Miejsca. Places.

(in Polish)

Miejsca. Miejsca … to taka specjalna przestrzeń geograficzna i emocjonalna. To tam, gdzie kiedyś ludzie kładli kamienie, budowali kapliczki lub kopce. By odnaleźć potem samemu lub zostawić ślad, drogowskaz dla następnych. Drogowskazy, że tędy droga.

Moje pożegnania z naszym ostatnim domem w Nowej Szkocji od miesięcy wielu do takich miejsc zawsze prowadzą. I zawsze jakiś kamyk tam kładę, jakieś wspomnienie zapisane w notesie, jakiś wiersz. Te literki i słowa to moje kamyki – byliśmy.

Dziś na plaży Conrada, ostatnie chyba moje pożegnanie, ostatnia kąpiel w falach grzywiastych w tej prowincji. Ostatni nasz spacer tam.

Fala

I cóż falo
ostatnia na tej plaży?
Mojej wizyty
też po raz ostatni.
Czy zmyłaś
ze zmarszczek dni klęski
i dni zwycięstw?
Pocałunki i łzy,
czułe westchnienia
i przekleństwo bezsilności?

Pieścisz mnie jeszcze
białą pianą pasji
niespełnionych do końca,
a potem odpływasz
w swe głębie
znudzona romansem
nie zaczętym,
nie skończonym.

(Conrad Beach, 01.09.24)

(po angielsku)

Places. Places are special geographical and emotional spaces. It is where people, lovers, parents with children left stones on the hills, build mounds, erected structures or symbols of their gods in their marches through millennia. So others can follow or so they would find their way back.

My goodbyes with our last home in Nova Scotia took me a long time. Time to trace them back, find my way. But I did it. I have found them for the last time. I have left my ‘stones’ on the shores an on the white pages of my notebook. The ‘stones’ are my letters and sentences written down on the white pages of my notebook.

Today was probably the last one. I went to Conrad Beach for last swim in foamy waves of Atlantic. Our last walk there.

Time of snuggle

Come to the crescent of my arm,

I will place my hand on your shoulder

and we will walk on the shore.

On that line separating

land and water,

the sky and the mountains,

the Moon and the stars,

death and life.

Come. It’s time.

The time stolen from us –

I have found it.

Come, it’s time.

(Conrad Beach, 01.09.24)

Summer, summer … it’s time to slowly close the season of fun on the Eastern Coast of Nova Scotia

Summer, summer … it’s time to slowly close the season of fun on the Eastern Coast of Nova Scotia

Everything good must come to an end. Summer is receding from the trails and beaches of Nova Scotia. So is my presence in that province of Canada. Time to pack my beach chair … and pack my belongings after six years. For a small province that’s a long time to travel to places known and places less travelled. By now, my Dear Reader you probably know much more about this land from where the entire hemisphere sprang to life under new overlord – the Europeans. But people come and go – the land remains. And the old inhabitants from ancien time remain too – the Lnu People, of which novascotian native Mi’kmaq people are part.

My last hot and sunny day playing among the waves of North Atlantic was on Lawrencetown beach. Place I have visited over the years more than I can remember. After that I went for one more quick swim at Canada’s Ocean Playground beach by Gaetz Lake. And lovely walk to a Wildlife Sanctuary that shows tremendous affection to all kind of native creatures, who suffered some serious problems and can’t survived on it’s own. Such a tranquil place.
In a few days time I will be driving through the entire continent, traversing the same route and highways me and my John took six years ago. Back to where we begun that journey – to British Columbia. Although He can’t be with me physically – His love and spirit will. We will have lots of time to reminiscence the almost forty years of an amazing life journey. The most beautiful Journey of my life.

Next pictures from Canada’s Ocean Playground and Wildlife Sanctuary.

Imiona Rozłąki i poezja Oczekiwania

T.S. Eliot pisze w ‘Oczach które ostatnio ujrzałem w łzach”[i]:

Oczy które ostatnio ujrzałem w łzach

Przez rozłąkę

Tutaj w śmierci sennym królestwie

Złota wizja powraca

Widzę oczy i nie widzę łez

I to cierpienie moje

I to cierpienie moje

Że już nie ujrzę oczu

Oczu rozstrzygnięcia

Oczu których nie ujrzę aż

W drzwiach śmierci innego królestwa

Gdzie jak w tym

Oczy trwają mgnienie

Mgnienie trwają łzy

I wystawiają nas na szyderstwo.

