moim wierszem niedokończonym …

Jesteś moim wierszem niedokończonym …

Nieistniejący wiersz

Wczoraj uciekł mi jeden wiersz.

Tak zwyczajnie, po prostu

wybiegł z kartki,

wdrapał się na parapet otwartego okna

i wyskoczył.

Poszedł sobie, nawet się nie obejrzał.


Zabrał ze sobą wszystkie litery,

przecinki, wielokropki

i znaczenia słów.


I już go nigdy nie napiszę,

nie opowiem tej historii,

która może była

lub być mogła.

A nie będzie. Nie dam jej

szansy nawet na spróbowanie,

na niepewność,

na drżenie oczekiwania.

Niewiadomej bycia.

/12. 04. 2024; B. Pacak-Gamalski/

Tak, jak ten dzisiejszy spacer przez most z Dartmouth do Halifaksu i dalej uliczkami tego specyficznego miasta. Uliczkami tego żywego Halifaksu, Halifaksu jego mieszkańców a nie turystów, z dala od Waterfront i zabytkowego Centrum. Halifaksu zamkniętego granicami ulic North, Quinpool, Agricola i Oxford, a więc odsuniętego też trochę od zupełnie innej charakterystyki świata studentów i pracowników rozległego terenu Uniwersytetu Dalhousie.

Znam te uliczki doskonale, na pamięć, mimo to ciągle zauraczają specyficznym, staroświeckim czarem uśpionej prowincjonalności. Lublin, Przemyśl lub Rzeszów przychodzą na myśl. Często tu przyjeżdżałem w dni wolne od pracy by spotkać się z Tobą na twojej godzinie lunchu i przerwie. Ja przyjeżdżałem godzinkę-dwie wcześniej żeby właśnie po tych uliczkach łazić bezmyślnie, gapić się. Potem wracałem pod Berkeley, gdzie pracowałeś i czekałem aż wyjdziesz tym bocznym wyjściem na tyły budynku, gdzie była ścieżka w dół i trochę miłej, zielonej trawy. I szliśmy czasem na lunch obok do kawiarenki lub po prostu na papieroska. W tym miejscu kończyłem dziś i mój spacer. Poczekałem chwilę, popatrzyłem na te boczne drzwi czy może jednak wyjdziesz. Naturalnie, że wiem, że żadnych drzwi już nie otwierasz, przez żadne nie wychodzisz nigdzie. Ale przyzwyczajenie pozostało.

Ty – mój wiersz niedokończony. I spacer po moim mieście. Nigdy przedtem tak o Halifaksie nie myślałem. A teraz stał się moim. Tak jakoś niezauważalnie, mimochodem, niepostrzeżenie. Obok, Warszawy, może Londynu, oczywisci obok Calgary a nawet obok naszego cudownego, nieporównywalnego nawet do Warszawy – Vancouveru (naturalnie pisząc ‘Vancouver’ mam na myśli wszystkie miasta tej wielkiej aglomeracji, a już zwłaszcza Surrey) – miasta ze wszystkich mi drogich – najdroższego, najbliższego. Miasta, które było naszym domem.

Ale wracając do mojej, może ostatniej już wycieczki z kamerą do mojego Halifaksu.

Spacer z kamerą drogami wspomnień

Spacer z kamerą drogami wspomnień

Ewangeline and Gabriel – the price of Love / Ewangelina i Gabriel – cena Miłości

Ewangeline and Gabriel – the price of Love / Ewangelina i Gabriel – cena Miłości

Sometime during the seven years (1755-62) of mass deportation of all Acadians from Nova Scotia to Louisiana, a girl called Evangeline was deported, too. Whether her existence was a historical fact or a result of a mythical romantic story of love and death – we will never know.  But we know that many ‘Evangelines’ must have faced that tragic fate.  A story as old in the annals of literature as any tragic love story going back to times immemorial.  When young lovers are torn apart by powerful forces of kings, gods, and generals unmoved by any cries or tears.

I have written here more extensively about the story and its background years ago.  Have traveled almost the entire length of Evangeline Trail – a route she took on her way back from her exile in the marshes of Louisiana in search of her beloved. Almost the entire Trail. Yet, there was one, pivotal one, I have not visited. We planned to go there many times with my late husband but kept postponing it for various and absolutely mundane reasons.  And a time came when my story become also a story of love lost and constant searches of memories of that love…

The other day, on a cold, wet, and windy Easter Saturday I went to the last spot, the pivotal spot, where Evangeline’s story began – to the little old town of French Acadian settlement of Grand Pré in Annapolis Royal Valley, close to quaint little town of Windsor.

