Wszystko się pogubiło, zaplątało. Było słońce – jest mgła. Rozciągnięta, powłóczysta. Płynie od morza, jak zagubiony Latający Holender, gdy osiada na piaszczystym brzegu: na linach opuszczają się po ścianie burty na brzeg cienie obdartusów z pustymi oczodołami wyżartych przez mewy oczu. Patrzą tymi czarnymi otworami, a widzą tylko przeszłość. Widzą rozsłonecznioną plażę, widzą gromadę dzieci ze śmiechem biegnących ku morzu. Rozbitkowie widzą czas wczorajszy, nie dostrzegają gęstej mgły i milczącej ciszą plażę.
Podobno za skrytą we mgle linią horyzontu jest wielka Czeluść, w którą wpadają wszystkie zagubione statki i łodzie rybaków. Po drugiej stronie tej Czeluści są morza ciepłe i słoneczne, plaże pełne śmiechu i zabaw dzieci, kochankowie igraszkujący w łagodnych pianach fal. Podobno. Są nawet tacy, którzy twierdzą, że Czeluść stworzył Telemach, ojciec Homera, by zatrzymać okręty zalotników jego matki Penelopy, którzy chcieli go zamordować. Jej ściany są wysokie, pionowe i ostre, dotykają chmur.
Raz na pokolenie ukazuje się Wielki Łuk Tęczowego Mostu spinający przeciwległe krańce Czeluści. Na jeden tylko dzień. Szczęśliwi, którzy tego dnia dobijają do linii horyzontu za którą jest Czeluść. Przechodzą wówczas po tym Tęczowym Moście trzymając się za ręce, z zaufaniem w oczach.
Scream. The mind brings the memory of a vision of that famous painting by Munk. That contorted with terror face. But it is not my scream. There is no terror in my memory. Maybe when you were still sick, weakening every week? But not really. I was too busy with soaking in every second of your presence, of the smell of your skin, the sound of your voice.
Silent scream in that isolated room in the hospital, with all these probes and machines attached to your body? No. There was no time to scream. It was a time of savoring every second, every precious moment of being with you. Was there a dim hope? I suppose there was a faint longing for it. But not for a scream. The entire very dedicated team of doctors and nurses knew early on – but they did not give up. As long if that faint hope remained.
Till I will say it, when I will arrive at that moment on my own time. When I had that long talk with the two specialists (a neurologist and a doctor, whose only role seemed to be to give me support, a psychologist perhaps?) I did not feel like screaming. I knew. God knows how I didn’t want to be the truth – but it was, and I knew.
I would not scream because every second to the very last one I needed to be with you. Not with fear, not with loss. With you wholly. My last talk with you, a long one, was about our love. The beauty of her. Telling the long story of it, from the very first day. Long story. Reminding you and myself of it. And how immensely grateful and happy I was. At that time, too. Even after I did say the word, after they removed the tubes and disconnected the machine – your body still had a heartbeat for short while. Tere was no time to scream, when they asked if I want to spend some moments with you until the hearts stopped its labor. Of course, I went and caressed your face, held your hand. It wasn’t time to scream. There was time to console you, to be grateful you are no longer in those terrible throws of that terrible disease.
Later we spent so much time on my traveling with memory of you to our places, our journeys. There was no time to scream.
But, as time passed, moments of silent screams came. I didn’t want them; I ran from them.
Now? Yes, I do. I have to slowly dismantle piece by piece our last apartment. Must squeeze everything that is ours in a few suitcases, traveling bags. Most of the material items we bought and gathered over the decades – has to be given away or disposed of. I must transfer myself, my body, to different spaces, lands, countries. And I do feel like screaming at times. But I also had to stretch myself, and pack myself inside for the things not material: every day, every year, every hour of our love and life. I didn’t know I could hold so much, that I had so much space inside me. But I do. Not a single minute will be left and forgotten.
Scream
When I scream your name in pain will you come to me? When I cry in vain for our days and nights will you come with touch? When I forget my keys, my wallet and life will you find them for me?
If I hear your scream from the abyss, I will run and find you. If I hear your crying over song or poem, I will find the music and words. When I will know you are lonely and sad I will reach and touch you.