Sugeruje, że wszystko więc jest nietrwałe. Nie ma nie tylko powrotu, ale i marzenie do ostatecznego, ponownego złączenia się w tym ‘innym świecie’ jest tylko szyderstwem, bajką dla dzieci. Że śmierć nie jest sprawiedliwym złączeniem kochanków jeśli w niej trwa też chwilę tylko, okamgnienie. Sugeruje poniekąd koniec światów, śmierć śmierci, a więc i nadziei. Owe ‘wystawienie na szyderstwo’ tylko, zakpienie z tej ostatniej nadziei.

Apollinaire w wierszu ‘Miłość umarła w twych ramionach’ pisze o takim właśnie oczekiwaniu powrotu miłości, o tym, że tylko szczere pragnienie wystarczy na złączenie się ponowne:

Wiosna minęła jeszcze jedna

Tyle mi dała czułych wspomnień

Zamierająca poro żegnaj

Jak dawniej czuła wrócisz do mnie[ii]

I jakkolwiek wiersz Apollinaire’a nie dotyczy rozstania ostatecznego (śmierci) a jest bardziej typowym, trochę może prozaicznym efektem rozstania – śmierci miłości a nie kochanki – wszak nadzieja na jej odżycie jest tym samym powodowana: żalem, tęsknotą, oczekiwaniem Feniksa zmartwychwstania.

W rzeczy samej pojęcie straty jest nierozłącznie związane z pojęciem pragnienia miłości, spotkania. Gdzieś musi być początek, by mógł być epilog.

W literaturze amerykańskiej pierwowzorem jest sam Walt Whitman, który nie czekając na pół-słowa i aluzje skryte za kotarą słów proklamuje wcześnie:

Proklamuję zespolenie – mówię, że winno być nieograniczone,

               Nierozdzielne,

Mówię, że znajdziesz jeszcze przyjaciela, którego wypatrywałeś.[iii]

Whitman ogłasza materialistycznej, ale bardzo tradycyjnej w normach Ameryce, że czas dozgonnej, serdecznej i cennej miłości między mężczyznami nastąpi, przybędzie.

W poezji nowożytnej archetypami Straty i Pragnienia są naturalnie „Romeo i Julia” Szekspira, „Boska Komedia” Dantego i ”Sonety do Laury” Petrarki. Nie będę tego rozwijał, bo pisałem już wcześniej tutaj rozważając znaczenie mitu wędrówki w Zaświaty w próbie odszukania oblubienicy/oblubieńca.

Zresztą czasy Petrarki i Dantego ciągle są połączone żywą poniekąd pępowiną z antykiem, a antyk wiadomo – to niekończące się wizyty, wtargnięcia w różnej nazwy Hadesy kochanków, królów, herosów i bogów. Na ogół w próbie odzyskania ukochanej, czasem władzy, powrotu na niebiańskie trony, uwolnienia porwanych za życia w ciemności nocy wiecznej. To, jakkolwiek wenie poetyckiej służy – w prawdziwej Stracie człowieka współczesnego potrafi być mitomanią irytującą.

Wiemy, że miłości są różne, więc i z różnych przyczyn Strata wytwarza inne poczucie pustki, tęsknoty. Anka Broniewska, córka poety, popełnia samobójstwo z powodu zdrady ukochanego (zdrady tym okrutniejszej, że zadanej romansem z jej matką, byłą żoną Broniewskiego), wieć to miłość romantyczna. Ale powstałe w wyniku tego wiersze Władysława Broniewskiego (porównywalne do Trenów Kochanowskiego po utracie Urszulki) są efektem miłości rodzicielskiej. Jeśli natężeniem, intensywnością dwie jakieś miłości porównać można, to właśnie miłość romantyczną i miłość rodzicielską. Być może blisko tego można też usadowić rzadkie przypadki miłości przyjacielskiej (mam tu jednak podejrzenia bardzo istotne czy prawdziwa miłość przyjacielska nie jest skrywanym pod inną nazwą uczuciem romantycznym, które z najróżniejszych przyczyn i hamulców moralno-etycznych nie ma szans na rozwinięcie skrzydeł). Broniewski lamentuje:

A ja myślę i myślę o tobie
po przebudzeniu, przed snem…
Może ja jestem coś winien tobie? –
bo ja wiem.