The story was immortalized by no one other but the supposedly great American romantic era poet Henry Longfellow, who published “Evangeline. The tale of Acadie” in 1847. Never was an admirer of Longfellow’s style of writing and his literary testament. On the contrary, I see him rather as a mediocre talent.  But the story achieved great popularity in the late XIX and the first half of the XX century. At a time of no television and relative seclusion of small towns in Main, USA and Maritime Canadian provinces of New Brunswick, Nova Scotia, and Prince Edward Island. It was read by many generations. And thus literature became a fact and a legend was born. Like in ancient Greece.

I first became aware of the story more than 30 years ago, sitting in the foothills of Kananaskis Country, in my in-law’s home in Priddis, Alberta. Thousands of kilometers from the Atlantic. A wonderful great aunt Theresa Cormier was just visiting, a dame of different epoch, sister of my mother-in-law’s mom – Mimi  McDonald de domo Cormier. Mimi and her sister Theresa came to Pictou in Nova Scotia from a French-speaking Isle de Madelaine on the St. Lawrence Waterway in Quebec.  In her youth, she loved the story of Evangeline and read it many times. We talked about the romantic-era poets and as a result, I got from her the Longfellow poem and an old print of a small album of black and white photography of places and the journey of Acadians and Evangeline’s exodus. A little old printed album called “Evangeline Land”  containing no text, but a lot of very old photographs of the entire western shore on Nova Scotia associated with the history of the Great Exodus – the military expulsion of Acadians (French-speaking and mostly loyal to their French king) from their settlements in Nova Scotia. What you would call today – an ethnic and political cleansing.

The day was not pleasant. Windy, and very wet. Nonending drizzle of snow and rain. I thought it was very appropriate for the occasion – somber, sad, cold. That’s how it must have felt for the Acadians when they were first beaten down in a surprise attack of the English. And how it must felt when ‘Evangelines’, their families were being expelled by ships from their homes.

Of course, it has a truly epic ending – tragic and glorious in Evangeline’s finding of her beloved Gabriel only to give him to the Death itself.  But – to the defense of Longfellow and so many other authors of tragic love stories – love could be a bit perverted. Especially truly great love. The death of one of the lovers is followed by years, if no lifetime, of unspeakable despair and suffering. As if gods would whisper with irony – I will answer your prayer and give you great love, but be aware that the price for it is very high …

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami (i tu należy dodać: za oceanami), żyła biedna wiejska dziewczyna, Akadyjka o imieniu Ewangelina. Akadyjczykami nazwano kolonistów francuskich  w części Nowej Francji (marzenie króla Ludwika), którą właśnie tak nazwano: Akadia. Ewangelina mówiła naturalnie tylko po francusku. I zakochała się w młodym chłopaku, też Akadyjczyku, Gabrielu.

Ale zaraz po Francuzach w Akadii znaleźli się żołnierze brytyjscy. Ich król też marzył – tyle, że nie o Nowej Francji a o Wielkim Imperium, brytyjskim naturalnie. I zaczęli wzajemnie się przepędzać, strzelać do siebie. No i Anglicy nie chcieli nazywać Akadii ‘Akadią’ a nazwali Nową Szkocją. Nowa Francja, Nowa Szkocja. Strach pomyśleć, gdyby jakiś niemiecki Wiluś zapragnął też kawałka tego Nowego Świata, bo jakby on to by nazwał? Nową Germanią? Może Walkirią? Aż strach się bać, LOL. Ale było, jak było. Więc ci brytyjscy wojacy jednak przeważyli militarnie. W dużej mierze de facto nie potęgą brytyjskiego garnizonu, co wojnami w Europie (między innymi pod Sewastopolem, tak tym krymskim).  Nic lub bardzo pewnie niewiele o tym wszystkim wiedzieć mogli młodzi kochankowie, Ewangelina i Gabriel. 