I screamed your name and enormous shadow of an Angel appeared in front. He brought our lost Love. And silenced the scream.
Słuchałem od kilku dni często Chopina. W wykonaniu wielu wielkich i mniej znanych pianistów. Zacząłem bodaj od Horowitza i dlatego nie chciałem słuchać Rubinsteina, bo znając siebie wiem, że mimowolnie szukałbym różnic i podobieństw, bo ich dziesięciolecia trwający pojedynek o pierwszą palmę szopenisty byłby zbytecznie obudził się i we mnie. A ja chciałem po prostu słuchać Szopena. Obaj legendarni pianiści też od wielu lat nie żyją ( nota bene – jak z biegiem własnych lat powiększa się człowiekowi ten już nie gabinet, a cały stadion cieni …).
Chopina naturalnie zawsze kochałem, ale jak w każdej prawdziwej miłości bywały czasy, że nie mogłem go więcej słuchać. Kiedy bardzo aktywnie uczestniczyłem w życiu muzycznym, to zbyt wiele i zbyt często go słuchałem. A nawet najwykwintniejszy tort może się przejeść. Teraz słucham go dalej często, ale już nie zbyt często.
I dostrzegłem nowe wrażenie słuchając jego muzyki – czułość. Nie jest to termin zadomowiony w literaturze muzycznej. Elegancki, wykwintny właśnie, subtelny, emocjonalny, filozoficzny, brawurowy, patriotyczny (nalepka wyjątkowo uparcie przyklejona Chopinowi) – to barwy uczuć najczęściej spotykane w krytykach i opisach muzycznych. Teraz właśnie jednak tą czułość czuję, gdy słyszę w jaki sposób budował frazę muzyczną. Naturalnie nie w każdym utworze – ale w bardzo wielu tą barwę słyszę. Posłuchajcie Nokturnu Nr1.
Porównanie znajduję najsilniejsze z czasów wczesnych romantyków niemieckich: Shuberta i Felixa Mendelssohna. Nie tak wyraźnie, jak u Fryderyka, ale uroczo.
Ta czułość szopenowska jest smutna, chwilami melancholijna, ale jakże – wydaje się – szczera. Taka wieczorową porą, o zmierzchu. Taka no, nokturnalna?
Nie wszystkie tak wyraźnie ową czułością są przepełnione. Uroczy Nokturn H-dur już nie lub dużo mniej, zwłaszcza w części środkowej, gdzie szybsze pasaże dalej mają nastrój wspomnieniowo-melancholijny, ale już ginie gdzieś ta czułość. Bo czułości ani wykrzyczeć ani głośno wypowiedzieć nie można. Najlepiej cichym słowem, półszeptem westchnieniem może.
Słuchałem też bardzo popularnego czelistę-romantyka lat współczesnych, Hausera. Grał uroczy wczesny nokturn Fryderyka skomponowany w Wiedniu w 1830. Nokturn Cis moll. Przyznaję, że wiolonczela cudownie oddaje właśnie tą czułość zapisaną muzycznie. Czasem lepiej niż piano, łagodniej. Jeden z moich ulubionych instrumentów, złoty środek między skrzypcami i kontrabasem.
Wiec ta czułość wyrażona dźwiękiem ujęła mnie natychmiast. Czy świadomie Chopin i inni kompozytorzy chwilami specyficznie tą czułość chcieli zapisać, czy też była naturalnym efektem splotu wielu uczuć o szerszym opisie? Nie wiem. Ale jest dotykalna, słyszalna, jeśli chcesz ją usłyszeć, jeśli przyłożysz ucho do dźwięków nadpływających. Wśród wielu wyraźniejszych, głośniejszych.