Na Powązkach ośnieżona mogiła,
brzozy coś mówią szelestem…
Powiedz, czyś ty naprawdę była,
bo ja jestem…[iv]

Poeta w rozpaczy po śmierci córki (wiersz pisany był ponad trzy lata po tym fakcie) wręcz przeczy rzeczywistości. Wszak niemożliwym, by Anka faktycznie zmarła – łatwiej być może śmierc upokorzyć przez sugestię, że Anki może nigdy nie było fizycznie, istniała tylko w wyobraźni ojcowskiej miłości. Jeśli tam była tylko, to jest ciągle! Śmieć zostaje upokorzona, pozbawiona swej mocy okrutnej.

Tysiące jest dróg, ścieżek wijących się, jak wąż kuszący kochanków w Edenie, które wieść mogą do starcia ze Stratą i wyzwania rzuconego śmierci. Granica między śmiercią a życiem jest podobna do linii brzegu między lądem a oceanem. Dwa światy. Ta linia może być magnesem, czymś co śpiewa cicho, zaprasza. Przecież tam jest też życie, morza nie są martwe. Trzeba tylko pójść wystarczająco daleko, wystarczająco głęboko. Przyjdzie ta chwila. Lub siąść na brzegu  … i czekać.

Waiting

once more

come back to me

I will wait for you

sitting on the yellow

sand of long beach

you will appear

from the depth

of the roaring sea

from the foam

of cascading waves

with garlands

of golden chains

weaved with seaweed

flowing down your

soft arms and your

smiles sweeter

of all other smiles

your smiles of

kissing lips and

touching hands

will come to me

on that beach

If you can

come by day

or by night

I will seat on

that beach under

sun or nightly sky

I will wait for my time

(B. Pacak-Gamalski)


[i] „Thomas Stearns Eliot. Poezje”; Wyd. Lit. Kraków, 1978, s. 127 (przek. M. Sprusiński)

[ii] tł Julia Hartwig

[iii] ‘In Walt We Trust” by John Marsh; wyd. Monthly Review Press, Nowy Jork, 2015; s.167, tł. własne

[iv] Władysław Broniewski; Wiersze i poematy, Łódź 1980, s. 350.

Dies irae – bez Piekła i bez potępienia

Dies irae jest jednym z najstarszych i najbardziej znanych tekstów chrześcijańskich Średniowiecza. Trudno określić z pewnością historyczną autora i dokładna datę jego powstania. Na ogół przyjmuje się okres między XII a XIII wiekiem. Są tradycje mówiące o okresie kilkuset lat starszym. Jeśli byłby to św. Grzegorz Wielki to początek wieku VI, jeśli opat Bernard z Clairvaux, to przełom X i XI. Są jeszcze inni ewentualni autorzy. Generalnie zamyka się to jednak w tej klamrze początków i połowy okresu Średniowiecznego.

Cały długi utwór zapisany jest w idealnej łacińskiej tercynie ośmiozgłoskowej i ma dziewiętnaście zwrotek. Zgodnie z panującą wówczas wszechobecną eschatologią Kościoła, ma wątek grzechu i słabości moralnej człowieka, które tkwią w jego naturze i dziedzictwie grzechu pierworodnego. Człowiek jest skazany na potępienie, a Stwórca jest surowym sędzią nie uznającym skruchy lub tłumaczeń. Niewątpliwie pochodną des irae jest ówczesna moda na pokutę i pokutnicze sekty okaleczające grzeszne ciało najróżniejszymi narzędziami tortur. Samobiczowanie do krwi było traktowane jako coś szlachetnego i pobożnego.  Eschatologiczna wizja zakładała wieczne potępienie w Piekle i finalny koniec świata. Bezpośrednio zaczerpnięto z tradycji żydowskiej element straszliwego Sądu Ostatecznego i paruzję, gdy cała ludzkość przed unicestwieniem świata poddana będzie bezwzględnej selekcji: albo strącenie w czeluści Piekła po kres czasów, albo wniebowstąpienie. Pojęcie Czyśćca w zasadzie przestaje tu funkcjonować. Ma to dotyczyć całej ludzkości od początków świata i Adama i Ewy – a więc ów Sąd będzie i nad żywymi i nad zmarłymi. W domyśle można więc przypuszczać, że wszelkie darowania win, uzyskane na łożach śmierci lub przy spowiedziach, ulegają unieważnieniu i kasacji. Bóg jest sędzia okrutnym i bezwzględnym a Sąd Najwyższy nie będzie zwracał uwagi na wyroki sądów niższych instancji.   

Przez ponad tysiąc lat Kościół stawiał ten hymn jako nieodłączny element swej regularnej mszy, a już kategorycznie mszy za zmarłych. Do czasów II Soboru Watykańskiego. Ale do dziś wolno dies irae używać we Mszy Trydenckiej (tzw. stary obrządek). Fragmenty używane też są w rycie posoborowym w okresie Święta Zmarłych (Zaduszki) a bywają dozwolone w regularnych mszach żałobnych.  

