Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

@B. Pacak-Gamalski, 2025

Więc wróciłem. Wróciłem do ciebie, mój Parku Stanleya. Jadę tam teraz kolejką z mojego domu tu. Tak jak było wtedy przez tyle lat, tyle marzeń, pocałunków i westchnień.

Jadę parku najdroższy, tak jak Łazienkowski w Warszawie, podziwiać twoje bordowe kwiaty japońskiego klonu nad twoją laguną.  Wracam, jak syn marnotrawny z wertepów tysięcy kilometrów.. Trochę złamany, trochę poturbowany, może wolniejszy w marszu. Wracam sam, więc tak, jakby tylko moja połowa wróciła. Boleśnie  rozdarty piorunem na dwoje, jak stary wysoki cedr z twoich alejek.

Jeszcze się gałęzie zielenią, jeszcze ptaki w dziuplach gniazda wiją. Wracam z mojej dziupli, z mojego nowego gniazda na tym samym drzewie. Ale to gniazdo na zawsze pozostanie w pół zamieszkane, w pół puste z jednym samotnym ptakiem..

Kaczuchy czyszczą po zimie swoje gniazda w zatoczkach laguny. Gromadki gęsiątek na popasie w trawie, tuż koło tego znajomego mostku prowadzącego do alejek Stanley. Patrzą się na mnie zdziwione pytającym wzrokiem: to ty? wróciłeś? I bez niego, bez twojej mamy i bez Irenki?

Oh, Irenka – jakże mógłbym zapomnieć! To lata jeszcze z Burnaby na Capitol Hill, z polskiego Domu Kopernika na Rosemont Drive, z naszego pierwszego townhouse, który kupiliśmy po wyprowadzeniu się z Capitol Hill. Do Parku Stanleya  z nimi jeździłem często, do ulubionego przez Irenkę Ogrodu Różanego, gdzie dojeżdżał trolejbus z Kingsway blisko od Domu Kopernika,  na końcowy przystanek właśnie przy tym Ogrodzie Różanym.  Irenka kończyła przed wojną Wydział Ogrodnictwa na SGGW w Warszawie i stąd tak lubiła i znała się na ogrodach i kwiatach.  Pochodziła z zamożnej rodziny Maciejewskich i bywała na balach u Prezydentowej Mościckiej. Ta zaś, w ‘spisku’ z mamą Irenki, chciała ją żenić ze swoim synem, młodym Mościckim. Ale jej ani w głowie było małżeństwo wtedy – wolała tańczyć fokstrota na stolikach w „Ziemiańskiej”! Potem wyszła za mąż za pana Pasławskiego, ale nie było to udane małżeństwo. Po wojnie spotkała się ze znajomym panem Kropińskim, który przyjechał do Polski na urlop z Kanady, gdzie osiedlił się po wojnie.  A Kropiński twierdził, że kochał się w niej jeszcze w tej przedwojennej Warszawce, ale dała mu też kosza. Płk. Dyp. Adam Kropiński był przed wojną  oficerem stacjonującym w twierdzy Przemyśl. Jego praprapra, Piotr Kropiński był rotmistrzem Straży Przedniej samego Augusta II Sasa.  Pan Adam w czasie stacjonowania w Anglii pobrał się z arystokratka angielską z tego samego rodu … co Diana, tragiczna Księżniczka Walii. Co za konotacje i ścieżki historii, prawda? Gdy spotkał z naszą Irenką podczas wizyty w Polsce był już wdowcem i się jej oświadczył.  Z Pasławskim wzięła rozwód i … tak wylądowała w Kanadzie, początkowo pod Vernon w Okanagan, potem w Vancouverze.

A potem jeszcze …no łaziliśmy nocami po klubach ciekawych z nią i mamą, za dnia po Stanley Parku, gadaliśmy wiersze i słuchaliśmy dobrej muzyki i wykładów znawców wielu tematów ze sztuką związanych na niezapomnianych wieczorach „Pegaza” u Krystyny Połubińskiej, raz w roku na spotkaniach w Bibliotece przy ukazywaniu się kolejnego rocznika „Strumień’, który tu wydawałem przez ponad 10 lat.

Zaraz, o czym to miało być? A, o Stanley Parku. No widzicie, aż tak się nie zmieniłem – ciągle uciekam w tematy poboczne i gadułą jestem nieznośnym, LOL.

Więc chodzę teraz brzegiem tej Zagubionej Laguny i widzę Johna, widzę Irenkę, widzę moją mamę. I też jestem sam tak, jak one wtedy już obie były.  Kiedyś wszyscy zostajemy sami. Ten drugi ptak z któregoś lotu do dziupli już nie wraca. Kiedyś kaczka druga do gniazda uwitego z tataraku więcej nie podpływa …

Zwalony wykrot olbrzymiego starego cedru szepce:

pamiętaj, że było warto, warto po stokroć, a samotność nie jest ceną wygórowaną nawet za dzień szczęścia.