Tak, jak w życiu. Gdyśmy zakochani chcemy i chętnie szczęściem się dzielimy z bliskimi, nawet z obcymi. Idąc objęci prze park, ulicę, wśród znajomych całusy sobie oddając, wyznając miłość w gronie kameralnym, a nawet publicznie. Ale czułość specyficznie jest dla nas tylko zarezerwowana. Czasem inni ukradkiem dojrzą, ale nie robimy tego dla tych innych. Jest naszym skrytym kodem nam tylko potrzebnym, dla nas mającym wartość wyjątkową. To może być tylko muśniecie, dotyk sekundowy dłoni, potarganie włosów mimochodne wręcz, nieplanowane. W swej czystej, in statu nascendi formie pozbawione jest chyba nawet elementu erotycznego. Ale jest przyjemne, miłe, dobre. Troskliwe? Pewnie tak, jest czułość pewną formą troskliwości, ale nie nachalnej (tak, troskliwość bywa męcząca), nie oczekującej czegoś w zamian, jakieś reakcji, jakiejś ‘nagrody’. To by były zaloty a nie skromna czułość. Być może najintymniejsze z odruchów, potrzeb emocjonalnych. Najskromniejsze.
Stąd wydaje mi się, że czułość można okazywać również osobom bliskim, które nie są naszymi partnerami, mężami, żonami. Słowem, że nie jest zarezerwowana wyłącznie dla kochanków. Choć tych domeną jest zdecydowanie. Czułością jakbyśmy po prostu mówili: chcę ci powiedzieć, że cieszę się, że jesteś. Nic więcej.
My walks with John are changing, far from any routine. I like it because we have not become an odd pair of aging gentlemen. Far from it. Not that people would really notice since they can’t see John, of course. They would just look at me, perhaps with a shake of their heads. Which really wouldn’t bother me at all. Not out of my arrogance and dismissiveness of their opinion. Honestly not. People see what they want to see, hear what they want to hear and they do have a right to their opinions. God knows I have mine.
So I was walking on Canada Day with John in Halifax through spots we liked to visit together. Like the little square on Novalea, just before the Hydrostone district. And I started to write some stanzas about these walks with him. Later I went to the Waterfront. It was sunny day but with a heavy fog and mist covering the Channel. It really was coming right out of my unfinished poem.
The world of shadows
The shadows are everywhere: the silhouette of your body, the taste of your lips, the gaze of your eyes, the touch of your arms.
On the corners of the streets, on benches in the squares, trails in parks, and in hills. They are lurking behind trees, passing us on the walkways.
Every time a green car of certain make that you drove passes me by, I stop and follow it with my stare: do I see your shadow behind the wheel?
The world has become bi-dimensional: real physical presence of shapes, and shapes of shadows mingling between us – invisible to some, real to others.
Our talks in the crowds of these shadows, your invisible hand reaches out to touch my arm. I can’t see your hand – yet, I feel it when it touches my skin.
I feel the other shadows, when they pass me by on the streets.
Some walk painfully bearing heavy bag of sorrow, others are light, they float in the air without care or foreboding.
We don’t know their stories, so, I just accept their behavior as it is, without question. They too have a right to be joyful, and your insistence that the shadows should be sad is just an arrogance born of our ignorance.
Today I went to the beach to finish the poem. Well, I have no idea if I did really finished it. I might actually add later another section to it for the idea of the ‘shadows’ among us (you can read to it whatever you want but my personal perspective does not come from religious point of view, but I always promoted the idea that a poem belongs to the author only as long as it has not been read by any other person. The moment it finds another reader – the poet no longer has any control of it, it belongs to that reader). But for now it is what it is. There was no fog on the beach, au contraire – it was sunny. But the crushing waves created beautiful mist on the edges of the beach, just where it meets the ocean. I liked it.
Went yesterday to that lake. Our lake. Went there third time. Went there, on my pilgrimage of saying goodbye, saying that to many places we went together to. Roads, towns, parks, streets and beaches. Our journey through this province. Our last stop of our big lifelong journey.
There will be no more stops for us, no more places we will visit together, no more view we would enjoy together.
I know that you are part of me, wherever I go that part will go too. But it is not the same, you know it and I know it. Where I will end up there will be very few spots that we briefly visited during a cold and wet November 1990. Poland. Time was very turbulent in 1990 in Poland. I had such little time for us, the country was ravaged beyond description by the past 45 years of Soviet domination.