Najpierw ich osadę w Grand Pré w Annapolis Valley zaatakował oddział żołnierzy brytyjskich i wybił wielu mieszkańców. W krótkim czasie lokalny rząd Nowej Szkocji zdecydował pozbyć się kłopotu z Akadyjczykami i podjął decyzje ich deportacji  do odległej, obcej Luizjany, tysiące kilometrów na południu kontynentu. Taki los spotkał Ewangelinę i właśnie z Grand Pré ta masowa deportacja statkami się odbyła. Gabrielowi cudem jakimś deportacji udało się ominąć. Ale Ewangelina nigdy o wielkiej miłości nie zapomniała. Po latach i zapewne po heroicznej i strasznej wędrówce – wróciła do Nowej Szkocji.  Z miejsca, gdzie wyladowała odbyła bardzo długą drogę pieszo lub przygodnie spotkanymi furmankami ze wschodniego wybrzeża Nowej Szkocji na zachodnie. Dotarła w końcu do Grand Pré.  Jej ukochany dalej tam mieszkał. Ale radość była krótkotrwała. Gabriel był już ciężko chory, na śmiertelnym łożu. Miała jeszcze czas by złożyć na jego ustach gorący pocałunek.  

Czy tą historię stworzył z własnej weny artystycznej Henry Wadsworth Longfellow, czy też spisał zasłyszane od innych wydarzenia, jakie faktycznie miały miejsce – któż dziś wiedzieć może na pewno? I czy to ma znaczenie? Nie, nie ma. Fakt jest faktem, że w przeciągu kilku krótkich generacji poemat Logfellowa zyskał olbrzymią popularność. Były to czasy wszak przed telewizją, radiem nawet i masowymi gazetami. O Facebooku nie wspomnę. Ludzie długimi wieczorami czytali książki. A w Nowej Szkocji i Nowym Brunszwiku naturalnie czytano to bodaj jak Biblię. Wszak to ich historia, ta Ewangelina i Gabriel to ich dzieci, z ich osad i miasteczek! W dodatku napisana przez takiego wielkiego i znanego poetę, jak amerykański Longfellow!

Ja trochę zawsze na przekór – historia piękna zaiste, romantyczna. Longellow był bezwzględnie znanym poetą – nigdy bym go do grona wielkich romantyków nie dodał jednak. Ponoć był pod dużym wrażeniem twórczości Adama Mickiewicza  – ale Mickiewiczem ani amerykańskim ani kanadyjskim nie był w jakimkolwiek względzie. Tak, znał warsztat wersyfikacyjny dość porządnie. Więc bez wątpienia był dobrym rzemieślnikiem. Dość na ten temat.

Ja jego poemat i historię Ewangeliny znam od blisko 40 lat. Mieszkałem wówczas w Albercie, pod Calgary. Na farmie wynajmowanej przez rodziców mego męża, u podnóża pasma Kananaskis w Górach Skalistych. Siedzieliśmy bodaj na werandzie tej farmy i prowadziłem ożywioną rozmowę z uroczą damą poprzedniej epoki – ciotką Teresą. Ciotka Teresą Cormier była siostrą mamy mojej teściowej, Mimi  MacDonald de domo Cormier.  Obie siostry pochodziły z francuskojęzycznej wyspy Madelaine na rzece św. Wawrzyńca. I obie już tam, nim osiedliły się w Nowej Szkocji, rozczytywały się w poemacie o Ewangelinie. Ciotka Teresa była absolutnie zdeterminowana, że prześle mi poemat Longfellowa i że musze go przeczytać. Co zrobiła po powrocie do Nowej Szkocji. A kiedy widziałem ją po raz ostatni, podczas ciężkiej wizyty w Nowej Szkocji w roku 2000 ( ostanie tygodnie życia jej siostrzenicy, a mojej kochanej teściowej, Leony) obdarowała mnie jeszcze swoistym ‘białym krukiem’ – wydanym przez fotografa A. L. Hardego z Kenville w Nowej Szkocji, małym, czarno-białym albumem fotografii miejsc związanych z przypuszczalnymi miejscami w Nowej Szkocji i Nowym Brunszwiku, związanymi z Akadyjczykami i Ewangeliną z Gabrielem[i].  