Kiwam głową:

tak, warto po stokroć. Ból Straty jest, jak eliksir życia – krzyczy, że jeszcze żyjesz, a żyjąc pamiętasz, że kochałeś, że byłeś kochany. Cóż w życiu może być bardziej piękne, bardziej wartościowe niż doświadczenie miłości?

To dzięki temu potrafię chodzic naszymi alejkami nad Zagubioną Laguną, uliczkami w Surrey, New Westminster i Vancouveru. Bez przymusu, serdecznie i szczerze kłaniać się i uśmiechać do mijanych przechodniów. I szeptać im bezgłośnie:

Idźcie na spacer przed zmierzchem do tego Parku w Aleję Zakochanych. Ale przed nocą, nim zmierzch wszystko opończą ciemną otoczy, nim wrócicie do domów i powszedniości. Idźcie tam i całujcie się serdecznie, gorąco, natarczywie. Czy macie lat piętnaście czy osiemdziesiąt jest bez znaczenia, prawdziwa miłość o metrykę nie pyta. Pięćsetletnie tuje i klony ponad wami spojrzą, szturchną się gałęziami i ze śmiechem zaszumią – patrzcie na tych siedemdziesięcioletnich smarkaczy na randce!

I to by było na tyle dzisiaj, tymczasem więc.

Nasza droga przez życie,

nasze życie w tej drodze,

i kochanie w niebycie!

Read more: Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

Kliknij na pierwszą linijkę (Nasza droga przez życie) i otworzysz stronę z pełnym tekstem tego wiersza-piosenki

Letter to you

Letter to you

How do I say it? Where do I sent it, to what address? You didn’t leave any forwarding mail note in all these little messages for my on your old Iphone.  Yes, you did tell me that you love me – but that I knew already, as you did that I do love you. More than life. Much more than that. I guess we both did know IT for many decades.  Of course, as any lovers we also had the natural urge to say it over and over to the other. Silly, isn’t it? Yet, sweet nonetheless.

But I still don’t know where do I sent this letter, these words I scribble now to you. Just in case.

You know that I’m going in a day or two to complete the last leg of our last journey. I’m going to our Home. Back to our home. Back to the amazing city that saw us, blanketed us with its beauty and it’s almost unnatural  shower of protection, and gave our feelings a nest. No, it didn’t protect us from little silly misgivings, trespasses (even if they felt at that time as a apocalyptic catastrophe) – why would it? The city knew that they are of no consequence. It took care and protected that, which was most important and most cherished. That made life worthwhile – our mutual love. The rest was just a noise. Little things to do to fill time. It is when I laid in bed at night and listened to your breathing as you were falling asleep – that was when it mattered. That was all that mattered. Even more than – dare I say it?! – nights of passion that was heavenly.

Have to take that journey back. Back where we should had have came back much earlier together.  

It doesn’t matter anymore, really. You are coming with me anyway. Maybe not in body, but in memory. With passing years memories is often what we have left.

You know that highway I’m taking. During summertime it offers glorious vistas. This time of the years, at times it is very treacherous. A strange feeling came over me. A feeling that I might not make it. Not take us back home through the very last, short leg of the journey. Funny, but a bit disturbing. Foretelling?  Just in case,  a little note to you.  Want you to know that I almost did it. One could say that I did, regardless of some little detail at the very end. It would be like, let’s say falling off you skies at the very bottom of the hill, after a long slalom from the top. Who cares? You still skied from the very top. Just a mere few meters doesn’t really count.  No, I’m not wishing or hoping that it would end up like that. I do actually believe that in a day or two I will be unpacking in our new place back in our city. This is just a few words to you, in case of some tiny misshape on the last mile. Otherwise – see you at home, Babycake.

yours always –

Chalice

I have missed you still

I have missed you by

empty night and by

colorless daytime

I have missed you

yesterday on my walk

I have missed you today

when I got up from bed

I have missed you last year

and I’m missing you

this year the same

I have missed you

three years ago

the day you were

gone

I do get up in the morning; get dressed, have breakfast; clean the dishes afterwards and watch some news. I don’t go to concerts anymore or much less than I did in Halifax. It was terrible there, where every street, every park, every store reminded me of us being there together.  It is terrible here, where everywhere I go, I remember when younger us walked together. You are everywhere, and yet I know that you are nowhere. You are gone. Forever.

It was going to be easier they said, and I thought it would. It is not, or it is by the virtue that you can get used to even chronic pain. But the pain is not lesser and it is tiring all the same. After a while you are just tired of that chronic pain. You have had enough and you want to be gone, too. What is the point of maintaining that, which will never ease, never go away?