Our life journey was Canada, she was our country. She brought us together. And she did bring us to that lake in 2022. Our last longer ride outside of the city. I know you did it only for me, you knew better than I did, that time was already very short. In a way it was borrowed time. But you agreed to give me that last longer car ride, a ride to a small beach, lake, forest. Went there again in September 2023. It was really, really hard. At that time that lake was almost totally empty. Just me and memories of you there. On that bench were you were waiting for me in 2022 – I still saw your shadow, I thought I saw that tiny smile and that twinkle in your eye. And the goodness that emanated from you. The one that made you so special to so many people.
Today it was full of beachgoers, loud with laughter and yelling, with people setting their barbecues for hotdogs and burgers, there were boats and kayaks. Went a few times for a swim. The water was very warm and soft, as lake waters are. But could not see you anywhere in this noise, could not her you voice.
I did say goodbye to that place. Not to you, to the place that for a short while was ours. Probably will never see it again except in my sleep, my dreams. Goodbye, lake.
Pan poeta, pan poeta … we wsi podkrakowskiej westchnęła kiedyś jakaś wioskowa białogłowa. A tu trzeba było nic tylko wyrżnąć w gębę zalanego wierszokletę i go do gleby sprowadzić z obłoków.
Ludzie są mądrzy i myślą, że wszystkie rozumy zjedli. A swojego własnego przetrawić nie potrafią. Więc Miś Puchatek zgodził się z przestrogą statecznej dziewanny skierowaną do nieroztropnych rumianków i floksów. Bo cóż by to było, gdyby tak każdy z każdym, jak i kiedy tylko mają ochotę? Sodoma-Gomorra panie kochanku, ot i co. A miś wie, co mówi.
Wieczór letni
Floksy i dzikie róże,
Rumianki, jak panienki,
Dziewanny, jak matrony,
Obsiadły małe wzgórze.
Na tej górce pod lasem,
W leniwe popołudnie
Plotły ploteczki wiejskie –
Tak bywało tu czasem.
Przechadzał się kawaler
Słomkę żujący w ustach.
Floksy oblał rumieniec,
Dziewanny podniosły szpaler,
Syknęły do rumianków:
Panienkom z dobrej gleby
Nie uchodzi rumienić
Lic łudząc tak kochanków!
Jaki morał z tego, pytasz?
Stateczna dziewanna wie, że
Dla rumianków trzmiel, nie chłopiec,
Jest tą bajką, którą czytasz.
I tyle na dziś –
mruknął śpiący miś.
A dlaczego mi się to wzięło i napisało? Gdybym ja to wiedział, to byłbym, jak ten Żyd z musicalu ‘Skrzypek na dachu’, który śpiewa:
Taki koncert – ojojoj! – jak ze snu, Tu indyk, tam znów gęś, coś z kaczek i coś z kur I już każdy w krąg połapie się, Że właśnie ja, milioner, mieszkam tu.
Może z tego, że najdłuższy dzień w roku i upał jak cholera nieznośny. A o 10 w nocy nad wodą, na moich Kamieniach nic nie lepiej, tylko Łysy wylazł na niebo olbrzymi i śmieje się ze mnie. To się wzięło i napisało. I Miś był zadowolony, bo już dawno chciało mu się iść spać, a nie słuchać piosenek wiecznie narzekającego Żyda. A jak wyglądał Łysy? Ano tak:
Dualizmjęzyka miłości w pękniętym na dwoje naczyniu
Bogumił Pacak-Gamalski
Kastor i Polluks (rzeźba Josepha Nollekens w Victoria and Albert Museum)
Każdy dzień przynosi inne emocje. Mijają miesiące po kolejnych miesiącach, odkąd nie ma cię i ciągle nie potrafię w tym innym świecie się odnaleźć. Te emocje rzucają mną, jak pingpongową piłeczką od ściany do ściany szklanego, niewidocznego pokoju, w którym jestem zamknięty. Poniekąd stałem się dzbanem na te emocje. Kiedy wydaje mi się, że jestem już pełny, otwiera się w nim drugie dno. Może jestem dzbanem bez dna?