Otóż mnie się wydaje, że nastąpiło wielkie nieporozumienie. Dies irae dla mnie istnieje tylko w kategorii powrotu do Miłości. Ponownego złączenia się z ukochanymi. Śmierć jako wyzwolenie, ‘zwolnienie’ poniekąd z więzienia samotności, gdy jeden z kochanków odchodzi przedwcześnie.  Oficjalne tłumaczenie kościelne już w drugiej, bardzo ważnej zwrotce, w pierwszej linii tłumaczy z łaciny słowo ‘tremor’ na ‘płacz i łkanie’. Podczas gdy oczywiście winno być ‘drżenie’. Naturalnie, że drżymy na myśl o możliwości ponownego złączenia z kochankiem. Drżenie jest oczekiwaniem, jest niecierpliwością, a nie paniką, lękiem, przerażeniem.  I z takiego czytania dies irae wzięło się moje użycie starej tercyny ośmiozgłoskowej. Nie aż tak sztywnie w ilości zgłosek i bez zabawy w rymy. Przede wszystkim szczerość zapisu, która musi iść przed formą, co zawsze podkreślam. Koszula dla ciała a nie odwrotnie.

No i tylko czternaście zwrotek. Bo kiedy skończysz mówić coś powiedzieć miał, to sensu przedłużania gadaniny nie ma. Trzeba gdzieś kropkę postawić. I nad ‘i’ i na końcu ostatniego zdania.

Dies irae

W sali marmurowej, wielkiej

sali balowej, diamentowe

kandelabry zawieszone

pod plafonem sufitu

z błękitniejącego nieba,

z kryształowymi lustrami

w złotych ramach na ścianach –

będziemy tańczyć do taktów

modrego walca Dunaju.

Melodię fin de siècle,

muzykę końca

zmierzchu epoki przepychu

i nadmiaru pocałunków,

wpatrzeń, zauroczeń słów

pasją drżących, niczym płatki

opadającego złota ze ścian.

Będziesz wirować w moich

ramionach i moich oczach.

Cherubinki całe białe

spłyną z chmurek plafonu

na skrzydłach i grać będą na

srebrnych trąbkach Hymn Miłości –

Lacrimosa końca światów.

Nic więcej Nieba i Ziemie

oferować nam nie mogły.

I nic więcej nie chcieliśmy.

Stało się oto spełnienie

doskonałe i skończone.

Quantus tremor est futurus

Quando judex est venturus –

tak, będzie drżenie, lecz nie

z lęku a oczekiwania.

Drżenie ust i palców głodnych.

Potem spłynie szmerem czarnych

skrzydeł wielki Anioł Pański.

Wtuli nas serdecznie w pióra,

miękkie, ciepłe i najczulsze,

 opowłóczy szarym mrokiem,

gdy będziemy siebie szukać

w zagajnikach, łąkach, rzekach,

w pocałunkach i pieszczotach.

Jak być miało tak się stało.

/B. Pacak-Gamalski, lipiec 2024/

post scriptum: fragment ‘Quantus tremor est futurus. /Quando judex est venturus w moim łumaczniu brzmi: jaki lęk i drżenie będzie /gdy żyć naszych sędzia stanie

The world of screams

Scream. The mind brings the memory of a vision of that famous painting by Munk. That contorted with terror face. But it is not my scream. There is no terror in my memory. Maybe when you were still sick, weakening every week? But not really. I was too busy with soaking in every second of your presence, of the smell of your skin, the sound of your voice.

Silent scream in that isolated room in the hospital, with all these probes and machines attached to your body? No. There was no time to scream. It was a time of savoring every second, every precious moment of being with you. Was there a dim hope? I suppose there was a faint longing for it. But not for a scream. The entire very dedicated team of doctors and nurses knew early on – but they did not give up. As long if that faint hope remained.

Till I will say it, when I will arrive at that moment on my own time. When I had that long talk with the two specialists (a neurologist and a doctor, whose only role seemed to be to give me support, a psychologist perhaps?) I did not feel like screaming. I knew. God knows how I didn’t want to be the truth – but it was, and I knew.