Oh, I know that mine is not special or rare and distinct. But suffering of others does not ease your pain. That would be a sick perversion. I know that you are no longer have any worries, unhappy days or sadness. You can’t ‘cause you are gone, nonexistent anymore. But it is the memory of you that pains me so much. I am the only holder, only chalice where you exist. For as long as I live, I will be that chalice containing you, and the pain.

Right now I am in the process or refurbishing my life again. Moving to place where we used have our happiest days, decades actually. No, not some sort idyllic frolicking in flowery meadow. A life with its bad days, but live full of love, nonetheless. It did exited me, when I got that idea, and I got struck with realization that I will be walking these trails, street, places as alone, as every day I did since you were gone. Yet, I’m looking forward to it. Strange. Somehow, can’t explain logically how it works, that chalice full of pain will not be as heavy? Or I will understand perhaps better why it is so heavy. Understanding a process might make it easier to go through it.

Yes, there is also that element of egoistic pleasure of ‘coming back home’. Sort of making it the full circle. Of course big part of that circle would be reconnecting with my old friends. Very dear people: older, younger, my age. Somehow our life and love did not preclude both of us from pursuing our own interests and social circles.  Much more on my part perhaps, not by design though or special privileges. I just did.

It will not make me happy in a conventional meaning of the world. It will however (or not?) allow me to live again, smile at times. Smile honestly, not politely.  

I will miss you

tomorrow again

I will miss you

as I did yesterday

I will miss you

till there is no longer

either night or day

in places we have lived

and places we have

never together been

until the chalice will

be broken and the wine

of life will be spilled

Place of Recpice

Place of Recpice

Place of respice

No. I don’t know anymore

where is that place.

Have travelled many

decades now, across

oceans and land masses.

I’ve met and loved people,

have been in love with Him.

From airport to airport,

from train station to another

far away, in different city.

Gathered things and lost

all of it somewhere.

I have met friends, who

offered shelter and whom

I have helped, when help

was needed on a bad day.

But where is that place

of respice, of wisdom

learnt from this world,

from travels, loves

and friendships dear?

10.02.25

Nothing, nothing has changed since THAT year. A year when everything stopped for me. I have tried, have searched, got engaged in other things, re-connected with some friends. Yes, there were good days, maybe even weeks. There were jolts of enthusiasm, new plans. It never lasted for long. Not for lack of trying or lack of wanting. It is just, just that the weight of that year, of these days watching him slipping through my fingers, arms, my love, always finds me and whispers: you have not tried hard enough. It is not that I don’t know, that he would want me be alive and enjoying the surroundings, the places, faces and smiles. Especially these places here,  where we truly had our home. And gosh, we were happy.

Would he, if we changed places and roles? I think a bit more than me. I think he wouldn’t have carried such a heavy rock on his shoulders. He would have enjoy more his friends and places perhaps. It was me, who wants more of people, who needs them to be beautiful and good, with no broken souls, light and accepting of fates. He didn’t need anything of anyone. He just wanted them to be. He had such a beautiful soul.

And now I am tired. I need to find that place of respice, of understanding, of accepting. I am ready to say ‘hi’ to the world as it is. Have no strength left to carry my luggage anymore.

Rozmowa ze sobą

Zgubiłem klucze do mojego życia Nie wiem gdzie je położyłem. Na którym stole, na którym biurku, w której kieszeni, w której ręce?

To było bardzo proste, gdy byłeś obok Ty. Ty zawsze wiedziałeś gdzie je położyłem Ze śmiechem podawałeś mi je przy drzwiach: są tu, gdzie je wczoraj położyłeś. Brałem je i wychodziłem z domu. Wkładałem do stacyjki samochodu, przekręcałem, silnik ruszał i jechałem sam lub częściej razem z Tobą. Naszą drogą. Przez mosty, przez rzeki, przez góry, przez miasta. Przez życie.

Więc nie szukam tych zagubionych kluczy teraz zbyt dokładnie. Zgubiły się. Nawet, gdy znajdę – gdzie jechać? Samochód też zagubiony.

Już byłem blisko raz, kilka tygodni temu ledwie, odnalezienia skrawka tej drogi, fragmentu mapy. Już podawałeś mi dłoń i uśmiechałeś się, mówiąc tym uśmiechem: dobrze, chcę byś jechał znowu dalej. Ulicami naszego miasta tu, nad Pacyfikiem.

To wydawało się takie proste – chodzić samemu lub z przyjaciółmi tymi uliczkami koło Holland Park w Surrey, wokół Capitol Hill w Burnaby, na West End w Vancouverze, w kolorowym Ladner.

Ale wyjechałem stamtąd na chwilkę tylko, na kilka dni ledwie. I samochód zniknął, gdy wróciłem. Postawiłem widocznie nie na tej ulicy, pewnie nie w tym mieście.