I ten właśnie skromny album zdjęć, w dość podniszczonej okładce, towarzyszył mi ostatniej soboty w drodze do miejsca, gdzie Ewangelina spotkała się ostatni raz ze swoim ukochanym. Sobota była dniem podłej pogody. Wietrznie, padał gesty drobny śnieg z deszczem. Wszystko było szare, smutne. Mieliśmy do tego miejsca przyjechać razem, ja i mój ‘Gabriel’ – John. Objechaliśmy razem całą Trasę Ewangeliny (Evangeline Trail). Planowaliśmy pojechać naturalnie i tam, do tego Grand Pré. I zawsze jakaś rzecz zwyczajna wypadała, że odkładaliśmy na dzień następny. Aż nadszedł czas, że już tego dnia zabrakło. Już pojechać razem nie mogliśmy. Tak, jak mimo wszystko w tych romantycznych lub antycznych historiach wielkiej miłości.  Kończą się zawsze tragicznie. Im większa, im głębsza – tym ból i strata niewyobrażalne. Jakby bogowie faktycznie zazdrościli nam tego owocu, jakby szeptali uśmiechając się ironicznie:  nie proś o rzeczy wielkie, bo może cię nimi obdarujemy ale za wielką cenę, która może być zbyt dla ciebie – człowieka – wygórowana …

Więc byłem w tą zimną, mokrą sobotę tam. I było mi dobrze, że taka podła pogoda, że żywej duszy w parku przy tym kościółku nie spotkałem. Był tylko duży pomnik Evangeliny wypatrującej w dal. Za znajomym brzegiem? Za Gabrielem? 

I był obok, w drugim małym parku, wiele mówiący inny pomnik: kamienna grupa, rodzina – wypędzeni ze swych domostw Akadyjczycy pospieszani do wejścia na statek, którym miał ich wywieźć w jakiś ląd odległy, nieznany …  Ostatnia w grupie była mała dziewczynka, bez zastanowienia się dlaczego i po co podszedłem i położyłem rękę na jej małej kamiennej główce.  Chciałem powiedzieć: nie martw się, wszystko będzie dobrze, poznasz tam inne fajne dzieci. Naturalnie, że kłamałem. Zawsze w takich sytuacjach kłamiemy, bo nie wiemy co powiedzieć.  A królom i prezydentom jest to kompletnie obojętne – przecież mają cały świat na głowie, więc gdzież mieliby czas by zająć się jakąś jedną małą dziewczynką?!


[i] Hardy A.L., „The Ewangeline land made famous by the expulsion of the Acadian farmers by the British Government on account of their fidelity to their French King, and afterward immortalized by Longfellow, an American poet.; oocihm.64903 (numeracja ‘oocihm’ stosowana zanim wprowadzono system ISBN), r. ok 1899; s. 76

Out of Despair – a story of a wintery trip to a snowy beach

Out of Despair – a story of a wintery trip to a snowy beach

The story is written in poetic verse, which is perhaps the easiest way to express emotions that are too intense to convey in normal language. I’m going through a difficult time as I prepare to make a monumental move, and I have to discard or abandon a lot of my belongings. Our belongings. This process has forced me to go through them all in detail, it has opened a Pandora’s box of memories. These are not just my memories: these are our memories.

Last summer and autumn, I often escaped to the beaches for days at a time to get away from reality. But now, with the sorting of our things, that heavy feeling of despair has returned. Despite the cold wind, light snow, and rain I had to return to the beaches. I had to try to find you again for a moment, if for a moment only. It seemed that by doing that I wanted to overcome the feeling of drowning. On this trip I kept imagining a theater stage and Shakespeare’s Richard III. Richard III with his desperate plea for a horse, his bargain with the Fates.

The phantoms of despair are everywhere. 

Six, I think that I slayed. But not the one I needed.

A horse, a horse! My kingdom for a horse! I yelled, I begged!

as in a story said by English bard long time ago,

per chance, of dying Plantagenet with a blow to his head.   

My kingdom for a horse! I yelled in powerless furry

 at the ice-cold waves of roaring sea on Eastern shores.

I screamed, I raised my fists, and stomped my feet.

And words were taken by a wind

and silenced by another wall of deep.  

I cried out in pain falling to my knees,

beaten down, with no sword, no horse.

and no shield – ‘just once’ – I whispered

with no sound leaving my lips – ‘for a moment

let me see his face again, let me tell him

without words that I do and always will’.

And then, resigned I turned away from the sea

and saw in front, in a fair distance,

on the crest of the sand dunes – human shape,

familiar form, protected by warm, thick cape.

I wanted to run toward him – but couldn’t move;

wanted to scream – but no sound left my lips.