I would not scream because every second to the very last one I needed to be with you. Not with fear, not with loss. With you wholly. My last talk with you, a long one, was about our love. The beauty of her. Telling the long story of it, from the very first day. Long story. Reminding you and myself of it. And how immensely grateful and happy I was. At that time, too. Even after I did say the word, after they removed the tubes and disconnected the machine – your body still had a heartbeat for short while. Tere was no time to scream, when they asked if I want to spend some moments with you until the hearts stopped its labor. Of course, I went and caressed your face, held your hand. It wasn’t time to scream. There was time to console you, to be grateful you are no longer in those terrible throws of that terrible disease.

Later we spent so much time on my traveling with memory of you to our places, our journeys. There was no time to scream.

But, as time passed, moments of silent screams came. I didn’t want them; I ran from them.

Now? Yes, I do. I have to slowly dismantle piece by piece our last apartment. Must squeeze everything that is ours in a few suitcases, traveling bags. Most of the material items we bought and gathered over the decades – has to be given away or disposed of. I must transfer myself, my body, to different spaces, lands, countries. And I do feel like screaming at times. But I also had to stretch myself, and pack myself inside for the things not material: every day, every year, every hour of our love and life. I didn’t know I could hold so much, that I had so much space inside me. But I do. Not a single minute will be left and forgotten.

Scream

When I scream your name in pain
will you come to me?
When I cry in vain for our days and nights
will you come with touch?
When I forget my keys, my wallet and life
will you find them for me?
If I hear your scream from the abyss, 
I will run and find you.
If I hear your crying over song or poem,
I will find the music and words.
When I will know you are lonely and sad
I will reach and touch you.
I screamed your name and enormous
shadow of an Angel appeared in front.
He brought our lost Love.
And silenced the scream.

/B. P-G 07.2024/

Link to previous post that relates to these conversations

Shadows and us sharing common sphere

Shadows and us sharing common sphere

My walks with John are changing, far from any routine. I like it because we have not become an odd pair of aging gentlemen. Far from it. Not that people would really notice since they can’t see John, of course. They would just look at me, perhaps with a shake of their heads. Which really wouldn’t bother me at all. Not out of my arrogance and dismissiveness of their opinion. Honestly not. People see what they want to see, hear what they want to hear and they do have a right to their opinions. God knows I have mine.

So I was walking on Canada Day with John in Halifax through spots we liked to visit together. Like the little square on Novalea, just before the Hydrostone district. And I started to write some stanzas about these walks with him. Later I went to the Waterfront. It was sunny day but with a heavy fog and mist covering the Channel. It really was coming right out of my unfinished poem.

The world of shadows


The shadows are everywhere:
the silhouette of your body,
the taste of your lips,
the gaze of your eyes,
the touch of your arms.

On the corners of the streets,
on benches in the squares,
trails in parks, and in hills.
They are lurking behind trees,
passing us on the walkways.

Every time a green car
of certain make that you drove
passes me by,
I stop
and follow it
with my stare:
do I see your shadow behind the wheel?

The world has become bi-dimensional:
real physical presence of shapes,
and shapes of shadows
mingling between us –
invisible to some,
real to others.

Our talks in the crowds
of these shadows,
your invisible hand
reaches out to touch
my arm.
I can’t see your hand –
yet, I feel it
when it touches my skin.

I feel the other shadows,
when they pass me by
on the streets.

Some walk painfully bearing
heavy bag of sorrow,
others are light, they float
in the air
without care or foreboding.

We don’t know their stories,
so, I just accept their behavior
as it is, without question.
They too have a right
to be joyful, and your insistence
that the shadows should be sad
is just an arrogance
born of our ignorance.










Today I went to the beach to finish the poem. Well, I have no idea if I did really finished it. I might actually add later another section to it for the idea of the ‘shadows’ among us (you can read to it whatever you want but my personal perspective does not come from religious point of view, but I always promoted the idea that a poem belongs to the author only as long as it has not been read by any other person. The moment it finds another reader – the poet no longer has any control of it, it belongs to that reader). But for now it is what it is. There was no fog on the beach, au contraire – it was sunny. But the crushing waves created beautiful mist on the edges of the beach, just where it meets the ocean. I liked it.

There is a lake I had to say goodbye to

There is a lake I had to say goodbye to

Went yesterday to that lake. Our lake. Went there third time. Went there, on my pilgrimage of saying goodbye, saying that to many places we went together to. Roads, towns, parks, streets and beaches. Our journey through this province. Our last stop of our big lifelong journey.

There will be no more stops for us, no more places we will visit together, no more view we would enjoy together.

I know that you are part of me, wherever I go that part will go too. But it is not the same, you know it and I know it. Where I will end up there will be very few spots that we briefly visited during a cold and wet November 1990. Poland. Time was very turbulent in 1990 in Poland. I had such little time for us, the country was ravaged beyond description by the past 45 years of Soviet domination.