Wyciągasz rękę, chcesz mi pomóc. Uśmiechasz się tym jedynym na świecie uśmiechem, który nadawał sens wszystkiemu. A ja jestem taki bezradny bez ciebie. Gdy ciebie gdzieś wiozłem przez wertepy, gdy podawałem rękę na skałach, którymi wędrowaliśmy – byłem silny, zaradny. Teraz, gdy ta ręka nikomu niepotrzebna –utraciłem moją siłę.

I już nie wiem, czy te klucze można znaleźć, czy samochód odszukać i czy mogę ponownie jechać tam – do nas, naszego domu i zacząć żyć ponownie. Nawet tam, w tym magicznym mieście naszego szczęścia. Bo jeśli tym razem cię tam nie znajdę – to poco mi te klucze, ten samochód, to życie?

Powinienem być szczęśliwy

Dzień dobry – mówię ludziom napotkanym. Wydaje się, że jest dobry. Kiedyś był, dziś nie zawsze rozumiem skąd nam tyle dobra się nabrało do kosza. A był pełen, jak róg obfitości.

 Było po prostu, jak słońce na niebie, jak woda w rzece, jak krew w żyłach. Tak było, a już tak nie jest. Wydaje się jeszcze, że sprawy układają się tak, jak układały się do tej pory.  A nic nie jest wieczne, nic nie jest dane na zawsze, więc te drogi i mapy prowadzące gdzieś, są jak kompas bez pola magnetycznego. Wszędzie jest i północ i południe jednocześnie, wschód i zachód, dzień i noc. Doprawdy, w głowie się czasem kręci, ale najczęściej jest mi to kompletnie obojętne.

Szumiałeś mi, jak flaga na wietrze,

drżałeś, niczym rozgrzane latem powietrze.

Z flagi pięknej pozostało drzewce –

nie mam, nie słyszę, nie widzę, nie chcę.

Wszystko stało się chwilami inne, niezajmujące. Nawet sztuka, literatura, ba – wiersze. Komu one potrzebne? Wiec takie proste, zwykłe rymowanki się kładą na kartce. Bo pisać trochę umię, tak jak chodzić umiem, no to chodzę. Wcale nie oznacza to, że jestem sprinterem olimpijskim lub nawet powiatowym. Czy gdzieś jeszcze dojdę, czy dojadę tym samochodem?

Wszystko było drogą i podróżą.

Było widokami, które nie nużą,

jak wybrzeża rzek i Côte d’Azur,

łąką, plażą i bukietem tęcz z chmur.

Właśnie – było, ‘wszystko było’. Czas przeszły. Toteż nie zapisuję tego, jako jakiegoś eseju, jakiejś prozy poetyckiej, refleksji. Nie. Gadam ze sobą czasem żeby nie nudzić rozmową innych. Trochę bez składu i ładu. Nie muszę się martwić o ‘składnię i ładnie’. O jakiekolwiek bon tony. Trochę, jak takie podstarzałe dziecko, które samo z sobą (w domyśle: z niewidzialnym słuchaczem) prowadzi dyskusje. Jak się znudzi – to przestaje.  Mimo wszystko nawet siebie samego nie można słuchać zbyt długo. Cierpliwość wobec samego siebie ma też swoje granice.

Wystukiwanie liter laską

Wystukiwanie liter laską

Bez Ciebie nie byłoby nas, bez nas nie byłoby mnie. Twój pełen dobroci uśmiech był jak wiosenny bez. Cichy, zwykły, nie pretensjonalny, nie sceniczny – a pełen wiosennej woni życia. Moja Primavera.

Primavera

Chodzę i wystukuję laską na

ulicy litery, potem składam

je w słowa i jak w kostce Rubika

buduję z nich zdania o nas, o mnie.

Dotyki, spojrzenia, uśmiechy,

bez ważenia, bez znaczenia, jak

zwyczajny wiosenny bez przy drodze.

Niepotrzebny i niezbędny, gdy jest.

(B. Pacak-Gamalski, 25.12.24)

Powrót do domu – do Ciebie, do nas

Powrót do domu – do Ciebie, do nas
Crescent Beach, South Surrey

Podróż powrotna

Czarne sosny

w żlebach, na stokach

zwieńczone białymi szczytami.

Znałem wasze imiona,

znałem strumienie, które

z hukiem spływają w dół.

Ostatni raz jechałem tą szosą siedem lat temu. W przeciwną stronę, na drugi brzeg tego kontynentu.

Szukaliśmy portu przyjaznego.

W dolinkach i w zatokach

drugiego oceanu,

gdzie lasy rachityczne,

gleba czerwona,

fale wspaniale muskularne.

Szukaliśmy nowego życia.