Dziś znalazłem zdjęcie naszego ostatniego mieszkania, w którym mieszkaliśmy w Surrey, ten niski murek, za nim mój dziki ogród, z niego wejście do długiego salonu z kominkiem, potem pobiegłem po schodach do naszej sypialni, z sypialni do mojej biblioteki – ale nic, pusto. Nie było cię tam. Potem było zdjęcie z naszego pierwszego domku w Guildford, trzypiętrowego townhouse. Biegałem po schodach w dół i górę kilka razy, ale też pusto.
Nie było cię tam, nie ma tutaj. Ale nie ma też mnie. Gdzieś się w tych kilkudziesięciu latach zgubiłem. Ja przestałem być, bo byliśmy my. Przesiąkliśmy sobą, przenikaliśmy siebie. I nagle tej drugiej części zabrakło. I nie potrafię powiedzieć tak normalnego zdania: kochałem cię. Brzmi po prostu absurdalnie i kompletnie fałszywie. Jak kto – kochałem? Przecież ja ciebie kocham. Nic takiego się nie wydarzyło, żebym mógł powiedzieć: przykro mi, ale od dziś przestałem cię kochać.
To było już tak dawno temu, że nie wiem czy potrafię siebie własnego jeszcze odszukać, czy mogą sobą być i kim ten ‘ja’ niby jestem, gdzie? Naturalnie, że pamiętam tamtego młodego mężczyznę i nawet chłopca, którym kiedyś byłem. Ale ja już nie jestem tym chłopcem, nie ma już świata, w którym tamten chłopieć był, funkcjonował. Można się nauczyć – choć na pewno trudno – funkcjonować bez jednej ręki. Jak jednak funkcjonować z połową duszy?
Chcę wrócić do świata, który opuściłem dziesięciolecia temu. Do kraju mojej młodości i dzieciństwa. Do mojej Warszawy, która była mi tak bliska. Jest jeszcze piękniejsza niż była wtedy. W zasadzie to teraz jest prawdziwie piękna, bo wtedy miała piękne miejsca, a jako całość była szara i nawet brzydka. Piękna była moją młodością, romansami, teatrami, koncertami. Mam tam ciągle całą gromadę bardzo mi bliskich i kochanych osób. Chciałbym jeszcze dać im z siebie bardzo dużo, odpłacić za lata nieobecności, w tylu ich ważnych dniach, wydarzeniach. Zwłaszcza tym najmłodszym. Opowiedzieć im o tamtej Warszawie, której nie znali, o Kresach, które takie miały dla naszej rodziny znaczenie, o starych grobach, które mają tyle opowieści, o jakiejś wierzbie w starym parku, starych aktorach, którzy zamieniali literaturę i poezję w życie. I życie, które na przekór tej szarości było poezją.
Ale, jak to zrobić z połową tylko duszy?
Język jest też złamany na dwoje. Nie, nie chodzi o wymienność, płynność, znajomość ortografii, gramatyki. To rzeczy drugorzędne, rzekłbym maszynowe, których można się nauczyć. Gdyby poeta pisał wiersz pilnując bezwzględnie, gdzie ma być biernik, gdzie celownik i mianownik, gdzie orzeczenie, a gdzie podmiot z dopełnieniem – moglibyśmy oddać poezję w ‘ręce’ AI (sztuczna inteligencja).
Gramatykę należy nie tylko przyswoić, należy ją oswoić. Tak jak konia, który jest zwierzęciem o wyjątkowo wysokiej inteligencji emocjonalnej. Naturalnym sposobem jego lokomocji jest step, trucht, kłus i galop. A przecież wszyscy widzieliśmy konie tańczące, robiące ruchy z pozoru kompletnie nienaturalne. Czy przestawały być wówczas końmi? Oczywiście, że nie! To samo jest u piszącego z gramatyką – nie może być jej niewolnikiem, musi stać się jej panem.
Gdy więc mówię, że mój język jest złamany na dwoje, to mam co innego na myśli niż formalną poprawność. Zwłaszcza w literaturze to pękniecie lub ten dualizm jest wyjątkowo zauważalny. Przyznaję, że słownikowo, zasobowo moja polszczyzna jest chyba mimo wszystko bogatsza niż angielszczyzna. Co jest chyba naturalne, bo mówić nauczyłem się w Polsce a nauka języka mówionego, jest badaj czymś tak naturalnym dla dziecka, jak nauka chodzenia, mycia się, ubierania i ze szkolnym sposobem nauczania niewiele ma wspólnego. To ta podświadoma potrzeba oswojenia świata, komunikowania się z tym światem zewnętrznym.