Our life journey was Canada, she was our country. She brought us together. And she did bring us to that lake in 2022. Our last longer ride outside of the city.  I know you did it only for me, you knew better than I did, that time was already very short. In a way it was borrowed time. But you agreed to give me that last longer car ride, a ride to a small beach, lake, forest. Went there again in September 2023. It was really, really hard. At that time that lake was almost totally empty. Just me and memories of you there. On that bench were you were waiting for me in 2022 – I still saw your shadow, I thought I saw that tiny smile and that twinkle in your eye. And the goodness that emanated from you. The one that made you so special to so many people.

Today it was full of beachgoers, loud with laughter and yelling, with people setting their barbecues for hotdogs and burgers, there were boats and kayaks. Went a few times for a swim. The water was very warm and soft, as lake waters are. But could not see you anywhere in this noise, could not her you voice.

I did say goodbye to that place. Not to you, to the place that for a short while was ours.  Probably will never see it again except in my sleep, my dreams. Goodbye, lake.

June 2024


LAKE

1.

I came here again

to our love

I came crying for you

our half

I swam and searched

could not see

Could not hear your voice

Only broken me

Children swam, too

they shouted joy

Mothers yelled laughingly

throwing them a toy

I did not belong here

anymore

Our presence, our laughter

silenced

Even the verse I wrote down

is wanting

The grief will be gone

one day  

And there will be nothing

left

Just total emptiness, full

void

My shadow will look

at me

Will ask like a judge

in court:

what more, I ask, would you

want

You are but a scribe

not more

2.

post scriptum

          The air is still, is warm, rather moist

          The water is dark like lukewarm tea

          I recognize the little green island

          Recognize the broken bench, the rock

          Guys with brown faces, black hair, big eyes

          Smiling at me and asking a question:

          Can you take picture of us sir, please

          I do but say – look at yourself, not me

          I want to add – look at yourself and you

          Will see the whole world, the sun and the stars

          Yet I don’t just smile approvingly

          For I know that way down from stars is long

Czy powroty są możliwe?

Dualizm języka miłości w pękniętym na dwoje naczyniu

Kastor i Polluks (rzeźba Josepha Nollekens w Victoria and Albert Museum)

Każdy dzień przynosi inne emocje. Mijają miesiące po kolejnych miesiącach, odkąd nie ma cię i ciągle nie potrafię w tym innym świecie się odnaleźć. Te emocje rzucają mną, jak pingpongową piłeczką od ściany do ściany szklanego, niewidocznego pokoju, w którym jestem zamknięty. Poniekąd stałem się dzbanem na te emocje. Kiedy wydaje mi się, że jestem już pełny, otwiera się w nim drugie dno. Może jestem dzbanem bez dna?

Dziś znalazłem zdjęcie naszego ostatniego mieszkania, w którym mieszkaliśmy w Surrey, ten niski murek, za nim mój dziki ogród, z niego wejście do długiego salonu z kominkiem, potem pobiegłem po schodach do naszej sypialni, z sypialni do mojej biblioteki – ale nic, pusto. Nie było cię tam. Potem było zdjęcie z naszego pierwszego domku w Guildford, trzypiętrowego townhouse. Biegałem po schodach w dół i górę kilka razy, ale też pusto.

Nie było cię tam, nie ma tutaj. Ale nie ma też mnie. Gdzieś się w tych kilkudziesięciu latach zgubiłem. Ja przestałem być, bo byliśmy my. Przesiąkliśmy sobą, przenikaliśmy siebie. I nagle tej drugiej części zabrakło. I nie potrafię powiedzieć tak normalnego zdania: kochałem cię. Brzmi po prostu absurdalnie i kompletnie fałszywie. Jak kto – kochałem? Przecież ja ciebie kocham. Nic takiego się nie wydarzyło, żebym mógł powiedzieć: przykro mi, ale od dziś przestałem cię kochać.  

To było już tak dawno temu, że nie wiem czy potrafię siebie własnego jeszcze odszukać, czy mogą sobą być i kim ten ‘ja’ niby jestem, gdzie? Naturalnie, że pamiętam tamtego młodego mężczyznę i nawet chłopca, którym kiedyś byłem. Ale ja już nie jestem tym chłopcem, nie ma już świata, w którym tamten chłopieć był, funkcjonował.
Można się nauczyć – choć na pewno trudno – funkcjonować bez jednej ręki. Jak jednak funkcjonować z połową duszy?