Nie znaleźliśmy.

Zgubiliśmy Twoje.

A przecież to tu, nad tym oceanem opartym o potężne, wysokie jedlice Douglasa w wilgotnych puszczach – tu był nasz dom. I tam jadę tą szosą z powrotem. Sam, bez Ciebie. Szukać Twoich śladów.

Górskie mgły, niczym

firanki nieba,

wałęsają się między

koronami drzew,

opadają jak woalki

na skalne ściany.

Zaraz dojadę do Hope. Do Hope, do Nadziei – małego, starego miasteczka, które otwiera bramę do wielkiej doliny rzeki Fraser prowadzącej do Vancouveru.

Spinam ostatnią klamrę naszej epopei. Nagle, właśnie nad tym Hope ukazuje się mała pochodnia słońca. Rozchyliła kotary chmur i uśmiechnęła się do wracającego tułacza. Syna marnotrawnego, czy męża owdowiałego? Wierszoklety, któremu poza słowami nie pozostało już nic.

Jestem w domu bezdomny.

Przyjechałem do nas,

A nas nie ma.

Mimo to jestem,

dotykam naszych drzwi,

patrzę na nasze krajobrazy,

pukam w okna naszych mieszkań.

I nagle, niespodziewanie bierzesz w swoją dłoń moją rękę. Uśmiechasz się. Po prostu zwyczajnie idziemy razem naszymi ulicami trzymając się za ręce. Jak gdyby nic się nie zmieniło, nic się nie stało. Jakby nie było odjazdów i powrotów. Jakbyś żył.

Więc nie wydawało się, nie był to wybryk zmęczonej wyobraźni, splątany kłębek bólu, smutku, majaków. Nie – jesteś ze mną faktycznie. Może nikt inny Cię nie widzi, ale to jest bez znaczenia. Ważne, że my się widzimy, poznajemy.

Pójdziemy naszą ścieżką

przez Stanley Park,

od laguny do mostu.

Ogrody Różane nie

kwitną o tej porze,

ale my je zakwiecimy,

rozlejemy opary słodkich

zapachów różanych

i siądziemy na ławeczce

obok, trzymając się za ręce.

Będziemy. Ja i TY.

Spacer ścieżką pamięci przy naszych domach i mieszkaniach w Surrey, ranny spacer w Sapperton w New West, ścieżkami Stanley Park w Vancouverze.

Genealogia Krzyku

ECHA KRZYKU

Po schodach wierszy

idę do Ciebie

każdego dnia

i każdej nocy.

Spotykam na nich

słowa siedzące

na stopniach – samotne,

milczące. Smutne.

Bezdomni przechodnie.

Tylko okrzyk się wyrywa

z piersi, z lędźwi, z serca:

Wróć!

B. P-G, 10.2024


Czas nie jest łaskawy, jest okrutny w tej wspinaczce po krętych schodach. Poręcz pogięta, nierówna, spękana. Zadzieram głowę patrząc w górę i widzę niekończący się tunel, jak szyb w głębokiej kopalni. W półmroku migocą żółte żarówki ze zbitych abażurów. Idę. Które to już piętro? Zamknięte szare drzwi na klatkach schodowych nie mają numerów ani nazwisk. Tracę orientację czy to dopiero trzecie, czy już dziesiąte? Ile jeszcze pozostało, by dojść do ostatniego?

Szyb wydaje się teraz bardzo wysoki, bardzo głęboki. Wystarczy bardziej pochylić się przez tą kruchą balustradę, by skończyć tą wędrówkę do nikąd.


Halina Poświatowska pyta w wierszu:

czy świat umrze trochę

kiedy ja umrę

i odpowiada z charakterystyczną dla jej poezji pozytywnością:

a jednak

miło jest pomyśleć

że świat umrze trochę

kiedy ja umrę[i]

Nie podzielam jej optymizmu. Świat to jest wszystko, więc śmierć jest jego naturalną częścią. Jak liście,  które opadają jesienią, by wiosną nowe mogły się wykluć.

Może świat się cieszy na myśl, że nowe jasną zielenią się ukażą? Może patrzy z niechęcią na te stare listopadowe, podkurczone, zwiędłe ruloniki o brudnym, szaro-brunatnym kolorze? Może te płonące jeszcze złotem późnego września były urocze – ale te w listopadzie już świat znużyły. I szybko opadały szeleszcząc suchymi westchnieniami pod kopytkami saren i butami człowieka.


Kazimierz Wierzyński w wierszu „Okna”[ii] pisze:

Ciągną ich okna.

Skaczą.

(….)

Dlaczego nie pochwyciliśmy ich w locie,

Dlaczego nie rozpięliśmy w dole prześcieradła,

(,,,,)

Nie słuchają.

Stają na parapecie.