Gdy przyjechałem do Kanady byłem bardzo młodym człowiekiem. Ale byłem już człowiekiem dorosłym. Świat tej immanentnej chłonności dziecka był już dawno dla mnie zamknięty. Więc i te wchłanianie języka angielskiego było czymś sztucznym poniekąd, obarczonym skazami szkolnej ławy, słowników, leksykonów. Ta emocjonalna fuzja przyszła później i była pod każdym względem złączona z Johnem i naszą miłością. Miłość musi mieć swój język opisu, wyrażania uczuć i namiętności. To jest sine qua non. To może być język ‘na migi’, na cokolwiek. Ale musi być czytelny i zrozumiały dla obu kochanków.
W naszym wypadku naturalnie tym językiem był kanadyjski angielski. I odtąd stał się moim językiem. Jakkolwiek niedoskonałym – ale moim. Nie słownika, nie nauczyciela – mój własny. I wtedy, gdy się stał mogłem pisać wiersze po angielsku. Nie dlatego, że chciałem napisać wiersz ‘po angielsku’, ale dlatego, że ten wiersz rodził się po angielsku, nie po polsku. Od pierwszej frazy. Zanim napiszesz pierwszą literę w notesie lub na komputerze. Tu nie ma żadnego wyboru intelektualnego. To jest nakaz emocjonalny, wobec którego jesteś bezbronny. Mój język złamał się w ten sposób na dwoje. Tak, jak Polluks i Kastor. Niby osobno w dwóch ciałach i z dwóch ojców, a w jednej matce, jednym życiu i śmierci.
Czy potrafię więc w tym powrocie do miejsca i czasu, które nie istnieją – zaistnieć? I z tą dualnością językową funkcjonować w miarę normalnie. Bo ‘mój’ kanadyjski angielski nie jest dobrze opanowanym językiem obcym. On jest moim językiem. Językiem, którym myślę, czuję, tworzę gorsze lub lepsze wiersze. Tak, jak myślę i czuję ciągle w języku polskim. Tyle, że to dwa połączone, ale wszak samodzielne i osobne procesy emocjonalne. A nad tym wszystkim cień olbrzymi złamanej na dwoje duszy.
Może nie mam już miejsca nigdzie? Może nie ma znaczenia czy będzie to Kanada, Polska czy Ekwador.
Kiedyś dawno, dawno temu jeździłem po wyspach polinezyjskich rozrzuconych na olbrzymiej przestrzeni Południowego Pacyfiku od Hawajów po Nową Zelandię. Jedna z tych podróży zawiodła mnie na zagubiony w tej przestrzeni maleńki atol Aitutaki. Wszyscy tam się znali, Był jeden duży sklep kolonialny, poczta i mały szpitalik przy maleńkim naturalnym porcie, gdzie raz na trzy miesiące zawijał statek z głównej wyspy Rarotongi z zaopatrzeniem w wiktuały niedostępne lokalnie. Ja miałem lokum w domku na palach z kotarami zamiast ścian na plaży, do brzegu mieliśmy może 20-30 metrów. Do tego portu i centrum handlowego atolu było spacerem może 10-15 minut i ta osada/miasteczko nazywała się Arutanga. Świat zewnętrzny wydawał się nie istnieć, a Aitutaki było centrum Kosmosu. No i drobiazg – Internet dostępny dla prywatnego użytkownika nie powstał jeszcze kilka lat przed moim tam pobytem, a o czymś takim, jak Iphone nikt jeszcze na całej planecie nie wiedział. Tam teraz czułbym się najlepiej. Gdyby tylko nie to, że Internet i Iphone już na Aitutaki są … .