Chcę wrócić do świata, który opuściłem dziesięciolecia temu. Do kraju mojej młodości i dzieciństwa. Do mojej Warszawy, która była mi tak bliska. Jest jeszcze piękniejsza niż była wtedy. W zasadzie to teraz jest prawdziwie piękna, bo wtedy miała piękne miejsca, a jako całość była szara i nawet brzydka. Piękna była moją młodością, romansami, teatrami, koncertami. Mam tam ciągle całą gromadę bardzo mi bliskich i kochanych osób. Chciałbym jeszcze dać im z siebie bardzo dużo, odpłacić za lata nieobecności, w tylu ich ważnych dniach, wydarzeniach. Zwłaszcza tym najmłodszym. Opowiedzieć im o tamtej Warszawie, której nie znali, o Kresach, które takie miały dla naszej rodziny znaczenie, o starych grobach, które mają tyle opowieści, o jakiejś wierzbie w starym parku, starych aktorach, którzy zamieniali literaturę i poezję w życie. I życie, które na przekór tej szarości było poezją.

Ale, jak to zrobić z połową tylko duszy?

Język jest też złamany na dwoje. Nie, nie chodzi o wymienność, płynność, znajomość ortografii, gramatyki. To rzeczy drugorzędne, rzekłbym maszynowe, których można się nauczyć. Gdyby poeta pisał wiersz pilnując bezwzględnie, gdzie ma być biernik, gdzie celownik i mianownik, gdzie orzeczenie, a gdzie podmiot z dopełnieniem – moglibyśmy oddać poezję w ‘ręce’ AI (sztuczna inteligencja).

Gramatykę należy nie tylko przyswoić, należy ją oswoić. Tak jak konia, który jest zwierzęciem o wyjątkowo wysokiej inteligencji emocjonalnej. Naturalnym sposobem jego lokomocji jest step, trucht, kłus i galop. A przecież wszyscy widzieliśmy konie tańczące, robiące ruchy z pozoru kompletnie nienaturalne. Czy przestawały być wówczas końmi? Oczywiście, że nie! To samo jest u piszącego z gramatyką – nie może być jej niewolnikiem, musi stać się jej panem.

Gdy więc mówię, że mój język jest złamany na dwoje, to mam co innego na myśli niż formalną poprawność. Zwłaszcza w literaturze to pękniecie lub ten dualizm jest wyjątkowo zauważalny. Przyznaję, że słownikowo, zasobowo moja polszczyzna jest chyba mimo wszystko bogatsza niż angielszczyzna. Co jest chyba naturalne, bo mówić nauczyłem się w Polsce a nauka języka mówionego, jest badaj czymś tak naturalnym dla dziecka, jak nauka chodzenia, mycia się, ubierania i ze szkolnym sposobem nauczania niewiele ma wspólnego. To ta podświadoma potrzeba oswojenia świata, komunikowania się z tym światem zewnętrznym.

Gdy przyjechałem do Kanady byłem bardzo młodym człowiekiem. Ale byłem już człowiekiem dorosłym. Świat tej immanentnej chłonności dziecka był już dawno dla mnie zamknięty. Więc i te wchłanianie języka angielskiego było czymś sztucznym poniekąd, obarczonym skazami szkolnej ławy, słowników, leksykonów. Ta emocjonalna fuzja przyszła później i była pod każdym względem złączona z Johnem i naszą miłością. Miłość musi mieć swój język opisu, wyrażania uczuć i namiętności. To jest sine qua non. To może być język ‘na migi’, na cokolwiek. Ale musi być czytelny i zrozumiały dla obu kochanków.

W naszym wypadku naturalnie tym językiem był kanadyjski angielski. I odtąd stał się moim językiem. Jakkolwiek niedoskonałym – ale moim. Nie słownika, nie nauczyciela – mój własny. I wtedy, gdy się stał mogłem pisać wiersze po angielsku. Nie dlatego, że chciałem napisać wiersz ‘po angielsku’, ale dlatego, że ten wiersz rodził się po angielsku, nie po polsku. Od pierwszej frazy. Zanim napiszesz pierwszą literę w notesie lub na komputerze. Tu nie ma żadnego wyboru intelektualnego. To jest nakaz emocjonalny, wobec którego jesteś bezbronny. Mój język złamał się w ten sposób na dwoje. Tak, jak Polluks i Kastor. Niby osobno w dwóch ciałach i z dwóch ojców, a w jednej matce, jednym życiu i śmierci.