Skaczą.

Puste, otwarte okno

Przerażenia.

Puste mieszkanie

Otwarte na przestrzał.

Trwoga istnienia.

Bez wątpienia Wierzyńskim targało uczucie bezsiły, może nawet wstydu, że nie potrafili tego ‘prześcieradła’ pod spadającym z górnego piętra Lechoniem rozłożyć? Ale skoczył. Z lęku? Z mocy? Z rozczarowania?

Czy po prostu cały ten świat przestał być już jego światem … Nie wiem.  I nie wiem czy bym potrafił i czy bym chciał dać mu lepszą radę. Czy istnieje lepsza rada? Był słaby? A może był mocny? Świat, jako taki był obojętny, że jeszcze jeden liść spadł. A wy, którzy go opłakiwaliście? Przecież nikt inny, tylko wy stworzyliście tą człowieczą wersję świata, który wpędził go w neurastenię, w kompletne odizolowanie, życie pod dwoma osobami.  Świat nie jest okrutny. Świat, jako taki jest po prostu okrutnie obojętny. Tylko ludzie bywają okrutni.


Nadspodziewanie inne zupełnie, nieco zabarwione cieniem dekadentyzmu, a nawet Przybyszewszczyzny, i paradoksalnie żywiołowej tężyzny są wiersze wyjątkowej poetyki Paavo J. Haavikko[iii] – poety fińskiego, dziecka europejskiego modernizmu, już skażonego podmuchem postmodernizmu: ambiwalencji, pewnej ironii wobec surowych i trwałych elementów tradycji i kontynentalnej i rosyjskiej (kultura fińska targała się między tymi dwoma molochami światopoglądowymi, omal metafizycznymi). Jest ‘fińska’ w swej surowości, oszczędności. A przecież pobudzona duchem Sibeliusa i jego artystycznym wywodem muzycznym z wyraźnym elementem lokalnego patriotyzmu. Ma więc  paradoksalnie elementy późno-romantyczne, więc oparte na innych strukturach zapisu (muzycznego, słownego, malarskiego, generalnie: narzędzi twórczości artystycznej jakiejkolwiek).  W jego przypadku przymiotnik ‘fiński’ ma kolosalne znaczenie. Jest zakorzeniony po szyję w geografii i surowym klimacie Finlandii. Jest wręcz fińskim naturalistą i niemalże otoczony mgłą skandynawskiego pesymizmu. Przestrzega przed wspominaniem.

Nie wspominaj

Umarli

wspominają umarłe,

kwiaty jesieni

wspominają ośnieżone

kwiaty wiosny[iv]

Oskarżenie? Przestroga? Normalna kolejność pór życia. Mimo to mówi: nie patrz wstecz.  Prawie to Asnykowskie: trzeba z żywymi naprzód iść[v], tyle, że w surowej topografii fińskiej. U Havvikko znajdowałem zawsze konsekwentną egzotykę zimy i jednocześnie witalizmu męskiego. Jakby krzyczał: trzeba płodzić żeby rodzić! I jest bardzo – jakbyśmy dziś powiedzieli – mizoginistyczny. Dzisiejsza wrażliwa empatia aż się wzdryga przed takim, mechanicznym omal, postrzeganiem kobiet. Nasienie jest pierwsze, a jajo to tylko wygodny transport Życia, przetrwanie. Autobus lub pociąg, do którego się wsiada by dojechać od A do B.

Ten aspekt jego poezji nie podoba mi się dziś, w XXI wieku.  Ale – poeta to nie filozof, to nie psycholog.  Nie pisze po to by się podobać, ale dlatego, że ma coś do powiedzenia. Coś nadzwyczaj intymnego. Jeśli pisze, by się podobać – powinien zająć się czymś praktyczniejszym.  To zupełnie poboczne jednak uwagi. Nie interesuje mnie w tym tekście ‘sympatyczność’ poetów. Interesuje mnie ich poezja w opisie Straty, Krzyku, śmierci sensu życia.


Nie wiem czym jest mój nieustanny, nieprzerwany krzyk. Głuchy. Ale powoli rozrywający membrany moich uszu. Żyję by pamiętać – pamiętam, bo żyję. Dnie i noce na brzegach: morza, jeziora, śmierci i życia.

Każdego dnia, jak w tych dniach ostatnich, wywożę cię na spacer. Choćby tylko po to, by wysiąść z samochodu i przejść kilka metrów. Byś żył, widział, oddychał, patrzył na kwiaty, na ocean. Nie chce cię zamknąć, jak w sarkofagu, w naszym mieszkaniu.

Wyrywałem cię Śmierci każdy dzień, który mógł być ostatnim. Potem każdą godzinę. Przy minucie, gdy nadeszła – przegrałem. Śmierć, wydaje mi się, była też zmęczona tą szarpaniną i powiedziała: dosyć. I zrobiła, jak powiedziała.