And yet – I heard his words as clear as daylight:

I know you do and I do love you, too.

I have no kingdom and no need for a horse anymore.

No need for heavy swords and glory in the battles.

That chilly day on a windy and snowy beach,

with cold stabbing your bones as battleaxes –

that instance becomes as warm as paradise.

I went back home with a smile and a head held high.

(by B. Pacak-Gamalski)

Niezakończone rozmowy z Tobą – Our Talks non-ending

Niezakończone rozmowy z Tobą – Our Talks non-ending

Pojechałem dziś do ciebie. Nie wiem nawet, nie pamiętam czy pierwszy raz w tym roku? Kartki z kalendarza pogubiłem już dawno. Nie wiem nawet gdzie,  czy na plaży jakiejś, do których uciekałem cały rok szukając cię? Może w tym forcie  w Lower East Chezzetcook, forcie który z uporem budowałem odgradzając go kamieniami od fal i odgrodzonym małą zatoką z silnymi prądami wody od głównej plaży. Nikt tam prawie nie docierał nigdy, bo przypływ nagły mógł powrót uczynić bardzo karkołomnym. Więc była to jakby moja pustelnia, moje królestwo, gdzie spędzałem godziny. Czasem mogłem wrócić idąc, czasem musiałem wracać płynąc, jedną ręką trzymając w górze plecak z kamerą i zeszytem w którym spisywałem nasze rozmowy.

Straciłem dom, straciłem przystań, zgubiłem kotwicę. Moja łódź błąka się rzucana w różne strony świata falami dwóch oceanów: Wielkiego, zwanego ironicznie ‘Spokojnym’ i zimnego Północnego Atlantyku. Szukam wyspy, którą mógłbym nazwać ‘Nasza’. Nasza Wyspa nie jest wielka, raczej mała. Jak ta z przygód Robinsona Cruzoe i Piętaszka ma tylko dwóch mieszkańców. Wieczorami spotykam cię siedzącego na skałach ze wzrokiem zanurzonym w głębinach oceanu. Podchodzę i kładę rękę na twoim ramieniu. Odwracasz powoli swoją twarz ku mojej. Masz w oczach i na ustach spokojny, słodki uśmiech zadowolenia. Podaje ci rękę i pomagam zejść z kamieni. Kładziemy się na ciepłym piasku dzikiej plaży i patrzymy w niebo. Leżymy tak długo, aż nadejdzie noc i niebo zapala nad nami lampy gwiazd. Wskazujesz palcem najjaśniejszą i pytasz: Widzisz? To nasz gwiazda. Nazywa się Miłość. I zawsze będzie nam świecić, do końca wszystkich dni, do czasu gdy wyparujemy atomami kosmicznego pyłu i popędzimy obracać się po jej orbicie. Czy to nie piękne?

Biorę w swoją dłoń twoją i całuję ją długo. Odpowiadam: tak, to jest piękne. I odpływam w sen czekając na ten moment. Moment odlotu z Naszej Wyspy do Naszej Gwiazdy. Do domu.

Comes the day next. It is almost as if it was yesterday, yesteryear, forever. Our stars, our Cosmos came home to the dancing light of the sun in the waters of our ocean, right at the doorway of our home. And I walk to My Rocks on the shores and see them: the light of the dark sky of night, and the stars diving to the bottom of the sea with the dawn of day.

Seating on Our Rocks, on the edge of the water, I can see them sending shots of light from the dark bottom to the surface. They are there, singing our song with the sirens. They are tending to the Gardens of Coral, of swarms of dancing little fish, of translucent figurines of ancient sea creatures: the squids, the funny shrimps, and seahorses. All following the long pathway of Eurydice and Orpheus.

Our star, our island is there, too. The sky and the ocean are the same: the stardust of nebulas.

And suddenly I know it all. I’m certain that if I get up from My Rocks now and go home – you will be there as always: sitting on the sofa. You will look at me opening the door and you will say: finally you are back from your silly stars and ocean’s bottom. Sit here, next to me, and I will make us a cup of good coffee. We will watch that movie you wanted us to see.

I’m sure that’s what will happen when I go back home. I’m certain of it but also frozen in fear that I might be wrong. That you might not be there. But I will. I will go, open the door, sit on the sofa, and wait for the cup of good coffee. No one makes such a perfect cup of coffee, as you do.