Ostatnie dni jeździłem rowerami po leśnych trasach atlantyckiej części Canada Trail. Te dni były dość zimne, wietrzne. Zawiodły mnie do miejsc trudnych emocjonalnie, choć nie planowałem tego świadomie. Miejsc naszej, mojej i Johna, ostatniej wycieczki nad ocean. Jego pożegnania z oceanem. Do Rainbow Haven Beach.
Tu zaczynałem pierwszą trasę rowerową kilka dni temu w kierunku Cow Bay. Tu – następnego dnia – kończyłem drugą. On już wiedział, że to nasza ostatnia wycieczka za miasto. Zrobił ja dla mnie, dał mi jeszcze jeden dzień radości, jeszcze jedną wycieczkę uśmiechów i szczęścia. Ja jeszcze nie wiedziałem, to nie była ostatnia dla mnie, jeszcze tej myśli nie dopuszczałem, że to już tak mało nam tego czasu zostało. Jeszcze liczyłem na miesiące, łudziłem się kilkoma nawet latami. A mieliśmy mniej niż dwa tygodnie. Fizycznie był bardzo osłabiony, cień samego siebie. Teraz widzę go tamtego dnia jako giganta, obelisk marmurowy, wysmukły, nieskazitelny.
Pamiętałem też nasz spacer w Hyde Park w Nowym Jorku. Tego dnia było też słonecznie. Stał na schodach schodzących do tego wspaniałego, błyszczącego w idealnej czerni uskrzydlonego Anioła.
Wcześniej jeszcze, wiele lat temu, napisałem wiersz p.t. ‘Uriel’ o Aniele Śmierci. Ten nowojorski do tego mojego Uriela ze starego wiersza bardzo pasował. Był jakby jego fotografią.
Zjawiasz się znowu, dawno zapomniany,
nie pamiętam imienia. Twarz, jak we mgle.
Tylko kolor skrzydeł, stalowy blask piór,
dotyk zimny a czuły jednocześnie.
Bliski, mimo że tak często, tak długo
nieobecny. Mój Anioł Śmierci. Piękny.
Najczulszy kochanek, ze wszystkich, których
miałem. Z uściskiem bezsłownym, tak słodkim,
powstrzymującym dech w piersiach, pędzące
w galopie pośpiesznym serce i myśli
skołatane, gdzieś ku krawędzi stromej
nad Doliną Ciszy i Spokoju w
dole rozpostartej. Witaj Urielu,
smak ust przenajsłodszych zwiastował cię.
Drżałem, a tyś mnie uspokoił.
Szarpałem się skłócony z bogiem i ludźmi,
a tyś mnie wyciszył, spory załagodził.
Nie opuszczaj już, proszę. Pieszczoty
nie odmawiaj członkom znużonym.
Nieskazitelnym alabastrem skóry
twoich rąk dotknij mojej, zniszczonej
piętnem czasu, pokrytej bliznami
miłości zwycięskich i miłości przegranych.
Ostatnią kroplę pasji niedopełnionej spij.
I zamknij nieba nade mną, pokryj mgłą gęstą
szczyty odległe, horyzonty mórz i nurty rzek.
Daj usnąć wtulonemu w bezpieczną muskulaturę
twojej klatki piersiowej, w objęciach silnych ramion.
W poezji tak łatwo w krótkich zwrotkach zmieścić całe długie psychologiczne opowiadania, skomplikowane eseje. Pewnie dlatego, że mimo wszystko poezja jest przede wszystkim emocją, a emocja jest chyba najbardziej zrozumiałym językiem. A notes z ołówkiem nigdy z mojej torby lub plecaka nie wychodzi. I siadając przy ławce na końcu tej drugiej trasy rowerowej miałem właśnie widok na drugi brzeg tego słonego zalewiska-jeziora, widziałem go na tamtym brzegu wyraźnie. W tym samym miejscu. Stał, jak dumny, wyprostowany obelisk i swoimi pięknymi, pełnymi dobroci szarymi oczami patrzył się na mnie. Nie kruchy, słaby, schorowany a silny, młody – piękny. Nagle rozwinął skrzydła, pomachał jednym do mnie maleńkiego na drugim brzegu i odfrunął, poszybował. Tak, jak mają zwyczaj to robić aniołowie.