Mimo to, zdążyłem raz jeszcze ją oszukać na moment. Może po prostu machnęła ręką znużona moim uporem. A ja wyszeptałem ci wtedy, na tym metalowym łóżku szpitalnym, które stało się w tym momencie naszym pięknym i ciepłym łóżkiem – wszystkie nasze dni szczęścia, które mieliśmy, każdy kolor mojej miłości do ciebie, każdy smak Naszej miłości.

               I zostałem sam. Bo w smutku, w Stracie musisz być sam. Jak powiedział mój szalenie ważny poeta, bard mojej i wcześniejszej o dekadę tylko generacji, generacji epoki AiDSA,  Paul Monette[vi]:

(…)

ból nie jest kwiatem ból jest korzeniem

jego żywiołem jest ziemia gdzie rozkład

pozbawia kości wszystkich naszych radości

owianych deszczem i nic nie rośnie

 miłość życia wzdycha by kwitnąć ogrodem

przymuszona leżeć jak sekret kwaśnej cebuli

w kopalni  bólu ruda pulsuje nabrzmiałymi żyłami

(tł. własne, B. P-G)

Pamiętam ich umierających, jak kwiaty więdnące nie w sierpniu, a w maju. I ten głuchy krzyk bólu i bezsilnej rozpaczy ich kochanków. Nie mogłem jeszcze wtedy tego zrozumieć, byłem za młody chyba? Śmierć traktowałem w romantycznym wymiarze, dobrego Czarnego Anioła, który otula nas wielkim, puszystym czarnym skrzydłem, odsuwa ból i cierpienie, daje spokój. Widziałem umierających a nie widziałem tych, co pozostawali. Nad nimi żaden anioł nie rozpostarł skrzydła ukojenia i ciszy.  Pozostał im głuchy Krzyk Bólu.

Herbert inne szlachetne wygnanie miał na myśli pisząc w „Potędze smaku”: Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu / książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie”[vii] , ale jakże pasuje do definicji Krzyku Straty – książęta moich zmysłów wybrały wygnanie. Celowo pomijam ‘dumne’. Nie ma w tym nic z zarozumiałej dumy, wyższości ‘uduchowionej osobowości’. Nie. Wewnętrzne wygnanie, stworzenie pewnej cichej bariery od świata zewnętrznego jest jedyną rzeczywistością w jakiej mogę funkcjonować.

Dzięki tej rzeczywistości mam możliwość uśmiechania się, uchylania kapelusza, nawet beztroskiego żartu z rzeczywistościa zewnętrzną.

 


Koło mostku nad Szprewą, w centrum Berlina,

stoi wielka, przygnębiająca czarna Katedra

królów pruskich. 

Na mostku, naprzeciw mnie stoi mały chłopczyk.

Gra na skrzypkach. Chyba Schuberta. Hałas uliczny

samocodów i ludzi.

Nie mogę skupić się na dżwiękach by być pewnym,

czy to Schubert czy Brahms lub Schuman.

Głuchy Beetoven

nie słyszy nic. On słyszy tylko Bacha, ludzki

hałas na mostku i na pruskiej promenadzie

nie interesuje go.

Stukając pantofelkami, z laseczką idzie

do Ogrodów Tiergarten prosto na postument,

siada z Mozartem i Haydnem.

Odgrodzili się od świata ulic i zgiełku

za drzewami parku. Od świata rzeczy zwykłych.

Ptaki robią im koncert.

Wieczorami idą na piwo do bier stube

na Potsdamer Platz. W perukach, pończochach, pudrze.

Nikogo to nie dziwi.

Zwyczajna trójka transdżenderów szukająca

przygód w popularnym na schadzki zakątku parku.

Uciekli rzeczywistości.

Oni też.

(B. P-G, 10.2024)


[i] Antologia „Po schodach wierszy”, wyd. LSW, Warszawa, 1993; s.194

[ii] ibid. s. 272

[iii] „Białe Kamienie”, Paavo J. Haavikko; PIW, Warszawa, 1978

[iv] ibid. s. 27

[v] Adam Asnyk, „Daremne żale”

[vi] „West of Yesterday, East of Summer”, Paul Monette; St. Martin Press, New York, 1994; s. 31

[vii] „The Collected Poems, 1956-1998”, New York, Ecco; 2007; s. 409

Walk through time

A tear runs

through your

cheeks like

a stream of

clear pearls.

A flicker of sad

smile dances

in your eyes.

I kiss and

and wipe them

with a touch

of my fingertip.

No sadness please,

I plead with you.

Cry with happiness,

not with sorrow today.

Rejoice with that

memory, with that

journey in time.