Czy potrafię więc w tym powrocie do miejsca i czasu, które nie istnieją – zaistnieć? I z tą dualnością językową funkcjonować w miarę normalnie. Bo ‘mój’ kanadyjski angielski nie jest dobrze opanowanym językiem obcym. On jest moim językiem. Językiem, którym myślę, czuję, tworzę gorsze lub lepsze wiersze. Tak, jak myślę i czuję ciągle w języku polskim. Tyle, że to dwa połączone, ale wszak samodzielne i osobne procesy emocjonalne.  A nad tym wszystkim cień olbrzymi złamanej na dwoje duszy.

Może nie mam już miejsca nigdzie? Może nie ma znaczenia czy będzie to Kanada, Polska czy Ekwador.

Kiedyś dawno, dawno temu jeździłem po wyspach polinezyjskich rozrzuconych na olbrzymiej przestrzeni Południowego Pacyfiku od Hawajów po Nową Zelandię. Jedna z tych podróży zawiodła mnie na zagubiony w tej przestrzeni maleńki atol Aitutaki. Wszyscy tam się znali, Był jeden duży sklep kolonialny, poczta i mały szpitalik przy maleńkim naturalnym porcie, gdzie raz na trzy miesiące zawijał statek z głównej wyspy Rarotongi z zaopatrzeniem w wiktuały niedostępne lokalnie. Ja miałem lokum w domku na palach z kotarami zamiast ścian na plaży, do brzegu mieliśmy może 20-30 metrów. Do tego portu i centrum handlowego atolu było spacerem może 10-15 minut i ta osada/miasteczko nazywała się Arutanga. Świat zewnętrzny wydawał się nie istnieć, a Aitutaki było centrum Kosmosu.  No i drobiazg – Internet dostępny dla prywatnego użytkownika nie powstał jeszcze kilka lat przed moim tam pobytem, a o czymś takim, jak Iphone nikt jeszcze na całej planecie nie wiedział. Tam teraz czułbym się najlepiej. Gdyby tylko nie to, że Internet i Iphone już na Aitutaki są … .   

Bad days. They come uninvited.

Bad days. They come uninvited.

It was a bad day. I know – just the other one, when I saw the flowers in the alleyways of our park in Dartmouth – I was singing the praises, thanking you for coaching me in ways of new life. A better life, a happier one. Go and allow yourself to enjoy it  – you said. You said, that you will be at peace knowing that I do. And I tried. And I failed. I failed you as you failed me. Yes, you did. Those last days you did. When we still had a chance to end it together. No, there was no physical chance, no miracle hiding somewhere holding the ray of hope that the outcome will be different or pushed way back into the future. There was no chance. No ray of hope on any horizon. But it meant there was no chance for me. Ever. We should not have gone to the sunny and sheltered lake beach, with shallow warm waters and no angry waves attacking the shoreline.

No. We should have gone to the angry sea, cold waters, powerful waves, strong currents, and whirlpools. I would have helped you carrying you on my back and we would have taken the last glorious swim together.  Our swim, ‘us’ being one. There is no ‘me’ anymore, where the is no ‘you’. There cannot be ever. Anywhere. I am left to wonder in constant pain, anger, in constant thirst surrendered by oceans of salt. The sea is calling me a thief, a beggar of scraps, a coward. I have no Eurydice waiting for me somewhere in non-existent Hell. I am the Hell. I am the unanswered cry of pain. I am the gatekeeper and I am the key to Hell. Orpheus can’t pay Charon a few obols to ferry him across the River of Hades. I have fired Charon and sunk the boat. No in or out. 

I went to the other beach, the ocean beach, the one we visited last time ever in 2022, and one we visited together for the very first time in 2019. Where we swam together, we laughed together.  Where we were kissing.

It was an overcast day today. The sea was grey like steel. It was cold like steel. And I didn’t go for that swim. But let me, please! Give me that nod, tell me you agree, and won’t pull me back. I’m losing my battle. 

Just don’t cry. Don’t be sad. Let me have a bad day. Let me wallow in pain and shame that I am and You are not. I was sorry for so long.  Let me hear from you this once that you are too – sorry. And I will give you your peace again. Just don’t expect the impossible from me. Don’t expect me to have joy in life. To have pleasures of days and nights. One thing I can promise you in return – those years, these decades we had, made me impossibly happy. I was. And I remember it. All I ask in return is that sometime, on some days (as today)  you will share my sorrow, my pain. And then you can have your peace again. But share in it the way we have shared everything else in our life.  It is too heavy to carry it all the time alone.