Moment of coming

back to that town,

that place, that night.

Your flesh is warm

tonight, your eyes

are dreaming again,

your lips are trembling

and waiting for a kiss.

Tonight is our time

again, our gods

are giving us the gift

of Love, of promise

eternal to keep.

It won’t be broken

and it won’t be buried.

Just as you are real

tonight, sitting in a flesh

next to me, sending

quivers of anticipation

down my spine

and making me

sing again psalms

of thanks for

passion known

to young hearts

and old souls.

Be with me.

I had so many

long nights

of despair and

emptiness of

that vast bed

left only to

my body getting

smaller by the day,

by the night,

 by the hour.

It was vast indeed,

that empty space

of our bed,

that turned into

the desert of Gobi,

 the desert of Rumi’s

lover wandering

days on end

and nights under

stars flickering

above – for whom?

 I have built

a fort of our Love

on forgotten,

lost and wild

beach of North Atlantic.

Because I couldn’t

look at the vast

empty bed of ours.

Even that was

not enough.

Not even the friendly

powerful waves

I swam in.

Although, they did

took pity in my sorrow

and offered graciously

the peace of cold

vastness of their depths

far from the shores

and noise of human

plights and pitfalls.

 I run from them, too.

 I run nonstop

for hundreds and

for thousands of miles.

I run the way we came

to these northern shores.

But I run opposite way,

I run back to our home,

and back to the beginning

of our time,

our Love

 its birthplace –

where we emerged

from the cool and fast

waters of Elbow and Bow

Rivers, from the singing

mermaids of Fish Creek

at the foot of snowy peaks.

And I found you

wondering aimlessly,

blindly where all the waters meet

to become one.

And I grabbed you,

I hold you,

And I kissed you.

I won’t let go.

We will go again

to the other ocean,

to our home,

our waves,

our lovemaking.

Maybe we will go

On Capitol Hill there,

And walk to the small

trail down to

the inlet and find

the rock we liked

to seat on while

watching passing ships.

And we will plant

our souls there,

by that rock, under

that sky and moon.

Our souls will stay

there forever,

nothing will disturb them

separate them.

They will wave at

the shadows

of our bodies,

and will smile saying:

thank you. We will stay here.

And now you can go free.

Do you see now, My Boy,

why I did all of it?

The searching?

The running?

The travelling to

the beginning of time,

to the birthplace of Love

and Lovebearing?

Now you can’t

be sad anymore.

I can’t despair, either.

We were just vessels

for our souls

and our souls are

together again

till the end of times.

Our mission is done.

Let the sadness

be happy, fulfilled.

And smile at me once more.

I will kiss your

happy tear, too.

Thus, the saga ends.  A saga of Love I had, a saga of Love I shared with My Boy. Or Love he had and shared with me.

I have written about it, that Love we shared, many times on these pages. At times it was a scream of pain and despair; at times pleading with Fates to turn time back, before that tragic day when My Boy died in my arms; at times it was rejoicing the time we had; or proclaiming urbi et orbi that he is alive in me, is part of me. None of that was a lie or imagination. We search for words and ask our imagination to name things we can’t truly comprehend or fully accept.

But the simple and honest answer is that my life have changed few times irrevocably: I was a different person before I met my Lover and become a different one after that meeting, absolutely and instantly understanding that I just can’t exist anymore without his presence in my life; the day My Boy ceased existing in a material world – I become once more a different person. I remembered, I resembled that previous versions of me, shared our common life – but I wasn’t IT anymore. And I know that it never will. Wish that it wasn’t like that – but accept that it is. Mostly – I’m filled with awe that I found my soulmate, soulsharer. A gift so rare and precious it escapes a name. But you do know and recognize IT the moment it appears.

One of the greatest poet of Romanticism,  Adam Mickiewicz , wrote in his major drama “Dziady” famous sentence ‘Gustavus obitt – hic natus Conradus’[i] that begins the spiritual transformation of the main character of his long poem. But that transformation starts and continues for a very different reason  and goals. The hero (Gustav) has a vision and proceeds to become a different person. I did not have any visions, nor did I planned to become someone else. Indeed – I never had become someone else. Emotional events have made major changes in and of my life. It changed me very much so, but it did not erased my past. I still carry it with me, the good and the bad.  A gift of great love – if you receive one, and it is a rare occurrence – carries great peaks of pleasure and happiness … but it also could carry an immensely deep pits of darkness and sorrow. So dark and so deep it could swallow you whole. Am I advising you not to seek such love, not to try? No. But if I can be bold, I will say that walking up and down pleasant hills is not the same as climbing Mt. Everest. And many who did neither reach the peak nor returned. My climb or rather descent is only two years old. And I am still not sure if I will return to safe shelter.


[i] (translation from Latin) Gustav dies – Conrad is born